Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'toksyczni-ludzie'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 233 wyników

  1. Witam, Trzy lata temu poznałam chłopaka. Wydaje mi się, że to był bardzo toksyczny związek z obu stron. Chłopak był chorobliwie zazdrosny. Nigdy nie obracałam się w towarzystwie, które lubi dużo wypić. Na pierwszą imprezę, na którą mnie zabrał - (popijał wódkę piwem), upił się tak bardzo, że nie był w stanie zorganizować powrotu do domu. Jeszcze za nim zamieszkaliśmy razem z każdej imprezy wracał pijany. Zdarzało się nawet, że miał wrócić do domu, ale usnął gdzieś u kolegi i następnego dnia dawał o sobie znać. Raz wrócił do domu po imprezie - okazało się, że wciągał kokaine - tłumaczył się wtedy, że to przez alkohol, a to zabraniał mi rozmawiać z kolegami i iść do klubu, po czym sam szedł do klubu tłumacząc, że był pijany, więc go koledzy namówili. Zawsze się o to denerwowałam, ale dopiero po czasie zaczęłam zauważać, że nie reaguję na to w sposób normalny. Rozmawialiśmy wiele razy na ten temat, na początku jego kompromis wyglądał następująco: Ty w ogóle nie będziesz rozmawiać z kolegami a ja za to upije się raz na jakiś czas. Zaczęłam robić awantury, przed każdym jego wyjściem i wspólnymi imprezami miałam wielki stres. On obiecywał, że już więcej się nie upije, po czym szedł na imprezę i wracał o 5 pijany, pomimo,ze obiecywał, że wróci w normalnym stanie i normalnej porze. Wtedy właśnie się wyprowadziłam, bo uznał, że robię awanturę o nic. Wybaczyłam, ale następnego dnia znalazłam w jego telefonie, że flirtował z inną kobietą, pytał czy ma szanse na randkę itp. Oczywiście tłumaczył się, że był pijany i dlatego to zrobił, bo był zły, że się wyprowadziłam. Po tych wydarzeniach już nie było tak jak wcześniej. Panicznie bałam się jego wyjść, chciałam kontrolować gdzie jest, z kim pisze, ile pije. Natomiast już nie upijał się na imprezach - ale ja nadal się bałam i suszyłam mu głowę. Zaprosił mnie na wesele, na którym nie upił się, ale za którymś kieliszkiem po prostu spojrzałam na niego krzywo, dla mnie zawsze dużo pił i źle to picie mi się kojarzyło. Sama nie wiem dlaczego tak reagowałam. Stwierdził, że zjebałam mu wesele, bo nie daje mu pić ile chce. Obraził się na mnie- nie chciał ani ze mną tańczyć, ani rozmawiać, za to siedział i pił z innymi, a mnie olewał. Po tym wydarzeniu się rozstaliśmy- zerwał ze mną. Minęło pół roku, a ja obecnie widzę, że mam "problem z alkoholem", boję się chodzić na imprezy, żenują mnie pijani ludzie. Wcześniej tak nie miałam, nie zwracałam na to takiej uwagi. Czy to możliwe, że to przez ten związek? Co to za choroba? Jak z nią walczyć? Jakby nie patrzeć - większość facetów czasem się upija a dziewczyny nie robią z tego większego problemu. A mnie pijane osoby po prostu obrzydzają.
  2. Hej, nazywam się Joanna, mam 23 lata Chciałabym aby ktoś pomógł mi w zrozumieniu ludzi, którzy roznoszą plotki. Każdy ma jakąś przeszłość. W wieku szkolnym ( technikum) zadałam się z niewłaściwym chłopcem. Za późno przejrzałam na oczy, zdradzał mnie, miał dziecko. Zerwałam, miał problemy przez to jak się mną bawił. W geście rewanżu opowiadał nieprawdziwe historie. Był nastawiony na jedno więc były to kłamstwa głównie związane z seksem. Czego i z kim nie robiłam. Bujna wyobraźnia. Przypięto mi łatkę ,, puszczalskiej''. Wytrzymałam rok i zaczęłam studia w innym mieście. Dziś, po ponad 2 latach doszły mnie słuchy, że nadal jest o mnie głośno. Nierealne opowieści, obelgi, kłamstwa. Nie umiem sobie poradzić z tym, że świat chłonie słowa ludzi, którzy nie mają czym imponować, więc imponują kłamstwem. Czemu na mój temat? Od dwóch lat codziennie, dzień w dzień żałuje tej znajomości i gdy życie zaczęło iść we właściwą stronę, wszystko powróciło. Wraz z tym mój ból i łzy, poczucie wstydu. Jak mam pokazać się ludziom jak nie wiem kim jestem w ich oczach. Głupio mi wyjść na miasto. Moje zaburzenia snu, stres, paniczny lęk- to skutki młodzieńczej głupoty. Jak się tego pozbyć i raz na zawsze oderwać się od przeszłości?
  3. Witam, Mam problem z moim aktualnym partnerem, a mianowicie ma on ogromny problem z zaufaniem. Jestesmy ze soba 1,5 roku, potrafi wyrzucic mi sytuacje z przed roku gdzie kolega z pracy "spojrzal na mnie tak jakby cos na laczylo", sprawdzal moj telefon, ogolnie na kazdym kroku zarzuca mi zdrade, mimo ze ja jestem w 100% wobec niego uczciwa i nigdy nie dalam mu powodow do zazdrosci. Jego mama zdradzala tate, jego dwie byle dziewczyny go zdradzily, wiec w jego przekonaniu kobiety zawsze zdradzaja. Oboje mamy 27 lat i nie ukrywam ze jestem na etapie w ktorym chcialabym miec stabilny zwiazek, z perspektywa na to zeby kiedys kupic mieszkanie, zalozyc rodzine. Natomiast on na tym etapie nie jest nawet w stanie ze mna zamieszkac, bo tak bardzo mi nie ufa. Juz wielokrotnie probowalam go namowic na wizyte u psychologa, natomiast on twierdzi ze nikt nie jest w stanie mu pomoc "bo on juz jest zepsuty". Nie wiem ile czasu bede jeszcze w stanie na niego czekac, czasami mnie tez nachodza mysli typu ze nie zasluzylam sobie na takie traktowanie. Prosze o rady, czy mam dalej czekac, namawiac na wizyte u psychologa, czy juz odpuscic, bo juz kilka miesiecy waham sie miedzy zostac / zerwac i nie jestem w stanie podjac ostatecznej decyzji.
  4. Mój partner (lat 30) pochodzi z rodziny z problemami alkoholowymi, w wieku 16 lat za namową rodziców wyjechał do UK do swojej starszej siostry. Kilka lat po jego przyjeździe oboje rodziców zmarło w krótkim odstępie czasu z powodu chorób sprzężonych z alkoholizmem. Po rozmowie z jego siostrą dowiedziałam się ze on nigdy nie rozmawiał z nikim o tej stracie, ze się zamknął. Jesteśmy w związku trzy lata i mieszkamy razem od niemalże początku znajomosci. Zaobserwowałam u niego silne wachania nastroju. Jednego dnia jest on pogodny, zmotywowany i rozmowny, natomiast gdy ma gorszy dzień budzi się z niewyjaśnionym gniewem, frustracją która przejawia się w wyrazie jego twarzy, sposobie poruszania się jak i komunikowania się. Ucina wówczas próbę rozmowy w suchy i zimny sposób, nie da się go w żaden sposób rozpogodzić. Jego ruchy są gwałtowne, gdy idzie na ulicy kopie przedmioty na jego drodze, co nie było by niczym dziwnym gdyby nie cały akt czego jest częścią. Czasami zdarzy się ze swoim zachowaniem doprowadzi mnie do łez, wówczas wybudza się i przeprasza i jest znowu pełen ciepła i zrozumienia. Czasami zdarza się ze w grę wchodzi również alkohol. Kilkukrotnie zdarzyło się, ze siedząc ze znajomymi pijąc zapomniał się i nie pojawił się w pracy na drugi dzień. Jego brak dalszej perspektywy w życiu sprawia ze żyje on z dnia na dzień nie myśląc o przyszłości. Ma on również problem z komunikacją. Nie wyraźna wymowa, brak pewności siebie oraz fakt ze w młodym wieku zaczął mówić w obcym mu języku składają się na ten problem. Czasami widzę jak duży wysiłek sprawia mu wyrażenie tego co ma na myśli. Potrafię wyczytać z języka jego ciała ze ta frustracja powraca w momentach gdy nie potrafi znaleść odpowiednich słów. Chcialabym wiedzieć jak mu pomóc, wyraził on chęć pójścia do psychologa, jednakże jest to tylko deklaracja typu „kiedyś, może w przyszłości”. Chciałabym wiedzieć jak nakierować go do odpowiednich osób, tak aby nie myślał ze jest mniejszy w moich oczach z tego powodu. Boje się ze bez odpowiedniej pomocy zatraci się w sobie i używkach które dodają mu pewności siebie.
