Jump to content

Studia, wsparcie, nie wiem co robić


Moloch

Recommended Posts

 

 

Piszę to po raz kolejny, sam nie wiem w sumie po co. Dzisiaj znowu nastąpiła popierdolona sytuacja. Ale trzeba to zacząć. Moja „rodzina” składa się z 4 osób, matki, ojca, mnie i brata. Ja mam obecnie 20 lat, mój brat jest o rok starszy. Od dzieciaka „rodzice” porównywali mnie i brata między sobą, zaczynając od najprostszych rzeczy takich jak szkoła, kończąc na pomocy, o której rozpiszę się dalej. Nie pamiętam zbyt wiele z tego okresu, nie mam, ani dobrych, ani złych wspomnień. Do czasu. Pierwsze problemy szkolne brata, miały miejsce już w podstawówce i to w tym właśnie okresie zaczęło się to, co ma swoje konsekwencje do teraz. Rodzice zaczęli zwracać uwagę na brata tylko i wyłącznie wtedy, kiedy coś robił nie tak, jak im się to wymarzyło, a przy okazji wmawiali mu, że sobie nie poradzi, że jest taki, siaki i owaki. Ja w tym czasie byłem osobą wycofaną, nie manifestowałem zbyt głośno sowich emocji, potrzeb, radziłem sobie sam. Można powiedzieć, że szkołę zawsze ogarniałem sam i od końca etapu podstawowego nie mogłem liczyć na żadną pomoc w tym zakresie od rodziców. W tym najmłodszym okresie, tj. czas szkoły podstawowej zaczęły się pierwsze oznaki niedostosowania oczekiwań „rodziców” względem wieku ale żeby nie być gołosłownym, to rodzice oczekiwali, że dzieciaki w wieku około 11 lat, będą pomagały im w lesie robić opał i inne tego typu zajęcia (jak podawanie drewna do cięcia, czy gotowanie obiadu, czy koszenie trawy). Oczywiście większość tego typu zajęć kończyła się tym, że „jak masz tak pomagać, to lepiej idź do domu”, „idź już lepiej” i wiele innych sformułowań, które były zwyczajnie popierdolone, bo kto by się spodziewał, że dzieciak nie będzie w stanie zapieprzać w lesie, czy gotować. Oczywiście nie można zapomnieć o manipulacjach, i grze na emocjach, po których z płaczem i z przymusu robiłeś to, co kazali (ale wciąż z problemem, że robisz to źle. Źle podajesz, źle chodzisz, źle trzymasz itd.). W tym okresie, też ojciec pierwszy raz, pojechał za granicę, z przerwami na 4 lata. W tym samym czasie w moim kierunku, nastąpiły działania, które skutecznie zniszczyły moją samoocenę, ze względu na moją tuszę, pamiętam jak dziś, kiedy ojciec z matką, całkowicie na poważnie, do jeszcze nie nawet -nastoletniego dzieciaka, zaczęli pierdolić o tym, że jest gruby, że nie będzie miał kolegów, że ludzie się z niego będą śmiać itd. co też podchwycił, w pewnym okresie mój brat, i wykorzystywał do obrażania mnie na wszelkiej linii. Oczywiście o absurdzie tej sytuacji nie trzeba się głębiej rozwodzić, bo jeszcze jakby to nie oni dawali żreć temu dzieciakowi (jak dziś pamiętam, kiedy matka na obiad w domu, „zrobiła” 2-centymetrowe plastry kurwa jebanej mortadeli, pieczone w bułce tartej. O zapisaniu na jakieś zajęcia nie wspominając. I w takiej atmosferze dotarliśmy do początku gimnazjum, gdzie miały miejsce kolejne chore sytuacje. Na tym etapie mój brat, już zaczął się zadawać z nieciekawymi ludźmi, picie palenie itd. nie wiem w sumie jak skończył te gimnazjum. Ja w gimnazjum, żyłem w miarę dobrze, może dlatego, że nikt mi nie zawracał dupy. Ale teraz też dostrzegam patologie, które miały miejsce. O książki do szkoły, dbałem sam, oraz o wszystko, co z nią związane. Ale tutaj już kurwa, rozpoczyna się kolejny absurd. Jak się sam nie upomniałem o cokolwiek, to mogłeś chodzić w dziurawych butach, a matka to miała gdzieś (a ojca nawet nie komentując). Mogę powiedzieć, że stałem się cieniem i nie