Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'szczęście'.

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

There are no results to display.

Blogs

  • Swobodne przemyślenia

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


About Me

  1. Witam! Jestem zwykłą 22 latką, która poznała chłopaka na którym jej cholernie zależy. Jesteśmy już z sobą ponad 10 miesięcy, moim problemem jest zazdrość. Mój chłopak przyjażni się ze swoją byłą dziewczyną. Wiem i ufam mu, że nigdy już między nimi do niczego nie dojdzie, ale nadal nie potrafię przestać być zazdrosna o ich relację, o ich wspólne pasje. Problemem może jest też to, że na początku naszego związku zdarzało się, że byliśmy razem w trójkącie z tą dziewczyną oraz to, że dopóki nie przełamałam się żeby robić mojemu chłopakowi dobrze ustami, zgadzałam się, żeby ona to robiła. Od czasu gdy się przełamałam, nasze życie łóżkowe jest tylko naszą sprawą. W tym momencie nie wiem, czy to przez moje traumy z dzieciństwa, czy może przez coś innego, ale bardzo negatywnie patrzę na świat, czasami nie potrafię się po prostu cieszyć z czegoś, co mam.Moją traumą z dzieciństwa jest fakt, że gdy miałam 6 lat, mój starszy o 9 lat brat mnie gwałcił. Długo nie powiedziałam tego mamie (bo mój tata nie żyje odkąd miałam 7 lat) o całej sytuacji. Dopiero po kilku latach, w czasie kłótni gdy miałam lat mniej więcej 18 wybuchnęłam i jej o tym powiedziałam. Z tą sprawą nigdy nie zostało nic zrobione, brat dalej jest na wolności i sobie żyje ze świadomością, że mógł i najprawdopodobniej zrujnował mi życie. Przez cały czas sądzę, że jestem niewystarczająco dobra dla mojego chłopaka. Od jutra on chce sobie zrobić przerwę, chociaż jest pewny że to na kilka dni tylko, ja się martwię, że może to już być nasz koniec. A tego nie chcę, zbyt mocno mi na nim zależy i zbyt mocno go kocham, żeby zaprzepaścić prawie rok wspólnego życia. Ja przerwy nie chcę, on się uparł. Co mam zrobić? Czy ktoś może mi pomóc zrozumieć to wszystko, czego nie rozumiem?
  2. witam właśnie zostałam mamą. Poraz pierwszy. Moje uczucie do synka jest... Sama nie wiem jest wcześniakiem nie spodziewałam się cc w 34tyg. Nie poukładałam sobie psychicznie tego wszystkiego czy jestem gotowa zostać w 💯 % mama itp. trochę się boję tej odpowiedzialności za wszystko mam lek że sobie nie poradzę z tym wszystkim . Marzyłam o dziecku starałam się rok o niego a teraz mam zawahania. Do tego mam wrażenie że wypaliły mi się uczucie do narzeczonego.Nie cieszy mnie już jego widok, nie cieszy mnie to że jest że się stara nie chce mi się go całować nawet omijam wszelką bliskość z nim .. czy to może być jakaś depresja po porodowa?
  3. Cześć. Czuję, że moje życie jest bezcelowe, nie odczuwam dużej przyjemności z niego i jakby się głębiej zastanowić to nie widzę sensu w życiu. Jednak skoro już żyję, poświęcono na mnie tyle energii, czasu i pieniędzy żebym była tym kim teraz jestem to warto byłoby to wykorzystać. Doszłam do momentu, w którym uważam że moje własne życie nie jest zbyt ważne, to tylko jedno z 7 mld żyć. Dla wielu ludzi na świecie sensem życia jest zostawienie czegoś po sobie, przekazanie wartości swojemu dziecku. Ja myślę, że istnieją już ludzie którzy potrzebują uwagi, oni już SĄ a stworzenie nowego człowieka to dodatkowa praca dlatego najpierw trzeba się zająć tymi co i tak już żyją. Wiadomo, mam tam jakieś swoje hobby, prace, studia i muszę żeby utrzymać dobry standard życia i zdrowie. Poza tymi aktywnościami mam sporo czasu który chciałabym wykorzystać. Byłam już w różnych wolontariatach ale teraz szukam czegoś online Czy macie jakieś pomysły jak mogę pomagać ludziom w formie online?
  4. Chciałbym przedstawić Państwu moją historię i związanymi z nią problemami. Moją żoną poznałem jakieś 12-13 lat temu. Wtedy była zajęta i pomimo prób zbliżenia się do niej nie było to możliwe. Ówczesny chłopak ostro o nią walczył i nie dopuszczał nikogo chociaż jak się później okazało i tak ją zdradzał. Generalnie syndrom psa ogrodnika. Pozostały wzdychania i rozmyślania przy poduszce. Cierpliwe czekałem i nareszcie udało się do niej zbliżyć, aż zaczęliśmy ze sobą być. Na początku związku, jak to na tym etapie wszystko było w porządku. Była miła, uśmiechnięta, zależało jej, nie krzyczała, nie było awantur ani pretensji. Potem jej cechy charakteru zaczęły rzutować na relację. Okazało się, że jest bardzo zaborcza, wszystko musi skomentować, o wszystkim wiedzieć i generalnie wszystko wie najlepiej. Zaczęła mocno sterować moim życiem, narzucać pewne sprawy. Teksty typu "widzę, że jesteś francuskim pieskiem, lepiej szukaj jakiejś roboty", a wtedy byłem studentem na dziennych. Smsy z rana, że mam dzwonić pod ten numer i umawiać spotkanie w sprawie wynajmu mieszkania. Wtedy jednak oprócz takich sytuacji potrafiła przyjść, przytulić się, pocałować, była między nami bliskość. Niestety nic się nie zmieniało, nadal była taka sama. Dalej zbierałem opierdziel za wszystko. Dalej w jej oczach byłem beznadziejny i tylko ją wkurwiałem. Jednak zdecydowałem się na ślub, bo po prostu mocno ją kochałem i cały czas plusy przysłaniały mi minusy. Z biegiem lat stwierdzam, że jestem po prostu narzędziem do spełniania jej marzeń. Trafiła na frajera, który za wszystko ja przeprasza, wyczuła, że może mną sterować i manipulować i to wykorzystuje. Chciała wziąć ślub i wzięła. Chciała własne mieszkanie, więc wzięliśmy kredyt i je kupiliśmy. Chciał mieć dziecko i ma. Chciała kupić działkę i mieć dom, to kupiliśmy działkę. Syn ma 5.5 roku i to najpiękniejszy prezent tego związku. Jest dla mnie całym światem. Żona przez rok zajmowała się nim naprawdę wzorowo. Odkąd przestała karmić go piersią wszystko się zmieniło. Nie widziałem problemu w tym, że teraz ja będę wstawał do młodego w nocy i karmił go butlą. Wydawało mi się to naturalne, że przez rok żona musiała go karmić, więc teraz ja mogę to robić. Tylko zauważyłem, że zaczęła się od niego oddalać. Ja go karmiłem, kąpałem, czytałem bajki na dobranoc, usypiałem, wstawałem w nocy. Zawoziłem autobusem o 6.05 do żłobka, a potem szedłem do pracy, odbierałem go, zacząłem chodzić z nim na angielski. Teraz śmigam z nim na treningi piłki nożnej. Żona kładzie go od święta, ja robię mu śniadanie, kolację. Jak jesteśmy pokłóceni to gdyby nie ja to dziecko chodziłoby głodne, bo jak jest obrażona to ma wszystko gdzieś. W jej oczach jestem najgorszy, bo na wszystko dziecku pozwalam, a ona tylko go każe. Tylko to nie moja wina, że ja chcę poświęcać mu czas i się z nim bawić. Na plac zabaw też z nim nie wychodzi tylko ja i potem pretensje, że nas w domu nie ma. Mam wrażenie, że tylko ja się o niego martwię, a żona na kanapie w telefonie siedzi naburmuszona. Jak jest chory to tyko ja z nim siedzę, bo żona zawsze pracuję, a ja chodzę na zwolnienia czy pracuje zdalnie. Ponad rok temu okazało się, że żona ma guza mózgu. Udało się to zwalczyć i na razie nie ma nawrotów choroby. Jednak ten okres spowodował, że żona zaczęła być bardzo bojaźliwa. Zaczęła chodzić do psychologa, bo uznała, że potrzebna jest jej pomoc i chcę zmienić swoje życie. Psycholog chyba nie do końca jej pomogła, bo żona uznała, że jej metody do niej nie trafiają. Przez to skłóciła się już z moimi rodzicami, których uważa za potworów, a psycholog kazała odcinać się od ludzi, którzy budzą w niej złe emocje. Mi jest przykro, bo żona albo nie chce z nimi w ogóle rozmawiać i traktuje ich jak powietrze stojąc obok nich albo nie odbiera telefonów jak dzwonią z życzeniami urodzinowymi albo nie chce przyjść na urodziny/imieniny. Obraziła się na nich, bo rodzice rozmawiali z innymi o jej chorobie, a rodzice myśleli, że ci ludzie wiedzą o chorobie żony, bo to daleka rodzina i pytali się moich rodziców "I jak tam imię żony i moje, jak się czują?". Ma do nich pretensje, że faworyzują mojego siostrę czy brata (tutaj akurat się zgadzam). Przez to są oczywiście najgorsi i przy każdej okazji po nich ciśnie. A ja przecież nie mam wpływu na to jacy są moi rodzice, więc czemu musi robić mi przykrość za każdym razem? Z siostrą też jest pokłócona. Generalnie wszyscy są źli i ją wkurwiają. Całe życie podporządkowałem żonie. Rzadko kiedy wychodzę z domu do kolegi czy sąsiada, bo wiem, że będzie awantura o wyjście albo wiadomości co chwilę czemu mnie jeszcze nie ma. W towarzystwie nie mogę się napić kolejnego piwa, bo już ci