Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'samoocena'.

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

There are no results to display.

Blogs

  • Swobodne przemyślenia

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


About Me

  1. Zbyt niska samoocena!Mój problem polega na zbyt niskiej samoocenie i braku zaufania do partnera, a raczej wiary w to, że może mu na mnie zależeć i może mnie pokochać.Mam 34 lata. Nie jestem już młoda a mam problemy nastolatki.Byłam w związku 7 lat, rozstałam się, ponieważ ówczesny partner miał inne priorytety niż ja. Chciałam dom i rodzinę, on bał się odpowiedzialności, być może nie byłam to ja dla niego, łatwiej mu było żyć i mieszkać na kocią łapę. Ja bardzo go kochałam, wręcz szaleńczo. Teraźniejszego partnera poznałam, jak byłam w związku, był moim kolegą, potem stał się przyjacielem, jednak jak zaczęliśmy być ze sobą (on jest po rozwodzie) moja samoocena się z miesiąca na miesiąc pogarsza. On pracuje często z atrakcyjnymi kobietami, ja czuje się dużo gorsza, jestem już stara, nie mam takiej figury. Czasami się zastanawiam, czemu on chce ze mną być? Sam mi wypomniał kiedyś moje mankamenty urody, co jeszcze bardziej mnie dobiło, ale sprawiło, że dużo schudłam, jednak w jego opinii twarz mi się pogorszyła. Wiem, że to głupie, ale mój nowy partner to esteta a ja chyba nie nie jestem wstanie, sprostać jego wymaganiom estetycznym, nie wiem nawet, czy chce. Chodzę ciągle zdołowana, brak mi wiary w moje możliwości, myślę, że kiedyś zostawi mnie dla dużo młodszej i atrakcyjniejszej dziewczyny, to tylko kwestia czasu. Czuje, że jest ze mną, bo nie jest na tyle śmiały, aby być z kimś, z kim naprawdę chce być. Wkurzam się, bo wcześniej uważałam się za atrakcyjną, utalentowaną oraz zaradną kobietę. Byłam odważna i śmiała, teraz to jakieś nieporozumienie, boje się rozmawiać z ludźmi, jestem wycofana. Mój partner nabrał przy mnie pewności siebie, a ja wprost przeciwnie. Rozstał się ze swoją żoną ze względu na różne charaktery, mówił mi, że była ciągle zazdrosna o niego, ja nie chce być taka. Proszę, doradźcie jak przywrócić wiarę w siebie, w swoje możliwości oraz zyskać pewność siebie.
  2. Witam, mam 35lat, jestem po nieudanym związku z kobieta z ktora byłem 16lat. Poznałem Kobietę, która jest dla mnie perfekcyjna pod każdym względem, Kochamy się ale boję się że ja zawiodę, rozczaruje i chyba przez to mam problem z seksem.. nie wiem jak mam sobie z tym poradzić ponieważ im bardziej o tym myślę, problem wzrasta i odbija się to na mojej drugiej Połówce..
  3. Hej, jestem 24letnim mężczyzną, po związku, który trwał 7lat(młodzieńcza miłość, mieszkaliśmy razem już trzy lata). Na przełomie stycznia/lutego 2021 relacja zakończyła się przez zdradę, którą dokonała moja partnerka z moim kolegą. Jednocześnie wszyscy moi znajomi poszli za mną robiąc ze mnie kozła ofiarnego. W trakcie związku seks był na porządku dziennym(obie strony miały wysokie zapotrzebowanie na seks), nigdy nie było problemu w związku i zawsze działaliśmy kiedy mogliśmy. Po zakończeniu relacji spadła mi bardzo pewność siebie, poczucie własnej wartości jako mężczyzna. Po tym, jak miałem współżyć z kolejną osobą niedługo po rozstaniu. Miałem problemy z erekcją w momencie włożenia penisa do pochwy. Wcześniejszy etap jak erekcja jak i podniecenie występowało. Dopiero w momencie ewentualnej penetracji występował problem, po prostu spadała erekcja. Tłumaczyłem sobie złamanym sercem, etc. Z samą erekcją nie mam problemu. Przy kolejnych partnerkach seksualnych występował podobny problem - erekcja jest, w momencie penetracji nie ma. Nauczyłem się, jak będę uprawiał seks stosowałem środki typu "Max on", jednocześnie utrzymujące potencję, a także wydłużający stosunek. Więc ze strachu przed "nie staniem" na wysokości zadania stosowałem to. Czasami zdarzał mi się stosunek, który nie był planowany, przez co miałem problemy z utrzymaniem zwodu w momencie gdy miałem rozpoczynać penetrację. Poznałem kobietę, z którą rozpocząłem miłość romantyczną, nie tylko fizyczną. Zanim uprawialiśmy seks spaliśmy ze sobą w jednym łóżku i erekcja, zwód występował za każdym razem. W momencie kiedy mieliśmy skonsumować, znowu nie podołałem. Ostatecznie udało mi się dokonać penetracji. Następnego dnia z rana. W momencie kiedy mieliśmy za pierwszym razem kochać się całkowicie odpadłem. Niestety jakim kosztem. Moja partnerka była wyrozumiała. Jeżeli chodzi o jej wygląd fizyczny, bardzo mi się podoba i jest w moim typie z wyglądu. Według moich poprzednich partnerek seksualnych zbyt dużo myślę, przez co mogą występować problemy tego typu opisane wyżej. Jestem osobą, która stara się robić wszystko perfekcyjnie, dodatkowo ma tak zwany overthinking. Bardzo boję się, że moja aktywność seksualna nie będzie na takim poziomie jak przy pierwszej partnerce, ze względu na wyżej opisaną sytuację. Starałem się zwalczyć to na własną rękę, rozmawiać z partnerkami(żadnej nie powiedziałem o stosowaniu środków wspomagających, na potencję, a poza seksem rozmawialiśmy - czułem się, że nie jestem mężczyzną mówiąc o tym). Jeżeli jednak aktualnie poza seksem będzie miłość romantyczna, prędzej, czy później będę musiał odsłonić karty. Nie czuję, aby to był ten moment, aby partnerce mówić o tej sytuacji. Rozmawialiśmy o tym po seksie, mówiłem, że się stresowałem, pytała się czym, temat uciąłem. Lecz tak, w wcześniejszym czasie w różnych sytuacjach odczuwała mój zwód, nawet w zwykłych sytuacjach, przez co sama była zdziwiona przez rozwój sprawy. Myślałem o seksuologu, niestety jest on ponad moje możliwości finansowe. Starałem się postępować zgodnie z tym, co przeczytałem w internecie, stosuje zestaw suplementów jak i witamin.