komunikowałem swoich potrzeb, a radziłem sobie sam. I tak właśnie trafiamy na etap, kiedy podczas wakacji pozostawiony samemu sobie poszedłem do pierwszej pracy. Uwaga, na pierdoloną budowę, gdzie nosiłem 30-sto kilogramowe kostki i układałem drogę, na tym etapie przewinęło się też gospodarstwo. Czyli gdy inni spędzali wakacje spotykając się gdzieś itd. ja zapierdalałem. I żeby nie było, zarabiałem początkowo jakieś 8zł/ h (kilkunastolatek noszący kostkę). Nie muszę mówić, że rodzice nie widzieli w tym żadnego problemu. I tak w sumie spędziłem każde wakacje w tym czasie. W gimnazjum trzymało mnie to, że trafiłem na dobrych kolegów, z którymi można było coś porobić (oczywiście tylko w szkole, bo poza nią nie było o niczym mowy). W gimnazjum ojciec też wyjechał do Niemiec, a tak właściwie to więcej czasu siedział w domu na urlopie, „bo nie było pracy”. W okresie gimnazjum trafił też do szpitala, bo zwyczajnie nie mógł się wysrać (ale po co iść do lekarza), w końcu matka go namówiła, poszedł i przy badaniu lekarz, rozerwał mu narośl na jelitach i konieczna była operacja. Ale co to ma z czymkolwiek wspólnego? Otóż jak byliśmy u niego w szpitalu to próbowali dla mnie i dla brata wciskać tak pojebane wizje, że to przez nas, że w sumie przez to, że źle się zachowujemy… Kurwa oczywiście, wcale nie dlatego, że ojciec wpierdala co popadnie, jest gruby, nie robi żadnych badań, ani nie ma żadnej aktywności poza „pracą”. Po tym okresie najgorszym co zrobiłem, to dałem się zmanipulować pierdoleniu matki. Chciałem iść gdzieś dalej do szkoły, żeby wyrwać się z tego pierdolonego zadupia i móc sobie po szkole pójść na siłownie, czy znaleźć normalniejszą pracę. Ale nie, matka zaczęła swoje typowe pierdolenie, o którym jeszcze potem napiszę. „Gdzie tam będziesz szedł?”, „Ty nas tak samych zostawisz?” i inne tego typu pojebane hasła. No i im uległem. Po gimnazjum trafiłem do chujowej szkoły, gdzie ludzie byli tragiczni, szkoła była zajebiście słaba, a do tego jeszcze dochodzi pandemia. Już w pierwszej klasie pojawiały się oznaki, że ta szkoła to kompletne dno, jak np. nierealizowanie programu, a doszło do tego jeszcze zdalne. Jeszcze przed pójściem do technikum kupiłem sobie laptopa (bo, przecież jak stary komputer, który ma ponad 10 lat może się zepsuć, niepojęte), nikt mnie nie spytał, czy do niego dołożyć, czy cokolwiek. Na zdalnym nie działo się kompletnie nic, więc poszedłem do pracy (w pierwszej klasie było tak, że miałem jeden przedmiot na zdalnym) więc znowu przepracowałem jakieś 3 / 4 miesiące. I podobnie wyglądało to do roku w, którym jestem teraz. Co warto wspomnieć w technikum nie dostawałem kompletnie nic od rodziców. Na święta 50zł, na urodziny tak samo, albo „kup sobie ciuchy tak do stówy”. Pieniądze żeby sobie gdzieś pojechać, coś kupić, zrobić… nie, ty śmiesz chcieć pieniądze od nad?. O wszystko musiałem się kurwa prosić, koszulki do szkoły, buty na WF. W gimnazjum też moi „rodzice’’ zdecydowali, że oni to już mi telefonu nie kupią… oczywiście. I tak telefony kupowałem sam (w życiu miałem 4 i zmieniałem jak bateria przestawała wytrzymywać dzień ale oczywiście jak to może się telefon zepsuć, niepojęte). Opłacałem je także sam. W okresie zdalnego nauczania wpadli również na genialny pomysł, żeby zlikwidować w domu kurwa internet, bo po co informatykowi na zdalnym nauczaniu internet? Od tego czasu wciąż udostępniam go sobie z telefonu. W trzeciej klasie technikum miałem 18, no i matka postanowiła spełnić swój według niej życiowy obowiązek i łaskawie „dała” całe 2000 na prawo