Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'emocje'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 870 wyników

  1. Witam, od jakiegoś czasu prowadzę podwójne życie i mam już tego dość, mój ojciec zdradzał moją mamę nagminnie ja obiecałem sobie ze taki nie będę jednak niestety mi się nie udało. Mam 32 lata jestem mężem i ojcem, pracuję na wysokim stanowisku niczego mi / nam w życiu materialnym nie brakuje, Moja mama zmarła 5 lat temu tata w zeszłym roku, będąc w żałobie po tacie w sierpniu poznałem 20 letnią dziewczynę / kobietę na jednym z portali społecznościowych, bardzo mnie zaintrygowała mamy bardzo podobne zainteresowania słuchamy tej samej muzyki ogladamy te same seriale i te same książki czytamy ogolnie poczułem sie przy niej młody, potrzebny, interesujący i bardzo dobry w łóżku moje ego po prostu windowało pod sufit za kazdym razem, mieszkamy daleko od siebie Ja Kraków Ona Warszawa jednak ciągle wymyslałem nowe wymówki przed żona żeby tam jechać, żonę bardzo zaniedbałem i nawet juz chciałem sie przeprowadzić do tamtej do Warszawy znaleźć tam pracę mieszkanie dla nas obojga i zostawić swoje rodzinne życie. Byłem na to zdecydowany w 100% bo jak mi sie wydawało była zemną w 100% szczera. Jednak zdarzył sie 1 weekend kiedy nie odbierała odemnie telefonu to dało mi do myslenia ze cos jest nie tak pojchałem do niej w nastepny weekend, zostawiła właczonego facebooka i jak sie okazało cały ten weekend spedziła ze swoim byłym facetem de facto też sporo starszym z którym była 2 lata, przyznała sie ze to nie 1 raz a 4 odkąd sie znamy i był jeszcze 1 chłopak z ktorym sie całowała. Totalnie mnie to załamało nakrzyczałem na Nią , ona błagała na kolanach żebym nie odchodził że bardzo mnie kocha że jestem pierwszym któremu to sama powiedziała, zablokowała jego numer przy mnie obiecała że więcej tego nie zrobi, ale musi sobie wszystko sama przemyśleć czy chce walczyć o moje zaufanie totalna zmiana zdania najpierw płacz i trzymała drzwi żebym nie wyszedł a pozniej musimy sobie zrobić przerwę. Serce mi sie rozsypało na kawałki jak w liceum i nie wiem dlaczego to przecież jeszcze gówniara jak ja sie mogłem w to dać wciągnąć. W tamtym momencie pomyslałem sobie o żonie że jest mi wierna kocha mnie mimo wszystko a ja zrobiłem cos tak głupiego. Jednak i jedno i drugie bardzo boli jestem w totalnej rozsypce. Prosiłbym aby ktoś mi wytłumaczył dlaczego tak robię? dlaczego jestem kimś takim czuje się totalnie zagubiony i samotny dziekuje za pomoc
  2. Witam Mam 21 lat. Jestem studentem studiów zaocznych a zarazem pracuje - jednoosobowa działalność dla innej firmy. Moim problem jest miłość do osoby, którą pokochałem a nie mogę z być z powodu rodziny partnerki. Poznaliśmy się 3 lata wcześniej. Nigdy wcześniej nie zwracała na mnie uwagi. Jednak kiedyś własną nieśmiałość przemogłem i napisałem do niej. Ona była już po kilku nieudanych związkach. Jedni traktowali ją jak zabawkę inni jak ,,przejściowa miłość". Natomiast ja byłem w jednym wcześniej związku i pragnąłem kogoś obdarzyć swoim uczuciem. Jednak była to ostania klasa liceum a my poznaliśmy się we wakacje. Do tego również byłem nie traktowany poważnie jako kandydat na chłopaka. Szybko minęły wakacje a po wakacjach przyszedł czas na studia. Ja nie mogłem wyjechać z powodu sytuacji finansowej w mojej rodzinie - jednak zacząłem pracę oraz studia zaoczne w mieście mojej ukochanej. Gdy wyjeżdżała na studia byliśmy już związkiem. W czasie kilku początkowych miesięcy nie spotykaliśmy się często gdyż jest to miasto oddalone daleko od naszego miejsca zamieszkania. Jednak dzwoniliśmy i pisaliśmy do siebie a gdy przyjeżdżała jeździliśmy gdzie się tylko da i miło spędzaliśmy czas. Jednak na weselu na które razem poszliśmy zaczęła się zazdrość o kogoś na kogo nawet nie zwracałem uwagi. Gdy wracaliśmy do domu już ze sobą nie rozmawialiśmy. W niedługim czasie odwiedziłem ją. Wynajmowała pokój w mieszkaniu gdzie wokół były same ,,rywalki" jak to określała. Szczególnie zazdrosna była o jedną z nich. W niedługim czasie jednak miałem według jej słów przeprowadzić się na stałe obok niej. Chociaż nie miałem środków do życia ani gdzie pracować- jednak uległem i pojechałem - przez co moja rodzina mnie znienawidziła. Przez dwa kolejne miesiące zazdrość urosła do tego stopnia że miałem wychodzić z wspólnej kuchni i nie patrzeć na daną osobę. Przez to zaczęły się bardzo duże kłótnie. Zapewniałem i próbowałem przekonać do siebie moją dziewczynę ze ją prawdziwie kocham. To jednak nie wystarczało i wielokrotnie musiałem coś ,,udowodnić". Przez wybuchowy temperament partnerki kłótnie były bardzo głośne a z czasem również przepychanki się zaczęły. Z biegiem czasu ja również zacząłem coraz bardziej być zazdrosny - gdyż dziewczyna często jak sama mi wyznała robiła to specjalnie abym poczuł się tak samo jak ona. Zacząłem się bać o miłość. Bez wsparcia mojej rodziny, z pensją ledwo wystarczającą na przeżycie gdzie często już nie miałem za co kupić pomogła mi zawsze. Nigdy się ode mnie nie odwróciła. Jednak ja sam zacząłem coraz bardziej się bać. Moja dziewczyna wykazywała zainstalowanie obiema płciami. Często to było specjalne abym nie czuł się za pewnie a czasem po porostu z ochoty. Przez to również zacząłem się bać nie tylko o konkurencję męską ale i żeńską. Moje strachy wychodziły z dzieciństwa kiedy musiałem przyjmować leki na astmę przez co też mój metabolizm zmienił się - mimo nie jedzenia i tak tyłem. Jednak zawsze próbowałem nie być otyły. Po 3 miesiącach mieszkania w tym samym mieście już przyszła choroba przewlekła - zapalenie pęcherza z którego jednak do tej pory mimo ponad 2 lat moja kobieta się nie wyleczyła. Próbowałem pomóc, wyręczałem chodząc to po leki czy zakupy czy inne zachcianki. Czułem się w obowiązku pomocy tej osobie. Z czasem jednak zaczęła inna rzecz wychodzić - brak jakiejkolwiek ochoty na całowanie mnie czy czułości. Na początku związku było to tak płomienne że nawet nie wiedziałem że tak może być. Ale po ponad pół roku dziewczyna zaczęła unikać moich pocałunków. Dodatkowo stres związany ze studiami bardzo dużo wniósł negatywnych skutków i emocji. Oboje zaczęliśmy przelewać problemy z pracy czy ze studiów czy życia czy choroby na siebie. U mnie dawna choroba związana z bólem kolan odnowiła się przez co wielokrotnie w czasie spaceru czy wyjścia do galerii mówiłem I wręcz stękałem z bólu. We wakacje pracowałem bardzo ciężko fizycznie na budowie a potem wyjechałem na prawie 3 miesiące do Niemiec aby mieć lepszy start. W tym czasie byłem tylko raz u mojej dziewczyny gdyż odległość nie pozwalała na dłuższy okres spędzenia czasu ze sobą. Kiedy nadszedł październik wynajelismy pokoje obok siebie w tym samym bloku w którym wcześniej była jednak na innym piętrze przez co nie spotykaliśmy osób o które była zazdrosna na pierwszym roku. Moje problemy czy jej związane z ciągłym bólem odsuwały nas w kwestii bliskości. Jej ochota po przyjeździe całkowicie zeszła do zera - powodem jak się okazało niedawno były prawdopodobnie policystyczne jajniki. Na 2 roku w lutym znaleźliśmy okazję do wynajęcia własnego mieszkania tylko dla nas dwoje. Dzięki pomocy jej rodziców - również w stosunku co do mnie mogliśmy razem zamieszkać. Pragnę wspomnieć że jej rodzice pomogli mi czy to w transporcie moich rzeczy na pierwszy rok czy w kwestii pożyczenia pieniędzy. Na drugim roku dzięki staraniom jej mamy jej szwagier załatwił mi pracę w dużej firmie. Zapożyczyłem się u jej taty na kupno samochodu który dług miałem spłacić kiedy będę już ustatkowany. Zacząłem pracę i zacząłem dostawać pensję o której mogłem pomarzyć wcześniej. Gdy się już przeprowadziliśmy do mieszkania zaczęły się kłopoty. Zacząłem coraz bardziej być zazdrosny (Szczególnie o kolegę z grupy o którego chciała wręcz bym był zazdrosny już w pierwszym roku), zacząłem przynosić problemy z pracy do domu, wielokrotnie miałem jej za coś złe jednak