Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'relacje'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 717 wyników

  1. Witam. Byly partner bardzo gra na mojej psychice opowiada różne nie fajne historie związane ze mna swoim rowiesnikom po czym wychodze na miasto z znajomymi i widze ich wzroki usmieszki i jak rozmawiaja zapewne o mnie. Pod koniec zwiazku stalam się jakby inna osoba, uzależniona, kontakt juz mielismy slaby, a ja w panice ze stracę ukochana osobę upokarzalam się, wypisywalam pi setki wiadomosci, ale dostalam zero odezwu. Pewnie z tego tez sie smieja. Teraz juz jest lepiej. Jak sobie poradzic z rozstaniem?
  2. Mam 42 lata, po 9 latach związku za kilka dni rozwiedziemy się lub przejdziemy w separację z żoną. Chyba już jej nie kocham choć ona mnie podobno tak. Jednak nie potrafi tego wyrazić, okazać. Wręcz przeciwnie jest zła na mnie że napisałem pozew, że nie zapłaciłem jej lepszych warunków, nie byłem jej księciem na białym koniu. Jest mi żal wspólnych lat, przykro z powodu tyłu prób porozumienia i polepszenia związku( ponad dwa lata chodzę do pani psycholog. Tymczasem zamiast osiągnąć jakiś pozytywny efekt rozwiedziemy się w złości. Żona woli mnie znienawidzić i później wcale nie znać. Chciała by bym wylądował jej zdjęcia nawet. A tego nie mogę zrobić ani technicznie bo to kilka tysięcy zdjęć ani emocjonalnie. Będzie bolała z początku i może będę płakał ale to moje wspomnienia i wolę pamiętać tylko dobre chwile z żoną, nawet była... myślałem żeby dać nam jeszcze szansę, separacja albo związek partnerski. Ale jeśli żoną nie chce, nie uczyni żadnych kroków w te stronę to chyba nie ma żadnych szans??
  3. Witam . Jestem 28 letnia kobieta. Od ponad 6 lat w związku z czego rok po ślubie. Z wcześniejszego związku mam 9 letnie syna a z obecnego dwójkę dzieci. Od 4 lat mąż pracuje za granicą. Co półtora miesiąca przyjeżdża do domu na tydzień . W marcu tego roku mój najstarszy syn zachorował na cukrzycę typu 1. Ciężki okres dla Nas wszystkich . Ale chodzi konkretnie o Nas. Jeszcze miesiąc temu mąż twierdził że bardzo kocha że szczęśliwy jest . Oklamalam go za jego plecami pożyczyłam koleżance pieniądze ta mi ich nie oddała i teraz zostałam z długami powiedziałam mu po roku czasu o tym niby trochę się złościł ale nic nie wskazywało na to że będzie chciał mnie zostawić. Napisał mi że już mnie nie kocha ,że nie chce mnie u swojego boku że nie o takiej kobiecie marzył ( nie raz przy jakiejś sprzeczce mówiłam mu że jak Ci nie odpowiadam to sobie zmień ale on twierdził że nie chce ze ja mu wystarczam ) a teraz z dnia na dzień przestał kochać na wszystko mówi NIE. Kiedy mówię mu o terapi mówi że nie chce kiedy mówię żebyśmy dali sobie szansę naprawili wszystko mówi że już nie ma na to ochoty. Ja bardzo go kocham nie wiem dlaczego tak nagle się wszystko zmieniło . Mówi że już mi nie ufa i nigdy nie zaufa . Że ciągle go kontroluje . Proszę o pomoc co mogę zrobić . Bardzo mi go brakuje staram się zmienić ale on nie chce rozmawiać ze mną jedynie o dzieciach.
  4. 31 stycznia zginęła moja kotka. Była dla nas (ja i partnerka) członkiem rodziny, quasi-dzieckiem (nie chcemy mieć dzieci) i oczkiem w głowie. Mieliśmy z nią b.bliskie relacje a ona wprowadzała energię do naszego życia. Ona żyła z nami. Minęło pół roku a ja nie potrafię się z tym pogodzić. Nie ma dnia od 31 stycznia abym nie myślał o niej, o tym koszmarnym dniu, o strasznych 500m. 500m. Tyle miałem czasu na zastanowienie się (niosąc sztywniejacą już od zimna, pewnie potrąconą i martwą już, Papi) jak jej powieziec, że najważniejsze stworzenie nie żyje. [....] Boli mnie ból partnerki (rok depresji w domu, dzień w dzień z Papi), boli mnie, że Papi cierpiała, że jej nie ma. Rozrywa mi serce myśl o braku jej zapachu, delikatych łapek, kocich rozmów. Nie wiem, jak sobie poradzić z tą sytuacją, ludzie nie rozumieją (nie potrafią wyjść poza myślenia o kocie jako "tylko kocie"). Jak tylko zahacze myslami o Papi, ściska mi wręcz gardło, łapie doła. Z drugiej strony, nie chce o niej zapomnieć. Chce móc ją wspominać bez bólu.
  5. - Czy wierzysz w miłość? - Niewątpliwie zachodzą procesy neurochemiczne w mózgu... - Przerwij. Nie pytałem czy wierzysz w istnienie miłości. Mówili już przecież o niej starożytni. Pytałem czy WIERZYSZ w miłość? - Tak jak się wierzy w moc nadprzyrodzoną i ezoterykę? - Raczej jak w siłę napędową i sprawczą. W motyw. W znaczący środek i sensowny cel. - Nie, miłość jest przereklamowana. Dobija mnie. - A więc jednak wierzysz. O tyle, o ile dobija, o tyle działa. Wszystko zależy od tego, jak ją pojmujesz i wobec tego jak się z nią obchodzisz. - Chrzanisz jak potłuczony. Miłość to cierpienie. - Nie myliłbym zawodu miłosnego z miłością. - Jeden diabeł. - Skoro przyjmuje się istnienie diabła, to i siły wyższej, do której stoi w opozycji, nieprawdaż? - Nie przekonasz mnie. Miłość to kanał. Wiedzie do cierpienia. - Jeśli tak ją rozumiesz, to rzeczywiście może tak być. - Bez sensu jest dorabiać do tego ideologię. - Cieszę się, że to powiedziałeś. Skomentuj ten wpis na Facebook. CIEKAWOSTKA: Męski blog Refleksje mężczyzny prowadzi psycholog online.
