Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'toksyczni-ludzie'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 138 wyników

  1. Witam. Jestem młodą dziewczyną, która według ludzi dookoła ma wszystko SUPER w życiu. Możliwe ze właśnie tak jest ale od długiego czasu tego nie czuje ani nie czuje szczęścia. Dlatego tez stwierdziłam że coś jest niedobrze. Dzieciństwo miałam raczej normalne jak na moje czasy. Mieszkałam często z dziadkami bo albo jeden albo drugi rodzic pracował za granicą. Przyjeżdżając rozpieszczali mnie zabawkami, słodyczami oraz wszystkiego co chce ( aktualnie mam 1stopień otyłości z czym mecze się od czasów przedszkolnych ). Problem bycia grubym dzieckiem/osobą był już od momentu, który mogę pamiętać czyli czasy przedszkolne. Czasy dorastania (liceum i studia) były dla mnie szczęśliwe bardzo bo niestety zaczęłam z sobą walczyć. Diety, Głodówki oraz wlewanie w siebie litrów wody... waga schodziła ale powoli. Następnie „genialny „ pomysł bulimi, który pomógł mi się pozbyć w ciągu roku około 25kg i to pozornie bez żadnych konsekwencji. Moje życie było podporządkowane tylko tej chorobie. Pozytywnymi aspektami mojego okresu dojrzewania była świadomość tego ze jestem chudsza i ze teraz ludzie będą mnie akceptować wiec zaczęłam się otwierać do ludzi. Poznałam cudownych ludzi, których znam do dziś i uważam ich za jedno z moich szczęść w życiu. Kolejny duży etap to już koniec studiów i zakochanie się w swoim przyszłym mężu. Jak w każdych związkach nie było kolorowo ale wiem i jestem pewna, że to jest ta moja miłość. To uczucie jest odwzajemnione wiec można powiedzieć, że ludzie dookoła maja racje, że życie mam bardzo pozytywne. Od 5 lat mieszkamy wspólnie za granicą (UK i Niemcy) gdzie musiałam pokazać na co mnie stać pod względem bycia dorosłą i samodzielną. Udało mi się ale w mojej głowie pojawiła się obserwacja, ze zostałam matką mojego faceta. Ciężko mi stwierdzić, że on też zaczął swoje starania w byciu dorosłym oraz głową rodziny. Czułam ze ja robie duże postępy w życiu a on jest pod moją opieką i jest mu z tym dobrze. Było mi ciężko zajmowaniem się swoimi jakimiś drobnymi problemami, jego dużymi problemami (szczególnie finansowe które ciągnę się już pare lat). Moim zdaniem on teoretycznie nie robił z tym nic i tak się ciągnie. Teraz jestem w 5 miesiącu ciąży co było wspólna decyzja i staraniami, mieszkamy na normalnym mieszkaniu, prace mamy pod nosem. Wiem ze jak urodzę dzidzie to pomimo tego ze w brzuchu mam tylko jedno maleństwo to stanę się matką dwójki. Od prawie 5 lat zmiany mojego przyszłego męża są raczej słabe (albo mam za duże wymagania). Czuje, że potrzebuje wsparcia konkretnego a nie kolejnych obietnic, które nie będą dotrzymane. Powinnam prosić dorosłego faceta aby stał się faktycznie dorosły i odpowiedzialny ? Nawet już nie prosić lecz błagać/grozić ?
  2. Witam! Zawsze myślałam, że jestem silna i dam sobie radę, ale od pewnego czasu zostało to wszystko zachwiane. Obecnie mam 25 lat. Pracuje i studiuje, ale zacznę od początku. Moja rodzina od początku była inna niż większość przeciętnych rodzin. Moi rodzice nigdy tak naprawdę się nie kochali, nie widziałam pomiędzy nimi miłości. Ciągle się kłócili. Mieszkaliśmy z Babcią, więc wielokrotnie wtrącała się w kłótnie między nimi, a także w kłótnie między mną a rodzicami. Jak byłam w okresie dojrzewania to konflikty pomiędzy moimi rodzicami, pomiędzy mną i rodzicami, a także pomiędzy rodzicami i Babcią tylko się pogłębiały. W szkole byłam lubiana, chociaż byłam zupełnie inna od wszystkich, w związku z tym miałam małą grupę znajomych. W wieku 14 lat mojej Mamie wypadł dysk, musiała iść do szpitala, a oprócz tego potrzebowała rehabilitacji. Mój wuja zachorował, a Babcia jako jego siostra pojechała do niego się nim opiekować (na 2/3 tygodnie, wracała, a po jakimś czasie znowu wyjeżdżała). Moje relacje z Tatą były bardzo specyficzne. Nie wiem nawet czy można to nazwać relacjami. Mój Tata mnie olewał, a ja będąc w gimnazjum jak większość osób zaczęłam ją olewać, doszło do sytuacji, gdzie miałam 6 zagrożeń i musiałam z tego wyjść. Był to moment, w którym wszystko się zmieniło. Zaczęłam się uczyć, zaczęłam przywiązywać do tego taką wagę, że na koniec gimnazjum miałam na świadectwie same 4. Ale sytuacja pomiędzy moimi rodzicami przyczyniła się do tego, że nauka oprócz hobby zaczęła być odskocznią i była ucieczką. Dla nie których komputer, dla mnie nauka. Potem poszłam do liceum. Tam zaczęłam mieć więcej znajomych, zaczęłam bardziej żyć, byłam pewniejsza siebie, ale również uciekałam w naukę. Konflikty w moim domu cały czas narastały, do tego stopnia, że zostawałam na wszelkie możliwe zajęcia pozalekcyjne, żeby tylko w nim nie przebywać. Moi rodzice się nienawidzili. Moja Mama zostawała dłużej w pracy, żeby tylko nie wracać, moja Babcia wyjeżdżała często. Ja miałam tę okazję, że poznałam chłopaka w moim wieku z innego miasta, więc w weekendy albo jeździła do niego albo on do mnie i było to jakiś odpoczynek. Z czasem okazało się, że mój Tata okradał mnie, moją Mamę i Babcię. Widziałam, że znikały mi pieniądze i mówiłam mojej Mamie i Babci, ale one mi nie wierzyły. Uważały, że kłamię albo, że mi się coś wydaję. Dopiero jak im zaczęło coś znikać (chociaż najpierw oskarżały mnie) to połączyły wątki. Po liceum, kiedy byłam już na studiach moi rodzice wzięli rozwód. Kontakt z moim Tatą był, jaki był, ale z czasem (po rozprawie o alimenty, którą wygrałam) całkowicie straciłam kontakt. Na ten moment wiem, że mój Tata ma nową rodzinę, ma dziecko i kobietę. Ja nie mam z nim kontaktu. Odzywa się tylko wtedy kiedy chodzi o pieniądze. (czyli kiedy przestanie mi płacić). Jemu zależy tylko na pieniądzach. Nigdy nie traktował mnie, jak swojego dziecka, córki. Jak byłam mała to też trochę mnie bił, ale w pewnym momencie przestał, jak widział, że będę w stanie się obronić. W tym okresie kiedy straciłam kontakt z moim Tatą, zerwał ze mną również mój chłopak. Miał problem z akceptacją tego, że studiuje, a on nie. Prawdą jest, że odległość też zrobiła swoje. Moja Mama poznała nowego mężczyznę, z którym była szczęśliwa i jest dalej, bo niedawno wzięli ślub. Ale wtedy kiedy potrzebowałam mojej Mamy to jej nie było. Jak ona przechodziła przez nowotwór, przechodziła przez operację na woreczek ja byłam na każde jej zawołanie. Obecnie skończyłam studia licencjacki i magisterskie, ale robię inżynierskie (zaocznie). Pracuję na pełen etat. Mam duży żal do moich rodziców. Mieszkam z moim Narzeczonym niedaleko Mamy i Babci (one mieszkają osobno, chociaż Mama mieszkała z Babcią ponad 40 lat, wyprowadziła się pół roku przede mną, ja przez pół roku mieszkałam jeszcze z moją Babcią). Jestem z nim szczęśliwa, planujemy ślub, ale boli mnie każde spotkanie z moja rodziną... Moja Mama nie może nawet zapamiętać jaki kierunek studiów skończyłam, co robię dalej. Moja Babcia ją popiera. Dlaczego? Ponieważ Babcia rozpieszczała bardzo Mamę i zawsze jest po jej stronie. Czuję się jak gorsza osoba, czuję się niedoceniona przez nie. Czuję się doceniona w pracy, na uczelni, przez Narzeczonego, ale nie przez moją rodzinę. Uważają, że w życiu miały trudniej. Zawsze to ja jestem ta gorsza. Ja jestem nieakceptowalna. One są wiecznie ofiarami. Dostrzega to wszystko nawet mój Narzeczony. Jak się z nim kłócę, albo coś jest nie tak między nami to zawsze chwalą jego i jego bronią. Ja jestem ta gorsza. On jest kochany i biedny, a ja jestem ta zła. Jak widzę rodzinę mojego Narzeczonego to mu zazdroszczę. Też pochodzi z rozbitej rodziny, ale innej. Na początku miałam wojnę z jego Mamą o wyprowadzkę, ale teraz jest ok. On jest doceniany i rozumiany. Ja jestem sama w mojej rodzinie... Czy mam za duże wymagania względem mojej rodziny? Chcę tylko szacunku i docenienia. Rozmowy na te tematy z moją Mamą i Babcią kończą się zwykle kłótnią..