próbowałem nie wybuchnąć tak jak ona. Zacząłem jej taktykę, którą kiedyś stosowała. Po miesiącu takiego wzajemnego niezrozumienia w czasie kłótni kilka razy dała mi w twarz. Wreszcie nie wytrzymałem i również uderzyłem ją w twarz - jeden raz. Po tym zajściu rodzice kazali jej się wyprowadzić i wynająć inne mieszkanie co też zrobiła. Straciłem zaufanie jej rodziców. Jednak wiedziałem o zdradzie jakiej dopuścił się ojciec. Mimo tak wielu zalet i wychwalania go wiedziałem co zrobił gdyż to na samym początku zostało mi powiedziane. Przez to moja dziewczyna jak i przez to jak ją traktowali wcześniejsi partnerzy - nie ufała mi. Po wyprowadzce jednak po kilku dniach porozmawiałem z mamą i wyjaśniłem wiele rzeczy. Pragnę jeszcze dorzucić to że w rodzinie jej zawsze byłem oceniany na głos ze jestem niewystarczająco wysoki ( chociaż mam kilka centymetrów więcej) a dodatkowo jak mama rozmawiała z moją dziewczyną to powiedziała słowa zeby tak samo jak ona nie robiła i nie brała faceta z biednej rodziny bo sama wiązała przez to koniec z końcem ale dzięki wieloletniej pracy mają bardzo dobre warunki. Te słowa mi zostały przekazane przez dziewczynę nie bezpośrednio od mamy. Po ponad tygodni zaczęliśmy znowu wspólnie spędzać czas. Jednak obiecałem że nie oddam jej. Problem był w tym że nie było sposobu na kłótnie pomiędzy nami. Strzelanie drzwiami rzucanie rzeczy i przekleństwa. Nie mieliśmy nigdy sposobu ma to aby inaczej zacząć rozmawiać. Ja zawsze próbowałem rozwiązać jak najszybciej aby nie było cichych dni natomiast dziewczyna z domu wyniosła że można i tydzień do siebie się nie odzywać a wcześniej wykrzyczeć wszystko co najgorsze. Potem dostałem drugą szansę. Moja dziczyzna ponownie próbowała mnie pogodzić z jej rodziną. W tym samym czasie ja do swojej nie odzywałem się gdyż to miała być nauczka żeby traktowali mnie poważnie. Na początek nowego roku akademickiego ponownie zamieszkała u mnie. Ja wcześniej spłaciłem dług wobec ojca aby być fair. Jednak coraz bardziej zaczął nam doskwierać problem braku hormonów. Zaczęły się kłótnie o to. Jednego dnia mówiła że chce coś z tym zrobić bo sama źle się czuje ze sobą a kolejnego już że nie są one potrzebne. Przez pół roku jednak nie mogła dodzwonić się do własnego lekarza. A przez te miesiące o to kłóciliśmy się. Ja osądzałem ją że nie chce bliskości alb o nawet sama z siebie mnie całować a w drugą stronę byłem oskarżany że nie przytulam częściej i nie jestem bliski. Przez te prawie 3 lata nie poszliśmy na imprezę - raz że zdrowie nie pozwalało a dwa byliśmy tak o siebie zazdrośni. Jednak za to próbowaliśmy czy to na spacer czy na wspólne zakupy wyjść. Z czasem w naszym związku w połowie trwania wspólnie zaczęliśmy mówić sobie co powinniśmy ubrać czy jak wyglądać. Ja miałem wyglądać dokładnie tak jak chce i włosy w ten sposób prycięte jak ona chce gdyż inaczej był problem. Z czasem i ja zacząłem to robić w stosunku co do niej. Gdy zrobiła paznokcie takie jak mi przeszkadzały, ogolilem zarost taki jak się jej podobał. Jednak gdy bardzo skróciła włosy a ja na to źle zareagowałem i tak samo jak ona w stosunku co do mnie - bardzo ją obraziłem i doszło potem do tego że kilka razy znowu mnie uderzyła za to że jej było przykro. Dlatego złapałem ręce i mocno trzymałem za nadgarstki przez co nie mogła mnie uderzyć. Gdy w weekend pojechała do rodziców wszystko powiedziała i dostała nakaz że ma znaleźć mieszkanie i nie dać się gdyż jestem ,,psycholem" I tylko chce krzywdy ich córki. We własnej rodzinie ja razem z braćmi byliśmy surowo wychowani. Przewinienia były karane że któryś rodzic uderzył. Jednak nie chciałem skrzywdzić mojej dziewczyny lecz też zatrzymać jej agresję bo nie chciałem pozwolić aby mnie uderzała kolejne razy. Wielokrotnie gdy się kłóciliśmy gdy dalej była w nerwach potrafiła rzucić we mnie jakimś przedmiotem. Przez prawie miesiąc wielokrotnie rozmawialiśmy o tym co nas poróżniło i czemu tak czy inaczej się zachowywaliśmy. Jednak gdy przyszedł nowy rok przyjechała aby się przeprowadzić. Jej ojciec pojechał na policję aby ,,mieli na mnie oko bo jestem zwyrodnialcem,który pastwi się nad jego córką. Kilka dni po przeprowadzce napisałem e-mail wyjaśniający wiele rzeczy które nie zostały dopowiedziane. Przez ten e mail zostałem ponownie już formalnie zgłoszony że dręczę córkę. Wyrywało mi się aby powiedzieć ojcu skąd tak córka stała się nieufna wobec mężczyzn lecz nawet gdy na mnie krzyczał nie powiedziałem bo zawsze to byl temat tabu w rodzinie. Siostry dodatkowo potęgują wrogość w stosunku co do mnie bo to ja cały czas jestem toksycznym człowiekiem. Z jej wiadomości wiem że nie jest dalej w stanie wytworzyć niechęci do mnie. Jednak zgadza się z rodziną i blokuje wszystkie formy kontaktu. Ja sam przez te półtora miesiąca zacząłem zastanawiać się nad zachowaniem, własną samoocena, i tym co czuje a co być nie powinno. Pragnę dodać że mimo tylu problemów czy to pieniężnych czy chorobowych dalej próbowaliśmy iść razem choć było cholernie ciężko. Ale nie zrezygnowaliśmy nigdy. Aż do teraz. Dla drugiej osoby nic nie znaczy to że ja też widzę swoje minusy i działam. Byłem na kilku wizytach u psychologa i przyznaję były one pomocne. Jednak też doszedłem do wniosku że w związku zmienić mogą dwie osoby ale co do siebie samego to nikt inny nie zrobi tego jak ja sam. Proszę o rady, coś co pomoże uratować i przetrwać ten kryzys Tak jak mówiłem rodzina zabrania wręcz kontaktu natomiast moja rodzina po ponad 2 latach wreszcie zaczęła akceptować ją. Co robić? Jak zacząć? Nie wiem już co mam robić bo tę osobę tak mocno pokochałem. Przeszła ze mną a ja z nią tak wielkie problemy których młodzi w tym wieku nie mają. Wiem że zawsze mogłem na nią liczyć czy to w mniejszych codziennych problemach czy w wielkich. Nigdy mi pomocy nie odmówiła. Jednak teraz jestem bez jakiejkolwiek ruchu. Mam zakaz kontaktu do jej rodziny czy jej spotkania jej, czy to przy uczelni czy pod jej blokiem. Nikt z rodziny nie chce mnie wysłuchać gdyż twierdzą że to ja tylko uderzyłem a kobieta ma prawo też uderzyć. Jednak ja z tym się nie zgadzam bo sądzę że obie strony nie mogą siebie uderzyć czy cokolwiek. Proszę o pomoc. Z tego co wiem każdy jej podsuwa czy to filmiki czy to strony jak toksyczna osobą jestem, gdzie poznać nowego faceta... Moje serce pragnie dalej miłości jednak tyle rzeczy się stało że nawet nie mogę czy to porozmawiać i wyjaśnić czy cokolwiek. Proszę o rady, pomoc. Cokolwiek. Sam jestem jak bez cząstki siebie bez niej i próbuje zmienić siebie na lepsze ale pragnę to dla osoby którą kocham całym sercem. Jeszcze raz proszę o jakąkolwiek pomoc
  3. Dobry wieczór, Postanowiłam poszukać porady na forum ponieważ korzystałam z wizyty u psychologa ale niestety mam wrażenie, że nikt nie potrafi znaleźć przyczyny problemu a ostatnia psycholog już w ogóle jedynie mnie dobiła, w ogóle nie czułam, że chce mnie wysłuchać jak czas zbliżał się do końca zbyła mnie jednym zdaniem, które niestety nie było zbyt trafione. Mam dość nietypowy i wstydliwy dla mnie problem. Mam bardzo niewłaściwe i toksyczne relacje partnerem. Głównie chodzi o to że czepiam się go praktycznie wszystkiego bez żadnej konkretnej przyczyny, robię awantury. Potrafię uciec ze sklepu czy jego domu kiedy wydaje mi się, że coś powiedział źle. Wiem, że brzmi to okropnie ale nie panuję nad sobą wtedy zupełnie, chce po prostu dać upust swoim emocjom kiedy czuję się zraniona chociaż często wyolbrzymiam problemy. Nie czuję się dziecinna, chociaż wiele osób pewnie tak by mnie nazwało czuję, że mam ze sobą problem, nawet bardzo duży. Potrafię też nawet zrywać z partnerem (kilka razy się zdarzyło) a później tego żałować. Zastanawiam się czy to nie przez niewłaściwe budowanie relacji z rodziną w dzieciństwie, nie miałam łatwego dzieciństwa, czułam się niejednokrotnie odrzucana i myślę, że to jest kwestią tego, że chcę żeby ktoś był ze mną mimo wszystko.. Pozdrawiam.
