Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'schemat'.

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

There are no results to display.

Blogs

  • Swobodne przemyślenia

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


About Me

  1. W związku z toksykiem wychodziły ze mnie najgorsze rzeczy. Mianowicie jego wbijanie szpil, szydzenie i sposób ogólny traktowania w pewnych momentach (3-4 razy w roku) doprowadzały mnie do takiego stanu, że chciałam zabić jego albo siebie. (Tutaj z terapeutą już ustaliłam, że jest u niego narcyzm i borderlaine). Krzyczałam na niego, wyzywałam, kilka razy zdarzyło mi się nawet go uderzyć i uciec z domu. Teraz już jestem w trakcie rozwodu i terapii, ale nie potrafię wybaczyć sobie takiego postępowania, że zrobiłam coś tak strasznego. Przez to, co jakiś czas, z momentu fajnego spokojnego już życia przechodzę w etap, że jestem starsznie złą osobą i ciężko mi się od tego poczucia uwolnić, zaczynam płakać, a następnie przechodzę w myślenie, że może to faktycznie ja byłam tą złą. Rozumem wiem, jak działa wieloletnie pranie mózgu, ale mimo tego, że wszyscy wokoło mi mówią, że nie jestem winna przemocy męża, to i tak czuję się zrozpaczona, gdy te wydarzenia do mnie wracają. Takie momenty sprawiają, że mam ochotę się zapłakać, a nawet pomyśleć, że źle go oceniam i miał prawo mnie tak traktować. Jak sobie z tym radzić? Terapia mi pomoga na różnych polach, ale bardzo mi wstyd powiedzieć paychologowi w oczy o takich zachowaniach.
  2. Mam 28 lat, Moj problem polega na tym ze w wybranej grupie mezczyzn widze partnera i sie czesto zauraczam. Ostatnio posunelam sie juz za dalego zdradzajac obecnego partnera z kolega o ktorym fantazjowalam pare lat temu. Myslalam ze poprostu sie zauroczylam w obecnym chlopaku a tamtego nadal kocham jednak juz po stosunku myslalam o obu tak samo a w glowie pojawil sie inny chlopak z ktorym mlglabym sie przespac. Strasznie sie z tym czuje placze po nocach czuje lek i nie przed tym ze to sie wyda a przed tym ze nienadaje sie do zwiazku bo ciagle widze w kims innym partnera seksualnego. Mam problemy z pamiecia i koncentracja w dodatku nie umiem rozmawiac i czuje sie jak by caly swiat wytykal mnie palcami bo cos zle zrobilam. Kiedys leczylam sie na nerwice lekowa ( jakies 4 lata temu) ale lekarz nie wiedzial o tych moich dolegliwosciach o ktorych pisze bo wstydzilam sie o tym powiedziec.
  3. Drogi Psychologu, W sumie zaczne od tego ze nje wiem juz jak sobie pomoc. Glowa to komputer. Mam silna wiare w to ze ja moge zmienic swoje zycie. Mam 34 lata I od 2 lat jestem niezalezna od rodziny w pelni emocjonalnie. Wychowalam sie w toksycznej rodzinie. Moi rodzice byli bardzo wyksztalceni zamozni ale niestety nie dbali o nas. Mam 3 braci ktorzy maja pelne rodziny bez nalogow bez dysfukcji ale ja zostalam.sama ze wszystkim. Wyjechalam zagranica z mysla ze bedzie lepiej ale Tez chcialam odciac sie bardzo od rodziny. Bo oni maja rodziny a ja Nie. Czulam sie wytykana osoba, Nie szanowana. Moje zycie rujnowala mi matka. Niszczyla relacje z bracmi wpajajac im ze je jestem najmlodszy I najmniej potrzebuje. Ja przeszlam terapie 1.5 roku I Nie mam partnera Nie przerobilam ojca jeszcze ale problem.jest z praca bo mimo wielu afirmacji I medytacji I checi stabilnej pracy ja mam z tymi.problem. trafiam.na Nie uczciwych ludzi, wykorzystujacych. Jestem przy sobie ale mam takie poczuci ze ide caly czas sama. Odeszlam od Boga bo poznalam prawde. Nie wiem czy kwestia jest przekonan o pracodawcach czy kwestia jest tego ze nie mam ojca przerobionego. Tata odszedl od nas 4 lata temu do innej kobiety. Ja odeszlam calkowicie emocjonalnie mam bardzo kontakt z bracmi z tego wzgledu ze mi ublizaja ze nie mam meza. Nie wiem jak sobie pomoc.. bo zagranica jest autentycznie ciezko. Anna
  4. Cześć, po dwóch latach choroby i ostatnim zerwaniu kontaktu z najbliższą osobą, postanowiłem przełamać się i zacząć pisać na forach. Szczerze mówiąc w tym momencie jest to sposób na rozproszenie myśli. Często czuję się ofiarą losu, od dłuższego czasu miałem nadzieję na powrót do jakiejś tam sprawności, miałem wyjątkowe dobre cztery tygodnie, ale się posypałem. Czuję, że ciąży na mnie problem dotyczący bliskości, zaufania wobec drugiej osoby. Od dzieciństwa byłem osobą nieufną: ojciec-alkoholik, który mnie bił, póki nie byłem na tyle silny, żeby mu się stawić, matka, której znęcanie psychiczne właściwie było jeszcze dla mnie gorsze, do tego późniejsze rozczarowania dotyczące kilku osób, którym próbowałem zaufać. Teraz, chyba ze względu na chorobę bardzo potrzebuję bliskich, a jednocześnie kolejne sytuacje nie pozwalają mi, żeby się to spełniło. Właściwie wystarczyłaby jedna, naprawdę bliska osoba. Z drugiej strony nie rozumiem, dlaczego nie potrafię, po przeszło dwóch latach od początku choroby, wrócić do tej zbalansowanej samotności w której udawało mi się całkiem dobrze żyć. Czy też tak mieliście, że od choroby znacznie mocniej szukaliście drugiego człowieka? Zastanawiam się czy to może należeć do specyfiki samej choroby (szukanie zrozumienia, pomocy itd.), czy raczej nasiliły mi się mocniej wcześniejsze pragnienia.
  5. Dzień dobry, poszukuje najlepszej drogi aby pomóc sobie ale moje problemy są złożone i nie wiem czy powinnam udac się do psychiatry czy psychoterapeuty. Mam 33 lata, jestem z rozbitej rodziny ( brak kontaktu z ojcem, toksyczne kontakty z matką) co wpłynęło na moje relacje z ludzmi i brak pewności siebie, czynności autodestrukcyjne (alkohol), bardzo choroby somatyczne wynikające ze stresu( wielomiesięczne bóle głowy, bóle brzucha), zaniki pamieci dlugotrwalej. Po 5 latach pracy w korporacji wyprowadziłam się za granicę gdzie nie potrafię znaleźć odpowiedniej dla siebie pracy. Aktualnie dodatkowo zostałam mamą (5 miesięcy) i czasami brakuje mi sił i energii. Obecnie jestem w związku z bardzo cierpliwym człowiekiem który mnie akceptuje taka jaka jestem. Mimo to pojawiają się nasilone bóle brzucha, ataki paniki a także osłabnięcia. Bardzo proszę o poradę do kogo najlepiej się zgłosić aby wyjść z tego zaklętego kręgu.
