Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'schemat'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 33 wyników

  1. Witam, Jestem dziewczyną, mam 33 lata. Od dawna zmagam się z pewnym niezrozumiałym schematem dotyczącym odżywiania. Od zawsze byłam aktywna, ruch sprawia mi radość. Od dwóch miesięcy zaczęłam ćwiczyć intensywnie na siłowni i nie dlatego że musze schudnąć, bo to nie główny cel, chcę być zdrowa i silna a podnoszenie co raz większych ciężarów to pokonywanie dla mnie barier stawianych w głowie. Jest to forma pracy nad dyscypliną. Wiąże się to ze zmianą stylu odżywiania, bowiem gdy w moim życiu pojawiają się treningi, automatycznie mój organizm chce jeśc inaczej, zdrowiej, mniej, własciwiej. Czuje się wówczas świetnie sama ze sobą, mam poczucie rozwoju i kontroli, wiem że służy to czemuś dobremu. Nie trwa to jednak długo. Powiedzmy, że utrzymuje ten stan przez dwa miesiące, po czym z dnia na dzień tracę chęci i motywacje. Treningi nie sprawiają mi już takiej radości , olewam systematyczność i zaczynam jeść, wręcz rzucam się na jedzenie. Przybiera to nie zbyt krzepiącego wymiaru, ponieważ dochodzi do opychania się, jedzenia cały czas byle czego, słodkich batonów, ciastek, ciast, chipsów. Zauważyłam że momentami nie czuje już smaku, chodzi o sam proces jedzenia i za pewne tego jakie "poczucie" mi to daje. Wstaje rano i mimo że nie jestem głodna, szybko pędze do kuchni by jeść, przed snem też się opycham. Jak łatwo się domyśleć, efekty cięzkich treningów znikają, mój nastrój sięga dna, w wyniku kolejnego upadku.Czuje się beznadziejnie , ale wiem że to ma jakieś głebsze dno , o którym nie mam pojęcia, nie jestem świadoma i żeby nad tym popracować musze wiedzieć co to jest, z czego wynika, jak z tym walczyć. Dlatego zwracam się do Państwa o pomoc. Zapraszam do dyskusji , jednocześnie dziękując za wszystkie sugestie i komentarze. Pozdrawiam, E.
  2. Cześć, Parę słów o mnie. Mam 19 lat. W 2019 roku skończyłam szkołę średnią. Obecnie pracuję. Wprowadzę was w moją historię. Mam troje rodzeństwa, i od dziecka zawsze miała wrażenie, że jestem ta gorsza, często obrywało mi się od mamy o coś czego tak naprawdę nie zrobiłam. I w zasadzie to tak jest do teraz. Ale teraz doszło to, że słyszę też takie słowa od starszego brata, i najstarszego z rodzeństwa, który po śmierci taty mam wrażenie, że uważa się za "ojca". Byłam z reguły dobrą uczennicą, co pasowało mojej mamie, bo mogła się tym chwalić wśród rodziny. Ale kiedy w klasie maturalnej zaczął się mój trudny okres w życiu, to znaczy: nie miałam w ogóle ochoty się uczyć, chodzić do szkoły, miałam złe oceny, zagrożenia. Ale tak naprawdę sama nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Moja mama nawet nie zapytała sie mnie co sie dzieje ani nic, tylko były krzyki, że mam sie wziąć za naukę bo nie zdam matury, w sumie to mówili i wmawiali mi, że nie zdam jej. A dodam, że ją zdałam i jedyna z domu mam maturę. Ale wracając. Poszłam do szkolnej pedagog, rozmowy trochę pomogły, musiałam zrobić badania i wykazało ze mam nie dobór witamin więc je brałam, niby była poprawa, mogłam sie skoncentrować. Ale do tej pory sie zastanawiam, czy to czasem nie były pierwsze objawy depresji. Mam dni kiedy chce tylko spać, płaczę i na nic nie mam ochoty. Moja rodzina często na mnie krzyczała, że nic wiecznie nie robię, nie widzieli tego co robiłam. Zawsze coś nie pasowało. Nigdy nie czułam się kochana. Nie wyrobiłam sobie dobrej samooceny, od zawsze sądzę, że to ja coś źle robię. Na siłę tak naprawdę próbuje uzyskać ich akceptacje. Robię co mi każą oraz często robię coś sama z siebie, chodzi o czynności domowe. Usłyszałam nie raz, że wszystko trzeba za mnie robić, że widzę tylko czubek własnego nosa. Nie słyszałam chyba nigdy miłych słów, nie okazywano mi miłości, bynajmniej ja jej nie odczuwałam. Nawet jestem obwiniana o to, że choruje od 6 roku życia, że to ja sobie wymyślam i choruje. Moja mama nie poszła ze mną do specjalistów aby dowiedzieć sie czemu tak jest. Kiedy zachoruje, a jest tak do tej pory (lekarz mi robił dużo badać, które wychodzą okej, laryngolog też nic nie znalazł) to nie jednokrotnej słyszałam, że mam anginę bo jem "ciągle fast foody", cienko sie ubieram, ze spię po 8/9/10 godzin.. Tóż po zdaniu matury usłyszałam, że mam iść do pracy bo mama nie będzie mnie utrzymywać, gdzie brata przez 3 lata utrzymywała jak przestał chodzić do szkoły. Kupiła mi pierwsze auto i okazało się ze mam oddać jej pieniądze, brat sam sobie kupił dopiero czwarte auto. A za poprzednie nie musiał oddawać. Każdy dzień mieszkania z moją rodziną jest dla mnie wyzwaniem psychicznym. Zawsze miałam mocną psychikę, ale teraz widzę, że jest słaba. Nie umiem sobie sama poradzić. Zawsze chłopak musi mi poświęcić dużo czasu abym przestała płakać i myśleć ze to moja wina, kiedy mówią mi albo piszą co znów zrobiłam źle. Tak naprawdę przy nim mogę być sobą, chodź czasem się zastanawiam czy i przy nim nie udaję ze jest wszystko okej. Przez całe dnie chodzę uśmiechnięta, udaję że wszystko okej, Co oczywiście nie jest prawdą. Dopiero wieczorami, kiedy idę spać czasem płacze aby łzy ukoiły mój wewnętrzny ból. Nie chcę już mieszkać w domu, ale muszę nie mam gdzie sie przeprowadzić. Więc muszę się męczyć. Chłopak mi mówi, że mam sie stawiać kiedy mówią mi że coś zrobiłam źle albo w ogóle nie zrobiłam danej rzeczy. Ale kiedy to robię to okazuję sir to błędem bo nie prowadzi to do żadnego kompromisu, bo wychodzi na to, że i tak to ja robię źle, że właśnie widzę czubek własnego nosa nic więcej. Jestem teraz na utrzymaniu brata i jego dziewczyny bo zaczełam pracę i dopiero wezmę pierwszą wypłate. Co jest mi wypominane.. I mówione, że jeśli stracę pracę (poprzednią straciłam bo chorowałam) to od razu mam się wynieść z domu. Więc mam w głowie tego świadomość ze jestem na czyjeś "łasce" dlatego o nic ich nie proszę, jem tyle tylko aby się najeść, nie proszę ich praktycznie o nic. A dziś i tak usłyszałam, że mam o nic już nie prosić. Że mam mieszkać na ich warunkach, więc tak robię a i tak usłyszałam, że tak nie jest. I jak mi się nie podoba to droga wolna. Z chęcią bym sie wyniosła, naprawdę. Miałam kilka razy myśl aby zakończyć swoję życie, ale wiem, że mój chłopak mnie potrzebuję i jeśli wytrwam jeszcze rok to bedzie wszystko okej. Ale boję się, że do tego czasu moja psychika będzie mocno zniszczona. Nawet jak próbuje mieć "wywalone" na to co mówią to nie umiem, bo w końcu mnie to dopada. I wtedy znów szukam winy w sobie, może dlatego, że od dziecka tak mi mówiono. Mój każdy dzień to ciągła walka z samą sobą. Cały czas taki sam schemat: wstać, praca, obowiązki aby mieć spokój, i cały czas udawanie, że jest wszystko fajnie, a wieczorem płacz i użalanie się. Czy to naprawdę ja jestem ta zła? Czy wina też jest po drugiej stronie? Czy naprawdę jestem egoistką?
