Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'emocje'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 808 wyników

  1. Witam, poruszałem już kiedyś podobny temat, ale jest coraz gorzej. Szybko przedstawię sytuację. Żona 25 lat, ja 30. Od 7 lat w związku, od 3 miesięcy małżeństwo od 2 miesięcy dramat. Cały związek był piękny, parę głupich kłótni o nic, i tak 7 lat... równe dwa lata temu oświadczyny, szczęście, łzy radości itp...wiadomo... od 1,5 roku wspólne mieszkanie u mnie ( na początku żonie było ciężko z uwagi na to iż wyprowadziła się z rodzinnego domu ( co prawda tylko 500 metrów ) ode mnie więc parę kroków do rodziny żona miała, no ale było jej ciężko. Okres ciężki minął, plany ślubu, cudownie, pięknie codziennie wielkie uśmiechy,głupoty, zrozumienie, plany o remontach po ślubnych, o dzieciach po ślubie że ona by chciała rok, dwa po - mieć dziecko, ja tym bardziej. Ogólnie wspaniale. Po ślubie pierwszy miesiąc, cudnie...pełnia szczęścia jak to nowożeńcy. W sumie to cud jak sprzed ślubu. Nagle Żona zmieniła pracę...i po dwóch tygodniach od zmiany,,,przychodzi" i mówi, że ona dziecka nie chce a już na pewno nie za 4,5 lat...po kolejnych tygodniach powiedziała że 7 lat mam czekać, bo ona wcześniej nie zdecyduje się na dziecko, bo ma nową pracę...i czuje że może się rozwijać. A we wcześniejszej jej niezależało na pracy "więc dziecko by nic nie zmieniło, bo i tak praca bez rozwojowa"....i tak się trzymała tego stanowiska. Teściowa pojechała z nią do psychologa...po wizycie mądry psycholog...powiedział iż MUSIMY MIEĆ WSPÓLNE PLANY...I JA MUSZĘ ŻONĘ ZROZUMIEĆ. Ekhmm...muszę zrozumieć tak ?? Bo żona przed ślubem mówiła że dziecko jest kwestią czasu...a po slubie praca ?? ją zmieniła, to muszę teraz czekać 7 LAT ? TAK??? Pozdrawiam Panią psycholog...TO RAZ. Po kolejnych tygdniach, a właściwie 2 tygodnie temu, żona powiedziała że ona nie czuje wspólnoty, w sensie wspólnych inwestycji w dom ( który docelowo będzie mój, jako rodzinny dom. I ok. Rozumiem to,i szanuję, bo nie musi inwestować w dom, który będzie na mnie (intercyza itp.) , Kolejny strzał, z jej ust,to to że się zmieniłem po małżeństwie bo, np...nie jem zdrowo...(powód do rozwodu...pierwszoligowy)... Kolejno...usłyszałem, że ona chce wracać do swojego domu, bo to tam jest jej dom,i ona chce do mamy...mamie pomagać itp....(mama całkowicie zdrowa,pracująca) Jej mama, jej siostra, są całkowicie po mojej stronie, nie poznają co się dzieje z córką/ siostrą...Ich słowa świadczące o tym że ma idealnego męża,że powinna się cieszyć i dziękować Bogu że taki jestem...tylko mnie utwierdzają w przekonaniu, że napewno źle ze mna niema...Nigdy jej krzywdy nie zrobiłem, nie obraziłem, nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie posłuszny byłem jak wiadomo...kto... Zresztą sama żona mówi i mówiła że nigdy jej się krzywda nie stała w moim domu. Jeszcze przed ślubem mówiła do mojej mamy, że ma cudnie u mnie..... Proszę powiedzcie mi, czy nagłe tak diametralne zmienienie się to coś normalnego ? Czy upatrywać tu ciężkiej depresji...Mówi że mnie kocha,ale współżyć niema mowy,bo boi się o dziecko...nie ma chęci tulenia, zero miłych słów..ja na siłę ją wtulam, ale zachowuje się jak kłoda...nic ją nie cieszy co związane z nami..itp..itd...no i teraz jeszcze chce wracac do swojego domu...
  2. Witam. Mam problem z partnerem 28 letnim. Mamy 5 miesięcznego synka. Partner jest nim zachwycony, potrafi pałac bardzo duża euforia do synka, do mnie. Ale nagle potrafi się wszystko odmienic i nas nienawidzi, a dokładnie mnie... Najgorzej jak wypije... Nie potrzeba wiele wystarcza 2/3 piwa, i wpada w trans. Pierw potrafi się śmiać zwłaszcza wsrod ludzi, a jak zostajemy w zaciszu domowym po czasie zmienia się w potwora. Choć przy ludziach też się zdarzyło. Zaczyna mnie wyzywać, pluć na mnie, bić... Wtedy wychodzi, zaczyna bardzo dużo pić i wraca w środku nocy dobija się, a ja się go boję. Jego siostry mówiły że kiedyś za ofiary robił swoich rodziców oraz jedną z sióstr... Szukał kogoś słabszego, nad kim ma władzę, wtedy go znizy do samej ziemi, obraża od najgorszych, a na sam koniec mówi, że to ta osoba jest winna. Że on nie zaczął tylko ktoś inny. Ja jestem bardzo zmęczona opieka nad dzieckiem, ponieważ mały jest bardzo wymagający. Zazwyczaj on to rozumie, pomaga mi, ale dziś miał pretensje jak ja mogę być wiecznie zmęczona... Czemu to ja chce spać (mimo że była już 21), zaczął mnie obrażać, wyzywać, pluc, rzucać parowkami które sobie zrobił... Widział że i ja i dziecko płaczemy to jakby to go bardziej rajcowalo, jakby nabieral sił, że znalazł ofiary, że jesteśmy słabsi i nie możemy nic zrobić... Uciekł z domu, bo miała przyjechać jego siostra... Ja nie wiem już czy on jest chory psychicznie, myślałam o rozdwojeniu jaźni, zwłaszcza, że przed tą afera się śmiał i mówił że chce mi się oświadczyć, że chce mieć jeszcze jedno dziecko... Jeżeli to choroba psychiczna to jak nakłonić taka osobę do leczenia? Co zrobić? Jak powiem mojej rodzinie to będą kazali mi od niego odejść, ale on potrafi być bardzo dobry. Czy może to tak alkohol działa? Wystarcza 2 piwa, by przypomniały mu się chwilę jak pił kiedyś ze swoimi znajomymi i może wtedy jemu źle że założył rodzinę i chce do nich wracać? Tylko czemu chwilę wcześniej mówi jak mnie kocha i nasze dziecko... Bardzo proszę o pomoc, czy ma sens być z kimś takim i pomoc jemu z chorobą? Jak to zrobic? Wiem że mój syn nie może się tak wychowywać i być narażony na przemoc i taka sytuacje patologiczna w domu, lecz wiem że dziecku jest potrzebny ojciec i wiem jak oni potrafią się razem bawić, śmiać razem i się przytulać... Ostatnio jak nasz syn się rozchorowal to szybko z pracy wracał by z nami iść do lekarza i nam pomóc w domu. Ogólnie on tak ma że przynajmniej raz w miesiącu jemu coś odbija i zmienia się w potwora kiedyś było to czesciej ponieważ pił sporo... Bardzo proszę o pomoc
  3. Nie mam siły. Chciałabym zrobić wiele rzeczy, ale nie mam siły...nawet nie tej fizycznej, psychicznej. Czuję się strasznie, strasznie zmęczona. To nie takie depresyjne zmęczenie, ja chcę żyć, chcę funkcjonować i wiem, że gdybym tylko była w stanie zebrać siły i zrobić coś, COKOLWIEK w kierunku znalezienia pracy, wyjścia do ludzi, choćby rysowania, pisania - to już zaczęłoby dziać się dobrze. Bo wiem, że może być dobrze...tylko, że nie mam siły. To takie uczucie, jak gdyby jakaś część mojej głowy z premedytacją dbała o to, żebym przypadkiem nie zrobiła nic więcej. Zaczynam czuć się pusta w środku. I nie wiem kim jestem...to najgorsze. A skoro nie wiem, kim jestem, jaka jestem - to nie wiem też czego chcę i dokąd iść. Czuję się, jak gdybym była przepuszczona przez palce, rozmyta. Jestem, a mnie nie ma. Na terapii słyszałam tylko, że nie muszę się etykietować, ze nie muszę się określać...ale jak mam żyć, skoro nie wiem kim jestem? Jak gdyby wisiały na mnie same karteczki określające oczekiwania innych i moje dostosowywanie się do innych, ale nigdzie w tym nie ma mnie. I kiedy zdejmuję te karteczki, zostaje pustka. Nie ma mnie tam. Więc gdzie jestem? Czuję się pusta...i zmęczona...