  6. Witam. Mam problem bardzo drażliwej natury. Sytuacja dotyczy mojej dziewczyny i jej matki, niestety dziewczyna mam wrażenie, że jeszcze długie lata będzie wypierać problem zanim coś z tym zrobić i boje się, że zanim to nastąpi może dojść do tragedii. Moja dziewczyna ma 21 lat, jej matka 40. Chciałbym uzyskać poradę, a być może gdy dam przeczytać to swojej dziewczynie przejrzy na oczy i np uda się na policję czy do innych służb. Sytuacja zaczęła się niecałe 2 lata temu gdy jej tato zmarł (problem onkologiczny, parę miesięcy rodzina była narażona na olbrzymi stres i konflikty wewnętrzne). Po tym zajściu nastąpiła zmiana zachowania u jej matki. Na początku odczułem ogromną złość ze strony jej matki w każdym momencie jak moja dziewczyna chciała miło spędzić czas. Tak jakby miała cierpieć przez rodzinną tragedię do końca życia. Były to awantury o drobiazgi, krzyki i wyzwiska. Nawet za to, że woli w danym momencie obejrzeć odcinek ulubionego serialu a nie robić coś co wymyśli jej matka np iść na spacer czy czesać jej psa (sytuacje są tak absurdalne, ale proszę o powagę bo sytuacja doszła do momentu gdzie boje się, że skończy się to przed sądem bo ktoś zrobi komuś krzywdę). Po stracie ojca przez moją dziewczyna odniosłem wrażenie, że matka chce zmienić moją dziewczynę w swoją osobistą niańkę, w momencie jakiegoś wyjścia na cały dzień są wyzwiska i krzyki "co ty matkę samą zostawisz?" w sytuacji planowania wakacji efekty są jeszcze gorsze. Gdy dziewczyna nocowała u mnie dochodziło już do tego, że dzwoni po rodzinie i opowiada, że córka ją zostawiła i zaraz ma przyjechać pogotowie bo tak z nią ciężko (co było oczywistym kłamstwem za każdym razem). Doszło do tego, że dziewczyna poza nauką i pracą ma być cały czas w domu, opiekować się matką i psami (stosunek do psów jest tam ekstremalny, z boku wygląda to bardzo niepokojąco). Niestety zaczęło się to tylko pogarszać, moja dziewczyna jeśli nie jest w pracy czy nie widzi się ze mną, cały czas płacze, o wszystko są awantury ale niestety doszła przemoc fizyczna, także w stosunku do mnie (niestety przez moje warunki fizyczne, nie mogę się nawet bronić bo mógłbym zrobić krzywdę przypadkiem). Kilka takich sytuacji powinno zakończyć się obdukcją co pewnie było by najlepsze w tej sytuacji. Sytuacje po jakich dochodzi do przemocy i wyzwisk są absurdalne typu "powrót od rodziny do domu, i moja dziewczyna mówi, że jedzie się widzieć ze mną" matka w złości, że córka nie będzie w domu zaczyna atakować. Powodem jest oczywiście to, że moja dziewczyna nie chce siedzieć w domu i plotkować. Nie wiem już co zrobić i jak pomóc dziewczynie, mówienie idź na policje całkowicie ignoruje. Nie chce by stała się tragedia, niestety jej matka atakuje ją w furii, nie patrząc, że córka nosi okulary (raz doszło niemal do rozbicia ich na twarz) machając rękami, niestety w takim szale wcześniej czy później skończy jedna strona z rozbitą głową o mebel czy upadkiem ze schodów. Chce ratować swoją dziewczynę ale czuje się tym tak bardzo przygnieciony. Niemal codzienne awantury, draki o wszystko. Dziewczyna jest zmuszana non stop jeździć na cmentarz (kilkaset razy w roku) oraz do przebywania w domu i zajmowania się matką i słuchaniem plotek. Na dodatek moja dziewczyna czuje się z tym fatalnie, bo rozrywką jej matki największą są plotki i opowiada cały dzień znajomym i po rodzinie jaka to córka jest niedobra, co tylko ją niszczy wewnętrznie. Ja odciąłem się całkowicie od tego środowiska ale niestety dziewczyna nie ma takiej możliwości, przez co cierpi a ja z nią. Ja musiałem się odciąć od tego, bo gdy wyzwiska zaczęły lecieć w moją stronę powiedziałem sobie dość. Z jakich powodów byłem wyzywany? Ponieważ śmiałem powiedzieć, że to głupota "jak dziecko ma czkawkę, to trzeba wyjść z nim na rękach poza granicę wsi i wtedy czkawka ustanie" - zabobony w jakie wierzy jej matka, w momencie gdy powiedziałem publicznie, że to głupota i dałem argumenty, spotkałem się z atakiem w moją stronę. Niestety dziewczyna jest na to skazana każdego dnia, a ja boje się, że będzie tylko gorzej. Krew i siniaki stały się niemal codziennością. Jak dziewczyna do mnie dzwoni, ja już z przyzwyczajenia pytam "o co tym razem". Miałem już koszmary, że dziewczyna pobita została zepchnięta ze schodów. Niestety udziela się to także i mi, bo to nie jest sytuacja raz na parę lat ale 2-3x na tydzień a czasem częściej. Próbować tutaj pomocy specjalisty? Czy najlepiej udać się na policję?
  7. Witam Jestem w 5 miesiącu ciąży i nie potrafię się tym cieszyć. Od jakiegoś czasu (już przed ciążą) nic mnie nie cieszę a wręcz odwrotnie. Ciągle mam wrażenie ze muszę być idealna. Ciągle dmucham na zimne i staram się aby wszystko było dobrze w moim życiu. Zaczęłam tego wymagać też od innych ludzi, którzy mnie otaczają. Bo skoro ja mogę robić coś idealnie to czemu oni nie? Jeśli ja potrafię się poświęcać dla ludzi/znajomych to dlaczego oni nie ? Im bardziej się staram i daje od Siebie tym bardziej się zawodzę bo ludzie wcale nie myślą tak jak ja. Staram się bardziej i jeszcze bardziej się zawodzę bo ja daje a ONi tylko biorą. Nie ma nic co daje mi szczęście. Prezenty, urlopy, miłość, ciąża ... nic nie daje mi szczęścia. Na dodatek ciężko mi się odnaleźć wśród ludzi. Udaje kogoś kim nie jestem . Nie mam ochoty wg poznawać nowe osoby, nie mam ochoty spędzać czasu z innymi. Każda mała wada czyjaś odrzuca mnie od tej znajomości. Czuje, że jestem złym człowiekiem. Jestem złą córką, bo nie potrafię wytrzymać z rodzicami dłużej niż 2 dni. Uważam, że oni nie zwracają uwagi na to co jest dla mnie ważne a wręcz odwrotnie mają to gdzieś. Nie potrafię wytrzymać z babcią, która jest już po prostu starą babcia i ma już jakieś tam swoje dziwactw, których ja nie potrafię zaakceptować. Od przyszłego męża ciagle wymagam więcej i więcej a postępu nie ma albo ja go po prostu nie widzę. Czuję, że nie mam wsparcia i ze nikt tego nie rozumie. Nikt nawet nie chce zrozumieć bo to nie jego problem. Mam wrażenie ze od paru lat nie robie nic dla siebie. A jak urodzę dziecko to będę oczywiście robiła wszystko już tylko dla niego oraz będę tą „ głową rodziny” bo mojemu facetowi do tego daleko (moim zdaniem) . Jest mi z tym ciężko i tego się boję. Nie wiem jak to zmienić a czas leci.
  8. Witam. Jestem młodą dziewczyną, która według ludzi dookoła ma wszystko SUPER w życiu. Możliwe ze właśnie tak jest ale od długiego czasu tego nie czuje ani nie czuje szczęścia. Dlatego tez stwierdziłam że coś jest niedobrze. Dzieciństwo miałam raczej normalne jak na moje czasy. Mieszkałam często z dziadkami bo albo jeden albo drugi rodzic pracował za granicą. Przyjeżdżając rozpieszczali mnie zabawkami, słodyczami oraz wszystkiego co chce ( aktualnie mam 1stopień otyłości z czym mecze się od czasów przedszkolnych ). Problem bycia grubym dzieckiem/osobą był już od momentu, który mogę pamiętać czyli czasy przedszkolne. Czasy dorastania (liceum i studia) były dla mnie szczęśliwe bardzo bo niestety zaczęłam z sobą walczyć. Diety, Głodówki oraz wlewanie w siebie litrów wody... waga schodziła ale powoli. Następnie „genialny „ pomysł bulimi, który pomógł mi się pozbyć w ciągu roku około 25kg i to pozornie bez żadnych konsekwencji. Moje życie było podporządkowane tylko tej chorobie. Pozytywnymi aspektami mojego okresu dojrzewania była świadomość tego ze jestem chudsza i ze teraz ludzie będą mnie akceptować wiec zaczęłam się otwierać do ludzi. Poznałam cudownych ludzi, których znam do dziś i uważam ich za jedno z moich szczęść w życiu. Kolejny duży etap to już koniec studiów i zakochanie się w swoim przyszłym mężu. Jak w każdych związkach nie było kolorowo ale wiem i jestem pewna, że to jest ta moja miłość. To uczucie jest odwzajemnione wiec można powiedzieć, że ludzie dookoła maja racje, że życie mam bardzo pozytywne. Od 5 lat mieszkamy wspólnie za granicą (UK i Niemcy) gdzie musiałam pokazać na co mnie stać pod względem bycia dorosłą i samodzielną. Udało mi się ale w mojej głowie pojawiła się obserwacja, ze zostałam matką mojego faceta. Ciężko mi stwierdzić, że on też zaczął swoje starania w byciu dorosłym oraz głową rodziny. Czułam ze ja robie duże postępy w życiu a on jest pod moją opieką i jest mu z tym dobrze. Było mi ciężko zajmowaniem się swoimi jakimiś drobnymi problemami, jego dużymi problemami (szczególnie finansowe które ciągnę się już pare lat). Moim zdaniem on teoretycznie nie robił z tym nic i tak się ciągnie. Teraz jestem w 5 miesiącu ciąży co było wspólna decyzja i staraniami, mieszkamy na normalnym mieszkaniu, prace mamy pod nosem. Wiem ze jak urodzę dzidzie to pomimo tego ze w brzuchu mam tylko jedno maleństwo to stanę się matką dwójki. Od prawie 5 lat zmiany mojego przyszłego męża są raczej słabe (albo mam za duże wymagania). Czuje, że potrzebuje wsparcia konkretnego a nie kolejnych obietnic, które nie będą dotrzymane. Powinnam prosić dorosłego faceta aby stał się faktycznie dorosły i odpowiedzialny ? Nawet już nie prosić lecz błagać/grozić ?