  3. 4 kolory zachowań a problemy małżeńskie i w związkach - temat omawia psycholog online, psychoterapeuta przez Skype. Jak brak zrozumienia trybów funkcjonowania poszczególnych osób oraz niewłaściwa komunikacja mogą prowadzić do niepotrzebnych konfliktów.
  4. Achnio

    Rodzice z DDA

    Krótko i na temat. Jak wplywaja na dzieci rodzice z rodzin alkoholików, którzy sami nie są alkoholikami, ale mają objawy dzieci DDA/DDD?
  5. Sprawa wygląda tak, że ja (18,5 lat) idealizuję od jakoś ponad 5 lat pewną osobę (miesiąc starszą), poza którą świata nie widzę i każdy aspekt, życia codziennego kojarzę właśnie z nią. Można powiedzieć w pewłnym tego słowa znaczeniu, że się przywiązałem do swojego obiektu westchnień ale tego absurdu jest mało. Nie jesteśmy w żadnym związku. Ba! Stosunkowo mało nawet rozmawialiśmy od kiedy w ogóle się znamy! Głównie dlatego, że wiem, że gdyby już coś takiego się wydarzyło - ona będzie zawiedziona bo pomimo, że ją szczerze kocham (i non-stop myśli na jej temat nie dają mi spokoju) to nie będę w stanie sprostać jej oczekiwaniom. Osoba, której pomocy zaczerpnąłem parę dni temu chce iść na psychologię w październiku, i ma ambicje psychologa z prawdziwego zdarzenia. Mocno mi przyspieszyła myślenie. Podczas tego big brain time (zachęcam do wyguglania definicji) jaki ona wywołała nareszcie jestem w stanie ubrać w słowa tę chorą, pokręconą, zaburzoną i niezgodną z rzeczywistością (według wszystkich osób, których pomocy zaczerpnąłem) logikę, która nie pozwala mi nawet spotkać się z tą dziewczyną i to pomimo, że niektórzy mówią, że się jej podobno podobam (sic!). Jej osoba prezentuje całkiem ciekawe osiągnięcia w muzyce. Jeżeli zżera moich czytelników ciekawość - jest wokalistką. Żeby się z nią spotkać musiałbym poszczycić się czymś konkretnym. Dopiero to mogłoby spowodować, że mógłbym jej dorównać tj. zasłużyć na nią. Stawiam sobie za wysoką poprzeczkę bo to jej mocna strona a u mnie zdecydowanie słaba. Chociaż mam kilka zainteresowań, którymi według wielu ludzi mógłbym zainteresować swojego rozmówcę (nootropy, psychologia, neuroregulacja, niedługo medycyna ajurwedyjska i odrobina mistycyzmu i kognitywistyki) to wiem, że jest to sama amatorszczyzna nie warta większej uwagi. Jeżeli mój rozmówca, któremu miałbym zaimponować zapytałby mnie o jakieś dawne osiągnięcia to zaniemówiłbym. Nie miałbym kompletnie czym się pochwalić. Ostatnie moje większe osiągnięcie pochodzi z połowy poprzedniej dekady. Zauważyliście ciekawy patent? Nie jestem absolutnie w stanie wyzbyć się porównywania do ludzi z zewnątrz. Gdybym po prostu miał zaakceptować to, że oni sobie po prostu są. Istnieją. I tyle. Nie są lepsi lub gorsi ale jestem w stanie wyzbyć się tej iskry rywalizacji z mózgu bo to powoduje, że czuję się przy tamtej dziewczynie niepewny siebie i swoich kompetencji. Niemal przytłacza mnie jej pewność siebie. To ostatnie zdanie brzmi bardzo wymownie ale chyba najlepiej obrazuje co do niej czuję. Jak coś mi przyjdzie jeszcze do głowy to będę aktualizował albo napiszę w odpowiedzi na post.
  6. Witam, Jestem 18 letnią uczennicą technikum i od jakiegoś czasu czuję się zagubiona. Prawdopodobnie to normalne w wieku dorastania, chociaż ostatnio w pewnym magazynie psychologicznym przeczytałam pewien artykuł, który się nazywał "sztuka znikania" czy coś takiego. W dużym skrócie polegał na tym, że swoją osobowość odepchnelo się na bok na rzecz zaspokajania potrzeb i oczekiwań innych. Poczułam, że ten opis dotyczy mnie w 100% a jakiś czas temu przestało mnie zadowalac moje hobby (rysowanie) tak jak przed pójściem do tego technikum (bo w nim czuję presję i potrzebę doskonalenia się w nim "na siłę" czy tego chcę czy nie i generalnie chyba uległam presji oceny ze strony otoczenia, w którym jest nacisk na "rozwój"). Nie potrafię się zmotywować do niego wiedząc, że już coś, co wydawało się być moje własne i prywatne, teraz jest pod czyimś okiem. Nigdy nie traktowałam tego hobby na poważnie mimo że rysowalam codziennie. Prawdę mówiąc chyba mało rzeczy traktowałam kiedykolwiek na poważnie i pokazywałam, że mi na nich zależy. Zawsze liczyło się zdanie rodziców, których opinia była wyżej niż moja własna i pod nich dostosowywalam moje potrzeby. Skończyło się na tym, że zdałam sobie sprawę, że nie potrafię stwierdzić co naprawdę mnie zadowala, a co nie i kim tak naprawdę jestem skoro potrafię założyć mnóstwo różnych masek i raz być taką a raz taką osobą pod wpływem innych. Nie wiem co jest moje własne, a co oczekiwaniami innych. Pytanie moje polega na tym, czy da się samemu sobie z tym problemem poradzić? Jeśli tak, to w jaki sposób?