starczy, a narzeczona kolegi nawet okiem nie mrugnie, że proponuje kolejne piwko do wypicia. Jest sylwester i moje urodziny, zaproszone do nas towarzystwo. Siedzimy, jest wesoło, sączymy spokojnie drinki, nikt nie jest pijany, upierdliwy, a o 22 tekst, że ja już pić nie mogę. Natomiast żona wychodzi sobie kiedy chcę i jak chcę i wraca w nocy i wtedy wszystko jest w porządku. Ja zostawię kubek w zlewie to jest awantura, żona zostawi syf na blacie - nic się nie stało. Ostatnio podczas awantury uderzyła mnie kilkakrotnie w twarz przy dziecku. Syn oczywiście zaczął płakać. Teksty w stylu, żebym wypierdalał, pierdolił się czy walił się na ryj są na porządku dziennym. Pokazywanie drzwi i mówienie, że jak coś mi nie pasuje to mogę wypierdalać. Twierdzi, że psuje jej każdy dzień, że wszystko podważam i generalnie wszystko źle robię. Ostatni raz uprawialiśmy seks w lutym, co dwa, trzy miesiące trafiają się jakieś pieszczoty. Nie chce dać mi buziaka, nie mogę jej przytulić, dotknąć, gdzie kiedyś seks był naturalną rzeczą i był taki okres, że to mi się chciało mniej i żona naciskała. Ogólnie mam wrażenie, że trzeba jej trzymać palec prosto w .... to wtedy jest ok. Jak tylko się krzywo spojrzę, zrobię nie taką minę, mam inne zdanie czy ktoś ma inne zdanie to już jest koniec. Przekrój awantur w ostatnim tygodniu: Poniedziałek obraziła się, bo nie pojechaliśmy do sklepu po kamyczki do ogródka i butów do jazdy konnej dla syna, bo syn jest chory i siedzę z nim w domu, więc nie jest to chyba na tyle paląca sprawa, żeby go ciągać po sklepach jak to dopiero 2 dzień choroby. Wtorek bez awantur, bo nie było jej w domu do wieczora (impreza firmowa) Środa awantura, bo nie wyciągnąłem jej spodni do jazdy konnej z szafy, a późno wyszła z pracy. Przez telefon powiedziała, że może będzie taka potrzeba, ale już się potem nie odezwała. Jaka byłaby różnica w czasie czy wejdzie do domu i pójdzie do szafy czy wejdzie do domu i weźmie spodnie z krzesła w kuchni? 5-10 sekund? Czwartek awantura, bo żonie zachciało się Pepsi, więc poszedłem do sklepu i jeszcze musiałem przestawić auta. Po drodze spotkałem sąsiada, który ma poważne problemy zdrowotne i miał potrzebę, żeby chwilę ze mną porozmawiać. Wiedziałem, że żona już będzie wściekła, że czemu tak długo, więc jej napisałem info, że spotkałem sąsiada. Oczywiście już obrażona i pić już jej się nie chcę. Piątek awantura, bo na parkingu nie pojechałem tym pasem co trzeba i 20 sekund dłużej zajął nam dojazd do sklepu Sobota awantura, bo miałem problem z zamkiem przy domku narzędziowym i coś tam sobie pod nosem gadałem to już teksty, że "ona ma dosyć takiego życia". Potem opieprz, bo parkowałem w garażu nie tak jak ona uważa za stosowne Niedziela awantura, bo pojechałem z synem po pizzę i czekaliśmy na zrobienie, więc poprosiłem Panią, żeby Pepsi jeszcze z lodówki nie wyjmowała tylko później. Niestety zapomniałem jej w końcu zabrać, więc skojarzyłem fakty dopiero w domu. Oczywiście żona już pizzy nie zje, straciła ochotę, marnuje pieniądze. Pizzeria jest na naszym osiedlu, 500 metrów od domu, więc mówię, że zjedzmy spokojnie i zaraz po nią pojadę. Oczywiście zapominam codziennie wszystkiego, teraz będę paliwo tracił na dojazd (500 m :D), generalnie nie odzywam się już do ciebie. Codziennie jest coś. Ja zdaje sobie sprawę, że nie jestem kryształowy i popełniam błędy, jestem marudny i z natury taki niechętny i upierdliwy. Wiem, że nie jestem zaradnym i obrotnym facetem, który wyremontuje sam dom. Moje zdolności kończą się na skręceniu szafy, czy przywieszeniu półki albo wymianie zasilacza w oświetleniu czy postawieniu płotu na działce albo skręceniu placu zabaw. Jednak boli mnie to, że w sobotę wyczyszczę łazienkę, odkurzę, 3 razy zmyje naczynia, 4 razy będę w śmietniku, a wieczorem dostanę opieprz, bo kubek stoi w zlewie i wszystko na jej głowie. Obcy ludzie potrafią mnie docenić i pochwalić a żona nigdy. Mam wrażenie, że gdyby nie syn to by się ze mną rozwiodła. Ostatnio powiedziała mi, że mnie nie kocha i chyba nigdy nie kochała. Macie jakieś pomysły czy można to jakoś spróbować ratować czy egzystować dalej dla syna?
  5. Cześć, jestem 21-letnią studentką bez większych powodów do zmartwień i brakiem konkretnego powodu mojego złego samopoczucia. Od jakiegoś czasu, ok 4/5 miesięcy, obserwuję u siebie spadek chęci i motywacji do jakichkolwiek działań. Czynności, które dawniej sprawiały mi przyjemność teraz są mi kompletnie obojętne, a wręcz nie mam na nie ochoty. Dawniej uwielbiałam przebywać wśród ludzi, imprezować i bawić się, a obecnie najlepiej w ogóle nie wychodziłabym z domu. Miewam lepsze i gorsze dni, ale coraz częściej dopada mnie uczucie otępienia i niezidentyfikowanego poczucia bezradności i bezsensu. Do tego dochodzą napady lękowe i ciągła troska o własne zdrowie. Wiem, że od zawsze jestem przewrażliwiona na swoim punkcie, ale nigdy nie hamowało mnie to przed wykonywaniem innych zadań. Napady lękowe związane z nagłym omdleniem, lub zasłabnięciem, dziwne bóle brzucha i ogólne złe samopoczucie. Od lat miewam też problemy ze snem, a w ostatnich miesiącach obserwuję ich nasilenie się. Kładę się zmęczona, a i tak nie mogę zasnąć i leżę do rana. Najgorsze jest to, że nie potrafię wskazać powodów, przez które mogłabym czuć się tak, a nie inaczej, bo w moim życiu nic się przez ten czas jakoś drastycznie nie zmieniło. Czy to może być oznaka depresji? Co powinnam w takiej sytuacji zrobić? Czy jest możliwe, by przyczyną było branie tabletek anty? Czytałam o nich i niektórzy faktycznie narzekali przy nich na złe samopoczucie, ale czy przez tak długi czas? Szukam przyczyny, by móc znaleźć rozwiązanie moich problemów, nim te nasilą się jeszcze bardziej.
  6. Jestem Wojtek, 31 letni zrezygnowany, bez wiary w znalezienie miłości i założenie rodziny chłopak, który po raz kolejny znalazł się na życiowym zakręcie… Z wykształcenia jestem inżynierem informatykiem, natomiast w życiu pracuję jako kompletny samoich - programista i grafik. Chciałbym przedstawić Ci moją historię… Historię gościa, który z każdym dniem traci wiarę w to, że będzie jeszcze dobrze… Jestem jedynakiem, urodziłem się w Zamościu, lecz finalnie zamieszkałem w niewielkiej wsi na Podkarpaciu. Lecz nie zawsze tak było... Od kiedy pamiętam byliśmy dość biedną rodziną. Mama robiła wszystko bym miał co jeść, a ojciec nigdy nie zhańbiony pracą alkoholik. Moje dzieciństwo do dzisiaj wypieram z pamięci. Awantury alkoholowe często kończące się wyrzucaniem mamy z domu przez mojego ojca sprawiło, że musieliśmy uciekać. Po kilku takich ucieczkach mama postanowiła, że uciekamy i wyjechaliśmy. Przez kilka lat mieszkaliśmy “po znajomych”. W życiu mieliśmy nawet epizod mieszkania w piwnicy.. Po kilku latach ojciec zmienił się (chociaż jak się później okazało tylko dlatego, że złamał nogę i nie był w stanie przebywać “w terenie” z kolegami alkoholikami). Mama podjęła więc decyzję, że wracamy, że chce bym miał ojca. Wróciliśmy. Było “dobrze”. Finansowo pomagała nam ciocia (siostra mojego taty), niestety on nadal nie pałał chęcią pójścia do pracy, mama również nie mogła znaleźć pracy lecz robiła wszystko by “dorobić”. Niestety po kilku latach koszmar powrócił. Powodem do tego by ojciec poszedł pić i robić awantury potrafiło być wszystko. Od zawsze czułem się z tym źle, izolowałem się od rówieśników. Idąc do szkoły zastanawiałem się czy będzie w domu trzeźwy czy znów będziemy szukać noclegu… Jeszcze większe problemy pojawiły się gdy chodziłem do technikum. Szkołę miałem w innej miejscowości i zamiast spędzać czas z kolegami ze szkoły czy klasy ciągle wracałem jak najszybciej do domu, gdyż nie wiedziałem co tam zastanę. Raz odważyłem się pójść z koleżanką na studniówkę… Oczywiście zakończyło się to awanturą i kolejną ucieczką… Będąc w ostatniej klasie technikum mój ojciec zmarł nagle. Wiem, że nie powinienem ale dziękowałem Bogu za to, że uwolnił nas od tego tyrana. Miałem nadzieję, że moje życie się zmieni. Niestety, przytłoczyło mnie to, że musiałem stać się “Panem domu” i zająć się rzeczami, które nie powinny mnie jeszcze dotyczyć. W tym okresie właśnie poznałem w szkole pewną dziewczynę… Chociaż poznałem to zbyt duże słowo iż nie potrafiłem nawet do Niej podejść. Przez 4 lata nie potrafiłem do Niej podejść i pogadać… Nasza znajomość opierała się o SMSy i tą nieszczęsną studniówkę. Później nasze