  4. Witajcie mam 34 lata. Jestem mężczyzną. Czuję się bardzo samotny, ale muszę opisać trochę więcej aby uwidocznić dlaczego tak jest nie wiem czy to kwestia pecha jakiegoś czy coś zupełnie innego ale nie układa mi się życie uczuciowe. Wcale. Uważam też, że jestem zbyt uczuciowy i przez to cierpię. Za każdym razem jak poznam dziewczynę to chcąc nie chcąc idealizuję ją i stawiam na piedestale. To nie jest dobre ponieważ robię wówczas wszystko by się jej przypodobać. To błąd. Wiem, że to błąd, ale nie umiem tego zmienić bojąc się, że ta relacja skończy się tak szybko jak się zaczęła. Lata samotności odcisnęły na mnie piętno i jak jakaś fajna dziewczyna zwraca na mnie uwagę to czuję się jakbym Boga za nogi złapał. Dawniej zakochiwałem się w dziewczynach które nie chciały mnie bądź nie mogły ze mną być. Wystarczyły mi 3 spotkania z nowo poznaną dziewczyną i tworzyłem już w głowie jej wyidealizowany obraz. Potem dziewczyna ucinała znajomość a ja cierpiałem bo nakładłem sobie do głowy, że to ta jedyna. Tak się toczyło to do czas aż w pracy poznałem moją kobietę. Pierwszą. Miałem wtedy 28 lat, a ona 23. Byliśmy razem rok. Był to toksyczny związek. Ona miała borderline i osobowość narcystyczną. Częste kłótnie. Poniżała mnie słownie a potem zdradziła. Zostawiłem ją w końcu. Czułem się dobrze po tym rozstaniu. Zeszło ze mnie napięcie. Potem zacząłem chodzić na tzw. speed dates. Poznałem dwie dziewczyny, ale nie czułem tej iskry i urwałem znajomości. Chyba nie byłem gotowy jeszcze na jakiekolwiek relacje z kobietami. Minęło 5 lat i dochodzimy do teraźniejszości. Żyłem sobie w tej samotności cały czas, ale nie dokuczała mi aż tak. Miałem swoje pasje itp. Przypadkowo spotkałem na ulicy dziewczynę, która uśmiechała się do mnie. Bardzo mi się od razu spodobała. Zwróciła na mnie uwagę piękna dziewczyna, to dla mnie szansa - takie miałem myśli. Zainicjowałem kontakt. Spotkaliśmy się pierwszy raz na spacerze. Na drugi zaprosiła mnie do siebie. Był od razu seks. Potem kolejne spotkanie. Miało być kino, ale zostaliśmy u niej i znów seks. Wtedy pojawił się u mnie problem jakiego nie doświadczyłem wcześniej - podczas stosunku zanikła erekcja. Zestresowałem się. Byłem załamany. Przeprosiłem ją i powiedziałem, że to nie jest jej wina, a mój gorszy dzień. Powiedziała, że nic się nie stało, ale atmosfera była bardzo słaba. Siedziała smutna. Ja też się nakręcałem i lamentowałem i w końcu ona kazała mi iść do domu. Powiedziałem jej że bardzo mi na niej już zależy. Nie odezwała się wcale. Po dwóch dniach napisała, że nie roztaczam poczucie bezpieczeństwa tylko poległem z byle powodu i że nie było dla niej problemem to, że nie dokończyliśmy seksu, a mój lament. Powiedziała, że już się więcej nie spotkamy. No i jestem załamany bo bardzo się nakręciłem znów. Myślałem, że coś zmieni się w moim życiu. Klapa totalna. Nie umiem przestać o niej myśleć. Straciłem chęci do czegokolwiek. Na siłę spotykam się ze znajomymi, ale nie pomaga. Szybko się znów zaangażowałem a tak naprawdę wcale się nie znamy. Nie zmienia to faktu, ze cierpię. co mam ze sobą zrobić? jakie sugestie? dziękuję
  5. Mężczyzna, lat 24 Kiedyś wiele rzeczy sprawiało mi radość i przyjemność, cieszyłem się nawet z najmniejszych sukcesów. Potrafię się śmiać, żartować, jestem zazwyczaj duszą towarzystwa i to ja podtrzymuje często konwersacje. Jednak już od jakiegoś czasu (kilka lat) wszystko zaczęło stawać się fałszywe, wymuszone, obecnie nawet nie wiem kim jestem, co lubię ani dlaczego. Kiedyś próbowałem naprawdę wielu rzeczy, chcąc odnaleźć to co lubię, nie byłem w stanie odnaleźć się w większych grupach ani tam gdzie panował chaos (wszelkiego rodzaju imprezy, i głośne miejsca nie były dla mnie), większość z rzeczy które próbowałem albo od początku mnie nie wciągały albo też nudziły mi się w mniej niż tydzień, najwięcej przyjemności sprawiały mi: Gry komputerowe, Oglądanie anime i seriali, Czytanie, Wymyślanie i pisanie opowiadań i scenariuszy, Słuchanie muzyki, fotografia, spacerowanie oraz bieganie. Przestałem grać w gry - gra w nie bardziej mnie męczyła niżeli sprawiała mi jakąkolwiek przyjemność. Przestałem oglądać anime i seriali – uznałem to za stratę czasu chcąc lepiej zagospodarować czas, jednak dalej trwoniłem i trwonię go na głupoty. Dalej wpadają mi do głowy różne pomysły i scenariusze - nigdy ich nigdzie nie zapisuje ani nie rozwijam. Ograniczyłem czytanie - Wciąż czytam kilka pozycji, ale o wiele ciężej jest mi się w coś zaangażować. Ograniczyłem słuchanie muzyki - Kiedyś odpalenie muzyki na słuchawkach pozwalało mi się zrelaksować i odciąć od otaczającego mnie świata, wręcz wprowadzając mnie w trans, teraz niegdyś moje ulubione piosenki są po prostu muzyką, a wiele z tego co niegdyś słuchałem to po prostu hałas. Przestałem robić zdjęcia - kiedyś byłem dumny ze zdjęć które zrobiłem, teraz nie ważne jak bardzo się staram, zdjęcia które robię wydają się puste. Wciąż spaceruje - najczęściej robię to w towarzystwie przyjaciół, jednak jest październik, wszyscy pojechali na studia, ja zostałem sam, to nie to samo, ale dalej chadzam na spacery. Przestałem biegać już jakiś czas temu - kiedyś byłem w stanie poczuć tak zwaną euforię biegacza, jednak „goniąc” za tym przestałem odczuwać frajdę i satysfakcję z samego biegania i ulepszania własnej kondycji, do tego doszło to że osoby z którymi biegałem, nie były w stanie tego kontynuować Zdarzyło mi się raz popłakać dzięki czemuś co czytałem, czułem się dzięki temu niesamowicie lekki, i wtedy też wiedziałem, że uśmiech który pojawił się na twarzy po tym płaczu był tym prawdziwym którego dawno nie miałem. Dodam jeszcze że za wyjątkiem łez ze zmęczenia oraz z bólu nie płakałem od wieeeelu lat. To było naprawdę odświeżające uczucie. Obecnie próbuje na nowo odnaleźć siebie, jestem sam, przyjaciele wyjechali, ciężko mi znaleźć osoby z którymi mógłbym nawiązać nowe kontakty, nie otrzymam wsparcia od swojej rodziny. Próbuje się zmusić do biegania, ale jak to bywa, jak się chce to zawsze się znajdzie powód by czegoś NIE zrobić, dziś u mnie padało i byłem „zmęczony” po stażu. Czasami spróbuje coś obejrzeć, jakiś serial jakieś anime, ale jestem zbyt świadom tego że widzę to z perspektywy osoby trzeciej, nie jestem w stanie się w to wczuć, Próbowałem coś pisać, ale nie jestem w stanie niczego rozwinąć, Próbowałem robić jakieś kursy internetowe, na początku był zapał, ale znowu, męczę się albo nudzę danym zagadnieniem nim zrobię jakiekolwiek postępy, a następnie przestaje, Co mógłbym robić, bądź też spróbować robić, aby rozbudzić w sobie pasje do czegoś, znaleźć coś co znowu mnie wciągnie, coś czemu będę w stanie się poświęcić, i z czego mógłbym czerpać przyjemność? Bądź też co zrobić by rzeczy które niegdyś były mi drogie, znowu się takie stały? Nie jestem w stanie sam siebie zrozumieć. Żyje, nie jestem poważnie chory, mam paru przyjaciół, nie chodzę ani brudny ani głodny. W teorii mam tak wiele, a nie jestem w stanie tego tak naprawdę docenić. dziękuję za wszelką pomoc
  6. Mam 32lata jestem z cudownym mężczyzna dla którego chciałabym żeby był najszczęśliwszy. Jest między nami duża różnica wiekowa. Problem polega na tym że czuję że będzie że mną nieszczęśliwy że względu na moje zmiany nastroju, nie spełnianiem jego seksualnych potrzeb które nie są z jego strony wymagające, a ja mam opory przez które czuje się źle . W dzieciństwie byłam wykorzystywana seksualnie przez brata. Przeszłość wraca. Nie potrafię o tym zapomnieć czy moje uprzedzenia są z tym związane? Boję się zbliżeń, wszystko jest związane ze stresem. Nie wiem czy odczuwam to co ppowinam odczuwać podczas zbliżenia. Czuję się ciągle beznadziejna, nic nie potrafiącą, ciągły lek czy zadowalam czy jestem wystarczająco dobra.. Czuję że nie zasługuje na niego ( jest bardzo dobrym człowiekiem i troskliwym) ciągle czuje beznadziejność. Gdy nastają gorsze dni chce uciekać zakończyć związek. Boję się że zostawi mnie. Boję się wszystkiego chociaż mimo że czuję się przy nim że wszystko staje się proste. Ciągle mam poczucie winy że będzie mu ze mną źle w każdym aspekcie.