  4. Witam Mój problem polega na zachowaniu mojego męża, który bardzo szybko zaczyna się złości- nieadekwatne do danej sytuacji. Jesteśmy małżeństwem 3 lata. Mamy 14 miesieczne dziecko. Mąż jest troskliwy. Ja z córeczką zawsze jesteśmy na pierwszym miejscu. Problem pojawia się w sytuacji gdy ja lub inna osobą z którą akurat mąż rozmawia, mamy inne zdanie na dany temat. On nie rozumie, że każdy moze miec inny punkt widzenia na tę samą sprawę. Nie umie rozmawiać, tylko próbuje krzykiem powiedzieć swoje. Jak on to mówi "nikt nie będzie robił z niego glupka". Obraża w trakcie takiego krzyku, przeklina. Widać że sa to słowa nieprzemyslane. Mówi wszystko co mu ślina na język przyniesie. Najgorzej jest z moją mamą. Oni zupełnie się nie dogadają. On na nią strasznie krzyczy, aż mi jest przykro. Ale jemu się wydaje że to on jest skrzywdzony. Moja mama też nie jest bez winy, ponieważ porównuje go do innych, że nikt do niej tak się nie odzywa jak on. Że powinien się zmienić. Ona chciałaby np. zeby siedział z nami jak zjeżdża się rodzina- rozmawiał. Niestety mąż nie lubi takich spotkań. Woli iść do pokoju obok i siedziec sam, leżeć, odpoczywać. W jego rodzinie nie bylo takich spotkań. Bardzo rzadko się odwiedzali ( chodzi mi o ciotki, wujkow). Moja mama chciałaby idealnego męża dla mnie - w swoim mniemaniu idealnego. Ona ma męża ( mój tato) nalogowego alkoholika. Cale Zycie narzekała jak to źle ma w życiu z nim, ale trwa do tej pory w tym małżeństwie. Mama chciałaby, żeby to mąż się zmienił, bo to on ma problemy emocjonalne, z nerwami. Ale wydaje mi się że ona też powinna coś zrobić. Mężowi ogólnie wydaje się, że on wcale nie krzyczy. Ja mam wrażenie, że on za bardzo bierze wszystko do siebie, robi problem tam gdzie go nie ma, tak jakby myślał, że każdy chce to obrazić. Przeinacza fakty, dopowiada sobie, co dana osoba na pewno chciała zrobić lub powiedzieć. Nie wiem jak mam z nim rozmawiać, jak sprawić żeby się dogadywal z mamą. Co powiedzieć mamie, że też musi zmienić trochę podejście Aha- mieszkamy osobno,nie z mamą. Tam przyjeżdżamy w odwiedziny z dzieckiem. Choć mąż powiedział że już tam nie pojedzie nigdy. Bardzo proszę o pomoc co robic, jak się zachować. Pozdrawiam i z góry dziękuję.
  5. Witam gorąco wszystkich. Zacznę od początku. Kilka miesięcy temu rozstałem się z dziewczyną po 6 letnim związku. Przez praktycznie cały związek mieszkaliśmy razem - byliśmy szczęśliwi, ale szwankowała jedna rzecz, która zadecydowała o tym, że mnie zdradziła, więc się rozstaliśmy. Mimo, że święty nie byłem, to bardzo to przeżyłem - bezsenne noce, huśtawki nastroju, ciągłe myśli krążące wokół niej, użalanie się nad sobą, generalnie jeden wielki kłębek smutku i żalu. Dochodziłem do siebie wiele czasu (mam wrażenie, że nadal to robię), ale starałem się żyć normalnie. Chodziłem do pracy, byłem otwarty na nowe znajomości. Po ok. 2 miesiącach po rozstaniu poznałem dziewczynę, z którą zacząłem się spotykać i tutaj zaczyna się mój problem. Aktualnie jesteśmy świeżo upieczoną parą, ale ja nie jestem w stanie normalnie funkcjonować w tym związku. Zresztą normalny nie byłem od początku znajomości. Mój problem polega na tym, że nagminnie chcę jej uwagi. Ciągle sprawdzam czy napisała, jeżeli nie mam z nią kontaktu parę godzin zaczynam się denerwować, ciągle o tym myślę (nieustannie) i znowu sprawdzam czy napisała i tak w kółko. Nie mogę się skupić w pracy, w domu, w ogóle wyluzować. Gdy się do mnie odezwie przechodzi, jak poświęci mi tyle uwagi ile wymagam (ciągłej?), to zaczynam znowu odżywać, po czym nie widzimy się 1-2 dni i znowu się zaczyna (uprzedzę, że nie myślę on tym, że mnie zdradza). Generalnie kontakt mamy codziennie, ale dla mnie jest to tak jakby za mało... Chcę, żeby mnie adorowała, żeby na każdym kroku pokazywała mi, że jej zależy, ale związki tak nie wyglądają i nie na tym polegają - doskonale o tym wiem, ale... Nie jestem w stanie tego sobie wbić do głowy, często z tej bezsilności po prostu płaczę, chodzę zdołowany, biorę leki na uspokojenie. Jak z tym walczyć? Chcę funkcjonować normalnie, chce żeby normą było to, że nie mamy kontaktu 24/dobę, a ona mnie non stop nie adoruje. Mam dość stresującą pracę, często jak mam w niej problem, to myśl o tym, że nie zaproponowała spotkania albo nie napisała boli jeszcze bardziej. W ogóle jak mam jakiś problem, to znowu myślami wjeżdżam na nią. Jej, jak ja to czytam to wydaje się takie idiotyczne, a ja przez ten idiotyzm nie mogę normalnie funkcjonować od wielu tygodni. Z moją byłą miałem świetny kontakt jak byliśmy razem. Często do siebie dzwoniliśmy, pisaliśmy praktycznie non stop. Po prostu jestem przyzwyczajony do czegoś takiego, ale co zrobić żeby się od tego odzwyczaić? Jak zająć myśli? Jak przestawić swoje myślenie, że ciągły brak kontaktu jest normalny? Myślałem, żeby iść do psychologa, ale boję się, że mnie w duchu wyśmieje...
  6. Witam. Moja historia długa dość... Mam 35 lat, jestem od 10 lat mężatką. Przed ślubem mieliśmy raz rozstanie, potem się znów zeszliśmy. Miał być taki dobry, nie skrzywdzić mnie, stać za mną murem. Były sygnały tzn.intuicyjnie czułam, że może to nie jest dobry kandydat...ale przecież on mnie kochał, a ja miałam dość huśtawek emocjonalnych i złamanego serca. Chciałam spróbować podejść do związku inaczej, rozsądniej. Nie był emocjonalny, był raczej skryty, spokojny, opanowany no i mnie kochał. Spotykałam się z nim długo zanim pokochałam, zanim mieliśmy swój "pierwszy raz". Niestety przyszły mąż nie był idealny, ale nie chciałam wyjść na wybredną babę tym bardziej, że przecież miłość jest tylko w filmach (a ja o takiej marzyłam). Bywałam też zaborcza i robiłam kłótnie gdy on mnie okłamał np z paleniem papierosów. Niby nic a dla mnie działało jakbym miała się rozsypać...bo obiecał, że nie będzie palić. To tylko przykład. Zawsze wybaczałam i wierzyłam, że się zmieni. Tak bardzo nie chciałam być sama, tym bardziej, że on w oczach wszystkich taki cudny, wierzyłam, ze mnie kocha. A ja jego. Był ślub...wprowadziłam się do domu jego rodziców. Bo duży, a u mnie miejsca brak. Bo mama cudowna i wtrącać sie nie będzie bo sie nimi nie interesuje. Szybko okazało się, że teściowa pije - dużo pije. Udawałam, że nie widzę, ale zaczęły się podsłuchiwania, kontrole, sprawdzanie garnków (niby wpadała zobaczyć co dobrego gotuję, a potem obmawiała mnie, a ja myślałam że w dobrej wierze przychodzi, pochwalić szczerze), wyzwiska, kłamstwa, nachodzenie podczas nieobecności męża. Mąż kilka razy próbował z nią i teściem rozmawiać, potem było tak, że sam po piwie z nimi wojny prowadził niby by mnie chronić. Z czasem nic nie pomagało...gdy mówiła, że mnie wyzywała, ze wydzwaniała do moich rodziców z oskarżeniami, że sypiam ze swym ojcem (tata był sparaliżowany) to nie słyszałam nic jak tylko, że ona taka jest i nic z tym nie zrobię. Kilka razy się pakowałam - zawsze mnie wyzywał od wariatek, że rozwalam ich dom. Jestem emocjonalna wiem, nawet bardzo...z czasem z bezsilności krzyczałam, wtedy dopiero wyzywana od wariatów byłam. Nie miałam wsparcia, bezpieczeństwa, zawsze trzeba było udawać... popadłam w depresję, wdałam się w romans...na chwile odżyłam. Wiem - źle zrobiłam, ale ja wpadłam jak w jakiś nałóg, który dawał mi sens, że jeszcze istnieję . Po tym mąż się zmienił - ale piwa nadal w domu były choć przestałam się o to kłócić. Nie siedział po piwnicy, był w domu, jeździliśmy wszędzie, ale tez było wino, piwo itp. Niby normalne ale nienormalne. Zaufałam mu. Zdecydowaliśmy się na 2 dziecko. Po tym jak mnie raz wyzwał jak kiedyś, chciałam zapomnieć o dziecku...okazało się, że było za późno. 2 ciażę zostałam sama. Bez wsparcia, spokoju, sama, zapłakana i zrezygnowana. Mąż co wieczór w piwnicy przy piwie/. Niby tylko 2...ale wiem, że było więcej. Do dziś tak jest...czasem do domu przyjdzie ma 1 piwo, a potem znika w piwnicy bo ma kolejne. Odbija mi się to na nerwach, na dzieciach. Uważa, że to ze mną jest źle a on jest w porządku. Na zewnątrz ideał...każdy go ma za fajnego męża i ojca. Zalety? pomoże w domu, czasem jest przy dzieciach, czasem zrobi zakupy...ale nie ma dnia żebym miała pewność, czy czasem nie pił już piwa. Bo faceci pija jego zdaniem. Owszem - ale w normalnej ilości i są w domu a nie w piwnicy. Po powrocie ze szpitala z córką, która się urodziła zrobił zupę i znikł...wrócił wypity. Ze szczęścia. Nie umiem...nie umiem mu wybaczyć. Ciągle zawodzi. Ja stałam się kimś kim nigdy nie chciałam być. Mamą na tabletkach uspakajających, płaczącą, zawiedzioną i nie kochającą siebie. A swoją wartość uzależniam od niego. Cały czas mi wbija, że to moja wina wszystko... wiem, że potrafię być okropna, ale staję się taka jak widzę, że znów kłamie. Że znów zawiódł. Popadam potem w depresję, moje myśli krążą tylko wokół niego z pytaniami dlaczego? nie umiem się skupić na dzieciach, pracy...na drodze. Być może jestem tą kobietą kochającą za bardzo... mam za sobą już bulimie 15 lat temu, terapię... co jeszcze? Czasem modlę się by to wszystko sie skończyło. Nie potrafię stworzyć domu. Chciałam, on też mi obiecywał dom pełen miłości ..że nie będzie pił jak mama, że nie będzie siedział w piwnicy jak tata... A teraz jestem dla niego wariatką, psychiczną głupią babą, popier...ą, idiotką itp. Ale z piwnic choćby dla dobra dzieci nie zrezygnuje. A ja naciskam i dalej próbuje tłumaczyć i mieć nadzieję. Moja starsza ccórka to widzi wszystko. Martwię sie o nią, że będzie kiedyś tak cierpieć jak ja. Nie ma spokojnego domu. A ja walczyć chciałam z wiatrakami czyli z alkoholizmem teściowej, z mężem...chyba z wszystkimi wokół. Próbowałam wszystkiego żeby udowodnić, że zasługuję na miłość, że jestem dobra. Uśmiechałam się choć serce krwawiło i dusiłam się. Co nie zrobię to zawsze moja wina. Ciągle słyszę, że wszyscy mnie przeciwstawiaja...