  5. Dzień dobry, To mój pierwszy post, więc witam serdecznie. Chciałbym Wam opisać mój problem. Jesteśmy razem 8lat, niecały rok temu wzięliśmy ślub, w maju (mamy mniej niż 30 lat). Byliśmy zgodni, czasami się kłóciliśmy. Niestety z mojej winy: byłem strasznie zazdrosny o moją Żonę. Nie lubiłem jak wychodzi z kimkolwiek poza mną i dobrze się bawi beze mnie, umierałem z zazdrości jak wracała zadowolona po północy z piwa. Martwiłem się o Nią, jest piękna, wspaniała. Zawsze miałem jakąś wizję, że po alkoholu ktoś mi Ją odbierze(z pierwszym chłopakiem była po tym jak w wieku 18 lat wypiła 3 piwa i mówi że gdyby nie alkohol nigdy nie byliby razem). To był jeden z naszych punktów zapalnych, mimo że od tego czasu minęło 9 lat. Nad innymi, jeśli coś się pojawiało, pracowałem nad sobą. A przynajmniej tak mi się wydawało. Od strony Żony: była zakochana we mnie, od pierwszego spotkania niemalże okazywałem Jej opiekę, byłem z Nią gdy mnie potrzebowała. Uczyłem się dla Niej wszystkiego, robiłem za Nią projekty na studiach, żeby tylko Jej zaimponować. Uwielbiałem Jej wdzięczność, kiedy kupiłem coś za Nią bo Ona zapomniała, że spakowałem coś, że mam samochód i mogę ją gdzieś podwieźć. Teraz wiem, że zbudowałem związek i moje poczucie wartości na Jej wdzięczności, podziękowaniach, spojrzeniach z podziwem, komplementach. Żona wyniosła problem z domu. Była najmłodszym dzieckiem z 5-rga. Jej Mama prowadziła w domu wojskową dyscyplinę a na pracę nad najmłodszą miała najwięcej czasu. Miała plan, wg którego Żona musiała być posłuszna, uległa, nigdy nie protestować, wykonywać obowiązki związane z prowadzeniem domu. Nadmiernie Ją też kontrolowała. Moja Żona w liceum nie mogła sama wybrać jaką chce fryzurę. Nigdy też nie sprzeciwiła się swojej Mamie, więc nie "przeżyła buntu", jak to określiła psycholożka. Tato też nie pomagał, nigdy nie powiedział Jej, że Ją kocha. Był dobrym człowiekiem, ale nie czuły jak "Tatuś". I ja tą moją opiekuńczością zastąpiłem Jej Rodziców. Było super. Tylko, że było przez parę lat. Bo moja opieka nad dzieckiem zaczęła Jej przeszkadzać. Gdy potrzebowała, to chciała, ale te wypady na piwa to już "jest dorosła i nie potrzebuje troski". Na początku związku była zachwycona, że założyłem jej pocztę, że archwizuję Jej wiadomości, że czyszczę dysk, że znam Jej wszystkie dane i na Jej jedno życzenie mogę załatwić to, czego Ona nie potrafi Teraz uważa to za wielką władzę i boi się że mam dostęp do wszystkiego co Jej. Oczywiście nigdy nie nie nadużywałem. W październiku poznała bliżej kolegę z pracy, którego z czasem nazwała najlepszym przyjacielem. W lutym dowiedziała się że Jej kolega jest w trakcie rozwodu i zakochała się w nim. W marcu zauważyłem, że jest coś nie tak, zaczęła ukrywać telefon, pisać z jedną osobą. Często dzwoniłem do Niej to miała zajęty telefon. Gorzej się zrobiło na kwarantannie, ciągle pisała, uśmiechała się jak dziewczynka, poprawiała twarz jak zakochana nastolatka. Którejś nocy nie wytrzymałem, obudziłem ją i wypytałem Ją - X to przyjaciel, po prostu też miał problemy w związku i polecił mi psychologa. Zaczęła spotkania z psychologiem, ale wciąż dużo czasu spędzała z X. Kiedyś znowu mnie oszukała - miała rozmawiać z koleżankami i kolegami, ale rozmawiła na Skype z nim. To tylko przyjaciel, a ja mam paranoję. I podjąłem terapię psychologiczną sam, oraz terapię dla par. Niedawno przeczytałem SMSy z Jej telefonu, dwa, przypadkiem, tego było za wiele. Przyparłem Ją do muru. Przyznała się, że jest w nim zakochana od lutego. Ale liczyła, że przejdzie samo. Niestety: na pytanie, czy spotkali się w marcu Jej odpowiedź była "mętna" i następnego dnia dopytałem więcej. Zdradziła mnie, w moje urodziny, kiedy miała być w pracy. Byłem w szoku, ale po wypłakaniu się, podjąłem decyzję, że chcę to odbudować, mimo Jej niechęci i mówienia, że "spieprzyła na całego, tego się nie da". Warunek: zrywa kontakt z X, idziemy na terapię wspólną. Na terapię poszliśmy wczoraj awaryjnie online, dzisiaj idziemy do gabinetu. Tylko, że moja Żona nie ukrywa przede mną, że kocha X. Zerwała kontakt pod naciskiem terapeuty dla par, ale boję sie że każdego dnia kiedy wyjdę z domu, że złamie sie i zadzwoni do X. Nawet raz tak zrobiła i obiecała że to koniec. Co więcej: twierdzi, że nie chce odbudowywać związku, bo jestem ofiarą zdrady i będę Nią manipulował, by odebrać Jej resztki wolności, bo totalnie nie będę Jej ufał i kontrolował mocniej niż wcześniej. Nie wiem co robić. Ogólnie jest ze mną, bo raz: boi się gniewu Bożego - ślubowaliśmy w kościele, a dwa: chce doprowadzić do tego, że ja się poddaję. Psycholog zdiagnozował u niej niedojrzałość emocjonalną i ona boi się konsekwencji, co powie rodzina oraz odpowiedzialności. Boję się, że wygra, a ja nie wytrzymam. Ale jak odejdzie i będę podejrzewał, że spędza ten czas z X, to nie wiem, czy nie będę potrafił Jej przyjąć już nigdy. Co ja mogę zrobić? Czy chcę z Nią być? Dlaczego walczę? Bo wierzę, że była ze mną szczęśliwa, tak jak ja z Nią. Że ja mogę się zmienić i że jeżeli przetrwamy to będziemy niesamowicie silnym związkiem. Chodzę do psychologa i będę walczyć o wszystko co Żona mi przez lata zarzucała: nadmierna zazdrość, nadmierna chęć kontrolowania, nadmierny lęk że mnie opuści, nadmierny lęk że któś może być lepszy ode mnie dla niej itd itp. Psycholog zapewnił mnie, że nad wszystkim da się wypracować a wtedy Żona uzna, że chce być ze mną. A dzisiaj mamy rocznicę ślubu.... Ale na razie umieram ze strachu każdego dnia że mnie opuści. Czy mogę coś zrobić żeby Jej pomóc? Jak mogę Ją wesprzeć w "dojrzeniu" aby stała się emocjonalnie dojrzałą osobą? Nie chcę się z nią rozstawać, mimo że ona w kółko prosi o pozwolenie na wyjazd do domu rodzinnego, który stoi teraz pusty. Czy jeśli jej pozwolę czy nie będzie to już koniec? Czy nie zaprosi tam X? Czy nie uzna że teraz dojrzała i mnie nie potrzebuje? Chciałbym pomóc jej najlepiej jak potrafię w tej sytuacji, ale czuję się strasznie bezradny. Proszę o wszelkie komentarze z pomocą!
  6. Nie wiedziałam do końca w jaka kategorie wstawić ten post bo to co będę opisywać pasowałoby by do kilku kategorii. Ale do rzeczy. Jestem w związku już kilka lat. Były to gorsze i lepsze lata. Od kilku miesięcy przebywam chwilowo za granicą za zgodą obu stron. Niedługo wracam do Polski. Mój chłopak od jakiegoś czasu ma zdiagnozowana depresje oraz paranoje. Leczy się farmakologicznie. Staram się go wspierać jak tylko moge ale mi samej jest trudno. Zaczęłam sie zastanawiać czy przez obecną sytuację w domu oraz zachowania podpadające lekko pod przemoc psychiczną nie zaczynam doświadczać jakiegoś załamania na tle nerwowym. Ale do rzeczy. Potrzebuje spojrzenia kogoś z boku czy zachowania mojego chłopaka sa "normalne" przy depresji, czy jednak zaczyna to wyglądać jak toksyczny związek bo sama sie gubię. -Nie mogę mieć gorszego humoru/dnia/nocy. Gdy pokazuje, że jest mi smutno /nie mam siły słucham, że jest on zły, zjebany, najgorszy i "co ja znowu robie źle, że sie tak zachowujesz?" -Gdy nie mam ochoty na rozmowy po pracy bo jestem zmęczona- jestem niemiła. Gdy nie mam ochoty rozmów na kamerce- jestem niemiła bo "on ze mna przecież rozmawia a ja mam jakiś problem", dodam, że w przypadku gdy on nie ma ochoty na któraś z rzeczy nie ma tematu "bo Ty sobie znowu coś wymyślasz i jak zwykle nie spełniam Twoich oczekiwań" -Doszło do tego, że codziennie musze udawać w stopniu mniejszym/większym. Zmuszam sie do wielu rzeczy dla spokoju i w pewnym sensie jego "przyjemności". -Jego mama za mna nie przepada. Wczoraj wyrzuciła trochę niezbyt miłych słów w moja stronę a gdy zaczęłam plakac i on to zauważył w rozmowie zaczęło ske znowu, że jest zły itd. Kocham go ale sama juz nie wiem co robić. Zaczynam sie zastanawiać czy takie zachowania sa wynikiem jego depresji i paranoi czy po prostu zmierza to w dosyć toksycznym kierunku.
  7. Dzień dobry, jestem 22-letnią studentką prawa. Od 3 lat mieszkam w mieście studenckim wraz ze swoją dziewczyną. Na wakacjach głównie pracuję, więc w domu jestem tylko od święta. Przez kwarantannę wróciłam do domu i jestem w nim od ponad miesiąca. W tym czasie coś we mnie pękło, uświadomiłam sobie, że jestem DDD, że za większość moich toksycznych zachowań w mojej osobie odpowiada moje dzieciństwo. Wcześniej bagatelizowałam problemy w moim domu, wydawało mi się, że wybuchy agresji, przemoc psychiczna i niekiedy fizyczna ze strony mojego ojca jest czymś uzasadniona, a skutki tego traktowałam jako cechy mojej osobowości. Im więcej czasu spędzam w domu, tym gorzej się czuję, ponieważ mam coraz więcej przykrych wspomnień, a jak widzę, jak mój tato traktuje siostrzeńca, to czuję się jakbym była obserwatorką własnego dzieciństwa. Coraz ciężej jest mi to znieść emocjonalnie, stałam się bardzo drażliwa, bardzo często zamykam się i płaczę z bezradności, bólu, gniewu. Te negatywne emocje przysłaniają mi rzeczywistość, odbieram dużo rzeczy negatywnie, mam obniżony nastrój, każdą uwagę biorę bardzo do siebie. Brakuje mi wsparcia, nie mam z kim o tym porozmawiać i nikt nie zna sytuacji naprawdę. Sam czas kwarantanny w tym nie pomaga, ponieważ nie mogę wyjść z domu, aby oderwać się od tego psychicznie. Ciężko mi też wrócić do mieszkania, ponieważ nie chcę zostawać tam sama, a dziewczynie nie spieszy się, ponieważ woli nacieszyć się rodziną i chce wspierać swoją mamę, szczególnie że pracuje ona jako lekarz i jest zagrożona zarażeniem wirusem. Moja dziewczyna nie wie o tym, wie tylko, że źle się czuję, że płaczę, ale sądzi, że to przez rozłąkę. Ma też swoje problemy i obiecałam jej, że choć ja w tym wszystkim będę dla niej ostoją i nie będę zawracała jej głowy swoimi problemami. Przez to odnoszę wrażenie, że stała się oschła, zdystansowana, jakby nie liczyła się z moimi uczuciami, choć tak naprawdę nie mogę od niej wymagać, by wiedziała, że potrzebuję wsparcia szczególnie teraz, gdy nie wie o całej sytuacji. Przez bycie DDD odnośnie związku mam m.in bardzo obniżone poczucie własnej wartości, problemy z zaufaniem, często nie radzę sobie ze złością i prowokuję kłótnie, nie mówię o swoich potrzebach, czuję się bardzo niepewnie, jestem zaborcza, potrzebuję ciągłego zapewniania, że ona mnie kocha itd. Z jednej strony czuję, że muszę jej o tym powiedzieć, ponieważ wyjaśniłoby to dużo nieporozumień między nami, wiedziałaby skąd pochodzą moje zachowania, które jej nie odpowiadają, mogłabym liczyć na większe wsparcie z jej strony oraz zrozumienie szczególnie, że sama ma problemy z tatą. Jednak obawiam się, że nie zrozumie, ponieważ jest to osoba bardzo rodzinna, często mało empatyczna i współczująca, mogłaby mnie nie zrozumieć, wystraszyć się tego lub mi nie uwierzyć, ponieważ zna mojego ojca z zupełnie innej strony. Dodatkowo czuję się tak, jakbym budowała ten związek na kłamstwie od samego początku, mimo iż nie byłam świadoma problemu. Jest to najbliższa mi osoba, z nikim innym nie mogłabym o tym porozmawiać, aczkolwiek obawiam się tego otwarcia, że mnie to zrani, szczególnie gdy nie przepracowałam tego i wciąż nie jestem w stanie zebrać myśli, gdy sama staram się ułożyć to wszystko w głowie. Prosiłabym o radę odnośnie tego, czy powinnam szczerze porozmawiać o tym z partnerką na tym etapie? Czy lepiej przepracować to najpierw ze specjalistą? Nie ukrywam, że psycholog czy psychoterapia są w tym momencie finansowo dla mnie nieosiągalne.