  9. Witam, Jestem mężatką, studentką i mam obecnie skończone 25lat. Nie mieszkam z rodzicami od 18 roku życia, ze względu na niedogadywanie się niestety z ojcem. Ale postanowiłam napisać o tym, co mi się ostatnimi czasy dzieje. Od około 3 miesięcy męcze się z napadami lęku, a nawet paniki. W najmniej oczekiwanych momentach odczuwam szybsze bicie serca, robi się duszno i ogólnie szukam jak najszybciej ewakuacji na świeże powietrze. Wtedy ze stresu, że coś mi się dzieje, czuje się źle i niedobrze. Czasami te dolegliwości doprowadzają mnie do dreszczy i cała się trzęsę... nie wchodzę do większych sklepów, bo boje się, że zrobi mi się znowu źle i słabo i nie zdążę z niego wyjść.. to samo jest z innymi miejscami. Odczuwam głód, ale jem zdecydowanie mniej. Mam męża od roku czasu, jesteśmy ze sobą prawie 4 lata. Pracuje zagranicą wiec więcej nie ma go w domu niż jest.. dlatego kiedy tylko coś mnie takiego dopada to biorę psa i biegnę na zawnątrz - po pierwsze, żeby zaczerpnąć powietrza, po drugie, żeby starać się myśleć o czymś innym, a po trzecie, aby byli ludzie wokół, jeżeli miałoby mi się coś stać. Byłam u psychiatry i dostałam leki na zaburzenie lękowe uogólnione z atakami paniki i agorafobią. Biorę je 3ci dzień. Ale nie ukrywam, ze jak usłyszałam, ze pierwsze 2 tygodnie mogą mi nasilić moje ataki to się przestraszyłam i codziennie teraz mam dodatkowy przez to stres. Ogólnie jestem bardzo uczuciowa i wrażliwa. Przeżywam wszystko. Nawet to, czego nie muszę. Moje życie obecnie - mogę przyznać, że jest naprawdę dobrze. Mam pracę, która kocham, męża, mieszkanie. Nawet nie mam powodów do stresów tak naprawdę. Ale wiele stresów i nerwów przeżywałam przez cały okres 3 lat przed ślubem. Dodam jeszcze, że nigdy wcześniej nie miałam tak dobrych wyników badań z krwi. Bardzo proszę o wskazówkę.. czy to wszystko zostało dobrze zdiagnozowane? Czy te tabletki mi pomogą? Jak sobie z tym radzić? I czy potrzebna będzie mi terapia? Pozdrawiam
  10. Gdy poznałam mojego partnera wiedziałam, ze ma dziecko. Nie miałam z tym problemu - do czasu. Świetnie się dogadywałam z jego synem, dopóki nie zaczęliśmy się starać o dziecko. Bardzo chciałam zajść w ciążę, jednak starania trwały pół roku. Czułam się gorsza, bo z byłą udało mu się za pierwszym razem. Potem poroniłam, było jeszcze gorzej. Wtedy udało mi się zajść w ciążę, ale byłam zazdrosna. Mąż opowiadał, jak cieszył się z pierwszego synka a ja wiedziałam, że z naszego dziecka wcale się nie cieszy. Moje uczucia jakoś ukierunkowały się na jego syna. Zaczęłam go obwiniać, być zazdrosna. Jego chciał, z niego się cieszył, a z mojego dziecka już nie. Później było tylko gorzej. Zauważyliśmy, że jego syn nie rozwija się prawidłowo. Podejrzewałam u niego autyzm. Mąż zapierał się, mówiąc że próbują mu wmówić chorobę jego dziecka, obwiniał mnie z kłótnie z byłą partnerką. Gdy urodziłam byłam zaborcza o córkę. Mąż niewiele się nią zajmował. Bolało mnie, bo wcześniej opowiadał jak wstawał w nocy do syna, do naszej córki jakoś mu się nie chciało. Jeszcze bardziej znienawidziłam jego syna. W międzyczasie ciągle kłócił się z byłą partnerką, obarczając mnie odpowiedzialnością. Zaczęło mi przeszkadzać, gdy jego syn przyjeżdżał do nas, gdy patrzył na moją córeczkę, podchodził do niej, oglądał... Nie mogłam znieść, gdy się później bawili. Czułam mdłości, gdy mąż robił im razem zdjęcia. Potem druga ciąża. Z każdym przyjazdem jego syna skręcało mnie w żołądku, z obawy, że mąż każe dotykać mu mojego ciążowego brzuszka. W wyniku kłótni z byłą partnerką nie widział syna pół roku. Wyżywał się na mnie, kłóciliśmy się dużo w tamtym momencie, ale było mi na rękę, że nie muszę go oglądać. Potem znów zaczął po niego jeździć. Kontakt z nim jest utrudniony. Matka go nie diagnozuje, ja widzę autystyka. Drażni mnie, gdy pół dnia gotuję obiad a na koniec on trzy godziny je, plując i właściwie zwracając to co ma w buzi do talerza. Mąż nie zwracał mu uwagi, za to na naszą córkę krzyczał z byle powodu. Wszyscy mamy się dostosowywać do tego dziecka, nasze zasady domowe, wg których wychowujemy nasze dwie córki na czas jego obecności zostają "naginane". To, ze musiałam się silić na uśmiech, miłe słowa do tego dziecka i udawać, że wszystko jest dobrze pogarszały tylko mój stan. Tłumiłam to wszystko w sobie. Powiedziałam mężowi, że trudno mi go zaakceptować w 100%, wydawało mi się, że zrozumie, wesprze, a wypomniał mi to przy pierwszej kłótni. Dlatego mój pogłębiający się problem tłumiłam w sobie, ukrywałam, udając, że nic się nie dzieje, co z kolei tylko pogarszało. Stało się to o tyle poważne, że gdy tylko słyszę, że mąż chce po niego jechać czuję mdłości na samą myśl, chodzę poddenerwowana, słabo sypiam, wybucham złością. Gdy widzę gdziekolwiek w sieci to samo imię wywraca mi się w żołądku. Nie potrafię wyjść z nimi na spacer. Nie potrafię czasem zmusić się na uśmiech w jego stronę. Mdli mnie, gdy słyszę, jak bawi się z moją córką, brzydzi mnie gdy dotyka jej rzeczy, jej zabawek. Boli mnie jego istnienie. Nie potrafię się pogodzić i rozważam rozwód z tego powodu. Chciałabym, żeby mąż był tylko nasz, żeby nie musiał marnować naszego czasu w weekend na niego. Żebym nie musiała sobie psuć niedzieli, na jego dziwaczne zachowania. Spędzanie czasu z nim to dla mnie tortura. Odliczam za każdym razem minuty do ich wyjścia, które i tak mąż stara się ograniczać do minimum, bo zazwyczaj większość dnia spędzają poza domem. Nie chcę już dłużej się tak czuć. Nie chcę też wychodzić z nimi na spacery, jeździć z nimi na wycieczki, ani spędzać z nimi czasu. Chcę tylko, pogodzić się z jego istnieniem, przestać nienawidzić go i czuć się jak intruz we własnym domu kiedy on jest tutaj. Chcę, żeby przestało mnie zżerać od środka, gdy bawi się z moimi córkami. Chcę po prostu zaakceptować go. Nie pokochać, ani polubić. Po prostu pogodzić się z tym, że on istnieje.