jazdy. Ile było przy tym pierdolenia, to ciężko nawet opisać, czyli coś daje ale oczekuje, że w zamian będę ją kurwa po kostkach całować. Sam dzień 18- urodzin wyglądał tak, że wstałem rano, „rodzice” siedzieli przy stole, matka wcisnęła ojcowi 50zł w rękę i powiedziała, żeby złożył życzenia. Czyli dostałem uścisk dłoni i „wszystkiego najlepszego” wypowiedziane na takim wyjebaniu, że szok. Poszedłem do pokoju i kurwa płakałem, w dzień własnych, kurwa urodzin (i nie chodzi o kwestie materialne ale o kurwa jebane zainteresowanie). 2000, które dostałem wpłaciłem na kurs… ale gdzie jeszcze egzaminy, badania itd. ? Ano nigdzie, sam wydałem jakieś 1000zł z własnej kieszeni. Po zdaniu, rodzice zaczęli wciskać mi kit żebym sobie kupił samochód. Po co ? I za co, to nie wiem do dnia dzisiejszego. W technikum, mój brat został dwukrotnie wyrzucony ze szkoły, ćpał, chlał. A reakcja rodziców, polegała na pierdoleniu, po co pomyśleć nad przyczyną, skoro można pierdolić to samo codziennie i tak jest do teraz ale o tym potem. W międzyczasie brat miał już kuratora. Rodzice cały czas mu wmawiali, że jest jakiś i sobie nie poradzi. Ja tymczasem sam kurwa ogarniałem siebie. Wakacje- praca, szkoła i nic kurwa więcej. No bo i za co? Raz kupiłem sobie karnet na siłownię, matka wiedziała ale spytała, czy mi dać na niego? Oczywiście, że nie. Tutaj chcę też napisać o „pomocy” jaką interpretują ci ludzie. Ojciec to typ osoby, która nie robi czegoś po to, żeby to było zrobione, ale żeby miał zajęcie. I tak przez kilka lat w łazience nie było kafelek do końca ułożonych (już są tak okropne, że się nadają do zerwania), dom jest w 1/3 niepomalowany. I ktoś spyta co, to ma wspólnego z pomocą, ano to, że dla tych ludzi nie liczy się, że coś zrobisz ale, że robisz. Czyli po co wciąć przewód i podlać warzywa, kiedy można targać pierdolone wiadra z wodą. Z pomocą jest też inny wymiar, oni oczekują, że gdy nic od nich fizycznie nie dostaje, poza tym co mi muszą dawać (a i tu są problemy), to będę kurwa im gotował, sprzątał, nwm drewno ciął i trawę kosił. Oprócz tego ci ludzie są kurwa popierdoleni, matka musi mieć trawę skoszoną na 2cm, bo inaczej dostaje pierdolca, sprząta po kilka razy w tygodniu, nie dlatego, że jest brudno, ale dlatego, że trzeba coś kurwa robić. I może nie być kurzu, brudnej podłogi ale matka musi odkurzyć 3 /4 razy w tygodniu dom, (bo co ludzie powiedzą – nic, bo nikt do nas nie przychodzi). Ojciec, od kiedy pamiętam wszystko robi jak kurwa najciężej, albo nie potrafiąc czegoś i tak to robi, po czym coś się psuje. Jego koronnym zadaniem jest robienie opału, nie znam innego człowiek, który tak mocno się na tym spuszcza. I to jest chore, bo sam musi iść do lasu, zrobić opał, sam musi go przywieść (po co płacić komuś kto mógłby to ładowaczem zrobić w dwa dni, jak można samemu ręcznie ładować i wozić kurwa miesiąc?), potem sam tnie ten opał. I w czym jest problem? W tym, że on robi go więcej i częściej od ludzi, którzy w wiosce handlują drewnem. Poza tym kompletnie, nie myśli. Zamiast dać dla kilku panów spod sklepu na piwo i niech tną, nie on musi sam. Dziwi go, że jak brał kurwa dzieci do lasu, podawania drewna, że już nie chcemy mu w tym pomagać. Pomoc według niego ma iść tylko w jednym kierunku, do niego/nich. Oni to nic nie muszą „a co ja mam si płacić?” Dla nich pomocą nie jest, wspomaganie ich w czymś jak przyniesienie drewna, rozpalenie w piecu, zawiezienie gdzieś, dla nich pomoc, to zapierdalanie za nich. Ale zawsze jak coś się zrobiło, to zamiast zamknąć ryj i podziękować, to