  6. Często dręczą mnie myśli o tym, że nie dam rady w dorosłym życiu, że nie jestem samodzielna ani niezależna finansowo ale świat, w którym miałabym ogarniać swoje dorosłe sprawy mnie przeraża ... Mam wrażenie, że każdy mój rówieśnik lepiej radzi Sobie w życiu, albo że bd Sobie radził gdy przyjdzie co do czego. Moje porównywanie się do innych wynika również z faktu, że wszyscy moi znajomi mają jakieś doświadczenia w związkach i intymne a ja nie ... i z jednej strony czuje się troche nieatrakcyjna i nudna a z drugiej tak naprawdę nie chciałabym być z nikim ( chyba) bo jakoś wydaje mi się, że wiele relacji robi się przeterminowana i gdy zostaje się samemu po zerwaniu to jest gorzej niż bycie z nikim od początku. I zastanaeiałam się też czy nie jestem aseksualna ale gdy kiedyś stwierdziłam że tak może być przy znajomych i mojej mamie to usłyszałam ,, że nie poznałam nikogo",, najwyraźniej nie miałaś dobrego sekzu z nikim" no i teraz mi się już miesza...
  7. Cześć! Mam około 30 lat, jestem kobietą. Od iluś lat czuję, że moje życie jest przegrane. Nie dzieje się nic strasznego, nie o to chodzi. Nawet ostatnio uczęszczam na psychoterapię. Chodzi o świadomość tego, że pochodzę z fatalnej rodziny. Inni ludzie pochodzący z fatalnej rodziny mają często przynajmniej jedną życzliwą osobę w dzieciństwie, jakąś fajną babcię, troskliwego dziadka albo chociażby przyjaciół. Ja nie miałam nikogo, dosłownie nikogo takiego. Wiem, że gdzieś tam żyją sobie ludzie w podobnej sytuacji do mojej, ale nigdy ich nie spotkałam. I na okrągło słyszę, jak to ludzie z kochających rodzin mają łatwiej, jak to mają lepiej zbudowane charaktery i potem lepsze związki oraz ogólnie relacje. Sporo wysiłku wkładam w to, żeby moje życie stało się takie, jak chcę, jeszcze nie jestem w takim momencie. Moje marzenia się jeszcze nie spełniły. Za to inni ludzie wokół mnie, którzy są mi bliscy, dostają za darmo to, o czym ja marzę, nie muszą wkładać w to wielkiego wysiłku. Dlatego nie widzę sensu w moim życiu jeśli wszystko dla mnie jest trudniejsze, bo tak i koniec. Mam dużo entuzjazmu i zapału do tego, co robię, ale ciąży mi to uczucie braku sensu, jakby moje życie już było przekreślone, przegrane. Rozmawiałam o tym na psychoterapii, ale na razie bez rezultatów.
  8. Witam serdecznie. Jestem tutaj nowy, zatem serdecznie Was wszystkich witam. Zacznę z grubej rury - po prostu zadam pytanie, delikatnie opisując sytuację. Skąd bierze się w człowieku chęć pomocy innym (nie tylko ludziom, ale też np. zwierzętom), przy jednoczesnym całkowitym braku chęci otrzymywania pomocy od innych osób? Jakie mechanizmy tym rządzą? Regularnie robię darowizny do schronisk dla zwierząt, po rozmowie z bezdomnym potrafię kupić mu kurtkę - jeśli wiem, że jej potrzebuje, działam w organizacji charytatywnej itp. Po prostu czuję taką potrzebę. Ale to nie działa w drugim kierunku. Często moi Przyjaciele, czy Znajomi proponują mi pomoc w codziennych sprawach typu np. remont mieszkania (proste czynności, np. malowanie), przeprowadzka, przewóz czegoś itp. ZAWSZE odmawiam. Albo (jeśli mogę) robię to samemu, albo... Wolę zapłacić za to jakiemuś fachowcowi. I to mając pełną świadomość, że fachowiec nie jest do tego wymagany. W głowie mam poczucie tego, że nie chcę nikogo obciążać własnymi problemami - wszyscy chętni do pomocy mają i tak multum swoich problemów. Generalnie zawsze pomagam (najlepiej jeśli nikt tego nie widzi i jest to raczej anonimowe, stąd zajęcie charytatywne), a przy tym dosłownie zawsze odmawiam pomocy. Wiem, że to pobieżny opis, bez szczegółów - ale chyba właśnie o to mi chodzi. Żeby spróbować póki co po prostu zrozumieć mechanizm który tym rządzi. Bo jestem bardziej niż pewien, że (jak to zazwyczaj w psychologii) ma to związek z jakimiś wydarzeniami w przeszłości. Nie wiem tylko jakimi... Z góry serdecznie dziękuję za jakiekolwiek wpisy w tym temacie. Bardzo serdecznie pozdrawiam! Bartek
  9. Witam, Chciałbym dowiedzieć się, jak można zmienić swoje przekonania w kontekście relacji z kobietami. Poniżej dwa typowe schematy, które przewijają się w moim myśleniu. W 95% sytuacji dominuje u mnie wariant A, jak nietrudno się domyślić mało efektywny - oględnie mówiąc. Natomiast myślenie w typie wariantu B pojawia się u mnie może raz na kwartał, ale efekty ma dużo lepsze. Świat wygląda wtedy zupełnie inaczej, ale nie znam sposobu, aby je utrwalić. Co mogę zrobić, aby przejść na stałe/większość czasu z A do B? Czy psychologia zna tu jakieś techniki? Od razu mówię, że "idź na siłownię" albo "znajdź sobie hobby" zwyczajnie nie działa. PS Mam 28 lat. WARIANT A WARIANT B Co mam do niej powiedzieć? Jak ciągnąc rozmowę? Fajna. Ona pomyśli że jestem spięty i sztywny. O, co to za kobieta? Ona widzi, że jestem niski. Chcę ją poznać. Ona mnie ocenia jako niskiego. Cieszę się że tu jest. Za ładna, kim ja w ogóle jestem, aby się do niej nawet odezwać. O wydaje się sympatyczna. Zaraz mnie skrytykuje. Chętnie z nią pogadam. Zaraz mnie negatywnie oceni. Chętnie się dowiem jaka ona jest. Powie mi coś niemiłego, co będzie świadczyć o tym, że jestem nieudacznikiem. Ciekawe kim jest. Pomyśli że jestem dziwny. Bardzo się cieszę, że mam okazję ją poznać. Będzie się ze mnie śmiać. Myślę że się dogadamy. Nie podejdę i nie odezwę się, bo ona pewne źle o mnie myśli. Wydaje się miła. Ona pewnie uważa się za lepszą ode mnie, bo w końcu jest kobietą i jest ładna, a ja jestem niski i nieatrakcyjny. Nie mogę się doczekać, aby ją poznać. Na pewno patrzy na mnie z politowaniem. Uwielbiam towarzystwo kobiet. Uważa że jestem nieatrakcyjny. Myślę że dobrze będzie się z nią rozmawiać. Musze być cool, fajny i ekstrawertyczny w rozmowie z nią, a poza tym muszę obowiązkowo ją rozśmieszyć. Inaczej pomyśli, że jestem nieciekawy. Uważam że może być ciekawa. Warto ją poznać. Myśli że jestem nudny i dziwaczny. Widzi że jestem jakiś inny, dziwny. Fajne te dziewczyny. Budzę u mniej pogardę, bo jestem niski. Woli innych facetów ode mnie. Poczuje obrzydzenie moim wzrostem i każe mi spadać. Uzna mnie za nieudacznika, gdy spostrzeże mój lęk i napięcie. Rozmowa z nią może się nie kleić, to straszne! One patrzą na mnie i widzą, że jestem ofiarą losu. Nie mogę wyjść na cichego, spokojnego czy nieśmiałego, musze sprawić wrażenie przebojowego ekstrawertyka. Inaczej ona uzna, że jestem niemęski. Ona na pewno ma wszędzie adoratorów, a ja jestem nieatrakcyjny.
