Jump to content

Z dda/ddd przez życie.


jagienkazokienka

Recommended Posts

Witam Was wszystkich,

jestem Jagna, mam 29 lat i przeczytałam chyba wszystkie posty z tego tematu (DDA/DDD) i na wstępie chciałam napisać, że każdemu z Was bardzo współczuję, ale też myślami ściskam i tulę. Pierwszy raz wylewam się do Internetu, gdzie mówię o problemie ludziom, którzy mnie nie znają, ale mam taką wewnętrzną potrzebę. O DDA/DDD  dowiedziałam się dość niedawno i nie od razu zaczęłam się z tym identyfikować, ale terapia dużo mi w życiu pomogła. Czego nie mogę powiedzieć o moich bliskich.

Postaram się opisać to mało chaotycznie, choć myśli w głowie wiele - typowy ze mnie overthinking :)

Mój problem zaczął się od najmłodszych lat. Odkąd pamiętam mam same niedobre wspomnienia z dzieciństwa. Choć pisząc niedobre to jakby nie napisać nic. Jedyną rzeczą, na którą nie mogłam narzekać to były pieniądze. One były zawsze i mogliśmy sobie pozwalać na wakacje czy mogłam iść na jakie studia nie zechcę. Jesteśmy z małej wioski położonej na górskich terenach. Zawsze liczyła się opinia innych, sąsiadów, wiele rzeczy nie można było robić, bo "co ludzie powiedzą", w niedzielę w pierwszej ławce w kościele, a w domu sodoma i gomora. Bardzo ważną rzeczą była nauka,  której musiałam poświęcać 100 procent, bo wmawiano mi, że żaden chłopak nie będzie mnie chciał, jak nie będę miała dobrego wykształcenia. Jeszcze w podstawówce uchodziłam za prymuskę i najlepszą uczennicę, ale prawda była taka że robiłam to bo mi kazali i wiedziałam, że jak będę się dobrze uczyć to zyskam ich szacunek i będą mnie szanować. A ja bardzo chciałam żeby mnie doceniali. Tylko, że nauka nie sprawiała mi przyjemności, bo głowy do nauki nie miałam i było to za cenę mojego morderczego wysiłku i uczenia się całymi popołudniami, weekendami, po nocach i nad ranem . Już wtedy był pierwsze kłopoty ze stresem, bo zawsze chciałam być najlepsza - a jak tylko dostałam gorszą ocenę od mojej koleżanki z klasy to byłam zawsze porównywana. Że Lucyna to jednak potrafiła mieć piątkę, a Ty nie? Oj ta jej mama to ma super tą córkę.