  3. Nie wiem czy dobrze trafiłem z tematem, ale mam nadzieję, że uda mi się choć trochę uzyskać odpowiedź na moje pytanie, które dręczy mnie od bardzo dawna. Otóż spotykałem się z dziewczyną przez prawie 3 lata. Na początku wszystko było dobrze. Ja przyjeżdżałem do niej, ona do mnie i spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu. Kontakt ze sobą mieliśmy cały czas poprzez sms, rozmowy tel czy fejsa. Po prostu widziałem, że dziewczynie bardzo zależy. Nie tak bardzo jak mi, bo byłem po bardzo ciężkich przeżyciach i bardziej trzymałem się na dystans. Ale z upływem czasu coraz bardziej zaczęło mi zależeć i zacząłem się zmieniać. Ona wielokrotnie mnie pytała czy kiedyś zostanę jej mężem i czy założę z nią rodzinę. Mnie na początku takie rzeczy przerażały, ale po weselu siostry i narodzinach jej synka wszystko mi się odmieniło. Ale za nim to nastąpiło to po jakimś czasie zaczęliśmy się kłócić. Problemem był brak zaufania, gdyż po prostu dziewczyna wielokrotnie coś przede mną ukryła czy mnie okłamała chociaż prosiłem i mówiłem na początku związku, że jeśli nie będzie zaufania to się wszystko będzie sypać. Niestety tak jak pisałem byłem po wielu ciężkich przeżyciach z kobietami i moje zaufanie było mega kiepskie. Dlatego w wielu sytuacjach potem już jej nie wierzyłem i brałem pod wątpliwość to co ona robi i przez to dochodziło do kolejnej kłótni. Generalnie wszystko było w porządku bo się spotykaliśmy, ona chciała bardzo i spędzaliśmy ze sobą całe popołudnia, nawet przez rok chwilę mieszkaliśmy ze sobą i było naprawdę cudownie. Ona miała i ma bardzo ciężki charakter. Wychowywała się bez ojca bo porzucił rodzinę i jej relacje z matką, babką i siostrą nie były dobre. Co chwila dochodziło do awantur, nawet tam przyjeżdżała policja z tego co wiem. Wiem, że była tam przemoc. Zresztą to się potem na mnie przekładało. Swoją złość wyładowywała na mnie czy to słownie czy potem już nawet fizycznie (bicie, kopanie, gryzienie, szczypanie itp.). Po za tym też jest osobą złośliwą. Jak się z nią pokłóciłem to potrafiła np. dokumenty które mi wydrukowała a których potrzebowałem na drugi dzień przyjść i mi je zabrać po prostu. Taki typ człowieka. Ale gdzieś w głębi widziałem w niej dobro bo była dobra dla mnie i jej zależało bo dbała o mnie ale jak wpadała w szał to była przemoc fizyczna i psychiczna. Ona wielokrotnie robiła z siebie ofiarę, że to ona jest pokrzywdzona itp. chociaż nie wiem jak to naprawdę było w jej rodzinie bo nie miałem możliwości tego sprawdzić. Także generalnie tak to wyglądało. W ogóle na początku znajomości próbowała mnie mieć tylko dla siebie – chciała abym nigdzie nie wychodził itp. Ale jej wtedy powiedziałem, że albo się ogarnie albo ja odchodzę. No i problem też polegał na tym, że szantażowała mnie tym że się zabije – wysyłała zdjęcia z nożem przy ręce czy przy szyi albo zdjęcie, gdzie obwiązała się kablem i że będzie się dusić. Zresztą przy mnie akcje z kablem były wielokrotnie. Ja wiem, że to nie jest normalne bo nikt normalny się tak nie zachowuje. Jak chciałem wielokrotnie zakończyć związek to właśnie takie cyrki odstawiała – tu z tym kablem albo ze skoczy do stawu.. Ogólnie mówiąc pod wieloma względami pasowaliśmy do siebie – ja lubiłem się napić piwka, ona też, lubiła spacery i ogólnie dobrze się czuliśmy w swoim towarzystwie. Naprawdę przeżyliśmy piękny czas. No ale nadszedł pewien moment w życiu, gdzie bardziej zaczęło mi zależeć. Zapragnąłem ślubu i jej o tym powiedziałem. Zacząłem się bardziej starać i ona to widziała i wtedy się zaczęło. Przestała się ze mną spotykać, unikała jak mogła spotkań, zaczęła kłamać, że pracuje a była w domu..albo raz było tak, że chciała abym przyjechał, ale za 2 dni mi piszę że jej wujek zmarł co nie było w ogóle prawdą. Może mi ktoś to wytłumaczyć o co tu chodzi? Nie rozumiem kompletnie. Każde spotkanie tak teraz wyglądało, że robiła wszystko aby mnie zasmucić, bym cierpiał, płakał. Po prostu widziałem, że jej to satysfakcje sprawia. Jak kiedyś bardzo przy niej płakałam to ona sobie nic z tego nie robiła tylko siedziała i jakby nigdy nic. Zero reakcji. Wiem, że gdzieś tam upadałem i pokazałem słabość i powinienem ją za to wszystko dawno popieprzyć ale naprawdę mi szkoda było tych lat i wierzyłem, że ona się ogarnie ale było tylko gorzej. Coraz większe mi szpile wbijała. Kochać się już ze mną nie chciała, zresztą jej były chłopak brał ślub to mi mówiła ze jest jej smutno z tego powodu i w ogóle. Non stop podobne dogrywki. Ja jej nigdy takich rzeczy nie mówiłem. Fakt, że oskarżałem ją o zdradę bo miałem powody i jej pisałem i mówiłem rożne rzeczy ale miałem powody. Powody były takie, że raz się pokłóciliśmy a ona w ten czas założyła portal randkowy i pisała z jakimś typem i to takie rzeczy, że maskra.. później była sytuacja, gdzie chłopak jakiś do niej napisał a ona od razu w skowronkach i pisała z nim długi czas choć prosiłem aby zakończyła znajomość to nic to nie dało. Naprawdę nie wiem za co mnie tak nie nawidzi.. Zrobiłem wszystko aby ratować związek.. Starałem się być najlepszy jaki mogłem i nie wiem gdzie ja błąd popełniłem. Na każdym kroku próbowała ze mnie winnego zrobić i jak coś do niej mówiłem to nic nie docierało – odwracała się i uciekała albo mnie przekrzykiwała i tak nasze rozmowy wyglądały. W końcu zdecydowałem się, że przestane się odzywać i ona z 2 razy zadzwoniła w przeciągu kilku dni a ja nie odebrałem i tyle. Pokazała mi ile naprawdę dla niej znaczę. Według mnie to jest po prostu chora osoba. Zresztą byłą u psychologa to psycholog jej powiedział aby poszła na konsultacje do psychiatry i powinna tabletki brać to efekt był taki, że powiedziała iż to psycholog jest „pierdolnięty”. Po za tym ona ma założoną niebieską kartę w rodzinie. Nic z tego wszystkiego po prostu nie rozumiem. Jak próbowałem z nią porozmawiać spokojne o co tu chodzi, czego oczekuje i jak to ma wyglądać to kończyło się śmiechem, wrzaskiem itp. Dlatego już miałem dość i popierdoliłem wszystko w pizdu. Jest mi źle i smutno, ale chyba w głębi wiem, że jest dobra decyzja lecz bardzo bolesna bo z takim człowiekiem nie da się żyć. Ktoś może mi powiedzieć gdzie jest problem? p.s. Ostatnio przypadkowo się spotkaliśmy się na mieście po ponad miesięcznym braku kontaktu. Gadaliśmy ze sobą, a potem skończyło się seksem jakby nigdy nic (inicjatywa z jej strony, ja nawet tego pod uwagę nie brałem). Wiem, że nie powinienem, ale nie umiem jej odmówić.. Ona mi mówi, że chce by było jak dawniej, ale nie potrafi być taka jak kiedyś i że potrzebuje czasu.. O co w tym wszystkim chodzi? Pomoże mi ktoś uzyskać odpowiedź ?
  4. Proszę o pomoc, nie wiem już co robić. Moje relacje z rodzicami zawsze były dość poprawne, oni uważali wręcz ze wychowali mnie w sposób idealny. Nigdy się nie zbuntowałam jako nastolatka, za to wszystkie awantury w domu były o to, że powiedziałam coś nie takim tonem jakim życzyli sobie tego moi rodzice. I tak im zostało do moich dorosłych lat. Mój ojciec jest osobą, jak to sam określa, bardzo ekstrawertyczną, co się objawia tym, że w towarzystwie mówi tylko on, on wszystko wie najlepiej. Jestem z wykształcenia tłumaczem języka rosyjskiego i on tez zna ten język. Ale za każdym razem kiedy pytał mnie jak coś jest po rosyjsku i mu odpowiadałam, mówił mi ze jestem głupia i się nie znam. Tak w żartach to mówił. Od dziesięciu lat jestem mężatka i mam kilkuletnie dziecko. Mój mąż jest bardzo wyczulony na szacunek i poczucie własnej wartości, z tego względu nieraz zachowania mojego ojca go irytowały, a i ja zaczęłam na nie bardziej zwracać uwagę, bo z wiekiem mój ojciec zaczynał się coraz gorzej zachowywać, a mama zawsze go tłumaczyła, zawsze stawała po jego stronie, jednocześnie będąc bierna i udając ze ona umywa ręce i przecież zawsze mnie wspiera. Jakis czas temu wybuchła wielka awantura w dniu naszej przeprowadzki kiedy moi rodzice opiekowali się moim dzieckiem. Byliśmy szaleńczo zmęczeni a ojciec robił uwagi ze nie mamy prawa być zmęczeni bo sami się na to zdecydowaliśmy wiec powinnismy być szczęśliwi. Mąż odburknął mu coś zirytowany i został przez ojca ochrzaniony jak małe dziecko ze nie będzie się do niego zwracał tym tonem. Do tego dochodzi podkopywanie przez ojca moich rodzicielskich decyzji i mojego autorytetu jako rodzica. Przy moim dziecku jawnie je kwestionuje i robi po swojemu. W ostatnim czasie doszło do sytuacji, w której mój ojciec po większej ilości alkoholu bardzo wulgarnie mnie nazwał, usłyszał to mój mąż i moje dziecko. Mąż stanął w mojej obronie, mówiąc ze tata od dawna podkopuje moje poczucie własnej wartości i jeszcze słyszy to nasze dziecko. Od tamtej pory nie mam kontaktu z rodzicami, napisałam im ze potrzebuje czasu żeby to siebie wszystko poukładać i jestem zapisana do psychoanalityka. Najpierw probowali mnie skłonić do spotkania lub telefonu pisząc mi ze mama się bardzo złe z tym czuje, cały czas płacze itp. Kiedy odmówiłam zaczął się szantaż emocjonalny. Od wyśmiewania mojej wizyty u psychoanalityka, bo chyba nie będę się leczyć z relacji z rodzicami z którymi nie mieszkam od tylu lat, przez udowadnianie mi ze przecież tyle lat mnie wspierali pomagając przy dziecku i ze to ze ojciec wyrzucił mojego męża z domu za fraki to było staniecie w mojej obronie bo mama zrobiłaby to samo gdyby zdążyła przed tata (wiem ze to brzmi bez sensu ale to ich autentyczna argumentacja), aż po podkopywanie mojej relacji z mężem i próby wejścia pomiędzy nas oraz groźby ze któreś z nich popełni samobójstwo. A to wszystko dlatego ze nie przyjęłam od razu przeprosin, nie chciałam się spotkać i od razu wszystkiego zamieść pod dywan i potrzebowałam czasu. Proszę o radę co mam robić. Na razie ignoruje ich wiadomości, nie mam siły przepychać się z nimi w smsach...
  5. Hej, od jakiegoś czasu czuje na plecach opinie calej rodziny bo nie chodzę do pracy, a jak już do jakiejś pojde to nudzi mnie po 2 miesiacach i czuje, ze marnuje moj potencjal za 2 tys. zl. na miesiac i sie zwalniam. Jestem pasjonatem zegarków i miesięcznie potrafię dorobić na nich ok. 1000 zł. więc nie czuje potrzeby uginania się przed polskim chamskim szefem, który uważa sie za pana i wladce. Ogólnie zawsze byłem dziwakiem. Jestem mistrzem świata w tańcu cwalk, wygrałem 1 turniej bo tanczylem inaczej niz reszta, ale przez 10 lat bylem hejtowany o moj styl, czesto slyszalem opinie ludzi na turniejach - co to jest? Jestem po studiach medycznych - dietetyka i ziołolecznictwo - rodzice zawsze mi mowili, ze nie zdam matury bo kiedys uwalilem technikum mechatroniczne, chodzilem na blały i tanczylem. Nie wiedzialem co dalej zrobic ze swoim zyciem, usiadlem z rodzicami do rozmow i skonczylem wybrany przez nich kierunek kucharz, potem poszedlem do liceum i zdalem ta mature i poszedlem na studia. Niedawno zrobilem kurs na kat C. na zawodowego kierowce. Rodzice mowia mi, ze mam sobie to odpuscic bo to niebezpieczna praca. Mozg mi wariuje, mam 27 lat, za 2 miesiace wyjezdzam z dziewczyna do Norwegii do pracy, bo ona tam dostala kontrakt na 2,5 roku, a ja? Nie wiem co ze mna tam bedzie. Zastanawiam sie czy nie zrobic sobie kursu na wizek widlowy by dodatkowo sie zabezpieczyc. To wszystko mnie zaczyna przerastac. Samemu nie potrafie tego juz ogarnąć, mam balagan w glowie i mimo prowadzenia kalendarza czesto nie robie wszystkich rzeczy co zniecheca mnie do robienia czegokolwiek...