  10. Witam, Nie wiem od którego momentu ten problem jest we mnie obecny. Myślę że nastąpiło to mniej więcej w okresie podjęcia pierwszej pracy kiedy jako młody 18 letni facet byłem zmuszony zatrudnić się wśród dziesiątek starszych ode mnie osób do których kompletnie nie potrafiłem się podpasować. Na okrągło "zgrywam się" w rozmowach, nie mam tego problemu w czasie gdy z kimś piszę albo rozmawiam tekstowo. Mogę być w końcu poważny. Mam więcej czasu nad tym aby pomyśleć co chcę tak naprawdę powiedzieć i ewentualnie mogę też zadbać o to aby zabrzmiało to lepiej. Reaguję na wszystko bardzo entuzjastycznie i wesoło, problem w tym że takie postępowanie jest we mnie mimowolne i nie pozwala mi logicznie myśleć ani odpowiednio dostosować do sytuacji. Odbiór takich osób nie jest przyjemny, szczególnie gdy ktoś coś spartoli i głupkowato śmieje się. Sama reakcja też bywa bardzo sztuczna, na tyle że sam to wyczuwam. Czasami powinienem zareagować zupełnie inaczej, sprzeciwić się, wyrazić mocną opinię a zamiast tego, zawsze muszę palnąć coś głupiego. Nie umiem się skontrolować, ale nawet gdy próbuję być poważny to i tak mam pustkę w głowie mimo że na papierze potrafię wyczuć rozmówcę na kilku frontach. Wydaje mi się że ulegam presji czasu, wydaje mi się że powinienem znać odpowiedź na to co mówi mój rozmówca w pierwszej sekundzie usłyszenia kwestii - pisząc z kimś mam ten komfort że mogę chwilę się zastanowić nad problemem i ugryźć go od kilku stron. Napisać pół zdania, przerwać i pomyśleć. W momencie bezpośredniej konfrontacji takiej możliwości nie mam, a mało tego, nawet jeżeli powstrzymam się przez pierwsze sekundy to moje myślenie nadal nie powinno zabrać za dużo czasu. Bardzo nie lubię sytuacji kiedy nie wiem jak coś powiedzieć. Zdarza mi się zająknąć albo po prostu powalić całą składnię. Gdy piszę, mogę po przecinku wziąć chwilę oddechu i zastanowić się co po danym słowie dopowiedzieć. Myślę bardzo dużo, i czasami przez natłok tego co chcę powiedzieć skracam kilka zdań w parę słów co jest kompletnym niuansem. Myślę że bardzo dużo na rzeczy ma tutaj moja beznadziejna sytuacja w której obecnie się znajduję i może wpłynąć na moją samoakceptację - zaczynając od kwestii materialnej kończąc na rodzinie w której na okrągło się kłócę. Jedynie dodam że nad wszystkimi kwestiami staram się pracować, póki co bezowoconie ale widać efekty. Najbardziej nieznośny jest dla mnie moment kiedy ktoś agresywnie mnie zaczepi, a ja nie potrafię się przed tym obronić. Moją jedyną obroną wtedy jest udawanie że tego nie usłyszałem. Odpowiedź i to sensowną, na taką zaczepkę często dopiero mam w głowie po paru sekundach. Cieszę się jedynie że mimo dziesiątek takich sytuacji, nie pamiętam żadnej. Podobnie w kłótni w której wiem że mam rację chociażby z sąsiadem który wymaga czegoś mimo że prawo stoi po naszej stronie i ja doskonale o tym wiem. Nie potrafię znaleźć logicznej odpowiedzi na jego zarzuty mimo że gdy już jestem w domu nagle potrafię odegrać scenariusz perfekcyjnie. Tak samo znaleźć ripostę na ataki przed którymi uciekam. Jak ja mam to zmienić? Dlaczego gdy piszę potrafię być śmiertelnie poważny, rzeczowy, skrupulatny, pewny siebie bazując jedynie na tym co mam w głowie a gdy przychodzi mi coś powiedzieć na żywo to z tego nic nie wychodzi? Zabija mnie to już powoli. Nawet teraz gdybym miał pójść do psychologa i przedstawić swój problem to zdecydowanie łatwiej byłoby mi po prostu pokazać tą wiadomość niż o wszystkim opowiedzieć, po prostu wiem że nie dałbym rady przez swój sposób bycia wesołka. Wesołka który przejmuje mój język i który niejednokrotnie zamknął kwestie ośmieszając mnie...
  11. Witam wszystkich, jestem mężczyzną lat 26. Dwa lata temu ukończyłem studia ale do dziś nie obroniłem swojej pracy dyplomowej. Po "ukończeniu" toku studiów (mam tutaj na myśli rozliczenie się ze wszystkich przedmiotów na oceny pozytywne) wróciłem do domu rodzinnego gdzie postanowiłem odpocząć od studiów i przygotować się do obrony (napisać pracę dyplomową oraz przygotować się merytorycznie z całości materiału). Z początku +/- 2 miesiące obijałem się, wiadomo wakacje, nic się nie chce, wolałem spędzać czas na przyjemnościach niż zajmować się konkretami. Trafiła mi się jednak okazja wykonania praktyk w przyszłym zawodzie. Z racji, że zawód należy do nietypowych to kolejne 4 miesiące ciągiem spędziłem w pracy. Miałem oczywiście możliwość w tym czasie przygotowywać się do obrony ale stwierdziłem, że potrzebuję spokoju i zacznę naukę po powrocie do domu. Z miesiąca na miesiąc przekładałem i przekładałem to co nieuniknione do tego stopnia, że rodzice zaczęli się niepokoić i denerwować "co z twoją obroną?". Wynikały z tego tytułu częste kłótnie i spięcia co jest oczywiście zrozumiałe. Wziąłem się do pracy, zacząłem w końcu pisać. Rozpraszało mnie wszystko, czas jaki poświęcałem na konkrety był minimalny. Potrafiłem trzy dni z rzędu pisać a przez kolejny miesiąc nawet nie zajrzeć do dyplomówki. W tym czasie nie robiłem nic, grałem w gry, oglądałem seriale, zajmowałem się wszystkim innym niż tym czym powinienem. W między czasie miejsce miały kolejne to kłótnie dotyczące mojej przyszłości etc. Tak minął rok od skończenia studiów. Podjąłem więc pracę (nie w zawodzie) i wynajęliśmy razem z moją partnerką mieszkanie (wyprowadziłem się od rodziców). Powiedziałem sobie "stary teraz dasz radę, będziesz pracował i w wolnym czasie pisał dyplomówkę i uczył się". Minął kolejny rok, napisałem może w tym czasie pół rozdziału. Po pracy nie miałem siły zajmować się nauką a w weekendy chciałem sobie "odpocząć" i jak zwykle skupiałem się na wszystkim oprócz obowiązków. Pracowałem tak rok i po tym roku "na swoim" wróciłem do domu rodzinnego aby już teraz na dobre zając się dokończeniem pracy dyplomowej i nauką. Wmawiałem sobie, że praca mi przeszkadza, że nie mam czasu na naukę, że jestem zmęczony po pracy więc wrócę do domu i w kilka miesięcy ogarnę wszystko i się obronię po czym zacznę pracę w zawodzie. Zgadnijcie co się stało, minęło pół roku odkąd nie pracuję i ledwo dokończyłem pracę, która jeszcze jest do poprawy. Przede mną jeszcze kupa nauki, a ja siedzę całymi dniami przed komputerem i oglądam bzdury w internecie, gram w gry, wieczorami spotykam się z partnerką i tak czas mija a wraz z nim moje życie przemija na wegetacji bo tego inaczej nie można nazwać. Został mi ostatni rok na obronę, w innym wypadku stracę możliwość podejścia do niej. Naczytałem się różnych treści motywacyjnych, naoglądałem się różnych mówców, kołczów, znam techniki motywacyjne, przerabiałem program motywacyjny, ale wszystko to opada po jakimś czasie a ja wracam do starych nawyków przesiadując cały dzień przed komputerem i marnując swój czas. Był pewien okres gdzie byłem bardzo zmotywowany, codziennie wypełniałem swój czas pisaniem pracy, polepszaniem umiejętności posługiwania się językiem angielskim, oglądania szkoleń samo rozwojowych, robieniem notatek z tych szkoleń, czytaniem książek rozwojowych. Wytrzymałem może dwa tygodnie. Wróciłem ponownie do siedzenia całymi dniami przed komputerem (robiłem wszystko co pochłania czas: gry, filmy, seriale, przeglądanie internetu, oglądanie streamów na żywo i w sumie nadal to robię) Uważam, że jestem inteligentną osobą a nie mogę poradzić sobie sam ze sobą. Utknąłem i nie mogę ruszyć z miejsca. W ciągu tych dwóch lat przytyłem prawie 20kg, stałem się bardziej aspołeczny niż kiedykolwiek w moim życiu. Mam ogromną tendencje do krytykowania innych, często się denerwuję, bardzo przeżywam porażki, nie potrafię być systematyczny. Tu chcę zadać pytanie, jak sobie z tym poradzić, jak ruszyć z miejsca, jak się nie poddać po kolejnej próbie? Brakuje mi tak niewiele do osiągnięcia niezależności, wystarczyłoby żebym przycisnął te kilka miesięcy i zakończył epizod ze studiami po czym poszedł do pracy w zawodzie. Jednak coś mnie blokuje, coś sprawia, że tkwię jak kołek w miejscu. Proszę o pomoc, pozdrawiam.