  7. Witam. Jestem z dziewczyną od około półtora miesiąca - wiem że mało, Oboje mamy po 20 lat. Przyjaźniliśmy się przed związkiem rok czasu z przerwami, pragnę zaznaczyć że podczas przyjaźni dziewczyna bardzo mi się podobała lecz nie odwzajemniała tego do mnie - do czasu. Problem polega na tym, że dziewczyna zdążyła przez ten czas zakochać się we mnie na zabój, cały czas prawi mi komplementy, pokazuje swoją miłość itp itd, bardzo jej na mnie zależy i cały czas to udowadnia i pokazuje, ostatnio nawet zaczęła mówić że mnie kocha - a ja nie wiedziałem co odpowiedzieć i czułem, że gdy jej nie odpowiem na to mogłaby to źle znieść, dlatego powiedziałem że też ją kocham . Bardzo ją lubię, fajnie spędza mi się z nią czas, bardzo mi się podoba, zależy mi na niej, generalnie wszystko super, tylko strasznie gubię się w swoich uczuciach. Nigdy nikogo nie kochałem, nie byłem w prawdziwym związku i po prostu nie wiem co czuje. Gdy mieliśmy kilka gorszych chwil w związku bardzo się tym przejmowałem i czułem, że gdybym ją teraz stracił nie byłoby mi przyjemnie, a z drugiej strony nie czuję "tego czegoś" gdy z nią jestem. Zastanawiam się czy problem tkwi we mnie, w mojej psychice, podejrzewam że po prostu nie potrafię kochać, albo potrzebuje się przyzwyczaić do bycia z kimś ponieważ zawsze byłem sam i do tego przywykłem i po jakimś czasie zacznę to czuć. Podkreślam, że bardzo brakowało mi bliskości, nie chciałem być sam, a po znalezieniu dziewczyny nie poczułem się wcale lepiej, nie wypełniło to tej "pustki" w życiu. Zależy mi na niej i bardzo się boję że nigdy jej nie pokocham i złamie jej serce. Jeżeli chodzi o mój stan psychiczny, czy o moją sytuację w rodzinie, jakieś przeżycia które mogłyby być powodem problemu z uczuciami, to nie miałem nigdy żadnych problemów. Jestem bardzo pozytywną osobą z kochającej rodziny a w tej chwili czuje się bardzo zagubiony. Prosiłbym o jakieś porady, czy też może w jakimś stopniu wyjaśnienie mi tego co czuje.
  8. Witam serdecznie, Postaram się krótko opisać mój problem, chociaż w głowie mam milion myśli... Jestem kobietą, mam 33 lata, mężatką i matką. Mój problem zaczął się wraz z romansem w pracy, który trwał 8 miesięcy. Dlaczego romans? Jestem w trudnym związku, tkwie w nim tylko i wyłącznie ze względu na dziecko. Rok temu wzięliśmy ślub po 8 latach związku i od tego momentu wszystko się posypało... Szukałam miłości i wsparcia poza małżeństwem, na siłę chciałam się poczuć kochana... I znalazłam (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Miałam romans z chłopakiem o 9 lat młodszym ode mnie. Planowaliśmy wspólną przyszłość, wspólne mieszkanie. To były najpiękniejsze chwile w moim życiu, bo czułam, że jest on moją bratnią duszą. Zwolniliśmy się z pracy, żeby nie wzbudzać już podejrzeń wszystkich dookoła. Mieliśmy rozpocząć nowy etap w życiu. Wszystko było ok aż do momentu, kiedy stwierdził, że z dnia na dzień przestał mnie kochać. Dla mnie był to cios prosto w plecy, bo nie spodziewałam się tego. Rozmawialiśmy o tym i postanowił, że spróbujemy jeszcze raz. Po czym po tygodniu zrobił dokładnie to samo i urwał kontakt. Zawalił mi się cały świat, poczułam się jak śmieć, który trzeba wyrzucić, wpadłam w depresję. Błagałam go, żeby nie odchodził, on był głuchy na moje prośby. Za jakiś czas okazało się, że mogę być w ciąży, więc napisałam do niego i spotkaliśmy się parę razy. Chciałam, żeby został w moim życiu jako przyjaciel, pomimo, że nie chciał wziąć odpowiedzialności za to dziecko. Kiedy okazało się, że to fałszywy alarm, odciął się ode mnie po raz drugi. I teraz już sobie z tym kompletnie nie radzę. Kocham go nadal, chociaż wiem, że jest narcyzem i był dla mnie dobry tak długo, jak długo byłam mu potrzebna. Straciłam sens życia, mam depresję, nie śpię, nie jem, nic mnie nie cieszy. Coraz częściej myślę, żeby ze sobą skończyć. Żyję z czlowiekiem, którego nie kocham, a ten, którego kocham, nie chce mnie znać. Mam podkopane poczucie własnej wartości, jestem nikim. Wierzę, że kiedyś do mnie wróci i tylko to trzyma mnie przy życiu, chociaż nie wiem, jak długo... Nie mam z kim o tym porozmawiać, bo nikt o tym nie wie i chcę, żeby tak zostało. Jak odnaleźć sens życia i przepracować to wszystko? Mam już swoje lata, dużo w życiu przeszłam, a nigdy niczego tak nie przeżywałam, jak teraz...
  9. Witam wszystkich. Chciałam się zapytać czy borykaliście się z taką sytuacją: Kiedy byłyście/liście singlami pragneliscie i plakalyscie wrecz o prawdziwa, obustronna milosc, po czym gdy ona przyszla i sie rozwijala a zaangazowanie roslo w pewnym momencie spieprzaliscie jak najdalej i zrywaliscie znajomosc, po jakims czasie dochodzac do wniosku ze te zerwanie znajomosci to byl blad i znowu zaczynacie tesknic i pragnac i blagac o milosc. Po 1.5 roku plujecie sobie w brode za wlasne debilstwo jakie odstawiliscie. I umieracie z tesknoty a jakze. Bo ja wiem ze to musi byc nienormalne, chyba. Ale czy jest wogole taka przypadlosc w psychologii i ja sie skutecznie leczy? Z gory jak zawsze dzieki za odpowiedz i za wytlumaczenie "łopatalogicznie" o co kaman. Kot w butach.