  8. Witam, To pierwszy raz od wielu, wielu lat kiedy zwracam się z poważnym zyciowym problemem na forum, ale uznałem ze nigdy nie jest za późno i przychodzi moment kiedy jednak trzeba coś zrobić. Problem mojej rodziny polega na wspólnym zyciu z ojcem/mężem (rocznik 60) chorym na parkinsona. Ojciec dowiedział się o chorobie 20 lat temu i z tego co mama opowiada, niestety fatalnie zniósł te wiadomość, co w zasadzie jest normalne. Ojciec byl podobno normalny, okazywal uczucie w minimalnym zakresie, byl opiekunczy i ambitny. Mial cele i ambicje ktore udalo mu sie w pewnym zakresie reallizowac. Mial jednak tez wady w postaci bycia wladczym, agresywnym, narcystycznym co choroba parkinsona i potezne dawki lekow zlatami uwidoczniły te cechy przekraczając jakiekolwiek limity akceptowalności. Ojciec stracil prace (dobra prace - stanowisko kierownicze i dalsze mozliwosci awansu) przez niedowład prawej częsci ciała (było to jakos 7-8 lat temu) niestety od tamtej pory zycie z nim pod jednym dachem to koszmar. Relacje na lini mąż-żona nigdy nie były dobre z tego co mama opowiada, niestety ojciec nigdy nie mogl sie dobrze odnaleźć w związku, a z biegiem lat relacja rodzicow zamienila sie w ultra toksyczna relacje polegajaca na ciaglych wyzwiskach, przekleństwach, poniżaniach - w kierunku mojej matki. Tutaj chcialbym nadmienic ze matka od naszych nardzin (mam siostra która juz nie mieszka w domu rodzinnym) dziecinstwa az do tej pory zajmowala sie nami i domem. Dawki lekow ktore przyjmuje ojciec sa gigantyczne a to w polaczeniu z niedowladem czesci ciala - powoduje ze ojciec jest agresywny, niepoczytalny, popelnia katastrofalne decyzje finansowe, powoduje liczne kolizje samochodowe, obraza ludzi, oszukuje ich, stracił relacje z doslownie cala rodzina ze swojej strony (a w poczatkowych fazach choroby z rodzina mojej matki) Absurdalnych sytuacji do ktorych na codzien doprowadza ojciec jest tysiace, sytuacje te mocno stresuja matke i jak mnie. Chcialbym wyprowadzic sie z domu i miec to wszystko gdzies i moc zyc swoim zyciem ze swoja dziewczyna, ale zalezy mi jednak na tym zeby to zycie ojca i matki jakoś wyglądało. Sam pracuje w zawodzie od 5 lat, jestem inzynierem z wykształcenia, jestem osoba raczej introwertyczna wiec nie okazuje emocji i nie wchodze w zatargi z ojcem. Niestety wiaze sie to z tym ze jestem przez ojca, pomimo jego ciezkiej i dlugoletniej choroby - nazywany baranem, ch*ujem, nieudacznikiem. Od wielu lat slysze ze z domu musze "wypier*alać". moja matka tez slyszy te slowa od wielu wielu lat. Agresja ojca jest tak silna ze gdybym tylko wszedl z nim w jakąkolwiek bojke to moglo by sie to skonczyc tragedia, dlatego moje nerwy sa ze stali po tylu latach i nigdy do tego nie doszlo pomimo ogromnej ilosci zaczepek. Temat jest jak rzeka, problemów jest multum jednak nie wiem co robic. Prosze o wsparcie osob/fachowców o jakiekolwiek wskazówki - co robic zeby w takich warunkach przetrwac, nie stracic zdrowia psychicznego, nie doprowdzic do calkowitego szalenstwa ojca, uchronic matkę które niestety jest zniszczona psychicznie przez ojca despote który ciężko choruje. Przepraszam za pisownie, jednak edytor tekstu na tym forum widcznie szwankuje
  9. i jednak to prawda mój mąż i moja matka w końcu nie wytrzymałam i powiedziałam że wiem o wszystkim przyznali się do bezpośredniego sexu nie doszło ale i tak spali w jednym łóżku ubierała dla niego bieliznę pończochy i się piescili calowali przytulali jak nie było mnie w domu to robili jestem mężatką od 13lat a to wszystko co robili trwa od około 10-9lat zawsze coś podejrzewalam ale myslalam ze mi tego nie zrobi własna matka jestem zalamana nie wiem co mam zrobić mało brakowało a bym wziela leki żeby się nie obudzić po co mnie rodziła i wychowywał skoro ma mnie gdzieś i tak mnie skrzywdzila w życiu bym nie pomyslala że jednak to zrobi i mąż ja im ufalam a oni zlamali mi serce
  10. Ostatnio w swoim gabinecie spotykam wiele kobiet, które doświadczają na co dzień przemocy psychicznej ze strony partnera. Nierzadko idzie ona w parze z przemocą fizyczną i ekonomiczną. To nie jest łatwy temat, ale tak ważny, szczególnie dla kobiet, które już od dziecka są wychowywane na osoby miłe, skromne, usłużne i wręcz zaprogramowane, żeby w pierwszym rzędzie dbać o potrzeby swojej rodziny, a dopiero później, o swoje. Czym jest zjawisko przemocy psychicznej? Właściwie każda z kobiet może reagować w bardzo różny sposób na to, co usłyszy, doświadczy ze strony partnera. Podam w tym miejscu jedną z definicji. Przemoc psychiczna jest zachowaniem (lub jego zaniechaniem), którego intencją jest kontrolowanie, powodowanie cierpienia, naruszanie praw i dóbr osobistych ofiary przez osobę silniejszą. Zachowania, które klasyfikuje się w kategorii przemocowych to głównie: kontrolowanie kontaktów ofiary z rodziną lub znajomymi (tak telefonicznych, jak i osobistych), szkalowanie, szykanowanie i urąganie ofierze, wyzywanie, oskarżanie, a czasem również przedrzeźnianie i wyprowadzanie z równowagi, protekcjonalne, lekceważące, pozbawione szacunku postępowanie i/lub wypowiedzi w stosunku do ofiary przy osobach trzecich, grożenie partnerowi bezpośrednią napastliwością, niszczeniem rzeczy ofiary, wyładowywaniem agresji na przykład poprzez rzucanie przedmiotami, trzaskanie drzwiami czy kopanie w ściany, obarczanie ofiary winą za własne zachowania sprawcy, wywoływanie poczucia odpowiedzialności za relacje w związku i niekontrolowane emocje oprawcy. Przemoc psychiczną w związku ciężko dostrzec, a następnie wykazać i udokumentować. Ofiara jest zwykle niemal całkowicie podporządkowana sprawcy, zmanipulowana, odizolowana od społeczeństwa, przekona o byciu winną i nic nie wartą. Wyjście z takiego stanu jest bardzo trudne, dlatego od początku nie można ignorować zachowań, które mogą nosić znamiona przemocy lub po prostu nią być. Bardzo ważne jest natychmiastowe reagowanie na niżej wymienione zachowania nie tylko sprawcy, ale również ofiary. Często jest tak, że związek z osobą o zaburzonej osobowości przebiega według trzech głównych faz: idealizacji, dewaluacji i odrzucenia. Etap idealizacji polega na zachłyśnięciu się uczuciem miłości, błogości, na spędzaniu razem mnóstwa czasu, jednym słowem na sielance. I byłoby super, gdyby nie fakt, że my kobiety, często przymykamy oko na niepokojące sygnały w zachowaniu partnera, które zauważamy już na samym początku znajomości. Nie chcemy widzieć np. sporadycznych przejawów chamstwa, agresji czy zwykłego lenistwa, nieodpowiedzialności. Etap idealizacji to także czas, w którym zaburzony partner zbiera informacje o partnerce, poznaje między innymi jej słabe strony. A po co? Żeby w drugim etapie - dewaluacji – stopniowo wykorzystać tę wiedzę przeciwko partnerce. Stopniowo, bo gdyby wypalił z przemocą psychiczną od razu, na bank kobieta pogoniłaby takiego mężczyznę. Użyję tutaj plastycznej metafory – żaby, którą wrzuca się do gorącej wody. Jeśli żaba nagle ląduje we wrzątku, to szybciutko stamtąd ucieka. Jeśli natomiast żaba siedzi w wodzie, która jest stopniowo podgrzewana, to zostanie w końcu ugotowana. Przykre, ale tak się zdarza. Przemoc psychiczna boli najbardziej i trudno ją udowodnić, bo jest dostosowana do każdej kobiety, do każdego mężczyzny, najczęściej bardzo indywidualnie, bo każdy ma inne doświadczenia i słabe strony, ograniczenia. Choć rozmowa o doświadczaniu przemocy, jest trudna to jednak jest niezwykle ważna. Konieczne jest przełamanie tego tematu tabu i tajemnicy, które powodują lęk, wycofanie, a niejednokrotnie również wstyd. Jeśli Wy, drodzy czytelnicy, znajdujecie się w podobnej, do opisywanej przeze mnie, sytuacji, pamiętajcie, że to nie wy powinniście się wstydzić i że to nie wasza wina, że partner/parnterka wyładowuje się na Was. Szukajcie pomocy, nigdy nie ustawajcie w walce o lepsze jutro dla Was i dla Waszych dzieci.
  11. Witam, jestem Daria mam 18 lat. Od paru miesięcy mam dość poważny dla mnie problem który w ostatnim czasie się nasilił. Mianowicie dwa lata temu poznałam wspaniała dziewczynę. Odrazu się zaprzyjaźniłyśmy. Miałyśmy swoje grono znajomych (5 dziewczyn) które powoli się rozpadało. Koniec końców pod koniec wakacji 2019 zostałyśmy w 3. Zaczęło psuć się znowu. Dziewczyna o której wspomniałam na początkku przestała pokazywać jakiekolwiek zainteresowanie przyjaźnia (nie proponowała spotkać, sama rzadko przychodziła, wolała imprezować niż rozmawiać z nami, okłamywała) , poznała osoby które sprowadzały ją na złą drogę. Próbowałyśmy to naprawić lecz to nic nie dało. Myślałam że to temat zakończony. Ale od 2 miesięcy bardzo za nią tęsknie. Brakuje mi jej i bez problemu napisałabym do niej gdyby nie moja obecna przyjaciółka i chłopak. Obydwoje żywią do niej czystą nienawiść, którą i ja wobec niej czułam. Wiele rzeczy robiłam ze względu na nich żeby mnie nie opuścili (2 lata temu chorowałam na depresje i zostałam odrzucona przez 3 ważne mi osoby wiec teraz boje sie opuszczenia) Mam wrażenie że nawet zerwanie przyjaźni z tamta dziewczyna było głównie ze względu na nich. Ciągle mi powstarzają ze to dla mojego dobra. ALe bardzo tesknie za nią bo przy niej czułam sie bardzo swobodna mówiłyśmy sobie o wszystkim naprawde czułam że jest moja przyjaciółką. Jednak popełniła wiele błędów które wobec chłopaka i obecnej przyjaciółki są niewybaczalne i nie powinnam pod żadnym pozorem jej wybaczać. Czuję, że gdybybm chciała to zrobić nie wybaczyliby mi tego. Nie lubie również wszytsiego komplikować, a wiem ze tak jak ejst teraz pasuje pozostałym, tylko nie mnie. Z dnia na dzien czuje sie coraz gorzej i nie mogę przestać o tym myśleć. Póki co rozmawiałam o tym z chłopakiem który powiedział ze byłby zawiedziony ale nie opuściby mnie. Martwię się o moją obecną przyjaciółkę, która bardzo by cierpiała gdybym chciała się z tamtą pogodzić. Czy jest jakieś sensowne wyjście z sytuacji?