  6. Witam, moim problemem jest moje małżeństwo. Od 6 lat jestem w związku małżeńskim mam dwoje dzieci. Mąż uważa że starszy syn (6l) jak to on mówi "nie da się lubić" syn jest super dzieckiem. Ma chumorki i swoje zagrania jak inne dzieci, bywa marudny , zrzedliwtly czasami ciężko zlto wytrzymać stara się stawiać na swoim (najczęściej chodzi o granie na kom lub oglądanie yt) nie ma tego nie wiadomo ile pół godziny dziennie, bajki ograniczone a mąż ciągle się go czepia. Syn jest bojacy, kazd wysokość go przeraża. Ja go rozumiem bo sama nie jestem zwolenniczką wysokosci. Mąż się z niego nasmiewa, wyzywa od dziewczynek itd. Z tego powodu jest dużo kłótni. Syna porównuję do siebie powtarza ciągle " ja w jego wieku robiłem to i to a on nie potrafi" ciągle obarcza mnie wina ze syn jest taki nie poradny. Mąż chce wszystkich kontrolować a jak coś nie wyjdzie to moja wina. Ciągle coś się dzieje.. Ja już nie mam siły jak mu tłumaczyć że szyb potrzebuje ojca a nie tyrana. To jest jeden problem a jeszcze jest drugi. Mieszkamy u rodziców męża mamy dwa małe pokoje i reszta wspólna. Mąż nierozmawia z matka już rok, poklocili się jak robiliśmy remont w pokoju bo tesciowej coś nie pasowało że tv duży kupiliśmy w końcu a patrzylismy przedtem w 16cali tv. I meble zmieniliśmy i wg. Mąż zapalony gospodarz chce odziedziczyc gospodarstwo i z tego cała afera że on z tad nie pójdzie a ode nie wymaga dziwnych rzeczy. Chcę zebym z teściową nie rozmawiała, ciągle się o to awanturuje, przyjedzie ktoś przeszkadza że usiądę i porozmawiam jak człowiek kiedy dzieci pójdą do kuchni czy co kolwiek. Według niego najlepiej by było żebym z nikim nie rozmawiała tylko z nim. Taka kłótnia była wczoraj, przyjechała jego bratowa i rozmawiałam, z nią w kuchni ( oczywiście mąż jej nie lubi jak wszystkich że swojej rodziny) jak to zobaczył że jeszcze jest teściowa zrobił A wanture mi i się nie odzywa. Zaraz nie chce jesc nie przychodzi na sniadania czy obiady, sam czasem wezmie coś po cichu żeby nikt nie widział a tak to nie będzie nikt jadł, lhbj się wtedy napić jak się jakiś problem, ciągle uważa że on ma rację i niikt inny. Nawet podczas takiej kłótni ktroa trwała kilka dni bo się nie odzywał a jak on się nie odzywał nie chodziłam i go nie prosiłam. Później sprawdzam jego telefon a on czytał o opowieszeniu się czy to boli, jak wygląda taka śmierć itd. Już drugi raz to zauważyłam. Zapytany o to nic nie odpowiada. Nie niewiem co. Zkim zrobić. Nie chcę się wyprowadzić od rodziców a ja już dłużej z nim nie mogę wciąż w kłótni zycc....:(
  7. Witam, mam 24 lata. Od ślubu nie odzywam się z mama. Nie wiem od czego zacząć, bo jest tych wątków bardzo dużo. Moja mama rozwiodła się z ojcem, kiedy miałam 10 lat, zawsze wmawiała mi i rodzeństwu, że on był zły, złodziej itd, mamy uważać, bo może nas porwać. Ostatnio mój kontakt z ojcem się poprawił i nie wychodzi na tak złego jak opisywała go mama. Żałuję, że nie zaprosiłam go na własne wesele. Mojej rodziny nie było na ślubie, mimo zaproszeń i próśb. Moja mama stwierdziła, że całą rodzinę namówi by nie poszli. Z mężem, przez moją mamę zmienialiśmy kilkukrotnie datę ślubu, ostatecznie jak zaszłam w ciążę określiliśmy termin, mama stwierdziła, że nie pomoże w opłatach ślubnych. Poroniłam, ona zaczęła się kłócić z moim mężem, twierdziła, że jest złym człowiekiem. On tylko próbował uświadomić jej, że wywyższa moja siostrę, a mnie traktuje jakbym była nikim. Na ślubie nie było rodziny z mojej strony,bylo mi bardzo przykro. Moja matka się do mnie nie odzywa, bo twierdzi, że to ja powinnam dbać o matkę i pytać jak się czuje. Jestem teraz w ciąży a ona jeszcze ani razu nie zapytała jak się czuję. Moje siostry też czują się urażone, nie mam z nimi kontaktu. Po czyjej stronie jest wina? Często mam wrażenie, że moja matka jest psychiczna.
  8. Dzień dobry. Może mój problem wyda się błahy ale mi często w gorsze dni spędza sen z powiek. Jestem kobieta, mam 37 lat. Od dawna mam problem w relacji z moja matką, a polega on na tym,że nie potrafię zmusić się do kontaktów z nią, nie potrafię udawać że mam na nie ochotę, bo jej po prostu nie lubię. Wynika to z tego jaką jest osobą, z jej zasad morlanych, podejścia do życia i głównie z tego jak mnie traktowała w dzieciństwie i wieku nastoletnim. Byłam dla niej albo przezroczysta, albo zasłużyłam sobie na jej "miłość" bo akurat zrobiłam coś fajnego, dostałam dobrą ocenę, itp. Kiedy miałam jakiś problem ona mówiła mi że przeze mnie to same problemy.Nie miałam zupełnie jej wsparcia, takiego jak to powinno wyglądać w miłości, żadnej empatii. Kiedy zachorowałam na depresję miała do mnie pretensje ze na pewno udaję bo nie chce studiować. Nawet dziś kiedy o tym pisze cisną mi się łzy do oczu. Zawsze miałam wrażenie że ja jestem tylko dla niej, aby ją zadowolić, aby to ona czułą moja miłość ale nigdy na odwrót. Żadnego zrozumienia z jej strony. Tego już nie zmienię. ale dziś ona oczekuje ode mnie dobrych relacji.A to zebym ją odwiedziłą, a to zebym z nia gdzies pojechała.Kiedy ja najzwyczajniej nie ma na to ochoty jak nie ma się ochoty spędzać czasu z kimś kogo się nie lubi. Wiele razy zbierałam się na rozmowę z nią.Aby jej powiedziec prosto z mostu że nie mam ochoty na przyjaźń z nią,że jej nie lubię i nie chcę.=. Czy to jest dobry pmysł. Wiem, że ona to bardzo przeżyje ale przecież moje uczucia sa tez ważne. Nie lube zmuszać się do niczego bo kumuluje te emocje w sobie. Jak rozwiązać ta sytuację. Jak do tego podejść aby nie czuć się w tej sytuacji tak źle.
  9. (Przepraszam z góry, jesli podczepiłam temat pod złą kategorię, sama nie wiem gdzie by pasował...) Dzień dobry, mam problem dotyczący mojej 15-letniej córki. Do niedawna córka (mimo wybuchowego charakteru i niestabilności emocjonalnej) nie sprawiała większych problemów wychowawczych. Mogę powiedzieć, że wręcz martwiła mnie tym że całe dnie po szkole przebywa w domu, z nikim się nie spotyka, ani nie ma nikogo szczególnie bliskiego w postaci np przyjaciółki czy dobrej kolezanki. Miałam wrażenie że się izoluje. Zdarzyło się, że znalazłam jej pamietnik, a w nim przerażające dla mnie zapiski... dotyczyły głównie tego że czuje się samotna, nie chce żyć itp. Oczywiście nie powiadomiłam jej o swoim znalezisku, ale robiłam wszystko żeby jej pomóc. Dużo z Nią rozmawiałam, choć nie było to łatwe, w końcu zdecydowałam (za Jej aprobatą), że znajdziemy Jej dobrego psychologa, który spróbuje Jej pomóc. I tu znów pojawił się problem, ponieważ żaden z psychologów (było ich kilku), mojej córce "nie odpowiadał". Zaakceptowała jedynie tego który sugerował diagnozę depresji i wyszedł z propozycją leczenia farmakologicznego. W efekcie całkiem zrezygnowała z terapii. Później nastąpił okres (W mojej ocenie) poprawy jej stanu. Była bardziej pogodna, rozmowna i skora do pomocy. W tym roku skończyła szkołę podstawową i złożyła papiery do liceum. Wszystko wydawało się być w porządku. Zaczęła nawet wychodzić z domu, poznała nowych znajomych. I tu zaczęły się schody... Paczka znajomych z którymi się spotyka to osoby w wieku 15-20 lat. Piją alkohol, palą papierosy i próbują innych substancji co mnie bardzo martwi! Wśród nich jest chłopiec, który ma 19 lat, wiem od córki że zaczęli się spotykać i mówiąc najprościej, chodzą ze sobą. Chłopak ma na koncie wyrok, za próbę włamania, regularnie pije, imprezuje itp itd Córka jest Nim wyraźnie zauroczona i nie ma zamiaru zerwać znajomości. Ja Jej do tego nie zmuszam, ale wyraźnie sugeruję że taka znajomość może się dla Niej nienajlepiej skończyć... Ostatnio znalazłam w kieszeni Jej bluzy prezerwatywę, stwierdziła, że kolega "dla beki" wrzucił Jej ją do kieszeni. Staram się być wyrozumiała, rozumiem uroki młodości, spodziewałam się, że w wieku 15 lat córka zacznie eksperymentować na wielu polach, ale zupełnie nie wiem jak mam na Jej zachowania reagować! Nie chce niczego kategorycznie zabraniać, bo spodziewam się że to przyniesie odwrotny skutek od zamierzonego. Wczoraj córka wróciła po spożyciu alkoholu, chociaż usilnie się tego wypierała. Nawet po całonocnych wymiotach i kolokwialnie mówiąc, wyraźnym kacu rano! Jak mam na to zareagować? Powinna mieć zakaz wychodzenia? Czy wystarczy rozmowa i wyraźne wyznaczenie granic? Przyłapałam ją wiele razy na kłamstwie, więc nie mogę Jej już wierzyć na słowo! Do tej pory miała czas na wizyty u znajomych do 22.00, przez nagminne spóźnienia i nie odbieranie telefonu, skrócilam ten czas do 21.30. Przeważnie dzwoni do mnie i próbuje sobie ten czas wydłużyć, ale chce być konsekwentna i nie zgadzam się. Chcę znaleźć złoty środek w tej sytuacji. Nie chcę żeby pomyślała że ma we mnie wroga, ale nie mogę też pozwolić na wszystko, bo wiem że zbytnia swoboda będzie przez moją córkę maksymalnie wykorzystana, niestety w złym tego słowa znaczeniu... Jak wyznaczyć granicę? Gdzie ją postawić? Jak rozmawiać z córka, żeby nie odbierała moich rad i zakazów jako ataku na siebie? Z góry dziękuję za odpowiedź! Bardzo na nią liczę, ponieważ sama nie jestem już w stanie opanować tej sytuacji... Pozdrawiam!