  7. Nie za bardzo wiem od czego zacząć, bo mam wrażenie, że w każdym aspekcie mnie i mojego życia jest "coś nie tak". Ale zacznijmy: mam 23 lata, nie mam zbyt szczęśliwej i kochającej rodziny, co bardzo mnie boli. Zawsze byłam nieśmiała, ciężko nawiązywało mi się kontakty z ludźmi, żadna ze mnie dusza towarzystwa. Tak jest do teraz chociaż w związku z pracą i studiami naprawdę staram się i przełamuję, by jakoś w społeczeństwie funkcjonować. Dużo rzeczy mnie stresuje i to takich mało ważnych jak pójście do sklepu, zadzwonienie gdzieś itp. Mam też niskie poczucie własnej wartości. Uważam się za brzydką, nudną i beznadziejną osobę. Mam problem z wyrażaniem własnego zdania. Ostatnio jest mi szczególnie ciężko. Nic nie ma sensu, więc mogłabym leżeć i patrzeć w sufit bez końca. Jest tyle smutku we mnie i tyle do naprawienia, a ja nie mam siły już walczyć, próbować się zmienić... Mam wrażenie, że to trwa od dzieciństwa... Jakbym już była skazana na takie życie. Czasem bywa lepiej przez np. dwa tygodnie, a potem jest zjazd totalny i potem znowu całkiem pozytywny czas. Teraz czuję, że to nie tylko zjazd, a coś więcej, boję się, że z tego nie wyjdę, że już tak zostanie. Proszę o jakąkolwiek pomoc, może poukładanie trochę moich myśli za mnie i wskazówki co robić, od czego zacząć.
  8. Witam. Mam bardzo intymny problem. Mianowicie - jakiś czas temu poznałem dziewczynę. Oboje jesteśmy młodzi. Mamy nieco ponad 20 lat. Ona nie była dziewicą, tak jak z resztą ja prawiczkiem. Akceptuję to. Miała chłopaka wcześniej jakiś czas więc nic w tym dziwnego, że zrobiła to z kimś kogo znała przede mną. Tutaj nie ma żadnego problemu. Natomiast problem pojawił się wtedy kiedy podczas zbliżeń lub szczerych rozmów zaczął być przytaczany jego temat. Dziewczyna potrafiła wspominać mi co robiła z nim w łóżko (bardzo szczegółowo) i niby zawsze w negatywnym kontekście, ale ja nigdy tego nie odebrałem jako komplement. Powiedziałem jej o tym, że przez te wszystkie opowieści moja wyobraźnia płata mi figle, bo wyobrażam sobie tamtego faceta jak robią sobie dobrze i mnie to strasznie odrzuca i boli. Pogadaliśmy. Powiedziała, że żałuje i ustaliliśmy już więcej o tym nie rozmawiać. Natomiast problem jest teraz we mnie, bo nie mogę się pozbyć z głowy tych obrazów jak jakiś koleś robi jej dokładnie to samo co ja. Moje podniecenie spada niemalże do zera w takich momentach kiedy to sobie wyobrażam. W wiadomościach wcześniej wspominała mi też jak zachowywała się (czule) w poprzednich związkach i nie wiem co o tym myśleć. Mam dwa pytania. Po pierwsze chciałbym wiedzieć co mogło spowodować, że mówiła mi o tak intymnych szczegółach skoro w ogóle nie było do tego przesłanek ani ja nie pytałem o to. Ja starałem się zawsze unikać tego typu zwierzeń i praktycznie nic jej nie powiedziałem o mojej przeszłości seksualnej, żeby mogła przy mnie czuć się wyjątkowo. I tutaj sposób w jaki ja myślę i jak bardzo wstydziłem się powiedzieć jej o jakiejkolwiek mojej przeszłej partnerce seksualnej, tak ona robiła i mówiła to wszystko bez żadnej refleksji. Po prostu, na chłodno. Po drugie chciałbym usłyszeć jakieś wskazówki jak mogę sobie poradzić z tym? Jak poukładać to w głowie, żeby nie musieć wizualizować sobie tych scen w głowie. Jeśli nikt nie będzie mi w stanie rzeczowo odpowiedzieć to słowem wsparcia też nie pogardzę i nie oczekuję od razu rozwiązania wszystkich moich problemów w jednym temacie. Ale kto wie? Pozdrawiam, Kamil.
  9. Poznałam chłopaka, bardzo mi na nim zależało. Normalnie seks to dla mnie świętość i naprawdę istotna kwestia, ale chłopak powtarzał ciągle, że to jest dla niego bardzo ważne i że nie wyobraża sobie bez tego relacji. Żeby mu się przypodobać, żeby otworzyć go na siebie (w końcu seks otwiera serca tych baranów) przespałam się z nim. Było tak sobie, fizycznie fajnie, ale psychicznie tragedia. Najobrzydliwsze, co mogło mi się przytrafić. Oczywiście chłopak stwierdził, że to jednak nie wyjdzie i w tym momencie jest już przeszłością. Szkoda, że razem z jego zniknięciem nie zniknęły wspomnienia z nim i tamtą nocą związane... Czuję się jak jednorazowa dmuchana lala, jak jakaś chusteczka jednorazowa, wyrzucona po wszystkim. Mam nauczkę na przyszłość i na pewno już nigdy nie zaufam żadnemu facetowi, bo tylko o jedno im chodzi. Problem w tym, że nie mogę z tym sobie poradzić. Czuję się jak worek na śmieci, jak jakaś szm... Nie mogę ze sobą wytrzymać, czuję do siebie obrzydzenie. Nie jest ważne, co z nim się stało, może lepiej, że zniknął z mojego życia, ale nie mogę sobie poradzić z tą nienawiścią do samej siebie. Strasznie żałuję i wstydzę się tego,co zrobiłam. Na szczęście nie skończyło się to ciążą, tyle dobrego w tej historii. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę miała do siebie jeszcze szacunek. Nie mam pojęcia, co zrobić, żeby odzyskać szacunek do samej siebie i spojrzeć na siebie bez wstydu w lustrze...
