Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'toksyczni-ludzie'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 123 wyników

  1. Dzień dobry, postanowiłam zwrócić się o pomoc w kwestii związanej z moimi kompulsywnymi zachowaniami, które pojawiają się u mnie okresowo już od dzieciństwa. Mam 34 lata i od 12 lat jestem w udanym związku małżeńskim, wychowujemy siedmioletnią córkę. Pochodzę z rodziny w której niestety wciąż panowały awantury, agresja fizyczna, słowna, emocjonalna. Bardzo często byłam bita, wyzywana i zaniedbywana. W wieku 19 lat zachorowałam na chorobę Gravesa Basedowa, która diametralnie zmieniła mój wygląd, stan mojego zdrowia wymagał pobytu w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Jedyną osobą, która mnie odwiedzała był mój ówczesny chłopak a obecny mąż. Po powrocie do domu rodzinnego byłam wypraszana z pokoju ze względu na tzw. odrażający wygląd. Usamodzielniłam się w wieku 22 lat, mimo sprzeciwu rodziców. Po kilku latach przeszłam dwie radioterapie. Moi rodzice nawet przez chwilę nie zainteresowali się moim stanem, nigdy też nie interesowali się moją córką. W ostatnich latach widywali ją tylko wtedy, gdy z nią do nich przyjeżdżałam, jednak nawet w takich chwilach prawie nie z nią nie rozmawiali, nie zabrali na spacer czy lody. We wrześniu zeszłego roku zerwałam z nimi kontakt. Rok wcześniej moja mama zachorowała na urosepsę, po wyjściu ze szpitala przestała wstawać z łóżka, dlatego postanowiłam jej doraźnie pomagać poprzez załatwianie wizyt domowych lekarza rodzinnego, kupno materaca antyodleżynowego, załatwianie różnorakich sprawunków, częste wizyty, zabiegi pielęgnacyjne, nauczyłam się podawać zastrzyki, leki, kąpać osobę głównie leżącą, zmieniać pieluchy itp. Niestety moja sytuacja zawodowa chwilowo się pogorszyła rok temu i nie byłam już w stanie tak często pomagać, bez uprzedzenia zostałam poinformowana o tym, że mama na bliżej nieokreślony czas zostanie pozbawiona opieki ojca. Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam się tak głęboko dotknięta instrumentalnym sposobem traktowania mojej pomocy, że po prostu trzasnęłam drzwiami i zerwałam kontakt z rodziną. Wkrótce potem usłyszałam od mojej matki telefonicznie, że jestem niewdzięczna. Mój tata nazwał mnie nikim, ponieważ pomimo uzyskania wyższego wykształcenia wykonuję obecnie pracę fizyczną. Muszę ją wykonywać, bo zapewnia mi elastyczny czas pracy a poza mężem nie mogę liczyć na niczyją pomoc w opiece nad córką. Sporadycznie pomagają jedynie przyjaciele. Ponadto zostałam też pominięta w testamencie ojca. Czuję się zdruzgotana tą sytuacją. Targa mną jakiś niepokój, Dobija mnie myśl, że porzuciłam schorowanych rodziców a z drugiej strony czuję się winna, że mimo to odczuwam też ulgę z powodu nagłego przerwania relacji. Mój problem objawia się poprzez samookaleczanie a konkretnie rozdrapywanie różnych miejsc na ciele i nie pozwalanie na ich zagojenie. Podobne objawy pojawiały się już u mnie w dzieciństwie, jednak z czasem mijały. Czy mogą Państwo doradzić mi jak mam uspokoić swoje myśli i przestać się ciągle obwiniać. Bym mogła przestać ciągle się ranić?
  2. Witam, mam problem z moim mężczyzną (chyba już nawet byłym), mianowicie ostatnio kompletnie nie ma dla mnie czasu. Dochodzi do tego, że pisze mi jeden/dwa smsy na dzień, przy czym raczej w każdym pisze, że jest bardzo zajęty i odezwie się później. Pewnie wiele razy to słyszeliście, ale on nigdy taki nie był.. Jest to mężczyzna bardzo zraniony w przeszłości. Od początku znajomości powiedział mi, że nie potrafi okazywać uczuć. Nigdy nie usłyszałam od niego, że mnie kocha. Ale byłam szczęśliwa, bo bardzo mi tą miłość okazywał. Były drobne kłótnie, ale zawsze się godziliśmy. A teraz.. czuję się jak śmieć, wyrzucony bo niepotrzebny. Nic go już nie interesuje, nie opowiada mi też o swoim życiu. Widujemy się (albo widywaliśmy do niedawna) raz w tygodniu. Jest maszynistą, ma różne zmiany, ale poza tym mieszka z rodzicami (tak jak ja), nie ma zbyt wiele do robienia.. bardzo chciałabym razem zamieszkać, żeby choć w ten sposób go mieć, ale wciąż nam nie po drodze. Od przyjaciół słyszę tylko "olej faceta. nie jest ciebie wart". Ale kto zakochany tego nie zna? Będzie mi bardzo miło, jeśli ktoś przeczyta i mi doradzi.
  3. Mam 26 lat i jestem kobietą, coś we mnie ostatnio pękło jak dziecko mlaskało mając palce w ustch. Mój partner rok temu w złości na mnie pomimo moich próśb powrócił do obgryzania paznokci aby mi dokuczyć i robił to przy mnie specjalnie. Ja nigdy nie znosiłam mlaskania i obgryzania, ale teraz wywołują u mnie agresję i to. Jak sobie z tym poradzić? Dziecko nie przestanie mlaskać, a nie mogę wytrzymać dźwięku, jak i widoku. Proszę o pomoc.
  4. Czy to ja jestem jakaś nienormalna? W moim małżeństwie od dłuższego czasu było źle. Kłótnie, brak rozmów, brak pomocy, zrozumienia, brak seksu, czułości, zaufania. Mój mąż wielokrotnie powiedzial mi, że dla niego konsola jest ważniejsza. Mówi, że on będzie grał i grał i grał, aż zdechnie przed tv. Nie chce dzieci. To, że gotuje, sprzątam i znoszę jego manię grania, to nie jest z mojej strony poświęcenie (tak usłyszałam). Ale jeszcze dwa dni temu słyszałam od niego, że mnie kocha. Jeszcze mnie przytulił. A dzisiaj? Po zrobieniu obiadu, wspólnych żartach i po jego słowach: "Myszko, ale pyszny obiad, dziękuję".... usłyszałam: "wyprowadzam sie", "Nie pasujemy do siebie", "Nie jestem szczęśliwy", "to jest koniec". Nie rozumiem tego, jak 9 lat związku, może tak po prostu zostać zakończone bez nawet jednej łzy z jego strony. Wręcz on się uśmiechał, grał jak gdyby nic się nie stało... powiedział mi tylko, że zostawi mi wszystko. On zabiera tylko samochód, bo ja nie mam prawka i jego konsolę, bo bez niej nie może żyć. Tak wylewam łzy od kilku godzin i myślę sobie, że wolała bym gdyby mnie zdradził. Bo wtedy miała bym podobną wartość... CZŁOWIECZĄ. Ale, żeby moja miłość, odrzuciła mnie dla kawałka plastiku... dla rzeczy wartej parę stów. Ogólnie być... nikim, przy jakimś durnym PS?? 9 lat związku, w tym 2 małżeństwa... zakończyć z dnia na dzień... Bo proszę go by spędził ze mną czas... On sam powiedział, że on się już z nikim nie zwiąże... Bo dla niego ważniejsze są gry. Jestem załamana. Czuje się gorsza od śmiecia. Moja największa miłość... cześć mojego życia... woli konsolę, ode mnie.. A może to ja jestem taka beznadziejna?