  4. Hej! To mój pierwszy post tutaj. Jestem kobietą w swoim pierwszym poważnym związku, lat 23. Odkąd jestem ze swoim chłopakiem ponad rok, nie potrafię zaakceptować jego przeszłości. Był on jakieś 8 miesięcy wcześniej z dziewczyną z zaburzeniami (border), zerwał z nią, zamknął ten rozdział. Dowiedziałam się od niego (bo wypytałam, ciekawość wzięła górę), że sypiali ze sobą. Wiem, że dla niektórych to normalna sprawa, ale ja mam takie poglądy, że seks to po ślubie (proszę to uszanować, takie są moje wartości i poglądy). Na początku przyjęłam to ze spokojem, ale z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej - doszło do tego, że pisałam do niej z dwóch fikcyjnych kont i wiem teraz dużo rzeczy o jej życiu prywatnym - ona stała się moją obsesją i trwa to nadal. Kiedy myślę o tym, że razem sypiali, ogarnia mnie smutek, ogromny żal w stosunku do tej dziewczyny (mimo, że wiem, że "do tanga trzeba dwojga"), ból emocjonalny, mam nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, jestem płaczliwa, przygnębiona, smutna. Porównuję się do niej - jest drobniejsza i chudsza, podejmowałam próby nieprzekroczenia przyjmowania danej ilości kalorii dziennie. Znienawidziłam wszystko, co kojarzy mi się z nią. Najbardziej przygnębiająca jest jednak świadomość, że to ja zawsze będę tą drugą. I będę musiała być ponad nią w wielu kwestiach. Boję się porównywania. A ona w tym czasie jest zadowolona z tego, że "zaliczyła przyszłego lekarza" (mimo, że wcześniej kierowała się wartościami podobnymi do moich). Starałam się kilkukrotnie zerwać z nią kontakt z fikcyjnych kont, rozmawiałam z chłopakiem na ten temat z zaznaczeniem, że wiem, że nie powinnam wypominać przeszłości, ale to silniejsze ode mnie. Wprowadzałam restrykcyjne diety, dużo ćwiczyłam, zajmowałam się innymi sprawami, żeby o tym nie myśleć, próbowałam jej postawy obrócić w żart, a także próbowałam zaakceptować przeszłość chłopaka, racjonalnie sobie wszystko tłumacząc, rozmawiałam z przyjaciółmi. Po 11 miesiącach i wielu próbach walki z tym problemem wyczerpały mi się pomysły. Nie daję sobie rady. Czy ta sytuacja może wynikać z jakiegoś zaburzenia? Jak poradzić sobie z tym problemem? Zwłaszcza ten ucisk w klatce piersiowej i smutek robią się nie do zniesienia...
  5. Jestem studentką w wieku 19 lat. Ostatnio dzieje się w moim życiu bardzo dużo, w sumie zawsze coś się działo. Ostatnio tylko jest gorzej. I w domu i w mojej głowie. Czuję, że mój stan psychiczny jest coraz gorszy a rodzice, szczególnie mama w tym nie pomagają. Ogólnie rodzice są cudownymi ludźmi, mam wszystko czego potrzebuje i na ten aspekt narzekać nie mogę - inaczej z tym co się dzieje gdy są nerwy między nami. Mama ma nerwicę, ma swoje, że tak to ujmę "jazdy", leków na uspokojenie brać nie chce bo, cytuję "nikt nie będzie robić ze mnie psychicznej", ale staramy się wytrzymywać to z tatą. Najgorzej gdy kłóci się ze mną - wyzywa, krzyczy, po prostu czuje się przez nią najgorsza. Wtedy każdy jest lepszy, a to mój chłopak pracuje i nie narzeka, a to dwa lata młodsza córka koleżanki się tak świetnie uczy i nie patrzy czy jest zmęczona lub czy coś zjadła. Najgorszej jest odkąd mam stypendium. Rozumiem, że rodzice mają mnóstwo wydatków, mają na utrzymaniu mnie i mojego młodszego brata + piesek i potrzebują mojej pomocy finansowej bo w końcu za co bym jadła i się myła prawda? Ale jak tylko dostanę coś to często muszę im pożyczyć i - żeby nie było - jestem szczęśliwa, że mogę im pomóc, na prawdę, tylko przykro mi, że często potem nie mam zbyt wiele dla siebie ponieważ muszę jeszcze płacić z tego za dojazdy. I dziś powiedziałam tylko, że zawsze mówią, że oddadzą a zrobili może to tylko z 2/3 razy (pożyczyłam więcej) i nie, nie mam tego za złe, na prawdę. Mama po tym znowu zrobiła ogromną awanturę, popłakała się i powiedziała, że "wyrzekam" i dobrze, czasem nie jestem święta ale nigdy nie chce źle. I wyszłam na tą najgorszą, usłyszałam wiele przeokropnych słów i tego jak się teraz będą do mnie zachowywać. I... Jestem zmęczona, na prawdę. Mam dość. Czuję, że długo tak nie pociągnę a o wyprowadzce nie ma mowy. Ostatnie kłótliwe dni z chłopakiem też nie pomogły i gdy zaczęło się układać to dziś znowu wyszła awantura tyle, że z rodzicami. W skrócie - czuję się OK ale czuję też, że stan psychiczny zaczyna mi siadać. Jestem zmęczona, smutna, myślę coraz częściej, że byłoby lepiej gdyby mnie nie było albo, że rodzice by się zmienili gdyby coś mi się stało, nawet już nie specjalnie, jednocześnie myśląc, że nie może mi się nic stać bo to zniszczyło by mi karierę oraz nie chciałabym zostać kaleką lub leżeć w szpitalu. Nie wiem co się ze mną dzieje, gdy mówię rodzicom jak się czuje to słyszę, że wymyślam, jestem młoda itd. Oczekuję jakiejś porady, jak mam sobie z tym radzić i co zrobić. Proszę.
  6. Dzień dobry, Mam na imię Wojtek, mam 22 lata i obecnie studiuje. Mieszkam z rodzicami. Od dawna zmagam się z problemami natury emocjonalnej. Jestem pod stałą opieką psychoterapeuty i psychiatry. Przyjmuje leki. Mój obecny problem problem polega na tym, że kompletnie nie radzę sobie na studiach ( 2 rok). Przyjmuje stabilizatory nastroju i antydepresanty przepisane mi przez mojego lekarza psychiatrę. Były one wielokrotnie zmieniane. Mówiłem o swoich problemach dla mojego lekarza i dla terapeutki. Nie jestem w stanie się uczyć. Mam problemy ze skupieniem. Chodzę na zajecia. I to tylko dlatego że mam duże wsparcie od rodziców którzy niemal siłą wypychają mnie na zajecia. Na uczelni nie czuje się zbyt dobrze. Czuje się obcy, mam wrażenie że ludzie na roku są zupełnie inni ode mnie. Do tego często odnoszę wrażenie że ludzie na studiach obgadują mnie za moimi plecami. Tak naprawdę nie chce studiować. Uważam że studia nie są dla mnie dobrym miejscem. Chciałbym iść do pracy która pozwoliła by mi na prace nad swoim zdrowiem. Nie zależy mi na ukończeniu studiów. Zdaniem mojej psychoterapeutki studia są jak najbardziej dla mnie, po prostu wmawiam sobie że się do tego nie nadaje. Tylko że ja z dnia na dzień czuje się coraz gorzej, a wizyty mam co tydzień. Leki miałem zmieniane kilkukrotnie w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie pisze już o takich rzeczach jak myśli samobójcze bo to moja codzienność. Tak naprawdę nie chce się zabic, po prostu te fantazje o śmierci dają mi jakis rodzaj chwilowego wytchnienia. Ja chcę tylko być szczęśliwy. Problem w tym że nie potrafię. Robię co mogę, ale coraz częściej mam wrażenie że mój przypadek jest po prostu beznadziejny.