było „to może jeszcze to zrobisz?”, a na drugi dzień „dlaczego nie robisz x”. A co ja teraz kurwa mam cały czas to robić? No ludzie? W takiej atmosferze zbliżamy się od roku obecnego. Od dwóch lat brat nic nie robi, nie pracuje siedzi w domu, codziennie jest dosłownie darcie pizdy i nic kurwa więcej, ja już nawet nie mam ochoty patrzeć na tych ludzi, nie odzywam się do nich, no bo i po co? Z ojcem nie rozmawiam, bo on wszystko wie lepiej, jakby kurwa był co najmniej profesorem. Odzywa się jakimiś hasłami albo czymś jak komendy do psa. Nie jest tak, że porozmawia na dany temat, opowie coś, nie. On stosuje taktykę pierdolenia o wszystkim i o niczym. Czyli pierdolnie jakieś hasło bez zastanowienia, potem przeleci przez 50 innych tematów żeby tylko się o coś w końcu przyjebać. I tylko rzuca jakieś swoje fanaberie typu „do wojska idź”, siedzi przed telewizorem, widzi reklamę samochodu „kup mi taki”. Z nim nie można na poważnie porozmawiać o czymkolwiek, bo zwyczajnie pierdoli głupoty (i nie mówię tu, że każdy ma być alfą i omegą i wykładać o filozofii) ale z nim nie da się o pogodzie nawet porozmawiać. Z matką jest trochę lepiej ale ile można słuchać tego samego? Jak telefon od matki polega na zasadach „co robisz?” - nic, „brat w domu?”- nie, dobra to nara. A jak wracałeś ze szkoły, to codziennie „co tam w szkole?”, oczywiście odpowiadałem, że nic, bo jakbym powiedział, że było chujowo, to by było „nie przesadzaj” „inni mają gorzej”. Itd. Ojciec to już inny kurwa wymiar, chłop potrafi w pracy w nocy napisać na fb „co robisz?”, kurwa śpię. Albo pisze i pyta tylko o brata. W tym roku jakoś w styczniu, matka postanowiła, że „da” samochód ojca, bo on kupił nowy. Oczywiście tylko do szkoły. Ale jak to paliwo może kosztować więcej od jebanego biletu miesięcznego? O nie też musiałem się prosić. „My jeździmy i tyle nie kosztuje”, no kurwa inny samochód, inne paliwo. I tak dokładałem od siebie. Do matury uczyłem się sam, bo nikt się kurwa nie interesował, czy potrzebuję np. korepetycji, jakiegoś repetytorium, czy czegokolwiek innego. Ale jakoś sobie poradziłem (jak zawsze). Matura, trzeba kupić jakieś rzeczy, przecież kurwa nie pójdę w dresach. Matka nasłuchała się swoich tępych koleżanek, że po co masz kupować? Ale ją ścisnąłem i dała trochę kasy, która starczyła na koszulę, używane buty, marynarkę i spodnie. O czym warto napisać to, to że przez technikum połowę ubrań miałem z gimnazjum, a drugą kupiłem używaną z vinted. Przechodzimy sytuacji obecnej. Zdałem maturę, dobra co robić. Przez szkołę matka pierdoliła, że mam iść na studia (ja się zastawiałem ciekawe za co) ale ok. Jestem po maturze, miałem jechać na miesiąc do pracy za granicę, ale kto mi załatwi dokumenty na studia, kto odbierze świadectwo maturalne, nie mogę jechać. Potem miałem jechać nad morze do pracy, taka sama sytuacja. Matka, w ogóle nie wiem sobie ubzdurała, że ja nie idę na studia i sobie siedzę w domu nic nie robiąc. W mieście nie ma pracy, bo jest to pierdolone zadupie. Ale to nie jest ważne. Złożyłem dokumenty na studia, dzienne i zaoczne. Szukam cały czas pracy w okolice ale nie ma (a nie zamierzam kolejny rok z rzędu pracować bez umowy, za kilkanaście złotych, bo ani nie zarobię, ani nic z tego więcej nie będzie). Ale oczywiście matka codziennie pierdoli, że siedzisz nic nie robisz, „dlaczego ty pracy nie szukasz?”