  5. Jestem 28 letnią kobietą pochodzącą z toksycznego domu. Rodzice rozwiedli się po 25 latach udręki. Sama korzystając z życiowej okazji zamieszkałam w internacie będąc nastolatką-wyrwanie z tego bagna naprawdę uratowało mi życie. Zostawiłam tam kilkuletniego brata i mamę, która wiele lat dobrem dzieci tłumaczyła wszelkie upokorzenia ze strony ojca. Rozwód odbył się w atmosferze "ugody", żeby zamknąć sprawę na I rozprawie. Jak do tego doszło? Na rok wcześniej mama uciekła za granicę. Uciekła z powodu pobicia (dla smaku nadmienię, że było to w dniu powrotu z pielgrzymki). Podczas odwiedzin ojca, który przyjechał przed samym jej powrotem do domu, okazało się że pojawił się w jej życiu jakiś pan. Ojciec wyrzucił ją z domu za granicą, więc owy pan dobrodusznie zaoferował jej możliwość pomieszkania na kilka dni u siebie przed powrotem do domu. Jak już wspomniałam, rozwód odbył się na pierwszej rozprawie w ciągu kilku miesięcy od powrotu do domu. Zaraz po tym mama ponownie wyjechała za granicę i do dzisiaj mieszka u niego. Odwiedziłam ją po latach i co się okazało? Z jednego dziadowskiego toksycznego związku wpakowała się w kolejny koszmar. Na czym polega mój problem? Moja psychika nie może znieść myśli, że moja mama po ćwierćwieczu upokorzeń, z zerowym poczuciem własnej wartości wpakowała się w kolejny bardzo źle rokujący związek. Podczas odwiedzin pan cenzurował nasze rozmowy, przyznał sobie prawo decydowania o tym, o czym córka z mamą mają prawo rozmawiać, a o czym nie. Przerywał każdą próbę rzeczowej rozmowy. Mojego męża za to, że walczył ze mną o prawo do prywatności z mamą, zwyzywał od najgorszych i nie podejmował żadnej próby racjonalnej rozmowy. Później unikał nas, jednocześnie terroryzując mamę cichymi dniami żeby z nami nie podejmowała żadnej interakcji poza niezbędnym minimum. Od tych odwiedzin moja głowa nie daje mi spokoju. Zadręczam się myślami, że muszę wreszcie coś z tym zrobić. Właściwie to od dzieciństwa mamę pytałam, dlaczego znosi upokorzenia w domu. Czemu nie odejdzie? Dzisiaj zadaję jej to samo pytanie-bez odpowiedzi. Postawiłam warunek: Idziesz na terapię do psychologa, albo zrywamy kontakt. Nie chcę mieć z nią wyniszczającej relacji, bo serce mi pęka, że u niej dzieje się tak źle. Czuję się przytłoczona tą sytuacją, że nie umiem pozbierać się, żeby zrobić coś konstruktywnego. Ciągle myślę o niej. Postawiłam ultimatum dla pewności, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby jej pomóc. Od 20 lat mówię, że powinna iść do psychologa i nie chcę z tym czekać aż do jej pogrzebu. Mam wrażenie, że żadna siła jej nie zmusi, jeśli to nie będzie twarde postawienie sprawy. Mogę nawet za to zapłacić, bo obie cierpimy-ja z samego patrzenia. Nie chcę kolejne lata zamartwiać się, że ona się wykańcza. Popadła w pracoholizm...Pracuje zarobkowo po 100h/tyg. Tak, to możliwe. Nie robi nic innego i sama przyznaje, że nie chce myśleć-to ucieczka. Czy takie ultimatum ma sens? Jak jej pomóc? Każda rozmowa telefoniczna przebiega w jego towarzystwie, słyszę jak dyktuje jej co ma odpowiadać. Jest totalnie kontrolowana i mam wrażenie, że nie chce sobie pomóc. Postawiłam sprawę na szali. Czy to dobra decyzja? Co mogę zrobić, żeby uwolnić się od bólu jaki wiąże się z rodzicami? Ciągle to się we mnie tli. Z ojcem zerwałam kontakt, więc nie chcę powtarzać tego z mamą, ale nie zniosę myśli, że dalej jest poniewierana. Po tylu latach tylko terapia może jej pomóc, o ile zechce się wyrwać spod kontroli. Czy ultimatum może pomóc? Dziękuję za pomoc.
  6. Dzień dobry Jestem już skrajnie zdesperowany, ale muszę gdzieś podzielić się tym co przeżywam. Dzielę się z Wami, bo nie mam z kim. Nawet nie wiem czy ktokolwiek to przeczyta, ale tak czy siak myślę że potrzebne jest mi takie uzewnętrznienie. Mam 24 lata. 556 znajomych na facebooku i żadnych przyjaciół w życiu. Po prostu nikogo, nie mam się do kogo odezwać. Właśnie ostatnio to do mnie dotarło. Nie wiem jak pokierowałem swoim życiem, że doszedłem do takiego punktu w swoim życiu, że mamy czerwiec, przepiękną pogodę za oknem, a ja siedzę "sparaliżowany" w łóżku i po prostu płaczę z bezsilności. Jestem dużo bardziej delikatny i emocjonalny niż powinienem. W listopadzie poznałem wspaniałą dziewczynę. Od razu uderzyło mnie silne zauroczenie i najpiękniejsze było w tym wszystkim, że ona też to czuła. Nigdy żadna kobieta nie okazała mi takiego zainteresowania. To doprowadziło mnie do pozytywnego szaleństwa, wkręciłem się w tę relację bardzo mocno. Na tyle, że po dwóch miesiącach ona miała mnie już dość i rozstała się ze mną. Uczyniłem ją głównym celem w swoim życiu, osaczyłem ją i sprawiłem, że całe uczucie szybko z niej wyparowało. Teraz mijają już cztery miesiące od rozstania, a ja cały czas o niej myślę. Po rozstaniu zaproponowała mi przyjaźń. I w sumie zgodziłem się, bo bardzo ją lubię i pomimo tego co zaszło i tak świetnie się dogadujemy. I tak było, w pewnym momencie uznałem nawet, że "chyba się pogodziłem". Ale ostatnio zaczęła flirtować z innym facetem. Wiem o tym, bo pracujemy razem. To już dla mnie za wiele i złożyłem wypowiedzenie z pracy, która była jedyną rzeczą, która jakoś mnie ostatnio trzymała przy życiu. Nie mogę oglądać tej "zakochanej pary" na codzień. I wpędza mnie w kompleksy, że ten gość który o nią zabiega jest ode mnie 5 lat młodszy, tak naprawdę jest jeszcze dzieckiem. I mimo to z łatwością zajął miejsce, za które ja oddałbym wszystko. To mi pokazuje jak bardzo "atrakcyjnym" facetem stałem się w jej oczach. Co zabawne - powiedziała mi kiedyś, że wpadłem jej oko, bo bardzo ją zainteresowałem swoją energią i pewnością siebie. Zabawne w kontekście tego postu, który właśnie piszę. Nie wiem jak to się stało, że była w stanie odnieść takie wrażenie. Ale przyznam, że po tym jak już zaczęliśmy się spotykać to istotnie - wpłynęło to bardzo pozytywnie na moją samoocenę. Ale teraz jestem dla niej tylko zapłakanym 24-letnim dzieciakiem, więc to nieważne. Tęsknię za nią i jestem jej wdzięczny, bo bardzo mi pomogła przez ten czas, w którym się znamy. Wcześniej przez kilka lat miałem problem z uzależnieniem od hazardu, ona pomogła mi z tego wyjść po prostu swoją obecnością. Poczułem, że jest ktoś dzięki komu wszystko nabiera sensu i dla kogo warto się w końcu ogarnąć. To jest bardzo dobra i ciepła dziewczyna, może dlatego tak mi szkoda, że "nas" już nie ma. Na szczęście pomimo tego, że nie jesteśmy razem, ja dalej nie gram. Jedna dobra wiadomość w tym wszystkim. Idąc dalej. Nie mam przyjaciół. Ba, nie mam za bardzo nawet znajomych. Jedyne moje życie towarzyskie to obecnie już bardzo rzadkie spotkania z moją ex bądź też ewentualnie jakieś spontaniczne wyjścia "na piwo" ze znajomymi z pracy, ale nie odpowiada mi to towarzystwo, bo oni piją, żeby się upić. Ogólnie wydaje mi się, że jestem osobą stosunkowo "łatwą w obsłudze". Co jest dla mnie trudne - to na pewno nawiązywanie kontaktów. Ale jak już ktoś zostanie moim znajomym to z łatwością potrafię rozmawiać. Z wyglądu też nie mam za bardzo nic sobie do zarzucenia. Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale taka jest prawda, nakreślam tylko swoją sytuację. Mimo wszystko nie potrafię nawiązywać długotrwałych relacji i ich utrzymywać. To doprowadza do momentu, kiedy jestem po prostu sam. Doprowadza do desperacji i tego, że "ogłaszam się" na instagramie w stylu "chce ktoś gdzieś wyjść?" lub zakładam konta na portalach randkowych tylko po prostu by z kimś pogadać. Ale ani tu ani tu nie ma odpowiedzi. Jeszcze kilka lat temu, mimo tego że moje życie było ogólnie było dnem z powodu uzależnienia i właściwie permanentnego braku pieniędzy to czułem się chyba lepiej. Miałem więcej energii. Teraz mam pieniądze, ale nie mam co z nimi zrobić. Nie mam gdzie wyjść. Miałem pasje, interesowałem się głównie sportem, ale byłem otwarty na wszelkie aktywności. Teraz albo pracuję, albo siedzę w domu w łóżku i nie mam ochoty po prostu robić nic. Nawet nie chce mi się siedzieć i oglądać filmów, seriali, żeby jakoś zapchać wolny czas. Tylko przeglądam internet bez żadnego sensu. Wiem, że to złe i nie chcę, ale nie mam wewnętrznej siły do tego, by się do czegokolwiek zebrać. Jedynym jasnym punktem w moim życiu ostatnio to był ten króciutki związek. Wtedy miałem po prostu 100 razy więcej energii. Dla i z J. mogłem i chciałem robić wszystko, miałem milion pomysłów. Teraz nie mam nic. Nie mogę pogodzić się z tym, że źle ulokowałem uczucia i że nam nie wyszło. To mnie chyba ostatecznie dobiło. Nie mam skończonych studiów (przez lata problemów z nałogiem ciężko było mi się na tym skupić), właśnie rzucam pracę, w której radzę sobie dobrze i mam perspektywy rozwoju, ale po prostu moje serce nie wytrzymuje tego co widzę tam obecnie. Wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem, jestem dobry dla ludzi - nie znoszę chamstwa i uważam, że za dużo tego w codziennym życiu. Życzę wszystkim jak najlepiej, unikam konfliktów, lubię się uśmiechać. Mam coś tam w głowie, w życiu nie określiłbym się jako "głupi". Ale mam też sporo wad - kompleksy, użalanie się, brak motywacji, brak życia towarzyskiego, brak tak naprawdę chęci do życia. Czuję, że to kim jestem teraz to nie jestem prawdziwy ja. Prawdziwy byłem, kiedy byłem z J., wtedy czułem się świetnie i byłem szczęśliwy. Chciałbym znaleźć tę energię sam z siebie, nie przez obecność jakiejś innej osoby. Mam cichą nadzieję, że wszystko kiedyś się ułoży i będę szczęśliwy, ale nie umiem, nie mam siły i pomysłu jak do tego dążyć. Najbardziej w tym wszystkim dobija mnie, że po prostu teraz nie mam w swoim życiu nikogo komu mogę o tym wszystkim powiedzieć i doprowadziło mnie to do momentu, w którym piszę ten post. No cóż, to wszystko. Troszkę mi lepiej. Pozdrawiam i życzę miłego wieczorku
  7. Cześć, chciałam tu podzielić się moim pewnym problemem. Mianowicie od pewnego czasu,około 6 miesiecy jestem w związku na odległość z mężczyzną poznanym na pewnym portalu randkowym.On mieszka we Włoszech a ja w Polsce. Jest dość nietypowa relacja ponieważ spotykamy się mniej więcej co miesiąc,spędzając ze sobą kilka dni. Jednak mój ukochany ,nie chce poznać mojej rodziny,ja również nie znam nikogo z jego rodziny i przyjaciół.Wiem o nim w sumie nie za wiele.Ze jest Francuzem,mieszka i pracuje we Włoszech,ma 35 lat,czyli jest ode mnie sporo starszy,bo ja mam 22. Tu pojawia się problem,ponieważ moja rodzina całkowicie nie akceptuje tej relacji.Do tej pory spotykaliśmy się w Polsce,ale on już od dawna nalega żebym go odwiedziła w Mediolanie. Moi rodzice są temu przeciwni,ponieważ twierdzą że za mało o nim wiem i nie powinnam lecieć do niego sama.Twierdza,że może mnie skrzywdzić,że na pewno już nie wrócę do Polski,bo on jest handlarzem żywym towarem.Ja na prawdę go kocham i nie sądzę żeby mógł mnie skrzywdzić.Jednak ostatnio powiedział,że jeśli teraz ja nie przylecę to będzie koniec.Bo on był już w Polsce tyle razy,że teraz jest moja kolej.Rozumiem go trochę,ale on twierdzi że jestem dorosła i powinnam powiedzieć rodzicom że wyjeżdżam gdzieś z koleżanką A tak na prawdę przylecieć do niego... Nie wiem co robić...Z jednej strony mój ukochany,którego stracę jeśli tam nie polecę,a z drugiej rodzina,która miałabym tak oklamać... To takie trudne,nie wiem co powinnam zrobić...Czy problem tkwi w nadopiekuńczej jak twierdzi mój ukochany rodzinie,czy w nim który w sumie szantażem każe mi w tajemnicy przed wszystkimi do niego lecieć...Moze na prawdę za mało o nim wiem.Tak bardzo męczy mnie ta sprawa...To takie trudne.