Poza tym w domu była mega (jak mi się wydawało wtedy) nadopiekuńczość, co w późniejszych latach okazało się zwykłą kontrolą mojego życia i wszystkimi moimi decyzjami, żyjąc w danym schemacie. A mi się ten schemat w późniejszych latach przestał podobać. Zacznijmy od tego, że moja mama była wychowana pod strasznym kloszem, wszystko za nią robili, miała być tylko przy mamie i rodzice, a moi dziadkowie uchylali nieba swojej jedynaczce. Wszędzie ją wozili, babcia szyła jej ubrania i wychowywała na taką księżniczkę. Nie było mowy o imprezach i złym towarzystwie. Moja mama za bardzo nic nie potrafiła - bo wszystko robiła za nią babcia, nawet kiedy miała już mnie i moich braci. Mnie również chcieli wychować na taką princeskę , ale mi to strasznie nie odpowiadało. Ojciec mój, mimo że człowiek pracy, to człowiek despota. Nigdy nie rozumiał, że ktoś może postępować inaczej niż on,a jak już to w takim razie taki człowiek jest zjebany. Poza tym od zawsze miał problem z kontaktami z ludźmi, wyrażaniem swoich emocji a główną cechą u niego jest nerwowość. Ale taka, że słowami opisać tego nie można. Moją mamę traktował okropnie, ogólnie kobiety zawsze miały u niego mniej szacunku niż faceci. Tak więc połączenie ojca despoty i mamy bardzo wrażliwej było skazane na porażkę i piekło w domu. Ale byli ze sobą - bo co ludzie powiedzą, bo mama sobie nie poradzi sama z dziećmi, bo to wstyd. Tak więc gehenna trwała. Największą pasją mojego ojca było zwracanie innym uwagi, w każdej dziedzinie życia. Na wszystko. To trwa do dziś. Ale kiedy to jemu zwróci się uwagę - wtedy furia i wyzywanie. Np. mama kupiła jakieś małe talerzyki: czemu takie? widziałem lepsze. Każdą rzecz którą mama kupowała, czy to do domu, czy z zakupów spożywczych - wszystko było komentowane i obrażanie, że jak tak ma kupować to lepiej niech nie kupuje. Więc przestała to robić, więc wtedy zaczęły się obelgi, że nic w domu nie robi i nic do domu nie kupuje. Mama wyszukała dla nich wakacji: "a takie to są spierdolone, takie się nie podobają", a z czasem jak już nie chciała z nim jeździć to było komentowane, że mama właśnie taka jest, że jej się dupy nawet ruszyć nie chce na wakacje. Ogólnie ojciec nigdy nie miał pohamowań w słowach. Na porządku dziennym było mówione do nas że jest się debilem, jebniętym, spierdalaj. Najbardziej obrywała mama. Ale każdy wiedział, że tatuś "taki jest" i nie można go denerwować - a jak się go zdenerwowało to była to oczywiście nasza wina. Najgorszym jest to, że ja jakiś czas myślałam, że powiedzenie komuś na odczepne "pierdol się" czy "idź w chuj" czy "jesteś nienormalny" uważałam za normalną rzecz, przecież ojciec mówił tak do nas na porządku dziennym, bo na przykład zbiliśmy szklankę :) Bicie oczywiście też było, ale to podobno "normalne" w latach 90. Ale to było coś więcej. Wiedzieliśmy z braćmi, że jedno słowo za dużo i możemy dostać taki łomot i wyzywanie, o którym się dzieciom nie śniło.  Np. siedzieliśmy w restauracji i wylała mu się kawa na spodnie i jako dzieciak zaczełam się śmiać i mówić, ze tata niezdara. Ooł. Aż poczerwieniał, a wyzwiskom nie było końca i groźbom że jeszcze jeden taki tekst to mi przyjebie w ten głupi łeb  :) No wymieniać można byłoby w nieskończoność. Moje dzieciństwo to jeden wielki strach. Nawet jak miałam w życiu jakąś przykrą sytuację, czy moi bracia- zawsze był tekst "tylko nie mów tacie". Wiedzieliśmy, że to byłby armagedon, nawet w błahych sprawach. No i wieczne szukanie winnego we wszystkich i dopisywanie historii. Zepsuł się czajnik? O to na pewno ty, bo ty nic nie umiesz. Uciął sobie palec? to twoja wina bo mnie wcześniej zdenerwowałaś. Wszyscy winni, tylko nie on, a mogłeś zostać winny nawet jak cię nie było w domu. Także poczucie winy jest ze mną od lat i wkradło się do życia dorosłego. Mamie nikt w tym nie chciał pomóc, zresztą jak to na wsi, co by ludzie powiedzieli. Ale ja najwcześniej wyczułam, że coś nie gra. Wszystkie urodziny, imprezy w domu, zawsze wieczna awantura przy przygotowaniach, to samo święta. Nigdy nie szło przyjąć gości w normalnej atmosferze. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik, a jak nie było.. słowami tego nie opiszę. Mama kupiła dwie oranżady zamiast trzech? Po imprezie, odwołujemy, ludzie nie będą mieli co pić. Mama zrobiła grecką sałatkę a nie jarzynową? Jak śmiała, nie takie był ustalenia i salwa wyzwisk jaka to z niej jest nieudacznika i oferma. Te wszystkie jego obiekcje były absurdalne. Ale każdy się po prostu bał i siedzieliśmy po cichu. Niestety, mamie ciężko było to wytrzymać i z czasem zaczęła pić. On tego podobno nie widział. Najpierw widziałam, że jest weekendowo, ale potem już było nawet w tygodniu. Ja to zauważyłam najszybciej.  Miałam coraz mniejszą ochotę spędzać w tym domu czas, ale musiałam. Musiałam na to wszystko patrzeć i tego wszystkiego słuchać. Było mi szkoda mamy ale wiedziałam, że z tej sytuacji nie ma wyjścia. Poza tym każdy udawał, że tego nie widzi. Wtedy sobie powiedziałam, że jak dorosnę to moje życie bardzo się zmieni - oj jak się myliłam.