  10. Witam. Jestem 42 letnim mężczyzną. Od 20 lat żonaty. Dwoje dzieci 18 lat syn i 12 lat córka. Postanowiłem odejść od żony, lecz mam taki problem że mam strach-lęk przed przyszłością. Boję się co będzie dalej, czy dam sobie sam radę i wogóle. Jak z tym walczyć?
  11. Jestem Wojtek, 31 letni zrezygnowany, bez wiary w znalezienie miłości i założenie rodziny chłopak, który po raz kolejny znalazł się na życiowym zakręcie… Z wykształcenia jestem inżynierem informatykiem, natomiast w życiu pracuję jako kompletny samoich - programista i grafik. Chciałbym przedstawić Ci moją historię… Historię gościa, który z każdym dniem traci wiarę w to, że będzie jeszcze dobrze… Jestem jedynakiem, urodziłem się w Zamościu, lecz finalnie zamieszkałem w niewielkiej wsi na Podkarpaciu. Lecz nie zawsze tak było... Od kiedy pamiętam byliśmy dość biedną rodziną. Mama robiła wszystko bym miał co jeść, a ojciec nigdy nie zhańbiony pracą alkoholik. Moje dzieciństwo do dzisiaj wypieram z pamięci. Awantury alkoholowe często kończące się wyrzucaniem mamy z domu przez mojego ojca sprawiło, że musieliśmy uciekać. Po kilku takich ucieczkach mama postanowiła, że uciekamy i wyjechaliśmy. Przez kilka lat mieszkaliśmy “po znajomych”. W życiu mieliśmy nawet epizod mieszkania w piwnicy.. Po kilku latach ojciec zmienił się (chociaż jak się później okazało tylko dlatego, że złamał nogę i nie był w stanie przebywać “w terenie” z kolegami alkoholikami). Mama podjęła więc decyzję, że wracamy, że chce bym miał ojca. Wróciliśmy. Było “dobrze”. Finansowo pomagała nam ciocia (siostra mojego taty), niestety on nadal nie pałał chęcią pójścia do pracy, mama również nie mogła znaleźć pracy lecz robiła wszystko by “dorobić”. Niestety po kilku latach koszmar powrócił. Powodem do tego by ojciec poszedł pić i robić awantury potrafiło być wszystko. Od zawsze czułem się z tym źle, izolowałem się od rówieśników. Idąc do szkoły zastanawiałem się czy będzie w domu trzeźwy czy znów będziemy szukać noclegu… Jeszcze większe problemy pojawiły się gdy chodziłem do technikum. Szkołę miałem w innej miejscowości i zamiast spędzać czas z kolegami ze szkoły czy klasy ciągle wracałem jak najszybciej do domu, gdyż nie wiedziałem co tam zastanę. Raz odważyłem się pójść z koleżanką na studniówkę… Oczywiście zakończyło się to awanturą i kolejną ucieczką… Będąc w ostatniej klasie technikum mój ojciec zmarł nagle. Wiem, że nie powinienem ale dziękowałem Bogu za to, że uwolnił nas od tego tyrana. Miałem nadzieję, że moje życie się zmieni. Niestety, przytłoczyło mnie to, że musiałem stać się “Panem domu” i zająć się rzeczami, które nie powinny mnie jeszcze dotyczyć. W tym okresie właśnie poznałem w szkole pewną dziewczynę… Chociaż poznałem to zbyt duże słowo iż nie potrafiłem nawet do Niej podejść. Przez 4 lata nie potrafiłem do Niej podejść i pogadać… Nasza znajomość opierała się o SMSy i tą nieszczęsną studniówkę. Później nasze drogi się rozeszły. Będąc na studiach postanowiłem, że się do Niej odezwę - nie musiałem się już bać, że jeśli się z Nią spotkam to będzie awantura itp. Spotykaliśmy się jakieś hmm pół roku - może nawet rok. Do niczego między nami nie doszło poza spacerami za rękę i buziakiem w policzek. Gdy po tym czasie miałem wyrzuty o to, że nie chcę być tak traktowany ona uznała, że to koniec relacji. Bardzo mocno to przeżyłem. Wiadomo… pierwsza “prawdziwa” miłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to co mnie spotka i zacznie się za kilka miesięcy sprawi, że nie będę chciał żyć... Wtedy po raz pierwszy wziąłem się za siebie. Katowałem się bardzo restrykcyjną dietą, studiowałem, zacząłem pierwszą (jak się później okazało wyzyskową) pracę. Efekty były. To był też czas upowszechnienia się Internetu… Po jakimś czasie wpadłem na aplikację Badoo - niestety “par” wcale, ale trafił się jeden rodzynek. Poznałem cichą, rozważną, skromną, wierzącą i biedną dziewczynę. Ja 25 lat, ona 20. Zakochałem się. Spotykaliśmy się ze sobą, bardzo często przeszliśmy “poziom wyżej”. Rozpoczęło się poznawanie naszych ciał, pierwszy seks (zarówno dla Niej jak i dla mnie). Bardzo mi na Niej zależało. Zacząłem bardzo mocno inwestować w tą znajomość. Sponsorowałem spotkania czy wyjazdy. Gdy wyjeżdżaliśmy - spaliśmy razem. Byłem w siódmym niebie. Wtedy po raz pierwszy chciałem zrobić wszystko, aby była ze mną. Nadszedł więc czasy gdy szła na studia. Miała mieszkać w akademiku. W mojej głowie rodziły się wszelkiego rodzaju czarne myśli, że jeśli tam zamieszka to na pewno znajdzie lepszego odemnie - w końcu każdy jest przystojniejszy, fajniejszy i wogóle… Wymyśliłem więc, że chciałbym aby zamieszkała u mnie w domu - mieliśmy wolny pokój - mama chciała pomóc więc się zgodziła. I tu (jak się po latach okazało) zaczął się najgorszy okres w moim życiu. Moja ukochana okazała się kompletną “księżniczką”. Na dzień dobry przeszła z moją mamą na “Ty” co wg mnie było brakiem szacunku ale ok - przetrawiłem. Następnie zrobiła sobie z mojej mamy służącą - nigdy nie pomogła w kuchni, nigdy nie sprzątnęła za sobą, nigdy nie dołożyła się do rachunków (pomimo pokaźnego stypenidium) gdy ja utrzymywałem cały dom. Ale ok, nie chciałem znów zostać sam. Na wszelkiego rodzaju imprezy czy do znajomych wstydziłem się Ją zabierać - zawsze musiałem się wstydzić za Jej zachowanie. O wizytach u rodziny nie wspomnę. Również, gdy to my organizowaliśmy np. Sylwestra to za każdym - dosłownie - za każdym razem byłem w nocy zwyzywany i słuchałem pretensji do całego świata. Raz nawet wyprowadziła się ode mnie - ja nie chcąc jej stracić byłem pewny że to moja wina, a w szczególności mojej rodziny. Bardzo się wtedy poróżniłem z rodziną… Wszystko z czasem jednak wróciło do “normy” Ale zaczęła się zmieniać… Dopiero po latach to zauważyłem - z cichej stała się roszczeniową, z rozważnej i skromnej stała się lekceważącą dla której jedyne co chciała robić to oglądanie seriali i malowanie się… Również z wierzącej stała się agnostyczką… To nie była już dziewczyna w której się zakochałem. Pomyślałem OK, kochamy się, damy radę. Byliśmy ze sobą 5 lat, na miesiąc przed tym jak chciałem prosić ją o rękę dowiedziałem się od niej, że jest ktoś inny… To był grom z jasnego nieba. Okazało się, że jeden z kolegów ze studiów (na spotkania z którym jak się później okazało nie raz ją