  7. co zrobić jeśli wszyscy cię ignorują
  8. Witam , Mam na imię Weronika,mam 21 lat. Od roku towarzyszą mi negatywne przemyślenia o sobie, swoim zachowaniu oraz decyzjach które podejmuje. Dobija mnie codzienna rutyna, to że nie robie tego czegoś co sprawiało by mi radość. Odciełam się od swoich znajomych twierdząc że źle się przy nich czuje i nie są warci znajomości. Ponadto od pewnego czasu mam myśli samobójcze, dużo płacze, żadne czynności nie sprawiają mi przyjemności. Chodzę cały czas zdołowana , wszystko mnie denerwuje i sprzeczam się z wieloma osobami.Towarzyszy mi również brak snu. Mam odczucia że nie robię nic ambitnego. O moich wszystkich przemyśleniach wie tylko mój chłopak który jest dla wielkim wsparciem. W jaki sposób mogę sobie poradzić z moim problemem i zmienić swoje spostrzeganie własnej siebie ?
  9. Okej, posiłkując się wskazówkami na stronie: Jestem 25 letnią studentką. Boję się o tym napisać, ale chcę wiedzieć, czy powinnam udać się do specjalisty. NIGDY, nikomu o tym nie wspominałam. Nie pamiętam od kiedy, chyba okres gimnazjum-liceum. Zaczęłam czuć, że mam w głowie jeszcze jedną mnie. Jakby część mnie, która chciałaby wyjść i ujawnić swoją ekspresję, przez strój, zachowanie, etc. Jakoś nad tym panowałam, choć nie zawsze się dawało. Generalnie niewiele pamiętam z tamtego okresu. Mam jakby luki w pamięci i ogromny problem z chronologią. Z biegiem czasu, tych "mnie" pojawiło się więcej. Wcześniej myślałam, że to jakieś moje cechy, których nie chcę i że każdy tak ma. Często zmieniałam styl i sposób zachowania, ale otoczenie uznawało, że po prostu tak mam i że to normalne, że człowiek eksperymentuje z wyglądem. Fajnie, ale kilka lat temu zaczęło być to coraz bardziej uciążliwe. Robiłam różne rzeczy, które w danym momencie wydawały mi się ok, a potem zmieniałam sposób postrzegania wszystkiego i już wcale "okej" nie było. Miałam podejrzenie ChAD ze względu na zmieniający się stan zdrowia, tj. raz depresja, a zaraz potem poczucie bycia cholernie atrakcyjną laską, czy też uduchowioną miłośniczką lasu - obie bez depresji, w pełni sił. Na początku była tylko jedna "ja", skrajnie różna ode mnie. Ponoć to normalne, każdy ma jakieś swoje "alter ego". Od kilku (8?) lat, jest ich łącznie 4 (dzisiaj specjalnie liczyłam, wystraszyłam się, kiedy to do mnie dotarło, dlatego zdecydowałam się napisać). Zrobiłam tabelę w Wordzie i spisałam cechy każdej tej "mnie" z osobna. Nie jest fajnie, bo to wygląda jak różne osoby. Kiedy np. pojawia się "miłośniczka natury", automatycznie mam ochotę farbować włosy na blond i zmieniam styl na etniczny. Potem sexbomba ubiera się na rockowo i chodzi jak cholerna gwiazda estrady. Generalnie każda wygląda inaczej. Jest tomboy (lesbijka), sexbomba i laska z wieczną depresją. Jedna jest ekstrawertyczką, druga wręcz przeciwnie. Jedna ma fobie i lęki, których reszta nie ma. Nie jestem głupia, widzę, jak to wygląda. Dzisiaj znajoma, z którą gadam "z doskoku" powiedziała mi, że nie wie skąd u mnie te zmiany zachowania, ale czasami zachowuję się, jak inny człowiek. Od lat pracuję nad sobą, ze względu na stany depresyjne, problemy z emocjami etc. Sytuacje "kryzysowe" w moim życiu: rozwód rodziców, śmierć ukochanego dziadka, zaburzenia odżywiania, gwałt, molestowanie, nadopiekuńcza mama, członek rodziny z Alzheimerem (agresja - 6 lat dzień w dzień, bałam się wracać do domu) i związek z osobą z borderline. Moje pytanie brzmi, czy coś sobie wmawiam i po prostu każdy ma w sobie jakieś wersje siebie, czy też powinnam udać się do specjalisty? Bo nie powiem, trochę się dzisiaj wystraszyłam.
  10. Dzień dobry, Mam prawie 21 lat (nigdy nie pisałam na forach o swoich problemach, ale pierwszy raz mam sytuację w relacji z jakimś chłopakiem, z którą naprawdę nie umiem sobie poradzić). Jestem z chłopakiem około rok, przy czym znamy się ponad 10 lat. On zawsze coś do mnie miał, ja go odrzucałam (fizycznie nigdy mi sie nie podobał) i w końcu po latach, stwierdziłam, że spróbujemy. Na początku nieufnie, ale z czasem widząc jego starania, zaczelam uważać, że to była dobra decyzja i czułam się naprawdę zakochana. Do czasu kiedy ostatnio nie mogę się odpędzić od myśli, że zasługuję na kogoś lepszego (jakkolwiek okrutnie czuję się mówiąc takie słowa). Co najlepsze on też tak uważa (mówił mi to sam z siebie) i moi znajomi również (jak spytałam po tym jak pojawiła się u mnie ta myśl, a potem niezależnie usłyszałam to od niego). Różnimy się, rodziny w których wychowywaliśmy się również sa zupełnie różne-jego jest zdecydowanie prostsza, przez co czuję to w nim samym i niekiedy mi to przeszkadza. On sam jest "fleją", co w pewien sposób mnie momentami zwyczajnie obrzydza. Tak samo-ja czytam książki, on-oglada głupie komediowie filmy o niskim poziomie humoru. Fizycznie- nie mój typ, ale tak jak kiedyś nie czułam nic, tak teraz potrafię się nim podniecić itd. Stąd zastanawiam się-czy jest sens to ciągnąć? Bo z jednej strony bardzo mu ufam, wiem, że bardzo mu zależy, czuję się przy nim wyjątkowo swobodnie i potrafimy ze sobą szczerze rozmawiać o problemach (czyli niby takie podstawy najważniejsze spełnia) itd. a z drugiej to obrzydzenie, które odczuwam jak znowu upaćkał się jedzeniem lub coś podobnego i to, że czuję, ze nie jest na moim poziomie... Dodam, że z poprzednim chłopakiem nie odczuwałam takiego obrzydzenia, więc to chyba kwestia jednak jego osoby, a nie mojej. Z góry dziękuję za pomoc
  11. Cześć,Jestem 22-letnią kobietą,niedługo już 23..Problem mam taki,w zasadzie nie wiem czy to problem ale tak sie z nim czuje,ze mam problem ze związkami.Zawsze myślałam ze mimo młodego wieku pragnę stabilności w związku,tego jedynego.Jednak zauważyłam u siebie ze gdy tak sie dzieje,szukam dziury w całym aby tylko go zakonczyc i zacząć cos nowego.sprawia mi przyjemność zdobywanie kogos kto jest poza moim zasiegiem i gdy juz go dostane i mam pewność ze tej osobie zalezy,to odtracam ją od siebie.Brzydko mówiąc,bawie sie ludzkimi uczuciami.Najgorsze jest to ze ja to robie i nawet o tym nie myślę.Dopiero po czasie gdy zaczynam wszystko analizować dociera do mnie co ja właściwie robie.Gdy jestem w związku,pociągają mnie inni faceci,gdy jestem sama,pociągaja mnie żonaci itd.Nie chcę taka być,chciałabym przestać ranic ludzi i przy okazji swoje sumienie.Za wszelkie błędy bardzo przepraszam ale nie do końca wiedzialam opisać to co siedzi mi w głowie ..Z góry dziękuję za jakąkolwiek pomoc.