drogi się rozeszły. Będąc na studiach postanowiłem, że się do Niej odezwę - nie musiałem się już bać, że jeśli się z Nią spotkam to będzie awantura itp. Spotykaliśmy się jakieś hmm pół roku - może nawet rok. Do niczego między nami nie doszło poza spacerami za rękę i buziakiem w policzek. Gdy po tym czasie miałem wyrzuty o to, że nie chcę być tak traktowany ona uznała, że to koniec relacji. Bardzo mocno to przeżyłem. Wiadomo… pierwsza “prawdziwa” miłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to co mnie spotka i zacznie się za kilka miesięcy sprawi, że nie będę chciał żyć... Wtedy po raz pierwszy wziąłem się za siebie. Katowałem się bardzo restrykcyjną dietą, studiowałem, zacząłem pierwszą (jak się później okazało wyzyskową) pracę. Efekty były. To był też czas upowszechnienia się Internetu… Po jakimś czasie wpadłem na aplikację Badoo - niestety “par” wcale, ale trafił się jeden rodzynek. Poznałem cichą, rozważną, skromną, wierzącą i biedną dziewczynę. Ja 25 lat, ona 20. Zakochałem się. Spotykaliśmy się ze sobą, bardzo często przeszliśmy “poziom wyżej”. Rozpoczęło się poznawanie naszych ciał, pierwszy seks (zarówno dla Niej jak i dla mnie). Bardzo mi na Niej zależało. Zacząłem bardzo mocno inwestować w tą znajomość. Sponsorowałem spotkania czy wyjazdy. Gdy wyjeżdżaliśmy - spaliśmy razem. Byłem w siódmym niebie. Wtedy po raz pierwszy chciałem zrobić wszystko, aby była ze mną. Nadszedł więc czasy gdy szła na studia. Miała mieszkać w akademiku. W mojej głowie rodziły się wszelkiego rodzaju czarne myśli, że jeśli tam zamieszka to na pewno znajdzie lepszego odemnie - w końcu każdy jest przystojniejszy, fajniejszy i wogóle… Wymyśliłem więc, że chciałbym aby zamieszkała u mnie w domu - mieliśmy wolny pokój - mama chciała pomóc więc się zgodziła. I tu (jak się po latach okazało) zaczął się najgorszy okres w moim życiu. Moja ukochana okazała się kompletną “księżniczką”. Na dzień dobry przeszła z moją mamą na “Ty” co wg mnie było brakiem szacunku ale ok - przetrawiłem. Następnie zrobiła sobie z mojej mamy służącą - nigdy nie pomogła w kuchni, nigdy nie sprzątnęła za sobą, nigdy nie dołożyła się do rachunków (pomimo pokaźnego stypenidium) gdy ja utrzymywałem cały dom. Ale ok, nie chciałem znów zostać sam. Na wszelkiego rodzaju imprezy czy do znajomych wstydziłem się Ją zabierać - zawsze musiałem się wstydzić za Jej zachowanie. O wizytach u rodziny nie wspomnę. Również, gdy to my organizowaliśmy np. Sylwestra to za każdym - dosłownie - za każdym razem byłem w nocy zwyzywany i słuchałem pretensji do całego świata. Raz nawet wyprowadziła się ode mnie - ja nie chcąc jej stracić byłem pewny że to moja wina, a w szczególności mojej rodziny. Bardzo się wtedy poróżniłem z rodziną… Wszystko z czasem jednak wróciło do “normy” Ale zaczęła się zmieniać… Dopiero po latach to zauważyłem - z cichej stała się roszczeniową, z rozważnej i skromnej stała się lekceważącą dla której jedyne co chciała robić to oglądanie seriali i malowanie się… Również z wierzącej stała się agnostyczką… To nie była już dziewczyna w której się zakochałem. Pomyślałem OK, kochamy się, damy radę. Byliśmy ze sobą 5 lat, na miesiąc przed tym jak chciałem prosić ją o rękę dowiedziałem się od niej, że jest ktoś inny… To był grom z jasnego nieba. Okazało się, że jeden z kolegów ze studiów (na spotkania z którym jak się później okazało nie raz ją zawoziłem - nigdy nie chciałem zakazywać jej spotkań ze znajomymi) wyznał jej miłość. Zostałem jednak zapewniony, że mnie kocha i nie zostawi mnie. Nadszedł dzień, w którym miała obronę na uczelni. Tego dnia zmieniło się wszystko. Kolejnego dnia usłyszałem, że odchodzi… Poczułem się kompletnie wykorzystany, że jak tylko przestałem być potrzebny to ucieka. Pomogłem się jej jeszcze pakować… ba, odwiozłem ją do domu jakieś 50 km odemnie… Nie wiem po co… może tak mam że pomimo tego chciałem dobrze… Po kilku dniach spotkaliśmy się i doszliśmy do wniosku, że chcemy to ratować. Jedyną rzeczą, której chciała to dwa tygodnie odpoczynku od siebie. Dostała ów czas. Niestety po tygodniu chciała się spotkać, ale decyzję już znałem. Pojechałem (jak idiota) żeby usłyszeć, że to koniec i że od kilku dni jest z tamtym. Usłyszałem też, że była ze mną tylko dlatego, że nikt inny jej nie chciał. Mój świat ponownie się zawalił. Chciałem skończyć ze swoim życiem i niewiele od tego brakowało. Odebrałem to jak zdradę, nie interesuje mnie czy spała z nim czy nie - nadal uważam, że zostałem zdradzony. Na szczęście pomyślałem o swojej rodzinie… Lecz to co stało się z moim życiem to koszmar… Poczucie własnej wartości? Jakie poczucie - stałem się wrakiem człowieka… Do dzisiaj moja wiara w Boga jest tak wątła, że nie potrafię jej odbudować… Moje błagania o to by wróciła nie zostały wysłuchane... Podnosiłem się z tego bardzo długo. Postanowiłem wziąć życie w swoje ręce, zacząłem lepiej się odżywiać, zacząłem chodzić na siłownię itd… Lecz nadal byłem i jestem jedną wielką pizdą, która nawet nie potrafi podejść do dziewczyny, która mi się podoba. Po około dwóch latach gdy w jakimś stopniu przepracowałem to wszystko założyłem Tindera. Standard jak to u mnie - zero par albo pary, które nie odpowiadają. Również i tutaj znalazł się rodzynek - była ode mnie starsza, “związek” zrodził się po dwóch randkach lecz był to związek na odległość. Trwało to może 3-4 miesiące. Niestety pojawił się COVID, a dziewczyna kompletnie oszalała (dosłownie) i postanowiła, że musimy się rozstać. Po kolejnym pół roku również na Tinderze poznałem kolejną. Już na pierwszej randce wylądowaliśmy u Niej w mieszkaniu i gdyby nie “te dni” to nie wiadomo co by było dalej. Niestety również i tutaj nagła zmiana decyzji w ciągu dosłownie kilku godzin. I tak do marca 2021 toczyło się moje życie - ani jednej “żywej” pary na Tinderze. Nadal brak umiejętności jakiegokolwiek zagadania do kobiety na ulicy… Gdy już miałem usuwać Tindera bo rodził on tylko moją frustrację pojawiła się dziewczyna, która nawet nie sądziłem, że odpowie. (Jak mi się wydawało) była tą, której szukałem. Od kilku dni w Polsce (wcześniej przez prawie 10 lat mieszkała za granicą) - zaradna, pracująca, piękna, bardzo wierząca, chętna się spotkać. I w ten sposób zaczęliśmy się spotykać. Niestety... całe życie żyła pod “kloszem” rodziców i sióstr - wręcz mogę powiedzieć, że co powiedziała Jej siostra to święte. Oczywiście stałem się tematem nr. 1 - zostałem dogłębnie zinfiltrowany kim jestem itp. Niestety okazała sie kobietą “niedotykalną”. Nie lubiła przytulania, nie lubiła dotyku (nawet trzymania za rękę) ani pocałunków - o seksie nie wspomnę gdyż była dziewicą (a także chciała czekać do ślubu chociaż wiedziała że pewnie będzie cieżko - miała moje zapewnienie, że zaczekam ile trzeba). Było miło, spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu, dużo się całowaliśmy i przytulaliśmy (chociaż zawsze na pytanie czy mogę słyszałem “jeśli musisz”). Niestety to, że pisaliśmy ze sobą całe dnie i spotykaliśmy się tak często sprawiło, że nie mieliśmy o czym rozmawiać - wszystko odbywało się “na bierząco” na Messengerze... I znów zacząłem mocno inwestować w tą relację… Jednak po jakimś miesiącu zaczęła sie odsuwać - nawet racjonalnie to wytłumaczyła mówiąc że na razie nic nie czuje, a nie chciałaby żeby było między nami tylko cieleśnie. OK zaakceptowałem. Poza spacerami za rękę, niewielkimi przytulasami i “buziakami” nie było nic. Mieliśmy zaplanowane kilka wyjazdów - a i ona mówiła o nas przyszłościowo - do samego końca. Niestety zaniedbałem swoje treningi i inne aktywności - chciałem jak najwięcej czasu spędzać z Nią… a Ona chciała coraz więcej i więcej być zaskakiwaną - ponad moje siły. Wszystko było dobrze do momentu gdy zostałem zaproszony na wyjazd - ona, Jej siostra z facetem i rodzina tego faceta. Kompletnie nie pomyślała o tym, że będzie to dla mnie cholerny stres… I był… Nie potrafiłem się odnaleźć. Miałem wrażenie, że to co mówię nikogo nie obchodzi. To było jednak dla mnie zbyt wiele - to była dla mnie pierwsza taka sytuacja w życiu. Do tego doszło jeszcze pewnej kłótni między rodziną faceta jej siostry co rozwaliło mnie na cały wyjazd. Wydawało mi się jednak, że wszystko było ok - nie było oznak, że coś jest źle. Po kilku dniach spotkaliśmy się, aby porozmawiać o tym wyjeździe - i tak naprawdę wtedy okazało się, że wszystko, co robie to