  10. Hej! Piszę ten post będąc w wielkim stresie, niepewności tego co robię, trzesac się więc przepraszam jeżeli to co napisze na dole będzie eh ciężkie do przeczytania i pogmatwane. Przychodzę tutaj z nadzieją na jakąkolwiek pomoc ale zacznijmy od tego że się przywitam. Jestem 20 letnim chłopakiem który aktualnie pracuję jako barista i stara się utrzymywać w miare możliwości sam od 19 roku interesuje się nieco psychologia, światem kawy, nieco technologia i paroma mniej ważnymi rzeczami. Przechodząc do tematu dlaczego wgl tutaj jestem eh no więc tak moja psychika od 16 roku życia zaczęła podupadac a stało się tak w związku z moją wyprowadzka do Niemiec. Na początku było fajnie, nowy kraj, inni ludzie ale po czasie zacząłem zauważac jak przestaje się odnajdowac w nowym środowisku ale jakoś to bagatelizowalem i mówiłem sobie heeej po czasie będzie lepiej póki co to olej! Większość dni spędzałem grając z dziewczyną (związek na odległość gdy miałem 16 lat znaliśmy się już 3 lata a byliśmy razem 2) zacząłem się powoli odsuwać od każdego czy to rodziny czy znajomych w szkole ale nie od właśnie mojej dziewczyny która sprawiała mimo wielu kłótni że czułem się tylko lepiej ze sobą a może mi się tylko wydawało nie jestem pewien. Czas jakoś leciał, rodzice się klocili coraz częściej przy moim młodszym bracie i starałem się ich uspokajac, pogadzac, zabierać brata jak najdalej od ich kłótni bo doskonale wiedziałem jakie to niezdrowe gdy widzisz gdy dwie osoby które kochasz kłócą się, przeklinaja, krzyczą na siebie a wiedziałem to po tym bo gdy moja mama klocila się z biologiczym ojcem czułem wielki ból w środku wiedząc że nic nie mogę zrobić tylko patrzeć na to wszystko. Kłótnie moich rodziców się nasilaly z czasem aż do czasu wyprowadzki do większego mieszkania gdzie się zaczyna największą przepaść mojej osoby. Mimo że rodzice klocili się już rzadziej to ja zacząłem się stawać coraz bardziej "A społeczny." powoli zaczynałem unikać szkoły wagarujac i mając ochotę tylko gdzieś się położyć na polanie I zasnąć słuchając muzyki zapominajac o tym jaki ból sprawia mi przebywanie wokół ludzi i jak bardzo się ich boję z nie wiadomo jakiego powodu nagle. Często chodziłem na polany, gdzieś do lasu i kladlem się czekając aż będę mógł wrócić do domu by rodzice myśleli że byłem w szkole. Zbliżały się moje 18 urodziny i w tym momencie przestałem sobie dawać radę z zazdrością o moją dziewczynę. Związek stał się toksyczny bardziej przeze mnie i moją niekontrolowana zazdrość. Uważałem że jak gdzieś pójdzie to znajdzie kogoś lepszego, zostanę bez niej a stała się ona na tyle ważna osoba w moim życiu że nie potrafiłem sobie tego wyobrazić I tak oto doprowadziłem do tego że zacząłem ja straszyć że ja zostawię byle by tylko nie wychodziła i tak też robiła. Sama się bała już chyba wychodzić widząc jakie ogromne kłótnie robię za każdym razem jak gdzieś wychodzi.. Stwierdziłem że pójdę dla niej i dla samego siebie do psychologa szkolnego bo widzę że nie daje sobie powoli rady z tym wszystkim ale zanim to nastąpiło moja dziewczyna poszła do kolegi o którego byłem jak o nikogo innego strasznie zazdrosny eh wiecie przystojny bogaty śmieszny i taki ja który czuł się jak zwykły śmieć nie potrafiący jej dać czegokolwiek. Moment w którym powiedziała że do niego idzie to był moment w którym zwariowalem i słyszałem jak w mojej głowie mówią dwa głosy jeden mówiący bym się zabił bo nic sobą nie reprezentuje i tak na swoją dziewczynę nie zasługuje po tym co ona dla mnie robi a drugi głos powoli gdzieś ucichajacy mówił bym się uspokoił ale poczułem jak oddałem się głosowi który kazał mi to skończyć i straciłem panowanie nad tym co robię.. Umylem się, powiedziałem rodzicom że wychodzę idę się przejść i zacząłem zmierzać ku torom gdzie miałem zakończyć swój żywot. Zacząłem się zegnac z każdym na facebooku a gdy się zblizylem do torów marzyłem gdzieś w środku by dziewczyna pojawiła się obok i mnie przed tym powstrzymała ale tak się nie wydarzyło. Położyłem się na torach i leżąc chwilę,placzac wyczekujac na pociąg zadzwoniła do mnie Monika na Skype bym tego nie robił a po chwili rodzice od których odebrałem telefon i słyszałem w głosie mamy zrozumiałe pretensje co ja robię i bym wrócił do domu. Tak jak myślałem Monika nie dała sobie rady i do nich napisała do czego się potem przyznała bo po prostu przestała sobie dawać ze mną radę eh nie dziwie się jej. W domu czekał mnie opierdol, krzyki ale potem też przytulenie I w pewien sposób zrozumienie(?) przez chwilę poczułem że mogę coś z tym wszystkim zrobić I wziąć się za siebie ale niestety trwało to tylko chwilę. Następnego dnia kiedy udałem się do psychologa szkolnego wszystko zaczęło wracać do "normy" znowu zacząłem unikać kontaktu z ludźmi z klasy i przebywać jak najdalej od większych skupisk ludzi bo czułem się eh spokojniej w pewien sposób. Po jakimś czasie psycholog wysłał mnie do terapeuty która przypisala mi leki już nie pamiętam nawet nazwy w każdym razie nic mi zbytnio nie dawały (możliwe że placebo ale nie wiem) moja psychika I samoocena ciągle spadały w dół i gdzies po drodze miałem około jeszcze 3 prób samobójczych. Pomyślałem ej zaczęło się to od tego kraju może wrócę do Polski ciekawe co rodzice na to! Eh zostałem skrzyczany I zwyzywany od debili bo powiedziałem że w Polsce dokończę naukę i napisze maturę ale we mnie nie wierzyli i powiedzieli że ja nie dam rady napisać polskiej matury bo jestem ładnie mówiąc głupi. Była jedna osoba która mnie wspierała w tym co chciałem zrobić I to była właśnie moja dziewczyna z którą jako jedyna kontakty ludzkie mi jak na tamte standardy wychodziły DOBRZE. Powiedziala że kupi mi bilet i to ogarniemy eh (trochę już jestem zmęczony pisaniem tego haha) ogarnęła bilet a ja zacząłem udawać że wszystko jest okej przy rodzicach i się niby pogodzilem z ich decyzja ale tak na prawdę powoli się zbliżał mój wyjazd. W ostatni dzień pobytu w Niemczech wszystko spakowałem i powiedziałem rodzicom że wyjeżdżam. Dawno nie zostałem tak zwyzywany, powiedzieli bym nigdy więcej im się nie pokazywał na oczy a nawet dostałem groźbę śmierci a młodszy brat powiedział mi bym zdechł w tej Polsce (najprawdopodobniej był nastawiany przeciwko mnie od kiedy im powiedziałem że wgl coś takiego chce zrobić) wziąłem walizkę, plecak, bilet I ruszyłem w drogę jakieś 20km pieszo do pociągu hah to była podróż! Walizka 20kg a plecak około 5. Moje ręce były tak czerwone przez następny tydzień że ojoj. W Polsce dobity tym jak bardzo zostałem Wydziedziczony przez własną rodzinę nie dawałem sobie rady psychicznie ale parlem na siłę do przodu. Ogarnąłem z pomocą dziewczyny pokój do wynajęcia, prace jakąkolwiek i zacząłem się utrzymywać sam. Psychika się nie polepssala, płakałem szefowi z pracy a dziewczyna uważała że przesadzam już i bym wziął się w garść i zamiast by mi to pomogło to tylko dobiło mimo że chciała na pewno dobrze ale też była zmęczona tym wszystkim patrząc na to że u niej w rodzinie też nie było "ciekawie" przyjechała do Polski w marcu ( mieszkała w Irlandii) spędziliśmy cudowne chwilę razem ale po jej wyjeździe wszystko zaczęło się walić między nami znowu kłótnie, mój nieustanny dołek smutku który zaczynał ja wkurwiac i cóż w maju powiedziała że chce przerwy od związku ale możemy być przyjaciółmi póki co ale chce "odetchnąć' ja nwwet nie po roku od kiedy się wyprowadziłem zacząłem wyć w poduszkę starając się zaakceptować ten fakt wiedząc że ja tak nie potrafię. Utrzymalismy kontakt przez około 2 miesiące i po pewnej klotni odezwałrm się pisząc przepraszam na co nie odpowiedziała a tylko wstawila zdjęcie z chłopakiem który ja przytul a ona się usmiechala. Moje życie w tamtym momencie się zapadło. Napisałem jej ostatnia pożegnwlna wiadomość i zablokowałem. Następny miesiąc był walka ze sobą by nie oszalec z tym jednym głosem w mojej głowie. Chciałem się zabić i rozmyślalem skąd wziąć broń by zrobić to szybko. Eh jeżeli ktoś na doczyta do tego momentu niech odpisze błagam. Nie wiem czy jest sens kontynuować bo możliwe że piszę takie długie bzdety o swoim życiu w nikt nie doczyta. W razie pytań do tego co już napisałem proszę pytać bo wiem jakie to może być skomplikowane ale na prawdę nie pisze tego myślac w pełni sprawnie