  12. Jestem Kamila, mam 22 lata. Problem mój tkwi we wspomnieniach z dzieciństwa, które dają się we znaki od kilku lat. Pochodzę z rodziny, w której ojciec był alkoholikiem, do momentu kiedy miałam 9lat mieszkał z nami,później wyjechał do Holandii do pracy, by żyło nam sie lepiej. Kiedy wyjechał przestał pić. Od zawsze byłam jego oczkiem w głowie, nigdy mnie nie uderzył, co noc zasypiał ze mną kiedy nie pił,opowiadał bajki, nigdy mnie nie skrzywdził, tylko od niego dostawałam miłość. Natomiast mama, potrafiła mnie wyrzucić z domu mając 8lat, była nerwowa, biła kablem na oślep tylko dlatego, że potrafiłam za głośno kłócić sie z bratem, wyzywać od suk i szmat, odkąd pamiętam, zero pozytywnych uczuć z jej strony. Nigdy nie poświęcała mi czasu, ani na nauke ani na zabawe. Dodam, że nie nigdy nie piła, po prostu taka była. Czułam się niechciana. Jakiś czas temu dowiedziałam się od taty, że mama go zdradziła, przez co w Holandii powrócił do picia, stracił wszystko. Teraz po 12 latach wszytko się ułożyło, natomiast od kilku lat mam pretensje do mamy, że przez jej zdradę rozwaliła się rodzina, nie próbowała tacie pomóc w jego chorobie, w dodatku nie potrafię wybaczyć jej tego jak mnie traktowała w dzieciństwie. Przez to jestem bardzo wrażliwa, nerwowa, często wpadam w histerie, jestem niestabilna emocjonalnie, często prowokuje kłótnie chłopakowi, krzyczę, wpadam w furię, wtedy stara się mnie uspokoić, kiedy ktoś przy mnie gwałtownie macha rękami odczuwam strach. Gdy nie wpadam w histerię, jestem normalną, przyjazną,kochaną i uczuciową dziewczyną. Wstydzę mu się opowiedzieć o moich przeżyciach. Nikt nie wie o tym co się działo u mnie w domu jako dziecko. Dlaczego to piszę? Bo już sobie z tym nie radze, czuję że muszę to wyrzucić z siebie, nie chce wpadać już w histerię, bo wiem że wtedy to nie jestem ja. wstydzę się powiedzieć o tym komukolwiek bliskiemu. Proszę mi pomóc, doradzić czy powinnam z kimś o tym porozmawiać.Czy zwierzyć się chłopakowi, pójść na jakąś terapię, a może porozmawiać z mamą? W dniu dzisiejszym wbrew pozorom mamy świetny kontakt, zmieniła się, natomiast dalej nie potrafię sobie poradzić ze swoimi emocjami. Kiedy tylko wracają wspomnienia, zamykam się w sobie i wpadam w histerię. Chciałabym to z siebie w końcu wyrzucić, leży mi to na sercu i nie potrafię przez to normalnie żyć.
  13. Witam wszystkich forumowiczów, tak jak napisałem w temacie pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej. Obecnie mam 22 lata. Od małego dziecka byłem odtrącany przez matkę (na rzecz mojego młodszego brata, kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że ojciec zgwałcił moją mamę, i w ten sposób się urodziłem, znienawidziłem go jeszcze bardziej), była obecna przemoc wobec mojej mamy i dwóch starszych sióstr. Gdy miałem 9 lat mój ojciec wyjechał na kilka lat za granicę, jednak problemy trwały dalej. Jedna z moich starszych sióstr wpadała w złe towarzystwo, cięła się, brała narkotyki, awantury, przemoc i problemy ciągnęły się dalej, w domu często bywała policja, a mój ojciec ma założoną niebieską kartę. Przemoc dopadła mnie również w szkole, ze strony rówieśników, miałem trudności z nauką (przez te wszystkie czynniki w wieku 13 lat wpadłem w nałóg (masturbacja i pornografia), mimo to zdałem maturę i, z przymusu ojca tyrana, rozpocząłem studia, na kierunku historia (interesowałem się nią niemal przez cały okres szkolny), jednak nie dawałem sobie tam rady, nie miałem zapału do nauki, i po semestrze rzuciłem studia. Byłem zdruzgotany, bo był to również czas gdy odrzuciła mnie dziewczyna, i czułem się bardzo samotny. Siostra nakrzyczała na mnie, że jestem nieporadny i wygoniła mnie z mieszkania, a ojciec robił w domu awantury z powodu moich studiów. Poszedłem do pracy, w której również mnie gnębiono, mimo to wytrwałem 3 miesiące. Pogodziłem się z rodzicami, i wróciłem do domu, by rozpocząć nowe studia. W okresie między studiami, rozpocząłem walkę z nałogiem, i niestety nie dawałem sobie rady. Za pieniądze zarobione w hotelu rozpocząłem psychoterapię, miałem stwierdzoną nerwicę, objawy somatyczne, oraz refluks, wywołany nerwami. W sierpniu miałem wypadek samochodowy, miesiąc później, po imprezie na której nadużyłem alkoholu, dostałem IBSU, i do dzisiaj mam problemy gastryczne. Jestem obecnie na drugim roku studiów administracja, trudności z nauką trwają dalej, wyszedłem z nałogów, lecz od tej chwili, stałem się bardzo wrażliwy, i to jak ludzie mnie traktują boli mnie dużo bardziej. Od kilku miesięcy mój ojciec wrócił do domu, i mam bardzo duże trudności w przyzwyczajeniu się do jego obecności. Gdy policja zatrzymała mnie do kontroli, i mu o tym powiedziałem, zaczął wyzywać mnie od debili, tumanów, dałnów, i powiedział że lepiej abym się nie urodził, słyszę to bardzo często. Ciągle próbuje mnie kontrolować, gdzie jestem, z kim wychodzę, wyżywa się na wszystkich, w dodatku często wywala wszystko z szafek. Dwa miesiące temu rzuciła mnie dziewczyna (związek trwał 1.5 miesiąca, rozpoczęliśmy go po 3 tygodniach znajomości, ale bardzo się zaangażowałem, i przełamałem swój mechanizm odrzucania. Dziewczyna również miała problem, jest bardzo podobna do mnie, również niezwykle wrażliwa, ambitna, inteligentna, zamknięta w sobie, oraz nękana przez rówieśników), w dodatku jej przyjaciółka nie akceptowała naszego związku, i podczas imprezy, gdy tylko usiadła obok mnie, i ona to zobaczyła zabierała ją ode mnie, gdy wyszedłem na chwilę ze znajomymi, i wróciłem, ta pokazała mi palcem gdzie mam usiąść, wściekłem się i powiedziałem jej " że nie mam nic do ich przyjaźni, ale żeby się nie wtrącała między nas"), zabrała moją dziewczynę i inną koleżankę. Następnie w dniu Walentynek, jej przyjaciółka chciała zoorganizować imprezę, na którą mogli przyjść wszyscy ze swoimi partnerami, a moja dziewczyna nie mogła zabrać mnie ze sobą. Na trzy tygodnie przed Walentynkami, wyjechałem do Warszawy odpocząć, lecz sytuacja z Walentynkami nie dawała mi spokoju, i przeżywałem bardzo silne napięcie ( nie masturbowałem się, już od kilku tygodni, przy dziewczynie zerwałem z nałogiem), i nie mogłem spać. Po powrocie z Warszawy, i kilkudniowej wizycie mojej dziewczyny, u tejże przyjaciółki, spotkałem się z nią, i widziałem że coś jest nie tak. Powiedziała mi że ogarniają ją jakieś lęki, że to wszystko za szybko się dzieje, i coś się w niej zamyka. Było coraz gorzej, a w Walentynki, często zaglądała w telefon, i pisała ze swoją przyjaciółką. Powiedziała mi wtedy, " że widzi jak głębokim uczuciem ją darzę, ale nie potrafi tego odwzajemnić, i chciała zerwać ze mną po Walentynkach, abym nie spędzał ich sam".) Po rozstaniu mimo że minęły dwa miesiące jestem bardzo zdruzgotany, w dodatku sytuacja w domu, mam bardzo duży opór, aby podporządkować się ojcu, i skończyć te studia. W dodatku sytuacja z koronawirusem, też nie ułatwia tego. Chciałbym prosić was o opinię, ponieważ rozważam ponowne rzucenie studiów, i przeprowadzkę do innego miasta, tyle lat znosiłem ten dom, ale mam dość, aby uciec z tego domu, i zacząć swoje życie na nowo, (już tego próbowałem i wiem że nie jest łatwo, mimo to jestem osobą odpowiedzialną, systematyczną, i wytrwałą)
  14. Mam 22 lata, studiuję. Nie mam możliwości sięgnąć po żadną płatną ani stacjonarną pomoc. Nie potrafię się uporać ze swoim życiem, ze śmiercią bliskiej osoby, chorobą rodzica, toksycznym związkiem, z którego wyszłam rok temu i nadal nie mogę dojść do siebie. Przepłakuję prawie każdą noc od 2,5 roku, są pojedyncze tygodnie kiedy jest lepiej. Nie mam nikogo kto by mnie wysłuchał, nie wiem gdzie mam szukać pomocy
  15. Witam Jestem nowa na forum, i w sumie nie wiem czy trafiłabym tu gdyby nie ciąg sytuacji, o których sama nie wiem co mam myśleć, wiec szukam pomocy. Kilka miesięcy temu poznałam żonatego faceta. Jak tylko go zobaczyłam, czułam od niego dobroć, i że coś nas łączy. Najpierw najlepsi przyjaciele, potem zaiskrzyło. Pokochałam go z wzajemnością. Nasz kontakt urwał się przez to co robiła jego żona, która traktuje go jak rzecz, jak własność i zakazała kontaktu ze mną nie wiedząc o niczym. Jest bardzo zaborcza i jej zazdrość o samą rozmowę ze mną graniczy z paranoją. Kontroluje go na każdym kroku. On chciał rozwodu, do którego nie doszło z losowej przyczyny. Gdy zawiesił się kontakt, poznałam kolegę, również żonatego, na początku nie pałałam do niego sympatią, ale okazało się, że jest całkiem wporządku, do czasu. Zaczęliśmy się widywać niemalże codziennie, bardzo go polubilam, ale wciąż pytał się mnie czy jest w moim typie, i bym mu powiedziała wprost jeśli poczułabym coś więcej. Po dwóch tygodniach bliższych relacji powiedział, że się we mnie zakochał, i on swojej żonę kocha jak mnie. Była iskierka, przemknęło mi przez myśl, może warto zacząć coś nowego a tam dać spokój, choć nadal miałam maleńką nadzieję, że on wróci. Nie czułam tego co on. Nowy kolega zaczął mieć problemy ze sobą i próbę samobójczą ponieważ go nie kochałam. Zaczynał mną manipulować, a ja nieświadomie się dawałam. Pewnego dnia, od zwykłego przytulenia przeszedł do obmacywania mnie, co nie podobało mi się ale tłumaczył się zboczonym charakterem. Stwierdziłam, że trzeba wziąć poprawkę bo ludzie są różni. Za każdym razem gdy byłam go wesprzeć w trudnych chwilach, bawił się mną i podjudzał do zerwania relacji z ukochanym. Nadal tego nie widziałam. To były dni gdy jego problemy wykańczały mnie i nie potrafiłam już optymistycznie spoglądać na życie. Byłam na każde jego zawołanie a on ciągle mnie szantażował, że stracę przyjaciela, którego w tym momencie potrzebowałam. Pewnej nocy, jak zwykle się do mnie przystawiał, ale nie przeszkadzało mi to z początku. Później nie reagował na moje Nie, udawał, że nie słyszy i nie zważał na to, że nie jestem skłonna do seksu z nim. Zmusił mnie podświadomie a potem siłą. Nie wiedziałam jaki mam stawiać mu opór. Siedziałam po tym wszystkim na drugi dzień i płakałam, że to się stało, i obwiniałam się o zdradę osoby, którą kocham. Wyrzuty sumienia mnie zjadały. Kolega nie widział do czasu zerwania komtaktu swojej winy, i dla niego to nadal była sama przyjemność, nie zważając na mój uszczerbek.Po czasie, gdy przyjaciółka otworzyła mi oczy, zobaczyłam jak bardzo dałam się zmanipulować. Mój kochany do mnie wrócił i nigdy nie tracił wiary w nas. Obwiniam się bardzo o to, że choć niby nie jesteśmy w związku mam wrażenie, że doszło do zdrady, a z drugiej strony do wykorzystania mnie zarowno psychicznie i fizycznie. Co mam o tym myśleć...?