źle, wszystko, co mówię to źle. Poinformowała mnie też nadal nic nie czuje, ale nie chce jeszcze tego kończyć - żebyśmy sobie dali czas, ale na najbliższe wyjazdy nie jedziemy razem. Bardzo mi na niej zależało, przemyślałem kilka spraw, to co chciałbym zmienić, czyli m.in. nie chciałem się bać, wyrazić swojej opinii, nie chciałem już mówić i robić tylko tego co ona by chciała usłyszeć itp… Podobno zauważyła, że się zmieniłem. Znów wróciły nasze plany, ale nadal niczego do mnie nie czuła. Zaprosiłem ją na spacer, aby obgadać pomysł na wyjazd weekendowy. Wszystko było ok, rezerwacja zrobiona itd. Również z jej strony padły propozycje. Poznałem kolejną siostrę, jeszcze więcej rodziny itp. Ale nadal czułem, że jestem jej kompletnie obojętny… Padła też propozycja wspólnego wyjazdu do Krakowa… Znów z jej siostrą… Myślę OK, i tak mamy pracować zdalnie więc zobaczymy jak się nam dogaduje w codziennych sytuacjach. I ten wyjazd był gwoździem do trumny tej relacji… Znów wydawało mi się, że wszystko było ok, lecz po raz kolejny zostałem uświadomiony, że nic do mnie nie czuje. Po raz kolejny bardzo mnie to zabolało… Nie potrafiłem udawać, że jest wszystko OK… Bo nie było… Przepraszała mnie, że mogła pomyśleć, zamiast mi to mówić w połowie wyjazdu i w ogóle. Wytłumaczyliśmy sobie pewne sprawy, ale nikt z nas nie mówił o końcu. Następnego dnia wróciliśmy do domów. Nic nie wskazywało, że to będzie koniec… Nadal dzień wcześniej planowaliśmy wyjazd i inne rzeczy “na przyszłość”... Wróciliśmy w czwartek, mieliśmy zaplanowaną niedzielę. W piątek rano zapytałem, o której się widzimy w niedzielę i wtedy zaczęło się wykręcanie, że jednak nie da rady itp… I tutaj już wiedziałem, że coś jest nie tak. Po chwili otrzymałem wiadomość, że musimy się spotkać, pogadać… Już wiedziałem, co mi chce powiedzieć… Zadałem więc pytanie - czy mam jechać po “koniec” naszego związku? Zachowałem się jak szczeniak - jej odpowiedź, że musimy porozmawiać sprawiła, że będąc już pewnym końca nie chciałem tracić ani minuty czasu ani mililitra paliwa na to, by jechać, się rozstać. Dlatego też zadzwoniłem i powiedziałem o tym. Usłyszałem, że “nie chce tracić ani mojego, ani Twojego czasu i chcę to zakończyć”. Po raz kolejny poczułem się w 100% wykorzystany… Zawiozłem do Krakowa, pomagałem - nie jestem już potrzebny to mam spadać… I tak od tygodnia jestem kłębkiem nerwów, wszystko to, co dawało mi radość przestało ją dawać… Wszystkie hobby, wszystkie zajęcia, które lubiałem - kompletnie nic… To były tylko 3 miesiące w przekonaniu, że znalazłem tą jedyną… Nie wiem czemu mam wrażenie, że to wszystko stało się pod wpływem Jej siostry… Nie wiem… chyba już nie chcę wiedzieć… Straciłem wiarę w siebie… straciłem już nadzieję na rodzinę… na miłość… i na to, że kiedykolwiek będę szczęśliwy i będę umieć podejść do kobiety, która mi się podoba i powiedzieć - “Cześć, jestem Wojtek, chciałbym Cię poznać…”
  7. Witam. Nie bardzo wiem jak zacząć ajlepiej od początku... 27 lat byłem żonaty wydawało by się że szczęśliwy. Cały mój świat był zbudowany wokół niej praktycznie wszystko od A do Z. Kilka lat temu mój świat się rozpadł złapałem żonę na zdradzie.... Próbowałem ja odzyskać ale ona wiedziała że nigdy jej nie wybaczę. No i wszystko się posypało jak lawina 2 lata zajęło mi pozbieranie się do kupy. Zamknalem dom na 4spusty wyjechałem za granicę przez kolejny rok skupiłem się na karierze kupiłem dom za granicą z myślą że nie wrócę do polski... W końcu jak już czulem ze panuje nad moim życiem postanowiłem zaufać kobiecie i znaleźć sobie partnerkę. Jak się okazuje wcale nie jest to łatwe... No ale w końcu poznałem... Polubiłem Lecz nie pokochałem no właśnie nic kompletny brak uczuć lubię z nią spędzać czas spacery wloczenie się po sklepach przejażdżki rowerowe było naprawdę fajnie... Pomyślałem starzeje się więc w zasadzie uczucia są nie potrzebne a samemu na świecie ciężko. No i minął kolejny rok... Dobry rok, związek przyćmił moja rozpacz po rozwodzie, zaczęły się goić rany. Niestety moja partnerka chciała więcej niż mogłem jej dać zaczęła manipulować związkiem stwierdziła że musi zrobić sobie przerwę od nas żeby zrewidować swoje uczucia. No cóż może miłością ją nie darzyłem ale czym jest miłość nie wiem czy w ogóle istnieje ale mniejsza z tym... Minęło pół roku pojawiła się inna kobieta w moim życiu całkiem przypadkiem oczywiście jak to w życiu bywa polubiłem ją ale bez miłości nie wiem może to mojej lubienie jest jakaś forma miłości... Lubię spędzać z nią czas mamy wspólne tematy w łóżku też jest świetni ale.... No właśnie ale czegoś brakuje. Zaproponowałem jej żeby zamieszkała ze mną... Zgodziła się pojechałem po nią zamieszkała u mnie i wiecie co życie to prawdziwa dzi.... Zadzwoniła moja poprzednia że muszę do niej przyjechać... No i co.... Pojechałem ehhh zaczęła że nie może żyć beze mnie ze kocha mnie nad życie płacz te sprawy mówię jej dziewczyno pół roku minęło rozstaliśmy się a ona ze nie ze to tylko przerwa była. Postanowiłem to przemyśleć. Przespać się z tym i za nic nie zrozumiem siebie naprawdę nie wiem czemu to zrobiłem ale wróciłem do niej. Wróciłem do domu opowiedziałem cała historie pani nr 2 dosłownie wszystko i że postanowiłem wrócić do pani nr 1. To był początek związku trochę popłakaliśmy ale zrozumiała wszystko i cieszyła się że byłem szczery wobec niej... Jednak poprosiła mnie czy mogła by zostać u mnie powiedziała że będzie płaciła mi za pokój bo chce sobie ułożyć życie oczywiście zgodziłem się bo czemu nie. Opowiedziałem pani nr 1 że mam lokatorkę stwierdziła że nie ma nic przeciwko. No i super pomysłem wszystko zaczyna się układać... Ja ją się mylilem... Któregoś wieczoru pani nr 2 zaprosiła mnie na lampkę wina jaecie jak to się skończyło powiedziała że ze wszystkiego nie musimy rezygnować a że sex mamy epicki więc... No i czuje się jak bym robił to samo co moja ex no żonaty nie jestem ale mam teraz dziewczynę i kochankę w tygodni z jedną w weekendy z drugą i nie mam pojęcia jak się z tego wykaraskac wkobcu pani nr 2 powiedziałem że nie możemy tak postępować a ona ze nie zrezygnuje ze mnie bo kocha mnie nad życie... Następna kuźwa.... Ja to nawet nie wiem wiem jakie pomocy szukam może po prostu chce się komuś wygadać bo naprawdę nie mam komu o tym powiedzieć... Nie chcę zranić tych kobiet nie zasługują na to i wiem że ranie je postępując w ten sposób. Nie mam pojęcia co mam zrobić zastanawiam się czy nie zamknąć kolejnego domu na 4spusty i nie zacząć życia od nowa gdzieś w kolejnym kraju...
  8. Cześć mam 38lat, z partnerem jesteśmy już 12 lat, mamy 2 wspólnych dzieci i dom na kredyt. Nie wiem czy to rzeczywiście jest moja wina że w naszym zwiazku jest nie najlepiej jak on mi to mówi. Mowi że jestem "wampirem szczescia" wysysac radość z niego. Mój facet ma specyficzny charakter. Ma być tak jak on chce jak się pierwsza córka urodziła to wtracal się o to w co ja ubieram nie pozwalal mi jej zakladac spinek do włosów itd. Jak kupiliśmy dom to powiedział że kuchnia ma być czarno biała . Kiedy kupiłam ściereczki do kuchni bialo czarne ale tam był rysunek jabłka czy jakiegoś innego owocu to je zabral i zwrócił do sklepu. To samo zrobił z prezentem rodziców. Kupili słoiki w kolorze szarym. To je zwrocil. Kwiatkow nie mogłam do kuchni. Zero zaslon do salonu. Tylko żaluzje. I tak jest do tej pory. Zero obrazkow na ścianie czy dekoracji. Rosliny w doniczce zostaly ale doniczki wyrzucil i kupil szare bo tamte były białe z wrzosami rysunkiem. Posciel do sypialni to miesiąc wybieralismy bo chciał wzory geometryczne i ciemne kolory zero kwiatów itd. Ogrod jest zaprojektowany na jego styl. Mówi mi że ja też mam prawo wybierać że mnie on w niczym nie ogrwnicza że mówię bzdury. Np moge wybrwc z posrod 10 krzewów do ogrodu 3 takie ktore mi się podobaja ale o już wcześniej te 10 dla mnie wybral. A jakbym chciała zupełnie co innego sama poszukac i kupić to nie wiem. Problem jest taki że mi mówi że ja zawsze zabijam jego szczęście jak się cieszy z czegoś to zawsze znajdę negatyw. Głupie to że chce kupic rowery dla całej rodziny to że ja zamiast się cieszyć to negatyw że wolę kupić meble na ogrod bo nie mamy jeszcze nic. Ze on się cieszy tymi rowerami a ja go zgasilam i odebrałam ta radosc. Chce żeby było super między nami żebyśmy byli szczęśliwi ale jak to zrobić czy rzeczywiście jestem tum wampirem szczęścia?