  10. Mam dość,mam dość skurxxxxxx które mnie otacza, mam ochotę wziąć kija i xxxx wszystkich xxxx co staną mi na drodze. Dostałem Afobam, pomaga na kilka godzin.
  11. Mam 34 lata i od kilku miesięcy jestem singielką - w dużym stopniu z własnego wyboru. Przez 4 lata byłam w związku z narcystycznym pedantem. Zostawił mnie na miesiąc przed ślubem. Potem związałam się z przyjacielem, który był dla mnie ideałem, pod względem charakteru, poglądów, byliśmy bratnimi duszami. Nikogo nigdy nie kochałam tak bardzo mimo że wiedziałam o nim wszystko...a w życiu zrobił wiele głupstw i złych rzeczy. Nie przeszkadzało mi to, bo wiedziałam, że to przeszłość i teraz jest innym człowiekiem. Wiedziałam, że jest socjopatą. Przyznał mi się do tego. Przeczytałam wiele książek na ten temat, rozmawiałam z psychologami, wiele osób mnie ostrzegało ale nie obchodziły mnie opinie innych ludzi, przecież go kochałam, znałam go lepiej niż oni. Po pół roku zaczął czepiać się wszystkiego, stwierdził że mi nie ufa, że jestem zazdrosna i zaborcza. Owszem zdaję sobie sprawę z moich problemów, próbuję sobie z nimi radzić ale prawda jest taka, że po kilku miesiącach przebywania w tej relacji mój stan psychiczny sięgnął dna. Po rozstaniu pojawiły się myśli samobójcze, byłam tak zmęczona, znudzona życiem, nic mnie nie cieszyło, nic nie miało sensu, straciłam wielu przyjaciół, znajomych, byłam sama a rozpaczliwie potrzebowałam kontaktu z ludźmi. Wszyscy w około mnie pocieszali, przyjaciele i rodzina. Dopiero jedna z koleżanek powiedziała mi pewnego dnia: przestań użalać się nad sobą! Naprawdę twoje problemy są z du..y wzięte! Są ludzie, którzy mają prawdziwe problemy i tak nie histeryzują! Co zrobiłam? Najpierw zaczęłam płakać, a potem jej podziękowałam. Uspokoiłam się, zaczęłam żyć od nowa. Wtedy zrozumiałam, że nie potrzebowałam użalania się nade mną tylko solidnego kopniaka w zad żeby wziąć się w garść. Czy to możliwe, że podświadomie wybieram ten typ faceta, toksyków, socjopatów, narcyzów? To ja zwykle robię pierwszy krok w stronę faceta, który mnie intryguje, jest wg mnie ciekawy. A zarówno były bokser, socjopata jak i chłopak z rodziny wojskowych, którego ojciec był alkoholikiem, a 10 lat starszy brat uciekł z domu w wielu lat 17, wydawali mi się interesujący. Do tego jeden i drugi byli bardzo inteligentni. Socjopata po kilku miesiącach uznał, że jestem dla niego niezwykle ważna jaka osoba, że nie potrzebuje przyjaciół, bo ma mnie i tyle mu wystarcza. Mówił to z premedytacją, bo dopiero teraz zaczynam rozumieć, że on znał mnie lepiej niż ja jego. Miało to na celu wzbudzenia we mnie poczucia własnej wartości, żebym poczuła się ważna, potrzebna. Wszystko żebym tylko nie odeszła, nie zostawiła go. I tak żerował na mojej naiwności i emocjonalności do czasu aż poznał inną dziewczynę, młodszą być może ładniejszą i mnie zostawił. Jestem teraz sama i bardzo się z tego cieszę. Odpoczęłam psychicznie i nie wiem czy kiedykolwiek zechcę wrócić do jakiegoś związku. Bo i po co skoro kolejny wybór będzie podobny. Żadni inni mężczyźni mnie nie pociągają. Oczywiście lubię gdy chłopak jest miły ale tylko jeśli jest ze mną na stopie koleżeńskiej. Nie widzę go w roli partnera życiowego. Naturalnie nie chodzi też o to żeby facet mnie bił, poniżał i wyzywał ale lubię złośliwych i inteligentnych facetów. Takich którzy wbijają szpileczki a wtedy ja mogę im się odpłacić. To podniecające i trochę jak gra wstępna. Dlaczego tak się ze mną dzieje? Czy w ogóle jestem w stanie stworzyć stały związek?
  12. Witam, mam 25 lat. Ostatnio odnowiłam kontakt z facetem poznanym jeszcze w szkole. Spotykaliśmy się jakiś czas, a ja myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Zaprosił mnie na wesele. Tam niestety przesadziłam z alkoholem, pokłóciliśmy się w pokoju hotelowym. Obrażał mnie, olewał, pyskował. Nie wytrzymałam i uderzyłam go w twarz. On wpadł w szał i nagą mnie za włosy wyciągnął mnie na korytarz... i tak kilka razy...przeciągając po podłodze. Efekt? Wyrwane włosy, ok. 10 siniaków i krwiaków... Zostawił mnie tam samą, a po kilku godzinach ostentacyjnie wyrzucił za drzwi, zwalając całą winę na mnie. Błagałam go, żeby mi wybaczył. Teraz cisza. Ja od kilku dni nie chodzę do pracy. Włosy prędko nie odrosną... siniaki nie znikają... Pomocy. Psychocznie wysiadam..
  13. Mam 30 lat.... poznałam „wspaniałego „ mężczyznę który mieszka w USA . Przyjechałam tu dla niego i pobraliśmy się ... wystarczyło 5 miesięcy żeby zamienił się w potwora .... rzada ode mnie seksu , żebym była Kura domowa , na każdym kroku krzyczy i poniża . Przy znajomych udaje super męża ... nie mam tutaj do kogo zwrócić się o pomoc . Wcześniejsza partnerka oskarżyła go o przemoc domowa, jednak on twierdził ze to wAriatka .... chce się z nią skontaktować i dopytać co tak naprawdę się działo jednak boje się ze ona powie mojemu mężowi który wyżyje się na mnie .... jestem wykształcona , podobam się mężczyznom i pochodzę z dobrego domu , w którym liczą się wartości i szacunek ...
  14. Mam 18 lat, jestem chłopcem, kolega - ten sam rocznik, co ja Wiem, że to niecodzienny przypadek... W wakacje założyłem konto na jednym z portali, gdzie piszę z ludźmi po angielsku w celu poprawienia tego języka. Poznałem tam wiele osób, jednym z nich był Ali. Szybko stał się moim ulubionym przyjacielem korespondencyjnym. Pisaliśmy bardzo dużo. Gdy byłem na wczasach, wysłałem mu nawet pocztówkę. Staliśmy się przyjaciółmi [a mam problemy z zaprzyjaźnianiem się], później on stał się nawet moim najlepszym przyjacielem. Pisaliśmy pół roku, ufaliśmy sobie. Nie wstydził się pokazać mi swoich piosenki [Ali śpiewa i gra na gitarze], byłem jednym z dwóch osób, którym powiedział nawet, kto mu się podoba [drugą był jego przyjaciel "niekorespondencyjny"], kiedyś mówił, że w jego szkole była impreza, ale o nie poszedł, bo nie umie tańczyć. Planowaliśmy nawet wspólne wakacje - miałem go odwiedzić. Pewnego dnia nagle zablokował mnie na IG, a ja nadal nie znam powodu. Odczekałem 2 dni, aby "nerwy mu przeszły", napisałem do niego na emaila, na tamtym portalu oraz z drugiego konta na IG, gdzie go przeprosiłem, jeśli zrobiłem coś złego. Zablokował on mnie jednak też na drugim IG. Poczekałem z miesiąc i postanowiłem ponownie spróbować. Wysłałem mu emaila, napisałem do niego na FB [nie korzystaliśmy z tego wcześniej] oraz w komentarzu pod prywatnym filmikiem na YT, do którego linka miałem tylko ja. Przeprosiłem go, powiedziałem, że zależy mi na kontakcie z nim, i napisałem, że jak mnie bardzo nie lubi, to niech chociaż powie mi, co złego zrobiłem. Nic nie odpisał, jednak usunął tamten filmik z YT, więc wiem, że to przeczytał. Wysłałem mu wiadomość, że wiem, że to widział i że go nie zabiję xd I nic. Za to później odczytał on moją wiadomość [wcześniej tego nie zrobił] na portalu, gdzie się poznaliśmy. Po prawie 2 tygodniach od czasu wysłania poprzedniej wiadomości spróbowałem jeszcze raz, lecz nie pisałem już o tamtym, tylko spytałem, czy spotykamy się w wakacje i zacząłem pisać o strajku nauczycieli w Polsce, aby była "luźna rozmowa". Zacząłem go też obserwować na FB, gdyby dostał moje wiadomości do spamu lub gdzieś indziej i nie wiedział, że go znalazłem. Jednak on mnie zablokował i nadal nie wysłał żadnej wiadomości. Wszedł na moje konto na portalu, gdzie się poznaliśmy, lecz - o dziwo - tam mnie na zablokował i nadal mam go w przyjaciołach. Chciałbym odzyskać kontakt z nim lub przynajmniej dowiedzieć się, dlaczego on go zerwał. Nie mogło to być zwykłe znudzenie się, gdyż byliśmy ze sobą zbyt zżyci. Możliwe, że mógł obrazić się przez mema, którego mu wysłałem dzień przed tym, jak zablokował mnie po raz pierwszy [mem przedstawiał szkieleta i napis "Gdy czekam na odpowiedź od mojego przyjaciela" {czy jakoś tak}], lub nie wyszło mu coś dziewczyną, w której był zakochany. Mogą być też inne powody, których nie znam... Na F3 zadałem mu anonimowe pytanie w "jego" języku, czy łatwo wybacza, a ten odpowiedział, że tak. Spytałem również, w jakich krajach oprócz tego, gdzie teraz mieszka [Ali jest imigrantem], ma przyjaciół i w jego odpowiedziach padła Polska. Co powinienem zrobić, chciałbym odzyskam kontakt lub chociaż dowiedzieć się, dlaczego on go zerwał? Po około miesiącu wysłałem mu SMS'a [numer wziąłem z IG] i napisałem, czy możemy zapomnieć o tym, co się stało i dalej być przyjaciółmi, że wiem, że to trochę niekomfortowa sytuacja, ale ja do niego piszę i przeprosiłem go. Powiedziałem mu, aby pomyślał, co by on czuł, jeśli jego najlepszy przyjaciel zerwałby kontakt. Postanowiłem go też sprowokować, aby coś odpisał [chcę znać chociaż powód] i napisałem, że jeśli nie chce rozmawiać, niech powie dlaczego, że mówił, że łatwo wybacza, więc o co chodzi, spytałem, czy chodzi o wakacje, że mówił, że jest odważny, czy się mnie boi i aby pokazał odwagę, mówiąc mi, czemu nie chcę rozmawiać. I nic. Z jednej ze stron dowiedziałem się, że możliwe, iż ma on zaburzenie borderline'a [mógł zerwać kontakt, gdy się zdenerwował - bo osoby z tym tak robią - lub - co też wyczytałem - taka osoba... czasami może zerwać kontakt, gdy kogoś lubi, gdyż boi się, że będzie bardzo cierpiała, jeśli to ona zostanie wystawiona] i powinienem mu powiedzieć, co czułem, gdy mnie zablokował. Napisałem to przyjacielowi [SMS, email oraz na stronę, gdzie się poznaliśmy]: "Cześć, wciąż jesteś zły? Byłem smutny, kiedy mnie zablokowałeś. Myślałem, że mem, który ci wysłałem, będzie śmieszny, zraniłem cię, ta? Byłem szczęśliwy, kiedy zaufałeś mi i powiedziałeś mi o /tu imię dziewczyny, która mu się podobała/, kiedy pokazałeś mi swoje piosenki, kiedy napisałeś do mnie, gdy nie mogłeś pisać nad morzem i chciałeś się ze mną spotkać. Kiedy mnie zablokowałeś, byłem smutny, bo straciłem przyjaciela, którego chcę odzyskać. Mam ponad 20 przyjacieli korespondencyjnych, ale ciebie lubiłem najbardziej. Mógłbym cię prosić o odpowiedź?" Odczytał on dzisiaj moją wiadomość [prawdopodobnie ok. godziny temu, bo wtedy nastąpiło jego ostatnie logowanie na tamtą stronę. Co powinienem teraz robić? Czekać ileś? Sądzicie, że nie odpowiada ze wstydu? Jakiś czas wrócił on na tamtą stronę i odczytał moją starą wiadomość do niego, zatem to chyba nie będzie tak, że mnie nie chce znać. Czy może miech minię około tydzień od tamtego momentu, napiszę do niego, powiem, że chcę zapomnieć o tamtym, co się zdarzyło, powiem mu, że jeśli naprawdę jest przyjacielem, niech ze mną piszę {coś takiego}, dopóki jeszcze chcę się z nim przyjaźnić, i rozpocznę pisanie na jakiś temat [prawdopodobnie zacznę mówić o grze]. Co o tym sądzicie?