  11. Trzy lata temu przeżyłam rozstanie z osobą którą kochałam. W momencie w którym odeszła nie poczułam kompletnie niczego choć gdzieś we mnie te emocje były, ale nie mogłam ich wyrazić co tym bardziej pogrążalo mnie w melancholii, poczuciu winy. Od tamtej pory mam problem z emocjami. Rok po tym rozstaniu weszłam w swój pierwszy związek. Trwał on ponad rok i przez ten czas wmawiałam sobie pewne uczucia, wierzyłam ze to miłość choć tak naprawdę nie czułam za wiele (nie tylko do tej osoby, ogólnie). Od tego wydarzenia sprzed 3 lat moje możliwości odczuwania i przeżywania emocji jakby się ograniczyły. Często mam poczucie bycia w takiej emocjonalnej pustce. Od jakichś dwóch lat niej byłam prawdziwie przygnębiona choć przez ten czas zdarzały mi się przykre sytuacje. Mam wrażenie jakbym wciąż była emcojonalnie zablokowana, jakby te emocje które pokazuje na zewnątrz Nie były do końca szczere, ale wymuszone. W ostatnim czasie ten brak emocji zaczął obejmować nie tylko sferę towarzyska ale również naukową. Nie jestem w stanie myśleć o przyszłości z jakimiś emocjami. O przeszłości pdoobnie - żadne wspomnienia Nie wywołują juz we mnie silniejszych emocji. Jest jeszcze jedna sprawa która mnie nurtuje. Takie emocje i uczucia wobec rodziców zniknęły u mnie jeszcze gdy byłam w szkole podstawowej. Zaczęłam się od nich izolować, dystansować. Nie potrafię z nim rozmawiać na głębsze tematy dotyczącej mojej osoby i mojego życia gdyż czuje się wtedy skrępowana. Osoba którą kochałam zastąpiła mi w pewnym sensie również ta miłość rodzicielską. Po jej odejściu emocje zniknęly, a pojawiła się pustka. Nie potrafię nawiązać głębszy relacji uczuciowych. Mam ważne dla mnie osoby ale nie czuję do nich zbyt wiele. Te uczucia są płytkie, czasem wymuszone. W dzieciństwie i okresie dojrzewania byłam wrażliwa, bardzo emocjonalna osobą, która wręcz nie radziła sobie z kontrolowaniem tych emocji. Nie potrafilam wyrażać swojej złości wobec kogoś jeśli ten ktoś mnie zdenerwował. Swoją złość odreagowywałam na sobie bo zbyt bardzo bałam się odejscia kogoś dla mnie ważnego gdybym mu ta złość okazała. Często tłumilam w sobie negatywne emocje i nadal to robie jeśli już się w ogóle jakieś pojawia. Gdy byłam w gimnazjum przeżyłam 7miesięczny stan depresyjny po stracie przyjaciółki. Obecnie również czuje się nie do życia. Jednakże nie czuję jakiegos głębokiego smutku, jestem w stanie jakoś funkcjonować choć to wyciszenie emocji sprawia że do wielu spraw nie mogę się zmobilizować. Czuje obojętność na myśl o tym ze zawalam obowiązki lub nic nie robie. Czasem potrafię spędzic większość dnia na tzw nicnierobieniu bo kompletnie brakuje mi motywacji. Przez to nie robie wielu rzeczy na studia, opuszczam zajęcia i nic wobec tego nie czuję (żadnych wyrzutów sumienia). Zastanawiam czy to jest lenistwo czy może mi nie zależy. Borykam się z tym problemem związanym z emocjami tak naprawdę od wczesnego dzieciństwa tyle ze na różnych etapach mojego życia ten problem przybiera różne formy. Co może być powodem opisanego przeze mnie problemu i co można z tym zrobić?
  12. Mojego męża poznałam na portalu randkowym, od początku czułam, że coś z tego będzie. Zarówno ja, jak i on byliśmy po ciężkich związkach. Tu zaczyna się całe sedno sprawy. Mąż rozstał się z poprzednią partnerką prawie trzy lata temu. Była od niego o prawie dekadę starsza, chorowała na chorobę dwubiegunową. Biła męża, wyzywała, krytykowała, a na koniec zostawiła samego w wynajętym mieszkaniu i wpędziła w długi - koszmar. Po tej sytuacji mąż załamał się, nie uczęszczał na uczelnię ani do pracy. Kobieta ta ma bardzo mocną osobowość, zawodowo śpiewa. Kiedy poznaliśmy się z mężem dużo opowiadaliśmy sobie o poprzednich związkach, widziałam, że potrzebował komuś się zwierzyć z tego, co tam się działo, pokazał mi nagranie jednej z ich kłótni. Kiedy zamieszkaliśmy razem okazało się, że mąż miał jeszcze u siebie jakieś jej stare dokumenty, na komputerze pliki z nią związane. Na początku starałam się go zrozumieć - wyprowadził się z poprzedniego mieszkania szybko, nie przeglądał rzeczy, które ze sobą zabrał, ale z czasem zaczęło mnie to boleć. Przy kłótniach zdarzało mu się powiedzieć, że jestem podobna do niej, że to też zły związek... Bardzo się boję, przez to, że ta kobieta ciągle gdzieś się przewija mam takie poczucie, że może jestem gorsza od niej, skoro mimo takiego upływu czasu wciąż gdzieś tam w tle jest. Co więcej, pół roku przed tym, jak poznaliśmy się z mężem, a ponad dwa lata po tym, jak mąż rozstał się z tą kobietą, spotkali się i uprawiali seks. Nie umiem tego zrozumieć, obawiam się, że nie radzę sobie z tym. Boję się, że może mimo wszystko uczucia męża do tej kobiety nie zniknęły? A może to ja przesadzam i zamiast zastanawiać się nad czymś takim powinnam pomóc mężowi uporać się z traumą?
  13. Witam ponownie. Bede pisac krotko zwiezle i na temat. By nie zasmiecac i nie tworzyc zbednego balaganu i chaosu. Tak jak powyzej. Jako osoba mloda 20+ ktora nie obcowala jeszcze ze wszystkim i ktora pochodzi z rodziny w ktorej seks i nieczystosc to tabu. Moje watpliwości: 1.) Wiadomo o biologii uczono wszystkiego ale nie o tematach na pograniczu psycho- seksuo- bioogii. Do rzeczy: odczuwanie orgazmu a okres. Czy odczuwanie orgazmu moze w jakis sposob zaburzyc cykl mc czy owulacje? Czy przyspiesza, opoznia okres? W necie tyle tego tych teorii niedomowien nawijania makaronu na uszy a zanik lub brak rzetelnej wiedzy. No wlasnie jak to jest? 2.) Seks analny (prezerwatywe). Mam ibs (od 7r.z, typ biegunkowo- papkowaty, na 2tyg przed kresem tryb mieszany) lecze sie jestem "sterylna" i moj tz rowniez. Higiena na wysokim poziomie raz w roku ogolna kontrola swego ciala tzn profilaktyka, badania. Czy w moim przypadku (chore jelita) seks analny odpada? Czy moze mi zaszkodzic, czy moge odczuwac bol x2 razy bardziej niz normalna zdrowa kobieta? Pomysl, chcica i inicjatywa na ten seks poszla z mojej strony. 3.) Czy to wogole normalne i zdrowe gdy przezywajac orgazm mysli sie o slodkich perwersjach? Tzn wytrysku na twarz czy kilkukrotnych orgazmach jeden po drugim? Czy majac ochote na to i pozniej robiac to nie jest sie brudnym ponizonym (wiadomo wg czesci spoleczenstwa jest to zle niemoralne i nie akceptowane a kobiete ktora ma takie fantazje zachcianki i chce sie kochac troche inaczej niz klasycznie po bozemu, traktuje sie jak panne lekkich obyczajow jak szmate czy k...we? Z gory jak zawsze dziekuje za pomoc 😌
  14. Trwa to 2 lata. Sama nie rozumiem moich uczuc. Zwiazek fantastyczny. Dostaje dużo czulosci i uwagi czy to jesteśmy we dwoje, czy w troje (z dzieckiem) czy w towarzystwie. Dziecko od pierwszego spotkania lubi spedzac czas ze mna. A ja na pokaz manifestuje swoje dobre intencje. Nikt ode mnie nie wymaga ani zajmowania się dzieckiem ani kupowania mu czegokolwiek. Mam chec, to kupuje jej rozne rzeczy oraz organizuje czas wolny (nie chca z nia w domu siedziec przez weekend, to znajde jakas aktywnosc). A za plecami, jak partner pyta mnie o zdanie, to mowie, ze to kopia jego zony (zona go zdadzala i oklamywala), intelektualnie tez cieniutko, bo nie radzi sobie z matematyka. Zostawi cos w domu, rękawiczki, ksiazke do szkoły, ja to wiedze, ale nic jej nie mowie. Nie pokazuje tego, ale ciesze się w myślach jak jej w szkole nie idze, jak stroi fochy przy tacie. Milo mi jak do mnie przyjdzie, przytuli się, narysuje cos, ale później (w myślach!) zycze jej jak najgorzej. Mam dobre relacje z rodzicami. Mój tata zaopiekowal mnie emocjonalnie i finansowo. Nie mam czego czy kogo zazdroscic temu dziecku. Inne dzieci w rodzinie lubie i nie krytykuje. Troche się zaczelam od niej odsuwać. Jak ma byc u nas, to wlasnie na ten czas rezerwuje sobie jakies spotkania, wyjscia itd. Ale partner zauwazyl, ze troche ja unikam i ona tez pyta a kiedy wroce, a kiedy cos razem porobimy. Opieka naprzemienna 10-15 dni w miesiacu, nasz wiek 30+, ona 10. Razem mieszkamy. Nie mam swoich dzieci i nie chce ich mieć. Nigdy nie chciałam. Jak mam to dziecko tolerować? Racjonalizuje, pocieszam się, ze niedługo przejdzie pod pelna opieke matki (matka pozwala na wszystko i traktuje ja jak malucha, u taty sa zasady, porządki, limity na elektronikę), ale i tak czuje do niej niechęć.