  9. Cześć, Przychodzę z pewnym problemem. Mianowicie. Wydaje mi się, że się nieco pogubiłem. Mam na imię Kacper, aktualnie 25 lat. Od ponad roku pracuje w dużej firmie, siedzę w jednym z działów z kilkoma osobami, jako jedyny wykonuje pewną pracę która jest oczywiście związana z branżą, jaką wybrałem. Ludzie w pracy rozmawiają na wiele tematów, szczególnie, jeśli chodzi o cele zawodowe, bo ich cele są do siebie bardzo zbliżone i mają ze sobą wiele wspólnego. W moim przypadku, pracę w konkretnej branży wykonuje jako jedyny w firmie. Nie mam z kim o tym rozmawiać, jako, że moje cele jakie realizuje w tej pracy nie mają nic wspólnego z ich celami, nie czuje się przez to dobrze - troszkę jak taki wyrzutek, który robi coś, ale tak naprawdę nikogo to nie interesuje, jak i nie interesuje ich moja obecność w tej pracy. Odnoszę wrażenie, że nie robię nic ważnego, chodź tak naprawdę jest to ważne. Czuje się przez to niefajnie, jeśli chodzi o psychikę i odczuwam ogromną samotność. Odbiegając od pracy zawodowej, to.... Od ponad 4 lat jest w związku z dziewczyną, która choruje na anoreksje, z różnych powodów nigdy nie mieliśmy za dużo znajomych, tym bardziej wspólnych. Generalnie brak innych ludzi w życiu nie przeszkadzał mi w momencie, kiedy byliśmy razem. Zdarzały się sytuacje, w których razem pracowaliśmy i nikomu z nas to nie przeszkadzało. Niestety z czasem życie zaczęło weryfikować taki stan rzeczy. Przestałem być szczęśliwy, o ile kiedykolwiek byłem? Nie mam totalnie nikogo, poza rodziną i narzeczoną. Brakuje mi wyjść z innymi ludźmi np. na piwo, brakuje mi poczucia pozytywnej atmosfery w pracy przez to, że jako jedyny wykonuje ten konkretny rodzaj pracy. Wciąż się zastanawiam, co byłoby najlepsze w tej sytuacji. Może zmienić pracę? Może zmienić kobietę? Chciałbym bardzo zmienić swoje życie, ale nie wiem totalnie jak się za to zabrać, jaki zrobić pierwszy krok. Wiem, że Wy nie możecie za mnie decydować, ale może coś od siebie doradzicie? Podzielicie się swoją opinią? Dziękuję
  10. Jestem Alicja, mam 19 lat i sama nie borykam się konkretnie z problemem na poziomie psychicznym, jednak od wielu lat mam członka rodziny, który jest uzależniony od alkoholu. Nie jest to byle jaki problem, bo dosyć głęboki, mianowicie mój tata - czyli właśnie uzależniony - ciągle w naszych rozmowach nawiązuje do przeszłości i wszystko o czym rozmawiamy to o tym samym. Nigdy nie rozmawiał ze mną szczerze tylko próbował unikać tematu o tym jaki jest naprawdę problem, dlaczego nie chce iść na terapię, dlaczego nie może uwolnić się od przeszłości i wciąż uważa że nic nie może zmienić w swoim życiu. Chcicałabym tylko wiedzieć w którą stronę mam iść i jak mu naprawdę mogę pomóc bo od wielu lat wszystkie obrane ścieżki nie pomagały.
  11. Mam 19 lat i jestem uczennicą technikum. Odkąd pamiętam mam wrażenie, że każdą emocję (pozytywną, czy negatywną) przeżywam 3x mocnej niż rówieśnicy. W momentach gdy są to uczucia negatywne, narastają one do takiego stopnia, że czuję iż mają one nade mną kontrolę i mnie miażdżą. Dodam też, że na codzień ciężko okazuje mi się uczucia, w szczególności te związane z miłością. Czy jest to oznaka jakiegoś zaburzenia?
  12. Witam mam problem chciałabym żebyście mi doradzili co z tym zrobić nie wiem czy mi się to stało z powodu paniki czy poprostu zatrułam się. Dziś jak wracałam do domu poczulam jak mi się slabo zrobiło zaczelo mi się wszystko trząść szczególnie mięśnie nog czułam jakbym miała zaraz zemdleć. Pomocy gdzie mam się zgłosić
  13. Hej , jestem tu nowy wieć jak nie ten dział proszę bez bicia mnie poinformować ! hihihi Wieć wracjąc do tematu , pracuję jako programista i zdązyłem już w swoim zawodzie walczyć z wypaleniem zaowodwym udało mi się przejść przez to z sukcesem ale było sporo wybojów, nie wiem czy z czasem znów nie doznam tego stanu stąd moje zainteresowanie tym tematem. Zastanawia mnie czy inni mieli podobne problemy i czy dla innych jest to ciekawy temat aby wymienić się tu włąsnymi doświadczeniami ? Jeżeli jest to ciekawy temat było by super gdybyśmy odwołali się do tego pytania : ,,Czego unikać w pracy i co robić aby zapobiegać wypaleniu zawodowemu ?''
  14. Kobieta 22 lata. Zastanawiałam się już od dłuższego czasu czy pójść do psychologa. Ale trochę się zaraziłam, bo byłam parę razy. Ale w ogóle mi nie pomógł. Mam miliony myśli na raz. Ale gdy mam co kolwiek powiedzieć na głos to nagle zapominam co chciałam powiedzieć, nagle wmawiam sobie, że może to jest chwilowe. Ale zaczęłam czytać jakiś tekst o depresji. I uświadomiłam sobie, że faktycznie mogę ją mieć. Moje obawy/uczucia/myśli nie są chwile. Myślę o tym wszystkim dniami i nocami, miesiącami. Pomimo tego że moje życie „z zewnątrz” może się wydawać super to dla mnie takie nie jest. Bo przecież mam narzeczonego który mnie kocha i jest bardzo dobrą osobą, mam wspaniałych rodziców i przyjaciół. Ale jednak cały czas czuję taką pustkę. Hmm nie wiem jak do końca to wszystko nazwać. Ale cały czas wszystko widzę w szarych barwach. Wstaje rano i zastanawiam się po co wstaje. Skoro to całe życie nie ma sensu. Ostatnio stwierdziłam, że człowiek żyje po to żeby umrzeć. Żyje dla pojedynczych szczęśliwych momentów. Tylko to są chwilę, a życie nie składa się tylko z chwil. A mam wrażenie że u mnie tych „chwil szczęścia” jest bardzo mało. Teraz mamy wyjechać za granicę bo nowa praca, większe zarobki, nowe otoczenie i jest ładniej. Ale co z tego. Przez pół roku będzie lepiej. Ale później jest nadal szara rzeczywistość. Brak tolerancji u ludzi, codzienna monotonia. Bo tak przecież wygląda życie. Wstajesz idziesz do pracy, idziesz spać i tak w kółko. To nie ma żadnego większego sensu. Jestem w dobrym związku, ale czy szczęśliwym ? Cały czas czuję że może to nie jest to. Ale czemu by miało nie być. Skoro Szymon mnie wspiera, zawsze mogę na niego liczyć, chcę cały rozwijać nasz związek, stara się, spędzamy miło czas. I nie ma powodu żeby to nie było „to”. A jednak. Nie chcę tak łatwo odpuścic. Bo jesteśmy razem już 4 lata, jesteśmy narzeczeństwem, mieszkamy razem. I wiem, że powodem tego że według mnie nie układa się w związku może być to że może mam depresję. A nie chcę kończyć, a później tego żałować. Bo myślę że mogło by tak być. Problem jest w tym że nie wiem czego chcę. Nie wiem co sprawiłoby żebym była szczęśliwa. Zaczęłam medytować, „bo wtedy jest lepiej/lżej”, ale tego nie czuje. Nie jestem wstanie nawet przez minutę nie myśleć o problemach. Moja siostra mi powiedziała że wie że ciężko się skupić „bo myślisz o tym, że coś bzyczy, że muszę nastawić pranie itd” tylko ja o tym nie myślę przy medytacji. Myślę o tym po co to wszystko ? Po co wstawać rano ? Czemu jestem nie szczęśliwa skoro nie mam do tego powodu ? Czemu inni są szczęśliwi a ja nie, skoro nasze/moje życie jest takie podobne ? Wiem że to strasznie brzmi. Ale hmm nie wiem jak to nazwać „lubię” jak moi przyjaciele mają jakiś problem. Nie dla tego że lubię jak jest im źle tylko lubię to że nie myślę wtedy o swoich problemach tylko o innych. Moim jedynym „sposobem” na to żeby nie myśleć jest spanie. Każdy się śmieje „Jezu Zosia ile ty śpisz. Mógłbyś przespać życie”. Ale to jest jedyne co mi pomaga. To jest jedyny sposób żebym miała spokój. Jestem poprostu zmęczona. Ale nie fizycznie tylko psychiczne. Kiedyś nie rozumiałam co to znaczy. Ale od dłuższego czasu już wiem. Brakuje mi tego kiedy jeszcze jakieś dwa lata temu miałam tak że myślałam o tym „jakie życie jest fajne”. A nie tak jak teraz myślę w kółko „jakie życie jest straszne/jakie życie jest bez sensu”. Mam 22lata. Osoby w moim wieku myślą o pierdolach i „śpią spokojnie”, a ja tak nie potrafię. Wiem że nie można się porównywać do innych, ale w tym przypadku chciałbym mieć jak inni. Chciałbym przez chwilę „nie myśleć”. Kiedy ktoś mnie pyta czy wszystko jest u mnie ok ? Odpowiadam że tak, bo nie chcę słuchać „Zosia życie jest piękne i składa się z szczęśliwych chwil i trzeba je doceniać”. A ja w to nie wierzę. Nie którzy poprostu są naiwni, bo myślą że życie jest takie piękne, albo może poprostu są szczęśliwi. Cały czas nurtuje mnie to że „Czemu ja miałam bym mieć depresję?” Skoro mam takie lekkie i przyjemne życie. Tylko dla mnie ono takie nie jest. Nie widzę jego sensu. Dni/miesiące/lata są dla mnie kolejnymi numerami, które nie mają sensu. Które poprostu mijają i tyle. Nie widzę tego powodu żeby cieszyć się z życia. Myślę, że nie warto mówić o swoich problemach, bo nikt mnie nie rozumie. I tylko usłyszę poraz setny te same bezsensowne pocieszenia lub nudne frazesy z internetu. Moim marzeniem jest być szczęśliwym i poprostu już tyle nie myśleć.