  8. Cześć, jestem studentem w wieku 23 lat. Niecałe trzy miesiące temu rozstałem się z dziewczyną po 5-letnim związku. Różniliśmy się pod względem charakteru – ona była impulsywna, ja nie lubiłem nigdy podejmować nieprzemyślanych decyzji. Moja partnerka była ode mnie dwa lata młodsza, więc związek zaczęliśmy, gdy byliśmy jeszcze bardzo młodzi. Początkowo układało nam się bardzo dobrze. Mieliśmy podobne poczucie humoru, podobny światopogląd, świetnie nam się spędzało razem każdą chwilę. Zauważyłem jednak, że z biegiem czasu nasza relacja stawała się coraz bardziej toksyczna. Zaczęło się niewinnie – spotykaliśmy się codziennie, więc przez to coraz częściej odmawiałem wyjścia ze znajomymi na rzecz codziennego spotkania z dziewczyną. Wtedy coraz bardziej zaczęło nasilać się trzymanie w złotej klatce. Z czasem zaczęły jej przeszkadzać dawne znajome – zaczęły się pierwsze chęci z jej strony, abym urwał z nimi kontakt (przystałem na to). Po upływie czasu widzę, jakie to było głupie. Gdy widziała, że jakaś znajoma wita się ze mną z uśmiechem potrafiła zacząć się denerwować, z wrogim nastawieniem wypytywać kto to jest, a nawet usunąć mi ją ze znajomych na facebooku. Mimo wszystko nadal ją kochałem. Największe problemy zaczęły się pojawiać, gdy wyjechałem na studia. Zaczęła się wtedy ciągła kontrola, wypytywanie kim jest ta nowa dziewczyna w twoich znajomych. Denerwowała się, gdy wychodziłem spotkać się ze znajomymi, a najbardziej, gdy mogły tam się pojawić inne dziewczyny. Zaczęła się nawet agresja z jej strony, werbalna i fizyczna. Gdy na sylwestra rozmawiałem sam na sam koleżanką (partnerka początkowo siedziała i rozmawiała z nami, lecz w pewnym momencie wyszła i wróciła po około 20 minutach), moja dziewczyna potrafiła zrobić straszną awanturę, zacząć mnie wyzywać czy nawet rzucić w moją stronę pełną puszką. W pewnym momencie żeby oszczędzić tych awantur zacząłem ukrywać informacje, które mogłyby wyprowadzić ją z równowagi. Przestałem ją informować o wyjściu z kumplami na piwo, żeby nie powodować kolejnych kłótni, zdarzało mi się ją nawet okłamać, że nigdzie nie byłem danego dnia. Wiem, że kłamstwo było złym rozwiązaniem, ale wtedy niestety nie widziałem lepszego. Pierwszy raz rozstaliśmy się w trakcie kolejnej kłótni o jakieś dziewczyny z uczelni. Po około miesiącu zaczęła prosić abyśmy wrócili do siebie. Nie chciałem jednak tego, tym bardziej, że od razu po rozstaniu zaczęła spotykać się z kimś innym. Po kilku miesiącach jednak dałem nam kolejną szansę. Początkowo było dobrze, ale nie mogłem znieść myśli, że związała się z kimś tak szybko po naszym rozstaniu. Wypominałem jej to, oddalałem się od niej. Rozstaliśmy się znowu po około pół roku. Rozstanie jednak pozwoliło mi wtedy pogodzić się tą myślą i chciałem dać nam kolejną szansę. Szybko wróciliśmy do siebie. Dawne problemy jednak nie zniknęły, ale jakoś żyliśmy razem przez kolejne kilka miesięcy. Mieliśmy w planach zamieszkać razem, gdy również ona zdecydowała się pójść na studia. W trakcie szukania mieszkania zdecydowała jednak, że powinniśmy się rozstać. Bardzo źle wtedy znosiłem rozstanie, czułem się uzależniony od niej. Po rozstaniu szybko znalazła sobie innego partnera na krótki okres czasu. Po upływie czterech miesięcy postanowiliśmy się spotkać. Porozmawialiśmy o tym, co nam przeszkadzało w sobie, chcieliśmy wrócić do siebie. Nadal ją kochałem po tym wszystkim. Powiedziałem jej, co musi się zmienić, ode mnie wymagała, żebym więcej jej nie okłamał w żadnej sprawie. Początkowo było zadziwiająco dobrze. Nie kłóciliśmy się, gdy powstawał jakiś problem to rozmawialiśmy. Po kilku miesiącach postanowiliśmy zamieszkać razem. Nadal było dobrze, ale stopniowo zaczęły wracać dawne problemy. Zaczęła sprawdzać znowu moje wiadomości, denerwować się, gdy jakaś dziewczyna napisała do mnie (wiadomości czysto zawodowe, związane z uczelnią). Wymagała ode mnie, żebym mówił jej, gdy jakaś do mnie napisze. Nie powiedzenie skutkowało kolejną kłótnią. Kłótnie stawały się coraz gorsze – wyzwiska, szarpanie. Starałem się być opanowany, ale w pewnym momencie zawsze dałem się w to wciągnąć. Z zewnątrz związek jednak wyglądał na idealny. Niejednokrotnie znajomi mi zazdrościli, gdy przychodząc do mnie widzieli, jak moja dziewczyna sama przynosi, z uśmiechem na twarzy, coś do jedzenia, co właśnie ugotowała. Gdy miałem wyjechać na praktyki na tydzień, do zespołu w którym byłem ja i trzech kolegów chciała dołączyć koleżanka z roku. Wynikła oczywiście kolejna awantura, usłyszałem, że jeśli do tego dopuszczę, to będzie koniec. Nie zgodziłem się więc, aby znajoma była w naszym zespole. W trakcie praktyk jednak znowu rozpoczęła kolejną kłótnię o to, że pierwszego dnia napiłem się z kolegami. Według niej uznała, że ją okłamałem, bo mówiłem wcześniej, że raczej nie będę tam pić. Ostatecznie usłyszałem, że nie mam do czego wracać. Wtedy zdecydowałem, że tak nie może być. Po moim powrocie porozmawiałem z nią i wyjaśniłem, dlaczego chcę się rozstać. Ona jednak podjęła już decyzję w trakcie kłótni przez telefon, więc dla niej ta rozmowa to była tylko niekonieczna formalność. Wyprowadziliśmy się ze wspólnego mieszkania, każdy poszedł w swoją stronę. Po rozstaniu spotkaliśmy się kilka razy żeby porozmawiać. Sam teraz nie wiem, czy to co czuję to właśnie miłość. Bardzo tęsknię za dobrymi chwilami. Żałuję, że nie udało nam się naprawić problemu zazdrości i braku zaufania, bo poza tymi kłótniami czułem, że jest to kobieta, przy której mógłbym żyć szczęśliwie i się rozwijać. Był to również mój pierwszy na tyle poważny związek. Istotnym do zrozumienia problemu może być też fakt, że wychowywałem się przy ojcu alkoholiku. Moja była dziewczyna natomiast w młodym wieku (kilka miesięcy przed tym, jak zaczęliśmy być razem) była w związku ze sporo starszym chłopakiem, który ją zdradził. Nie umiem sobie poradzić dobrze z tym wszystkim. Z jednej strony wiem, że nie potrafiliśmy żyć razem, a z drugiej uczucie tęsknoty jest czasem zbyt silne. Niejednokrotnie zastanawiam się, czy do niej nie napisać i nie umówić się na spotkanie. Po rozstaniu z nią rozmawiałem o tym, zaproponowałem, żebyśmy nie wracali do siebie, ale utrzymywali koleżeński kontakt z nastawieniem na naprawienie dawnych problemów. Nie wyraziła wtedy chęci mówiąc, że sama nie wie czego chce. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Od tamtego czasu minęły 4 tygodnie, przez który nie odzywaliśmy się do siebie. Mam nadzieję, że napisałem wszystko w miarę przejrzyście. Będę bardzo wdzięczny za wszelkie porady.