zawoziłem - nigdy nie chciałem zakazywać jej spotkań ze znajomymi) wyznał jej miłość. Zostałem jednak zapewniony, że mnie kocha i nie zostawi mnie. Nadszedł dzień, w którym miała obronę na uczelni. Tego dnia zmieniło się wszystko. Kolejnego dnia usłyszałem, że odchodzi… Poczułem się kompletnie wykorzystany, że jak tylko przestałem być potrzebny to ucieka. Pomogłem się jej jeszcze pakować… ba, odwiozłem ją do domu jakieś 50 km odemnie… Nie wiem po co… może tak mam że pomimo tego chciałem dobrze… Po kilku dniach spotkaliśmy się i doszliśmy do wniosku, że chcemy to ratować. Jedyną rzeczą, której chciała to dwa tygodnie odpoczynku od siebie. Dostała ów czas. Niestety po tygodniu chciała się spotkać, ale decyzję już znałem. Pojechałem (jak idiota) żeby usłyszeć, że to koniec i że od kilku dni jest z tamtym. Usłyszałem też, że była ze mną tylko dlatego, że nikt inny jej nie chciał. Mój świat ponownie się zawalił. Chciałem skończyć ze swoim życiem i niewiele od tego brakowało. Odebrałem to jak zdradę, nie interesuje mnie czy spała z nim czy nie - nadal uważam, że zostałem zdradzony. Na szczęście pomyślałem o swojej rodzinie… Lecz to co stało się z moim życiem to koszmar… Poczucie własnej wartości? Jakie poczucie - stałem się wrakiem człowieka… Do dzisiaj moja wiara w Boga jest tak wątła, że nie potrafię jej odbudować… Moje błagania o to by wróciła nie zostały wysłuchane... Podnosiłem się z tego bardzo długo. Postanowiłem wziąć życie w swoje ręce, zacząłem lepiej się odżywiać, zacząłem chodzić na siłownię itd… Lecz nadal byłem i jestem jedną wielką pizdą, która nawet nie potrafi podejść do dziewczyny, która mi się podoba. Po około dwóch latach gdy w jakimś stopniu przepracowałem to wszystko założyłem Tindera. Standard jak to u mnie - zero par albo pary, które nie odpowiadają. Również i tutaj znalazł się rodzynek - była ode mnie starsza, “związek” zrodził się po dwóch randkach lecz był to związek na odległość. Trwało to może 3-4 miesiące. Niestety pojawił się COVID, a dziewczyna kompletnie oszalała (dosłownie) i postanowiła, że musimy się rozstać. Po kolejnym pół roku również na Tinderze poznałem kolejną. Już na pierwszej randce wylądowaliśmy u Niej w mieszkaniu i gdyby nie “te dni” to nie wiadomo co by było dalej. Niestety również i tutaj nagła zmiana decyzji w ciągu dosłownie kilku godzin. I tak do marca 2021 toczyło się moje życie - ani jednej “żywej” pary na Tinderze. Nadal brak umiejętności jakiegokolwiek zagadania do kobiety na ulicy… Gdy już miałem usuwać Tindera bo rodził on tylko moją frustrację pojawiła się dziewczyna, która nawet nie sądziłem, że odpowie. (Jak mi się wydawało) była tą, której szukałem. Od kilku dni w Polsce (wcześniej przez prawie 10 lat mieszkała za granicą) - zaradna, pracująca, piękna, bardzo wierząca, chętna się spotkać. I w ten sposób zaczęliśmy się spotykać. Niestety... całe życie żyła pod “kloszem” rodziców i sióstr - wręcz mogę powiedzieć, że co powiedziała Jej siostra to święte. Oczywiście stałem się tematem nr. 1 - zostałem dogłębnie zinfiltrowany kim jestem itp. Niestety okazała sie kobietą “niedotykalną”. Nie lubiła przytulania, nie lubiła dotyku (nawet trzymania za rękę) ani pocałunków - o seksie nie wspomnę gdyż była dziewicą (a także chciała czekać do ślubu chociaż wiedziała że pewnie będzie cieżko - miała moje zapewnienie, że zaczekam ile trzeba). Było miło, spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu, dużo się całowaliśmy i przytulaliśmy (chociaż zawsze na pytanie czy mogę słyszałem “jeśli musisz”). Niestety to, że pisaliśmy ze sobą całe dnie i spotykaliśmy się tak często sprawiło, że nie mieliśmy o czym rozmawiać - wszystko odbywało się “na bierząco” na Messengerze... I znów zacząłem mocno inwestować w tą relację… Jednak po jakimś miesiącu zaczęła sie odsuwać - nawet racjonalnie to wytłumaczyła mówiąc że na razie nic nie czuje, a nie chciałaby żeby było między nami tylko cieleśnie. OK zaakceptowałem. Poza spacerami za rękę, niewielkimi przytulasami i “buziakami” nie było nic. Mieliśmy zaplanowane kilka wyjazdów - a i ona mówiła o nas przyszłościowo - do samego końca. Niestety zaniedbałem swoje treningi i inne aktywności - chciałem jak najwięcej czasu spędzać z Nią… a Ona chciała coraz więcej i więcej być zaskakiwaną - ponad moje siły. Wszystko było dobrze do momentu gdy zostałem zaproszony na wyjazd - ona, Jej siostra z facetem i rodzina tego faceta. Kompletnie nie pomyślała o tym, że będzie to dla mnie cholerny stres… I był… Nie potrafiłem się odnaleźć. Miałem wrażenie, że to co mówię nikogo nie obchodzi. To było jednak dla mnie zbyt wiele - to była dla mnie pierwsza taka sytuacja w życiu. Do tego doszło jeszcze pewnej kłótni między rodziną faceta jej siostry co rozwaliło mnie na cały wyjazd. Wydawało mi się jednak, że wszystko było ok - nie było oznak, że coś jest źle. Po kilku dniach spotkaliśmy się, aby porozmawiać o tym wyjeździe - i tak naprawdę wtedy okazało się, że wszystko, co robie to źle, wszystko, co mówię to źle. Poinformowała mnie też nadal nic nie czuje, ale nie chce jeszcze tego kończyć - żebyśmy sobie dali czas, ale na najbliższe wyjazdy nie jedziemy razem. Bardzo mi na niej zależało, przemyślałem kilka spraw, to co chciałbym zmienić, czyli m.in. nie chciałem się bać, wyrazić swojej opinii, nie chciałem już mówić i robić tylko tego co ona by chciała usłyszeć itp… Podobno zauważyła, że się zmieniłem. Znów wróciły nasze plany, ale nadal niczego do mnie nie czuła. Zaprosiłem ją na spacer, aby obgadać pomysł na wyjazd weekendowy. Wszystko było ok, rezerwacja zrobiona itd. Również z jej strony padły propozycje. Poznałem kolejną siostrę, jeszcze więcej rodziny itp. Ale nadal czułem, że jestem jej kompletnie obojętny… Padła też propozycja wspólnego wyjazdu do Krakowa… Znów z jej siostrą… Myślę OK, i tak mamy pracować zdalnie więc zobaczymy jak się nam dogaduje w codziennych sytuacjach. I ten wyjazd był gwoździem do trumny tej relacji… Znów wydawało mi się, że wszystko było ok, lecz po raz kolejny zostałem uświadomiony, że nic do mnie nie czuje. Po raz kolejny bardzo mnie to zabolało… Nie potrafiłem udawać, że jest wszystko OK… Bo nie było… Przepraszała mnie, że mogła pomyśleć, zamiast mi to mówić w połowie wyjazdu i w ogóle. Wytłumaczyliśmy sobie pewne sprawy, ale nikt z nas nie mówił