  15. Witajcie. Jest mi bardzo ciężko zrozumieć intencje mojego partnera. Jesteśmy razem od kilku lat, kilka miesięcy mieszkamy razem. Partner jest po rozwodzie. Niestety do naszego życia od samego początku wkrada się była żona. Cały czas prosi mojego partnera o różnego rodzaju pomoc (od rzeczy drobnych po bardzo poważne przysługi, a także spore wsparcie finansowe mimo, iż partner płaci na prawdę wysokie alimenty na córkę a jego żona jest dobrze sytuowaną osobą, która sporo zyskała na ich rozwodzie). Te prośby z jej strony nie dotyczą ich dziecka, czy czegoś co miałoby temu dziecku służyć. Chodzi tutaj głównie o nią i jej potrzeby (naprawienie czegoś, wszelkiego rodzaju pomoc, porady). Była żona partnera od dawna spotyka się z kimś innym, mimo to w sprawach gdzie potrzebuje po prostu męskiej rady czy ręki prosi o pomoc mojego partnera. Kilka lat wstecz partner zawsze przedstawiał swoją jeszcze aktualna żonę jako osobę która niszczyła mu życie, gotowała awantury, była wiecznie niezadowolona, nie traktowała go z szacunkiem, twierdziła że on do niczego się nie nadaje i nic nie potrafi dobrze zrobić, miała wiele wymagań nie dając nic od siebie, narzekał na brak wspólnego życia... Przed rozwodem - otwarcie mówił o tym że chciałaby całkowicie się od niej uwolnić a nawet odciąć. Mówił że rozwód był jego decyzją. kilka mc po rozwodzie nasze relacje stały się bliższe - właśnie przez takie wspólne zwierzanie się z problemów i doswiadczeń. Aktualnie wydaje mi się że ona cały czas nim manipuluje. (On tego nie widzi i nie chce widzieć). Potrafi wydzwaniać kilka razy pod rząd. Pisać wiadomości w taki sposób, że on z czasem ulega jej względom mimo iż nie ma czasu. Dla mnie bolesny jest fakt że kilka razy równolegle ja znajdowałam się w trudnych chwilach (ciężka choroba kogoś z rodziny bądź moja/ śmierć siostry w wypadku) i kiedy potrzebowałam wsparcia niestety go nie otrzymałam. W tym samym czasie partner potrafił np. robić przysługę swojej żonie naprawiając coś w jej domu. W tych sytuacjach oraz kiedy następowały między nami rozmowy które mu zwyczajnie nie pasowały partner znika (kiedy nie mieszkalismy razem potrafił nie dać znaku życia przez kilka a nawet kilkanaście dni). Czuje się jak osoba która żyje w trójkącie, niestety też czuje się ta mniej ważna dla niego. Partner okłamał mnie parę razy. Nie ukrywam że wtedy zrobiłam awanturę - obrażał się wtedy twierdząc że drugi raz w życiu nie da sobie skakać po glowie. Nie odzywał się wtedy do mnie robiąc mi orzyslowiową kare... Nie wiem co mam o tym wszystkim sądzić. Miał ciężkie życie i dzieciństwo w zwiazku z tym starałam się być wyrozumiała i prowadzić z nim wiele rozmów. Starałam się go wspierać. Jednocześnie nie jestem osobą która o cokolwiek w życiu prosi, zawsze radziłam sobie sama... Przykro mi jednak że w tych trudnych chwilach kiedy prosiłam o wsparcie ważniejsza była, była żona. Tłumaczyłam co czuje. Niestety to nic nie zmieniło. On twierdzi że to co robi jest normlane. Ja jestem na skraju załamania nerwowego po raz kolejny.Twierdzę że oboje przekraczają pewne granice. Nie obchodzi go że ja się z tym źle czuje. Pytałam nawet czy jego nadgorliwość jest wynikem tego że on czuje się wobec niej zobowiązany (ponieważ teoretycznie to on ją zostawił). Uznał że nic takiego nie ma miejsca. Ta relacja nie jest normalna. Często mówi jak ma jej dosc- ale z drugiej strony zawsze udziela jej wsparcia np. w sprawie kupna sprzętu AGD czy naprawy auta ( przez telefon kiedy mnie nie ma w pobliżu). Przy mnie jest dla niej opryskliwy. Kiedy mnie nie ma obok rozmawiają jak najlepsi przyjaciele. Przyłapałam go na tym kilka razy. Czy wpływ na jego zachowanie mają jakieś jego emocjonalne rozterki, problemy w dzieciństwie, współuzależnienie, a może to jednak manipulacja żony której było nie w smak że zaczęliśmy wspólne życie, czy może zwyczajnie jest nieuczciwy? Rozważałam z nim ślub oraz wspólne dziecko ale w tej sytuacji nie czuje się pewnie.
  16. Dziwny jest ten świat jak mawiał Niemen, naprawdę dziwny, przeszedłem tyle bólu że strony ludzi którzy jak byłem dzieckiem mnie skrzywdzili, udało się, przyśnił mi się sen, wydostalem się, silna wiara i pozytywne myślenie i wróciłem do żywych, wróciły kontakty, które utraciłem wtedy, nadszedł czas gdy chciałem założyć rodzinę, tzn chciałem znaleźć kobietę mojego życia, schizy wróciły w bardzo mocnym stopniu, lęki, spadanie znów w dół, wiara we mnie upadła... Widziałem sens w jej oczach, nagle to runęło ja z niemocy i z troski o siebie zaczelem krzyczeć... Sam na spacerze w lesie, różne rzeczy które mam dotąd na sumieniu bo krzyczałem w jej kierunku, trudno opisać wszystko co wtedy się działo ale opadła mgła przed moimi oczami, można rzec koniec horroru ale to mylne, nie wiem co robić, mój sen się skończył, to jakby życie się skończyło, jestem martwy w środku, straciłem już wiare w miłość a tak jej pragnę... Ale pragnienia zaraz slabną, serce mam rozdarte w matni na kawalki, dusza wypełniona złem, a może spowita, brak spokoju, tylko w medytacji potrafię go czuć, budzi mnie każdy dzień tak samo, nie mogę znaleźć swojej drogi żeby nią iść, przykleił mi psychiatra schizofrenie F 20 ale wątpię czy to wszystko, myślę że jest dobrze próbuje kreować i wizualizować to, wyobrażam sobie że przyszłość będzie dla każdego szczęśliwa bo spotkamy się w ogrodzie Eden, to zawodzi, człowiek chce się zabić, stracił już kondycję, przytył, choć ostatnio to akurat schudłem, nie wierzę już w nic, a chce, nic mi nie da w życiu tyle radości co wartości, straciłem cząstkę siebie, nie jestem człowiekiem który chce się szerzyć, nie umiem nawet sobie wybaczyć, jestem okrutnym grzesznikiem, trochę jak chorągiew jestem, skacze z pomysłu na pomysł, żaden nie pozwala bym znów poczuł sens, że jestem sobą, że wiem po co jestem, że kocham, czuć spokój i miłość, boli, ile to może trwać, mijaja już 4 lata, a ja nie mam siły żeby pracować a renty też mi nie chcą dać mimo grupy inwalidzkiej bo nie zdążyłem lat przepracować i nie mam papierku że chorowałem w szkole, więc socjalną odpada, mam dosyć, nie ma wyjścia, jestem inny od ludzi, często samotny, nikt nie zna o mnie prawdy, a ja nie umiem drugi raz pokochać by osoba przy mnie ja poznala, bolą mnie okropnie nogi, chyba dlatego że za dużo przeszedłem, oraz barki chyba od tego krzyża przyslowiego co noszę... Jak żyć?
  17. Witam mam 27 lat, mam partnerkę ale ostatnimi czasy strasznie się kłóciliśmy przez co nasz związek prawie się skończył, partnerka stwierdziła że potrzebujemy terapii zeby to uratować na co się zgodziłem bo mi bardzo na niej zależy, wychodzi jednak ona z tekstami że się zablokowała na mnie, że kocha mnie bardzo ale rozum każe jej mnie zostawić a ona mimo to nie potrafi bo serce mówi co innego, Reasumując wychodzę z założenia ze głowa i serce muszą tego chcieć
  18. Witam, jestem w trakcie rozwodu. Wychowuje 15 miesieczne córeczkę. Kilka miesięcy temu odeszlam od męża. Powodem odejścia były kłótnie straszenie sądami, informowanie mnie że mąż żyje że mną ze względu na dziecko. Mąż nie planował że mną, plany realizował że swoją rodziną ja miałam się tylko na to godzić. Zamknięta całe dnie w mieszkaniu z malutkim dzieckiem nie mająca wsparcia w mężu. Wyprowadzilam się aby maz przemyślał swoje zachowanie. Efekt tego jest taki że zlozyl pozew o rozwod. Jestesmy po pierwszej rozprawie, sad skierował nas na mediacje dazace do pojednania. Mąż nie wykazywał inicjatywy zrezygnowałam. W sądzie jak również na mediacji mówił że nie kocha oraz że nie chce tworzyć takiego życia własnemu dziecku jakie on sam miał ( maz jest dorosłym dzieckiem rozwiedzionych rodzicow). On twierdzi że nie widzi szans na malzenstwo. Szukam wsparcia, może Wy tutaj popatrzcie na to innym okiem i odniesienie się z jakąś radą... .