  15. Od dłuższego czasu niestety mam dosyć moich rodziców... W sensie, od dłuższego czasu mam złe samopoczucie, mi się chce wypłakać, a niestety przy nich nie mogę wypłakać się. Kłócę się z nimi, non stop zabierają mojego telefonu i to jest ciągle nawet jak byłam dzieckiem też zabierali mój tel. Przyznaję się że wczoraj chciałam uciec z domu, a tego nie zrobiłam, bo nie miałabym dokąd uciec. Moi dobrzy znajomi mieszkają kilka km od mojego domu, więc nie mogłam tego zrobić, na dodatek byłam chora. Tutaj nie powinnam dać moich danych osobistych, bo nie chce aby moi znajomi i inni dowiedzieli o mnie... Mam nadzieje że pomożecie mi jak najszybciej
  16. Witam, Mam 34 l. jestem kobietą singielką. Od ponad 5 lat chodzę na terapię psychodynamiczna jakao DDA. W trkcie terapii miałam coś jak anoreksję a teraz coś jak bulimię - nie akceptuję swjego wyglądu i siebie. Problemy z odżywianiem trwają gdzieć już 3-4 lata . Jestem zmęczona. Czuję dużo złości. Czuję się samotna , brzydka i głupia.Wydaje mi się że nic nie umiem i nie lubię mojej pracy - choć zarabiam w niej tyle że udało mi się wziąść kredyt i kupić mieszkanie. Dzięki niej też mogę go spłacać . Mimo wszytko, mam wrażenie że stoję w miejscu. Mój terapeuta - wydaje mi się że się stara. Ja też się staram przecież ale to już ponad 5 lat. Nie wiem co mam zrobić szukać gdzieś indziej pomocy ? w innym nurcie ? życie to czyściec. Bardzo prosze o pomoc - czuję że wylewam żółć teraz z siebie . Ale niestety takie się kłębią we mnie emocje. Tak naprawdę chciłabym się przyjaźnić z innymi , lubić siebie i kochać życie. Czy szukać jakiejś innej drogi . Maria
  17. Maciej 26 lat. Witam otoz mam problem juz od dluzszego czasu z samym soba z reguly jestem osoba ktora bardzo czesto nie potrafi rozmawiac o swoich problemach bo sie tego wstydze, postanowilem napisac tutaj poniewaz wydaje mi sie ze lepiej mi napisac niz mowic o tym w cztery oczy. Wracajac do tematu to mam 26 lat , od 10 roku zycia wychowywalem sie bez matki ktora zmarla na raka a ojciec z biegem czasu zaczal naduzywac alkoholu przezywalem okropne chwile jego imprezy z kolegami do 5 rano gdzie ja musialem rano wstawac do szkoly a slyszalem tylko jakies awantury i bojki wielokrotnie go prosilem aby przestal pic i siedziec z kolegami bo nie moglem zasnac, 3 lata temu musialem sie zajmowac moja babcia ktora byla chora i musialem sie nia opiekowac byla dla mnie jedynym oparciem w moim zyciu bo procz niej nikogo nie mam z rodziny ojciec sie strasznie rozpil i wogole nie zwracal uwagi na to co sie dzieje wokol niego dzieje, niestety rok temu moja babcia zmarla mimo wszelkich moich staran naprawde robilem co moglem jej stan sie na tyle pogorsyzl ze odeszla z tego swiata, czuje sie bardzo samotny mam dziewczyne z ktora staram sie o tym rtozmawiac ale nie potrafie bardzo czesto wybucham agresja i robie sie strasznie wredny dla niej przez co ona cierpi a przez to ja tez mam ciagle w mysli ze przez to jaki jestem teraz rozstanie sie ze mna jest mi bardzo zle z tym wszystkim nie potrafie panowac nad soba chodze bardzo czesto czuje drgania serca jakby szybciej bilo nawet bylem u kardiologa ktory stwierdzil ze jest wszystko okej z moim sercem tylko za bardzo sie strestuje co moge zrobic prosze o pomoc z gory dziekuje pozdrawiam
  18. Witam Jestem 20 letnią studentką. Na studia wyprowadziłam się do innego miasta. Tam poznałam mojego chłopaka. On już od samego początku znajomość zdawał się być we mnie zauroczony. Jesteśmy razem prawie pół roku. W tym momencie mogę powiedzieć, ze świata poza mną nie widzi. Kocha mnie najbardziej na świecie, troszczy się, stara. Ma w sobie cechy bardzo wrażliwego mezczyzny, opiekuńczego, zawsze myśli o mnie, jest dobry, nie tylko w stosunku do mnie, ale tak naprawdę do każdego człowieka. Nigdy złego słowa nie powiedział o swoich bliskich. Kulturalny, mądry i zaradny. Dobrze zarabia (jak na studenta) studiuję zaocznie, wspiera rodzinę. Chłopak się we mnie bardzo zakochał. W tym jest problem, bo ja nie potrafię w nim. Choćbym nie wiem jak chciała nie umiem go pokochać. Dałam mu do zrozumienia już na początku znajomości, że nie wiem kiedy i czy w ogóle się zakocham. Powiedział że w porządku, że będzie czekał, że on i tak mnie kocha. Wiem, że on potrzebuje ciepła, wzajemnej miłości, troski i uczucia. Nie chcę go stracić jako czlowieka, bo przeżyliśmy razem wiele pięknych chwil. Nie chcę też hamować go i wolałabym żeby nie czekał na moje uczucie, bo wiem że może po prostu nigdy nie przyjść. Nigdy się nie zakochałam, nie wiem jakie to uczucie. Starałam się zaobserwować jak zachowuje się w stosunku do niego. Zauważyłam, że bardzo zdystansowanie, bo nie chce żeby myślał że jednak coś poczułam, bo byłaby to nieprawda. Powiem szczerze że traktuje go bardziej jako przyjaciela. Nie wiem jednak czy wolałabym żeby nim został, bo to bardzo by go meczyło, a ja nie wiem czy to bym zniosła. Nie wiem czy umiem kochać, nie wiem czy kiedykolwiek się to stanie, ale nie chce go stracić. To bardzo samolubne, wiem. Chciałabym jeszcze dodać (bo może jest to istotne) że nigdy nie czułam do nikogo pociągu seksualnego, więc na jakieś szczere czułości też nie moze ode mnie liczyc. Mówiłam mu o tej sprawie, ale myślę że on żyje z myślą, kiedyś to się zmieni i poczuje pożądanie. Jestem rozsypana nie wiem co robić, dalej to ciągnąć, czy może zakończyć to raz na zawsze?
  19. Witam . Jestem Slawek mam 40 lat. Jestem w drugim związku. Moj problem polega na ....jak to slysze -chorobliwa zazdrość. Jestem w zwiazku z kobietą na wyzszym stanowisku ,ktora ma czesto wyjazdy konferencje.....itd.....zanim sie zblizylismy duzo opowiadala mi jak takie imprezy wygladają.....sama lądowała w łóżku pijana.....jakies zabawy tańce erotyczne o ktore moglby ktos byc zazdrosny.... Czasem uda jej sie wspomnąć o swoim bylym facecie tak naporzadku dziennym. Często pracuje do poznych wieczorów..... a jak byla kiedyś na wyjezdzie slużbowym....spytała czy moze pojsc na spacer .....z obcym facetem. Na mikolajkach obejmowala i tak sympatycznie dala koledze buziaka ze jak zobaczylem zdjecie bylem zdenerwowany. Dla mnie to jest za trudne..... ona mnie bardzo kocha i liczy na moja zmianę Czy to jest mozliwe? Ja chce spokoju....partnerki ktora okaze cieplo bliskosc oddane a nie bedzie ode mnie wymagac tak zwanego rozkrecenia. Pomozcie mi bo sie sam gubie. Czy ja jestem zazdrosny? Czy tak powinna wygladac relacja dwojga ludzi? Z jej ust nigdy nie uslyszalem ze jestem jej przyjacielem a napraede staram sie byc obecny i wspierac ją .... w domu w zdrowiu.... Pozdrawiam i licze na jakies podpwiedzi
  20. Hej jestem Ania.Mam cudownego męża i wspaniałą córke ale również mam ogromny problem,z którym sobie nie radzę. Mój problem polega na tym, że nie panuje nad swoimi emocjami. Potrafie się czepiać o wszystko i sie bardzo szybko złoscić. Mowię czesto słowa,które ranią moich najbliższych a potem strasznie tego żałuję. Zaczynam sie bać,że zostanę sama bo mój mąż nie wytrzyma i mnie zostawi. Zreszta kto by wytrzymał 15 lat z taką zołzą jak ja,w końcu kiedyś peknie ta już cieńka niteczka wyrozumialości mojego męża do mnie... Przejmuję się również wszystkim co robię i wszytkimi -tym co ktos o mnie powie lub pomyśli i co strasznie utrydnia mi życie .Czuje sie rownież najgorsza żoną i matką na tej planecie. Czuję sie gorsza od wszystkich...Nie użalam sie nad sobą,nie pomyślcie tak o mnie ... Już to kiedys uslyszalam od jednej pani psycholog 😔 co mnie dobiło bardziej...Poprostu dostrzegłam,że jest ze mną coś nie tak,bo nie krzywdzi sie osób ,które sie kocha prawda? Pozdrawiam serdecznie A...