  11. Mam 19 lat, odkad pamiętam moi rodzice się klocili. Niedawno doszło do sytuacji że tata znów zaczął sypiac na działce, jednak tym razem został tam 'na zawsze' czyli jakoś do końca sierpnia lub września, bo na działce znajduje się domek letniskowy. Nigdy nie przejmowałam się ich kłótniami. Mama zawsze była prowokatorem, tata ja kocha a ona go zawsze odrzuca. Boli mnie to że on siedzi tam sam ze sobą, ponieważ nie ma nikogo kto by mógł go odwiedzać. Dobija mnie to i nie wiem co robić. Nie mam możliwości żeby aż tak czesto go odwiedzać, a nie wiem co jeszcze mogłabym dla niego zrobić. Od zawsze byłam wrażliwa i po prostu jest mi go szkoda. Jak mu pomóc?
  12. Jestem mężatką od roku, mam 38 lat, mąż ma 32 lata. W październiku zeszłego roku mąż pod wpływem alkoholu rozbił samochód i stracił prawo jazdy. Miesiąc później został złapany pod wpływem alkoholu na motorowerze. Aby uniknąć wyroku mąż uczęszczał na terapię AA, ale po wyroku karnym zaprzestał. Po powrocie z pracy mąż upija się po kryjomu i w samotności. Ma potem wyrzuty sumienia i obiecuje poprawę, ale sytuacja stale się powtarza. Nie jestem w stanie przekonać męża do podjęcia terapii. Próbuję wymóc na nim udział w jakiejkolwiek formie terapii, ale napotykam na ogromny opór lub obietnice bez pokrycia. Co mogę zrobić, aby mąż przestał pić? Czuję się absolutnie bezsilna .
  13. Mam na imię Kinga i mam 28lat. Mój partner ma 36lat jesteśmy razem 3lata od 2lat mieszkamy razem. On od roku pisze z różnymi kobietami podając swój numer telefonu i proboje umówić się z nimi na sex, woli spędzać wolny czas w kasynie lub na rybach lub u znajomego niż że mną. Ciągle kłamie o tym co robi i gdzie był. Gdy proboje z nim porozmawiać że swoim zachowaniem mnie rani i że chcem być ważna a nie dodatkiem do życia, odpowiada że marudzę i się czepiam że na smyczy go trzymam. Mówi że chce bym była jego żona mówi że kocha że jestem tą jedyną planuje nasza wspólne życie do grobowej deski. W łóżku nam się układa idealnie. Ale z drugiej strony mnie rani i wie o tym ale stwierdza że wymyśla. Nie stara się o nasz związek, żyje tak jak by był ciągle sam nie w związku, ignoruje moje potrzeby o swoich nie mówi o problemach również. Co powinnam zrobić rozmawiać z nim tylko jak by zmienił swoje zachowanie? Czy odejść bo on już dawno odemnie odszedł emocjonalnie?
  14. Nie wiem czy dobrze trafiłem z tematem, ale mam nadzieję, że uda mi się choć trochę uzyskać odpowiedź na moje pytanie, które dręczy mnie od bardzo dawna. Otóż spotykałem się z dziewczyną przez prawie 3 lata. Na początku wszystko było dobrze. Ja przyjeżdżałem do niej, ona do mnie i spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu. Kontakt ze sobą mieliśmy cały czas poprzez sms, rozmowy tel czy fejsa. Po prostu widziałem, że dziewczynie bardzo zależy. Nie tak bardzo jak mi, bo byłem po bardzo ciężkich przeżyciach i bardziej trzymałem się na dystans. Ale z upływem czasu coraz bardziej zaczęło mi zależeć i zacząłem się zmieniać. Ona wielokrotnie mnie pytała czy kiedyś zostanę jej mężem i czy założę z nią rodzinę. Mnie na początku takie rzeczy przerażały, ale po weselu siostry i narodzinach jej synka wszystko mi się odmieniło. Ale za nim to nastąpiło to po jakimś czasie zaczęliśmy się kłócić. Problemem był brak zaufania, gdyż po prostu dziewczyna wielokrotnie coś przede mną ukryła czy mnie okłamała chociaż prosiłem i mówiłem na początku związku, że jeśli nie będzie zaufania to się wszystko będzie sypać. Niestety tak jak pisałem byłem po wielu ciężkich przeżyciach z kobietami i moje zaufanie było mega kiepskie. Dlatego w wielu sytuacjach potem już jej nie wierzyłem i brałem pod wątpliwość to co ona robi i przez to dochodziło do kolejnej kłótni. Generalnie wszystko było w porządku bo się spotykaliśmy, ona chciała bardzo i spędzaliśmy ze sobą całe popołudnia, nawet przez rok chwilę mieszkaliśmy ze sobą i było naprawdę cudownie. Ona miała i ma bardzo ciężki charakter. Wychowywała się bez ojca bo porzucił rodzinę i jej relacje z matką, babką i siostrą nie były dobre. Co chwila dochodziło do awantur, nawet tam przyjeżdżała policja z tego co wiem. Wiem, że była tam przemoc. Zresztą to się potem na mnie przekładało. Swoją złość wyładowywała na mnie czy to słownie czy potem już nawet fizycznie (bicie, kopanie, gryzienie, szczypanie itp.). Po za tym też jest osobą złośliwą. Jak się z nią pokłóciłem to potrafiła np. dokumenty które mi wydrukowała a których potrzebowałem na drugi dzień przyjść i mi je zabrać po prostu. Taki typ człowieka. Ale gdzieś w głębi widziałem w niej dobro bo była dobra dla mnie i jej zależało bo dbała o mnie ale jak wpadała w szał to była przemoc fizyczna i psychiczna. Ona wielokrotnie robiła z siebie ofiarę, że to ona jest pokrzywdzona itp. chociaż nie wiem jak to naprawdę było w jej rodzinie bo nie miałem możliwości tego sprawdzić. Także generalnie tak to wyglądało. W ogóle na początku znajomości próbowała mnie mieć tylko dla siebie – chciała abym nigdzie nie wychodził itp. Ale jej wtedy powiedziałem, że albo się ogarnie albo ja odchodzę. No i problem też polegał na tym, że szantażowała mnie tym że się zabije – wysyłała zdjęcia z nożem przy ręce czy przy szyi albo zdjęcie, gdzie obwiązała się kablem i że będzie się dusić. Zresztą przy mnie akcje z kablem były wielokrotnie. Ja wiem, że to nie jest normalne bo nikt normalny się tak nie zachowuje. Jak chciałem wielokrotnie zakończyć związek to właśnie takie cyrki odstawiała – tu z tym kablem albo ze skoczy do stawu.. Ogólnie mówiąc pod wieloma względami pasowaliśmy do siebie – ja lubiłem się napić piwka, ona też, lubiła spacery i ogólnie dobrze się czuliśmy w swoim