  19. Witam. Chodzę do liceum i generalnie jestem dość otwartą na ludzi osobą. Ostatni rok był dla mnie dość dziwny, otóż, poprzedni rok szkolny był dla mnie festiwalem pomówień zarówno orzez uczniów jak i nauczycieli i jedyni przyjaciele jakich miałem, byli w kościele, do którego chodziłem, była taka jedna dziewczyna, którą nazwijmy Karolina, bo nie chcę podawać tutaj imion, z którą miałem dobry kontakt, jednak w pewnym momencie, niewiadomo dlaczego, ale z dnia na dzień mi odwaliło. Zacząłem cały czas pokazywać i udowadniać ludziom, że będę bogaty i jestem niezwykle inteligentny. Mam problemy z czytaniem książek i na pewno do książkowego przykładu mądrego profesora mi daleko, ale i tak czuję wewnętrzną, wręcz chorą potrzebę uznania mojej inteligencji w oczach innych, muszę mieć świadomość, że ja jestem w rozmowie, mądrzejszy, lepszy, bardziej oczytany i szczerze mówiąc, to zaspokajałem swoje ego poprzez rozmowę z moimi rówieśnikami, którzy raczej nie byli z górnej półki. Z Karoliną miałem dość dobry kontakt, rozmawialiśmy codziennie. Zawsze byłem osobą, która wolała słuchać, jednak zawsze wymagałem od drugiej osoby tego, aby gdy już mówię, to mi nie przerywała, a także aby okazywała mi szacunek, te dwa wymagania się w zasadzie łączą. Karolina mi tego nie dawała. Przyznała mi wielokrotnie, że jestem od niej mądrzejszy, a ona też głupia nie była, zaczęła jednak wpadać w środowisko, które ja uważałem za kompletne dno, co jej wiele razy artykułowałem, ale ona zawsze kazała mi się od jej znajomych trzymać z dala. Z czasem stała się człowiekiem, dla którego jedynym ciekawym tematem była ona sama i tak to trwało z kilka miesięcy. Przez ten czas rozmawiałem z nią na tematy, które w zasadzie uważam za głupie i absolutnie nie miałem na nie ochoty. Pewnego dnia po prostu napisałem, że ma się odwalić i zablokowałem ją wszędzie, bowiem zawsze moje słowo musi pozostać ostatnie, to takie moje natręctwo, zawsze muszę być wysłuchany do końca i powiedzieć ostatnie zdanie, wiedziałem, że kłócilibyśmy się o nic i doprowadziłoby to do bardzo nieprzyjemnych słów, chcąc tego uniknąć urwałem z nią kontakt, lrzez.chwilę czułem ulgę, ale od tego czasu mój messenger zadzwonił może z 5 razy i pisało wtedy do mnie rodzeństwo, albo jakieś grupy klasowe, ja nie mam nikogo. Uświadomiłem sobie wtedy, że pozostałem zupełnie sam, rodzice, mimo, że są kochani i bardzo ich cenię, to nie spełnią roli znajomego, tak samo rodzeństwo, siostry konkretniej. Nie mam z kim rozmawiać, z kim się spotkać, ludzie na ogół mnie lubią, ale ja zacząłem bez powodu zrywać kontakt z każdym po kolei. Pewnego razu napisała do mnie koleżanka, z którą od pewnego czasu rozmawiałem i okazała mną zainteresowanie, co mnie niezwykle ucieszyło, nie mówiłem jej nic na mój temat, ale czułem, że mogłem i to było piękne, poznała mnie ze swoją koleżanką, która również spytała mnie co tam i też była bardzo miła. Napisałem im raz taką jedną historię z turnieju szachowego, na którym grałem, a jedna z nich od razu zmieniła temat na taki, który dotyczył jej. Podziękowałem im za kilka dni miłych rozmów i zablokowałem je wszędzie. Może nie powinienem był tego robić. W tym momencie pomyślałem sobie, że skoro nie mam ludzi, to zacznę zarabiać pieniądze, będę ukierunkowywał swoje wszystkie czyny w k stronę zarobku, jednak nie jest to takie proste i owszem, wykonywałem jakieś proste prace, sprzedałem lustrzankę i mam 500zł, co jest śmiechem na sali jeśli myślę o tym jako o życiowym celu, jestem w stanie pracować w nocy i w dzień, żeby zarobić, to wiem, ale skończyły mi się pomysły. Nic mi już nie smakuje, schudłem 20kg niedawno. Nie wiem co mam zrobić, mam jakieś cele, ale czuję się źle, po prostu, czuję się najgorzej, chce mi się płakać, jestem niezwykle rozdrażniony i oceniający wobec innych ludzi, potrafię walić w ścianę pięścią, bo jakiś obcy człowiek mi przerwał, albo ktoś mnie nie słuchał, gdy ja tak bardzo pragnę zrozumienia, to nie mam do kogo iść, sam fakt tego, że dotarłem tutaj jest dla mnie niezwykle wstydliwy i podał wszędzie fejkowe dane, bo jeśli ktoś by się dowiedział, to pewnie ludzie wokół mnie interesować się moją osobą, ale nie z tego powodu, z któego bym chciał. Błagam. Błagam pomóżcie, ja nie wiem co mam zrobić, jestem na skraju największego w moim życiu załamania nerwowego, jak wy mi nie pomożecie, to nikt inny tego nie zrobi.
  20. Witam mam 20 lat. Moje problemy w zasadzie zaczęły się od mojego narodzenia. Pochodzę z rodziny gdzie alkoholizm był na porządku dziennym. Od 7 miesiąca życia mieszkałem z babcią, ponieważ warunki w moim domu nie nadawały się do życia. W wieku 8 lat umarła moja mama z przepicia z którą i tak nigdy nie rozmawiałem. Ojciec mimo tego, że mieszkał ze mną nadal boryka się z problemem z alkoholem, także w moim życiu za dużo rodziców nie było. Mój starszy brat również jest alkoholikiem. Mieszkalne u babci tez zostawiały wiele do życzenia lecz wiem ze starała się z całego serca zapewnić mi wszystkiego co potrzebowałem. Do pewnego momentu wszystko znosiłem w miarę dobrze i czułem się bardzo silny psychicznie, lecz od około 16 roku życia zaczęło być coraz gorzej. Coraz rzadziej na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, często płakałem bez powodów, straciłem zaufanie do ludzi i wstręt do poznawania nowych. Zacząłem mieć "dwie twarze" jedna pogodna uśmiechnięta wśród znajomych druga smutna lecz prawdziwa, odzwierciedlająca moje realne oblicze. Starałem się postawić fosę od ludzi nawet najbliższych mi osób których nie miałem dużo. Wyjściem z sytuacji miał być wyjazd do Anglii do mojej siostry. Jestem tu juz 5 miesięcy i miało być tylko lepiej, ale tutaj również ciężko odnaleźć mi swoje porządne szczęście. Chcę po prostu przez dłuższy okres mojego życia poczuć się szczęśliwym, ale nie potrafię. Dlatego zwracam się z pomocą do was
  21. Hej :) Mam na imię Radek i mam 23 lata. Mam kilka problemów. Każdy z pokolenia XY został wychowany w pewnym wzorcu kulturowym wykreowanym przez popkulturę karzącym myśleć, że młody i przystojny facet nigdzie nie zazna takiego szczęścia jak przy "zaliczaniu" kolejnych partnerek. Śpieszę z wyjaśnieniem, jest to bujda z chrzanem. Miałem okazję się przekonać, ale zacznijmy od początku. Niecałe 3 lata temu zakończyłem swój pierwszy poważny i długi bo trwający 5 lat związek. Wypaliły się uczucia, fascynacja drugą osobą i gdy weszliśmy w dorosłość okazało się, że mamy inne priorytety. Ona chciała formalizacji związku, pierścionka, ślubu. Ja też, ale najpierw kariera. Rozstaliśmy się w pełnej zgodzie. Przez ostatnie lata związku miałem wrażenie, że dużo mnie omija. Np. Kobiety poznane na imprezach, romanse i genrelanie życie singla. Cieszyłem się na samą myśl o tym i faktycznie przez jakiś czas po rozstaniu sprawiało mi to przyjemność. Kilka miesięcy później poznałem pewną kobietę. Chyba od razu się zakochałem bo od 1 spotkania była we mnie jakaś dzika fascynacja. Wygląd jak z marzeń, piękna barwa głosu i ciekawa osobowość choć cholernie specyficzna. Jestem ekstrawertykiem ona była ultraimtrowertyczką i cóż... To nie mogło się dobrze skończyć. Na początku i jej udzieliła się fascynacja. Zapytała mnie w końcu czy może powodzieć swoim bliskim, że jesteśmy parą. Nawet nie wiecie jaki byłem wtedy szczęśliwy, ale w zasadzie od tego momentu było tylko gorzej. Mieliśmy 1 poważną sprzeczkę, a ja traciłem dzień w dzień próbowałem rozgryźć co jest nie tak, skąd ten permanentny dystans między nami. 1,5 miesiąca po jej deklaracji nt związku ze mną zerwała. Pierwszy raz w życiu miałem złamane serce. Powodziała, że nic do mnie nie czuje i nie przewiduje by to się mogło zmienić w przyszłości. Rewelacje te przyjąłem z pokorą i dumą choć w środku czulem rozpacz. Chciałem już po tym ostatnim spotkaniu napisać do niej wielokrotnie, zapytać co u niej itd. Ale zawsze się powstrzymywałem. W końcu byłem do rany przyłóż, starałem się o nią jak o nikogo nigdy, znosiłem dystans który budowała i z pokorą przyjmowałem jej humorki. Robiłem to wszystko, a ona mną wzgardziła, więc nie mogłem dalej się upokarzać i wchodzić tam gdzie mnie ewidentnie nie chcą. Jestem niesamowicie dumnym człowiekiem z każdą wadą i zaletą tej cechy. Odcierpialem swoje, najgorsze były pierwsze 3 dni, ale czas przytłumił emocje. Znów zacząłem się śmiać, przestałem o niej myśleć, skupiłem się na studiach, pracy i karierze. Wróciłem do życia singla, ale po każdym przygodnym seksie czulem ogromne wyrzuty sumienia i kaca moralnego. Po stosunku marzyłem tylko by ta kobieta wyszła z mojego mieszkania. Kilka miesięcy dałem sobie na odpoczynek psychiczny od wszelkich relacji. Rozejrzałem się dookoła. Moja ex z 5 letniego związku była już szczęśliwa z innym facetem, cieszę się bo uważam ją za moją przyjaciółkę. Inni znajomi też byli zakochani i zacząłem im tego zazdrościć, doszedłem do wniosku, że to chyba już czas, że już chyba jestem gotowy na późniejszą relację... Nie byłem... Kilka razy próbowałem się z kimś spotykać, zdarzało mi się patrzeć na perspektywę związku z entuzjazmem. Poznałem kilka kobiet, które miały wszystko. Piękne, inteligentne, arcyciekawe. Niestety im dalej w las, a nasza relacja się rozwijała, tym bardziej czulem, że udaje. Przekonywałem siebie, że muszę dać sobie czas, że się zakocham.... Niestety nic się nie zmieniało. Czuję się wypalony z głębszych uczuć. W jednej z relacji kobieta się we mnie bardzo zakochała i bardzo ciążyła mi myśl, że mogę ją skrzywdzić, dlatego zerwałem znajomość i uwierzcie mi... Wolałbym wtedy być rzucanym niż rzucać... Poczucie winy mnie dobijało, ale serce nie sługa... Musiałem zerwać by nie marnować jej więcej czasu, skoro już wiedziałem, że ja się nie zakocham y... A wiecie co jest najgorsze? Przestraszyłem się cholernie tego, że przeze mnie ta dziewczyna też może stać się taka wypalona z uczuć... Była młodsza i codziennie proszę opatrzność by ją to ominęło.. Cóż... Odczuwam w sercu ogromną pustkę i nie potrafię jej wypełnić... Zawsze kończy się tak samo, zawsze mam wrażenie że najwyżej udaje zauroczenie i miłość. Boję się, że już nigdy się nie zakocham, a uwierzcie kilka razy próbowałem i cholernie bym tego chciał. Wiecie jak sobie z tym poradzić? Czy miałem po prostu pecha i zawsze trafiałem na kobiety bez tego magicznego pierwiastka, który sprawia że się zakochujemy? Czy problem siedzi gdzieś we mnie i on sprawia, że na owy pierwiastek jestem ślepy? Czuję się ostatnio jak Ted Mosby z sitcomu "how i mey your mother"... Męczy mnie ta pustka, męczy mnie brak miłości, męczy mnie brak wiary w tą miłość.... Pomóżcie :/ P. S Jestem prawie pewny, że wyleczyłem się z miłości do tej, która mnie rzuciła. Nie widziaem jej od roku, ani z nią nie gadałem i nie brakuje mi tego. Nie myślę o niej za często (tylko gdy zobaczę jakąś jej relacje na instagramie). Nie marzę i nie roztrząsam.