  9. Poniekąd zadziwia mnie, że lubicie, jak mówię o toksycznych związkach. Przyznacie, że dziwnie być znanym z rozpraw o takich sprawach. Mimo to podzielę się z Wami pewną osobliwą ciekawostką. Z moich badań wynika, że większość osób po takich przejściach deklaruje, że dostrzegała złowróżebne sygnały ostrzegawcze i to nawet przed poważnym zaangażowaniem. Rzecz w tym, że osoby podatne na zranienie nie nadają tym sprawom właściwego znaczenia. Na przykład umniejszają problem, udają że go nie ma, trzymają się iluzji bądź tworzą naiwne złudzenia, lub stwierdzają, że sami sprowokowali sytuację, ewentualnie że coś im się tylko zdawało. Negatywny krytyczny głos wewnętrzny skłania te osoby do zgody na to, co źle rokuje lub jest jaskrawo alarmujące. Unikają zmierzenia się z tym, co ich przeraża, czyli z perspektywą samotności czy utraty wydumanych wyobrażeń o związku z daną osobą, i czynią to tak uparcie, że trwają przy kimś nawet jeśli zanosi się na fatalny finał lub są rażąco nadużywane. Niektórzy ze względu na destrukcyjne schematy wręcz czują miłość tym większą, im większego doświadczają lekceważenia. Dobra wiadomość jest taka, że trwają badania mające wyłonić skuteczne metody rozwiązywania takich interpersonalnych problemów i przybywa na ten temat wskazówek. Trzymam rękę na pulsie. A Wy podejmujcie świadomy wysiłek, by dostrzegać rzeczywistość taką, jaką ona jest, zamiast się mamić. Realizm naszym sprzymierzeńcem. Zobacz ten wpis na Facebook. CIEKAWOSTKA: Męski blog Refleksje mężczyzny prowadzi psycholog online.
  10. Cześć Temat obszerny i skomplikowany, ale spróbuję najkrócej jak się tylko da. Otóż, wyszłam za mąż za narcyza. Zajęło mi około roku zanim w ogóle odkryłam, co jest nie tak z naszym małżeństwem. Pomogła mi moja dziennikarska ciekawość i zamiłowanie do psychologii. Zaczęłam szukać w Internecie, czytać setki artykułów, słuchać dziesiątek audycji (gł. w j. angielskim) i przede wszystkim powróciłam do ufania własnej intuicji. Działy się rzeczy dziwne, niepokojące i bardzo mocno wykraczające poza to, co oczekiwałam w związku, w małżeństwie... Miałam pewność, że to nie jest "docieranie się". Po ok. 2,5 roku miałam tak serdecznie dosyć naszego toksycznego układu, w którym on był czcigodnym biorcą a ja miłosiernym dawcą, że postanowiłam to zakończyć. Powiedziałam mu, że albo idziemy na natychmiastową i długoterminową terapię albo bierzemy rozwód. Stwierdził, że chce rozwodu. Dałam mu 2 tygodnie na wyprowadzkę. Z wielkim wyrzutem wyprowadził się. Mieliśmy spotkać się po miesiącu by zdecydować jak widzimy sprawę rozwodu i czy faktycznie tego chcemy, W tym czasie czułam się tak dobrze psychicznie i fizycznie jak nigdy przez ostatnie 3 lata. Niemal z dnia na dzień wstąpił we mnie spokój, radość, energia... W tym czasie pogodziłam się z tym, że to koniec. I cieszyłam się. W okolicach Wielkanocy, czyli po ok 2 miesiącach od rozstania mąż zaprosił mnie do swojego nowego mieszkania. Stwierdził, że tęskni i że jednak chce powrotu. Uświadomił sobie kilka rzeczy i widzi, że musimy pracować nad związkiem. Dodam tylko, że stworzył całą listę, co jemu nie pasowało we mnie i co bym musiała zmienić. Ze swojej strony stwierdził, że musiał by w końcu pomagać mi choć trochę w domu (nie robił NAPRAWDĘ NIC). Jakoś pod wpływem chwili poszliśmy ze sobą do łóżka. Po tym zaczął jeszcze bardziej pisać do mnie w stylu: "kocham cię, wróćmy do siebie, chcę ratować małżeństwo". Kilka dni później odkryłam, że w tym czasie, gdy to wszystko mi mówił spotkał się z inną na seks. Przyznał się. Ale do teraz twierdzi, że ostatecznie do niczego nie doszło... Heh. Po tym wyznaniu po raz pierwszy usłyszałam od niego, że widzi, że ma zaburzenia psychiczne i chce się leczyć. Od tamtej pory jeszcze bardziej pisze do mnie błagając o kolejną szansę. Z obietnicą zapisania się na swoją i naszą wspólną terapię. Heh... Podoba mi się, że WRESZCIE sam przyznaje się do swojego zaburzenia. Że wreszcie jest szczery. I chce coś zmienić na poważnie. No właśnie - czy to jednak jest na poważnie? Czy dać mu tą szansę? Przyznam, że bardzo cholernie się boję. Mam swoje przeczucia. A jednak tak trudno jest mi być zimną suką, która facetowi nie da szansy. Czy ktoś ma doświadczenie bycia z narcyzem, który faktycznie się zmienił na dobre? Jak to wyglądało? Ile to trwało? Dzięki! Dobrego dnia.
  11. Nie jestem pewien czy wybrałem dobry dział na forum. Jeśli nie to przepraszam. Dzień dobry 😊 Mam problem i nie wiem za bardzo co zrobić. Problem jest następujący. Uważam, że jestem 14-latkiem w ciele 24-latka. Nie będę opisywał historii całego swojego życia i przyczynach takiego stanu rzeczy (miałem do czynienia z uzależnieniem od hazardu, nie chciałem tego pisać, żeby nie sprowadzać wszystkich moich problemów do nałogu, bo mimo wszystko chyba nie to jest przyczyną), ale mam ogromne problemy z kontrolą emocji, z pewnością siebie. Często zdarza mi się płakać, również przy innych ludziach, w autobusie, nawet czasem w gdzieś w ukryciu w pracy. Ostatnio spotkałem się z byłą dziewczyną i nawet przy niej mi się to zdarzyło. Domyślcie się jak to żałośnie musiało wyglądać, co ona o mnie pomyślała i jak ja się z tym czuję. Miałem w życiu dwie dziewczyny i obie zostawiły mnie po krótkim czasie, bo byłem po prostu nie do zniesienia. Słusznie uważały, że są silniejsze ode mnie i nie mogą być w takim związku. Dlaczego zostały w ogóle moimi dziewczynami? Bo jak wszystko było ok, było „lovestory” to byłem zupełnie innym człowiekiem. Pogodnym, wesołym, z ogromną energią do życia. Miałem wrażenie, że nie chodzę po chodnikach, tylko się nad nimi unoszę Co jest zabawne? Że ta druga, którą szczerze pokochałem związała się ze mną, bo imponowała jej moja... pewność siebie i że wydawałem się interesującym człowiekiem. A jak pojawiała się codzienność, problemy, to stawałem się tą najgorszą wersją siebie. Rozstanie z tą drugą dziewczyną przeżywam już czwarty miesiąc, mimo że byliśmy razem tylko dwa. Tak, wiem, komedia, ale połączyło nas coś specjalnego, coś czego nie poczułem nigdy wcześniej, no i ona ma duży udział w tym, że rzuciłem nałóg. Tym bardziej mnie boli, że w jej oczach nie jestem materiałem na faceta, że pozostawiłem po sobie takie wrażenie, którego już nie wymażę, ale nieważne, wróćmy do mnie. Nie jestem pewny siebie, mam niskie poczucie własnej wartości, boję się nowych rzeczy, nowych znajomości. Nie wydaje mi się, że jestem interesującym człowiekiem, nie mam przyjaciół, nie mam wielu znajomych, nie mam za bardzo pasji, którymi mogę zająć się w wolnym czasie. Kiedyś bardzo chętnie oglądałem i uprawiałem różne sporty (głównie piłka nożna, tenis). Teraz mi się nawet nie chce oglądać. Nie lubię swojej pracy. Nie wiem tak naprawdę po co żyję i czasem mi się po prostu nie chcę. Większość wolnego czasu spędzam w internecie. Najgorzej, że mimo wszystko mam trochę oleju w głowie i widzę patrząc na siebie z boku jaką osobą obecnie jestem i w jaki dołek wpadłem. Jestem świadomy wszystkich swoich wad i może przez to to wszystko boli jeszcze bardziej. Brak mi siły, by to wszystko przezwyciężyć. Niszczyłem swoje związki swoimi emocjami i już w trakcie ich trwania wiedziałem, że to niszczę, że to się rozpada, ale mimo wszystko nawet to nie pozwoliło mi wziąć się w garść. Chęć wypłakania się wygrywała z myślą "ogarnij się i będzie fajnie". Jestem jak dziecko, które musi się komuś wypłakać nad tym jak ma ciężko w życiu. Mimo, że w sumie tak naprawdę często nie ma aż tak ciężko, wymyślam sobie problemy i to jest śmieszne. Mam wrażenie, że żeby jakieś chore wewnętrzne "ja" było zaspokojone to zawsze muszę mieć jakiś problem, nad którym trzeba płakać i się smucić. I być może ktoś odpisze coś w stylu „masz prawo do swoich emocji”, „nie bój się płakać”. Na to od razu odpowiem, że jakbym czuł się dobrze z tym kim teraz jestem to bym tu nie pisał. Nie ma nic złego w łzach, kiedy naprawdę już jest źle trzeba zrzucić gdzieś ten ciężar. Ale nie ma nic normalnego w płakaniu codziennie, bądź co kilka dni w wieku 24 lat. Przynajmniej według mnie i nie chcę taki być. Gdzie mogę uzyskać jakąś pomocną dłoń? Czy ja kwalifikuję się na jakąś terapię i jak i gdzie ewentualnie się na nią dostać? Bo jednorazowa wizyta w niczym mi chyba nie pomoże, a jeśli chodzi o więcej to nie mogę sobie pozwolić na płacenie po 100+ złotych za wizytę. Dzięki bardzo za ewentualne odpowiedzi i życzę wszystkim miłego dnia.