  12. Cześć. Jestem Konrad, mam 25 lat. Mieszkam w dużym mieście wojewódzkim. Rok temu poślubiłem swoją obecną (pierwszą oczywiście) żonę. Wcześniej znaliśmy się jakieś 6 lat. Przez te lata, narastał w naszej relacji problem który kiedyś ignorowałem, a dzisiaj doprowadza mnie do szaleństwa. Czuję, że moja żona jest osobą mściwą, wredną i bez empatii. Regularnie robi mi awantury, nawet o rzeczy na które nie mam wpływu lub o takie, które zawsze były oczywiste (jak to, że jeżdżę do pracy samochodem). Cały czas odczuwam od niej brak szacunku, czuję się poniżany, wypominane jest mi wszystko, muszę znosić jej wieczne humory i niezadowolenia. W czasie rozmów na temat problemów, daje mi odczuć że zrobi wszystko żeby mnie zniszczyć, ze moje uczucia nie są ważne. Potrafimy kłócić się bez końca. W czasie kłótni atakuje mnie i wyśmiewa. Często w awanturach robi wszystko, żeby mnie wyśmiać nawet jak to nie ma nic wspólnego z tematem, jak to, że mam nadwagę, że daję jej jedynie minimalny standard życia (zarabiam 3 razy tyle co ona a jej zarobki są powyżej średniej krajowej), że wszyscy którzy ze mną utrzymują kontakt są dla mnie interesowni i nieszczerzy, Mówi mi, że nawet jej odpowiada to, że sypiam czasem w drugi pokoju, czy żebym sobie szukał innej kobiety. Te awantury doprowadzają mnie do rozpaczy, leżę na podłodze i wyję z bólu, a ją to tylko nakręca. Nie potrafię wytrzymać tego, że ktoś kogo kocham i kto przysięgał mi miłość tak bardzo mnie nie szanuje. Często żona robi mi awantury w dni, które są dla mnie ważne, jak skończenie studiów, jakaś wygrana czy sukces w pracy. W rozmowach cały czas mi przerywa i nie da dojść do słowa, czuję się niewysłuchany, niepotrzebny lub potrzebny tylko wtedy gdy trzeba jej pieniędzy. Gdy jej o tym mówię, to naśmiewa się ze mnie, mówiąc, że musiałbym najpierw te pieniądze mieć - no nie mogę.... jestem grubo powyżej ludzi w moim wieku, czy naszych znajomych. Mam żelazną zasadę, że nasze problemy rozwiązujemy poza rodziną czy znajomymi przez co nie mam nawet z kim porozmawiać o tym, że jest mi tak ciężko. Nie mam u kogo przenocować, do kogo wyjść. Gdy chcę wyjść do naszych wspólnych znajomych zawsze znajduje jakąś wymówkę - brak czasu, pieniędzy... Kilka sytuacji z naszego życia Zaproponowałem jej, żeby zapisała na kartce na lodówce rzeczy, które chce, żebym zrobił lub jej pomógł, jak to, żebym wyprasował we wtorek pranie czy ja pojechał po zakupy w piątek (do tej pory robiła to ona, więc chciałem, żeby to dla mnie usystematyzowała). Wyśmiała mnie, przy każdej możliwej okazji mi to wypomina i naśmiewa się, że nie mam mózgu. Wysprząta we wtorek mieszkanie (podstawowe sprzątanie, ubrania, naczynia, nic szczególnego), następnie zostawi wieczorem bałagan. Rano wychodzimy o podobnej porze, z pracy wraca zawsze szybciej niż ja i czeka na mnie z awanturą, dlaczego jest to nieposprzątane. Rozmowa o tym, że przecież byłem w pracy, że wczoraj było wysprzątane i to ona zostawiła za sobą bałagan nic nie daje, podważa każdy argument, nawet w irracjonalny sposób, mówiąc, że mogłem wstać o 5 rano, żeby za nią posprzątać, czy że to jest moje urojenie, że ona zostawiła na środku pokoju swoje ubrania. Rozpłacze się do mnie z awanturą, że nie ma się w co ubrać jutro (no bez przesady, w szafie są ubrania, ale nie mówię jej tego), ale nie pojedzie do sklepu bo jest już po 19 - galerię mamy 5 minut od domu. Żona zaczęła studia rok wcześniej niż ja, przez kilka miesięcy mieszkaliśmy kilkaset kilometrów od siebie. Zadzwoniła do mnie w piątek wieczorem dlaczego jeszcze nie jestem u niej, zrobiła awantura, chciała mnie rzucić, zwyzywała... Ja wybłagałem samochód od rodziców i w nocy do niej pojechałem, żeby uspokoić sytuację. Kiedy mówię jej o tym, że jej słowa mnie ranią, że odczuwam, że mnie nie szanuje i zrównuje z ziemią słyszę, że to tylko moje zdanie bo ona mówi dobrze i chyba jej nie zabronię mówić co czuje czy uważa. Sytuacje jak ta bywały już wcześniej, nawet gdy jeszcze każde z nas mieszkało ze swoimi rodzicami. Cały czas oczekuje, że wszyscy będą jej schodzić z drogi, domyślać czego ona chce lub rezygnować z własnych potrzeb czy wolności dla niej. Martwi mnie to, coraz częściej spędzam wieczory sam, przy komputerze, śpiąc w innym pokoju. Wiem, że mnie nie zdradza, ale nie potrafię dojść z nią do żadnego porozumienia. Jestem konserwatywny i wierzący, nie potrafię po prostu się wyprowadzić i rozwieźć.
  13. Witam, Jestem mężczyzną, mam 27 lat. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że znalazłem się w sytuacji, w której nie wiem co robić, ponieważ czuję że doszedłem do "ściany". Odkąd sięgam pamięciom czułem się inny niż reszta ludzi. Stopniowo z wiekiem i zdobywanym doświadczeniem w relacjach z ludźmi to przekonanie się we mnie utrwalało i rosło, mimo, że w rodzinie byłem traktowany jak normalny człowiek i tak się czułem, to gdy wychodziłem poza rodzinę czułem się jak odmieniec i dziwak. Zawsze byłem nieśmiały i cichy, a przynajmniej tak byłem odbierany. Słyszałem, że żyję w swoim własnym świecie i poniekąd faktycznie tak było, zawsze miałem bardzo ograniczone grono osób z którymi miałem dobry kontakt. Przeważnie paraliżował mnie strach gdy obca osoba coś do mnie mówiła. Łatwo można się domyślić więc jak wyglądały moje relacje z płcią przeciwną. . Ogólnie w liceum nie miałem kolegów, wylądowałem poza nawiasem klasy, nie brałem udziału w żadnych społecznych aktywnościach z nikim nie rozmawiałem. Zrozumiałem, że mam problem dopiero w wieku 17 lat kiedy to w wakacje po drugiej klasie liceum przez dwa tygodnie nie wstawałem z łóżka, mimo że byłem fizycznie zdrowy, nie miałem na to siły, po prostu leżałem, tak przypłaciłem szkolny stres (z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, ze był to EPIZOD DEPRESYJNY). Po tym epizodzie wylądowałem u pani psycholog, ale skończyło się na jednej wizycie ponieważ nie wierzyłem że może mi pomóc i nie byłem wówczas w stanie się otworzyć przed nikim. Jakoś wróciłem do siebie i żyłem dalej, miewałem wzloty i upadki, mogę powiedzieć że swoich życiowych wyborów dokonywałem po najcieńszej linii oporu, byłem jak liść niesiony przez wiatr. Tak doszedłem do swojego 27. roku życia. Borykam się z tymi samymi problemami jakie miałem od zawsze, problemy w relacjach, duża nieśmiałość, problemy z emocjami (czuję się ich niewolnikiem), mam ogólne uczucie bycia dziwnym człowiekiem, czuję że jestem tak odbierany przez innych ludzi i co gorsza sam tak o sobie myślę. Chciałbym się dowiedzieć, co mogę z tym zrobić, jak sobie pomóc, żeby to wszystko, żeby życie mniej bolało, żeby ustabilizować swoje emocje i zobaczyć przyszłość w jasnych barwach. Przede wszystkim czy jest szansa na lepszą przyszłość, na zerwanie z przeszłością, na zmianę tego jaki jestem i jak bardzo sam siebie krzywdzę.