towarzystwie. Naprawdę przeżyliśmy piękny czas. No ale nadszedł pewien moment w życiu, gdzie bardziej zaczęło mi zależeć. Zapragnąłem ślubu i jej o tym powiedziałem. Zacząłem się bardziej starać i ona to widziała i wtedy się zaczęło. Przestała się ze mną spotykać, unikała jak mogła spotkań, zaczęła kłamać, że pracuje a była w domu..albo raz było tak, że chciała abym przyjechał, ale za 2 dni mi piszę że jej wujek zmarł co nie było w ogóle prawdą. Może mi ktoś to wytłumaczyć o co tu chodzi? Nie rozumiem kompletnie. Każde spotkanie tak teraz wyglądało, że robiła wszystko aby mnie zasmucić, bym cierpiał, płakał. Po prostu widziałem, że jej to satysfakcje sprawia. Jak kiedyś bardzo przy niej płakałam to ona sobie nic z tego nie robiła tylko siedziała i jakby nigdy nic. Zero reakcji. Wiem, że gdzieś tam upadałem i pokazałem słabość i powinienem ją za to wszystko dawno popieprzyć ale naprawdę mi szkoda było tych lat i wierzyłem, że ona się ogarnie ale było tylko gorzej. Coraz większe mi szpile wbijała. Kochać się już ze mną nie chciała, zresztą jej były chłopak brał ślub to mi mówiła ze jest jej smutno z tego powodu i w ogóle. Non stop podobne dogrywki. Ja jej nigdy takich rzeczy nie mówiłem. Fakt, że oskarżałem ją o zdradę bo miałem powody i jej pisałem i mówiłem rożne rzeczy ale miałem powody. Powody były takie, że raz się pokłóciliśmy a ona w ten czas założyła portal randkowy i pisała z jakimś typem i to takie rzeczy, że maskra.. później była sytuacja, gdzie chłopak jakiś do niej napisał a ona od razu w skowronkach i pisała z nim długi czas choć prosiłem aby zakończyła znajomość to nic to nie dało. Naprawdę nie wiem za co mnie tak nie nawidzi.. Zrobiłem wszystko aby ratować związek.. Starałem się być najlepszy jaki mogłem i nie wiem gdzie ja błąd popełniłem. Na każdym kroku próbowała ze mnie winnego zrobić i jak coś do niej mówiłem to nic nie docierało – odwracała się i uciekała albo mnie przekrzykiwała i tak nasze rozmowy wyglądały. W końcu zdecydowałem się, że przestane się odzywać i ona z 2 razy zadzwoniła w przeciągu kilku dni a ja nie odebrałem i tyle. Pokazała mi ile naprawdę dla niej znaczę. Według mnie to jest po prostu chora osoba. Zresztą byłą u psychologa to psycholog jej powiedział aby poszła na konsultacje do psychiatry i powinna tabletki brać to efekt był taki, że powiedziała iż to psycholog jest „pierdolnięty”. Po za tym ona ma założoną niebieską kartę w rodzinie. Nic z tego wszystkiego po prostu nie rozumiem. Jak próbowałem z nią porozmawiać spokojne o co tu chodzi, czego oczekuje i jak to ma wyglądać to kończyło się śmiechem, wrzaskiem itp. Dlatego już miałem dość i popierdoliłem wszystko w pizdu. Jest mi źle i smutno, ale chyba w głębi wiem, że jest dobra decyzja lecz bardzo bolesna bo z takim człowiekiem nie da się żyć. Ktoś może mi powiedzieć gdzie jest problem? p.s. Ostatnio przypadkowo się spotkaliśmy się na mieście po ponad miesięcznym braku kontaktu. Gadaliśmy ze sobą, a potem skończyło się seksem jakby nigdy nic (inicjatywa z jej strony, ja nawet tego pod uwagę nie brałem). Wiem, że nie powinienem, ale nie umiem jej odmówić.. Ona mi mówi, że chce by było jak dawniej, ale nie potrafi być taka jak kiedyś i że potrzebuje czasu.. O co w tym wszystkim chodzi? Pomoże mi ktoś uzyskać odpowiedź ?
  15. Cześć, Długo zbierałem się w sobie żeby to napisać. Chyba jeszcze dłużej zastanawiałem się co napisać. I chyba od tego wypadałoby zacząć. Jestem pełen sprzeczności, ciągle mam wątpliwości. Gdy się nad czymś zastanawiam zawsze znajdę jakieś "ale". Poczynając od spraw światopoglądowych po najprostsze czynności dnia codziennego. Mam problem żeby obronić swoje zdanie, właściwie je argumentować. Wiem co myślę, ale nie potrafię tego przekazać, A za chwilę sam już nie jestem pewny tego co myślę, Nie wiem czy wynika to z braku pewności siebie czy z czegoś innego? Pracuję w zawodzie wymagającym myślenia logicznego, analizy faktów, danych. Radzę sobie nieźle, jestem dobry w tym co robię. I na tym koniec pozytywów. Jeśli chodzi o kontakty z ludźmi to one praktycznie nie istnieją. Są płytkie, powierzchowne, najczęściej rozmawiam na tematy związane z pracą lub bieżącymi wydarzeniami. Unikam rozmów bo jeśli mówię to co mi przyjdzie jako pierwsze do głowy to wychodzi to tragicznie. Jeśli zaś zaczynam się zastanawiać co powiedzieć to moje wątpliwości mnie blokują do tego stopnia, że wtedy już kompletnie nie wiem co powiedzieć, gubię się w swoich myślach. Tego nie powiem bo ją/jego mogę tym urazić, tamtego nie bo pomyśli sobie to i tamto, tego też nie bo odbierze to jako obgadywanie tego czy tamtego... Nauczyłem się kilku uniwersalnych, neutralnych "odzywek", lżej mi z tym, przynajmniej nie milczę, ale na dłuższą metę tak się nie da. Moje odpowiedzi są schematyczne, inni odnoszą wrażenie, że nie chcę z nimi rozmawiać i ich spławiam. A ja po prostu nie potrafię inaczej. Bardzo ciężko jest mi nawiązać jakikolwiek kontakt, ludzie mają mnie w najlepszym przypadku za dziwaka, często chama- poprzez te szczere, nieprzemyślane odpowiedzi (swoją drogą większość zapytana odpowie, że ceni sobie szczerość, a jak usłyszy trochę prawdy to jest drama...), albo w drugim przypadku za gbura z mniemaniem o sobie bo nie zamieni nawet kilku zdań tylko ucina temat. Z tego powodu coraz częściej już nie muszę unikać rozmów bo ludzie sami omijają mnie szerokim łukiem. Nie rozumiem ludzi- niech przykładem będzie chociażby ta szczerość. Nie potrafię się dogadać, ciężko mi odczytać intencje, przeczytać między wierszami, pociągnąć rozmowę, mówić w taki sposób, żeby inni nie odbierali tego osobiście. Moim problemem jest zbytnia bezpośredniość i "przenoszenie" pracy na