  15. Witam, mam 24 lata, nigdy wczesniej z nikim nie podejmowałam tego trudnego dla mnie tematu. Mam wrażenie że z wiekiem jest coraz gorzej, odczuwam wiekszy żal, rozgoryczenie, nienawiść... ale zacznę od początku Pochodzę z biednej rodziny, nie przelewało nam się nigdy, nie miałam zabawek, swojego pokoju, łazienki w domu, pienidzey na wycieczki szkolne itd.. piszę o tym bo pomimo tego moja mama, która oddała by wszystko mnie i mojej siostrze zawsze próbowała dać nam wszystko co mogła. Ona sama pochodzi z jeszcze biedniejszej rodziny, matka - moja babcia wydaje się oderwana od rzeczywistości, nieczuła, mało inteligenta, ojciec mojej mamy - alkoholik, ale mimo wszystko jak mama o nim opowiada mam wrazenie, że nie był złym człowiekiem. Mama przeszła dużo w dzieciństwie, mieszkała u ciotki przez jakiś czas, poźniej po jej śmierci trafiła do sierocińca pomimo tego, że jej rodzice byli zdolni się nią zająć, jedynie problemem było to że przebywala wtedy na drugim koncu Polski... Wiele rzeczy smutnych, łamiących serce słyszałam od mojej mamy, zresztą pisząc to nie mogę powstrzymać płaczu. Moja mama zaszła ze mną w ciążę w wieku 20 lat, takie były czasy, że ludzie jak było dziecko to brali ślub i już. Ona dodatkowo nie miała perspektyw, szkoły, oparcia u rodziców. Dlatego myśle że związała się z moim ojcem, który od początku nie był ideałem. On pochodził z w miarę usytuowanej rodziny, moze myslala że jakoś to będzie, że będzie szczesliwa i da swojemu dziecku to czego nie miała. Dwa lata pożniej urodziła się moja siostra. Od kiedy pamietam ojciec lubił wypić, lata dzieciństwa pamietam jak przez mgłe, jednak te złe rzeczy jakby były wczoraj. Mama zawsze próbowała nas ochronić przed nim, ale nie zawsze się dało, my też widziałyśmy swoje. Ojciec nie kocha nikogo oprócz siebie, tak było od zawsze, jednak z wiekiem doszłam dopiero do tego wniosku. Nie okazywał żadnych uczuć, empatii, czegokolwiek. Mama wiele razy przez niego płakała, psychicznie potrafił zniszczyć każdego. Na co dzień cichy, niemiły,oschły, a przy tym przekonany o swojej zajebistości, o tym, że mu się wszystko należy, że mama to jego służąca, a my z siostrą mu przeszkadzamy bo dużo "kosztujemy". Dlatego tez mama chowała pieniądze i kupowała nam różne rzeczy w tajemnicy. Po wypiciu agresywny, dokuczliwy, męczący, nigdy mnie i siostry nie uderzył - z resztą myśle, że byśmy się nie dały, ale co do mamy to mam wrażenie że nie o wszystkim wiem. Zdarzyło się że interweniowała u nas policja, mamy niebieską kartę. Pomimo tego znecał się psychicznie, zazwyczaj po wypiciu "otwierał się" chciał rozmawiać, pytał o różne rzeczy ale to doprowadzało nas do szału, a tym samym jego kiedy nie chciałyśmy rozmawiać. Potrafił jeden temat wałkować kilka razy. Cała nasza czwórka, w ciasnym domku, z jednym pokojem i kuchnią i pijanym ojcem - sytuacja nie do zniesienia. On do kuchni - my do pokoju i tak cały czas. On nie jest pijakiem, który pije w ciągu, do nieprzytomności codziennie. Tak upija się raz na jakiś czas, a codziennie 3-4 piwa i jakieś małe butelki wódki co sprawia że jest podpity i najbardziej męczący. Pijany idzie po prostu spać. Ostatnio mama opowiedziała mi coś, co mnie tak uderzyło, że nie potrafię przestać o tym myślec. Jak miałyśmy z siostrą około 10lat, pewnego dnia się upił. Mama miała w portfelu ostatnie 10zł na chleb i pasztet dla nas. On pijany przyszedł do niej, chciał zabrać te pieniądze na wódke, Mama powiedziała że ich nie da. Wtedy wyjął je sam z portfela i wsadził jej do buzi z całej siły. Nie moge tego przeżyć, jak mógł coś takiego zrobić. Takich sytuacji było wiele.. Jednak to nie jego pijanstwo mnie tak bardzo boli, są pijacy ale bedacy dobrymi ludzmi. On taki nie jest. To tyran, uosobienie diabła - inaczej nie potrafię tego nazwać chociaż przez niego przestałam wierzyć, że istnieje Bóg. Gdyby istniał zabrał by go z tej ziemi. Ojciec z wiekiem jest coraz gorszy, bardziej zgorzkniały, nieszanujący nikogo. Ja i moja siostra wyprowadziłyśmy się z domu zaraz po gimnazjum - wybrałyśmy szkoły z internatem, Myśle że powod tych decyzji jest oczywisty. Boli mnie jego myślenie jedynie o sobie, przez 5 lat moich studiow ani razu do mnie nie zadzwonił, nie spytał czy mam co jesc, a do mamy gadał jak to dużo z siostrą kosztujemy i najlepiej żebyśmy nie konczyły studiów tylko poszły do pracy. Liczą się tylko pieniądze, których przez swoje pijanstwo i nieumiejętność zarobku nie potrafi utrzymać przy sobie. Obydwie utrzymywałyśmy się SAME - bez jego pomocy, a on jest przekonany o tym jak dużo nam dał. Teraz obydwie pracujemy, utrzymujemy się same. Ja już skonczyłam studia, siostrze został rok. Ojciec chyba nigdy ze mna nie porozmawiał, pomijajac próby jak był pijany. Nigdy nie okazał mi i mojej siostrze wsparcia, nigdy nie powiedział dobrego słowa. A obydwie na to zasługujemy - stypednia naukowe, dobre studia, żadnych problemów wychowawczych. Pogodziłam się z tym, chyba. Nie czuję do niego wybitnej więzi, nie odczuwam braku ojca na co dzien, ba wolę żeby nie istniał. Wtedy byłoby prościej, mniej boleśnie. To ile bólu mi, siostrze, mojej mamie wyrządził, brak słów, opowieść na długą książkę. Z czasem zaczełam go nienawidzić czyli jednak musiałam go kochac kiedyś. Nie da się nienawidzić osoby która jest nam obojętna, prawda? Mam ogromny żal, myśle nawet, że jak mu to powiem on to odbierze jak zwykle - upije się, zrobi awanture, bedize jezdził pijany smaochpdem, dokuczał, męczył psychicznie, trzaskał drzwiami i rzucał przedmiotami... Najgorsze jest to że teraz ja jestem na drugim koncu Polski, siostra też, a mama została z nim sama. Na małej wsi, bez prawa jazdy, samotna, "zmuszona" do zycia z czlowiekiem ktorego nienawidzi. Myśle że on ją na tyle zniszczył że ona myśli że nie należy jej się inne życie. I ja to po częsci rozumiem - ona nigdy nie miała wsparcia w swojej rodzinie, ma podstawowe wykształcenie, pracuje jako rolnik w niewielkim gospodarstwie od ponad 20 lat. Tyle złego w życiu przeżyła że przestała wierzyć że może być kiedyś szcześliwa. Bardzo ją z siostrą kochamy, naprawdę nie potrafie wyrazić mojej wdzieczności do niej, zasluguje na wszystko co najlepsze. Chcemy jej jakoś pomóc, może wyrwać ja z tej dziury, żeby odeszła od ojca. Tetaz nic jej tam nie trzyma, my jesteśmy "odchowane". Ale problem jest w tym, że ona jeżeli odejdzie musi się mieć z czego utrzymać. My możemy ją wesprzeć ale nie na tyle żeby opłacić wszystko. Chcemy jej jakoś pomóc znależć pracę w mieście gdzie mieszka siostra - ja pracuje w delegacji, częśto sie przeprowadzam. Problem jest w tym że ona całe życie pracowała na wsi, nie ma żadnego doświadczenia. Zaczyna mieć też problemy ze zdrowiem. Cale zycie bardzo dużo pracowała, dźwigała bo przecież ojciec wolał w tym czasie strzelić sobie drzemkę albo był zmeczony, a dzieci trzeba bylo jakoś utrzymać. Nie wiemy co zrobić. Ona z jednej storny nie chce już tak żyć, a z drugiej nie wierzy w siebie, w to że jej się uda. Żal jej zostawiać wszystko to na co pracowała, chociaż jest tego niewiele. Wstyd się przyznać, ale życzę ojcu śmierci. Odetchnełabym z ulgą, teraz zyję w ciągłym niepokoju. W najgorszych myślach opracowuję plan zabójstwa ojca. Martwię sie o mamę, wiem że sobie kiedyś nie wybaczę jeżeli nic nie zrobię. Dodatkowo zauważam że to trudne dzieciństwo i problemy w domu teraz ze mnie wychodzą. Myślałam że jestem twarda, ale tak nie jest. Czuje się niepewna siebie, cały czas z tyłu głowy mam to że pochodzę z patologicznej rodziny. Teraz mam wspanialego chlopaka, myśle że to ten jedyny. Jak poznałam jego rodziców bardzo mnie uderzyła rzwczywistość. Oni są normalni, rozmawiaja, spedzaja razem czas. Jego ojciec jest super, widać że kocha matkę i dzieci. Tak sobie nieraz mysle, jak to bedzie jak nasi rodzice się spotkają. Mój chłopak wie o mojej sytuacji, nie chciałam nic uktrywać, z resztą przekonał się już sam na własne oczy. Wstydze się, co oni sobie pomyslą, jak bardzo mama bedzie zawstydzona ojcem i biedą jaka jest u nas w domu. Lubie też wpędzać się w poczucie winy, kiedy miło spędzam czas, smieje się, jestem szczesliwa, a w domu siedzi mama, samotna, smutna. Powinnam być przy niej, a z drugiej sttrony chce miec wlasne zycie Przepraszam za chaotycznośc, ale pisze pod wpływem emocji. Jeżeli jest ktoś kto może mi pomóc, to proszę o odpowiedź. Nie wiem czy moja sytacjia tak naprawdę kwalifikuje się do pomocy psychologa. Bardziej zależy mi na pomocy mamie, jak ją uwolnić?