  16. Witam. Z gory przepraszam za brak polskich znakow, niestety mam tylko angielska klawiature, Chcialabym przedstawic tutaj swoj problem, z ktorym zagam sie od dluzszego czasu. Przez trzy lata bylam w bardzo pewnym, mozna tak to okreslic, zwiazku. Znalismy sie wiele lat, zdecydowalismy sie sprobowac i po trzech latach doszlismy do wniosku, ze nic nas nie laczy i nie zalezy nam na sobie tak jak kiedys. Jednak, nawet jesli brzmi to zdrowo by sie rozstac - ciezko bylo odpuscic. Przeprowadzilismy sie razem za granice i opanowal nas strach, bo zycie osobno nie bylo mozliwe. Ze wzgledu na to i na laczaca nas latami przyjazn zdecydowalismy sie, ze jestesmy w stanie mieszkac razem. Nie bylo latwo, ale osiagnelismy porozumienie i wciaz genialnie sobie radzimy z zaistniala sytuacja. Oczywiscie nadchodzi taki czas w zyciu, gdzie czlowiek chcialby ruszyc do przodu. Poznac kogos, zakochac sie. Tak sie stalo w moim przypadku. Kiedy poznalam G. (lat 33) moj swiat nabral kolorow. Wisielismy na telefonie godzinami poruszajac chyba kazdy mozliwy temat, zartow nie bylo konca. Tak jak w poprzednim zwiazku zwyczajnie brakowalo mi zainteresowania mojego partnera, kiedy czulam, ze staje sie niewidzialna, kiedy poznalam G. jak to na poczatku moglam sie i wygadac i pozartowac i zwyczajnie poznac kogos blizej. G. duzo mowil, byl niezwykle szarmancki i dowcipny, powoli z czasem zaczelam sie otwierac przed nim. Wykazywal sie ogromnym zainteresowaniem i poswieceniem. Kiedy wyznalam mu prawde o tym, ze wciaz mieszkam ze swoim bylym partnerem wykazal sie zrozumieniem, oczywiscie zadal wiele pytan, moje odpowiedzi jednak i zapewnienie, ze ten zwiazek zakonczyl sie dawno temu jak najbardziej mu wystarczyly. I wierzcie mi, przez pierwsze tygodnie bylam najszczesliwsza na swiecie. G. przyjezdzam do mnie by spedzic ze mna chociaz godzine, gotowal kolacje, wciaz byl niesamowicie zainteresowany. Wrecz wpatrzony we mnie jak w obrazek, zainteresowany wszystkim co dzieje sie w moim zyciu. Biegal za mna bardzo dlugo zanim chocby dalam sie pocalowac. Dopiero podczas mojej wizyty u niego pocalowalismy sie po raz pierwszy. Ja sama mam 32 lata, wiec jak na wczesna trzydziestke czekac pare tygodni na pocalunek, to byl dla nas obojga dosc spory wyczyn w dzisiejszych czasach szybkich randek. Jedno bylo pewne, mielismy niesamowita chemie. Wszystko zaczelo sie powoli ukladac w odpowiednim rytmie. Poruszalismy sie powoli i skutecznie a ja czulam sie niesamowicie szczesliwa. Moj byly partner i ja przeprowadzilismy rozmowe na ten temat, ze poznalam kogos, ze sa to dopiero wczesne etapy, ale z szacunku dla niego chcialam byc szczera. Jak wspominalam moja relacja z moim bylym partnerem jest bardzo jasna, nie ma miedzy nami zadnych uczuc jedynie przyjazn budowana latami. Mijaly tygodnie a mojego szczescia nie bylo konca. Wciaz dlugie rozmowy przez telefon, on przyjezdzal, nigdy na noc oczywiscie, to byla zasada w moim domu, ze mimo iz nie czujemy niczego wobec siebie, nie bylo by to zbyt przyjemne dla drugiej osoby by nagle zapraszac do siebie kogos na noc. Zasada ustalona w momencie decyzji o kontynuowaniu wspolnego mieszkania. Jednak nastal czas kiedy to ja pojechalam do G. z planem zostania na noc. Oczywiscie byl to nasz pierwszy raz i nie moglam sobie wyobrazic tego lepiej. Spedzilismy caly nastepny dzien razem i wtedy wlasnie zapytal czy zostane 'jego dziewczyna', ustalilismy, ze jestesmy ze soba na wylacznosc, bo tak naprawde dobrze nam razem i chcemy tylko siebie nawzajem. Przez kolejne tygodnie szczescia nie bylo konca. Az zaczela sie kwarantanna. Pamietam jak szczesliwa bylam, ze znalezlismy siebie nawzajem i jak wspaniale bedzie razem przetrwac ten ciezki czas. Jednak cos sie wydarzylo, poklocilismy sie, i tak naprawde dopiero co zaczelismy byc razem, ale wewnetrznie czulam, ze cos jest nie tak. Klotnia zaczela sie od glupoty, jak zwykle. Bylam u niego dwa dni i musialam pojechac do domu rano. Obudzilam go mowiac, ze musze natychmiast jechac porozmawiac z moim bylym partnerem. To mu sie nie spodobalo, chociaz odprowadzil mnie na pociag do domu byl naprawde obrazony faktem, ze musze jechac. Kiedy wyjasnilam sytuacje w domu odezwalam sie do G. Bardzo chcial bym wrocila wiec czujac sie troche winna, tak zrobilam. Ale kiedy odebral mnie z dworca zaczal mnie atakowac, wymuszac zapewnienia. Sprawil, ze poczulam sie bardzo zle. Nie byla to zwykla rozmowa tylko frontalny atak na srodku ulicy. W emocjach i nerwach, ktorych po chwili nie moglam uspokoic, w pewnym sensie nawet bedac w szoku jego zachoaniem, powiedzialam mu, ze chyba jednak wroce do domu. Musimy oboje ochlanac i przemyslec to wszystko. Wtedy zaczal sie cyrk. Nie ukrywam bylo mi niesamowicie przykro i czesc mnie wcale nie chciala odchodzic, ale czulam gleboko w srodku, ze musze. Jednak on nie przestawal dzwonic, pisac, gonic za mna na ulicy. Dopiero z perspektywy czasu widze, ze jak na same poczatki zwiazku, taka desperacja w jego osobie byla czyms dziwnym, wtedy jednak sadzilam, ze tak mu ogromnie zalezy, wtedy tez powiedzial mi, niemal wykrzyczal na ulicy, ze mnie kocha i nie chce mnie stracic. Oboje bylismy we lzach, az zmeczeni rozmowa i cala ta sytuacja, wrocilismy do niego do domu. Niestety nie bylo juz nic tak jak wczesniej. Zdecydowanie nie byl to romantyczny wieczor. oskarzal mnie wciaz i wciaz o to, ze chcialam to zakonczyc w taki sposob, ze uciekalam przed nim na ulicy, ze gdyby mnie nie zatrzymal nie wrocilabym, kontynuacja tego byla takze nastepnego dnia. Pamietam, jak kolo poludnia po setkach wymienionych zdan i jego atakach i moich tlumaczeniach, powiedzial, ze kladzie sie spac. Siedzialam tak chwile w ciszy i bez ruchu. Wstalam, dalam mu buzi w policzek i ruszylam po swoje rzeczy. Czulam sie, ze nie ma najmniejszego sensu tam siedziec. Krzyknal za mna, ze znowu uciekam, a przeciez zarzekalam sie od wczoraj, ze wiecej tego nie zrobie. Powiedzialam mu juz bezradna, ze skoro on sie kladzie spac to wroce do domu i dam mu spokoj. I tak jak wczesniej, teraz widze doskonale jak on po prostu nie pozwalal mi odejsc. Jednak ruszylismy do przodu. On duzo mi opowiadal o tym jak jego ojciec znecal sie nad nim w dziecinstwie, chlopak byl katowany. Z czasem przyznal sie rowniez, do powodu rozstania z matka swojego dziecka. Przestalo sie ukladac, nieustannie sie klocili, on zostal przylapany na pisaniu z inna kobieta. Ale obecnie oboje zajmuja sie swoim malym synkiem i maja bardzo dobra relacje. Jednego bylam pewna, powiedzial mi o tym, a wcale nie musial. Jak mocno dalam sie wmanipulowac to jest nie do pomyslenia. Ale czlowiek kiedy czuje sie zakochany nie mysli o tym, a szkoda. To dopiero druga powazna klotnia zaczela sprawiac, ze powoli otwieralam oczy. Bylam akurat u niego, ze wzgledu na kwarantanne to juz nie podrozowalam pociagiem, to wlasciwie moj byly wozil mnie do G. i odbieral. Sam takze kogos poznal, wiec mial ten komfort, ze mogl zapraszac swoja nowa dziewczyne do siebie. Jednak chociaz mijaly tygodnie, cos sie zaczelo zmieniac. Zaczelam zauwazac drobne rzeczy. Kiedy szlismy na spacer nie trzymal mnie za reke, wlasciwie przez caly zwiazek zrobil to jedynie raz, chyba chwile po naszym pierwszym sexie. Kiedy bylam u niego nie bylo juz dlugich rozmow, jak wracalam do domu potrafil nie odpisywac mi przez godzine, a nasze godzinne rozmowy telefoniczne nie mialy juz miejsca. Jednak to nie bylo tak, ze rozmawialismy bedac obok siebie rowniez. Jak na tak wczesny etap zwiazku nie bylo tych momentow, kiedy nie mozemy sie od siebie odkleic, albo spedzamy caly dzien w lozku cieszac sie soba. skonczyly sie namietne pocalunki, nawet nie lezelismy przytuleni. On zrobil sie strasznie monotematyczny, jedynie mowa o filmach i komiksach, wiecznie ogladanie telewizji i zupelnie zadnych wspolnych zajec poza krotkimi spacerami do sklepu. Co kolejny moj przyjazd bylo gorzej, aczkolwiek staralam sie opanowac. Jak kiedys zawsze czekal na mnie na dworcu, tak teraz czasami nie raczyl dwa razy wstac - raz wystarczylo, otworzyc domofonem wejscie, a drzwi zostawic mi otwarce bym sama sie wpuscila. Cos zaczelo byc mocno nie w porzadku. Czulam to i nie rozumialam zupelnie. Doszly nowe rzeczy, poznalam jego mame po raz pierwszy gdy przyszla z wizyta. Smiala sie, ze widziala mnie tylko na zdjeciu. Zapytalam G. o to kiedy i po co pokazal mamie moje