  14. witam jestem tutaj nowa, nazywam się Magda i jestem mama 10letniego chłopca oraz mężatką z dziesiecioletnim stażem. Jestem tutaj gdyż mam poważny problem a mianowicie chodzi o moje małżeństwo , sprawa polega na tym ze od samego początku nie było najlepiej ale jakoś było, upadki, wzloty, rozstania i powroty...dwa różne i trochę sprzeczne charaktery... Mój mąż można powiedzieć taki wieczny chłopczyk,, choć ja tez czasem bladzilam gdzieś w obłokach... Gdy byłam w ciąży i po ciąży jakoś specjalnie nie interesował się ani mną ani dzieckiem... Później półrocze rozstanie... Potem znowu dobrze, potem źle,,, i od dłuższego czasu było powiedzmy że tak w miarę,,, Ale gdy on jechał na jakaś robotę to bardzo rzadko mi mówił, jemu było wolno wszystko,, ja zajmowałam się domem, synem i w między czasie takimi dorywczymi pracami,, każde miało coś za uszami on swego czasu, miał konta na stronach erotycznych...z nagim zdjęciami ale wszystko mu wybaczyłam,, ja z kolei kiedy czułam się samotna w związku także potrafiłam popisać z kimś zupełnie mi obcym albo starym znajomym,,, z tym ze on potrafił pisać także glupie wisdomosci co nie zawsze mi się podobało gdy tylko potrzebowałam trochę odskoczni,,, kiedyś też może w odwecie może przez impuls zdarzyło mi sie także wysłać takiego typu zdjęcie obcej osobie...pech chciał że wogule o tym zapomniałam iż zostało to gdzieś na poczcie,,, mój mąż to zobaczył zrobił mi awanturę,,, ok,,, smsy też.... wyprowadził się nie pisze do mnie nie dzwoni obecnie jest za granicą,, a ja mam wielki ża i poczucie winy,, boję się że złoży pozew którego tak naprawdę nie chce gdyż go kocham, i żałuję swojego postępowania, chciałabym wszystko naprawić ale on nie chce, zastanawia mnie to czemu ja mu tyle razy dawałam szanse a teraz on nie może dać mi tej nadzieji że może jakoś się ułoży.... Jest mi z tym bardzo ciężko... Tymbardziej ze sam często siedział z tel w ręku,mial także blokadę i nie widziałam to tam ma ok 3/4lata! A mój tel odblokowal palcem syna gdy spał bo syn miał do niego dostęp,prosze o pomoc gdyż nie wiem co mam zrobić🙁😰
  15. Czy są tutaj osoby które cierpią na osobowość typu borderline?
  16. Jestem 18 letnią kobietą. Od kilku lat mam problemy z swoim zmiennym nastrojem. Mój problem zaczął już się ok. 4 lata temu. Byłam wesoła i pełna energii przez cały dzień a wieczorami dopadały mnie myśli samobójcze i umiałam obwiniać się o całe zło wyrządzone na świecie. Często miałam wrażenie że ktoś próbuje czytać moje myśli przez co starałam się jak najmniej myśleć o niekomfortowych dla mnie sprawach. Po okresie 3 lat to minęło ale ostatnio zaczęło do mnie powracać. Często mam również wrażenie że coś mnie obserwuje. Chociaż myślę że to paranoja z dzieciństwa ponieważ gdy miałam ok 6 lat często miałam takie wrażenie. Jednak głównym powodem jest to że bardzo często słyszę głosy. Nie słyszę ich z otoczenia ale znajdują się w mojej głowie. Szczerze nie wiem co o tym myśleć. Nie wiem czy to ważne ale w wieku 13 lat miałam bulimię.
  17. Witam. Pochodzę ze złej rodziny patologicznej, jestem DDA. Doświadczenie 7 lat terapii psychologicznej i grupowej żeby wyprostować swoje zycie. 15 lat po odcięciu się od rodziny patologicznej i ułożenie życia po swojemu na nowo. Mam problem dość duży w małżeństwie. Mam 44 lata. W związku jestem 12 lat a małżeństwie 7 lat. Mam jedno dziecko. Wszystko było dobrze i poukładane do czasu kiedy narodziło się dziecko. Początek był jeszcze znośny do 2 lat. Od tego czasu zaczęło się wszystko psuć, jestem kierowcą zawodowym, tylko przyjechałem do domu napięcia emocjonalne coraz bardziej narastały, żona chciała żebym był częściej w domu, byłem również za tym, była to luźna rozmowa i nie oczekująca ani wymuszająca. Zacząłem ustawiać system pracy tak żeby być więcej w domu i pracę wypośrodkować czyli 2 tygodnie w pracy i 2 tygodnie w domu (2/2 lub 2/1), czy 2 tygodnie pracy i jeden w domu, w zależności ile potrzeba było pieniędzy na utrzymanie rodzinne tak układałem prace. Żona nie pracuje bo zajmuje się dzieckiem. Wiadomo były różne problemy, choroby dziecka, krzyk nie zawsze ale to inna sprawa. Dziecko jest dzieckiem. Również były inne problemy ale je uznawałem za ważne i nie miałem do tego pretensji. Jeśli żona chciała żebym był w domu chciałem wykonywać dodatkową pracę w domu na komputerze bo miałem taką możliwość a do tego dorobić bo zarobek nie był wystarczający. Były myśli nawet żeby przejść całkowicie na pracę w domu bo był na to czas i w sumie się to udawało, nawet ta praca przynosiła dochody. Tu pojawił się dość duży problem, Żona traktowała tą pracę tak jakbym się bawił na komputerze i był do wszystkiego dyspozycyjny, bez przerwy mi wchodziła do pokoju, gadała i przeszkadzała, potrafiła przyjść i sobie gadać nie zważając na moją pracę uwagi i tu nerwy zaczęły puszczać. Mówiłem jej spokojnie na ten temat wiele razy że ja pracuje, żeby mi nie przeszkadzała ale nie poskutkowało więc zaczęło powstawać coraz większe napięcie i do tego kłótnie o moją pracę. Zamiast cieszyć się pracą w domu to coraz więcej zaczęliśmy się o to kłócić, pogorszyło to całkowicie relacje. Z pracą się wszystko popsuło, nie dało się w nerwach pracować. Przyszedł moment że zacząłem się dusić w małżeństwie, zacząłem źle się czuć, byłem zgaszony i przybity życiem rodzinnym, nie satysfakcjonuje mnie bo szczerze mówiąc chciałem być w domu i zejść z pracy kierowcy a przez tą sytuacje nic nie mogę zmienić. Poszedłbym do innej pracy ale mam problem z ludźmi (DDA) praca kierowcy mnie izoluje od tego i w domu również. Nie dość że ciche oczekiwania i wyrzuty bo nie ma pieniędzy to jeszcze ciche oczekiwania że mam zaspokoić rodzinę i być jeszcze w domu. Zamiast lepiej zaczęło się robić tylko gorzej, pojawiły się wyrzuty że ja tylko pracuje, dodam że tak organizowałem pracę żeby mieć popołudnia wolne dla rodziny i być z dzieckiem i żoną. Powiem o swoim problemie emocjonalnym bo jest poważny i być może to rzutuje również na całe moje małżeństwo. Jak mam zostać czy zajmować się dzieckiem to się boje ze względu na wstrętne myśli, nie będę ich tu opisywał co się w mojej głowie dzieje, nie wiem skąd one się biorą, są takie krzywdzące jakbym zaraz miał skrzywdzić dziecko, wykańcza mnie to, boje się że wyładuje emocje na dziecko czy nawet je skrzywdzę, cały się denerwuje, emocje od złości do silnej złości do tego emocjonalnie pojawia się silny lęk ucieczki żeby tylko się nie zajmować. Czuje się tak jak zostaje z dzieckiem jakby to był przymus i temu się buntuje i uciekam, mam duże nerwy i wkrętki z myślami i emocjami. Czuje się do tego zmuszany gdzie czegoś takiego nie ma, żona mnie jedynie czasem prosi żebym został i to wszystko jak ważne sprawy do załatwienia. Ja ma z tym duży problem. Mówiłem nieraz o tym ale tak jakby tego nie rozumiała. Co ciekawe jeśli jest wszystko u mnie poukładane emocjonalnie, relacja między nami jest w porządku to relacje z dzieckiem są poukładane i żadne wstrętne myśli się nie pojawiają. Jest zdrowa kochająca relacja. Do