  12. Dlaczego faceci są dyskryminowani na wielu płaszczyznach względem kobiet? Np. jak facet pracuje jako Kasjer w Żabce to z powodu niskiej pensji zostaje skreślony na rynku matrymonialnym, Nie będzie tak, że wpadnie bogata bussinesswoman i stwierdzi "Jeju jaki on fajny, wezme z nim ślub i będe mu fundowała luksusy za nic bo takie akurat mamy norme społeczne" this is bullshit , a takze wierzchołek góry lodowej. Przykładów jest całe mnóstwo. -kobiety wzbogacają się na rozwodach -mają lepszy odzew na portalach randkowych -i więcej odpowiedzi na wysłane CV itp. itd.
  13. Są to teksty,które mój partner często kieruje w moją stronę,gdy podejmuje działania o których wie, że np.ich nie akceptuję albo nie są dla niego/kogoś dobre. Odczuwam to jako jakaś manipulację,wiem,że zrzuca tym na mnie odpowiedzialność za swoje postępowanie,jednak nie umiem na to skutecznie reagować. Mówienie "sam zadecyduj/to twoja decyzja" nic nie daje.
  14. Dzień dobry, jestem studentka, 21 lat. Życie mam ogólnie udane - chodzę na imprezy, flirtuje z chłopakami, mam dorywcze prace. Moim problemem jest to w jaki sposób prowadzę swoje relacje romantyczne, bycmoze również te nieromantyczne. Przez ostatnie 2 lata (odkąd wyprowadziłam się od rodziców) powtarzam jeden schemat: poznaje chłopaka, któremu się podobam (on mi wcale nie musi, i tak jestem w stanie go wyidealizowac), spędzam z nim mnóstwo czasu, szybko się otwieram i ufam, rzucam się w wir zwierzeń, planów, wyznań... czasem związek staje się oficjalny, czasem nie. Po czasie ok 3-4 miesięcy moja aktualna miłość życia zazwyczaj odsuwa się ode mnie, nagle zrywa kontakt. Jeśli był to oficjalny związek, przy zerwaniu zazwyczaj padają słowa „nie ułatwiałaś mi bycia z tobą” „ciężko mi było z tobą”. Z czego to wynika? Otóż w momencie gdy czuje się komfortowo, robię się potwornie namolna, nachalna, przez co partner się odsuwa, wiec ja prowokuje kłótnie w celu zwrócenia na siebie uwagi. Podobna strategie stosowalam z rodzicami w okresie dojrzewania - zostawiałam na wierzchu papierosy, żeby chociaż przez chwile ze mną rozmawiali (jestem średnim dzieckiem). Próbuje zainicjować jakieś sceny zazdrości, dramatyzuje, zachowuje się okropnie po prostu do tego stopnia ze mi wstyd. Kazde rozstanie bardzo mocno przeżywam, bardzo się obwiniam, rozmyślam nad nim dniami i nocami. Przechodzi mi dopiero gdy pojawia się ktoś inny i jest ta sama historia. nie pomaga tez fakt, ze w gdy pojawia się nowy, zaczynam ignorować swoje koleżanki (przyjaciółek nie mam) i cała energię poświęcam jemu. nie pomaga również fakt, ze duża role w tych znajomościach gra alkohol i narkotyki (od 19 rż raz na rok lub półtora zdarza mi się miesięczny ciąg, tak to zażywane raz na msc lub rzadziej) oraz ze niektóre z tych znajomosci zaczynaja się od seksu. Nie mam strategii radzenia sobie z tym. Nie kontroluje się. Za każdym razem strasznie się boje, ze mnie zostawia wiec się trzymam kurczowo i chyba to ich odstrasza. Brzmi jak nie-bezpieczny styl przywiązania. W ostatnim związku bardzo mocno się starałam, myśle ze nawet niezle mi to szło, takie zachowania pojawiły się dopiero w kwarantannie, tylko ze bardziej nasilone niż zazwyczaj. Skończyło się oczywiście rozstaniem miesiac temu. Teraz mam wrócić znowu do miasta, mamy dużo wspólnych znajomych, wiec na pewno się spotkamy prędzej czy później. Panicznie się tego boje, do stopnia ze nie chce nigdzie wychodzić i skręca mnie w brzuchu. Czy powinnam udać się na terapie? Czy jest szansa, ze farmakoterapia mogłaby cis zmienić(jest to wygodniejsze dla mnie rozwiązanie)? Dziekuje z góry za odpowiedz i poświęcony czas. Podziwiam oddanie pracy.