zdjecie, odpowiedzial drwiaco, ze po to by mnie nie wpuszczala do bloku jak bede za nim biegac i go szukac. Potem rzucil zabawnym zartem w strone swojej mamy, ze jestem w ciazy a jak bedzie to corka to nazwiemy ja Korona. nie bylo to przyjemne, jednak tlumaczyl sie, ze on taki jest, on tak ma, wiecznie zartuje w dodatku jest troche wredny, wiec powinnam sie przyzwyczaic. Sex z czasem tez byl coraz rzadszy i dziwniejszy, siedzielismy caly wieczor bez slowa, bez zadnych buziaczkow, nawet nie przytuleni, rzucal mi raz na jakis czas, ze mnie kocha. Kiedy kladlam sie spac, przychodzil, uprawialismy niemal beznamietny seks, chwila przytulenia, po czym wstawal i wracal do duzego pokoju, bo on nie byl jeszcze zmeczony. Wracal do lozka po paru godzinach. Wszystko to sprawilo, ze juz mialam dosyc. Trzy dni tego samego, doslownie niczego, jakies krotkie momenty na wspolnym jedzeniu, moze jedna dwie krotkie rozmowy, ale zapewnienia, ze on mnie kocha i to zdecydowanie bardziej niz ja kocham jego. W sumie kiedy siedzialam tak cicho nie mogac wyjsc z szoku co tu sie dzieje, pytal mnie czy wszystko w porzadku. jednak na moje proby rozmowy o tym, nie reagowal wcale. Jednego ranka nie wytrzymalam juz. Wiele razy powtarzalam mu, ze jego pewne zachowania i slowa nie rania. On, jak to sam stwierdzil, majac tak wybujale ego, przeswiadczony o swojej inteligencji, starajac sie zapewnic o tym tez mnie, o tym, ze jest wysoki i przystojny - stwierdzil pewnego ranka w zartach, ze gdybym go kiedykolwiek zdradzila to byla by najwieksza glupota w moim zyciu. Powiedzialam mu wprost, ze zabrzmialo to jakby fakt, ze ktos taki jak on jest z kims takim jak ja to jakis cud a on bardzo obnizyl swoje wymagania decydujac sie na zwiazek ze mna. nie zaprzeczyl, tylko przeprosil jednak nie byly to przeprosiny jakich oczekiwalam. Ruszylam przed siebie, naprawde chcialam uciekac. Nie czulam sie tam ani dobrze ani u siebie. Dzwonil i pisal, co ignorowalam. Po prostu wezwalam ubera i ruszylam na dworzec by wrocic do domu. sadzilam, ze kupie sobie wino, usiade w spokoju i pogadam z przyjaciolka przez telefon o tej calej sytuacji, opanuje swoje emocje. Jednak przyjechal za mna, coz, znowu mnie gonil. Jednak schemat sie powtorzyl. Przyjechal by mnie atakowac. Ze ja znowu zlamalam obietnice, ze znowu stawiam na szali caly zwiazek, ze to on goni i tak dalej i tak dalej. Przyznam sie szczerze, bylam emocjonalnie wyprana z jakichkolwiek uczuc. Naprawde, chcialam albo by wyszedl, albo zostal, przytulil mnie i juz nic nie mowil. Jednak maltretowanie mnie nie mialo konca. Wyszdl raz, wrocil po chwili krzyczac na mnie, ze znowu go nie gonilam. Znowu wyszedl. I wrocil. Krzyczac, ze tak mi wlasnie zalezy, ze tak go kocham. W koncu wyszedl po raz ostatni. Ja weszlam do wanny i odetchnelam. Nic nie czulam, potrzebowalam tylko spokoju. po chwili zadzwonil, nie odebralam, wiec napisal. Z pytaniem czy nie zostawil swojego potrfela gdzies u mnie przy tym calym bieganiu w kolko. Coz, wyszlam z wanny, wymeczona, ale portfel to portfel, klotnia to klotnia, niech sie facet nie denerwuje jeszcze tym. W dodatku jak nie ma portfela to jak wroci do domu? Jednak portfela nigdzie nie bylo, o czym go poinformowalam. Nie odezwal sie juz. Dopiero po jakiejs godzinie dostalam smsa, ktory byl bardziej adresowany do jego mamy, pytanie czy ktos moze po niego przyjechac. I sie zaczelo znowu. Sms za smsem. Ze wiedzialam, ze nie ma portfela, wiec nie mial jak kupic biletu, ze idzie na piechote, 42 kilometry. dzwonilam, zamartwiona. Jednak oczywiscie byl jedynie nie przyjemny. Po chwili zaledwie stwierdzil, ze ktos po niego przyjedzie, pada mu telefon i zyczy mi milego wieczoru. nie wiedzialam juz co zrobic, czulam sie winna i jak wtedy myslalam, ok, pewne rzeczy mi przeszkadzaly. jednak jestesmy dorosli, zakochani, mamy pewne problemy, ale trzeba nad nimi pracowac, a nie obrazac sie jak dzieci. Napisalam do niego zapewniajac go o swoich uczuciach i o kwestiach , ktore mi sie nie podobaja. Po chwili ciszy i spokoju doszlismy do porozumienia. Mialam przyjechac po dwoch dniach, bo jedno bylo pewne. Zalezy nam na sobie. Moze to zamkniecie sprawia, ze wariujemy. Kiedy przyjechalam bylo dziwnie, rozmowa a raczej jej proby konczyly sie cisza. Ale przebrnelismy przez to. Nagle wieczor byl wypelniony pocalunkami, smiechem, rozmowami i ogromna namietnoscia. Bylam przekonana, ze osiagnelismy porozumienie i wszystko sie ulozy. Trwalo to moze dwa dni zanim wrocilo do smutnej normy nicosci i poczucia, ze nawet kiedy jest ta druga osoba przy mnie, to czuje sie ogromnie samotna. I trwala ta hustawka pare kolejnych dni, czy bylam w domu czy u niego. coraz gorzej i gorzej. Kolejna sprzeczka i moj powrot do domu, coraz wiecej znakow ostrzegawczych, jak np lezelismy przytuleni a on dostal powiadomienie z Tindera. Kolejna klotnia i brak zapewnienia mnie w jakikolwiek sposob. Tak sie czulam, samotna, nie atrakcyjna, nie warta dotyku czy zainteresowania. jednak podjelam ostatnia probe. po dlugich smsach i jego blaganiach, wrocilam, wtedy nie wiedzac, ze po raz ostatni. i to byly najgorsze trzy ostatnie dni jakie moglam sobie wyobrazic. Ignorowal mnie przez trzy dni, zero przytulenia, bliskosci, tylko durne zarty i gapienie sie w telewizor. zero tematu tego tindera, zero jakiejkolwiek rozmowy nawet kiedy probowalam podjac temat. Kazda proba dialogu konczyla sie odbiciem winy na mnie. Zero porozumienia. Wyszlam ponownie chcac sie nad tym wszystkim zastanowic. On ponownie, dzwonil, pisal, jednak naprawde juz nie mialam sily. Nie rozumialam skad to wszystko sie wzielo, gdzie jest ten facet, w ktorym sie zakochalam. Czy to we mnie tkwi problem? Bo chce uciekac? Moze faktycznie boje sie zaangazowac albo jestem tak zadufana w sobie, ze chce by mnie gonil. Potrzebowalam z nim porozmawiac o tym, ale wczesniejsze proby rozmowy nie mialy racji bytu, nigdy nie potrafilismy tego przebic. Zdecydowalam sie zakonczyc ten zwiazek. Z bolem serca, to po prostu nie wychodzilo, przestalismy sie rozumiec, rozmawiac, to ja jezdzilam ciagle, przywozilam zakupy, moze tkwi to we mnie, on zdobyl to co chcial i zmienil sie nie do poznania. Nie widzialam juz szansy na to by bylo lepiej. Oczywiscie pare nastepnych dni probowal dzwonic i pisac, wciaz utwierdzal mnie w przekonaniu, ze mnie kocha i teskni za mna, ze nie moze uwierzyc, ze tak to zakonczylam. A ja po prostu potrzebowalam by napisal lub zrobil cos co sprawi, ze uwierze, ze popelnilam blad. Bol byl przerazajacy. Nagla pustka i tesknota, zaczelam zapominac o tym co mi przeszkadzalo. Zaczelam zalowac swoich slow, zaczelam pragnac by po prostu wrocil i by bylo jak dawniej. Ale jemu jakby przestalo zalezec po chyba 3 dniach od rozstania? Rano sms, ze teskni, oczywiscie odpowiedzialam tym samym. Nie moglam sie odnalezc w tej pustce. Napisalam mu, ze go kocham. Zignorowal mnie znowu. Dopiero po paru dniach doznalam prawdziwego szoku. Okazalo sie, ze ten wspanialy mezczyzna, ktorego odepchnelam na wlasne zyczenie, ktorego stracilam przez swoje bledy i swoje zachowanie... byl zlapany pare miesiecy wczesniej przez lowcow pedofilow. Masa informacji o tym, jak czekal na 13 letnia dziewczynke przez 1,5 godziny. Nagranie z zatrzymania na youtube, na ktorym mozna uslyszec to co pisal do tej dziewczynki. Od sierpnia siedzi w domu bez pracy, poluje na kobiety i szybko mu sie nudzi, jednak nie potrafi sobie poradzic z odrzuceniem, stad tez te wszystkie jego gonitwy za mna. Znalazlam rowniez jego poprzednie partnerki, pare z nich przyznalo sie ,ze powiedzial im o swojej sprawie <wciaz czeka na termin rozprawy>, jednak kiedy go sprawdzily okazalo sie, ze klamal. wymyslal rozne powody swojej sytuacji, wiecznie robil z siebie ofiare. maltretowane dziecko, nieudany zwiazek, podobno jedna z jego partnerek zaszla w ciaze i poronila, co sprawilo, ze zalamal sie psychicznie. Manipulowal kobietami tak, by nie odchodzily, a kiedy sie znudzil szukal kolejnych wciaz bedac w zwiazku. I chociaz znam teraz te sytuacje, wiem doskonale, ze wszystkie watpliwosci, ktore mialam i zakonczenie tego zwiazku to bylo jedyne wyjscie, nie jestem w stanie uporac sie z tesknota. a bol? Bol jest jakby kazdego dnia wiekszy. A swiadomosc, ze zakochalam sie w kims takim, bylam slepa i dalam sie zmanipulowac, zdecydowanie nie poprawia nic w tej calej sytuacji.