tego pojawiły się problemy z żony rodziną i problemy z jej toksycznymi znajomymi (nie wszystkimi) bo czuję się zmuszony iść w miejsca gdzie źle się czuje i po prostu tam nie idę. Jak chce żona iść to niech idzie sama, nie zabraniam jej bo u mnie przez to jest sporo nerwów i myśli agresywnych. Konflikt idzie o niekontrolowanie wydatków i nieliczenie się z pieniędzmi bo mieliśmy wspólne konto. Konta rozłączyłem i mamy osobne, opłaty wspólne procentowe zależne od wysokości wypłaty. Uważam że to najlepsze uczciwe rozwiązanie. Wrzucam co miesiąc określoną kwotę. Musiałem to zrobić ze względu na stan psychiczny i nerwy jakie miałem z tego powodu. Teraz żona ma swoje konto a ja mam swoje i jest dużo lepiej. Wiem przynajmniej że z mojego konta przynajmniej mi nic nie ubywa i mogę wszystko zaplanować. Jestem w tej chwili wykończony psychicznie, to już trwa około roku, nie jestem w stanie nic w domu robić, pojawia się stan depresyjny, od razu po negatywnych emocjach mam senność, śpię dużo, mogę nawet spać od 18 do 8 rano. Pojawiają się duszności i problemy z sercem, pojawiło się od niedawna. Ze względu na to że nie wiem co już dalej robić planuję wyprowadzkę bo nie chce być dalej w domu jeśli przybicie psychiczne się nie skończy. Przygotowałem sobie wszystko, alimenty itp. ile płacić. Mówię tu o uczciwych alimentach, dobru dziecka. Reszta później bo nie wiem jak się wszystko potoczy. Nie wiem jak to ująć ale kłótni u nas dużych nie ma, są sprzeczki i zaraz to wyjaśniamy ale od jakiegoś czasu to się bardzo nasiliło i dochodzi do mocniejszych kłótni, co ciekawsze znajomi i rodzina żony nas mają za super parę. W domu większość doświadczam dobicia psychicznego, nie dość że toksyczni znajomi (nie wszyscy) to jeszcze jej rodzina również mnie przybija ze względu na duże zadłużenia, które sami narobili i przychodzą bez przerwy do nas z problemami nawet próbując pożyczać pieniądze. Żeby ktoś mnie nie zrozumiał, pomóc trzeba w różnych sytuacjach jak jest to uzasadnione ale nie pożyczę osobom które nie pracują a do tego sami doprowadzili do wysokiego zadłużenia mieszkania, dochodzą jeszcze jakieś tajemnice rodzinne i nie wiem co tam się naprawdę dzieje, Nie dość że nie pracują to jeszcze zadłużyli mieszkanie i nie chcą zmienić sytuacji, oczywiście żona ze swoich zapracowanych pieniędzy może im dawać, da na opłaty to ok, nie wtrącam się w to. Ja nie dam, bo nie widzę zmiany. Jest jeszcze kilka problemów i to się nawarstwia. Doszło do tego że drażni i wyprowadza mnie z równowagi już wszystko. Chce się wyprowadzić i raz już to chciałem zrobić, byłem spakowany i chciałem wyjść ale to co zobaczyłem może dlatego się cofnąłem, stan psychiczny żony i jak wyglądała a do tego dziecko mnie prosiło żebym tego nie robił, wróciłem się. Sytuacja się jednak nie zmieniła, przymierzam się do kolejnej wyprowadzki, nie mam od nikogo pomocy, brałem pod uwagę dobrego psychologa, zresztą nie mówię nikomu ze znajomych bo nikt nie uwierzy że u nas są problemy a poza tym to nic dobrego nie da, taką mamy opinię. To co napisałem nie wiem czy to dobre rozwiązanie, chodzi o moją psychikę bo już nie wyrabiam i zdrowie dało o sobie znać. Jeśli pomoże terapia i jest wyjście będę szczęśliwy, jeśli nie to wyprowadzka a później resztę spraw do ustalenia. Nie winie o wszystko żony bo wina jest po środku. Na początku na pewno jej nie zostawię z niczym, dam okres przejściowy gdzie pomogę finansowo do ułożenia wszystkich spraw. W miejscu zamieszkania na pewno nie będę ze względu na moją psychikę i znajomi, skoro podejmuje się takich decyzji to pod względem psychologicznym chce zamknąć całkowicie ten rozdział w życiu. Proszę o szczerą odpowiedź. Prosiłbym wziąć pod uwagę 2 strony bo również ja mogę być tu winny gdzie problemu nie widzę.
  18. Dzień dobry Mam 32 lata i jestem w małżeństwie (10 lat). Mam 7 letnią córkę. Razem z żoną mamy przyjemne mieszkanie i poukładane życie. A raczej życie poukładane było... Od czasu narodzin córki niezbyt układało nam się w łóżku więc doszło do tego, że stworzyliśmy otwarte małżeństwo. Żona spotykała się z "kolegą" a ja w tym czasie poznałem kilka "koleżanek". W maju br. poznałem dziewczynę, która zawróciła mi w głowie. Spotykaliśmy się przez kilka miesięcy, jednak nie powiedziałem jej, że mam żonę. Wiedziała natomiast, że mam córkę. Skłamałem, że nigdy się nie związałem na stałe z "matką" naszego dziecka. Moja koleżanka też ma córkę, 5-latkę. Sama jest po rozwodzie z przyczyn finansowych (mąż miał długi). 17 października wyznałem jej prawdę o zonie i zapragnąłem związać się z nią na stałe. Oznajmiłem to żonie i złożyłem pozew rozwodowy. Żona załamana. Powiedziałem jej, że nie interesowała się mną, marudziła na wszystko, nie dbała o siebie i seks z nią też był słaby, a właściwie nie istniał od miesięcy. Mało czasu też spędzaliśmy razem z racji kochanków i kochanek oraz braku pieniędzy na wspólne wyjazdy zanim jeszcze poznałem wyjątkowa koleżankę. Koleżanka, a właściwie już dziewczyna, dnia 17 października przyjęła mnie pod swój dach. Miałem mieszane uczucia, wyrzuty sumienia. Zajmować się czyimś dzieckiem, kiedy moje będzie cierpieć rozstanie. Tak nagle bez walki zostawić żonę... jednak jakoś sobie z tym radziłem. Z nową dziewczyną czas spędzamy idealnie. Mimo trudnych chwil gdy się przyznałem do kłamstwa nigdy się nie pokłóciliśmy. Czas spędzamy bardzo zgodnie, przyjemnie. Lubimy te same aktywności. Od dwóch tygodni niesamowicie zaczęły mnie męczyć myśli o powrocie. Do domu, mieszkania, zony, dziecka, stabilizacji, wygody... Mimo, ze nowa kobieta jest zdecydowanie fajniejsza, to odległość od dziecka (80km), zmiana lokalizacji, wychowanie czyjegoś dziecka (radzę sobie, ale czuję do siebie odrazę, że niszczę swoje dziecko) strasznie mnie męczą. Doświadczam ekstremalnych stanów. Codziennie wieczorem gdy leżę wydaje mi się, że jest idealnie, że damy radę, córki nasze się polubią i będzie super! Jakoś stworzymy nowy świat!. Rano budzę się w lęku i do popołudnia nie potrafię się na niczym skupić. Aż nogi mi się uginają. Żona wciąż czeka na mój powrót. Daje mi czas do 2 stycznia, ale ma już coraz mniej siły. Ona chce zawalczyć. Ja jednak czuję się teraz podle. Nawet nie wiem jak zabrać się za wybór. To nie są przedmioty. Obie kobiety i dzieci mają uczucia. Kogoś zranię. Ale jak w tym natłoku myśli wybrać dobrze? Moje zdanie potrafi zmieniać się co kilka minut. Wczoraj myślałem, że pod nieobecność dziewczyny spakuję się i odejdę z powrotem do żony, jednak wieczorem byłem już cały w skowronkach jak wspaniale nam będzie razem. Dziś od rana znów męczą mnie myśli, na zmianę: będzie super!; nie nie będzie super, będę miał wyrzuty do końca życia!.\ Czuję się nie fer wobec wszystkich wokoło. Z perspektywy czasu wolałbym nigdy nie poznać tej dziewczyny, mimo, że czas z nią spędzony był najlepszy w moim życiu. Boje się, że czy wrócę czy nie, będę nieszczęśliwy. Nie mam pojęcia jak zrozumieć siebie, czego chcę, kogo kocham, kiedy będę szczęśliwy. Serdecznie pozdrawiam!