  15. Witam! Mam 19 lat i jestem uczniem 3 klasy technikum. Kiedyś w swoim życiu doświadczyłem alkoholizmu w rodzinie. Był to krótki okres kiedy miałem 11 lat ale to pociągnęło za sobą różnorakie konsekwencje. Ze względu na problemy finansowe i brak wyjścia z sytuacji mój tata zaczął szukać rozwiązania w alkoholu. Potem zapisał się do AA i udało mu się zwalczyć nałóg. Wiadomo, że przez to nasza relacja już nigdy nie będzie taka jak była. W dzieciństwie słyszałem co pamiętam jak ojciec "zabije mnie i matkę", pamiętam do dziś tę sytuację i emocje, smutek i lęk z nią związane. 4 lata temu dowiedziałem się, że będziemy się przeprowadzać i przez to się załamałem. Zamknąłem się w sobie, nie nawiązywałem nowych relacji, nigdy nie miałem dziewczyny. Sytuacja finansowa sprawiła, że samemu zarabiałem na moje potrzeby i na przykład samemu kupowałem sobie ubrania. Pozytywnym aspektem tego było nabycie doświadczenia zawodowego, pracując w fast foodzie. Obecnie moje problemy skupiają się na na tym, że niezbyt odnajduję się w relacjach z innymi. Szczególnie boli mnie fakt, że nigdy nie miałem dziewczyny. Nie jestem przekonany co do mojej przyszłości, nie wiem co będę w życiu robił. Jak się w coś angażuję to robię to przez jakiś czas i jak się pojawiają przeszkody to porzucam to zadanie. Gdy jestem zły na siebie, ponieważ nie zrobiłem tego co sobie zaplanowałem, narzekam na życie i obwiniam o wszystko rodziców i moje pochodzenie lub uciekam od problemu. Ucieczka od problemu polega generalnie na odcięciu się od problemu i grze w jakąś grę komputerową, nałogowym oglądaniu bezwartościowych filmów na YT, bądź też masturbacji i przebywaniu na portalu erotycznym. Z tym ostatnim jest największy problem, ponieważ gdy zastosuje taką ucieczkę i spędzę na takim portalu parę godzin a podczas kwarantanny zdarzało się i dni (całych dni spędzonych tylko tam) to odczuwam potem ogromne poczucie winy i smutek, który rujnuje moje kolejne dni. Czasem też formą tej ucieczki jest narzekanie, potrafię parę godzin dziennie narzekać i użalać się nad sobą. Okres kwarantanny w większości był dla mnie zmarnowanym czasem, generalnie z mojej winy. Nie wykorzystywałem go w pełni, choć też nie mogę powiedzieć, że nie miał sensu. Przebyłem więcej z samym sobą i zrozumiałem siebie w większym stopniu niż na jakim to było wcześniej. Podczas zamknięcia w domu zacząłem się uczyć gry na gitarze po 30 min dziennie. Były momenty w których zamierzałem rzucić to hobby lecz przemogłem się i walczyłem by być w tym coraz lepszy. Teraz niestety nastąpił kryzys, by wejść na kolejny wyższy poziom gry na gitarze trzeba włożyć większy wysiłek a ja mam przed tym opory psychiczne i tego unikam. Podobnie też było kiedy zacząłem chodzić na siłownię na początku ubiegłego roku. Gdy zacząłem moim celem było zrzucenie wagi co siłą woli udało mi się (w tamtym okresie też zaprzestałem masturbacji co w moim odczuciu pomogło mi w osiągnięciu tego celu). Lecz tak samo w przypadku siłowni nie robiłem tego na czym mi zależało, wybierałem łatwiejsze drogi, zamiast uczyć się wykonywania poprawnej techniki ćwiczeń to wykonywałem wszystko byle jak przez co nabawiłem się drobnych kontuzji, co potem odrzuciło mnie od siłowni. Wiem, że problem jest we mnie i przez niego nie osiągnę w moim życiu istotnych dla mnie celów. Moi rodzice też są starsi ode mnie co też mnie smuci, że do końca nie rozumieją rzeczy, które mnie interesują. Boli mnie też fakt jak pomyślę, że nie miałem takiej młodości jak moi rówieśnicy. Podczas gdy oni chodzili na imprezy czy też wiedli ciekawe życie ja stosowałem uniki od rzeczywistości do rzeczywistości wirtualnej (bezczynnie grając w gry i oglądając filmy na yt). Mam tak, że jak gram w jakąś grę to nie odczuwam z niej radości, nie traktuję jej jako rozrywkę i po prostu gram albo oglądam film bez uwagi byle się odciąć od rzeczywistości. Apropo porzucania moich zajęć to widoczne to jest w wielu dziedzinach życia (zakupiłem sobie aparat by robić zdjęcia lecz potem się zniechęciłem, zakupiłem domenę pod bloga lecz nawet go nie dokończyłem i się zniechęciłem, uczyłem się programowania i po napotkaniu trudności się zniechęciłem). Ostatni parę lat spędziłem w wysokiej toksyczności (albo unikając rzeczywistości albo wyżywając się na rodzicach, krytykując ich za wszystko oraz narzekając). W okresie kiedy byłem tym całym negatywnym myśleniem najbardziej przeciążony udałem się na psychoterapię poznawczo-behawioralną. Byłem na 6 sesjach i potem zrezygnowałem. Do samej terapii nie mam żadnych zastrzeżeń, ponieważ to ja sam tak na prawdę nie wykonywałem zadań zleconych przez terapeutkę i traktowałem to jako pomoc bez wysiłku, myśląc, że samo przychodzenie tam mnie jakoś zmieni. Prawdą jest, że te sesje, które tam spędziłem pomogły mi w jakimś stopniu. Na pewno ukierunkowały w jakimś stopniu moje myślenie i zmusiły do refleksji nad sobą. Zniechęcony terapią skłamałem terapeutce, że nie mogę w niej uczestniczyć z powodów finansowych co było kłamstwem. Zaproponowała mi bezpłatne spotkanie wyjaśniające powody rezygnacji i odbywanie sesji tylko 2 razy w miesiącu. Ja nie odpowiedziałem na wiadomość, czuję się z tym mega nie fair. W tamtym czasie mając te 18 lat myślałem o tym tylko, żeby mieć więcej pieniędzy dla siebie nie zważając na to, że terapia na pewno pomogła by w dłuższym okresie czasu. Lecz tu widać kolejny aspekt mojego szybkiego rezygnowania i braku dyscypliny. Nie wiem co mam obecnie zrobić, marnuję swoje dni nie robiąc w większości nic produktywnego. 2 dni temu podczas mojej "ucieczki od rzeczywistości" założyłem znowu konto na portalu erotycznym. Akurat tam by do kogoś pisać trzeba wykupić konto premium co kosztuje 10zł. Łącznie na zakładanie nowych kont i wydawanie na to pieniędzy wydałem około 400zł. Raz zrobiłem to wieczorem i usunąłem zaraz po skończeniu masturbacji, czując poczucie winy, kolejny raz zrobiłem to wczoraj z rana i znowu wydając pieniądze i masturbując się usnuąłem tam konto. Przez kolejne dni odczuwałem ogromne poczucie winy i smutek związany z tym co zrobiłem. Sprawiło to nawet, że nie poszedłem dziś na praktyki zawodowe, które zostały dziś wznowione i wytłumaczyłem się w e-mailu do pracodawcy, że miałem problemy żołądkowe. Bałem się w tym celu nawet zadzwonić. Tak na prawdę poczucie winy i smutek sprawiły, że nie udałem się tam. Moje zachowanie nie było w żadnym stopniu odpowiedzialne i godne uznania za "dorosłe". Z moim negatywnym nastawieniem do życia staram się walczyć dlatego też prowadzę pamiętnik w którym zapisuję co danego dnia zrobiłem i jakie pozytywne rzeczy tego dnia się zdarzyły. Lecz moje negatywne zachowania (narzekanie i użalanie się nad sobą, wybuchy złości) jak dojdą do głosu to potrafią mi zabrać parę godzin z mojego dnia. Staram się też rozwijać na różne sposoby (czytam książki). Zakupiłem też książkę samopomocową na temat terapii schematów lecz nie stosuję tego wszystkiego w praktyce. Książka dała mi jednak na pewno jakąś wiedzę, która możliwe, że nawet podświadomie mi pomaga. Chciałbym coś w życiu osiągnąć i czuję, że marnuję moje naturalne zdolności i nie jestem tym kim mógłbym być. Zastanawiam się nad powrotem na terapię (to znaczy do innego terapeuty bo ten nie prowadzi już działalności w miejscu w którym mieszkam). Problemem jest to jednak, że nie chcę brać udziału w terapii online, która jest teraz jednym rozwiązaniem. W większości moi rodzice są w domu i mogliby usłyszeć taką rozmowę a to dla mnie jest intymna rozmowa o mich problemach i wolałbym odbyć ją w tradycyjnym stylu. Niestety obecnie to nie jest możliwe. Dlatego proszę o pomoc, o jakieś praktyczne rzeczy, które mogę zacząć zmieniać by w moim życiu było lepiej. Nie radzę sobie do końca z tym wszystkim.