o końcu. Następnego dnia wróciliśmy do domów. Nic nie wskazywało, że to będzie koniec… Nadal dzień wcześniej planowaliśmy wyjazd i inne rzeczy “na przyszłość”... Wróciliśmy w czwartek, mieliśmy zaplanowaną niedzielę. W piątek rano zapytałem, o której się widzimy w niedzielę i wtedy zaczęło się wykręcanie, że jednak nie da rady itp… I tutaj już wiedziałem, że coś jest nie tak. Po chwili otrzymałem wiadomość, że musimy się spotkać, pogadać… Już wiedziałem, co mi chce powiedzieć… Zadałem więc pytanie - czy mam jechać po “koniec” naszego związku? Zachowałem się jak szczeniak - jej odpowiedź, że musimy porozmawiać sprawiła, że będąc już pewnym końca nie chciałem tracić ani minuty czasu ani mililitra paliwa na to, by jechać, się rozstać. Dlatego też zadzwoniłem i powiedziałem o tym. Usłyszałem, że “nie chce tracić ani mojego, ani Twojego czasu i chcę to zakończyć”. Po raz kolejny poczułem się w 100% wykorzystany… Zawiozłem do Krakowa, pomagałem - nie jestem już potrzebny to mam spadać… I tak od tygodnia jestem kłębkiem nerwów, wszystko to, co dawało mi radość przestało ją dawać… Wszystkie hobby, wszystkie zajęcia, które lubiałem - kompletnie nic… To były tylko 3 miesiące w przekonaniu, że znalazłem tą jedyną… Nie wiem czemu mam wrażenie, że to wszystko stało się pod wpływem Jej siostry… Nie wiem… chyba już nie chcę wiedzieć… Straciłem wiarę w siebie… straciłem już nadzieję na rodzinę… na miłość… i na to, że kiedykolwiek będę szczęśliwy i będę umieć podejść do kobiety, która mi się podoba i powiedzieć - “Cześć, jestem Wojtek, chciałbym Cię poznać…”
  12. Jednym z kluczowych czynników decydujących o jakości życia człowieka jest jego poczucie własnej wartości. Rozstrzyga, na co osoba się porywa, do czego aspiruje, do jakiego szczęścia daje sobie prawo, o co zabiega, z jakimi wyzwaniami decyduje się mierzyć, jakie niepowodzenia zaryzykować, o co postanawia zabiegać i w jakie działania się angażuje... Czy widzi tylko efekty czy docenia siebie za sam fakt zmagania się... Czy raczej siebie buduje czy w dłuższej perspektywie postępuje wbrew sobie... Obdarza siebie miłością własną czy gorączkowo zabiega o poklask, aprobatę, pozorne dowody wysokiej wartości... Szuka w życiu miłości czy wygody bądź prestiżu zapewnianych przez partnera... Czy z własnymi trudnymi emocjami obchodzi się z troską czy traktuje je jak złe psy, które trzeba trzymać z dala od siebie, za ogrodzeniem. Poczucie własnej wartości - od tego wszystko się zaczyna. Wersja audio: Poczucie własnej wartości to stan psychiczny, pojawiający się w odpowiedzi na negatywną samoocenę. Samoocena jest to stosunek do samego siebie wyrobiony na podstawie wiedzy na swój temat. Dotyczy zarówno fizyczności jak i cech psychicznych oraz tego, jak jednostka widzi siebie na tle społeczeństwa oraz w interakcji z ludźmi. Innymi słowy fundamentem samooceny jest samowiedza. Bywa, że ludzie są – mówiąc metaforycznie – niedoinformowani w kwestii tego, jacy są, bo na przykład unikają wyzwań, rezygnują z okazji do zgłębiania własnej natury, nie poddają siebie dogłębnej refleksji lub poprzestają na monitorowaniu własnych zachowań tylko pod kątem negatywów. W efekcie poczucie własnej wartości z większym prawdopodobieństwem jest niskie. Skutki niskiego poczucia własnej wartości mogą być bardzo poważne i widoczne są w różnych obszarach życia. Celem tego tekstu jest przybliżenie, jakie mogą być konsekwencje niskiego poczucia własnej wartości. Osoba nie czuje się dobrze we własnej skórze i to niezależnie od tego, jak wygląda i jak obiektywnie wypada na tle populacji. Nie ma dobrego zdania o sobie, wprost przeciwnie, ma sobie wiele za złe, często odczuwa z tego powodu poczucie winy lub złość, frustrację. Osoba z niskim poczuciem własnej wartości nie darzy siebie sympatią, nie lubi siebie, stale ma do siebie o coś pretensje, sama sobie dokucza, rzuca kłody pod nogi, jakby była własnym przeciwnikiem. Sabotuje własne działania i cele, ma tendencję do trwania w niechcianych sytuacjach, wchodzenia w konteksty, w których jest unieważniana, jej potrzeby uchodzą za mniej ważne. Niekiedy angażuje się w ewidentnie szkodliwe konteksty, jak toksyczny związek czy uzależnienia. Osoba nie myśli o sobie jak o kimś dobrze rokującym, w kim drzemie obiecujący potencjał. Raczej skłonna jest uważać, że na nic dobrego nie zasługuje i nie ma prawa czerpać z życia tego, co naprawdę byłoby dla niej korzystne. Może wręcz lawirować między okazjami, unikać szans rozwoju czy sensownych relacji z innymi ludźmi ze względu na poczucie, iż nie jest to pisane komuś takiemu jak ona. Człowiek z niskim poczuciem własnej wartości nie traktuje siebie jak kogoś cennego. Bywa, że nie obchodzi się ze sobą, jak z podmiotem godnym dobrego traktowania. Pozbawia się troski na różnych płaszczyznach: nadmiernie się eksploatuje lekceważąc potrzebę wypoczynku, relaksu, zabawy, nie dba o racjonalną dietę, ignoruje potrzebę ruchu, zaniedbuje potrzebę snu, a czasami także higienę, zdrowie. Niskie poczucie własnej wartości może przekładać się na uniżoną, nieasertywną postawę wobec innych ludzi, uznawanych za ważniejszych, bardziej godnych uwagi, o istotniejszych potrzebach. Może charakteryzować się specyficznym nastawieniem do ludzi – uważać, że nie ma prawa na ich czas, troskę, obecność, uwagę, a w interakcji z nimi zachowywać się jakby „przepraszała, że żyje”. Osoba może przywiązywać bardzo dużą wagę do swoich wad, słabości, a nieznacznie lub niemal wcale nie uwzględniać zalet. Może być nieprzeciętnie surowa wobec siebie i nadmiernie wyrozumiała dla innych. Może być niezwykle samokrytyczna, a nawet złośliwa dla siebie lub wręcz szydzić z siebie, w skrajnych przypadkach wręcz siebie nie znosić. Człowiek z niskim poczuciem własnej wartości może odmawiać sobie tego, czego najbardziej potrzebuje: życzliwego wsparcia, zdrowej troski o siebie, swój byt, potrzeby i oczekiwania. Może wpędzać się w negatywny nastrój, jakby na lepszy nie zasługiwał. Osoba może nadmiernie odwlekać lub zaniedbywać ważne dla niej sprawy (odwlekanie może wręcz przybrać rozmiaru prokrastynacji). Preferując przebywanie w uporządkowanym otoczeniu, może otaczać się bałaganem, stale odwlekając sprzątanie mieszkania i zaniedbując rutynowe obowiązki dnia codziennego. Ceniąc kontakty towarzyskie, może się izolować