  7. Partner, z którym mieszkam, domaga się ode mnie dziecka. Ja mam lat 27 i zadnej chęci. Boję się go jednak zostawić, bo wyprowadzka do niego była pierwszą dojrzałą decyzją i boję się z nim rozstać bo będę czuła się tragicznie, że go zawiodłam i że sama sobie w życiu nie poradzę (jestem z domu dziecka). A mieć dziecko również się boję bo nie znoszę dzieci, nie mam za grosz instynktu macierzyńskiego, zostanie matką zawsze kojarzyło mi się z obciachem i zamiast rozczulenia aż mnie szlag trafia na widok noworodków. Mieszkamy razem we Wrocławiu już kilka lat i boję się że tak fajnego faceta już nie znajdę, a z drugiej strony mam ochotę podróżować, zaznać jeszcze czegoś w życiu, jestem też strasznie ciekawa innych ludzi (w tym, nie ukrywajmy, mężczyzn) i nie chcę się zamknąć w domu z dzieckiem na lata. Nie mam też ochoty być w ciąży, rodzić, i dzielić życie rodzinne z jego matką i siostrami, których szczerze nie znoszę. A jednak czuję się do tego w jakiś sposób zobowiązana wobec osoby która poświęciła mi bardzo dużo. Mam wrażenie że wszystko to jest w jakiś sposób toksyczne, że każdy mój wybór będzie zły, że jestem nieodpowiedzialna, a z drugiej strony nie chce mi się wierzyć że życie to jedno wielkie pasmo wyrzeczeń na rzecz innych i działania wbrew sobie. Nie wiem już jak na to patrzeć, nie wiem co naprawdę powinno się dla mnie liczyć :(
  8. Witam. Mam na imię Kornelia i mam 23 lata. Czuje się bardzo bezradna ze względu na moje problemy z emocjami. Od półtora roku uczęszczam na psychoterapię, na której początkowo starałam się rozwiązać problemy z sytuacją traumatyczną, kiedy przeżyłam jako dziecko. Aktualnie problemy te są już rozwiązane, a wspólnie z moją psychoterapeutką zajęłyśmy się problemami wynikającymi z rodziny i dzieciństwa, akceptacji siebie, itp. Temat ten był także poruszany w gabinecie, ale czuję, że jestem bezradna, a następne spotkanie czeka mnie dopiero po nowym roku. Otóż mam wybuchowy charakter. Zauważyłam, że zbieram wszystko do siebie, zazwyczaj tego nie rozpoznawałam (od niedawna zaczęłam dopiero czuć swoje stany emocjonalne, rozpoznawać, że coś sprawiło, że poczułam się gorzej i co konkretnie), ale mimo tego, mam problemy z nazywaniem emocji i radzeniem sobie z nimi. Wygląda to mniej więcej tak: w ciągu dnia coś mnie zdenerwuje, wiem to, nazywam i zdaje sobie z tego sprawę, próbuje jakoś sobie z tym poradzić, ale chyba średnio mi to wychodzi (ostatnim razem np. zaczęłam czytać książkę i słuchać spokojnej muzyki - chyba nie pomogło), do tego czuje się zmęczona (pracuje i studiuje dziennie, czasem mam mało chwil tylko dla siebie), dodatkowo w rodzinie nie za bardzo mogę otwarcie mówić o swoich uczuciach, bo panują tu różne schematy i mity, zazwyczaj nikt na te moje uczucia nie zwraca uwagi, albo w różny sposób próbuje odwrócić od nich uwagę. Więc wczoraj na uczelni wystąpiła mała sprzeczka z kolegą, siedziałam tam od rana do wieczora, wróciłam do domu i chciałam poruszyć pewien temat ze starszą siostrą, ale nie do końca opowiedziałam o moich uczuciach, bo bałam się, że się zdenerwuje, albo mnie oleje, albo zrobi mi na złość... Cały tydzień w ogóle różne rzeczy się dzieją nie do końca przyjemne. I tak się zbiera, i zbiera, aż ... dojdzie do tego mój chłopak. Wylewam na niego wszystko jak pomyje, wystarczy jakiś czynnik zapalny i wszystko ze mnie w takich chwilach uchodzi - denerwuje się, wściekam, jestem odrażająca, oskarżycielska. Co prawda, on też ma swoje za uszami, ale jak już się uspokoję, jest mi cholernie wstyd i przykro, że znowu tak się stało, że znowu w porę się nie uspokoiłam, że się pokłóciliśmy, że wszystko psuję. Ponieważ wiem, że za tą samą sprawą, za którą tak drzemy koty stoją też (prawdopodobnie) inne, nierozwiązane konflikty z którymi nie mogę sobie poradzić. Nie chcę tego robić. Nie chcę tak się zachowywać. Po takim wybuchu złości mam do siebie pretensje. Chciałabym od początku ćwiczyć rozpoznawanie emocji i radzenie sobie z nimi. Próbuje wielu rzeczy, staram się, czuje się bezsilna, bo mam wrażenie, że to desperackie, że coś ze mną nie tak... że inni ludzie potrafią się pohamować. Potrzebuję wsparcia, mam wrażenie, że ta droga zaczyna mnie już trochę przytłaczać. Próbowałam masy rzeczy: - większej ilości odpoczynku, - ćwiczę jogę, dbam o siebie, dbam o szczegóły już nawet w wystroju mojego pokoju, żeby tylko jakoś być spokojną!, - pisałam dziennik, opisywałam tam jak się czuję, - próbowałam nazywać te uczucia, mówić o nich do siebie, - czytam w internecie informacje na ten temat, zdobywam je, próbuje wykonywać różne ćwiczenia, - płakać/ krzyczeć, żeby to ze mnie uszło. Nie mam pojęcia co robię źle, nie wiem gdzie szukać przyczyn. Błądzę po omacku, czy to musi tak wyglądać? Nie oczekuje, że nauczę się tego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale nie mogę już chwilami ze sobą wytrzymać! Proszę o radę, czy co jeszcze mam robić, żeby na bieżąco aktualizować swój stan emocjonalny. Jak???? Czy mam prawo do myślenia, że jest coś ze mną nie w porządku? Wydaje mi się, że staram się o coś, co każdy potrafi.
  9. Mam 39 lat. Od ponad roku jestem z mężczyzna który w ubiegłym miesiącu skończył 45 lat. Poznalismy się w czasie kiedy był w związku małżeńskim. W lipcu powiedział żonie o rozstaniu. Ma 2 dzieci które o tym jeszcze nie wiedza. O mnie nie wie nikt. Od początku znajomosci jego reakcje na sytuacje które nie do końca były zgodne z jego oczekiwaniami kończyły się tym ze mnie zostawia. Ze mnie nie kocha. Generalnie silne emocje w których mówił wszystko byle mnie zranić. Ja również nie byłam bez winy bo odchodziłam od niego ponieważ ma rodzine conajmniej raz w tygodniu. Od momentu kiedy powiedział żonie o odejściu„zostawianie mnie” i czołganie psychiczne się nasiliło. Za każdym razem jest coraz trudniej. Potrafi wykorzystać chorobę mojego taty żeby we mnie uderzyć. A jak już dojdzie do sytuacji kiedy mnie wysiada emocje coś powiem lub popłyną moje łzy jest psychiczna tortura w każdy możliwy sposób. Nie wiem jak z nim postępować. Jak rozmawiać. Jak dotrzeć do niego. Co zrobić ze sobą i dla siebie. Od marca mój partner chodzi na psychoterapię. I od tego pory tez nastąpiło nasilenie jego negatywnych zachowań. Po ostatniej sesji upił się przepłakałam wieczór wyrzucił jedzenie na pościel (licząc na moja reakcje) i poszedł spać. Ta sytuacje jest doskonałym obrazem tego jak od dłuższego czasu postępuje. Ja tracę siły i jestem psychicznie zamęczona Ale tez staram się zrozumiem ze ma bardzo ciężki czas i emocjonalny bałagan z którym sobie nie radzi.
  10. Dzień Dobry, Mam 18 lat, jestem dość przeciętną dziewczyną z pasją do koncertów i pisania, a od jakoś pół roku zaczęły się u mnie problemy. Jestem w klasie maturalnej, staram się jak najlepiej zdać przedmioty, z których będę pisać egzamin, jednak z dnia na dzień idzie mi coraz gorzej. Jestem na etapie, w którym odkładam obowiązki tak bardzo, że nie daje rady ich zrobić i w ten sposób je bardzo zaniedbuję. Zdaje sobie z tego sprawę i chcę to zmienić. Myślę, że mam dużą motywację, ale nadal po prostu nie potrafię się za nic wziąć. Czuję totalną bezsilność, nie odczuwam wyrzutów sumienia, a jeśli takie mnie już łapią, tylko się zniechęcam. Często towarzyszy mi uczucie pustki, bezradności i złości. Agresja, którą duszę zaczęła się przejawiać na przestrzeni 2-3 miesięcy. Zawsze również byłam duszą towarzystwa, co przez ostatnie dwa lata uległo zmianie. Teraz unikam brania odpowiedzialności za grupę, nie wchodzę w żadne konflikty i mam silne poczuciem wyższości nad innymi. Mam również dość wysokie mniemanie o sobie, często kłamie i bardzo przystosowuje się do rozmówcy. Nie bronie swoich racji i sama o sobie mówię "transparentna", bo wiem jak rozmawiać z ludźmi, żeby im to odpowiadało. Przez to mam dużo znajomych, jednak w większości często się z nich po prostu naśmiewam (w duchu) i wyciągam różne ciekawe smaczki z ich życia. Zdaję sobie sprawę, że mam w sobie wiele negatywnych cech, łącznie z coraz niższą empatią. Stąd mój udział w tej dyskusji. Chciałabym się dowiedzieć, czy to etap przejściowy, moje cechy charakteru, które stale się zmieniają, czy coś czego zrozumieć nie potrafię. Moich uczuć starałam się nie koloryzować, jednak mogę zapomnieć, że mam do tego skłonności. Zawsze lubię podrasować moje opowieści, a dopóki kłamstwo nie wyjdzie na jaw, nie mam wyrzutów sumienia. Czekam na odpowiedź i serdecznie pozdrawiam, xx.