  16. Cześć, Od roku jestem z facetem, który jest uzależniony od mefedronu, benzo i alkoholu. Mieszkamy razem od pół roku. Dopiero po zamieszaniu razem dowiedziałam się o wszystkim. Ćpa średnio raz w tygodniu, zazwyczaj w weekend, chociaż zdaża mu się również w tygodniu. Jestem dziś po kolejnym ataku paniki i hiperwentylacji. Stres towarzyszy mi codziennie, objawia się atakami hiperwentylacji, wymiotami.. Zaczynam mieć myśli samobójcze. To przez tę sinusoidę, którą mi zapewnia. Potrafi być idealnym partmerem, wiele mi pomógł wyciągając z depresji po poprzednim związku z osobą toksyczną, uzaleznioną od pychotropów i Bóg wie jeszcze czego. Dziś znów popłynął, drugi dzień. Manipulacja level master, teksty 'Nie wyprowadzaj się, mi też jest ciężko, spróbuj zrozumieć'. Mami mnie obietnicami, że schodzi z benzo, obiecuje koniec z alko, że to go skłania ku mefie i ogranicza mu uczucia. Przed rozpoczęciem naszej relacji był w monarze, później kończył terapię w prywatnym ośrodku, bo uważał, że monar robił z ludzi debili bez perspektyw do życia i równał go z bezdomnymi. Proszę, pomóżcie mi przeżyć do jutra. Obiecał, że się wyprowadzi jak z niego zejdzie. Mam myśli samobójcze. Siedzę w sypialni, mam obok kabel od ładowarki. Może w końcu znalazła bym spokój. Nie wiem. Coraz bardziej mnie to boli, nie chce mi się żyć, pracować, umyć. Nie umiem funkcjonować jak kiedyś. Nie jestem tą osobą, która zna swoją wartość, która wie, że może wszystko. Mam dobrą pracę, ciągle się kształcę, jestem według ludzi atrakcyjną kobietą. A co widzę? Wrak. Nie mam siły wstać po wodę, o jedzeniu nie wspominam. Proszę, dajcie mi siłę, żebym stanęła na nogi i podjęła dobrą decyzję, wybrała życie.
  17. Cześć, Parę słów o mnie. Mam 19 lat. W 2019 roku skończyłam szkołę średnią. Obecnie pracuję. Wprowadzę was w moją historię. Mam troje rodzeństwa, i od dziecka zawsze miała wrażenie, że jestem ta gorsza, często obrywało mi się od mamy o coś czego tak naprawdę nie zrobiłam. I w zasadzie to tak jest do teraz. Ale teraz doszło to, że słyszę też takie słowa od starszego brata, i najstarszego z rodzeństwa, który po śmierci taty mam wrażenie, że uważa się za "ojca". Byłam z reguły dobrą uczennicą, co pasowało mojej mamie, bo mogła się tym chwalić wśród rodziny. Ale kiedy w klasie maturalnej zaczął się mój trudny okres w życiu, to znaczy: nie miałam w ogóle ochoty się uczyć, chodzić do szkoły, miałam złe oceny, zagrożenia. Ale tak naprawdę sama nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Moja mama nawet nie zapytała sie mnie co sie dzieje ani nic, tylko były krzyki, że mam sie wziąć za naukę bo nie zdam matury, w sumie to mówili i wmawiali mi, że nie zdam jej. A dodam, że ją zdałam i jedyna z domu mam maturę. Ale wracając. Poszłam do szkolnej pedagog, rozmowy trochę pomogły, musiałam zrobić badania i wykazało ze mam nie dobór witamin więc je brałam, niby była poprawa, mogłam sie skoncentrować. Ale do tej pory sie zastanawiam, czy to czasem nie były pierwsze objawy depresji. Mam dni kiedy chce tylko spać, płaczę i na nic nie mam ochoty. Moja rodzina często na mnie krzyczała, że nic wiecznie nie robię, nie widzieli tego co robiłam. Zawsze coś nie pasowało. Nigdy nie czułam się kochana. Nie wyrobiłam sobie dobrej samooceny, od zawsze sądzę, że to ja coś źle robię. Na siłę tak naprawdę próbuje uzyskać ich akceptacje. Robię co mi każą oraz często robię coś sama z siebie, chodzi o czynności domowe. Usłyszałam nie raz, że wszystko trzeba za mnie robić, że widzę tylko czubek własnego nosa. Nie słyszałam chyba nigdy miłych słów, nie okazywano mi miłości, bynajmniej ja jej nie odczuwałam. Nawet jestem obwiniana o to, że choruje od 6 roku życia, że to ja sobie wymyślam i choruje. Moja mama nie poszła ze mną do specjalistów aby dowiedzieć sie czemu tak jest. Kiedy zachoruje, a jest tak do tej pory (lekarz mi robił dużo badać, które wychodzą okej, laryngolog też nic nie znalazł) to nie jednokrotnej słyszałam, że mam anginę bo jem "ciągle fast foody", cienko sie ubieram, ze spię po 8/9/10 godzin.. Tóż po zdaniu matury usłyszałam, że mam iść do pracy bo mama nie będzie mnie utrzymywać, gdzie brata przez 3 lata utrzymywała jak przestał chodzić do szkoły. Kupiła mi pierwsze auto i okazało się ze mam oddać jej pieniądze, brat sam sobie kupił dopiero czwarte auto. A za poprzednie nie musiał oddawać. Każdy dzień mieszkania z moją rodziną jest dla mnie wyzwaniem psychicznym. Zawsze miałam mocną psychikę, ale teraz widzę, że jest słaba. Nie umiem sobie sama poradzić. Zawsze chłopak musi mi poświęcić dużo czasu abym przestała płakać i myśleć ze to moja wina, kiedy mówią mi albo piszą co znów zrobiłam źle. Tak naprawdę przy nim mogę być sobą, chodź czasem się zastanawiam czy i przy nim nie udaję ze jest wszystko okej. Przez całe dnie chodzę uśmiechnięta, udaję że wszystko okej, Co oczywiście nie jest prawdą. Dopiero wieczorami, kiedy idę spać czasem płacze aby łzy ukoiły mój wewnętrzny ból. Nie chcę już mieszkać w domu, ale muszę nie mam gdzie sie przeprowadzić. Więc muszę się męczyć. Chłopak mi mówi, że mam sie stawiać kiedy mówią mi że coś zrobiłam źle albo w ogóle nie zrobiłam danej rzeczy. Ale kiedy to robię to okazuję sir to błędem bo nie prowadzi to do żadnego kompromisu, bo wychodzi na to, że i tak to ja robię źle, że właśnie widzę czubek własnego nosa nic więcej. Jestem teraz na utrzymaniu brata i jego dziewczyny bo zaczełam pracę i dopiero wezmę pierwszą wypłate. Co jest mi wypominane.. I mówione, że jeśli stracę pracę (poprzednią straciłam bo chorowałam) to od razu mam się wynieść z domu. Więc mam w głowie tego świadomość ze jestem na czyjeś "łasce" dlatego o nic ich nie proszę, jem tyle tylko aby się najeść, nie proszę ich praktycznie o nic. A dziś i tak usłyszałam, że mam o nic już nie prosić. Że mam mieszkać na ich warunkach, więc tak robię a i tak usłyszałam, że tak nie jest. I jak mi się nie podoba to droga wolna. Z chęcią bym sie wyniosła, naprawdę. Miałam kilka razy myśl aby zakończyć swoję życie, ale wiem, że mój chłopak mnie potrzebuję i jeśli wytrwam jeszcze rok to bedzie wszystko okej. Ale boję się, że do tego czasu moja psychika będzie mocno zniszczona. Nawet jak próbuje mieć "wywalone" na to co mówią to nie umiem, bo w końcu mnie to dopada. I wtedy znów szukam winy w sobie, może dlatego, że od dziecka tak mi mówiono. Mój każdy dzień to ciągła walka z samą sobą. Cały czas taki sam schemat: wstać, praca, obowiązki aby mieć spokój, i cały czas udawanie, że jest wszystko fajnie, a wieczorem płacz i użalanie się. Czy to naprawdę ja jestem ta zła? Czy wina też jest po drugiej stronie? Czy naprawdę jestem egoistką?