Problem polegał na tym, że miałam żyć w schemacie. Miałam wiele pasji, ale głównie kazali siedzieć mi w domu. Nie umiem wytłumaczyć tego dlaczego. Bo coś mi się stanie, bo się przewrócę, bo najbezpieczniej w domu. A ja byłam dość przebojowa niestety i siedzenie w domu z nosem w książkach nie było dla mnie. Przed wszystkim mnie straszyli, od najmłodszych lat. W każdym razie, bo opisując te historie mogłabym książkę napisać, ale pierwsze problemy z dzieciństwa zaczęły się pojawiać w relacjach z chłopakami. Byłam dość atrakcyjna i miałam kiedyś dość dużo adoratorów - ale w głowie miałam, ze w zasadzie po co mi związek? Żeby mieć takie piekło jak ma mama? Dlatego wiele razy odrzucałam ich w okresie gimnazjalnym.  Ogólnie moje życie uczuciowe to pasmo porażek. Z chłopakami w liceum mogłam się widywać tylko weekendami - w tygodniu nauka. Najgorsze było przyprowadzenie kogoś do domu. Czułam, że jest tam sztucznie i bałam się że ojciec będzie matkę wyzywał albo ona się upije. O zostawaniu na noc nawet nie było mowy. Nawet ja nie mogłam u nich nocować. A jak zrobiłam kiedyś akcję, że muszę zostać, bo mi uciekł autobus - to on po mnie przyjechał. Ale to co się nasłuchałam, nawet nie będę pisać, ale myślę, że mogłabym jechać do burdelu za moje zachowanie nikczemne. Ci chłopacy, z którymi byłam mówili o nas potem, że jesteśmy "dziwni" i w ogóle się im nie dziwię, bo sama tak uważam. Np. jak jakiś chłopak u mnie był to zdarzały się smsy z drugiego pokoju: " o której w końcu pójdzie" "czemu siedzi tak długo" "jak do godziny nie wyjdzie to tam wchodzę i każę mu iść do domu" itp. A kiedy robiłam nam kolację w kuchni na przykład to przychodził tatuś i cały czas zwracał uwagę: a czemu ta szynka? czemu nie dasz sera? dałaś takie talerze? och ta nasza Jagienka to jest taka oferma właśnie" :) z czasem przestałam przyprowadzać kogokolwiek do domu, czułam wstyd.

Tak samo coraz bardziej zaczęłam być świadoma, kiedy przychodziłam do domu koleżanek i tam było jakoś inaczej, niż u nas w domu. Nikt nie krzyczał, jak ktoś coś zrobił źle to była normalna rozmowa, rodzice dawali dobre rady i chronili swoje dzieci jak popełniły jakiś błąd. A u mnie? Za wylanie talerza z zupą zakrawało się na wpierdol i awanturę nie z tej ziemi. Dlatego przestałam mówić o sobie w domu i nie wiedzieli dlaczego - pewnie coś ukrywam i wiecznie ich kłamię. Tak kłamałam setki razy, ale wolałam wybrać spokój niż darcie ryja i obrażanie mnie i poniżanie, ot cała tajemnica poliszynela, do której jeszcze nikt nie doszedł.