. No właśnie kurwa szukam, ale ona ignoruje, że mieszkamy na wypizdowiu, gdzie nie ma pracy, ani ludzi. Raz, gdy mi zaczęła swoja codzienną tyradę o tym samym, powiedziałem jej kilka słów prawdy, że wszystko kurwa muszę sam ogarniać i nic o nich nie dostaję. Powiedziała, że da na studia i mogę się zapisywać ale… po otrzymaniu informacji, że się dostałem i złożeniu dokumentów (kurwa mamy sierpień, od 2,5 miesiąca szukam pracy, nie wiem co robić, czy mam iść na studia, czy co?) ojciec kurwa wyskakuje z tekstem „dlaczego ty nie idziesz do pracy?” „za co ty się będziesz utrzymywał?” „dla mnie to możesz nie iść na te studia”, „ja ci nie dam”. Ty kurwa psie pierdolony, śmieciu. Najpierw matka pierdoli, że da, a teraz ojciec takimi tekstami wyskakuje, jak ja już się dostałem na studia dzienne? Pytałem się kurwa, czy mam iść na zaoczne, nic kurwa nie mówili. Ojciec już jak zdałem maturę mnie kurwa wkurwił, bo zamiast jak każdy inny normalny człowiek kurwa pogratulować itd. to wyskoczył z tekstem „liczą się umiejętności, nie papier”. No to fajnie, bo on nie ma żadnej z powyższych. Matka raptownie zmienia zdanie, już nie, że da ale „ile może tyle pomoże”, czyli kurwa co? Nie wiem co mam robić, bo jak według niej „tyle ile może” to 200zł, to niech lepiej się nie odzywa. Nasłucha się swoich koleżanek z pracy, które same nie mają dzieci albo są kurwa na emeryturze, że „ale można studiować i pracować”, no tak, ale skąd mam wiedzieć jak będzie z planem zajęć itd.? Zamiast spędzać wakacje znowu kurwa siedzę i się kurwa martwię, bo nie wiem co robić. Codziennie to samo pierdolenie. Jeszcze ojciec wyskoczył z tekstem „dla mnie to możesz nie iść”. I tym kurwa tekstem ten człowiek stracił u mnie resztkę szacunku jaką miał. Od jebanego gimnazjum ciągle robią pod górkę, a ten kurwa frajer (bo inaczej nie można tego nazwać) ma swoje zawistne jazdy. Idę na studia, a on z tekstami, żebym szedł do wojska. Autentycznie nie mam do niego już żadnych kurwa uczuć, stał się dla mnie nikim wraz z tą sytuacją. Ale ktoś powie, że może nie mają pieniędzy… nie. Do żadnego stypendium się nie kwalifikuję, a ojciec który przecież jak on to mówił wyjeżdżał za chlebem, do dnia dzisiejszego trzyma pieniądze na koncie, te jak był pierwszy raz za granicą, jak i te jak był kolejny raz. Pracują razem z matką w jednej firmie, mają jakieś 7500zł przychodu i niskie wydatki, bo mieszkamy na wsi we własnym domu, gdzie do opłacenia oprócz kosztów życia są rachunki. Matka i tak z tej wypłaty odkłada ciągle pieniądze. I to nie jest tak, że nie mają, oni zwyczajnie nie chcą dawać na nic pieniędzy. Matka oczekuje, że na studiach dziennych będę zapierdalał, że kurwa gdy od 7 lat nie mam jebanych wakacji, mam wyjechać za granicę, czy chuj wie gdzie. Nie wiem, czy skończę studia ale będzie to ostateczny test matki (ojciec już na nic nie zasługuje). Nie wiem, co będzie, jak na razie nie mam ubrań na studia, żadnych rzeczy ani przedmiotów.

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.



  • Ważna informacja

    Chcąc, by psycholog ustosunkował się do pytania zadanego na forum, należy we wstępie podać swój wiek oraz swoją płeć i spełnić warunki podane w instrukcji darmowej porady. Psycholodzy udzielają odpowiedzi w miarę możliwości czasowych. W razie doświadczania nasilonych myśli samobójczych należy skontaktować się z numerem 112 by uzyskać ratunek. Doświadczając złego samopoczucia lub innych problemów można rozważyć też kontakt z telefonami zaufania i pomocowymi - niektóre numery podane są tutaj.

  • PODCASTY-OCALSIEBIEpl.jpg

  • Podcasty i filmy o psychologii

×
×
  • Create New...

Important Information

Używając strony akceptuje się Terms of Use, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.