pozostałe aspekty życia. Nie potrafię kłamać, udawać a z drugiej strony wiecznie coś analizuję, cały czas staram się przewidzieć przynajmniej ten jeden krok naprzód. W kontaktach z ludźmi jestem zamknięty, zimny, bez emocji- chyba że chodzi o złość, gniew, stres, strach. Nikogo nie biję, nie krzyczę, nie płaczę po kątach, ale też kompletnie nie potrafię ukryć, że np. jestem zdenerwowany czy na kogoś zły. Twardo stąpam po ziemi, zawsze staram się odnosić do faktów, raczej unikam takiego typowego gdybania. Nie potrafię rozmawiać "o niczym". Sam nie używam aluzji chociaż nie mam problemu z ich zrozumieniem. Ignoruję je, udaję że nie załapałem bo po prostu nie wiem jak zareagować. Ludziom wydaje się, że jestem idiotą i pozwalają sobie przy mnie naprawdę na wiele. A w środku jest człowiek, który rozumie, czuje, a pewne docinki naprawdę bolą. Nie potrafię jednak tego człowieka wywlec na zewnątrz. Podsumowując zraniony, mocno (chyba za mocno) uczuciowy, empatyczny i jednocześnie zimny i zamknięty, inteligentny idiota. Pełen sprzeczności, skrajności... To co w środku nijak ma się do tego jaki jestem na zewnątrz. Ciężko mi już tak to ciągnąć, chciałbym zmienić pracę, ale boję się wejścia w zupełnie nowe środowisko. Tutaj gdzie jestem ludzie są przynajmniej ze mną "obyci", w pewnym stopniu akceptują moje odchyły, po prostu jestem, robię swoje i nikomu nie przeszkadzam. Praca to w tym momencie jedyne co mnie trzyma z dala od pokoju bez klamek, jakiś sens w moim życiu. Wejście w nowe środowisko wiązałoby się z koniecznością "przyzwyczajenia" nowych osób do mnie, z kolejnymi docinkami, mnóstwem emocji i stresu... nie chcę i chyba nie potrafiłbym tego przeżyć kolejny raz. Od jakiegoś czasu szukam, czytam i chociaż jestem bardziej świadomy, chyba nawet jest trochę lepiej to jednak co raz to pojawiają się nowe wątpliwości, które powodują jeszcze większy mętlik w głowie. Niekiedy sam już nie wiem czy pewnych rzeczy sobie nie ubzdurałem, boję się żeby nie popaść w jakąś paranoję. Jestem kompletnie zablokowany i nie potrafię się otworzyć. To co myślę i jak reaguję na "bieżąco" kompletnie różni się od tego co robię i myślę po fakcie, kiedy już mogę złapać dystans. Nie potrafię tego dystansu, tego luzu złapać w obecności ludzi. Większość kontaktów z ludźmi, praktycznie wszystkie, które nie dotyczą pracy, to dla mnie ogromny stres, nawet odezwanie się do kasjerki w sklepie poza standardowym dzień dobry, dziękuję, do widzenia. Na zewnątrz sprawiam wrażenie żywego trupa, a w środku kotłuje się od myśli i emocji. Najgorsze jest to, że ten stres zaczyna odbijać się na moim zdrowiu fizycznym. Dla mnie to jest wyraźny sygnał, że jeśli teraz czegoś nie zrobię to mogę przegapić moment kiedy jeszcze można cokolwiek zrobić. Proszę, poradźcie mi co z tym zrobić, gdzie i jakiej pomocy szukać bo wiem, że sam sobie z tym nie poradzę.
  16. Dzień dobry. Dzisiaj odebrałam telefon od członka rodziny z prośbą o dużą pożyczkę. Ta osoba już ma opóźnienie kilka dni ze spłatą i nie śpi po nocach ze strachu przed komornikiem. Osoba ta uzależniona jest od hazardu. Kompletnie nie wiem co zrobić bo mam pieniądze, ale chciałabym ją skłonić do terapii. Wiem, że samo pożyczenie pieniędzy nic nie pomoże (ta osoba boryka się z hazardem przynajmniej od 10 lat). Chciałam się skonsultować na infolinii dla osób uzależnionych co zrobić, ale numer nie działa. Moje pytanie brzmi czy jest sens pożyczać pieniądze pod warunkiem leczenia? A jeśli leczenie to co zaproponować takiej osobie? Ośrodek raczej nie wchodzi w grę, bo ta osoba jest jedynym żywicielem rodziny, ma malutkie dzieci i musi pracować. Dziękuję za pomoc
  17. Zrządzenie losu, przeznaczenie, koincydencja, zbieg okoliczności, synchroniczność, moc przyciągania, okazjonalność lub efekt motyla... Jak zwał tak zwał, faktem jest, że czasami drobiazg zapoczątkowuje coś, co go znacząco przerasta. Niektórzy są tak wyzuci z nadziei na miłe niespodzianki, że wcale nie zauważają potencjału lub z premedytacją marnują szanse ze strachu czy niedowierzania. Warto być wyczulonym na tzw. afordancje – uzasadnione wrażenia, że można wpłynąć na rozwój wydarzeń, rozdmuchać iskrę. Okazja niezauważana lub ignorowana właściwie dla człowieka przestaje być okazją. Nie sposób znaleźć wielką miłość, prawdziwą przyjaźń, wyjście z toksycznego labiryntu, albo robić zawrotną karierę, kiedy traci się wrażliwość na sposobności. Zaniechania w tym obszarze są dotkliwymi formami zaniedbywania samego siebie. Zobacz ten wpis na Facebook. CIEKAWOSTKA: Męski blog refleksje mężczyzny prowadzi psycholog online, przez Skype.
  18. Poznałam mężczyzne. Bardzo fajny, pracowity z tyle co go poznałam. Nie jest Polakiem, jest z Ukrainy. Cała jego rodzina mieszka w Ukrainie. On pracuje w Polsce 4 lata dlatego go tutaj poznałam. Spotkaliśmy się kilka razy. Mamy kontakt od pół roku. Dużo pisaliśmy na Facebooku, dziennie dzwonił do mnie. Na urlop jeździ na Ukrainę. Mówił mi że teksni jak się że mną nie widzi. Zadałam mu pytanie czy wie czego chce. POWIEDZIAŁ ŻE NIE. Teraz piszemy trochę mniej po zadanym moim pytaniu. Powiedział że nie umie zrozumieć siebie... Że to jego wina bo nie wie czego chce. Mówi że nie ma tam żadnej dziewczyny, mówi że jesteśmy ciężkim przypadkiem ja polka on Ukrainiec. Na moje pytanie czy nie chce ze mną już rozmawiać powiedział że mi się wydaje, że chce. Jak mam go zrozumieć?
  19. Moj chłopak na początku związku ukradkiem spotykał się z byłą dziewczyna powiedzial mi o tym strasznie mnie to bolalo ale tak go kochalam i wybaczylam. Problem jest taki, ze oni od tamtego czasu co jakis czas pisza ze soba i nawet rozmawiali na kamerce nie wiem co o tym myslec?