  11. 1. Od dziecinstwa bylam izolowana. Moi rodzice oboje byli w depresji, przez co trzymali sie na uboczu i z nikim nie mieli relacji. Nie dopuszczali nawet mysli, ze ja potrzebuje towarzystwa i ze bardzo cierpie 2. pochodze z biednej rodziny.czesto obserwowalam swiat z perspektywy za szyba.widzialam jak lepsze sfery dobrze sie bawia, spotykaja, a ja moglam tylko marzyc zeby mnie zauwazyli. zeby zechcieli na mnie spojrzec musialam udawac kogos kim nie jestem. nigdy nie bylam na rowni z nimi. 3. moja rodzina byla patologiczna i dysfunkcyjna.rodzice duzo wycierpieli przez dziadkow-stad ta depresja i nauczyli mnie wstydzic sie za to skad pochodze, dlatego soba gardze. cale zycie trzymam sie na uboczu, czuje sie jakbym urodzila sie w gorszym sorcie i pewne rzeczy czy przywileje nie byly dla mnie.mowie o przywileju milosci i dobrych relacji z innymi jak wyjsc z tego schematu izolacji spolecznej?
  12. Dzień dobry, jakiś czas temu przeżyłem kolejne rozstanie. Moje związki trwały zazwyczaj 2-3 lata. Było ich już 5. Nie umiem szanować partnerek i zawsze myślę o swojej wygodzie - w skrócie. Pierwsze 4 związki były po prostu porażką. Nie szanowałem partnerek, bywałem agresywny, wyzywałem, jak zdarzały się problemy to znajdowałem odskocznie w postaci innych kobiet (dochodziło też do zdrad - zazwyczaj pod koniec związków). Jakieś 4 lata temu przeżyłem coś co można nazwać "spiritual awekening" (nie chcę wchodzić w szczegóły na forum) i wiem, że ten proces wciąż trwa. Jednak... Jeśli chodzi o ostatnią dziewczynę to miałem wrażenie, że się ogarnąłem. Bo przestałem kompletnie pić alkohol (nie bawi mnie to już ani trochę), na myśl mi nie przyszło, aby na jakimkolwiek etapie związku myśleć o innej dziewczynie, zacząłem ćwiczyć i dbać o dietę. Zdrada? Nie ma opcji. Uważałem się więc za ideał nie dostrzegając własnych niedociągnięć. Nadal bywałem agresywny (choć tym razem było to "tylko" podnoszenie głosu). Nie umiałem jednak dać Jej wsparcia, którego potrzebowała. Teraz dopiero wiem, że miała depresje i stany lękowe. Nie zauważałem tego albo wypierałem ze świadomości. Myślałem, że po prostu ma trudny okres w życiu i że prędzej czy później się ogarnie. Zawsze skupiałem się na swojej wygodzie. Na jakiś tam sposób narzucałem własne nawyki (dietetyczne np.). Drugi problem to brak własnej ścieżki w życiu. W sierpniu rzuciłem pracę - korpo po prostu nie dawało mi satysfakcji z życia (czułem się jak zwierzę w zoo). Podróżuję teraz trochę po Azji i to jest niesamowite i wielowymiarowe doświadczenie. Wiem jednak, że podróżować aż skończą się oszczędności nie mogę. Ale co dalej? Powrót do niewolniczego systemu? Chciałbym być poza pracą 8h 5dni w tygodniu, ale nie wiem w jakim kierunku prowadzić swoje życie. Wciąż myślę o ostatniej dziewczynie.
  13. Cześć, jestem kobieta, mam 18 lat i do około dwóch miesięcy stale cierpię na paraliż senny. Wszystko zaczęło się jeszcze w wakacje, pewnej nocy obudziłam się i nie mogłam się ruszyć, całemu temu odczuciu towarzyszył lęk oraz zmieszanie. Pamietam jednak sen który poprzedzał tę zdarzenie, mianowicie śnił mi się mój jeden z partnerów seksualnych nagle przemieniający się w postać szatana. Nigdy wcześniej nie przeżyłam tak intensywnego doświadczenia. Początkowo szukałam przyczyny wśród zjawisk nadprzyrodzonych pomimo tego iż nie jetem wierząca, później jednak wpadałam na pomysł, ze może jest to paraliż senny, aczkolwiek te zjawisko niekoniecznie pasowało do modelu stereotypowego paraliżu. To nie wyglądało tak jak opisują to ludzie na forach internetowych, oczywiście dostrzegłam pewne podobieństwa, ale dalej nie dowierzałam. Tej samej nocy doświadczyłam ponownie zjawiska samego paraliżu, między nimi była jedynie około 40 minutowa przerwa. Od tej pory zdarzało mi się jeszcze kilkukrotnie doznać paraliżu. Następnie doczekałam się około miesięcznej przerwy podczas, której trawią niemalże o nim zapomniałam. Jednak jak się okazało długo nie mogłam się nacieszyć tą przerwa bo wszystko wróciło ze zdwojona siła, nie no może przesadzam z ta zdwojona sila, natomiast prawda jest iż samego paraliżu zaczęłam doświadczać nieco bardziej intensywnie niż poprzednio. Zjawisko te towarzyszy mi stale, zdarza się, ze mam 2 paraliże w ciągu nocy, czasami 3. Jeśli wystąpi tylko jednej lub wcale to jest naprawdę wyjątkowa noc. Po dwóch miesiącach licznego doznawania paraliżu przysennego można powiedzieć, ze się nawet do niego przyzwyczaiłam oraz w pewien sposób zaakceptowałam. Tym bardziej, ze moje paraliże ,myśle nie są na tyle „straszne” jak niektórych ludzi. Z tego co czytałam na innych forach ludziom towarzysza naprawdę okropne przeżycia. Moje za to nie są aż tak inwazyjne, podczas jego przebiegu nie widzę zjaw i tym podobnych, oczy mam zamknięte i wszelkie wizje to zapewne dalej postępujący sen, z czego sprawę zaczęłam sobie zdawać stosunkowo szybko. Do tego dochodzą również irytujące, silne dźwięki. Co ciekawe z czasem udało mi się nauczyć okiełznać cały ten proces. Stosunkowo szybko potrafię zweryfikować, ze jest to właśnie paraliż oraz zatrzymać jego postęp. Problem w tym, ze nie zawsze chcę to robić, nie wiem tez czy dokonuje tej decyzji świadomie czy tez nie, aczkolwiek wydaje mi się, w raczej tak. Tutaj stawiam sobie pytanie :”dlaczego pragnę doświadczyć tak okropnego zjawiska?” Jeśli miałabym zobrazować jak wyglada podjęcie tejże decyzji to właśnie tak; budzę się oraz zaczynam zdawać sobie sprawę z tego co się dzieje podczas kiedy mój mózg dalej jest silnie zaangażowany w postęp snu, osiągam pełna świadomość i wiem iż mogę to opanować, znam nawet na to skuteczny sposób. Sen, którego projekcja trwa w moim mózgu jest jednak bardzo kluczowy, często śni mi się coś co nie sprzyja mi jako człowiekowi, zdarza się, że odnosi się to do mojego życia prywatnego, w tym seksualnego. Przywołany przeze mnie