  12. Ostatnio w swoim gabinecie spotykam wiele kobiet, które doświadczają na co dzień przemocy psychicznej ze strony partnera. Nierzadko idzie ona w parze z przemocą fizyczną i ekonomiczną. To nie jest łatwy temat, ale tak ważny, szczególnie dla kobiet, które już od dziecka są wychowywane na osoby miłe, skromne, usłużne i wręcz zaprogramowane, żeby w pierwszym rzędzie dbać o potrzeby swojej rodziny, a dopiero później, o swoje. Czym jest zjawisko przemocy psychicznej? Właściwie każda z kobiet może reagować w bardzo różny sposób na to, co usłyszy, doświadczy ze strony partnera. Podam w tym miejscu jedną z definicji. Przemoc psychiczna jest zachowaniem (lub jego zaniechaniem), którego intencją jest kontrolowanie, powodowanie cierpienia, naruszanie praw i dóbr osobistych ofiary przez osobę silniejszą. Zachowania, które klasyfikuje się w kategorii przemocowych to głównie: kontrolowanie kontaktów ofiary z rodziną lub znajomymi (tak telefonicznych, jak i osobistych), szkalowanie, szykanowanie i urąganie ofierze, wyzywanie, oskarżanie, a czasem również przedrzeźnianie i wyprowadzanie z równowagi, protekcjonalne, lekceważące, pozbawione szacunku postępowanie i/lub wypowiedzi w stosunku do ofiary przy osobach trzecich, grożenie partnerowi bezpośrednią napastliwością, niszczeniem rzeczy ofiary, wyładowywaniem agresji na przykład poprzez rzucanie przedmiotami, trzaskanie drzwiami czy kopanie w ściany, obarczanie ofiary winą za własne zachowania sprawcy, wywoływanie poczucia odpowiedzialności za relacje w związku i niekontrolowane emocje oprawcy. Przemoc psychiczną w związku ciężko dostrzec, a następnie wykazać i udokumentować. Ofiara jest zwykle niemal całkowicie podporządkowana sprawcy, zmanipulowana, odizolowana od społeczeństwa, przekona o byciu winną i nic nie wartą. Wyjście z takiego stanu jest bardzo trudne, dlatego od początku nie można ignorować zachowań, które mogą nosić znamiona przemocy lub po prostu nią być. Bardzo ważne jest natychmiastowe reagowanie na niżej wymienione zachowania nie tylko sprawcy, ale również ofiary. Często jest tak, że związek z osobą o zaburzonej osobowości przebiega według trzech głównych faz: idealizacji, dewaluacji i odrzucenia. Etap idealizacji polega na zachłyśnięciu się uczuciem miłości, błogości, na spędzaniu razem mnóstwa czasu, jednym słowem na sielance. I byłoby super, gdyby nie fakt, że my kobiety, często przymykamy oko na niepokojące sygnały w zachowaniu partnera, które zauważamy już na samym początku znajomości. Nie chcemy widzieć np. sporadycznych przejawów chamstwa, agresji czy zwykłego lenistwa, nieodpowiedzialności. Etap idealizacji to także czas, w którym zaburzony partner zbiera informacje o partnerce, poznaje między innymi jej słabe strony. A po co? Żeby w drugim etapie - dewaluacji – stopniowo wykorzystać tę wiedzę przeciwko partnerce. Stopniowo, bo gdyby wypalił z przemocą psychiczną od razu, na bank kobieta pogoniłaby takiego mężczyznę. Użyję tutaj plastycznej metafory – żaby, którą wrzuca się do gorącej wody. Jeśli żaba nagle ląduje we wrzątku, to szybciutko stamtąd ucieka. Jeśli natomiast żaba siedzi w wodzie, która jest stopniowo podgrzewana, to zostanie w końcu ugotowana. Przykre, ale tak się zdarza. Przemoc psychiczna boli najbardziej i trudno ją udowodnić, bo jest dostosowana do każdej kobiety, do każdego mężczyzny, najczęściej bardzo indywidualnie, bo każdy ma inne doświadczenia i słabe strony, ograniczenia. Choć rozmowa o doświadczaniu przemocy, jest trudna to jednak jest niezwykle ważna. Konieczne jest przełamanie tego tematu tabu i tajemnicy, które powodują lęk, wycofanie, a niejednokrotnie również wstyd. Jeśli Wy, drodzy czytelnicy, znajdujecie się w podobnej, do opisywanej przeze mnie, sytuacji, pamiętajcie, że to nie wy powinniście się wstydzić i że to nie wasza wina, że partner/parnterka wyładowuje się na Was. Szukajcie pomocy, nigdy nie ustawajcie w walce o lepsze jutro dla Was i dla Waszych dzieci.
  13. Mam 29 lat. Jestem żonaty od 3 lat, ale nasz związek trwa już 12 lat. Mieszkamy ze sobą przynajmniej od 6 lat. Jak łatwo policzyć związek zaczął się jeszcze w liceum, gdzie nie do końca jest się dojrzałym człowiekiem. Od pół roku w mojej głowie panuje ogromne zamieszanie. Nie mogę przestać myśleć o swojej znajomej z pracy. Kiedy cokolwiek "robię" z Żoną, wyobrażam sobie jakby to było ze Znajomą (nie chcę tutaj podawać imienia - niech zostanie Znajoma). Nic pomiędzy Nami nie ma- dopóki nie odejdę od Żony chce być wobec Niej lojalny. Nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na inne kobiety, ale od jakiegoś czasu zaczęło mnie drażnić zachowanie mojej Żony. Aktualnie nie potrafię odpowiedzieć sobie czy ją kocham. Zresztą gdy patrzę z perspektywy czasu nigdy nie potrafiłem odpowiedzieć ani Jej, ani sobie na to pytanie. Nikt nie jest idealny, (ja również), Żona nie jest w moim typie jeżeli chodzi o wygląd - ale całe życie powtarzano mi, że przecież nie to jest najważniejsze (teraz wiem, że jednak trochę ważne jest). Nie potrafię wymienić Jej zalet jeżeli chodzi o charakter. Zdecydowanie łatwiej wymienić mi wady. Wstyd przyznać, ale dla mnie największym Jej atutem było to, że ma bogatych rodziców. Ja nigdy nie miałem nic, więc była to dla mnie szansa i to przysłaniało mi przez całe życie Jej wady. Teraz, gdy już (przynajmniej tak mi się wydaje) trochę dojrzałem, zacząłem mieć inne potrzeby jak tylko bezpieczeństwo finansowe i święty spokój - Żona miała/ma jeszcze jedną zaletę (jak jeszcze mi się kiedyś wydawało, że to zaleta) - niewiele mówi, jest zamkniętą w sobie introwertyczką. Dodatkowo ma sporo kompleksów z powodu swojego wyglądu. Czasami siedzimy cały weekend przed TV, bo ona coś by chciała robić, ale wszelkie moje propozycje rozrywek odrzuca. Po przeprowadzce do innego miasta odizolowałem się od swoich przyjaciół, ponieważ Żona jest dodatkowo chorobliwe zazdrosna (nie tylko o kobiety.. WTF?!). Wszędzie snuje jakieś podejrzenia, a nigdy nie miała do tego powodów - 99% wolnego czasu spędzam z Nią. Nigdzie nie wychodzę z domu poza pracą. Aktualnie nie utrzymuję żadnego kontaktu ze znajomymi poza ludźmi z pracy. Ona również z nikim się nie przyjaźni. Czuję się odludkiem. Zawsze mówiliśmy sobie, że nie chcemy mieć dzieci, jednak powoli dojrzewa w Nas ta decyzja, ale... Mamy psa i niestety moja Żona jest bardzo wybuchowa (czasami nie panuje nad swoimi zachowaniami) jeżeli pies zrobi coś inaczej niż Ona chce - a chce być we wszystkim perfekcyjna i idealna. Ludzie mówią, że to dobry test przed podjęciem decyzji o dziecku - ja na ten moment czuję, że Ona nie nadaje się do wychowywania dzieci. Gdy zauważyła, że coś się ze mną dzieje, pewnego wieczoru rozpoczęliśmy tę trudną rozmowę - powiedziałem Jej o tym, że nie jestem pewien swoich uczuć, o niepewności co do dziecka itp. Nie mówiłem nic o Znajomej. Niestety rozpłakała się, wpadła w histerię, groziła, ze "coś" sobie zrobi, a ja nie miałem na tyle odwagi, żeby wyjść ze spakowaną torbą i nie wracać. Czułem, że bardzo Ją skrzywdzę i po długiej rozmowie stwierdziłem, że spróbujemy to naprawić. Od tej rozmowy minęły 3 miesiące. Widzę, ze Ona się stara, ja też próbuje, ale ciągle w głowie siedzi Znajoma.. Gdy tylko mam "zgrzyt" z Żoną próbuję to sobie zrekompensować wydawaniem pieniędzy i spełnianiem swoich "marzeń" - sprzęt hi-fi, lepsze auto, motocykl, aktualnie mam trochę kredytów na głowie + hipoteka. Żona o niczym nie wie poza hipoteką - mamy osobne konta, zarabiam całkiem nieźle po różnych awansach, więc myśli, że tyle zaoszczędziłem, żeby sobie na to wszystko pozwolić. Znajomej nigdy nie powiedziałem o swoich uczuciach. Czasami tylko rozmawiam z Nią o problemach z Żoną, bo zauważyła, że coś jest między nami nie tak. Ona jest sama, dogaduje się z Nią bez słów, jest bardzo atrakcyjną kobietą, mogę z Nią rozmawiać o wszystkim. Znamy się od 3 lat. Przejawia jakieś drobne zainteresowanie moją osobą, ale fakt, że jestem żonaty na pewno hamuje ją przed okazaniem uczuć - ostatnio nawet rozmawialiśmy o związkach i zapytałem ją czy kogoś szuka, a ona na to, że "ciężko kogoś sensownego znaleźć, a Ty już jesteś zajęty (śmiech)" po czym w dalszej rozmowie powiedziała, że nie okazuje na zewnątrz swoich uczuć. Wiem, że trochę się rozpisałem za co przepraszam. Jak wyjść z tej życiowej zagadki ? Czy dalej mam oszukiwać siebie i Żonę, że coś do Niej czuje i że to Ona jest kobietą mojego życia ? Czy nie będzie to dla niej większa krzywda niż odejście od Niej ?