Tak naprawdę z roku na rok było coraz gorzej. Jak miałam 22 lata miałam wspaniałego chłopaka - to on zwrócił mi uwagę że to jak mam w domu i jak mnie traktują trochę odbiega od normy i dlatego jestem taka cicha, skryta i zdystansowana i mam kłopoty z podjęciem decyzji. Jak zostawałam u niego na weekendy to nie wiedziałam co mam robić - czekałam aż będzie dawał mi zadania do wykonania- tak jak było w domu. Jak mi powiedział, ze mogę robić co chcę to ja nie wiedziałam co mogę robić, bo prawda była taka że mój plan dnia ustawiali mi rodzice. Do dziś mu za to dziękuję, że otworzył mi oczy. Nie potrafiłam nic -gotować, robić zakupów, podstawowe domowe obowiązki mnie przerastały - nauczył mnie tego. Powiedział, że chce spędzić ze mną życie, mieć dzieci dom, wspólną przyszłość. Spędzaliśmy czas u niego i remontowaliśmy jego mieszkanie - oczywiście w tajemnicy przed moimi rodzicami - im zawsze trzeba było mówić na końcu, ale w końcu się przyznałam. I wtedy się zaczęło. Nieustanne komentowanie, zniechęcanie. Im bardziej nam się układało, tym bardziej chcieli mnie skompromitować przed nim i uprzykrzali mi życie. W pewnym momencie mama z babcią powiedziały, że mam się za bardzo nie rozpędzać, bo moje miejsce z życiu jest przy nich, w tym domu gdzie mieszkam i żebym nic nie planowała za dużo z tym chłopakiem, bo on chce mnie sprowadzić na złą drogę. (Ogólnie każdy, nawet ze znajomych, kto postępował inaczej niż było w naszych schematach był źle komentowany) Np. ten mój chłopak nie miał studiów - o nie Jagienko, to nie jest chłopak dla ciebie - a najlepsze jest to że żaden z nich nie miał studiów, a nawet matury :). Ale przyszedł moment że powiedziałam jakie mamy plany na przyszłość i moim zdaniem, one mieścił się w tym schemacie - ale jednak nie w naszym domu. Wtedy się zaczęło - nie mogłam z nim przychodzić już do domu rodziców. Były obelgi, ze ja sobie nigdy nie poradzę, że ja i dom i dzieci? Ty jesteś ofermą, nic nie umiesz. Potem były rozpaczliwe prośby: twoje miejsce jest przy mamusi, ty mamusie zostawiasz, mama tu umrze sama i będę ją mieć na sumieniu. Okropnie się cieszyłam, że układam sobie życie, a im bardziej się cieszyłam tym w domu było gorzej, pod względem alkoholu również. Niestety, jestem ratownikiem, jak to określiła moja terapeutka i moja mama tak wjechała mi na psyche z babcią, że nie umiałam znieść jej cierpienia i pewnego dnia  pojechałam do niego i zakończyłam wszystko. Tak po prostu. Nie poradziłam sobie, wiem to, ale nikogo nie winię- to była moja decyzja. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy już byłam w domu i powiedziałam, że zerwaliśmy to słyszałam teksty typu " pewnie w końcu zobaczył jaka jesteś naprawdę, w końcu się na tobie poznał, wiedzieliśmy że ci się nie uda" a jak ludzie pytali co się stało, to mówili, ze Jagnienka taka właśnie jest nieporadna i nie umie chłopa utrzymać. A po czasie kiedy rozmawiałam z mamą, ze co innego mi mówiła, to się wypierała, że ja to na pewno musiałam źle zrozumieć, a po drugie to mogliśmy sobie być razem, ale tak żebym ja była zawsze z nią, po co komu do szczęścia jest wspólne mieszkanie. Pisząc to jest to nadal dla mnie niepojęte. Ale tak było. A największym absurdem jest to, że moi bracia mogli się wyprowadzić i wtedy wszyscy byli z nich dumni, że tak świetnie sobie radzą, a na dobry start jeszcze dostali mieszkania od taty. 