sen, w którym główna role ogrywa mój partner może posłużyć mi za doskonały przykład mojego świadomego wyboru. Sen prezentuje mój stosunek seksualny z danym partnerem podczas którego przemienia się on w postać samego szatana. Jesteśmy na etapie gdzie ja sama zdaje sobie już sprawę z tego, że jest to paraliż oraz czuje, ze jestem w stanie go powstrzymać, jednakże nie decyduje się jednak na ten krok, brnę w to, aż dotąd gdy mam dość. Następnie pojawia się ten bliżej nieokreślony, głośny dzwięk i gdy dostrzegam, że wszystko może sie posunąć za daleko decyduje iż nie jetem w stanie znieść kolejnego etapu i zaczynam się starać wybudzić w pełni. Zachowuje spokój oraz staram skupić się na oddechu, kiedy niemal udaje mi się wybudzić często znowu powracam do punktu wyjścia i jeszcze raz na chwile odczuwam charakterystyczne mrowienie w czaszce, właśnie omal bym zapomniała o tym mrowieniu które właściwie jest pierwszych z symptomów paraliżu. Wracając, już prawie odzyskuje wład w ciele ale uświadamiam sobie, że dopóki nie zdecyduję się w pełni wybudzić walka ta będzie trwała w nieskończoność. W końcu udaje mi się uzyskać swój cel, a po całkowitym wybudzeniu nie jestem już nawet zaskoczona tym o mnie dotknęło. Proszę o pomoc dlatego iż, całe te zjawisko nie pozwala mi się w pełni wysypiać. Jak już wcześniej wspominałam udało mi niemal do niego przyzwyczaić tym bardziej, że jest dosyć okresnone, schematyczne, ale co będzie gdy sie pogłębi?? Dziękuję za wysłuchanie i za pomoc z góry :———)
  14. Witam, mam 18lat, jestem młodym człowiekiem. Swój problem uważam za przypadek który nie jest najcięższy, ale w moim życiu stanowi tak nieodłączna część ze zaburza to moje „zdrowe” postrzeganie świata i sprawia że jestem toksyczny. Zacznę od tego ze mam dość poważne problemy overthinkingu (nie potwierdzonego) o problemach egzystencji. Overthinking przejawia się tym że w całym moim dniu nie ma momentu gdzie mój mózg jest narzędziem który mi pomaga, mam wrażenie ze on pracuje za mnie cały czas na samym szczycie swoich możliwości. Jak procesor z 100% wydajnością. Często po zakończonym dniu po prostu mam objawy fizycznego bólu głowy. Z tej przypadłości mam skłonności do analizowania wszystkiego, nie są to zwykle problemy na podstawie w co się dziś ubiorę, która ręka trzymam swój widelec przy posiłku i jaki to ma wpływ na przyszłość. Generalnie chodzi mi o to ze czuje ze jestem człowiekiem który jest 100% racjonalny. Bardzo przeszkadzają mi schematy, standardy i zasady. Uważam ze są one potrzebne ale jako wartość którą każdy człowiek sam powinien indywidualnie sobie wyznaczyć. Przykładem może być sytuacja gdzie ktoś uważa ze wypada coś zrobić albo nie wypada tylko ze względu na to ze się tak przyzwyczaił albo że nauczyli go tak rodzice. Gdy jestem w stanie mu dokładnie wytłumaczyć ze to nie jest wskazane/szkodliwe to i tak się upiera według tego bo to działa. Wiara jest to temat według mnie dość ciekawy, ponieważ uważam wiarę również jako funkcje która jest w stanie utrasować człowieka według pewnych wartości i pokazać mu wzorzec idealny. Nie mówię ze człowiek wierzący jest głupi, lecz nie zauważa tego ze nie ważne jaka będzie zawartość tej wiary Bóg czy Allah zawsze pełni ta samą funkcje. Przez to że odkryłem „tajemnice” wiary nie potrafię w nic uwierzyć, jestem Ateista. Chciałbym właśnie być człowiekiem który nigdy nie pomyślał w ten sposób i żeby Bóg zapewnił mi życie wieczne. Żyło by mi się zdecydowanie łatwiej. Posiadam również stany lękowe związane z przemijaniem i śmiercią. Strasznie przytłacza mnie czas który ucieka, przemija. Ze został nam wyznaczony okres po którym znikniemy wraz z cała swoją świadomością. Uważam ze jestem człowiekiem ze tak to ujmę „nie głupim” mimo tego moje stopnie w szkole są fatalne. Nie widzę sensu uczestniczyć w systemie edukacji tylko dlatego ze nie uczy on niczego pożytecznego z odwzorowaniem na życie codziennie. Jest tylko utartym schematem który działa i jest w stanie przygotować do matury która również nie ma żadnej wartości naukowej, jest tylko ogólnym zbiorem informacji o otaczającym nas życiu w formie roszerzonej której się nie praktykuje i ludzie którzy nie chca tego utrwalać szybko będą w stanie to zapomnieć. Jestem w stanie zrobić awantury jeżeli ktoś nie potrafi rozmawiać, chodź nie uważam się za mistrza retoryki. Przykładem może być wczorajsza rozmowa z moją kobietą gdzie posiedziałem jej ze chciałbym poprawić swoją fryzurę oraz używać kosmetyków a ona ze „wymyślam” i sama chciałaby mieć czysta skórę ( ma cerę potradzikowa) oraz prosty nos. To wystarczyło żeby mnie zirytować i żebym zaczął być toksycznym wobec niej. Ponieważ moj problem nie polega na eliminacji kompleksów tylko na udoskonaleniu czegoś neutralnego. Zrobil się z tego potężny wywód, mam nadzieje ze komuś będzie chciało się to przeczytać, ponieważ czuje ze jest w stanie to wiele zepsuć w moim życiu. Z natury analityka jestem dumny jako indywidualista, lecz w relacjach jestem toksyczny ponieważ nie potrafię się powstrzymać od krytyki. Ludzie nie raz mnie uważają ze medrzca oraz kogoś kto postradał rozumy świata co również jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi, ponieważ wszystko to co mówię jest logiczne i powinno być zrozumiałe i zauważalne dla innych ludzi. Przykro mi ze taki jestem i wolałbym wiedzieć mniej, to bym lepiej spał. Chciałbym być właśnie dzieciakiem ze standardami który nie widzi nic innego poza realizacja życiowa który nawet nie myśli o drugim dnie tylko dzieckiem który nie zastanawia się nad jego sensem i mechaniką. Żyje mi się z tym trudno czuje czasem ze moj umysł jest jak sztuczna inteligencja bez emocji. Która widzi tylko 0 i 1, jest zaprogramowana w ten sposób żeby nie dostrzegać ludzkiego piękna i istoty życia człowieka. W mojej głowie tylko mechanizmy i jak największa bezbłędność.