  14. Mam 21 lat jak byłam mała taty wiele razy nie było pracował zagranicą, miałam problemy ze zdrowiem przez co opuszczałam szkołę i miałam dużo zaległości. Bił mnie za słabe oceny za to, że zrobiłam coś źle. To wszystko przekłada się na moje życie teraz często kloce się z chłopakiem, zależy mi na nim ale on czasami ma ciężko zrozumieć moje zachowanie i mówi, że tylko uzalam się nad sobą. Rodzice nigdy mnie nie wspierali nawet gdy maialm bardzo duże problemy, całe życie pomagam rodzicom jak mogę robię wszystko w domu, prawie wychowałam sama 7 letniego brata a dla nich i tak coś źle robię, mój chłopak jest dwa lata młodszy co mojemu tacie nie podobało się i zawsze starał się mnie odwieźć od tego związku, robił aferę za wszystko. Dał mi samochód za zdanie matury jako prezent i za wszystko co dla nich robiłam żebym miała łatwiej jakiś czas temu pojechałam do chlopaka i za to zabrał mi samochód, ciągle mi robi jakieś afery ja Już nie mam siły to odbija się na moim związku. Ostatnio chłopak miał mi pomóc od rana biegałam i robiłam jedzenie dla niego jak przyjechał wieczorem mi pomóc to stwierdził, że ciasto niedobre, nie pozwoliłam mu wjechać do garażu mamy to wkurzył się o zrobił aferę, nazwał mnie jebana kurwa i pojechał do domu twierdząc że zmienil sobie plany. Następnego dnia prosił mnie o rozmowę bo dotarło do niego co się wydarzyło i jak źle się zachował, mój tata jak dowiedział że o tym zaczął mi robić afery że on mnie nie szanuje jest chujem ale nie widzi, że dzięki chłopakowi zaczęłam otwierać się na świat, mimo tego że czasami klocimy się to nam zależy na sobie, po kłótni oboje potrafimy z łzami w oczach powiedzieć że nie możemy kłócić się tylko wspierać. Wczoraj tata kazał mi wybierać między rodziną a chłopakiem jak wybiorę chłopaka mam miesiąc aby wynosić się z domu. Po wielu akcjach mam dość psychicznie tego wszystkiego jak mam wybrać między osobami które kocham, moje życie straciło sens, gdy to usłyszałam, mam ochotę rzucić pracę i studia. Nie mam już siły i nie wiem co zrobić
  15. Witam. Mam 25 lat i 3 tyg temu rozstałam się z chłopakiem (po 2 letnim związku). Od tego czasu jestem bardzo rozchwiana emocjonalnie, nigdy wcześniej tak nie miałam (4 lata temu przechodziłam rozstanie po 3letnim związku i tak nie miałam jak teraz) czuję się zdołowana, samotna i ciągle chce mi się płakać. Czuję także rozdrażnienie wewnętrzne i jakby nic nie miało sensu, bardzo jest mi ciężko z samą sobą w tej sytuacji. Ciągle wracają wspomnienia i taki żal, że zamiast siedzieć razem siedzę dzisiaj sama. Nie potrafię zrozumieć skąd takie reakcje i emocje we mnie, ponieważ związek był raczej średnio udany. Często się kłóciliśmy, głównie miałam pretensje do niego, że za dużo pije na różnych imprezach czy też zwykłych spotkaniach w gronie znaj i że nie dzieli ze mną pasji (ja lubię zwiedzać - on nie, ciągle by spędzał czas w domu), kłótnie kończyły się moim płaczem i nie odzywaniem się do siebie , a także moimi myślami o rozstaniu (bardzo częstymi). Do rozstania doszło po imprezie, na ktorej ledwo kontaktował przez upojenie i doszło do kłótni między nami, nast dnia rano rozmawialiśmy i stwierdziliśmy, że lepiej bd sie rozstać, jednak po czasie on stwierdził, żeby sprobować raz jeszcze, że sie poprawi, bo zobaczył swoje błędy itp itd. Kiedyś już mi obiecywał, że to ogarnie i średnio mu wyszło . Mój problem polega na tym, że nie potrafię zrozumieć siebie. Jak może mi być szkoda tego związku? Skoro nie raz myślałam o rozstaniu, drażnił mnie on nie raz i miałam/mam obawy czy on będzie dobrym partnerem na przyszłość, czy nie bd miał problemu z alkoholem i czy się dogadamy kiedyś skoro teraz mamy ciężko. Ja to wszystko widzę -stąd póki co twardo trzymam się zdania, że nie chcę próbować, bo się też boję, że to wróci po czasie. Wiem to wszystko, a po prostu jest mi tak smutno, przykro i siedzę i płaczę aby sama nie wiem czemu skoro będąc w związku nie czułam się zbyt szczęśliwa, a teraz sama jakiś żal czuję głęboko. Mam takie myśli, że "jest piątek wieczór już byśmy razem byli, a teraz siedzę sama" i od razu chce mi się płakać, starsznie się rozczulam albo w tygodniu zawsze przez tel sobie rozmawialiśmy, a to sms. Nie mam nawet za bardzo z kim wyjść, bo koleżanki w związkach w większości... Czy to oznaki przywiązania, przyzwyczajenia? Będąc w związku widziałam same wady tego związku i chłopaka, teraz po rozstaniu pamiętam te lepsze dni i męczą mnie myśli, że może tragedii nie było, może lepiej się zejść to przestanie mi być przykro, nie będę przesiadywała sama tych weekendów gdy on jest w PL (pracuje za granicą ogólnie: 2tyg w DE i tydzień w PL więc mieliśmy dla siebie 2niepełne weekendy, a jeden cały spędzałam sama) . Proszę o pomoc, bo nie daję sobie rady z emocjami. Co mam zrobić by sobie pomóc, by siebie zrozumieć? Skąd w ogole takie odczucia skoro nie miałam pewności czy to właśnie to? Rozstałam się , a teraz mi żal, to jest jakieś nienormalne W ostatniej rozmowie powiedział , że będzie czekał na mnie jest mi go też szkoda, bo wiem że bardzo by chciał powrotu i że mu zależy, choć w związku mało to okazywał, tylko mówił dużo o tym. Muszę też wspomnieć, że mam ojca alkoholika (sądzę, że jest dla mnie toksyczny), od kąd pamiętam kłótnie i awantury w domu, przemoc wobec mamy. Do tej pory są problemy, kłóci się i rzuca do mnie, siostry i mamy, strasznie mnie to wykańcza psychicznie, nie czuję się dobrze jak on wraca do domu (w soboty i niedziele jest zawsze, w tygodniu na szczęście nie wraca z trasy). Czy to może mieć wplyw na moje powyższe problemy? Być może szukam ucieczki w partnerze...?