Pracę też dostałam dość szybko i wolałam pracować i weekendami studiować, odpowiadało mi to - już wtedy był problem bo wszyscy w rodzinie robili studia dzienne, a ja musiałam zrobić na złość i pójść na zaoczne! A praca też nie mogła być byle jaka. Jak chciałam dorabiać sobie jako kelnerka albo sprzedawca w sklepie to ojciec wolał mi płacić niż mówić w rodzinie gdzie pracuję i się za mnie wstydzić - bo wszystkie kuzynki i kobiety to mają pracę na etat W URZĘDZIE!! A nie jakaś byle jaka praca dla biedaków :) (ja tak nie uważam żeby była jasność) Kiedyś chciałam iść w moją pasję, którą mogłam połączyć z pracą, ale to wiązałoby się z założeniem firmy, a to nie firma nie, bo ty jesteś Jagienko na to za głupia - pani z biura to jest to, to jest prestiż.

Kiedy zaczęłam studiować zaocznie i szukałam pracy oczywiście nasłuchałam się, że mnie to nikt nigdzie nie przyjmie, bo gdzie bez studiów się dostanę, studia są przepustką do lepszego życia. Pamiętam jak mina im zrzedła, jak dostałam pracę w krótkim czasie i to uwaga! W URZĘDZIE. uwaga! BEZ studiów. To wtedy były komentarze, że albo im zapłaciłam albo loda komuś zrobiłam, bo gdzie bez studiów i to jeszcze taka oferma jak ja by się dostała. A jeszcze jak ktoś im powiedział, że całkiem nieźle mi tam idzie? NA PEWNO SIĘ NAD TOBĄ LITUJĄ, PRZECIEŻ MY WIEMY JAKA TY JESTEŚ. Kochana rodzinka, wsparcie przede wszystkim 😘 Ale szczerze mówiąc to mi bardzo źle robiło na psychę. W pracy mnie chwalili i byli zadowoleni, że jestem dobrym i sumiennym pracownikiem i że jestem bardzo grzeczna i ułożona, a w domu słuchałam jaka to jestem okropna oferma i furiatka. Nie umiałam się w tym odnaleźć.

W zasadzie każde następne podejście do związku było takie same - ja miałam ekscytacje i motylki w brzuchu, ale szybko byłam ściągana na ziemię i słyszałam "tak żebyś mamusi tu nie zostawiła dla jakiegoś chłopa, bo ci tego nie wybaczę". Także przez wiele lat utknęłam na amen. Każde moje granice były przekraczane i prywatność - ba! to nie istniało. Nie liczyło się dla nikogo, że zaczynam się coraz gorzej czuć i to znosić, ważne było żebym zawsze spełniała ich chore oczekiwania. I ja to robiłam, bo nie chciałam ich zawieść - przecież moi bracia robili to samo i oni byli z nich dumni, a za mnie się wstydzili. A ja jestem niestety zadaniowa, jeżeli ktoś jest ze mnie niezadowolony to ja dam siebie 200 procent żeby ktoś mnie w końcu docenił, bo nie umiem odpuszczać i zawsze bardzo się staram . Słowami nie opiszę jaki miałam mętlik. Za to, że się kłócili byłam winna ja, za to że nie mają humoru - też ja. To że się czegoś nie domyśliłam - też moja wina. Potem mama zmarła z wiadomych powodów. Zostałam sama z tatą i babcią. Moi bracia wiedzieli z czym się borykam, ale było na zasadzie "no współczujemy, ale ktoś się musi nimi opiekować, a ty jesteś dziewczyną a poza tym pewnie już zostaniesz sama, więc będziesz miała w życiu zajęcie". Moje życie to przegryw i dziś to wiem. Czy kogoś winię? Przede wszystkim siebie - bo sama sobie na to pozwoliłam i zaprzepaściłam szansę na piękne życie. Powinnam się odciąć dawno temu.