  15. Witam, jestem 32-letnią kobietą która czuje, że już nie daje rady. Nie chce zabrzmieć zbyt desperacko ale czuje się tak strasznie zmęczona. Całe życie byłam bardzo samodzielna i zawsze myślałam, że dam sobie rade ze wszystkim, jednak lata różnych sytuacji bardzo mnie zmieniły od środka i czuje, że nie mam już siły. Mam kochającą rodzinę która nie rozumie mnie i moich wyborów - jestem bezdzietną i nie zamężną 32 letnią kobietą z partnerem (od 7lat), który jest bezpłodny i już samym tym nie wpisujemy się w odpowiednie schematy rodziny, domu i szczęścia. Dodatkowo chłopak ma od 2 lat problem z utrzymaniem się w pracy na dłużej, więc przez ten czas utrzymywałam nas ja , było nam bardzo ciężko i on przeszedł silne załamanie nerwowe na początku tego roku. Ja znowu musiałam być silna za nas oboje mimo , że przy okazji zaczęłam chorować. Udało mi się go namówić cudem na psychoterapeute i troszeczkę pomogło. Podjęłam też decyzje o wyjeździe za granicę bo tutaj mam rodzinę i uznałam , że tak będzie najlepiej aby się trochę odkuć. Kocham swoją rodzinę ale nie ukrywam, że bardzo trudno wrócić do domu, do rodziców z poczuciem, że w życiu mi nie wyszło i bez pieniędzy. Chłopak ze smutkiem stwierdza, że świetnie nauczyłam się zakładać maski i udawać, że wszystko jest w porządku, no i niestety ma rację, ludzie postrzegają mnie jako bardzo pozytywną osobę, chociaż czasami rozdziera mnie tak strasznie od środka, że aż boli. Próbowałam się otworzyć kilka razy , nikt jednak nie chce słuchać o cudzych problemach, jedyne co usłyszałam to "jakie ty możesz mieć problemy, weź przestań". Nawet rodzicom nie potrafię powiedzieć co czuję wystarczy , że wiecznie muszą się martwić o mojego starszego brata, który co chwile pakuje się w kłopoty, nie mogę sprawić im więcej zawodu. Nie mam zbyt wielu chwil w ciągu dnia kiedy jestem sama, więc często popłakuje na przykład jadąc do pracy autobusem, pod prysznicem i czasem przy chłopaku bo on mnie jednak rozumie mimo , że sam jest jednym z powodów tych łez. Żyjemy teraz za granicą i on po 6 miesiącach pobytu znalazł w końcu pracę i nie wiadomo czy się w niej utrzyma jak sam twierdzi, niestety jak się nie uda będzie musiał wrócić do Polski, bo ja już nie dam rady nas utrzymywać. Nie dam rady i też nie chcę, mam po prostu dość. Na dodatek i mnie najprawdopodobniej nie przedłużą umowy i znowu zostanę z niczym, po raz pierwszy w życiu ktoś mnie nie zatrzyma w pracy nie mogę w to uwierzyć. Oprócz tych wymienionych rzeczy, jest jeszcze wiele innych czynników , które nie wpływają na mnie pozytywnie. Nie wiem też nadal czy i jakie konsekwencje będzie miała moja choroba. Od wielu lat marze o tym, żeby ktoś mnie odciążył i zaopiekował się mną, dał chwile wytchnienia żebym mogła nabrać nowych sił albo na spokojnie pomyśleć. Mam tak strasznie dość ogarniania tego całego bałaganu, gdzie w tym wszystkim jestem ja? Czy jeszcze tam w ogóle jestem? Kompletnie nie potrafię się odnaleźć. Niech mi ktoś podpowie jak zrobić krok ku czemuś lepszemu, bo jeżeli tak ma wyglądać życie to nie ma ono dla mnie sensu. Ostatnio uczucie które miewam najczęściej to takie, że chciałabym zniknąć ale tak, żeby nikt nie pamiętał mojego istnienia.
  16. Ghost

    Witam

    Witam Mówią na mnie Ghost od małego zajmowałem się obserwacją zachowań ludzkich umysłów oraz sposobu toku myślenia , uwielbiam zagadki oraz pomagać innym , nie będę pisał tu o wieku czy imieniu czy nawet płci bo jest to nie obiektywne dla rozmówcy oraz dla słuchacza , przytoczę jednak jedną historię z mojego życia , Kiedyś chciałem posłuchac coś wiecej o psuchologi niż obserwacja i książki więc wybrałem się na otwarte zajęcia "profesora" nie ważne jakiego siedzę i słucham, po całym wykładzie podszedłem do Profesora i powiedziałem mu przemyślenia moje na temat wykładu ku mojemu zdziwieniu rozmawiał i z ciekawością posłuchał tego co miałem do powiedzenia i pod koniec rozmowy powiedział mi że mam głowę, ale jak na mnie patrzy to by nie powiedział i nie po moim wieku że mam taką wiedzę . Uznałem to za komplement i nie raz opowiadam tą historię znajomym bo wydaję mi się komiczna. Jak by ktoś miał do mnie sprawę lub pytanie oznaczcie w poście lub priv Pozdrawiam Ghost
  17. Witam wszystkich! Jestem 31letnim facetem. To tak z formalnych rzeczy. Moje problemy z kobietami, a dokładniej z tym, że mnie olewały, doprowadziły do tego że zaczałem sie interesować rozwojem osobistym. I tak po nitce do kłębka wyszło mi, że spełniam wiele cech z tzw. Nice Guy'a. Czyli jestem miły dla ludzi, boję się konfrontacji i za wszelką cenę staram się nikogo nie urazić. Jak wiadomo kobiety nie przepadają za miłymi chłopcami, którzy nie są dominujący. Wiem że uogólniam, ale tak zazwyczaj jest. Zasadniczo domyślam sie skąd to u mnie się wzięło - wychowany głównie przez mamę i babcię, bo ojciec jakoś specjalnie nie ingerował w to. Taki typ niestety... I teraz próbuję sobie poradzić z tym i jakoś obudzić w sobie samca "alfa". To nie jest łatwe, dużo blokad zauważam i odczuć które nie są mi potrzebne. Na przykład mam obsesyjny lęk przed "rozczarowaniem" i "urażeniem" mojej matki. Zawsze byłem grzecznym dzieckiem, takim potulnym barankiem. Ona jest swoją drogą nadopiekuńcza. Mieszkam sam od kilku lat, ale nadal to odczuwam. Rozmawialiśmy juz o tym, ale to chyba silniejsze od niej... Zasadniczo to przekłada się na moje nieliczne relacje z kobietami, bo boję się je urazić, a jak to nastąpi to jak piesek przepraszam i kajam się. Mimo że sprawa ogólnie była błaha. Po prostu strasznie źle się czuję, jak ktoś się poczuje gorzej przezez mnie. Może pan Rafał zrobiłby film na temat Nice Guy'ów?? Myślę że wielu ich w naszym społeczeństwie i nawet nie zdają sobie sami z tego sprawy.
  18. Witam Na tym forum prawdopodobnie zobaczycie mnie pierwszy i ostatni raz. Od dawna zmagam się z nerwicą natręctw, ale teoretycznie jeszcze nigdy o tym nikomu nie mówiłem. Zamierzałem to zrobić innym razem. Mam swoje rytuały, a jednym z nich jest modlitwa powtarzana wieczorem kilka razy (było to 4). Już na wstępie napiszę, że wiem, że to nie ma sensu. Wczoraj jednak pomodliłem się 3 razy aby zobaczyć czy stanie się coś "innego". Jak się jednak okazało następnego dnia odszedł mój pies, który był ze mną 12 lat ;( Wydawało mi się, że nie chorował na nic. Jeszcze kilka dni temu mogłem go normalnie pogłaskać. Jedyne o czym wiem to to, że znalezione go z krwią płynącą mu z nosa (na moim podwórku). Kiedyś zapytałem się taty kiedy może stać się "ten moment". On odpowiedział, że prawdopodobnie kiedy będę szedł do nowej szkoły. Czuję teraz pustkę w sercu, czuję się, jakby po części była to moja wina mimo, że wiem, że raczej nie ma to głębszego sensu. Co najgorsze niedługo mam egzaminy i boję się, że będę myślał tylko o tym. Proszę o pomoc. Pozdrawiam.
  19. Jestem niezależna kobietą, prowadzę własna firmę, 44lata. Wszyscy mężczyźni, których poznaje live lub online, adorują mnie intensywnie, zapewniają o szczerości intencji itp, po spotkaniu czar pryska, kontakt się zazwyczaj urywa, bez jakichkolwiek wyjaśnień, gdzie popełniam błąd? Czy na początku już wybierając partnera?czy podświadomie przyciągam nieodpowiednie osoby?
  20. Witam, mój syn ma 13 lat. Jest uczniem 6 klasy ogólnokształcącej szkoły muzycznej. Młodzież po ukończeniu 6 klasy zdaje egzaminy do II stopień tejże szkoły, który zaczyna się od klasy 7 (1) poprzez 8 (2) i do matury, kończy się na klasie 6 II stopnia. Dyrekcja zdecydowała aby uczniów, którzy przejdą na II stopień zatem do klasy 7 (1) pomieszać z dwóch obecnych klas szóstych od klasy siódmej, Obawiam sie., że nie jest to korzystne dla uczniów, powinni być w tej samej klasie aż do matury. Dzieci w tym wieku mają wyjątkową wrażliwość, zawarte przyjaźnie i może taki podział i wymieszanie uczniów źle wpłynąć na ich rozwój osobisty, psychiczny. Co Państwo na to? Czy jestem nadopiekuńcza, słusznie obawiam się o moje dziecko?