  18. Witam, Jestem dziewczyną, mam 33 lata. Od dawna zmagam się z pewnym niezrozumiałym schematem dotyczącym odżywiania. Od zawsze byłam aktywna, ruch sprawia mi radość. Od dwóch miesięcy zaczęłam ćwiczyć intensywnie na siłowni i nie dlatego że musze schudnąć, bo to nie główny cel, chcę być zdrowa i silna a podnoszenie co raz większych ciężarów to pokonywanie dla mnie barier stawianych w głowie. Jest to forma pracy nad dyscypliną. Wiąże się to ze zmianą stylu odżywiania, bowiem gdy w moim życiu pojawiają się treningi, automatycznie mój organizm chce jeśc inaczej, zdrowiej, mniej, własciwiej. Czuje się wówczas świetnie sama ze sobą, mam poczucie rozwoju i kontroli, wiem że służy to czemuś dobremu. Nie trwa to jednak długo. Powiedzmy, że utrzymuje ten stan przez dwa miesiące, po czym z dnia na dzień tracę chęci i motywacje. Treningi nie sprawiają mi już takiej radości , olewam systematyczność i zaczynam jeść, wręcz rzucam się na jedzenie. Przybiera to nie zbyt krzepiącego wymiaru, ponieważ dochodzi do opychania się, jedzenia cały czas byle czego, słodkich batonów, ciastek, ciast, chipsów. Zauważyłam że momentami nie czuje już smaku, chodzi o sam proces jedzenia i za pewne tego jakie "poczucie" mi to daje. Wstaje rano i mimo że nie jestem głodna, szybko pędze do kuchni by jeść, przed snem też się opycham. Jak łatwo się domyśleć, efekty cięzkich treningów znikają, mój nastrój sięga dna, w wyniku kolejnego upadku.Czuje się beznadziejnie , ale wiem że to ma jakieś głebsze dno , o którym nie mam pojęcia, nie jestem świadoma i żeby nad tym popracować musze wiedzieć co to jest, z czego wynika, jak z tym walczyć. Dlatego zwracam się do Państwa o pomoc. Zapraszam do dyskusji , jednocześnie dziękując za wszystkie sugestie i komentarze. Pozdrawiam, E.
  19. 4 kolory zachowań a problemy małżeńskie i w związkach - temat omawia psycholog online, psychoterapeuta przez Skype. Jak brak zrozumienia trybów funkcjonowania poszczególnych osób oraz niewłaściwa komunikacja mogą prowadzić do niepotrzebnych konfliktów.
  20. Achnio

    Rodzice z DDA

    Krótko i na temat. Jak wplywaja na dzieci rodzice z rodzin alkoholików, którzy sami nie są alkoholikami, ale mają objawy dzieci DDA/DDD?
  21. Sprawa wygląda tak, że ja (18,5 lat) idealizuję od jakoś ponad 5 lat pewną osobę (miesiąc starszą), poza którą świata nie widzę i każdy aspekt, życia codziennego kojarzę właśnie z nią. Można powiedzieć w pewłnym tego słowa znaczeniu, że się przywiązałem do swojego obiektu westchnień ale tego absurdu jest mało. Nie jesteśmy w żadnym związku. Ba! Stosunkowo mało nawet rozmawialiśmy od kiedy w ogóle się znamy! Głównie dlatego, że wiem, że gdyby już coś takiego się wydarzyło - ona będzie zawiedziona bo pomimo, że ją szczerze kocham (i non-stop myśli na jej temat nie dają mi spokoju) to nie będę w stanie sprostać jej oczekiwaniom. Osoba, której pomocy zaczerpnąłem parę dni temu chce iść na psychologię w październiku, i ma ambicje psychologa z prawdziwego zdarzenia. Mocno mi przyspieszyła myślenie. Podczas tego big brain time (zachęcam do wyguglania definicji) jaki ona wywołała nareszcie jestem w stanie ubrać w słowa tę chorą, pokręconą, zaburzoną i niezgodną z rzeczywistością (według wszystkich osób, których pomocy zaczerpnąłem) logikę, która nie pozwala mi nawet spotkać się z tą dziewczyną i to pomimo, że niektórzy mówią, że się jej podobno podobam (sic!). Jej osoba prezentuje całkiem ciekawe osiągnięcia w muzyce. Jeżeli zżera moich czytelników ciekawość - jest wokalistką. Żeby się z nią spotkać musiałbym poszczycić się czymś konkretnym. Dopiero to mogłoby spowodować, że mógłbym jej dorównać tj. zasłużyć na nią. Stawiam sobie za wysoką poprzeczkę bo to jej mocna strona a u mnie zdecydowanie słaba. Chociaż mam kilka zainteresowań, którymi według wielu ludzi mógłbym zainteresować swojego rozmówcę (nootropy, psychologia, neuroregulacja, niedługo medycyna ajurwedyjska i odrobina mistycyzmu i kognitywistyki) to wiem, że jest to sama amatorszczyzna nie warta większej uwagi. Jeżeli mój rozmówca, któremu miałbym zaimponować zapytałby mnie o jakieś dawne osiągnięcia to zaniemówiłbym. Nie miałbym kompletnie czym się pochwalić. Ostatnie moje większe osiągnięcie pochodzi z połowy poprzedniej dekady. Zauważyliście ciekawy patent? Nie jestem absolutnie w stanie wyzbyć się porównywania do ludzi z zewnątrz. Gdybym po prostu miał zaakceptować to, że oni sobie po prostu są. Istnieją. I tyle. Nie są lepsi lub gorsi ale jestem w stanie wyzbyć się tej iskry rywalizacji z mózgu bo to powoduje, że czuję się przy tamtej dziewczynie niepewny siebie i swoich kompetencji. Niemal przytłacza mnie jej pewność siebie. To ostatnie zdanie brzmi bardzo wymownie ale chyba najlepiej obrazuje co do niej czuję. Jak coś mi przyjdzie jeszcze do głowy to będę aktualizował albo napiszę w odpowiedzi na post.
  22. Witam, Jestem 18 letnią uczennicą technikum i od jakiegoś czasu czuję się zagubiona. Prawdopodobnie to normalne w wieku dorastania, chociaż ostatnio w pewnym magazynie psychologicznym przeczytałam pewien artykuł, który się nazywał "sztuka znikania" czy coś takiego. W dużym skrócie polegał na tym, że swoją osobowość odepchnelo się na bok na rzecz zaspokajania potrzeb i oczekiwań innych. Poczułam, że ten opis dotyczy mnie w 100% a jakiś czas temu przestało mnie zadowalac moje hobby (rysowanie) tak jak przed pójściem do tego technikum (bo w nim czuję presję i potrzebę doskonalenia się w nim "na siłę" czy tego chcę czy nie i generalnie chyba uległam presji oceny ze strony otoczenia, w którym jest nacisk na "rozwój"). Nie potrafię się zmotywować do niego wiedząc, że już coś, co wydawało się być moje własne i prywatne, teraz jest pod czyimś okiem. Nigdy nie traktowałam tego hobby na poważnie mimo że rysowalam codziennie. Prawdę mówiąc chyba mało rzeczy traktowałam kiedykolwiek na poważnie i pokazywałam, że mi na nich zależy. Zawsze liczyło się zdanie rodziców, których opinia była wyżej niż moja własna i pod nich dostosowywalam moje potrzeby. Skończyło się na tym, że zdałam sobie sprawę, że nie potrafię stwierdzić co naprawdę mnie zadowala, a co nie i kim tak naprawdę jestem skoro potrafię założyć mnóstwo różnych masek i raz być taką a raz taką osobą pod wpływem innych. Nie wiem co jest moje własne, a co oczekiwaniami innych. Pytanie moje polega na tym, czy da się samemu sobie z tym problemem poradzić? Jeśli tak, to w jaki sposób?