  20. Proszę o pomoc, nie wiem już co robić. Moje relacje z rodzicami zawsze były dość poprawne, oni uważali wręcz ze wychowali mnie w sposób idealny. Nigdy się nie zbuntowałam jako nastolatka, za to wszystkie awantury w domu były o to, że powiedziałam coś nie takim tonem jakim życzyli sobie tego moi rodzice. I tak im zostało do moich dorosłych lat. Mój ojciec jest osobą, jak to sam określa, bardzo ekstrawertyczną, co się objawia tym, że w towarzystwie mówi tylko on, on wszystko wie najlepiej. Jestem z wykształcenia tłumaczem języka rosyjskiego i on tez zna ten język. Ale za każdym razem kiedy pytał mnie jak coś jest po rosyjsku i mu odpowiadałam, mówił mi ze jestem głupia i się nie znam. Tak w żartach to mówił. Od dziesięciu lat jestem mężatka i mam kilkuletnie dziecko. Mój mąż jest bardzo wyczulony na szacunek i poczucie własnej wartości, z tego względu nieraz zachowania mojego ojca go irytowały, a i ja zaczęłam na nie bardziej zwracać uwagę, bo z wiekiem mój ojciec zaczynał się coraz gorzej zachowywać, a mama zawsze go tłumaczyła, zawsze stawała po jego stronie, jednocześnie będąc bierna i udając ze ona umywa ręce i przecież zawsze mnie wspiera. Jakis czas temu wybuchła wielka awantura w dniu naszej przeprowadzki kiedy moi rodzice opiekowali się moim dzieckiem. Byliśmy szaleńczo zmęczeni a ojciec robił uwagi ze nie mamy prawa być zmęczeni bo sami się na to zdecydowaliśmy wiec powinnismy być szczęśliwi. Mąż odburknął mu coś zirytowany i został przez ojca ochrzaniony jak małe dziecko ze nie będzie się do niego zwracał tym tonem. Do tego dochodzi podkopywanie przez ojca moich rodzicielskich decyzji i mojego autorytetu jako rodzica. Przy moim dziecku jawnie je kwestionuje i robi po swojemu. W ostatnim czasie doszło do sytuacji, w której mój ojciec po większej ilości alkoholu bardzo wulgarnie mnie nazwał, usłyszał to mój mąż i moje dziecko. Mąż stanął w mojej obronie, mówiąc ze tata od dawna podkopuje moje poczucie własnej wartości i jeszcze słyszy to nasze dziecko. Od tamtej pory nie mam kontaktu z rodzicami, napisałam im ze potrzebuje czasu żeby to siebie wszystko poukładać i jestem zapisana do psychoanalityka. Najpierw probowali mnie skłonić do spotkania lub telefonu pisząc mi ze mama się bardzo złe z tym czuje, cały czas płacze itp. Kiedy odmówiłam zaczął się szantaż emocjonalny. Od wyśmiewania mojej wizyty u psychoanalityka, bo chyba nie będę się leczyć z relacji z rodzicami z którymi nie mieszkam od tylu lat, przez udowadnianie mi ze przecież tyle lat mnie wspierali pomagając przy dziecku i ze to ze ojciec wyrzucił mojego męża z domu za fraki to było staniecie w mojej obronie bo mama zrobiłaby to samo gdyby zdążyła przed tata (wiem ze to brzmi bez sensu ale to ich autentyczna argumentacja), aż po podkopywanie mojej relacji z mężem i próby wejścia pomiędzy nas oraz groźby ze któreś z nich popełni samobójstwo. A to wszystko dlatego ze nie przyjęłam od razu przeprosin, nie chciałam się spotkać i od razu wszystkiego zamieść pod dywan i potrzebowałam czasu. Proszę o radę co mam robić. Na razie ignoruje ich wiadomości, nie mam siły przepychać się z nimi w smsach...
  21. Pracowalam z dziewczyną 7 lat. Przyjaźniliśmy się. Była na moim ślubie itd. Kiedy zostałam zwolniona w ogóle się do mnie nie odezwała, nie napisała, nie zadzwoniła. Teraz, po roku przez znajomych przesyła mi pozdrowienia a ja poza grzecznym dziękuje nie mam ochoty na więcej. Czy to oznacza, ze chowam do niej urazę a może to normalne zachowanie? Byłyśmy dość blisko nie wiem co myśleć o tym wszystkim, proszę o opinie
  22. Witam. Mam 27 lat, pracuję i nie jestem w związku. Informacje, które mogą być przydatne: nie znam ojca, mam bardzo słabe relacje z matką i od zawsze miałem niską samoocenę. Problem o którym piszę mam od około dwóch miesięcy. W poprzednim roku zakończyłem swoje znajomości w życiu realnym. Stało się to z nieznanego mi powodu. Odwróciłem się od znajomych i przyjaciół prawie z dnia na dzień. Przez długi czas unikałem jakichkolwiek nowych znajomości. Około trzy miesiące temu w moim życiu pojawiły się dwie osoby poznane przez internet. Kobieta i mężczyzna w moim wieku. Zaprzyjazniliśmy się. I teraz sedno problemu. Często miewam lęki, że zostanę przez nich odrzucony. W głowie kłębią mi się myśli, że jestem przeciętną osobą i nie byłoby dla nich problemem odwrócić się ode mnie. Zawsze staram się być dla nich najlepszą wersją siebie. Pisałem z nimi o tym i mimo zapewnień, że tak nie będzie boję się nadal. Wszelkie lęki pojawiają się kiedy mam wolną głowę. Radzę sobie z tym w ten sposób, że cały czas zajmuję myśli czym innym. W pracy cały czas gra mi coś w słuchawkach, aby mózg skupił się na tym. W domu jak tylko mam czas wolny to staram się zająć głowę czymkolwiek. Sam nie wiem o co zapytać. Chciałbym zrozumieć dlaczego tak panicznie się boję utraty ich? I jak mógłbym z tym lękiem walczyć? Z góry dziękuje za odpowiedź i pozdrawiam serdecznie.
  23. Witam, mam 33 lata od niecałych 2 lat zamieszkałam z chłopakiem. Pół roku walczyłam z nim o jego gre ps4, potrafił grać po pracy, wieczorami a nawet całą noc. Postawiłam ultimatum gra albo Ja. Sprzedał gre. Problem jednak się pojawił, on nie sypiał. Całą noc oglądał tv z telefonem w ręku ale potrafił iść do pracy i jakoś funkcjonować co dla mnie jest niezrozumiałe. Zdarzało mu się zasnąć wiadomo organizm się zbuntował. Czy to jest chorobą? Jakieś uzależnienie? Doradzałam by wybrał się do lekarza, czy jakieś tabletki na sen, bez efektu. Problemy zaczęły się nawarstwiać, nie potrafił się utrzymać ile można pożyczać od dziewczyny pieniądze na codzienność, nieradzi sobie z oszczędnościami, ukrył przede mną fakt że pożyczył w banku 10 tys. zł, nie wiem na co i po co. Pytam na co i wymieniam na gry, hazart, jakieś używki by nie spać? Nie wiem nie chce oczywiście ze mną na ten temat rozmawiać. Odeszłam od niego, nie wytrzymałam kłamstw i braku zaufania w związku. Prosi mnie o szanse ze sie zmieni ale efektów zmiany nie widać, nie ma szczerej rozmowy, nie udał się nigdzie by sobie pomóc. Siedzi w domu i rozpacza. Wypisuje sms że jak wrócę to pokaże mi swoją zmianę, że zmieni się w lepszego "ogarniętego" człowieka bo wie, że był idiota i wie kogo stracił. Boję się mu zaufać. Myślę każdego dnia czy wybaczyć i pomoc, czy nie będę żałowała swojej decyzji bo mimo wszystko kocham. Nie radzę sobie już sama z tym wszystkim Pisze o jaką poradę od specjalisty, wszyscy moim bliscy odradzają mi powrotu, ale nie są na moim miejscu. To jest walka między sercem a rozumem.