  21. Witam, jestem mamą 13 latka kończącego 6 klasę. Chciałabym zadać pytanie dotyczące relacji młodzieży w tym wieku. Przejdę do wątków aby znaleźć taki, w którym mogę napisać.
  22. Witam wszystkich. Otóż odkąd zacząłem prace po skończeniu szkoły, w danej pracy wytrzymywałem rok po czym zwalniając się i zmieniając pracodawcę a często także zawód. O ile mając te dwadzieścia parę lat nie było w tym nic niepokojącego itd. Obecnie mam 34 lata, prace nadal zmieniam i to częściej niż mając lat dwadzieścia, po kilku miesiącach do pół roku. Na początku nowej pracy jest wszystko ok, zero problemów z obowiązkami, współpracownikami, samą pracą lecz po kilku miesiącach zaczynam odczuwać niechęć do miejsca, ludzi, jak i samej pracy. Niekiedy odczuwam wręcz fizyczne obrzydzenie i wracam do punktu wyjścia tzn. nowej pracy i cały proces startuje od nowa, a łudzę się znowu że tym razem to będzie to. Wpadłem w jakieś błędne koło z którego nie mogę się wydostać, a czas mija. Proszę o jakąś radę, opinię o co chodzi. Pozdrawiam Serdecznie.
  23. Witam wszystkich, jestem mężczyzną lat 26. Dwa lata temu ukończyłem studia ale do dziś nie obroniłem swojej pracy dyplomowej. Po "ukończeniu" toku studiów (mam tutaj na myśli rozliczenie się ze wszystkich przedmiotów na oceny pozytywne) wróciłem do domu rodzinnego gdzie postanowiłem odpocząć od studiów i przygotować się do obrony (napisać pracę dyplomową oraz przygotować się merytorycznie z całości materiału). Z początku +/- 2 miesiące obijałem się, wiadomo wakacje, nic się nie chce, wolałem spędzać czas na przyjemnościach niż zajmować się konkretami. Trafiła mi się jednak okazja wykonania praktyk w przyszłym zawodzie. Z racji, że zawód należy do nietypowych to kolejne 4 miesiące ciągiem spędziłem w pracy. Miałem oczywiście możliwość w tym czasie przygotowywać się do obrony ale stwierdziłem, że potrzebuję spokoju i zacznę naukę po powrocie do domu. Z miesiąca na miesiąc przekładałem i przekładałem to co nieuniknione do tego stopnia, że rodzice zaczęli się niepokoić i denerwować "co z twoją obroną?". Wynikały z tego tytułu częste kłótnie i spięcia co jest oczywiście zrozumiałe. Wziąłem się do pracy, zacząłem w końcu pisać. Rozpraszało mnie wszystko, czas jaki poświęcałem na konkrety był minimalny. Potrafiłem trzy dni z rzędu pisać a przez kolejny miesiąc nawet nie zajrzeć do dyplomówki. W tym czasie nie robiłem nic, grałem w gry, oglądałem seriale, zajmowałem się wszystkim innym niż tym czym powinienem. W między czasie miejsce miały kolejne to kłótnie dotyczące mojej przyszłości etc. Tak minął rok od skończenia studiów. Podjąłem więc pracę (nie w zawodzie) i wynajęliśmy razem z moją partnerką mieszkanie (wyprowadziłem się od rodziców). Powiedziałem sobie "stary teraz dasz radę, będziesz pracował i w wolnym czasie pisał dyplomówkę i uczył się". Minął kolejny rok, napisałem może w tym czasie pół rozdziału. Po pracy nie miałem siły zajmować się nauką a w weekendy chciałem sobie "odpocząć" i jak zwykle skupiałem się na wszystkim oprócz obowiązków. Pracowałem tak rok i po tym roku "na swoim" wróciłem do domu rodzinnego aby już teraz na dobre zając się dokończeniem pracy dyplomowej i nauką. Wmawiałem sobie, że praca mi przeszkadza, że nie mam czasu na naukę, że jestem zmęczony po pracy więc wrócę do domu i w kilka miesięcy ogarnę wszystko i się obronię po czym zacznę pracę w zawodzie. Zgadnijcie co się stało, minęło pół roku odkąd nie pracuję i ledwo dokończyłem pracę, która jeszcze jest do poprawy. Przede mną jeszcze kupa nauki, a ja siedzę całymi dniami przed komputerem i oglądam bzdury w internecie, gram w gry, wieczorami spotykam się z partnerką i tak czas mija a wraz z nim moje życie przemija na wegetacji bo tego inaczej nie można nazwać. Został mi ostatni rok na obronę, w innym wypadku stracę możliwość podejścia do niej. Naczytałem się różnych treści motywacyjnych, naoglądałem się różnych mówców, kołczów, znam techniki motywacyjne, przerabiałem program motywacyjny, ale wszystko to opada po jakimś czasie a ja wracam do starych nawyków przesiadując cały dzień przed komputerem i marnując swój czas. Był pewien okres gdzie byłem bardzo zmotywowany, codziennie wypełniałem swój czas pisaniem pracy, polepszaniem umiejętności posługiwania się językiem angielskim, oglądania szkoleń samo rozwojowych, robieniem notatek z tych szkoleń, czytaniem książek rozwojowych. Wytrzymałem może dwa tygodnie. Wróciłem ponownie do siedzenia całymi dniami przed komputerem (robiłem wszystko co pochłania czas: gry, filmy, seriale, przeglądanie internetu, oglądanie streamów na żywo i w sumie nadal to robię) Uważam, że jestem inteligentną osobą a nie mogę poradzić sobie sam ze sobą. Utknąłem i nie mogę ruszyć z miejsca. W ciągu tych dwóch lat przytyłem prawie 20kg, stałem się bardziej aspołeczny niż kiedykolwiek w moim życiu. Mam ogromną tendencje do krytykowania innych, często się denerwuję, bardzo przeżywam porażki, nie potrafię być systematyczny. Tu chcę zadać pytanie, jak sobie z tym poradzić, jak ruszyć z miejsca, jak się nie poddać po kolejnej próbie? Brakuje mi tak niewiele do osiągnięcia niezależności, wystarczyłoby żebym przycisnął te kilka miesięcy i zakończył epizod ze studiami po czym poszedł do pracy w zawodzie. Jednak coś mnie blokuje, coś sprawia, że tkwię jak kołek w miejscu. Proszę o pomoc, pozdrawiam.
  24. Jedną z najgorszych rzeczy, których można się nauczyć, jest bezradność. Mechanizm znany psychologii jako wyuczona bezradność sprawia, że człowiek nie podejmuje konstruktywnych działań i popada w apatię. Niektórzy naciskają klamkę do kilku drzwi z rzędu, a gdy wszystkie okazują się zamknięte, przestają próbować dalej, co skazuje ich na tkwienie w potrzasku. Jedna osoba źle się czuje z uwagi na smog w powietrzu w swoim mieście, więc przeprowadza się gdzie indziej – druga na sto sposobów mówi, że to za trudne. Jedna osoba widzi, że partner stał się toksyczny, więc odchodzi – druga zaciska zęby i trwa w destrukcyjnej relacji. Jedna osoba narzeka na szalejący feminizm i Europejki, więc z uporem maniaka szuka wyjątku od reguły albo przeprowadza się na Filipiny – tymczasem druga osoba zaczyna hejtować płeć przeciwną. No dobra, ten ostatni przykład trochę odjechany, ale prawdziwy. Myślę, że chwytacie o co chodzi. Reagowanie bezradnością często skazuje na nieszczęście. Nie tędy droga. Zawsze jest coś do zrobienia, co może poprawić sytuację. Skomentuj, polub lub udostępnij ten wpis na Facebook. CIEKAWOSTKA: Męski blog Refleksje mężczyzny prowadzony jest przez psychologa klinicznego.