  17. Witam. Mam 24 lata i właśnie kończę studia, pracuje narazie dorywczo. Jestem zaręczona od ponad roku a za rok mam zaplanowane wesele. Jestem najmłodsza z rodzeństwa. Trójka starszych mają już własne rodziny. Mam problem ze ślubem i weselem. Już 2 lata temu gdy za mąż wychodziła siostra odczuwałam taki stres, ze następnego dnia miałam zastrzyk uspokajający na sorze. Nie umiem wyobrazić sobie tego dnia. Gdy pomyśle o tym dostaje bolu brzucha, czasami biegunki. Nie potrafię sobie siebie wyobrazić. Ale chce być z moim partnerem i chciałam go przekonać do cichego ślubu w gronie tylko najbliższych jednak on i jego rodzina nie zgodzili się. Nie wiem co mam zrobić bo nie chce nawet oglądać sukni bo mi niedobrze. Sytuacje tą wiąże trochę z moją sytuacją rodzinną. Nie mam wsparcia ze strony rodziców. Wiele wycierpiałam w dzieciństwie (zreszta przemoc psychiczna istnieje do dziś ze strony ojca). Nie traktują mnie jako osoby dorosłej, jako kobiety. Nigdy nie usłyszałam słowa uznania, przynajmniej z tytułu samodzielności finansowej w sumie od początku liceum. Pieniądze potrafią odemnie pożyczyć, a z drugiej strony wciąż traktują mnie jak dziecko. Nie wyobrażam sobie ze ojciec patrzy na mnie w sukni ślubnej. Nie chce tego. Zbyt bardzo jego twarz kojarzy mi się z przemocą. Wiem, ze rodziców się nie wybiera i wstydzę się swojego podejścia ale nie umiem sobie z tym poradzić. Gdy wracam do domu jestem inną osobą. Odrazu zaczynam obgryzać paznokcie, a każdy trzask drzwiami wywołuje u mnie dreszcze. Do dziś ciagle dręczą mnie koszmary, w którym stałe albo uciekam albo coś gonie i nie mogę nadążyć. Najgorsze są te, w których gonią mnie źli mężczyźni, a ja ukrywam się, wyskakuje przez okna, uciekam, a często coś mi nie pozwala. Ogólnie jestem ambitna studentka ze stypendium, godzę studia dzienne z pracą, gdzie czuje się doceniana. W domu czuje ze nikt nie myśli o mnie jako o osobie dorosłej, samodzielnej i dojrzałej. Czuje się tu ciagle mała, nie mogąca nic zmienić, nie mająca zdania. Czuje, ze nie patrzą na mnie i nie traktują mnie jako osoby równej sobie. Dlatego nie wyobrażam sobie siebie jako żony i matki, gdy oni wciąż traktują mnie jak dziecko.
  18. Witam! jestem mężczyzną 21lat. odkąd pamiętam, to zawsze towarzyszył mi stres, lęk, załamania, które potem przerodziły się w brak nadziei. W najmłodszych latach było to spowodowane ojcem, który pił, krzyczał, niszczył rzeczy w mieszkaniu, a mi zabawki, bił psa ( co bardzo ciężko znosiłem, bo to była jedyna istota która okazywała pozytywne uczucia), nie raz popchnął/rzucił matką. W szkole nauczyciele potrafili mi powiedzieć tylko: " ooo na wycieczkę nie chcesz jechać?! ty to taki aspołeczny jesteś!😡", dalej w gimnazjum było już tak źle, że potrafiłem płakać. w 3 gimnazjum próbowałem przestać być taką zamkniętą ofiarą, to gdy rodzice to zauważyli, to zaczęli na mnie najeżdżać, matka wypytywała ze sztuczną troską, czy coś mi jest XD, cały czas płacz, ale i trening na siłe, bo ciężko było wstać z łóżka, psychika się załamywała. zacząłem pić, bo to mi pomagało, miałem towarzystwo, które dawało mi więcej ciepła, niż rodzina, a mojej matce, tak jakby się podobało, że się staczam... teraz widzę, że tak było. jestem nadal w technikum, bo nie zdałem... 2 razy. nauczyciele wgl nie widzieli problemu w moim zachowaniu, odosobnieniu, że mam problemy z lekcjami... potrafili jeszcze na mnie najeżdżać, że nie mam pracy domowej odrobionej itd... poprosiłem moją matkę o kontakt z psychologiem ( ja nie miałem pieniędzy ), to usłyszałem tylko " a to ci wgl potrzebne? " XD... dalej jestem nikim... dalej mi źle, mam problemy.... nic się nie zmienia, a nawet jest coraz gorzej... nie wiem jak mam przestać być załamany, wziąć się w końcu za tą szkołe i uciec, daleko jak najdalej... Chciałbym, żeby ktoś mi doradził co mogę zrobić. jak zdać szkołe i uciec? jak się zmotywować do tego, żeby się uczyć? a może rzucić naukę i uciec gdzieś, zacząć pracować i iść do psychologa? jeszcze dodam, że lekarz rodzinny przepisał mi taki lek, kiedy już się dusiłem ze stresu i nie mocy. lek to Elicea 10mg
  19. Witam. Mam problem z moim 4-letnim bratem z zespołem Aspargera. Obiecałem mamie że poszukam rozwiązania dla naszego problemu więc zwracam się do Was. Chodzi o to że mimo że jest 4-latkiem zachowuje się jak młodociany socjopata. Nie tylko robi na złość (chociaż to mało powiedziane) ale też jest bardzo szybko rozwijającym się dzieckiem. Chyba nie przesadziłbym gdybym powiedział że jest na etapie rozwojowym 6/7 latka (umie pisać i czytać pojedyncze słowa i wykonywać podstawowe obliczenia) . Do tego dochodzi fakt że mojej mamie robi istne piekło z życia. I to wszystko z uśmiechem na twarzy. Podam kilka przykładów tak obiektywnie jak jestem w stanie 1. Wczoraj kiedy mama piekła ciasto na urodziny obojga moich rodziców, mój brat podbiegł minimum 3 razy pod obecność mamy w kuchni i wyłączał wszystkie sprzęty a później z radosnym krzykiem uciekał z powrotem do swojego pokoju. 2. Od kiedy nauczył się mówić podłapał ,,Kude mać'' od mojego ojca. Jednak obecnie wielokrotnie zdarza się że zamyka się w pokoju i przekrzykuje dobijających się rodziców krzycząc na cały głos ,,KU*WA MAĆ, KU*WA MAĆ, KUR*WA MAĆ...'' 3. Dzisiaj około 15 mama wstawiła pranie i poszła do kuchni robić obiad. W ten czas mój brat wziął zawieszany pisuar i wylał zawartość na świeżo wyprane ubrania i do przegródek pralki. W momencie gdy ona wróciła do łazienki ubrania już zdążyły nasiąknąć moczem. Kiedy zawołała mojego brata co się stało ten uśmiechnął się od ucha do ucha i powiedział że nalał siusiu na ubrania. Później już tylko było słychać krzyk i płacz mamy (jest już na skraju załamania nerwowego). 4.Już od najmłodszych lat nie słucha się poleceń. Podam na przykład jak jechaliśmy na wakacje. Jadł wtedy chrupki kukurydziane. Zaczął gnieść jeden i wyrzucać na podłogę. ,,Wiktorku nie wysypuj na podłogę''. Nic. ,,Wiktorku nie wysypuj na podłogę''.Nic. Wyciągam rękę żeby zabrać mu paczkę i wtedy natychmiast wywraca do góry nogami wysypując całość na podłogę. Podobna sytuacja ma miejsce ze wszystkim. Od szuraniem krzesłem przez rzucanie telefonem aż po próby zrzucenia telewizora na podłogę. A najgorszy w tym wszystkim jest jego uśmiech. Zawsze się przy tym szelmowsko uśmiecha. Przy tym wszystkim zauważyłem że ma taki jakby ranking komu dokuczać. 1. Mama (Zachodzi za skórę w każdy możliwy sposób) 2.Tato/Babcia (Psoci tylko jak coś mu się zabroni) 3. Ja (Zdecydowanie brak wrogiego nastawienia) Nie wiem już nawet jak wesprzeć moją matkę która przeżywała istne piekło od dziecka. Biedna już nie ma ani cierpliwości ani sił. A stara się jak może żeby się z nim bawić, zachęcać do zabawy. Robi mu nawet zabawki. Nic nie skutkuje. Nic.
  20. Witam, Mam 33 lata, pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej. Moje życie jak do tej pory jest w miare uporządkowane - mam partnera, prace, dom. Mimo obciążeń psychicznych na które wpłyneła sytuacja w moim domu, jakoś staram się z tym walczyć i iść do przodu. Niestety mój starszy brat - 36 lat - wręcz przeciwnie. I tutaj pojawia się problem.. Od urodzenia miał problemy z rozwojem intelektualnym - problem z logicznym myśleniem, problemy z otoczeniem - brak znajomych, nieśmiałość,. Do tego mało wspracia ze strony rodziców i wręcz psychiczne znęcanie, poniżanie przez ojca - wyzywanie od idiotów, nieudaczników itp. . Brat mieszka z rodzicami i to poniżanie trwa do tej pory ze strony ojca, przy czym policja często interweniuję bo dochodzi do awantur. Głównym powodem awantur jest fakt, że brat ma problemy z pracą. Pracuję raczej dorywczo, często wyjeżdża za granicę. Ale nie potrafi w tych pracach się utrzymać - max pół roku. Nie ma kobiety, żyję sam. Z dobrych strony - ma pasję, lubi sport i jest aktywny, bierze udział w zawodach. Tak wygląda jego życie. Ale ja w tym życiu też uczestniczę...ponieważ kiedy on ponosi porażke pt" utrata pracy" prosi mnie o pomoc. Pomagałam mu finansowo, odawał pieniądze. Dwa razy zaoferowałam mu tymczasowe mieszkanie u mnie - niestety dwa razy mnie oszukał, bo dowiedziałam się że sam rezygnuje z pracy a mnie kłamał że go zwolnili, bo: on się nie nadaję, on ma ze sobą problemy, on jest inny, ja zawsze miałam lepiej w życiu..itp.itd . Takim postępowaniem powoduje powstawanie poczucia winy u mnie. Bo jestem jego siostrą i powinnam mu pomóc...No ale jak? mam za niego pracować, sponsorować mu życie? Poleciłam mu terapie, podobno chodził do psychologa. I historia znowu sie powtórzyła kilkukrotnie, że nie ma pracy i teraz od 2 lat stosuje metode kiedy odmawiam mu pomocy - (w jego rozumieniu pomoc to zaoferowanie mu dachu i jedzenia nad głową-) że idzie się zabić... Teraz bierze depresanty i mi piszę że chyba je przedawkuję, bo on jest sam, nikt mu nie chcę udzielić pomocy, pracy nie ma, bo prace mu oferują tylko w moim mieście, a tam nie ma gdzie mieszkać...Znalazłam mu nawet oferty pracy z zakaterowaniem, twierdzi że on do takiej pracy się nie nadaję, bo ma problemy ze sobą..I oto moje pytanie: jak mam reagować na takie zachowanie? Z jednej strony pomogam mu jak mogę, ale z drugiej nie mogę być wiecznie jego niańką i go trzymać za rączkę..Mam swoje życie i swoje problemy i nie mam już po prostu siły na takie obciążenie psychiczne....Bardzo proszę o poradę. Pozdrawiam.