  16. Mam 29 lat. Jestem żonaty od 3 lat, ale nasz związek trwa już 12 lat. Mieszkamy ze sobą przynajmniej od 6 lat. Jak łatwo policzyć związek zaczął się jeszcze w liceum, gdzie nie do końca jest się dojrzałym człowiekiem. Od pół roku w mojej głowie panuje ogromne zamieszanie. Nie mogę przestać myśleć o swojej znajomej z pracy. Kiedy cokolwiek "robię" z Żoną, wyobrażam sobie jakby to było ze Znajomą (nie chcę tutaj podawać imienia - niech zostanie Znajoma). Nic pomiędzy Nami nie ma- dopóki nie odejdę od Żony chce być wobec Niej lojalny. Nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na inne kobiety, ale od jakiegoś czasu zaczęło mnie drażnić zachowanie mojej Żony. Aktualnie nie potrafię odpowiedzieć sobie czy ją kocham. Zresztą gdy patrzę z perspektywy czasu nigdy nie potrafiłem odpowiedzieć ani Jej, ani sobie na to pytanie. Nikt nie jest idealny, (ja również), Żona nie jest w moim typie jeżeli chodzi o wygląd - ale całe życie powtarzano mi, że przecież nie to jest najważniejsze (teraz wiem, że jednak trochę ważne jest). Nie potrafię wymienić Jej zalet jeżeli chodzi o charakter. Zdecydowanie łatwiej wymienić mi wady. Wstyd przyznać, ale dla mnie największym Jej atutem było to, że ma bogatych rodziców. Ja nigdy nie miałem nic, więc była to dla mnie szansa i to przysłaniało mi przez całe życie Jej wady. Teraz, gdy już (przynajmniej tak mi się wydaje) trochę dojrzałem, zacząłem mieć inne potrzeby jak tylko bezpieczeństwo finansowe i święty spokój - Żona miała/ma jeszcze jedną zaletę (jak jeszcze mi się kiedyś wydawało, że to zaleta) - niewiele mówi, jest zamkniętą w sobie introwertyczką. Dodatkowo ma sporo kompleksów z powodu swojego wyglądu. Czasami siedzimy cały weekend przed TV, bo ona coś by chciała robić, ale wszelkie moje propozycje rozrywek odrzuca. Po przeprowadzce do innego miasta odizolowałem się od swoich przyjaciół, ponieważ Żona jest dodatkowo chorobliwe zazdrosna (nie tylko o kobiety.. WTF?!). Wszędzie snuje jakieś podejrzenia, a nigdy nie miała do tego powodów - 99% wolnego czasu spędzam z Nią. Nigdzie nie wychodzę z domu poza pracą. Aktualnie nie utrzymuję żadnego kontaktu ze znajomymi poza ludźmi z pracy. Ona również z nikim się nie przyjaźni. Czuję się odludkiem. Zawsze mówiliśmy sobie, że nie chcemy mieć dzieci, jednak powoli dojrzewa w Nas ta decyzja, ale... Mamy psa i niestety moja Żona jest bardzo wybuchowa (czasami nie panuje nad swoimi zachowaniami) jeżeli pies zrobi coś inaczej niż Ona chce - a chce być we wszystkim perfekcyjna i idealna. Ludzie mówią, że to dobry test przed podjęciem decyzji o dziecku - ja na ten moment czuję, że Ona nie nadaje się do wychowywania dzieci. Gdy zauważyła, że coś się ze mną dzieje, pewnego wieczoru rozpoczęliśmy tę trudną rozmowę - powiedziałem Jej o tym, że nie jestem pewien swoich uczuć, o niepewności co do dziecka itp. Nie mówiłem nic o Znajomej. Niestety rozpłakała się, wpadła w histerię, groziła, ze "coś" sobie zrobi, a ja nie miałem na tyle odwagi, żeby wyjść ze spakowaną torbą i nie wracać. Czułem, że bardzo Ją skrzywdzę i po długiej rozmowie stwierdziłem, że spróbujemy to naprawić. Od tej rozmowy minęły 3 miesiące. Widzę, ze Ona się stara, ja też próbuje, ale ciągle w głowie siedzi Znajoma.. Gdy tylko mam "zgrzyt" z Żoną próbuję to sobie zrekompensować wydawaniem pieniędzy i spełnianiem swoich "marzeń" - sprzęt hi-fi, lepsze auto, motocykl, aktualnie mam trochę kredytów na głowie + hipoteka. Żona o niczym nie wie poza hipoteką - mamy osobne konta, zarabiam całkiem nieźle po różnych awansach, więc myśli, że tyle zaoszczędziłem, żeby sobie na to wszystko pozwolić. Znajomej nigdy nie powiedziałem o swoich uczuciach. Czasami tylko rozmawiam z Nią o problemach z Żoną, bo zauważyła, że coś jest między nami nie tak. Ona jest sama, dogaduje się z Nią bez słów, jest bardzo atrakcyjną kobietą, mogę z Nią rozmawiać o wszystkim. Znamy się od 3 lat. Przejawia jakieś drobne zainteresowanie moją osobą, ale fakt, że jestem żonaty na pewno hamuje ją przed okazaniem uczuć - ostatnio nawet rozmawialiśmy o związkach i zapytałem ją czy kogoś szuka, a ona na to, że "ciężko kogoś sensownego znaleźć, a Ty już jesteś zajęty (śmiech)" po czym w dalszej rozmowie powiedziała, że nie okazuje na zewnątrz swoich uczuć. Wiem, że trochę się rozpisałem za co przepraszam. Jak wyjść z tej życiowej zagadki ? Czy dalej mam oszukiwać siebie i Żonę, że coś do Niej czuje i że to Ona jest kobietą mojego życia ? Czy nie będzie to dla niej większa krzywda niż odejście od Niej ?
  17. Pospolite facebookowe mądrości głoszą różne definicje miłości. Można je streścić w paru słowach: och i ach. Każdy ma jednak własną. Dla manipulanta czy manipulantki miłość to przynęta. Kiedy już ktoś złapie się na haczyk, szybciutko niczym rybka trafia na ruszt i jest grillowany. Wysysa się z niego to, co najlepsze, a potem zastępuje kimś świeższym, bogatszym lub z uwagi na urodę bardziej nadającym się do chwalenia nim w mediach społecznościowych. Dlatego miłość własna musi poprzedzać miłość do drugiego człowieka. Inaczej raz za razem będzie trafiało się na hak. Zobacz ten wpis na Facebook. CIEKAWOSTKA: Męski blog Refleksje mężczyzny prowadzi psycholog online, psychoterapeuta przez Skype.
  18. Mam 23 a mój problem zaczął się chyba od samego początku związku. Mojego byłego partnera poznałam 4 lata temu, na początku nie chcieliśmy być razem głównie przez to, że on jest ode mnie starszy o 14 lat jednak wyszło jak wyszło, zamieszkałam u niego i staliśmy się parą. Od samego początku wiedziałam jakie ma problemy- córka z poprzedniego związku z która nie miał kontaktu, masa długów przez głupotę, żal po śmierci matki. ale największym jego problemem był alkohol. Bardzo dużo pił ale nie był nigdy agresywny, wprost przeciwnie- dusza towarzystwa. Możliwe że właśnie przez to że nie był agresywny to nie widziała większego problemu w tym że pije, z resztą piłam i bawiłam się razem z nim, ale gdy minął może rok, coś zaczęło się psuć. Z zabawnego faceta zrobił się marudny, czepliwy i awanturniczy facet. Nawet na zwykłej domówce bez powodu wszczynał awanturę. Doszło do tego że straciliśmy większość znajomych, a ja dalej szłam za nim myśląc że w końcu się ogarnie. Potem wyjechał za granice do pracy i było jeszcze gorzej. Zaczęło się wyzywanie od ku*ew, że mu rogi doprawiam, że on ciężko zap*erdala a ja nic nie robię tylko na pewno chłopów do domu sprowadzam. Oczywiście wszystko to było nie prawdą, ale on przynajmniej miał wymyślony powód żeby pić. Było bardzo dużo dziwnych i złych historii z alkoholem w roli głównej w każdym bądź razie dla świętego spokoju, rzuciłam wszystko w Polsce i wyjechałam za nim aby być tam na miejscu, by pokazać ze go kocham i nie zdradzam. Awantury dalej były z często wymyślonych powodów. Kiedy trzeźwiał to pierwszy dzień miał na mnie focha a po dwóch trzech dniach przepraszał i na moment było ok. przez dłuugi czas myślałam nad rozstaniem ale "przecież on obiecał że już nie będzie...." jednak ostatecznie skończyłam nasz związek po tym jak po raz kolejny się upił i pierwszy raz, przy kłótni mnie uderzył (nigdy wcześniej tego nie zrobił). Uderzył mnie w twarz i chyba sam siebie zaskoczył tą reakcją bo przeprosił. Ja jednak nie chciałam słuchać i on pod wpływem tych wszystkich emocji (i chyba 3 litrów wódki w sobie) skoczył z mostu. (10 metrów w dół). Na szczęście skończyło się to tylko wybitym barkiem i siniakami. Może sobie ktoś pomyśleć ze jestem bez serca, ale było to dwa dni przed urlopem, gdzie musiałam wrócić do Polski pozałatwiać ważne sprawy,więc zawiozłam mu do szpitala rzeczy oraz klucze do mieszkania i wyjechałam na dwa tygodnie. Bardzo cierpiałam a on był coraz gorszy i dalej pił. Gdy wróciłam z urlopu, emocje opadły więc pozwoliłam mu jeszcze miesiąc ze mną mieszkać ale po miesiącu wyprowadził się piętro wyżej. I TO BYŁ KOSZMAR, w 10 min potrafił zmienić błagania i rozpacz w furię nienawiści. Sprawdzał moje wiadomości, z kim piszę do kogo piszę itd. jeśli jakiś kolega do mnie napisał czy zadzwonił (z pracy, czy ze szkoły) to dzwonił do niego z groźbami ze go zabije za to że uprawia ze mną sex (co nie było prawdą). Ostatecznie wiedziałam że nie ma to wszystko sensu, wzięłam wolne i pojechałam do Polski aby zabrać z jego mieszkania wszystkie swoje rzeczy. wróciłam, oddałam mu klucze od mieszkania w Polsce i powiedziałam, że to już ostatecznie koniec bo tyle szans mu dawałam a on wszystkie zmarnował, a w nim coś pękło... w pierwszej chwili trzasnął drzwiami, bałam się bo byłam pewna że poszedł pić i nie wiedziałam co wymyśli, jednak postanowiłam być twarda i nie iść za nim. Po tygodniu przyszedł do mnie porozmawiać ale nie potrafił zrozumieć że to picie go tak niszczy, dopiero po miesiącu poszedł do psychiatry i chyba dotarło. Aktualnie nie pije już pół roku. Widzimy się (bo dalej mieszka nade mną), rozmawiamy, widzę że się stara, że chce wrócić. I ja go nadal kocham ale boję się że ten spokój pryśnie.. co mam zrobić? dać kolejny kredyt zaufania? boje się reakcji moich rodziców, znajomych. Każdy zna go z tej złej strony, ale ja znam też i tą dobrą bo nie zawsze był zły, bardziej zagubiony ale każdy kiedyś błądzi. nie wiem co zrobić. Nie wiem też czy sama nie powinnam iść do psychiatry po poradę dlatego też zaczynam najpierw tutaj. Dodam, że aktualnie jestem w sytuacji gdzie chce zmienić pracę, jeżeli wrócimy do siebie to zostanę za granicą a jeżeli nie to wrócę do domu rodziców w Polsce którego nie lubię.