  25. Sigmund Freud mówił o istnieniu popędu śmierci, który określał jako Tanatos nawiązując do występującego w mitologii greckiej bóstwa uosabiającego śmierć, Karen Horney, autorka „Neurotycznej osobowości naszych czasów” przyczyn destrukcji dopatrywała się w neurotyczności, psychoterapeuci pracujący w nurcie Terapii Schematu mówią o toksycznych wzorcach zachowania, które dominują funkcjonowanie jednostki i wpędzają ją raz po raz w różnorakie tarapaty i skazują na problematyczne sytuacje. W klasyfikacjach diagnostycznych w klastrze B występują osobowości borderline i antyspołeczna, co sugeruje, że destrukcyjność wynika z niezdrowych struktur psychicznych, na które składa się charakter i temperament. W dodatku do DSM-III mówiono wręcz wprost o zaburzeniach masochistycznych i sadystycznych osobowości. Terapeuci częstokroć zwracają szczególną uwagę na krańcowo trudne doświadczenia z przeszłości, w wyniku których dochodzi na przykład do uruchomienia „syndromu DDA” (Dorosłych Dzieci Alkoholików) lub DDD (Dorosłych Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych). Istnieją także mocne dowody na to, że wyjątkowo bolesne doświadczenia z dzieciństwa i młodości, jak deprywacja emocjonalna, nadużycia czy molestowanie, mogą przełożyć się na trudności psychiczne w dorosłym życiu, wpędzające człowieka w toksyczne relacje lub skłaniające do problematycznych zachowań, jak na przykład nałogi czy przemoc. Oczywiście listę potencjalnych źródeł destrukcyjnych sposobów funkcjonowania można by jeszcze znacząco wydłużyć. W każdym razie wspólnym mianownikiem tych wszystkich koncepcji jest występowanie specyficznych predyspozycji człowieka do postępowania w sposób destrukcyjny, przy czym destrukcyjność należy tu rozumieć jako narażanie się na pogrążające, trudne doświadczenia bądź skłonność do kreowania kontekstów obfitujących w takie przeżycia. W praktyce mogą to być na przykład: - skłonność do uzależnień i trwanie w szponach wyniszczających nałogów, - skłonność do wchodzenia w niesatysfakcjonujące lub raniące, „toksyczne” relacje, trwanie w takich związkach pomimo świadomości, że są wyniszczające albo burzliwego i częstego zmieniania jednych relacji na równie niezdrowe inne, - niszczenie tego, na czym danej osobie naprawdę zależy, na rzecz doświadczeń trudnych i niszczących, ale z jakichś względów wyjątkowo kuszących i przyciągających jak magnes, - powtarzanie błędnych decyzji na przykład poprzez takie dobieranie kolejnych partnerów, że zawsze prowadzi to do nieuchronnego rozstania w burzliwych okolicznościach, - uporczywe gwarantowanie sobie „powtórki z rozrywki”, życie jak w „Dniu Świstaka” poprzez notoryczne odgrywanie tego samego scenariusza skazującego na niepowodzenie w realizacji celów i planów życiowych, niemożność wydostania się ze swoistego błędnego koła, które wciąż powiela pewien pogrążający schemat, - angażowanie się w to, co szkodzi, pomimo pełnej świadomości wyniszczenia, jakie temu towarzyszy, albo pogrążanie się i usprawiedliwianie tego poprzez zakłamywanie rzeczywistości, iluzje i zaprzeczenie, - okłamywanie samego siebie w kwestii tego, czy faktycznie kontroluje się ryzykowną bądź wyniszczającą sytuację czy też jest się tak naprawdę bezsilnym i potrzebuje się pomocy w uwolnieniu się od destrukcyjnego postępowania, - skazywanie się na bolesną i przygnębiającą samotność poprzez uporczywe izolowanie się od ludzi z powodu silnego przeświadczenia, że jest się innym, nieadekwatnym, niewartym zainteresowania, niegodnym miłości lub wręcz gorszej kategorii, niemożliwym do zaakceptowania i polubienia, podłym albo złym i godnym wyłącznie potępienia, ewentualnie z powodu sztywnego przekonania, że inni są wyłącznie źródłem nadużyć i krzywdy, więc kontakt z nimi jest zagrażający i należy go unikać, - tendencja do nadmiernej zależności względem innych i niezdolność samodzielnego decydowania o sobie z obawy przed utratą ich aprobaty bądź wsparcia, - stosowanie względem siebie bezlitosnych standardów, bycie chorobliwym wprost perfekcjonistą, co skazuje na życie w ciągłym napięciu, poczuciu niespełnienia i nieusatysfakcjonowania, a także ogranicza bądź wręcz wyklucza możliwość stworzenia przyjacielskiego albo intymnego związku z powodu hiperkrytycyzmu, dalece wykraczających poza normę wymagań względem tego typu relacji, - roszczeń i przeświadczenia o szczególnych uprawnieniach, które drastycznie utrudniają realne sukcesy na polu towarzyskim i zawodowym, - poczucia bezwartościowości i niechęci do samego siebie, co może skłaniać do akceptowania nieasertywnych, toksycznych zachowań innych, skazywać na bycie tzw. osobą współuzależnioną w relacji z partnerem pozostającym w szponach nałogu, albo unikania jakichkolwiek relacji z powodu przekonania, że gdy ukaże się swoją prawdziwą naturę i tak nieuchronnie zostanie się odrzuconym. Nie ma powszechnej zgody, co do korzeni tego typu skłonności, a raczej uznaje się, że są zdeterminowane wieloczynnikowo. Nie da się wyłonić w stu procentach pewnego związku przyczyna-skutek, ale na szczęście nie jest to absolutnie niezbędne do przepracowania destrukcyjnych predyspozycji i wprowadzenia bardziej konstruktywnego stylu funkcjonowania. Wysondowanie jakie były powody ukształtowania się nieoptymalnych sposobów radzenia sobie i destrukcyjnych predyspozycji może niekiedy stanowić ważny, choć z pewnością niejedyny istotny, cel psychoterapii. Wgląd w naturę problemu bywa po prostu nieco łatwiejszy, a jego rozumienie bardziej użyteczne, kiedy posiada się przynajmniej prawdopodobne hipotezy odnośnie jego źródeł. Przepracowywania problematycznych predyspozycji bywa formą uwolnienia się od oddziałujących z ukrycia emocji wstydu czy smutku, które nie zostały wyrażone wówczas, gdy w przeszłości miały miejsce traumatyczne doświadczenia dla danej osoby. Psychoterapia destrukcyjnych predyspozycji ma na celu uwolnienie pacjenta od niszczycielskich skłonności, które narażają go na cierpienie i brak możliwości spełnienia swojego potencjału, ma także zmienić jego toksyczne relacje z samym sobą i otoczeniem, by funkcjonował bardziej optymalnie, adekwatnie i konstruktywnie. Można by metaforycznie powiedzieć, że wstępnym i zarazem fundamentalnym celem terapii destrukcyjnych predyspozycji jest „ubranie problemu w słowa”, zdefiniowanie go, uwypuklenie, by móc wziąć go na warsztat i rozpracować to znaczy rozwiązać w sposób zabezpieczający przed ewentualnymi nawrotami. To bardzo ważne, by pozytywna zmiana była czymś stałym, by dana osoba przyjęła nowy styl funkcjonowania i stare, toksyczne wzorce zastąpiła trwale nowymi, bardziej adaptacyjnymi, optymalnymi sposobami radzenia sobie. Używając metafory jazdy samochodem, chodzi o to, by rozpoznać złe nawyki, a następnie opanować bezpieczny oraz ekonomiczny styl prowadzenia pojazdu, żeby osiągać kolejne cele bezproblemowo i nie stwarzając zagrożenia na drodze (nie narażać ani siebie, ani pasażerów, ani innych kierowców). Ważne, by żyć w zgodzie ze sobą, mieć dobrą, wspierająca relację z sobą samym i otoczeniem, skutecznie omijać destrukcyjne konteksty, ewentualnie w porę je opuszczać, a w każdym razie nie pogarszać sprawy, nie kreować ich. Potrzebujesz dodatkowych wskazówek? Skorzystaj z darmowej porady na forum. Możesz też umówić się na płatną sesję z psychologiem online przez Skype.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.