Uważam, że spełniłam ich oczekiwania - uczyłam się tak jak chcieli, mam dobrą pracę, swój samochód, nigdy nie odwaliłam nic głupiego w życiu, nie obraziłam ich, nie brałam narkotyków - wiadomo miałam potknięcia jak każdy w życiu, ale każde z tych potknięć jest wypominane. Ale to podobno nie były ich oczekiwania, a mój obowiązek, bo bez nich byłabym nikim. A prawda jest taka że właśnie dziś czuję się nikim.

Na całe nieszczęście, kiedy myślałam że mój limit pecha się wykorzystał poznałam chłopaka jakiś czas temu, nawet wyprowadziłam się do niego - co było dla mnie nielada wyzwaniem. Niestety, zostawił mnie, nawet nie chcę tego tutaj opisywać co przeszłam. Ale co przeżyłam to słowami nie opiszę, ale miałam kilka miesięcy wyrwane z życia i musiałam wrócić do tego domu. Czemu tu jestem i cały czas tu wracam? Bo mam wieczne poczucie winy, że jestem za kogoś odpowiedzialna i mam wbite, że ze wszystkiego muszę się tłumaczyć, z każdej decyzji którą podejmę bez ich konsultacji. Bo jestem osobą, że jak ktoś do mnie przyjdzie z problemem to poruszę niebo i ziemię by pomóc. Zawsze patrzyłam na innych, tzn. żeby komuś było dobrze, bo sama czuję się okropnie, mam niskie poczucie własnej wartości i uważam, że jestem do niczego i jedyne co sprawia mi przyjemność to jak ktoś dzięki mnie może poczuć się lepiej - nawet kosztem odmówienia sobie moich przyjemności. Tak jestem zaprogramowana. Na szczęście po mega załamaniu nerwowym zaczęłam iść w rozwój, terapię, czytać książek psychologicznych i o rozwoju, zaczęłam więcej mówić o swojej sytuacji przyjaciołom - którzy byli w mega szoku, bo w ogóle nie dałam tego po sobie poznać. Cóż, przybieranie masek od dzieciństwa jest moim największym talentem ;) 

 

Ale! Żeby nie było zbyt ponuro. Powiedziałam sobie dość. Koniec Jagienki, która wszystkich ratuje i jestem "fajna" wtedy kiedy mnie potrzebują. Przez długą terapię (w tajemnicy przed rodziną oczywiście, bo to wstyd) i wspaniałej pani z którą współpracowałam - czas otworzyć oczy - w sumie to je otworzyłam. I czas podjąć decyzję: czas zerwać z nimi kontakt, moi bliscy, moi rodzina mnie krzywdzą ale najważniejsze że im jest dobrze. To w takim razie co to za rodzina? Czas stawiać na siebie, bo czuję że jeszcze kilka lat i może się to zakończyć tragedią. Dość życia z toksykami. Te wszystkie wydarzenia odcisnęły na mnie bardzo dużo piętno - mam problem z zaufaniem, jestem bardzo zamknięta, mam stłumione emocje, często uciekam od kłopotów, łatwo wpadam w przygnębienie, a kiedy ktoś nie mówi mi wprost czegoś, to wtedy spędzam kilka dnia na zastanowieniu się czy ktoś jest na mnie zły, obrażony, czy kogoś uraziłam. Czasem mam dość ludzi i chciałabym pobyć jakiś czas tylko ze sobą, a nie w wiecznej gotowości, na dobieraniu odpowiednich słów by nie urazić ojca i by nie wpadł w furię. Wiem, że jestem całkiem inną osobą, ale gram rolę kogoś, by im było dobrze. Nie chcę tak, chcę być sobą, nawet jeśli ma to spowodować, że będę musiała iść sama przez życie. Bo tak się po prostu nie da żyć. I to nie tak, bo już wiele razy słyszałam takie rady, że mam postawić granicę, tupnąć nogą, trzasnąć drzwiami, to wtedy zobaczą na co mnie stać! A ja wiem co to spowoduje - wpierdol, bo się stawiam i następny miesiąc wypominania jaka to ja jestem niewdzięczna i podła. Znam to od dziecka, wiem to, jestem w tym gównie od prawie 30 lat. Ale te 30 lat sobie na to pozwalałam. I to już mój problem.