w przeświadczeniu, że nie powinna zawracać innym sobą głowy. Mając świadomość, że potrzebuje środków do życia, pomimo dobrych wyników w pracy nie prosi o podwyżkę, choć inni ją dostali. Wiedząc, że potrzeba jej wypoczynku, zostaje po godzinach, nie prosi o urlop, nie wykorzystuje dni wolnych od pracy do tego, by się zregenerować. Osoba z niskim poczuciem własnej wartości może mieć tendencje do uprzykrzania sobie życia, wywoływania negatywnych nastrojów, użalania się nad sobą (zamiast współczucia sobie czy wspierania siebie), krytykowania bądź wręcz hejtowania samego siebie (zamiast konstruktywnej krytyki bądź bycia dla siebie podporą), prowokowania odrzucenia w relacjach, bo nie wierzy, by na dłuższą metę ktokolwiek mógłby z nią wytrzymać, nie wierzy, że zasługuje na udany, bezproblemowy związek, który nie byłby źródłem frustracji. Może mieć skłonność do stwarzania problemów, bo w takich sytuacjach, gdy przytrafia się jej coś złego, czuje, że przystaje do rzeczywistości, natomiast gdy jest względnie spokojnie i nic dramatycznego się nie dzieje, może odczuwać wzmożony lęk przed czymś przykrym i bolesnym, co w jej ocenie nieubłaganie nastąpi, a będzie tym gorsze, im później nadejdzie. Warto odnotować, że niskie poczucie własnej wartości może być objawem depresji, ale może również stanowić czynnik podatności na depresję. Niektórzy specjaliści są zdania, że próba samobójcza jest między innymi przejawem drastycznie niskiego poczucia własnej wartości, gdy osoba uważa, że wręcz nie powinna żyć, nie zasługuje by żyć lub jej życie jest tak bezwartościowe, że nie ma sensu go kontynuować. Nad poczuciem własnej wartości można pracować we współpracy z psychologiem lub psychoterapeutą.
  13. Cześć, Przychodzę z pewnym problemem. Mianowicie. Wydaje mi się, że się nieco pogubiłem. Mam na imię Kacper, aktualnie 25 lat. Od ponad roku pracuje w dużej firmie, siedzę w jednym z działów z kilkoma osobami, jako jedyny wykonuje pewną pracę która jest oczywiście związana z branżą, jaką wybrałem. Ludzie w pracy rozmawiają na wiele tematów, szczególnie, jeśli chodzi o cele zawodowe, bo ich cele są do siebie bardzo zbliżone i mają ze sobą wiele wspólnego. W moim przypadku, pracę w konkretnej branży wykonuje jako jedyny w firmie. Nie mam z kim o tym rozmawiać, jako, że moje cele jakie realizuje w tej pracy nie mają nic wspólnego z ich celami, nie czuje się przez to dobrze - troszkę jak taki wyrzutek, który robi coś, ale tak naprawdę nikogo to nie interesuje, jak i nie interesuje ich moja obecność w tej pracy. Odnoszę wrażenie, że nie robię nic ważnego, chodź tak naprawdę jest to ważne. Czuje się przez to niefajnie, jeśli chodzi o psychikę i odczuwam ogromną samotność. Odbiegając od pracy zawodowej, to.... Od ponad 4 lat jest w związku z dziewczyną, która choruje na anoreksje, z różnych powodów nigdy nie mieliśmy za dużo znajomych, tym bardziej wspólnych. Generalnie brak innych ludzi w życiu nie przeszkadzał mi w momencie, kiedy byliśmy razem. Zdarzały się sytuacje, w których razem pracowaliśmy i nikomu z nas to nie przeszkadzało. Niestety z czasem życie zaczęło weryfikować taki stan rzeczy. Przestałem być szczęśliwy, o ile kiedykolwiek byłem? Nie mam totalnie nikogo, poza rodziną i narzeczoną. Brakuje mi wyjść z innymi ludźmi np. na piwo, brakuje mi poczucia pozytywnej atmosfery w pracy przez to, że jako jedyny wykonuje ten konkretny rodzaj pracy. Wciąż się zastanawiam, co byłoby najlepsze w tej sytuacji. Może zmienić pracę? Może zmienić kobietę? Chciałbym bardzo zmienić swoje życie, ale nie wiem totalnie jak się za to zabrać, jaki zrobić pierwszy krok. Wiem, że Wy nie możecie za mnie decydować, ale może coś od siebie doradzicie? Podzielicie się swoją opinią? Dziękuję
  14. Witam, nazywam się Piotr, mam 25 lat. Chcę opisać moje problemy życiowe, problem z samorozwojem, podejmowaniem działań. Kilka miesięcy temu związałem spółkę handlową z moim dobrym przyjacielem. Jakoś tak życie nas sprowadziło, że się razem jakoś dogadujemy. On ma rodzine, ja jestem jeszcze samotnikiem. Otworzyliśmy najpierw jeden biznes potem drugi i jakoś nam idzie dobrze. Aktualnie myślimy nad dalszym rozwojem w czym upatruje swoją szanse na na przyszłość. Niestety, ja spotykam się z znacznym oporem ze strony rodziny, że podejmuje ryzyko, że najlepiej jak pójdę do pracy gdzie odbębnię 8h i wrócę i będę leżeć brzuchem do góry, a ja tak nie chce! Dla matki i ojca liczy się spokój na starość, żebym nie przyniósł wstydu, grożą mi w różnoraki sposób: chęć wymeldowania mnie z domu rodzinnego, szantaż emocjonalny w postaci gróźb o charakterze ,,nie przyznam się do ciebie itd” Nie mam relacji damsko męskich, nie mam znajomych. Życie troszkę nauczyło mnie, że ,,nie daj się” ale ja wpadam w krąg gdzie łatwo mną manipulować, czego efektem jest brak własnego zdania, opinii etc Obwiniam za to krąg moich bliskich, którzy chcieli bym szedł ich ścieżką ale jeśli sam znalazłem ,,obwodnice” napotykam na atak agresji wściekłości. Ci, którym ufam radzą mi jedno: ,,odetnij pępowinę, odetnij, nie zastanawiaj się! Długie, życie przed tobą! To woje życie, rodzina jest ważna ale to momentu, gdy zaczyna ingerować w Twoje życie sens utrzymywania relacji sprowadzi się jedynie do jednego telefonu tygodniowo” Czy mają rację? Może tak/nie ale ja przez takie dylematy jestem na skraju wyczerpania psychicznego, emocjonalnego. Nie odczuwam takiej ludzkiej empatii bo mi nigdy nikt nie dał. Zdaje sobie, że mam problem. Wiem. Tylko co Wy mi poradzicie w takiej sytuacji? Jak to rozegrać? Czy ja nie mam prawa podejmować własnego ryzyka? -piotr
  15. Jestem wolną kobietą w wieku 28 lat. 5 lat temu zerwałam 1,5 roczny związek z facetem. Był to mój pierwszy związek i okazał się być toksyczny. Mój partner w łóżku był dominantem, którego życie krążyło dookoła seksu. Pod koniec związku czułam się wykorzystywana seksualnie i traktowana niemal jak "lalka do dmuchania". Obecnie mija 5 lat od zakończenia tego związku, a od czasu do czasu wciąż wracają do mnie wspomnienia, które sprawiają że czuję do siebie ogromne obrzydzenie. Że z nim byłam, że się na to godziłam, że mnie dotykał. Od czasu tego związku już byłam w innej relacji, która dawała mi dużo radości i satysfakcji. Czy kiedykolwiek przestanę przypominać sobie te sytuacje i czuć obrzydzenie?