  19. Cześć jestem Dawid rok temu spotykałem się z pewną dziewczyna, bardzo jej na mnie zalezalo mi na niej też, lecz poznałem inna i niestety zostawiłem ja bez słowa, później próbowałem do niej odezwac niestety bezskuteczne, kilka dni temu napisałem i zgodziła się na spotkanie, rozmawialiśmy było wspaniale dowiedziałem się że ma dziecko. Ale nie jest z ojcem dziecka, następnego dnia mnie zablokowała na fb, napisałem z konta kolegi żeby do mnie zadzwoniła, dzwoniła spotkaliśmy się powiedziałem jej ze jadę za granicę i wracam za 15 dni była smutna kazała mi ja przytulić, pożegnaliśmy się poczym mnie odblokowala na fb i czasem piszemy. Jak myślicie są jeszcze szansę na związek, dodam tylko że pracuje za granicą i jestem 5 dni w miesiącu w domu bo buduje dom
  20. Witajcie jestem chłopakiem w klasie maturalnej, moja matka jest nałogowym alkoholikiem, a ojciec agresywnym sadystą, który znęca się nad nią psychicznie oraz fizycznie. Matka jest bezrobotna, nigdy nie pracowała zajmowała się domem, zapewne przez despotyzm ojca i brak zajęcia w domu popadła w alkoholizm. Skąd wiem, że jest alkoholikiem? Otóż wstaje o 5 rano codziennie i biegnie do sklepu po alkohol kiedy ja i ojciec najczęściej śpimy, piwo trzyma schowane po szafach, ubraniach, wszędzie gdzie się da i pije na okrągło, przez cały dzień. Wielokrotnie próbowałem jej pomóc, prosiłem, błagałem chciałem zapisać ją na terapię ale ona nie chce i koniec ZAWSZE znajduję wymówkę typową dla osoby uzależnionej. "A co ja mam z tego życia? A inni nie mają się tak źle jak ja. Ja sprzątam i gotuje więc mogę się napić" czytaj upić do nieprzytomności i dusić się z powodu nałogowego palenia papierosów. Pije odkąd pamiętam, całe moje życie, nic nie mogę zrobić zabranie jej alkoholu kończy się szarpaniem drapaniem mnie po rękach, a nawet gryzieniem... Nic jej nie powstrzyma, na dodatek ja nie palę, ba nienawidzę papierosów jak mało czego w akcie zemsty będzie palić gdzie się da, żeby zrobić mi na złość a ja nie chcę tracić swojego zdrowia jej kosztem... Mój ojciec również nadużywa alkoholu, jest górnikiem "taka kultura, chłop musi wypić". Jest niesamowicie władczy i podły traktuje mnie jak śmiecia, wyzywa mnie od "skur***** , idiotów, eunuchów, nieudaczników życiowych" itd. Jestem nieudacznikiem bo uwaga rok w rok przynoszę do domu świadectwo z czerwonym paskiem, bo mam pasje, bo uczę się, bo chcę uciec z tego domu kiedy miał możliwość... Męczę się niesamowicie, nikt nigdy nie chciał mi pomóc, jako dziecko za bardzo się wstydziłem, żeby zgłosić sprawę różnym instytucjom + nie chciałem trafić do domu dziecka, chciałem żyć chociaż odrobinę "normalnie" jak moi koledzy... Ojciec już od jakiegoś czasu mówi mi, że to jego dom i nie mam tutaj nic do powiedzenia, powiedział, że daje mi czas do czerwca a potem mam wypie***** , bo nie przynoszę żadnego pożytku i tylko wydaje pieniądze na moje utrzymanie . Ojciec bije matkę bardzo często, dzisiaj miała krwotok z nosa, liczne krwiaki i siniaki to codzienność, ona godzi się na to, gdyż on pracuje a ona jest uzależniona i dzięki temu ma pieniądze na papierosy i piwo, które "musi" zażywać. Zawsze się bałem, trząsłem, mam niesamowitą traumę, ciągle słyszę w głowie krzyki mojej matki, która jest przez niego katowana, jego wyzwiska w moim kierunku, obarcza mnie winą za to, że pozwalam matce pić, a jak już mówiłem ja nic nie mogę zrobić... Jestem bezradny, wpadam w ataki histerii i agresji, czasami z nerwów biję się po głowie, niszczę różne rzeczy, płaczę, nie mam sił podnieść się z łóżka... Za każdym razem muszę tam wracać i przeżywać to od nowa... Ten człowiek nie ma żadnego wstydu ani honoru... Wszyscy wiedzą jak on ją traktuje, mimo to nikt nie próbował nigdy nawet zadzwonić na policję, ja nie dzwoniłem nigdy bo się bałem zemsty ojca... Prawo w tym kraju to absurd, zanim go skażą za znęcanie się i bicie, on zdąży mnie zmasakrować, bo założą mu niebieską kartę i wypuszczą do domu jak gdyby nigdy nic... A on jest tak bardzo nieobliczalny i agresywny, ma przekrwione oczy, robi miny jak umysłowo chory, ślina toczy mu się z ust i szarpie kogo tylko może... Bo wie, że bez niego umrzemy z głodu Jestem już tym niesamowicie zmęczony, nie mam żadnej miłości, jestem nieszczęśliwie zakochany od ponad roku, kobieta, którą kocham po prostu mnie odtrąciła co również pogłębia mój dotkliwy stan emocjonalny... Nie piszę tego po, to żeby się nad sobą poużalać... Szukam pomocy, fachowej pomocy, nie mam pieniędzy na lekarzy, państwowo nie ma u mnie dobrych specjalistów a nie mam możliwości chodzenia po lekarzach, mam szkołę itd. Nie stać mnie też na ewentualne leki, gdyż rodzice mi ich nie kupią . Codziennie miewam myśli samobójcze, jestem osobą niezwykle wrażliwą, piszę wiersze znam języki i fascynuję się sztuką... W Boga nie wierzę, nienawidzę Go, nie chce mieć z nim nic wspólnego, nie życzę nikomu takiego cierpienia, ogarnia mnie nieprzenikniona ciemność, brak nadziei, marzę, żeby móc się do kogoś przytulić, kogoś dotknąć, żeby ktoś spojrzał w moje oczy i powiedział, że mnie kocha niezależnie jaki jestem... Chciałbym ze sobą skończyć ale nie umiem, po prostu. Smutek którego nie mogę pokonać, cierpienie które się nie kończy wywołuje u mnie gniew... Rozpacz, nie da się tego opisać co przeżywam... Jestem wrakiem
  21. Cześć, mam na imie Kamil i 20 lat, chciałem się poradzić czy z takim problemem jest po co iść do psychologa lub psychoterapeuty. Jakoś od kilku lat bardzo chcę być w związku, mimo że miałem już sporo związków, to za każdym razem wygląda tak samo. Pierwsze dwa tygodnie jest super a później już tylko gorzej, zaczynam się nudzić i nie chcę mi się już z nią spotykać, chcę zakończyć relację z partnerką mimo że nie jest między nami źle, po prostu nie potrafię nad tym zapanować, dawalbym sobie z tym radę gdyby nie to że, za każdym razem jak nie jestem w związku to prawie codziennie mam myśl pod tytułem "zabij sie" i już mnie to trochę męczy.