Dlatego mam pytanie, czy komuś z Was udało się wyrwać i totalnie odciąć kontakt z rodziną? Co wtedy czuliście, jakie były wasze przeżycia? Domyślam się, że to ciężka decyzja która łamie serce, ale kiedy sobie to wyobrażam, mam wielkie poczucie ulgi. Chcę je poczuć naprawdę. Czuję, że utknęłam i czuję niesamowitą pustkę w życiu. A na dodatek obrażanie, kontrola i wyśmiewanie, naruszanie mojej prywatności i nieszanowanie moich granic jest dalej w moim życiu obecne. Na dodatek nikt nas nie odwiedza, bo goście to zło konieczne, a każdy siedzi osobno w swoim pokoju i to jest podobno okej :) ale ja nie chcę mieć takiego domu, gdzie każdy jest samotny i smutny.

Jeśli nie chcesz pisać o tym tutaj, napisz na mojego maila, będę wdzięczna: ------MODERACJA------

Każdemu kto doszedł do tego momentu - dziękuję, że poświęciłeś/aś swój czas na przeczytanie historii małej nieporadnej Jagienki ofermy. Jeśli jesteś w takiej beznadziejnej sytuacji, nieważne gdzie i kim jesteś - pamiętaj że jesteś wspaniałym człowiekiem, bo przetrwałeś te wszystkie swoje najgorsze dni w 100% i to pewnie w samotności, co czyni się wielkim duchem! Trzymam za Ciebie kciuki!

Link to comment
Share on other sites

Dzień dobry,
dziękuję za rozległe opisanie swojej historii na łamach naszego forum. Mam nadzieję, że da do myślenia osobom, które dostrzegą w tym opisie cenną wartość. Wspomina Pani o terapii i że była pomocna. Mówi Pani też o kwestii odseparowania się od raniącej rodziny. Czasami to jedyne dobre rozwiązanie by chronić się przed dalszymi krzywdami. Nie zawsze jest to proste a niekiedy bywa bardzo trudne, natomiast istnieją rozwiązania, które sprzyjają zdrowemu dystansowi względem rodziny. Rekomenduję dalszą pracę nad sobą, terapia bywa bardzo pożyteczna w tym kontekście i pod kątem uporania się z ewentualnymi traumami. 

Link to comment
Share on other sites

Guest
This topic is now closed to further replies.


  • Ważna informacja

    Chcąc, by psycholog ustosunkował się do pytania zadanego na forum, należy we wstępie podać swój wiek oraz swoją płeć i spełnić warunki podane w instrukcji darmowej porady. Psycholodzy udzielają odpowiedzi w miarę możliwości czasowych. W razie doświadczania nasilonych myśli samobójczych należy skontaktować się z numerem 112 by uzyskać ratunek. Doświadczając złego samopoczucia lub innych problemów można rozważyć też kontakt z telefonami zaufania i pomocowymi - niektóre numery podane są tutaj.

  • PODCASTY-OCALSIEBIEpl.jpg

  • Podcasty i filmy o psychologii

×
×
  • Create New...

Important Information

Używając strony akceptuje się Terms of Use, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.