  24. Witam serdecznie. Jestem tutaj nowa. Chce się z kims podzielić swoim problemem i uzyskać szczera opinie. To będzie jeden z tych dłuższych postów i z góry przepraszam. Mam 29 lat i jestem niecały rok po ślubie (25.08.2018), ale w związku jesteśmy od przeszło 12lat. Można łatwo policzyć, ze byliśmy jeszcze dziećmi jak się poznaliśmy. Mój mąż jest osoba, która nigdy nie okazywała uczuć, nie komplementowała, nie była przy mnie jak byłam chora, czy jak broniłam prace inżynierska i nie pamietała nawet o urodzinach. Z biegiem czasu zaczęliśmy dojrzewać i pojawili się inni mężczyźni zainteresowani moja osoba. Nie byłam święta, bo potrafiłam umówić się na kawę, bez jego wiedzy, ale zawsze coś mnie do niego ciągnęło, ze wracałam a on dowiadywał się o tych potajemnych spotkaniach i dawał mi kolejne szanse. Przez to wszystko on tez postanowił mnie oszukać w tej kwestii i spotkać się z inna kobieta. Przez to wszystko podejrzewam, ze oboje popadlismy w początki depresji. Przestaliśmy wychodzić z domu, każde z nas uciekało do pracy czy znajomych. Odsunęliśmy się od rodziny. On zaczął mnie bardzo kontrolować ( z jednej strony to rozumiem) sprawdzać telefon, google maps gdzie byłam, grafiki w pracy itp. Bardzo mnie to raniło, lecz nie potrafiłam odejść. Cały związek czekałam na oświadczyny ale się nie doczekałam. Oświadczyny nastąpiły w przeddzień ślubu w samochodzie pod Auchan. Bardzo mnie to zabolało, gdyż obiecywał ze to zrobi cały czas, a ja na to bardzo liczyłam. Slub wzięliśmy, żeby umocnić związek. Niestety cały czas ma do mnie ograniczone zaufanie. Cały czas jestem pod kontrola... nie śpimy po nocach. 4miesiace temu poznałam wspaniałego faceta. Czuje się dobrze w jego towarzystwie. Tylko dlaczego ja nie potrafię odejść od męża??? Czy to jest miłość czy to przywiązanie? A może toksyczna relacja z szantażem, ze jak odejdę to się zabije. Zerwałam wszelki kontakt z tym mężczyzna. Nie doszło między nami do niczego, choć wiem ze on się zakochał bardzo a ja tez nie jestem obojętna. Rodzina mówi ze jestem zaślepiona. Ze mnie wykorzystuje i ze jest uzależniony. Bierze narkotyki i twierdzi ze to przeze mnie. Proszę oceńcie sytuacje czy to ze mną jest problem, czy z nim? Czy może z obojgiem z nas. Pogubiłam się w życiu. Nie mam ochoty wychodzić z łóżka. Nie widzę sensu życia. Czy taki związek ma jakakolwiek przyszłość bez nerwów, leku, podejrzeń czy stresu? Czy dziecko zmieni sytuacje? Pozdrawiam i czekam na Wasze opinie
  25. Właściwie przychodzę tu z problemem nie swoim lecz przyjaciółki. Ona chyba nie zdaje sobie sprawy z problemu, a może to ja wyolbrzymiam. Jedno jest pewne. Chciałabym ustalić, czy to z czym boryka się na codzień rzeczywiście jest problemem, który wymagałby ingerencji osób trzecich. A mianowicie: Luiza (Tak będę nazywała osobę, której sytuację pragnę opisać) ma 33 lata. Jest piękną brunetką, właściwie nie ma problemu w kontaktach międzyludzkich. Szybko nawiązuje kontakty. Jest sympatyczna, zawsze uśmiechnięta, pozytywnie nastawiona na świat, zaraża optymizmem. Luiza jest najmłodsza z trójki rodzeństwa. Ma dwóch starszych braci. Z wykształcenia jest filologiem angielskim. Pracuje w prężnie rozwijającej się firmie. Luiza aktualnie nie ma partnera, nie ma dzieci, mieszka z rodzicami. I tu zaczynają się schody. Matka Luizy 60cio letnia Krystyna ma jest właścicielką sklepu, w którym pracuje jako ekspedientka. Krystyna to typowa nadgorliwa mamusia. Swoją córkę Luizę (33 lata) traktuje jak nastolatkę. Wypytuje gdzie wychodzi, kiedy, z kim, kiedy wróci. Mało tego. Potrafi dzwonić w środku nocy z zapytaniem gdzie jest i kiedy będzie, za spóźnienie obwiniając osoby z którymi Luiza aktualnie przebywa. Krystyna to histeryczka. Luiza lubi spotykać się ze znajomymi. Niestety już wie, że każdy powrót to także awantura z którą w oknie czeka na nią Krystyna, bez względu na porę. Luiza to moja najlepsza przyjaciółka. Przyjaźnimy się około 15tu lat. Byłyśmy nastolatkami kiedy zaczęłyśmy spędzać ze sobą czas. Wtedy już zaobserwowałam zachowanie matki, jednak byłyśmy na tyle jeszcze młode, że tlumaczylam sobie jej zachowanie troskä o córkę. Krystyna jest bezobciacjowa. Potrafiła w mojej obecności mówić córce, po co Ci te koleżanki, idź się uczyć. Tutaj nadmienię, że Luiza była wzorowym uczniem. Miała świetne wyniki w nauce. Niestety z biegiem lat nic się nie zmieniało. Mam wrażenie, że oskarżenia przeciwko córce jeszcze się nasiliły. Często słyszałam z ust matki wypowiadane w mojej obecności słowa np. "Luiza jaka Ty jesteś głupia" komentujące jej wesołe usposobienie, radość, entuzjazm. Wiem, że podobnych sytuacji było więcej. Krystyna ma męża, Władka. Władek jest ojcem Luizy i jej dwóch starszych braci. Mogłoby się wydawać, że to normalna kochającą się rodzina. Ojca Luizy widziałam w ciągu tych kilkunastu lat dosłownie kilka razy jak spoglądał na mnie z pogardą kiedy przechodzilam korytarzem. Odniosłam jednak wrażenie, że w tym domu rządzi Władek, a Krystyna wykonuje jego polecenia. Krystyna ciągle jest roztrzęsiona. Wszystko dookoła jej przeszkadza. Kubek leży nie w tym miejscu co trzeba. Pantofle są porozrzucane. Ciągle biega po domu, coś podnosi, poprawia. Z moich kilkuletnich obserwacji (od momentu kiedy zaczęłam już kojarzyć fakty) wynika, że Władek nie kocha córki Luizy. Nie wiem jakie są tego przyczyny. Być może nie spełniła jego oczekiwań jeśli chodzi o wybór studiów (synowie i ich żony są wuefistkami). To są już tylko moje gdybania. Władek omija Luizę. Jeśli z nią w ogóle rozmawia to tonem oskarżycielskim. Wydaje mi się, że Luizie bardzo brak ojca. Jego miłości. Luiza ma problem ze zbudowaniem trwałego związku. Miała kilku mężczyzn. Każdy z tych związków rozpadał się po kilku latach. Myślę, że Luiza zbyt wiele oczekiwała od swoich partnerów. Mam na myśli bezgraniczną miłość, oddanie itp. Luiza bardzo szybko się angażuje. Mężczyźni to wykorzystują. Luizę można dosłownie "owinąć sobie wokół palca". Nie ma swojego zdania, ciężko jej się przeciwstawić. Robi to co narzuca jej partner. Winą za to obarczyłabym brak zainteresowania ze strony ojca. Luiza za wszelką cenę próbuje zwrócić na siebie uwagę mężczyzny, co szybko kończy się związkiem, niestety partnerzy nie wytrzymują jej uległości. To są tylko moje wyobrażenia całej tej sytuacji. Obserwuję i wyciagam wnioski. Być moze błędne. Chciałabym aby ktoś podpowiedział mi jak naprawić relacje córki z rodzicami. Czy to wogole jest możliwe? Jak wyciągnąć ją z tego błędnego koła w którym tkwi? Chciałabym żeby spotkała kogoś z kim będzie szczęśliwa, ale czy jej "popapranie" wszystkiego nie zepsuje? Ma coraz mniej czasu na założenie rodziny. Ale może to ja wyolbrzymiam? Kocham ją i żal mi jej. Chciałabym dla niej jak najlepiej. Kilka razy nosiłam się z zamiarem uświadomienia Krystynie jak wielką krzywdę wyrządza swojemu dziecku swoją nadopiekunczoscią. Ojcu - brakiem zainteresowania. Ostatecznie brakło mi odwagi aby się z nimi zmierzyć. A może to nie do mnie należy? Wiem, że Luiza powinna sama zawalczyć o siebie, ale widzę jak bardzo jest zagubiona. Wiem, że sama nie da rady. Ma raczej tendencje do uciekania od jakichkolwiek rozmów. Ucieka w takie głupie związki, które kończą się tak szybko jak się zaczęły. Bardzo proszę o pomoc. O jakąś podpowiedź. Jak pomóc Luizie? Co ja mogę zrobić?

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.