  23. Partner, z którym mieszkam, domaga się ode mnie dziecka. Ja mam lat 27 i zadnej chęci. Boję się go jednak zostawić, bo wyprowadzka do niego była pierwszą dojrzałą decyzją i boję się z nim rozstać bo będę czuła się tragicznie, że go zawiodłam i że sama sobie w życiu nie poradzę (jestem z domu dziecka). A mieć dziecko również się boję bo nie znoszę dzieci, nie mam za grosz instynktu macierzyńskiego, zostanie matką zawsze kojarzyło mi się z obciachem i zamiast rozczulenia aż mnie szlag trafia na widok noworodków. Mieszkamy razem we Wrocławiu już kilka lat i boję się że tak fajnego faceta już nie znajdę, a z drugiej strony mam ochotę podróżować, zaznać jeszcze czegoś w życiu, jestem też strasznie ciekawa innych ludzi (w tym, nie ukrywajmy, mężczyzn) i nie chcę się zamknąć w domu z dzieckiem na lata. Nie mam też ochoty być w ciąży, rodzić, i dzielić życie rodzinne z jego matką i siostrami, których szczerze nie znoszę. A jednak czuję się do tego w jakiś sposób zobowiązana wobec osoby która poświęciła mi bardzo dużo. Mam wrażenie że wszystko to jest w jakiś sposób toksyczne, że każdy mój wybór będzie zły, że jestem nieodpowiedzialna, a z drugiej strony nie chce mi się wierzyć że życie to jedno wielkie pasmo wyrzeczeń na rzecz innych i działania wbrew sobie. Nie wiem już jak na to patrzeć, nie wiem co naprawdę powinno się dla mnie liczyć :(
  24. Witam. Mam na imię Kornelia i mam 23 lata. Czuje się bardzo bezradna ze względu na moje problemy z emocjami. Od półtora roku uczęszczam na psychoterapię, na której początkowo starałam się rozwiązać problemy z sytuacją traumatyczną, kiedy przeżyłam jako dziecko. Aktualnie problemy te są już rozwiązane, a wspólnie z moją psychoterapeutką zajęłyśmy się problemami wynikającymi z rodziny i dzieciństwa, akceptacji siebie, itp. Temat ten był także poruszany w gabinecie, ale czuję, że jestem bezradna, a następne spotkanie czeka mnie dopiero po nowym roku. Otóż mam wybuchowy charakter. Zauważyłam, że zbieram wszystko do siebie, zazwyczaj tego nie rozpoznawałam (od niedawna zaczęłam dopiero czuć swoje stany emocjonalne, rozpoznawać, że coś sprawiło, że poczułam się gorzej i co konkretnie), ale mimo tego, mam problemy z nazywaniem emocji i radzeniem sobie z nimi. Wygląda to mniej więcej tak: w ciągu dnia coś mnie zdenerwuje, wiem to, nazywam i zdaje sobie z tego sprawę, próbuje jakoś sobie z tym poradzić, ale chyba średnio mi to wychodzi (ostatnim razem np. zaczęłam czytać książkę i słuchać spokojnej muzyki - chyba nie pomogło), do tego czuje się zmęczona (pracuje i studiuje dziennie, czasem mam mało chwil tylko dla siebie), dodatkowo w rodzinie nie za bardzo mogę otwarcie mówić o swoich uczuciach, bo panują tu różne schematy i mity, zazwyczaj nikt na te moje uczucia nie zwraca uwagi, albo w różny sposób próbuje odwrócić od nich uwagę. Więc wczoraj na uczelni wystąpiła mała sprzeczka z kolegą, siedziałam tam od rana do wieczora, wróciłam do domu i chciałam poruszyć pewien temat ze starszą siostrą, ale nie do końca opowiedziałam o moich uczuciach, bo bałam się, że się zdenerwuje, albo mnie oleje, albo zrobi mi na złość... Cały tydzień w ogóle różne rzeczy się dzieją nie do końca przyjemne. I tak się zbiera, i zbiera, aż ... dojdzie do tego mój chłopak. Wylewam na niego wszystko jak pomyje, wystarczy jakiś czynnik zapalny i wszystko ze mnie w takich chwilach uchodzi - denerwuje się, wściekam, jestem odrażająca, oskarżycielska. Co prawda, on też ma swoje za uszami, ale jak już się uspokoję, jest mi cholernie wstyd i przykro, że znowu tak się stało, że znowu w porę się nie uspokoiłam, że się pokłóciliśmy, że wszystko psuję. Ponieważ wiem, że za tą samą sprawą, za którą tak drzemy koty stoją też (prawdopodobnie) inne, nierozwiązane konflikty z którymi nie mogę sobie poradzić. Nie chcę tego robić. Nie chcę tak się zachowywać. Po takim wybuchu złości mam do siebie pretensje. Chciałabym od początku ćwiczyć rozpoznawanie emocji i radzenie sobie z nimi. Próbuje wielu rzeczy, staram się, czuje się bezsilna, bo mam wrażenie, że to desperackie, że coś ze mną nie tak... że inni ludzie potrafią się pohamować. Potrzebuję wsparcia, mam wrażenie, że ta droga zaczyna mnie już trochę przytłaczać. Próbowałam masy rzeczy: - większej ilości odpoczynku, - ćwiczę jogę, dbam o siebie, dbam o szczegóły już nawet w wystroju mojego pokoju, żeby tylko jakoś być spokojną!, - pisałam dziennik, opisywałam tam jak się czuję, - próbowałam nazywać te uczucia, mówić o nich do siebie, - czytam w internecie informacje na ten temat, zdobywam je, próbuje wykonywać różne ćwiczenia, - płakać/ krzyczeć, żeby to ze mnie uszło. Nie mam pojęcia co robię źle, nie wiem gdzie szukać przyczyn. Błądzę po omacku, czy to musi tak wyglądać? Nie oczekuje, że nauczę się tego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale nie mogę już chwilami ze sobą wytrzymać! Proszę o radę, czy co jeszcze mam robić, żeby na bieżąco aktualizować swój stan emocjonalny. Jak???? Czy mam prawo do myślenia, że jest coś ze mną nie w porządku? Wydaje mi się, że staram się o coś, co każdy potrafi.
  25. Mam 39 lat. Od ponad roku jestem z mężczyzna który w ubiegłym miesiącu skończył 45 lat. Poznalismy się w czasie kiedy był w związku małżeńskim. W lipcu powiedział żonie o rozstaniu. Ma 2 dzieci które o tym jeszcze nie wiedza. O mnie nie wie nikt. Od początku znajomosci jego reakcje na sytuacje które nie do końca były zgodne z jego oczekiwaniami kończyły się tym ze mnie zostawia. Ze mnie nie kocha. Generalnie silne emocje w których mówił wszystko byle mnie zranić. Ja również nie byłam bez winy bo odchodziłam od niego ponieważ ma rodzine conajmniej raz w tygodniu. Od momentu kiedy powiedział żonie o odejściu„zostawianie mnie” i czołganie psychiczne się nasiliło. Za każdym razem jest coraz trudniej. Potrafi wykorzystać chorobę mojego taty żeby we mnie uderzyć. A jak już dojdzie do sytuacji kiedy mnie wysiada emocje coś powiem lub popłyną moje łzy jest psychiczna tortura w każdy możliwy sposób. Nie wiem jak z nim postępować. Jak rozmawiać. Jak dotrzeć do niego. Co zrobić ze sobą i dla siebie. Od marca mój partner chodzi na psychoterapię. I od tego pory tez nastąpiło nasilenie jego negatywnych zachowań. Po ostatniej sesji upił się przepłakałam wieczór wyrzucił jedzenie na pościel (licząc na moja reakcje) i poszedł spać. Ta sytuacje jest doskonałym obrazem tego jak od dłuższego czasu postępuje. Ja tracę siły i jestem psychicznie zamęczona Ale tez staram się zrozumiem ze ma bardzo ciężki czas i emocjonalny bałagan z którym sobie nie radzi.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Create New...

Important Information

Używając strony akceptuje się Terms of Use, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.