  19. Dzień dobry, postanowiłam zwrócić się o pomoc w kwestii związanej z moimi kompulsywnymi zachowaniami, które pojawiają się u mnie okresowo już od dzieciństwa. Mam 34 lata i od 12 lat jestem w udanym związku małżeńskim, wychowujemy siedmioletnią córkę. Pochodzę z rodziny w której niestety wciąż panowały awantury, agresja fizyczna, słowna, emocjonalna. Bardzo często byłam bita, wyzywana i zaniedbywana. W wieku 19 lat zachorowałam na chorobę Gravesa Basedowa, która diametralnie zmieniła mój wygląd, stan mojego zdrowia wymagał pobytu w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Jedyną osobą, która mnie odwiedzała był mój ówczesny chłopak a obecny mąż. Po powrocie do domu rodzinnego byłam wypraszana z pokoju ze względu na tzw. odrażający wygląd. Usamodzielniłam się w wieku 22 lat, mimo sprzeciwu rodziców. Po kilku latach przeszłam dwie radioterapie. Moi rodzice nawet przez chwilę nie zainteresowali się moim stanem, nigdy też nie interesowali się moją córką. W ostatnich latach widywali ją tylko wtedy, gdy z nią do nich przyjeżdżałam, jednak nawet w takich chwilach prawie nie z nią nie rozmawiali, nie zabrali na spacer czy lody. We wrześniu zeszłego roku zerwałam z nimi kontakt. Rok wcześniej moja mama zachorowała na urosepsę, po wyjściu ze szpitala przestała wstawać z łóżka, dlatego postanowiłam jej doraźnie pomagać poprzez załatwianie wizyt domowych lekarza rodzinnego, kupno materaca antyodleżynowego, załatwianie różnorakich sprawunków, częste wizyty, zabiegi pielęgnacyjne, nauczyłam się podawać zastrzyki, leki, kąpać osobę głównie leżącą, zmieniać pieluchy itp. Niestety moja sytuacja zawodowa chwilowo się pogorszyła rok temu i nie byłam już w stanie tak często pomagać, bez uprzedzenia zostałam poinformowana o tym, że mama na bliżej nieokreślony czas zostanie pozbawiona opieki ojca. Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam się tak głęboko dotknięta instrumentalnym sposobem traktowania mojej pomocy, że po prostu trzasnęłam drzwiami i zerwałam kontakt z rodziną. Wkrótce potem usłyszałam od mojej matki telefonicznie, że jestem niewdzięczna. Mój tata nazwał mnie nikim, ponieważ pomimo uzyskania wyższego wykształcenia wykonuję obecnie pracę fizyczną. Muszę ją wykonywać, bo zapewnia mi elastyczny czas pracy a poza mężem nie mogę liczyć na niczyją pomoc w opiece nad córką. Sporadycznie pomagają jedynie przyjaciele. Ponadto zostałam też pominięta w testamencie ojca. Czuję się zdruzgotana tą sytuacją. Targa mną jakiś niepokój, Dobija mnie myśl, że porzuciłam schorowanych rodziców a z drugiej strony czuję się winna, że mimo to odczuwam też ulgę z powodu nagłego przerwania relacji. Mój problem objawia się poprzez samookaleczanie a konkretnie rozdrapywanie różnych miejsc na ciele i nie pozwalanie na ich zagojenie. Podobne objawy pojawiały się już u mnie w dzieciństwie, jednak z czasem mijały. Czy mogą Państwo doradzić mi jak mam uspokoić swoje myśli i przestać się ciągle obwiniać. Bym mogła przestać ciągle się ranić?
  20. Witam, mam problem z moim mężczyzną (chyba już nawet byłym), mianowicie ostatnio kompletnie nie ma dla mnie czasu. Dochodzi do tego, że pisze mi jeden/dwa smsy na dzień, przy czym raczej w każdym pisze, że jest bardzo zajęty i odezwie się później. Pewnie wiele razy to słyszeliście, ale on nigdy taki nie był.. Jest to mężczyzna bardzo zraniony w przeszłości. Od początku znajomości powiedział mi, że nie potrafi okazywać uczuć. Nigdy nie usłyszałam od niego, że mnie kocha. Ale byłam szczęśliwa, bo bardzo mi tą miłość okazywał. Były drobne kłótnie, ale zawsze się godziliśmy. A teraz.. czuję się jak śmieć, wyrzucony bo niepotrzebny. Nic go już nie interesuje, nie opowiada mi też o swoim życiu. Widujemy się (albo widywaliśmy do niedawna) raz w tygodniu. Jest maszynistą, ma różne zmiany, ale poza tym mieszka z rodzicami (tak jak ja), nie ma zbyt wiele do robienia.. bardzo chciałabym razem zamieszkać, żeby choć w ten sposób go mieć, ale wciąż nam nie po drodze. Od przyjaciół słyszę tylko "olej faceta. nie jest ciebie wart". Ale kto zakochany tego nie zna? Będzie mi bardzo miło, jeśli ktoś przeczyta i mi doradzi.
  21. Mam 26 lat i jestem kobietą, coś we mnie ostatnio pękło jak dziecko mlaskało mając palce w ustch. Mój partner rok temu w złości na mnie pomimo moich próśb powrócił do obgryzania paznokci aby mi dokuczyć i robił to przy mnie specjalnie. Ja nigdy nie znosiłam mlaskania i obgryzania, ale teraz wywołują u mnie agresję i to. Jak sobie z tym poradzić? Dziecko nie przestanie mlaskać, a nie mogę wytrzymać dźwięku, jak i widoku. Proszę o pomoc.
  22. Czy to ja jestem jakaś nienormalna? W moim małżeństwie od dłuższego czasu było źle. Kłótnie, brak rozmów, brak pomocy, zrozumienia, brak seksu, czułości, zaufania. Mój mąż wielokrotnie powiedzial mi, że dla niego konsola jest ważniejsza. Mówi, że on będzie grał i grał i grał, aż zdechnie przed tv. Nie chce dzieci. To, że gotuje, sprzątam i znoszę jego manię grania, to nie jest z mojej strony poświęcenie (tak usłyszałam). Ale jeszcze dwa dni temu słyszałam od niego, że mnie kocha. Jeszcze mnie przytulił. A dzisiaj? Po zrobieniu obiadu, wspólnych żartach i po jego słowach: "Myszko, ale pyszny obiad, dziękuję".... usłyszałam: "wyprowadzam sie", "Nie pasujemy do siebie", "Nie jestem szczęśliwy", "to jest koniec". Nie rozumiem tego, jak 9 lat związku, może tak po prostu zostać zakończone bez nawet jednej łzy z jego strony. Wręcz on się uśmiechał, grał jak gdyby nic się nie stało... powiedział mi tylko, że zostawi mi wszystko. On zabiera tylko samochód, bo ja nie mam prawka i jego konsolę, bo bez niej nie może żyć. Tak wylewam łzy od kilku godzin i myślę sobie, że wolała bym gdyby mnie zdradził. Bo wtedy miała bym podobną wartość... CZŁOWIECZĄ. Ale, żeby moja miłość, odrzuciła mnie dla kawałka plastiku... dla rzeczy wartej parę stów. Ogólnie być... nikim, przy jakimś durnym PS?? 9 lat związku, w tym 2 małżeństwa... zakończyć z dnia na dzień... Bo proszę go by spędził ze mną czas... On sam powiedział, że on się już z nikim nie zwiąże... Bo dla niego ważniejsze są gry. Jestem załamana. Czuje się gorsza od śmiecia. Moja największa miłość... cześć mojego życia... woli konsolę, ode mnie.. A może to ja jestem taka beznadziejna?
  23. Jestem 28 letnią kobietą pochodzącą z toksycznego domu. Rodzice rozwiedli się po 25 latach udręki. Sama korzystając z życiowej okazji zamieszkałam w internacie będąc nastolatką-wyrwanie z tego bagna naprawdę uratowało mi życie. Zostawiłam tam kilkuletniego brata i mamę, która wiele lat dobrem dzieci tłumaczyła wszelkie upokorzenia ze strony ojca. Rozwód odbył się w atmosferze "ugody", żeby zamknąć sprawę na I rozprawie. Jak do tego doszło? Na rok wcześniej mama uciekła za granicę. Uciekła z powodu pobicia (dla smaku nadmienię, że było to w dniu powrotu z pielgrzymki). Podczas odwiedzin ojca, który przyjechał przed samym jej powrotem do domu, okazało się że pojawił się w jej życiu jakiś pan. Ojciec wyrzucił ją z domu za granicą, więc owy pan dobrodusznie zaoferował jej możliwość pomieszkania na kilka dni u siebie przed powrotem do domu. Jak już wspomniałam, rozwód odbył się na pierwszej rozprawie w ciągu kilku miesięcy od powrotu do domu. Zaraz po tym mama ponownie wyjechała za granicę i do dzisiaj mieszka u niego. Odwiedziłam ją po latach i co się okazało? Z jednego dziadowskiego toksycznego związku wpakowała się w kolejny koszmar. Na czym polega mój problem? Moja psychika nie może znieść myśli, że moja mama po ćwierćwieczu upokorzeń, z zerowym poczuciem własnej wartości wpakowała się w kolejny bardzo źle rokujący związek. Podczas odwiedzin pan cenzurował nasze rozmowy, przyznał sobie prawo decydowania o tym, o czym córka z mamą mają prawo rozmawiać, a o czym nie. Przerywał każdą próbę rzeczowej rozmowy. Mojego męża za to, że walczył ze mną o prawo do prywatności z mamą, zwyzywał od najgorszych i nie podejmował żadnej próby racjonalnej rozmowy. Później unikał nas, jednocześnie terroryzując mamę cichymi dniami żeby z nami nie podejmowała żadnej interakcji poza niezbędnym minimum. Od tych odwiedzin moja głowa nie daje mi spokoju. Zadręczam się myślami, że muszę wreszcie coś z tym zrobić. Właściwie to od dzieciństwa mamę pytałam, dlaczego znosi upokorzenia w domu. Czemu nie odejdzie? Dzisiaj zadaję jej to samo pytanie-bez odpowiedzi. Postawiłam warunek: Idziesz na terapię do psychologa, albo zrywamy kontakt. Nie chcę mieć z nią wyniszczającej relacji, bo serce mi pęka, że u niej dzieje się tak źle. Czuję się przytłoczona tą sytuacją, że nie umiem pozbierać się, żeby zrobić coś konstruktywnego. Ciągle myślę o niej. Postawiłam ultimatum dla pewności, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby jej pomóc. Od 20 lat mówię, że powinna iść do psychologa i nie chcę z tym czekać aż do jej pogrzebu. Mam wrażenie, że żadna siła jej nie zmusi, jeśli to nie będzie twarde postawienie sprawy. Mogę nawet za to zapłacić, bo obie cierpimy-ja z samego patrzenia. Nie chcę kolejne lata zamartwiać się, że ona się wykańcza. Popadła w pracoholizm...Pracuje zarobkowo po 100h/tyg. Tak, to możliwe. Nie robi nic innego i sama przyznaje, że nie chce myśleć-to ucieczka. Czy takie ultimatum ma sens? Jak jej pomóc? Każda rozmowa telefoniczna przebiega w jego towarzystwie, słyszę jak dyktuje jej co ma odpowiadać. Jest totalnie kontrolowana i mam wrażenie, że nie chce sobie pomóc. Postawiłam sprawę na szali. Czy to dobra decyzja? Co mogę zrobić, żeby uwolnić się od bólu jaki wiąże się z rodzicami? Ciągle to się we mnie tli. Z ojcem zerwałam kontakt, więc nie chcę powtarzać tego z mamą, ale nie zniosę myśli, że dalej jest poniewierana. Po tylu latach tylko terapia może jej pomóc, o ile zechce się wyrwać spod kontroli. Czy ultimatum może pomóc? Dziękuję za pomoc.