  22. 1. Od dziecinstwa bylam izolowana. Moi rodzice oboje byli w depresji, przez co trzymali sie na uboczu i z nikim nie mieli relacji. Nie dopuszczali nawet mysli, ze ja potrzebuje towarzystwa i ze bardzo cierpie 2. pochodze z biednej rodziny.czesto obserwowalam swiat z perspektywy za szyba.widzialam jak lepsze sfery dobrze sie bawia, spotykaja, a ja moglam tylko marzyc zeby mnie zauwazyli. zeby zechcieli na mnie spojrzec musialam udawac kogos kim nie jestem. nigdy nie bylam na rowni z nimi. 3. moja rodzina byla patologiczna i dysfunkcyjna.rodzice duzo wycierpieli przez dziadkow-stad ta depresja i nauczyli mnie wstydzic sie za to skad pochodze, dlatego soba gardze. cale zycie trzymam sie na uboczu, czuje sie jakbym urodzila sie w gorszym sorcie i pewne rzeczy czy przywileje nie byly dla mnie.mowie o przywileju milosci i dobrych relacji z innymi jak wyjsc z tego schematu izolacji spolecznej?
  23. Dzien dobry, Od pewnego czasu czuje ,ze mam jakis problem wewnatrz samej siebie. Nie potrafie go nazwac i nie wiem jaka droge przyjac do pomocy samej sobie. Nie potrafie zorganizowac sobie dnia. Godzina za godzina mija a ja w pracy nie widze celu jak szef wymaga na tu i teraz to zrobie swoje zadania w innym przypadku siedze na stronach www szukajac rozwiazania sama na siebie. Mieszkam za granica od 13 lat i caly czas bije sie z mysla czy wrocic do kraju czy nie. Mam 2 dzieci i ciagle mysle o ich przyszlosci rozwazajac jakiekolwiek zmiany. Obecnie sytuacja jest taka, ze ciagle czegos zapominam nie mam koncentracji i mam bardzo duzo mysli ktore nie pozwalaja mi rozwijac sie i myslec o tym co jest tu i teraz. Najgorsze jest to ze czuje sie jak Alicja w krainie czarow jakbym tracila kontakt z rzeczywistoscia. Moze ktos pomoc????
  24. Witam! Mam 20 lat i po krótce opiszę swój życiorys żeby łatwiej było mi przybliżyć moje obecne odczucia. Urodziłem się i wychowałem w małym miasteczku w tradycyjnej katolickiej rodzinie. Byłem wyjątkowo grzecznym dzieckiem, nigdy nie robiłem problemów i nie naciągałem rodziców na zabawki czy słodycze. W pewnym momencie życia zacząłem sobie uświadamiać że jest ze mną coś nie tak. Czułem że różnię się od reszty rówieśników, pod względem seksualności. Moja wiedza w tamtym okresie była znikoma i jedyne co wiedziałem o gejach to to że należy ich napierdalać i nienawidzić. Wydawało mi się że po prostu nie ma innej alternatywy. Bałem się sam sobie przyznać że jestem gejem i sam rzucałem na lewo i na prawo homofobiczne hasła. Pękłem na początku liceum. Strasznie się tego bałem ale powiedziałem przyjaciołom o tym. O dziwo przyjęli to normalnie. Wtedy postanowiłem ujawnić się rodzicom, bo w końcu wychowywali mnie tyle lat więc nie powinienem przed nimi ukrywać takich rzeczy. Wtedy wszystko się zjebało. Ojciec nie odzywał się do mnie przez tydzień, a matka chciała mnie wysłać na jakieś msze uzdrawiające i prosiła żebym odmawiał nowennę pompejańską. Po kilku tygodniach mama się "uspokoiła" a ojciec stwierdził że co by się nie działo i tak jestem jego synem (miłe prawda?). Mimo wszystkich tych słów cała ta sprawa stała się tabu. Pamiętam jak poszedłem na piwo z przyjacielem (hetero, który miał i ma nadal tą samą dziewczynę) a ojciec widział nas i stwierdził że "dziwnie się do niego uśmiechałeś" potem zaczął pierdolić o tym że jeśli ma mnie chronić to muszę się ogarnąć i inne pierdoły. Czułem się jakby każdy mój ruch był obserwowany przez pryzmat z mojego gejostwa. Czułem się jak dzikie zwierzę, które zadomowiło się w cywilizowanym świecie. I chyba przez to mam problem z otwarciem się na kogoś. Mam wrażenie że już nie potrafię kochać. Moje relacje rodzinne z dnia na dzień stawały się coraz gorsze. Miałem próbę samobójczą połączoną z ucieczką z domu (jakkolwiek mrocznie by to nie brzmiało, nie chciałem by znaleziono moje ciało). Skończyło się na wizycie u psychiatry, serii badań i psychotropach, które nie pomagały, a jedynie wywoływały potworny ból głowy. Zacząłem udawać że wszystko jest już dobrze i odstawiłem leki. Problemy zacząłem topić w alkoholu. W pewnym momencie zacząłem dostrzegać w tym problem. Ziarnkiem nadziei okazało się zioło. Gdy paliłem byłem pełnym energii nawet przez kilka dni od zapalenia. Jarałem okazjonalnie, towarzysko. Miałem w planach uciec za granicę (nie ważne gdzie, ważne żeby się odciąć i zacząć życie na nowo). Plany niestety lub stety nie wypaliły Tak czy siak postanowiłem że wyprowadzam się do Warszawy, między innymi po to by studiować. Na tą wiadomość relacje z rodzicami dziwnie się polepszyły i jest na prawdę spoko. Już przed wyjazdem zacząłem palić marihuanę czysto problematycznie. Po wyjeździe paliłem codziennie. Inaczej nie dawałem sobie rady z myślami, które dręczą mnie od kilku lat. W końcu doszedłem do wniosku że nie mogę tak robić w nieskończoność i że zioło to nie lekarstwo a zwykła używka jak każda inna. Wracając do studiów wybrałem informatykę, bo wydawała się najlogiczniejszym wyborem. Zwłaszcza finansowo. Ale w życiu nie chodzi tylko o pieniądze, prawda? Jedyne co tak na prawdę powstrzymuje mnie przed zabiciem się są przyjaciele. A w zasadzie przyjaciel, który został w moim miasteczku oraz przyjaciółka, która wyjechała na wyspy żeby zarobić jak najwięcej kasy. Czuję się jakby ktoś wyrwał część mnie. Czuję pustkę. Nie wiem czego chcę od życia i od samego siebie. Chcę porzucić studia, ale nie chcę ranić rodziców, którzy mają nadzieję że przyniosę im dumę. Od kilku lat zżera mnie ten przeklęty ból istnienia i miliony pytań i odpowiedzi w głowie. Mój system wartości ciągle wariuje i a to żyję ze świadomością że nie ważne jaki zastałem świat, ważne jakim go opuszczę, a to że świata nie da się zmienić i są pewne zależności, które sprawiają że chcąc nie chcąc nienawiść, wojny i wszelkie zło musi istnieć. Mam dość już tego. Pomocy
  25. Witam, mam 21 lat i od czasów gimnazjum walczę z problemami psychicznymi. Cyklicznie powtarzają mi się ,,okresy emocjonalne" . Kiedyś byłam bardzo zamknięta w sobie i nie miałam wielu znajomych. Przez ostatnie 3 lata wszystko się zmieniło i każdy dzień był dobrym dniem. Miałam motywację , pracę, dobry humor zawsze pozytywne nastawienie i byłam z siebie dumna ze wygrałam z dawnymi lekami, jednak one wróciły mocniejsze. Miewam uczucia lęku przed całym światem i nowymi rzeczami. Negatywne myśli ( jeden tydzień jest okey a potem jakaś błahostka sprawia że myślę że jestem beznadziejna do niczego się nie nadaje itp.) Wieczny stres, nie potrafię się od 2 tygodni wyluzować, ciągle odczuwam ogromny stres, boli mnie żołądek przez to i jest mi niedobrze. Czuję jagby ktoś mi zalał glowe od środka czarna masą która powoduje te negatywne rzeczy ( wiem że nie mogę tak myśleć o sobie mam tego świadomość i widzę swoje skrajne zachowanie ale nie potrafię z tym walczyć) czy mam jakieś zadanie do zrobienia czy mam tylko leżeć jest mi to jedno, nie potrafię wzbudzić u siebie uczucia radości z czegokolwiek (wcześniej cieszylam się wszystkim) Nigdy tak się nie czulam. Jagby całe ciało się buntowało przeciwko mnie a ja jestem spychana w jakaś otchłań. Chce z tym walczyć ale nie wiem jak. Dziękuję za każdą odpowiedź i wyrażone zdanie.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.