  22. Jestem studentką, mam 19 lat, niedługo skończę 20. Nigdy nie byłam do końca pewna siebie, a od początków liceum zaczęłam się strasznie przejmować/lękać ludzi. Może to głupio zabrzmi, ale jest to naprawdę problematyczne. Doszło do tego stopnia, że mocno stresuje mnie myśl o rozmowie telefonicznej, spotkaniu się ze znajomymi, nawet tymi których znam już bardzo długo. Gdy wreszcie się spotkamy i zaczynam mówić, moje serce zaczyna mocno bić, gubię słowa i chciałabym aby mój rozmówca jak najszybciej przejął temat. Gdy oglądam telewizję, zazdroszczę ludziom że mogą tak swobodnie rozmawiać, przyjaźnić się czy kłócić. Z tego też powodu nie mam zbyt wielu znajomych, nigdy nie miałam chłopaka, nie całowałam się mimo, że zawsze mówiono mi że jestem ładna (co też mnie dołuje, mam wrażenie że w tym wieku to taka norma że jestem jakimś dziwolągiem). Byłam u psychoterapeuty i psychologa, przez pewien czas brałam leki na lęk które mi nic nie pomogły. Długo myślałam, że to fobia społeczna, ale psycholożka ją wykluczyła i powiedziała, że to bardziej lęk przed odrzuceniem i brak pewności siebie, nad którymi powinnam pracować sama, ona może natomiast rozmawiać ze mną o problemach z mojej przeszłości, tylko sęk w tym że nigdy nie miałam jakiś dużych problemów, nie przeżyłam tragedii ani nic takiego. To wszystko strasznie mnie dobija, bo czuję jakbym traciła najlepsze lata życia a naprawdę nie wiem jak sobie pomóc.
  23. Cześć, mam prawie 19 lat i szukam pomocy. Odkąd pamiętam nie mam chęci do niczego, zero kreatywności, najlepiej przesiedzieć całe życie w domu. Jestem strasznie nerwowa, mam huśtawkę nastrojów, a większości pochłania mnie smutek, leżę i płaczę choć nic się w tym momencie nie stało. Jestem w związku od dwóch lat i czuję, że swoją złość i żal wylewam na partnera i choć to wiem, to i tak to robię. Mam problem z zaufaniem, jestem zazdrosna i czuję się beznadziejna, przez co boję się, że mógłby odejść. Odsuwam się od przyjaciół, wydają mi się być przeciwko mnie i mimo, ze nikt mnie nie odrzuca czuję się bardzo samotna, niezrozumiana. Zawsze czułam się piękna, mam powodzenie u płci przeciwnej, jednak jestem nie tą osobą co kiedyś, czuję się brzydko i beznadziejnie, jakbym była najgorszą osobą jaką znam. Manipuluję ludźmi choć tego nie chcę, chyba jestem toksyczna, chciałabym być szczerą, szczęśliwą i dobrą osobą, jak mogę sobie pomóc?
  24. Cześć, mam 26 lat i nawet nie wiem od czego zacząć... będzie pewnie bardzo chaotycznie ale spróbuje... Jeśli wybrałem zły dział to przepraszam ale ten wydawał mi się najtrafniejszy. Ponad rok temu straciłem miłość swojego życia a ogólnie w 2019 straciłem wszystko, firmę, przyjaciół a pieniądze zamieniłem na długi... W ciągu 2 lat od urodzenia się mojego syna zmieniłem się w człowieka którymi wręcz gardziłem przez doświadczenia z wcześniejszych lat życia... Upadłem na samo dno a po rozstaniu gdy uświadomiłem sobie co ja w ogóle zrobiłem i jak do tego mogło dojść poczułem jak jeszcze mnie wgniata w to dno... Całe życie gardziłem twardymi narkotykami i za nic nie tolerowałem ludzi z nich korzystających, nie piłem bo głupi jestem po alkoholu... aż głupi się napiłem i pijany dałem się namówić na "jedną małą" i spoko nie ciągnęło mnie następnego dnia ale zostało w głowie jak dużo mi to dało energi, kreatywności i w ogóle świadomość działania na 150% co skłoniło mnie to zaczęcia czytania o tym i mądro głupi ja myśląc, że biorąc takie mikro ilości gdy będzie brak sił nie wymknie mi się i będę nad tym panować... Nawet nie wiem kiedy to tak mną zawładnęło, że z grama na tydzień/dwa zrobiło się 5 gram na tydzień... porobiłem zadłużeń w pewnym momencie przestałem już panować całkiem nad czymkolwiek, Wszystko zaczęło wychodzić na światło dzienne, kłamstwa, długi i to, że stałem się takim samym ćpunem jakich nie tolerowałem... Byłem tym tak pochłonięty, że obiecując byłej, że przestanę i się ogarnę zacząłem brać więcej i więcej aż ona po roku już niewytrzymała tego wszystkiego i mnie zostawiła... Dziś mnie nienawidzi jak chyba nikogo innego w życiu a od września chce mi zabrać prawa i zakazać widywania się z synem... Ja prócz prawnika nie mam nikogo za sobą (jego przynajmniej można "kupić") i już nie daję rady... Proszę rodziców o pomoc ale temat się kręci puki o nim mówię a ja odnoszę wrażenie, że oni specjalnie wyciszają... nie stać mnie na prywatną pomoc bo nawet z pracą mam problem, jakieś z nikąd hamulce w głowie które przyklejaja mnie do łóżka, a do szpitala psychiatrycznego w swoim mieście nigdy nie pójdę... za głupotę spędziłem tam 3 doby i nigdy w życiu tam nie wrócę... Wiem, że można chodzić na normalna terapię dzienną tylko ja nawet nie wiem do kogo... gdzie i czy w ogóle jest sens i nie prościej było by wszystkich uwolnić od moich problemów i zemną związanych... Czuję się cholernie samotnie... zero wsparcia, zero rozmowy tylko ciągle sam z tymi samymi myślami, zawsze było mnóstwo ludzi w okół mnie a ja po prostu już nie daję rady...
  25. Cześć! Mam około 30 lat, jestem kobietą. Od iluś lat czuję, że moje życie jest przegrane. Nie dzieje się nic strasznego, nie o to chodzi. Nawet ostatnio uczęszczam na psychoterapię. Chodzi o świadomość tego, że pochodzę z fatalnej rodziny. Inni ludzie pochodzący z fatalnej rodziny mają często przynajmniej jedną życzliwą osobę w dzieciństwie, jakąś fajną babcię, troskliwego dziadka albo chociażby przyjaciół. Ja nie miałam nikogo, dosłownie nikogo takiego. Wiem, że gdzieś tam żyją sobie ludzie w podobnej sytuacji do mojej, ale nigdy ich nie spotkałam. I na okrągło słyszę, jak to ludzie z kochających rodzin mają łatwiej, jak to mają lepiej zbudowane charaktery i potem lepsze związki oraz ogólnie relacje. Sporo wysiłku wkładam w to, żeby moje życie stało się takie, jak chcę, jeszcze nie jestem w takim momencie. Moje marzenia się jeszcze nie spełniły. Za to inni ludzie wokół mnie, którzy są mi bliscy, dostają za darmo to, o czym ja marzę, nie muszą wkładać w to wielkiego wysiłku. Dlatego nie widzę sensu w moim życiu jeśli wszystko dla mnie jest trudniejsze, bo tak i koniec. Mam dużo entuzjazmu i zapału do tego, co robię, ale ciąży mi to uczucie braku sensu, jakby moje życie już było przekreślone, przegrane. Rozmawiałam o tym na psychoterapii, ale na razie bez rezultatów.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Create New...

Important Information

Używając strony akceptuje się Terms of Use, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.