  16. Gdy miałam mniej niż 10 lat, już teraz nie pamiętam dokładnie w jakim wieku wtedy byłam, to mój tato gdy leżał że mną w łóżku przybliżal się do mnie od tyłu i ocieral nogami, przybliżal do mojej pupy i tak pocieral zakładał te nogi na moje nogi i twierdził że chce mnie poprzytulac. Nie wiem dlaczego ale dla mnie to było obrzydliwe, nie umiałam zareagować na to tylko się złościlam i chciałam żeby mnie puścił. Czasem uciekałam z łóżka bo nie chciałam żeby mnie tak dotykał. Często też zdarzały się sytuacje gdy byłam strasza, że klepal mnie po tyłku. Nie wiem czy ja przesadzam, przecież to mój ojciec.. Wiem tylko, że nie cierpiałam z nim leżeć bo bałam się że znowu będzie mnie dotykać. Często mi się to przypomina. Proszę o radę czy wyolbrzymiam problem?
  17. Proszę o pomoc, nie wiem już co robić. Moje relacje z rodzicami zawsze były dość poprawne, oni uważali wręcz ze wychowali mnie w sposób idealny. Nigdy się nie zbuntowałam jako nastolatka, za to wszystkie awantury w domu były o to, że powiedziałam coś nie takim tonem jakim życzyli sobie tego moi rodzice. I tak im zostało do moich dorosłych lat. Mój ojciec jest osobą, jak to sam określa, bardzo ekstrawertyczną, co się objawia tym, że w towarzystwie mówi tylko on, on wszystko wie najlepiej. Jestem z wykształcenia tłumaczem języka rosyjskiego i on tez zna ten język. Ale za każdym razem kiedy pytał mnie jak coś jest po rosyjsku i mu odpowiadałam, mówił mi ze jestem głupia i się nie znam. Tak w żartach to mówił. Od dziesięciu lat jestem mężatka i mam kilkuletnie dziecko. Mój mąż jest bardzo wyczulony na szacunek i poczucie własnej wartości, z tego względu nieraz zachowania mojego ojca go irytowały, a i ja zaczęłam na nie bardziej zwracać uwagę, bo z wiekiem mój ojciec zaczynał się coraz gorzej zachowywać, a mama zawsze go tłumaczyła, zawsze stawała po jego stronie, jednocześnie będąc bierna i udając ze ona umywa ręce i przecież zawsze mnie wspiera. Jakis czas temu wybuchła wielka awantura w dniu naszej przeprowadzki kiedy moi rodzice opiekowali się moim dzieckiem. Byliśmy szaleńczo zmęczeni a ojciec robił uwagi ze nie mamy prawa być zmęczeni bo sami się na to zdecydowaliśmy wiec powinnismy być szczęśliwi. Mąż odburknął mu coś zirytowany i został przez ojca ochrzaniony jak małe dziecko ze nie będzie się do niego zwracał tym tonem. Do tego dochodzi podkopywanie przez ojca moich rodzicielskich decyzji i mojego autorytetu jako rodzica. Przy moim dziecku jawnie je kwestionuje i robi po swojemu. W ostatnim czasie doszło do sytuacji, w której mój ojciec po większej ilości alkoholu bardzo wulgarnie mnie nazwał, usłyszał to mój mąż i moje dziecko. Mąż stanął w mojej obronie, mówiąc ze tata od dawna podkopuje moje poczucie własnej wartości i jeszcze słyszy to nasze dziecko. Od tamtej pory nie mam kontaktu z rodzicami, napisałam im ze potrzebuje czasu żeby to siebie wszystko poukładać i jestem zapisana do psychoanalityka. Najpierw probowali mnie skłonić do spotkania lub telefonu pisząc mi ze mama się bardzo złe z tym czuje, cały czas płacze itp. Kiedy odmówiłam zaczął się szantaż emocjonalny. Od wyśmiewania mojej wizyty u psychoanalityka, bo chyba nie będę się leczyć z relacji z rodzicami z którymi nie mieszkam od tylu lat, przez udowadnianie mi ze przecież tyle lat mnie wspierali pomagając przy dziecku i ze to ze ojciec wyrzucił mojego męża z domu za fraki to było staniecie w mojej obronie bo mama zrobiłaby to samo gdyby zdążyła przed tata (wiem ze to brzmi bez sensu ale to ich autentyczna argumentacja), aż po podkopywanie mojej relacji z mężem i próby wejścia pomiędzy nas oraz groźby ze któreś z nich popełni samobójstwo. A to wszystko dlatego ze nie przyjęłam od razu przeprosin, nie chciałam się spotkać i od razu wszystkiego zamieść pod dywan i potrzebowałam czasu. Proszę o radę co mam robić. Na razie ignoruje ich wiadomości, nie mam siły przepychać się z nimi w smsach...
  18. Mam 21 lat jak byłam mała taty wiele razy nie było pracował zagranicą, miałam problemy ze zdrowiem przez co opuszczałam szkołę i miałam dużo zaległości. Bił mnie za słabe oceny za to, że zrobiłam coś źle. To wszystko przekłada się na moje życie teraz często kloce się z chłopakiem, zależy mi na nim ale on czasami ma ciężko zrozumieć moje zachowanie i mówi, że tylko uzalam się nad sobą. Rodzice nigdy mnie nie wspierali nawet gdy maialm bardzo duże problemy, całe życie pomagam rodzicom jak mogę robię wszystko w domu, prawie wychowałam sama 7 letniego brata a dla nich i tak coś źle robię, mój chłopak jest dwa lata młodszy co mojemu tacie nie podobało się i zawsze starał się mnie odwieźć od tego związku, robił aferę za wszystko. Dał mi samochód za zdanie matury jako prezent i za wszystko co dla nich robiłam żebym miała łatwiej jakiś czas temu pojechałam do chlopaka i za to zabrał mi samochód, ciągle mi robi jakieś afery ja Już nie mam siły to odbija się na moim związku. Ostatnio chłopak miał mi pomóc od rana biegałam i robiłam jedzenie dla niego jak przyjechał wieczorem mi pomóc to stwierdził, że ciasto niedobre, nie pozwoliłam mu wjechać do garażu mamy to wkurzył się o zrobił aferę, nazwał mnie jebana kurwa i pojechał do domu twierdząc że zmienil sobie plany. Następnego dnia prosił mnie o rozmowę bo dotarło do niego co się wydarzyło i jak źle się zachował, mój tata jak dowiedział że o tym zaczął mi robić afery że on mnie nie szanuje jest chujem ale nie widzi, że dzięki chłopakowi zaczęłam otwierać się na świat, mimo tego że czasami klocimy się to nam zależy na sobie, po kłótni oboje potrafimy z łzami w oczach powiedzieć że nie możemy kłócić się tylko wspierać. Wczoraj tata kazał mi wybierać między rodziną a chłopakiem jak wybiorę chłopaka mam miesiąc aby wynosić się z domu. Po wielu akcjach mam dość psychicznie tego wszystkiego jak mam wybrać między osobami które kocham, moje życie straciło sens, gdy to usłyszałam, mam ochotę rzucić pracę i studia. Nie mam już siły i nie wiem co zrobić
  19. Jakie są fazy toksycznego związku? W jaki sposób w poszczególnych z nich na swoją ofiarę oddziałuje toksyczny partner? Co czyni człowieka podatnym na te wpływy i zagrożonym wchodzeniem w toksyczne relacje?