  21. Dzień dobry, Mam na imię Aneta, prawie 25 lat. Pracuję i studiuję dziennie. Za kilka miesięcy biorę ślub. Odkąd pamiętam (około 12 roku życia) nie wierzę w siebie, często mam myśli typu "nienawidzę siebie", uważam się za beznadziejną, bezwartościową, że nie dam sobie rady z czymkolwiek. Ciągle porównuje się do innych, uważam się za brzydką, choć z drugiej strony jestem świadoma swojej atrakcyjności. Stresuje się praktycznie każdą sytuacją, przejmuje się wszystkim, nawet jeśli wiem, że niepotrzebnie, nie mogę wyrzucić z głowy tych myśli. Przez ciągły stres nabawiłam się chorób przewodu pokarmowego. Do tego dochodzi obniżony nastrój, niechęć robienia czegokolwiek, ciągłe zmęczenie, najchętniej spałabym całymi dniami. Dodatkowo wciąż jestem poirytowana, wiele rzeczy i ludzi mnie denerwuje. Ciągle kłócę się ze swoim narzeczonym. Jestem oschła w kontaktach z nim oraz z moją mamą (bez powodu) co dodatkowo sprawia, że czuję się złym, odrażającym człowiekiem, mimo że jestem dobra i miła dla innych. Nie mam ochoty na seks ani czułości co dodatkowo sprawia, że mój narzeczony denerwuje się i mimo że akceptuje moją decyzję to coraz bardziej go to męczy. W najgorszych momentach mam myśli samobójcze, niechęć do życia bo tak bardzo mam siebie dość, swojego zachowania i życia, ale wiem też, że nie miałabym odwagi tego zrobić. Jednak te myśli nie są ciągłe, bo od czasu do czasu mam jakiś przypływ energii, motywacji, który sprawia, że jakoś nadal żyję, spełniam się, choć często zmuszam się do tego by coś zrobić, aby chociażby zdać egzamin na studiach. Nie mogę zrozumieć tego, że naprawdę wiele dotychczas osiągnęłam, studiowałam dwa kierunki jednocześnie, miałam wymarzoną pracę (był to projekt, który już się skończył), mam wspaniałego narzeczonego (który toleruje moje zachowania, choć zauważam u niego coraz mniejszą cierpliwość do moich humorów) a mimo tego wszystkiego uważam się za beznadziejną osobę i za każdym razem porównuje się do innych. Nie mogę zrozumieć też tego, że jednego dnia jest beznadziejnie, nic mi się nie chce, a drugiego jest wręcz odwrotnie, wiara w siebie zaczyna wracać, myślę pozytywnie. Byłam u dwóch psychologów, u każdego dwie wizyty, ale za każdym razem nie miałam odwagi wyznać wszystkich moich problemów, a tym bardziej umówić się na kolejną wizytę. Czy mogę zrobić coś, co pomoże mi w radzeniu sobie ze sobą bez psychoterapii? Nie chcę aby relacje - zwłaszcza z moim narzeczonym - cierpiały i ja sama chcę w końcu poczuć się lepiej i być szczęśliwa, bo niestety nie pamiętam kiedy ostatni raz czułam się naprawdę szczęśliwa.
  22. Cześć. Właściwie nie jestem pewny, czy to jest dobre forum dla mnie. Wydaje mi się jednak że moje problemy, które drażnią mnie coraz bardziej powinny sugerować że właśnie tu powinienem zerknąć. Facet z żoną i synem, 37 lat, czynny zawodowo na Kartę Nauczyciela. To tak jednym zdaniem. Moje problemy zaczęły się dawno, bo we wrześniu 2013 - wtedy przytrafił mi się pełny atak epilepsji - w nocy, przy zasypianiu. Karetka, SOR, powrót do domu po wzmacniającej kroplówce oraz badaniach fal głowy (wybaczcie niefachowość słownictwa) z wynikiem bez zarzutu. Próba sztucznego wywołania ataku dźwiękiem i światłem się nie powiodła - fale mózgu również wtedy bez zarzutu. Ataki pojawiały się co miesiąc, dwa, z okropną regularnością niemal co do dnia a ja w tym czasie eksperymentowałem z lekami - oczywiście pod kontrolą neurologów. Od maja 2014 jestem bez ataków i zawieszeń - po chorobie nie ma śladu. Jednak wciąż przyjmuję leki - Absenor. I w tym momencie pojawia się problem, z powodu którego tutaj jestem - emocje. Nie wiem, czy to kwestia wieku, czy leków, chociaż ja podejrzewam antyepileptyczne leki - że emocje mi się "rozjechały". O ile złość, nerwowość czy agresję, jestem w stanie zrzucić na stres pracy w kilku miejscach (chociaż pracę lubię, jestem zadowolony z życia, szczęśliwy itp.), to problemem jest dla mnie jakaś dziwna nadwrażliwość na sytuacje wzruszające - jakkolwiek to brzmi. Nie wiem, czy jestem w stanie to dobrze wytłumaczyć, ale objawia się to tym, że w pewnych momentach, sytuacjach, nie umiem powstrzymać łez wzruszenia, nie jestem w stanie normalnie mówić, bo jakieś dziwne napięcie "odcina" mi głos, bo całe gardło boli tak, że mam ochotę odwrócić się i odejść. Mam wrażenie że to sytuacje i momenty totalnie nieadekwatne do aż tak mocnych reakcji. Najgorsze, że te momenty są totalnie prozaiczne. W telewizji poleci jakaś bardziej emocjonalna reklama - i już mam emocjonalną jazdę (pamięta ktoś reklamy Allegro z dziadkiem, który uczył się angielskiego by w Londynie powiedzieć wnukowi po angielsku kim jest? Rozkłada mnie cały czas...). Płacz i ból gardła na bajkach dla dzieci to normalka (niech Cię szlag, Disney!), a ostatnio pokonał mnie demotywator ze zdjęciem dziewczyny, która w 2003 na wakacjach rozpoznała nadejście Tsunami i uratowała plażowiczów - nie byłem w stanie dokończyć czytania na głos kilku zdań umieszczonych pod obrazkiem. Któregoś razu na wycieczce w dużym mieście zupełnie przypadkiem trafiłem na jakiś tam bieg, maraton, czy inne zawody sportowe i atmosfera miejsca - biegnący sportowcy, doping kibiców, pozytywna aura, wywołała u mnie taki sam atak emocjonalnego skoku. Wszelkie "medialne" wydarzenia również w większości odpadają - koncerty, występy, pokazy, akcje - wszystkie miejsca gdzie "coś" się dzieje sprawia że przestaję panować nad sobą i swoimi emocjami. Najgorsze, że właśnie ja powinienem sobie z tym radzić - jako terapeuta dzieci z Autyzmem i ZA osiągam sukcesy, pomagam takim osobom i ich problemom, ale nie umiem "ogarnąć" siebie. To bardzo frustrujące. To chyba tyle. Trochę się tutaj pokręcę, może się dowiem, jak sobie pomóc, a może wyciągniecie ze mnie jeszcze jakieś inne rzeczy których nie zauważam, a które mogą mieć znaczenie. Zdaję sobie sprawę też z tego, że dla wielu z Was mój problem to żaden problem - ale ja czuję się z tym źle, moje podkręcone emocje i sposób w jaki wychodzą sprawiają mi dużo kłopotu.
  23. Witam. Ostatnimi czasy zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Mieszkam z mężem, jego babcią, mamą oraz bratem. Naokrąglo wydaje mi się ze jestem oceniana. Robię wszystko w wielkiej panice. Wydaje mi się ze wszyscy są przeciwko mnie i np. Dlatego nie chcą jeść mojego jedzenie. Wydaje mi się tez ze spędzając więcej czasu z moimi dziecmi chcą mi je zabrać na swoją stronę albo biorą mnie za złą matkę. Mam ciągle wrażenie ze szepczą za plecami i obgadują mnie ze wszystko robię nie tak. Przez co jest gorzej i gorzej. Czuje się jak najgorsza, czuje ze nie mam swojego miejsca. Wciąż chce mi się płakać. Gdyby nie dzieci zwinelabym się w kłębek gdzieś w kacie usiadła i płakała chociaż ostatnio miewam tez tak ze nawet jeśli rozrywa mnie tak nieograniczony smutek od środka ja nie mogę się rozpłakać a wydarzy się coś błachego to wybucham.. trzęsę się nad wszystkim i może z tego wszystkiego niepotrzebnie mówię wiele rzeczy w złym tonie. Co mam ze sobą zrobić żeby być chociażby na nich obojętna?
  24. Dzien dobry, mam dziadka w wieku 90 lat. Mieszka razem z babcia. Ostatnio nie rozmawiaja ze soba i dziadek jest przygnebiony, smutny, podejrzewam depresje. Moje pytanie brzmi: jak rozmawiac z osoba ktorej nie zostalo zbyt duzo zycia tzn, jak pocieszyc podniesc na duchu, dziadek choruje, jest po operacji nogi, wiecej lezy niz chodzi. pocieszac go ? wspominac fajne chwile w jego zyciu? co mowic, jak go przygotowac do odejscia. Ogolnie to cale zycie byl zdrowy i aktywny dopiero od 2 lat jest gorzej.
  25. Jak rozpoznać uzależnienie emocjonalne od partnera? Po czym poznać, że to nie jest miłość, a uzależnienie emocjonalne lub zakochanie?

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.