  24. Dzień dobry Jestem już skrajnie zdesperowany, ale muszę gdzieś podzielić się tym co przeżywam. Dzielę się z Wami, bo nie mam z kim. Nawet nie wiem czy ktokolwiek to przeczyta, ale tak czy siak myślę że potrzebne jest mi takie uzewnętrznienie. Mam 24 lata. 556 znajomych na facebooku i żadnych przyjaciół w życiu. Po prostu nikogo, nie mam się do kogo odezwać. Właśnie ostatnio to do mnie dotarło. Nie wiem jak pokierowałem swoim życiem, że doszedłem do takiego punktu w swoim życiu, że mamy czerwiec, przepiękną pogodę za oknem, a ja siedzę "sparaliżowany" w łóżku i po prostu płaczę z bezsilności. Jestem dużo bardziej delikatny i emocjonalny niż powinienem. W listopadzie poznałem wspaniałą dziewczynę. Od razu uderzyło mnie silne zauroczenie i najpiękniejsze było w tym wszystkim, że ona też to czuła. Nigdy żadna kobieta nie okazała mi takiego zainteresowania. To doprowadziło mnie do pozytywnego szaleństwa, wkręciłem się w tę relację bardzo mocno. Na tyle, że po dwóch miesiącach ona miała mnie już dość i rozstała się ze mną. Uczyniłem ją głównym celem w swoim życiu, osaczyłem ją i sprawiłem, że całe uczucie szybko z niej wyparowało. Teraz mijają już cztery miesiące od rozstania, a ja cały czas o niej myślę. Po rozstaniu zaproponowała mi przyjaźń. I w sumie zgodziłem się, bo bardzo ją lubię i pomimo tego co zaszło i tak świetnie się dogadujemy. I tak było, w pewnym momencie uznałem nawet, że "chyba się pogodziłem". Ale ostatnio zaczęła flirtować z innym facetem. Wiem o tym, bo pracujemy razem. To już dla mnie za wiele i złożyłem wypowiedzenie z pracy, która była jedyną rzeczą, która jakoś mnie ostatnio trzymała przy życiu. Nie mogę oglądać tej "zakochanej pary" na codzień. I wpędza mnie w kompleksy, że ten gość który o nią zabiega jest ode mnie 5 lat młodszy, tak naprawdę jest jeszcze dzieckiem. I mimo to z łatwością zajął miejsce, za które ja oddałbym wszystko. To mi pokazuje jak bardzo "atrakcyjnym" facetem stałem się w jej oczach. Co zabawne - powiedziała mi kiedyś, że wpadłem jej oko, bo bardzo ją zainteresowałem swoją energią i pewnością siebie. Zabawne w kontekście tego postu, który właśnie piszę. Nie wiem jak to się stało, że była w stanie odnieść takie wrażenie. Ale przyznam, że po tym jak już zaczęliśmy się spotykać to istotnie - wpłynęło to bardzo pozytywnie na moją samoocenę. Ale teraz jestem dla niej tylko zapłakanym 24-letnim dzieciakiem, więc to nieważne. Tęsknię za nią i jestem jej wdzięczny, bo bardzo mi pomogła przez ten czas, w którym się znamy. Wcześniej przez kilka lat miałem problem z uzależnieniem od hazardu, ona pomogła mi z tego wyjść po prostu swoją obecnością. Poczułem, że jest ktoś dzięki komu wszystko nabiera sensu i dla kogo warto się w końcu ogarnąć. To jest bardzo dobra i ciepła dziewczyna, może dlatego tak mi szkoda, że "nas" już nie ma. Na szczęście pomimo tego, że nie jesteśmy razem, ja dalej nie gram. Jedna dobra wiadomość w tym wszystkim. Idąc dalej. Nie mam przyjaciół. Ba, nie mam za bardzo nawet znajomych. Jedyne moje życie towarzyskie to obecnie już bardzo rzadkie spotkania z moją ex bądź też ewentualnie jakieś spontaniczne wyjścia "na piwo" ze znajomymi z pracy, ale nie odpowiada mi to towarzystwo, bo oni piją, żeby się upić. Ogólnie wydaje mi się, że jestem osobą stosunkowo "łatwą w obsłudze". Co jest dla mnie trudne - to na pewno nawiązywanie kontaktów. Ale jak już ktoś zostanie moim znajomym to z łatwością potrafię rozmawiać. Z wyglądu też nie mam za bardzo nic sobie do zarzucenia. Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale taka jest prawda, nakreślam tylko swoją sytuację. Mimo wszystko nie potrafię nawiązywać długotrwałych relacji i ich utrzymywać. To doprowadza do momentu, kiedy jestem po prostu sam. Doprowadza do desperacji i tego, że "ogłaszam się" na instagramie w stylu "chce ktoś gdzieś wyjść?" lub zakładam konta na portalach randkowych tylko po prostu by z kimś pogadać. Ale ani tu ani tu nie ma odpowiedzi. Jeszcze kilka lat temu, mimo tego że moje życie było ogólnie było dnem z powodu uzależnienia i właściwie permanentnego braku pieniędzy to czułem się chyba lepiej. Miałem więcej energii. Teraz mam pieniądze, ale nie mam co z nimi zrobić. Nie mam gdzie wyjść. Miałem pasje, interesowałem się głównie sportem, ale byłem otwarty na wszelkie aktywności. Teraz albo pracuję, albo siedzę w domu w łóżku i nie mam ochoty po prostu robić nic. Nawet nie chce mi się siedzieć i oglądać filmów, seriali, żeby jakoś zapchać wolny czas. Tylko przeglądam internet bez żadnego sensu. Wiem, że to złe i nie chcę, ale nie mam wewnętrznej siły do tego, by się do czegokolwiek zebrać. Jedynym jasnym punktem w moim życiu ostatnio to był ten króciutki związek. Wtedy miałem po prostu 100 razy więcej energii. Dla i z J. mogłem i chciałem robić wszystko, miałem milion pomysłów. Teraz nie mam nic. Nie mogę pogodzić się z tym, że źle ulokowałem uczucia i że nam nie wyszło. To mnie chyba ostatecznie dobiło. Nie mam skończonych studiów (przez lata problemów z nałogiem ciężko było mi się na tym skupić), właśnie rzucam pracę, w której radzę sobie dobrze i mam perspektywy rozwoju, ale po prostu moje serce nie wytrzymuje tego co widzę tam obecnie. Wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem, jestem dobry dla ludzi - nie znoszę chamstwa i uważam, że za dużo tego w codziennym życiu. Życzę wszystkim jak najlepiej, unikam konfliktów, lubię się uśmiechać. Mam coś tam w głowie, w życiu nie określiłbym się jako "głupi". Ale mam też sporo wad - kompleksy, użalanie się, brak motywacji, brak życia towarzyskiego, brak tak naprawdę chęci do życia. Czuję, że to kim jestem teraz to nie jestem prawdziwy ja. Prawdziwy byłem, kiedy byłem z J., wtedy czułem się świetnie i byłem szczęśliwy. Chciałbym znaleźć tę energię sam z siebie, nie przez obecność jakiejś innej osoby. Mam cichą nadzieję, że wszystko kiedyś się ułoży i będę szczęśliwy, ale nie umiem, nie mam siły i pomysłu jak do tego dążyć. Najbardziej w tym wszystkim dobija mnie, że po prostu teraz nie mam w swoim życiu nikogo komu mogę o tym wszystkim powiedzieć i doprowadziło mnie to do momentu, w którym piszę ten post. No cóż, to wszystko. Troszkę mi lepiej. Pozdrawiam i życzę miłego wieczorku
  25. Cześć, chciałam tu podzielić się moim pewnym problemem. Mianowicie od pewnego czasu,około 6 miesiecy jestem w związku na odległość z mężczyzną poznanym na pewnym portalu randkowym.On mieszka we Włoszech a ja w Polsce. Jest dość nietypowa relacja ponieważ spotykamy się mniej więcej co miesiąc,spędzając ze sobą kilka dni. Jednak mój ukochany ,nie chce poznać mojej rodziny,ja również nie znam nikogo z jego rodziny i przyjaciół.Wiem o nim w sumie nie za wiele.Ze jest Francuzem,mieszka i pracuje we Włoszech,ma 35 lat,czyli jest ode mnie sporo starszy,bo ja mam 22. Tu pojawia się problem,ponieważ moja rodzina całkowicie nie akceptuje tej relacji.Do tej pory spotykaliśmy się w Polsce,ale on już od dawna nalega żebym go odwiedziła w Mediolanie. Moi rodzice są temu przeciwni,ponieważ twierdzą że za mało o nim wiem i nie powinnam lecieć do niego sama.Twierdza,że może mnie skrzywdzić,że na pewno już nie wrócę do Polski,bo on jest handlarzem żywym towarem.Ja na prawdę go kocham i nie sądzę żeby mógł mnie skrzywdzić.Jednak ostatnio powiedział,że jeśli teraz ja nie przylecę to będzie koniec.Bo on był już w Polsce tyle razy,że teraz jest moja kolej.Rozumiem go trochę,ale on twierdzi że jestem dorosła i powinnam powiedzieć rodzicom że wyjeżdżam gdzieś z koleżanką A tak na prawdę przylecieć do niego... Nie wiem co robić...Z jednej strony mój ukochany,którego stracę jeśli tam nie polecę,a z drugiej rodzina,która miałabym tak oklamać... To takie trudne,nie wiem co powinnam zrobić...Czy problem tkwi w nadopiekuńczej jak twierdzi mój ukochany rodzinie,czy w nim który w sumie szantażem każe mi w tajemnicy przed wszystkimi do niego lecieć...Moze na prawdę za mało o nim wiem.Tak bardzo męczy mnie ta sprawa...To takie trudne.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.