  20. Dzień dobry Mam 45 lat mieszkam na wyspach Normandzkich, długi czas pracowałem jako opiekun osób z problemami psychicznymi. Teraz pracuję agencyjnie na budowie ,ale cały czas myślę opowrocie do zawodu. Od pięciu lat byłem uwikłany w przetoksyczny związek, związałem się z tą kobietą w momencie kiedy kończyła swój poprzedni związek, początki były słodkie, nie miałem zamiaru z nią być , po prostu tak wyszło, idąc kiedys ulicą , wysłała mi sms-a dlaczego nie zauważam jej na ulicy co z nią nie tak?. No i zaczęło się, początki były wspaniałe Do czasu kiedy pojechała na urlop do Polski, któregoś dnia miałem zamiar zadzwonić do niej wieczorem, ponieważ miałem dość dużo zajęć w ciągu dnia, zadzwoniła pierwsza z masą pretensji dlaczego się nie odezwałem wcześniej, wyjaśniłem jej sytuacje, oskarzyła mnie o kłamstwo, od tego czasu zaczęła nakręcać się spirala wspólnych oskarżeń, kłótni ,odejść ,zostawiania się, zostałem skrytykowany za wszystko, nie pozostająć dłużny też zacząłem jej wypominać różne rzeczy, cały czas wszystko we mnie krzyczało że albo trzeba ten związek skończyć albo coś z nim zrobić, tyle że w momencie kiedy chciałem jej naświetlić jej zachowanie i prawdopdobne problemy (DDA, wiecznie krytykująca matka) mówiła mi że to ja mam problem i to ja muszę coś z tym zrobić, w ogóle nie przyjmowała rzadnych argumentów. W zeszłym roku pojechalśmy na wakacje do Francji, nie chciałem tam jechać , nie miałem pracy ,moja córka dostała zawału płuca,naturalie podniosła mi piekło, że ona chce mnie gdzieś wyrwać a ja jak zawsze nie chcę się ruszyć, po przyjezdzie do hotelu, poszliśmy do sklepu zrobić jakieś drobne zakupy, po powrocie do hotelu zrobiła mipiekło,że jestem egoistą myślę tylko o sobie nie kupiłem niczego dla niej itp.itp.Chciałem ją wtedy zostawić w tym miejscu i wrócić do domu. Po przyjezdzie rozstaliśmy się na prwie cztery miesiące, wróciliśmy do siebie ,stawałem na głowie żeby uratować tem związek,po każdej kłotni starałem się od razu rozmawiać, nie ignorowałem jej ale nie było to wystarczające, po ostatniej wymianie kiedy zaczęliśmy rozmawiać o wspólnym mieszkaniu, zaczęła mi zarzucać że jestem pasywny nie szukam mieszkania itp. Znalezienie lokum tutaj nie jest rzeczą prosta, poza tym bałem się jej powiedzieć że z jednej strony chcę uratować ten związek ale z drugiej panicznie obawiam się z nią zamieszkać i pierwsze musimy ustalić co zrobić z nami żeby funkcjonować w normalny sposób,naturalnie poszłokilka sms-ów, odpowiedziałem że to nie jest rozmowa anina telefon ani na pisanie, porozmawiamy jutro, zblokowała mnie wszędzie, nie chciała w ogóle rozmawiać, w końcu w zeszłym tygodniu oświadczyła mi że spotyka się z kimś innym, jest bardzo szczęsliwa, była raz u psychologa który stwierdził że ona nie jest zaburzona a to wszystko moja wina, z jednej strony staram się myśleć logicznie i powtarzać sobie że prawdopodobnie się wpakowała w jeszcze większą kabałę, z drugiej ten ogromny ból, cały czas powtarzam sobie że mogłem zrobić więcej, zachować się inaczej, wykazać więcej zrozumienia, dodatkowo pwiedziałem jej kilka dosadnych słów, co wcale nie poprawiło sytuacji. Dziękuję za odpowiedz, prawdopodobnie skontaktuję się z jednych z terapeutów, tutaj niestety nie mogę uzyskać odpowiedniej pomocy, dodam jeszcze że ja byłem numerem cztery, od każdych innych po prostu uciekałą, mi pomimo wszystko zapropnowała przyjazń, naturalnie od razu ją wszędzie zblokowałem, nie chcę mieć z nią żadnego kontaktu, myślę że po prostu chciała zostawićsobie otwartą furtkę
  21. Witam odwiedzających. Zastanawiam się jak mam opisać w tzw skrócie siebie hmm cieżko trochę, może się uda😏 40letnia samotna matka, pracująca. Z doświadczeń jaki składa się mój charakter, moje życie: wykorzystywana seksualnie w dzieciństwie przez członków rodziny, wychowywana przez 9lat przez matkę później "pojawia" się tata, człowiek despotyczny ,bez uczuć, alkoholik...po latach dostaje wyrok za znęcanie się psychiczne i fizyczne nad rodziną. Moje małżeństwo(ok10lat),liczne zdrady męża - rozwód. Kolejny partner,dziecko- alkohol, hazard ze strony partnera. Rozstanie. Trzeci partner...i tu się zaczyna historia. Po jednej stronie Pokrewna dusza, człowiek przy którym chcę się zestarzeć. Głębokie uczucie z mojej jak i jego strony po drugiej dzielące nas kilometry( mieszkamy i pracujemy w innych województwach ok300km) jego zamiłowanie do "piwa" ( pije bo lubi)i jak się okazuje zazdrość , brak zaufania ,szacunku(wnioskuje to że sposobu czasami pisania, mówienia z jego strony). No i każdego bagaż doświadczeń. On również po rozwodzie Odeszłam od niego a nadal go Kocham.Towarzyszy mi w myślach w każdej chwili. Tęsknie...ale wiem , że nie mogę kolejny raz dać się wykorzystać nie chodzi mi fizycznie ale uczuciowo,mentalnie... Zabrzmi to śmiesznie ale intuicyjnie mam wrażenie, że będę kolejny raz skrzywdzona przez osobę której ufam,kocham. Więc się odcinam, uciekam Wiem może napisałam chaotycznie ale jak zminimalizować stan w jakim się znajduję i co jest tego przyczyną i dlaczego taka jestem Nie wiem już co mam robić i myśleć na ten temat...
  22. Proszę o pomoc, nie wiem już co robić. Moje relacje z rodzicami zawsze były dość poprawne, oni uważali wręcz ze wychowali mnie w sposób idealny. Nigdy się nie zbuntowałam jako nastolatka, za to wszystkie awantury w domu były o to, że powiedziałam coś nie takim tonem jakim życzyli sobie tego moi rodzice. I tak im zostało do moich dorosłych lat. Mój ojciec jest osobą, jak to sam określa, bardzo ekstrawertyczną, co się objawia tym, że w towarzystwie mówi tylko on, on wszystko wie najlepiej. Jestem z wykształcenia tłumaczem języka rosyjskiego i on tez zna ten język. Ale za każdym razem kiedy pytał mnie jak coś jest po rosyjsku i mu odpowiadałam, mówił mi ze jestem głupia i się nie znam. Tak w żartach to mówił. Od dziesięciu lat jestem mężatka i mam kilkuletnie dziecko. Mój mąż jest bardzo wyczulony na szacunek i poczucie własnej wartości, z tego względu nieraz zachowania mojego ojca go irytowały, a i ja zaczęłam na nie bardziej zwracać uwagę, bo z wiekiem mój ojciec zaczynał się coraz gorzej zachowywać, a mama zawsze go tłumaczyła, zawsze stawała po jego stronie, jednocześnie będąc bierna i udając ze ona umywa ręce i przecież zawsze mnie wspiera. Jakis czas temu wybuchła wielka awantura w dniu naszej przeprowadzki kiedy moi rodzice opiekowali się moim dzieckiem. Byliśmy szaleńczo zmęczeni a ojciec robił uwagi ze nie mamy prawa być zmęczeni bo sami się na to zdecydowaliśmy wiec powinnismy być szczęśliwi. Mąż odburknął mu coś zirytowany i został przez ojca ochrzaniony jak małe dziecko ze nie będzie się do niego zwracał tym tonem. Do tego dochodzi podkopywanie przez ojca moich rodzicielskich decyzji i mojego autorytetu jako rodzica. Przy moim dziecku jawnie je kwestionuje i robi po swojemu. W ostatnim czasie doszło do sytuacji, w której mój ojciec po większej ilości alkoholu bardzo wulgarnie mnie nazwał, usłyszał to mój mąż i moje dziecko. Mąż stanął w mojej obronie, mówiąc ze tata od dawna podkopuje moje poczucie własnej wartości i jeszcze słyszy to nasze dziecko. Od tamtej pory nie mam kontaktu z rodzicami, napisałam im ze potrzebuje czasu żeby to siebie wszystko poukładać i jestem zapisana do psychoanalityka. Najpierw pPRr
  23. Dlaczego kiedy kobieta albo mężczyzna odchodzi od swojego partnera to ta osoba, która zdecydowała się na rozstanie jest gorsza? Jest oczerniana, wyzywana, wytykiwana palcami pomimo że nikt nie wie co sprawiło że decyzja była ta, a nie inna, mało tego to nikogo nie interesuje mają to gdzieś liczy się na pokrzywdzona osoba (teoretycznie skrzywdzona) Czasami osoby które odeszły więcej zrobiły by ratować cokolwiek niż ta druga, po prostu nie miały już siły czekać na niemożliwe... Więc czemu tak jest czy ktoś umiałby to wyjaśnić??
  24. Niektórzy patrzą innym w oczy żeby widzieć odbicie własnego oblicza, bo kochają tylko siebie. Więź z nimi nie jest możliwa, ale można się łudzić. Długo i namiętnie. A kiedy płacząc nieszczęśliwy człowiek domaga się wzajemności, dostaje w odpowiedzi pogardę. Tak w pierwszej chwili reaguje narcyz, bo trudno mu przeglądać się w źrenicach mokrych od łez. Potem znowu daje nadzieję, bombarduje miłością. Nikt nie rozkochuje tak jak narcyz, bo sam jest nałogowcem uwielbienia – potrafi zatem obdarzać nim jak nikt inny. Robi to jednak tylko po to, by osuszyć cudze powieki i żeby znowu mógł uchodzić w czyichś oczach za upragniony, ubóstwiany ideał. CIEKAWOSTKA: blog Refleksje mężczyzny prowadzi psycholog online.
  25. Witam, Mam 41 lat i jestem ponad rok po rozwodzie. Chodzę na terapię od ponad 2 lat. W obecnej sytuacji wiem że żyłem w toksycznym związku. Wiem też że mam syndrom DDA. Staram się jakoś żyć lecz czuję że mam depresję. Problem zaczął się jakieś 9 lat temu jak moja ex-żona dostała depresji poporodowej. Nie zdawałem sobie sprawę z problemów jakie dotknęły moją rodzinę ( mam dwie córki ). To tak w dużym skrócie. Tak jak pisałem chodzę na terapię ale nie za bardzo ona pomaga ( od 1,5 miesiąca psycholog choruje lub mi coś wypada ). Stan jaki mam obecnie to chciałbym wrócić do byłej żony lecz ona nie zmieniła się i byłoby dla mnie to zabójcze. Żyje z inną kobietą i wiem że ranię ją mocno bo wydaje mi się że ona czuje że chętnie bym wrócił do ex. Znalazłem nowego psychologa w Legnicy ( Panią psycholog ) i będę zaczynał jakąś nową terapię. Szukam jakiejś pomocy / porady gdzie można udać się na jakąś terapię lub coś innego w okolicy Legnicy. Myślę aby na weekend majowy gdzieś wyjechać daleko i pobyć sam ze sobą ( chociaż jest to dla mnie trudne ).

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.