  21. Witam, mam 29 lat, wydaje mi się, że jestem osobą toksyczną, na pewno takie są moje myśli. Przez myśli, które pojawiają się w mojej głowie niszczę moje relacje związkowe, pracownicze i ze znajomymi. Manipuluje faktami bo wierzę w to co podsuwa mi umysł np. w związku myśli o zdradzie, w pracy, że jestem wykorzystywany, a wśród znajomych odsuwam ich od siebie, jestem niespójny. Nie mogę sobie z tym poradzić, wiem, że potrzebna mi będzie terapia online przez skype. Już od 2 lat parę osób oraz najbliższych doradza mi bym poszedł do psychologa, odsuwam to myśląc, że to przez używki, bądź, że jestem manipulowany przez inne osoby. Sam nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Już raz miałem sytuację, że przez myśli cały osiwiałem, wyłysiałem. Całą winę zrzuciłem na pracę oraz partnerkę, jednak jest to problem z myślami, które budują w mojej głowie teorie spiskowe. Działo się to do tego stopnia, że cały trzęsłem się ze stresu, płakałem i sam się już w tym gubiłem nie wiedząc co jest prawdą. Staram się wszystkich kontrolować, bez tego czuję nieustanny strach. Ze stresu potrafiłem wymyśleć naprawdę pokręcone historie tylko po to by osiągnąć mój cel, wszyscy się już ode mnie odwracają i nie mogę z tym sobie poradzić. Nie jestem złą osobą ale te myśli i zachowania krzywdzą najbliższych, a ja zrzucam winę na nich, wybielam się. Takie sytuację zdarzały mi się od 17 roku życia tylko bardzo rzadko, uciekałem w alkohol i papierosy bo wtedy nie słyszę tych myśli. Ale mam wrażenie, że to tylko odsuwa te problemy i tak żyłem kolejne paręnaście lat. Teraz jest już to tak nasilone, że nie daję rady. Miewałem myśli samobujcze, jestem świadom tego, że coś ze mną jest nie tak tylko nie potrafię tego rozwiazać sam. Proszę o pomoc,
  22. Witam, Od pewnego czasu boję się wychodzić z domu, nie ukrywam że jest to spowodowane wydarzeniami które miały miejsce. Po pierwsze w listopadzie zostałem napadniety w biały dzień przez 3 pijanych facetów po prostu w drodze do sklepu. Nic się wtedy nie stało bo pomogl mi obcy mężczyzna. Jakiś czas do siebie po tym dochodzilem i mi się udało pozbierać ale nie dawno, wychodząc ze sklepu jakiś dres zaczął mnie wyzywać bez powodu, po prostu wychodziłem nie zwracając na siebie uwagi. Po tym wszystko wróciło, nie mam ochoty wychodzić z domu, jedynie do pracy i z powrotem. Nie chcę mi sie widzieć ludzi. Kupiłem nawet gaz pieprzowy do obrony jednak chciałbym to wymazać z pamięci i normalnie funkcjonować.
  23. Witajcie. Mam 24 lata.Pracuje w firmie od 4 lat jako monter / ślusarz.Ludzie którzy tam pracują są dużo starsi ode mnie, średnio około 50. Problem w tym że nie moge sie z nimi dogadać,nie czuje się w tej pracy dobrze,jestem chętny do pracy ale poprostu w tym gronie mi to nie odpowiada.Do tego dochodzi lęk wysokości.Stresuje się w pracy praktycznie byle czym.Robie wszystko poprawnie A i tak odczuwam lęk. Pracownicy traktują innych i mnie w miarę dobrze.A jak zostawię ta pracę to boję się że nie znajdę innej lub będzie jeszcze gorzej. Proszę o jakaś radę..pozdrawiam serdecznie.
  24. Witam serdecznie, jestem nowy na tym forum więc będę starał się przedstawić wam mój problem prezycyjnie, z którym borykam się od kilku lat. Jestem 23 letnim chłopakiem i mieszkam z rodzicami, od jakichś 3 miesięcy jestem bezrobotny, gdyż zostałem zwolniony z poprzedniej pracy, ot tak bez żadnego powodu, wraz z innymi współpracownikami, i od tego momentu szukam pracy, spędzam godziny przed komputerem wysyłając CV do różnych firm, lecz bez żadnego efektu. Mieszkam w dość małym mieście, które jest zadłużone i sądze, że z tego powodu nie ma pracy, a rozważam wyjazd za granicę czy też do innego województwa, jako ostatnią deskę ratunku. W życiu nie miałem lekko, miałem trudne dzieciństwo, gdy moi rodzice pracowali za granicą, byłem bity przez opiekunkę, która znęcała się nade mną psychicznie i fizycznie, co utrwaliło się do teraz w mojej psychice, jako nastolatek nie miałem w ogóle wakacji, gdzie mogłem je spędzić jak normalny nastolatek, zamiast tego musiałem pracować. Od kilku lat mam trudny kontakt z moimi rodzicami oraz z moją młodszą siostrą, dla której po prostu jestem śmieciem i podludziem, kilka lat temu zostałem pobity przez mojego własnego ojca, a zaczęło się to od tego, że mnie po prostu prowokował, dotykał mnie, co mi się nie podobało i mówiłem mu, żeby przestał, więc go odepchnąłem, a on z otwartej ręki zaczął bić mnie po twarzy. W wieku 18-19 lat usłyszałem od własnej matki, że jestem "zakałą rodziny", a w dzieciństwie byłem przez nią bity, raz kazała mi trzymać rękę nad rozpalonym palnikiem kuchenki, co też w jakimś stopniu wpłynęło na moją psychikę. Nie mieszkam w dość bogatej rodzinie, moja matka pracuje w zakładzie, a ojciec jest budowlańcem, szczególnie mój ojciec upodobał sobie ośmieszanie mnie przy obcych ludziach, wymyśla jakieś niestworzone historie, które nigdy nie miały miejsca, raz przy obcych ludziach powiedział, że "jestem pedałem, bo lubię chłopców", co jest nieprawdą, wyzywał mnie też od debili, pijaków, brudasów, specjalnie brał mnie do swojej pracy, żeby mnie ośmieszać, a mój ojciec nie należy do świętych, matka oczywiście tolerowała jego zachowanie i wierzyła mu, niż moim słowom, ale to nie jest pierwszy przypadek, bo to samo robił mojemu najstarszemu bratu. Moja młodsza siostra też nie należy do świętych, dla niej jestem po prostu zerem, nikim, dnem, buntuje matkę, żeby mnie wyrzuciła z domu, od zawsze była do mnie wrogo nastawiona, a nic jej nie zrobiłem, z nikim nie mam dobrego kontaktu, nie mam z kim porozmawiać, wyżalić się, czy poprosić o pomoc, a jestem w dosyć słabym stanie psychicznym, gdyż powoli mam dosyć tego terroru. Jedyne co, to mam najstarszego brata, który mieszka od kilkunastu lat w Wielkiej Brytanii, ale nie utrzymuję z nim kontaktu przez moich rodziców, którzy jak twierdzą, mój brat od nas się odwrócił, bo został omamiony przez rodzinę swojej żony. Na dzień dzisiejszy sytuacja się trochę pogorszyła, gdyż jestem zmuszany do pracy do której się nie nadaję, bo jak twierdzi moja matka "Nic nie robię i nie szukam pracy", co jest jednym wielkim kłamstwem, podejrzewam, że jak nie zrobię tego co mi każą, to wyrzucą mnie po prostu z domu, a nie mam się gdzie podziać, mam nie wiele pieniędzy przy sobie, a nie chcę ich wydawać lekko ręką. Z nimi nie da się dogadać, próbowałem wiele razy, najwidoczniej nie pasuję do nich, dla nich jestem po prostu najsłabszym ogniwem, mam już tego serdecznie dość, czuje się słabo psychicznie, marzę o tym, by się po prostu spakować i wyprowadzić od nich i zacząć życie od nowa. W moim krótkim życiu niczego się nie dorobiłem, nie mam znajomych, z którymi mógłbym porozmawiać, czy się pośmiać, nie mam nawet dziewczyny, której mógłbym zwierzyć się z moich problemów, a to wszystko dzięki mojej rodzinie, którzy kiedyś zmuszali mnie do nauki, a uczyłem się przeciętnie, jak każdy w mojej rodzinie, przez co nie miałem w ogóle przyjaciół, a w szkole byłem gnębiony przez swoich rówieśników, za to, że zachowywałem się normalnie i nauczyciele nie mieli ze mną problemów, a teraz, moi rodzice zmuszają mnie do pracy, do której kompletnie się nie nadaję, bo twierdzą, że nic nie robię i nie szukam pracy, co jest kłamstwem, najwidoczniej, jestem im tylko potrzebny do pieniędzy. 14 maja mam pierwszą rozmowę z doradcą zawodowym. W domu dzieje się gorzej, znowu zostałem zmuszony do pracy i za kilka dni będę musiał wbrew mojej woli jechać na drugi koniec miasta, żeby pracować, i znowu będę musiał znowić kpiny, obelgi i szyderstwa ze strony swojego ojca, który lubi się nade mną pastwić, jak będę mówił, że nigdzie z nimi nie pojadę do będą mi kazali się wyprowadzić, a nie mam dokąd iść. Co mam w tej sytuacji zrobić, zostało mi niewiele czasu. Co w takiej sytuacji mogę zrobić, czy najlepszym rozwiązaniem była by wyprowadzka? Napomnę, że mam niski budżet, więc ciężko będzie ze znalezieniem taniego mieszkania, czy też pokoiku. Proszę o wyrozumiałość, gdyż sprawa jest na prawdę poważna. Dziękuję za wysłuchanie.
  25. Dzień dobry, Moja koleżanka z którą zaprzyjaźniłam się na wymianie studenckiej ma osobowość borderline, jej chłopak z nią zerwał. Pierwszego dnia wymiotowała i czuła się fizycznie źle do tego stopnia, że zabrało ją pogotowie ale po kilku godzinach została odwieziona do domu bez diagnozy. Drugiego dnia tryskała energią i radością. Trzeciego dnia jest na ponownym zjeździe emocjonalnym i nie chce zrobić nic, nawet nic zjeść. Mam tego dość, chcę jej jakoś pomóc ale nie wiem jak. Miała epizody samobójcze, ma złe relacje z rodziną i potężne zmiany nastroju. Co zrobić żeby poprawić jej sytuację?

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.