  16. Od roku pracuję w zakładzie produkującym meble łazienkowe. Coraz częściej łapię się na tym, że mam myśli o rezygnacji. Cały czas zmieniają mi stanowiska pracy. Jedna z dziewczyn zastąpiła mnie na maszynie, na której pracowałam. Jak mam iść do pracy zaczyna mnie boleć żołądek. Jak ktoś nawet powie coś głośniej, to mam łzy w oczach. Tak, kilka lat temu stwierdzono u mnie nerwicę wtórną, ale przerwałam leczenie. Poddałam się. Nie mam sił i ochoty. Przez to nie mogłabym pracować. A sami Wiecie, że ciągłe L4 to praktycznie otrzymanie obiegówki od pracodawcy. Chciałabym mieć jakiś swój kąt w pracy. Takie ciągłe rzucanie po stanowiskach, daje mi poczucie, że mogę zaraz polecieć z pracy. Może sama za dużo wyolbrzymiam. Z każdym dniem zapał do pracy coraz bardziej spada. Zdarza się, że w pracy ze stresu zapominam wykonywać zadania poprawnie. Mam wrażenie, że mój mózg nie potrafi nadążyć za informacjami. Czasem też niedosłyszę, tego co ktoś do mnie mówi i robię po swojemu. Sama sobie zadaję pytanie, czy NIE JESTEM najsłabszym ogniwem? Czy nie powinnam zrezygnować i znowu się zaszyć w domu?
  17. Mam 18 lat. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Czuję się tak, jakby uchodziło ze mnie życie. Rzeczy, które kiedyś lubiłam robić i sprawiały mi przyjemność, stały się dla mnie obojętne. Czasami płaczę po kilka godzin, z jakiegoś powodu lub tak po prostu, a innym razem nie mam siły nawet na łzy, po prostu tak, jakby wypełniała mnie pustka. Płaczę ciągle w środku samej siebie. Zaczynam coraz bardziej zamykać się w sobie i mieć większe problemy z mówieniem o swoich uczuciach i wyrażaniem ich. Mam wrażenie, jakby moje życie się już kończyło, a mam 18 lat. Czuję, że zawodzę każdego po kolei i wszystko robię źle. To ja jestem wszystkiemu winna. Ciągle zmienia mi się nastrój, ale nigdy nie czuję się dobrze chociaż w 60%. Do tego wracają zaburzenia odżywiania. Od lutego schudłam 10kg, chcę jeszcze więcej. Doszło samookaleczanie. Lubię to uczucie. Wszystko się kumuluje. W lutym wyprowadziłam się od mamy, która mnie wyzywała i nie zaakceptowała mojego związku z osobą transpłciową. Mówi, że się na tym przejadę i nie wyjdzie z tego nic dobrego, że jestem naiwna. Na każdym kroku zrzuca winę na mnie. Nie pamiętam, żeby spytała się mnie kiedykolwiek, jak się czuję. A jeśli ja się jej o to nie pytam, to krzyczy. Mówi, że robię z siebie ofiarę i to ona ma depresję, a nie ja. Miałam dwie wizyty u psychologa i mam podejrzenie depresji, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania i mam stwierdzoną fobię społeczną. Ale dla niej to nic nie znaczy, bo wymyślam. Nie mam ojca, mam tylko mamę, a nawet w niej nie mogę mieć wsparcia. Mówi, że powinnam ja wspierać, bo ma depresję (której nie ma stwierdzonej), a ja sama potrzebuję pomocy. Mam wszystkiego dość.
  18. Mam 27 lat, dobrze płatną pracę, wspaniałą rodzinę ale... Rodzina oczekuje ode mnie wyjścia za mąż i rodzenia dzieci, może nawet bym i tego chciała, ale mój chłopak zdaje się nie jest pewny czy chce w ogóle ze mną być. Nie jestem dla niego dość dobra. Prace lubię, ale czuję się w niej dyskryminowana przez to, że jestem kobietą i niedoceniana. Od ponad roku czuję się w pracy jako ten gorszy pracownik. Ciężko mi się zmotywować do zrobienia czegokolwiek, nie umiem się skupić, jestem ciągle zmęczona i smutna. Zdążają się chwilę, w których płaczę nie wiem czemu i nie mogę powstrzymać.
  19. 34 letnia singielka, pracująca i mieszkająca w Warszawie. Od ponad 2 lat zmagam się z zalążek sobą ale dobiła mnie śmierć mamy – 3 miesiące temu. Trudno mi jest pisać o sobie, bo też nie do kaca umiem opisać co czuje. Ale może w punktach uda mi się to opisać: - nic mnie nie cieszy (walczyłam o podwyżkę i jak już ją dostałam to nawet mnie nie ucieszyła), jak myślę, żeby zrobić mała przyjemność np. pójść do restauracji na obiad to w tej samej sekundzie widzę, że pewnie i tak nie będzie smaczne a wydam kasę, a pójdę sama i stwierdzam, że to bez sensu), jak kupie sobie jakiś drobiazg to karce siebie po co mi to, że tylko wydałam kasę - czuje się taka strasznie samotna i w sumie nie mam znajomych z którymi mogłabym spędzać czas wolny a fakt, że jestem sama ze swoją głową to już czasem odechciewa się żyć i wiele razy zastanawiałam się jak bym tak skoczyła z budynku albo skoczyła pod pociąg - teraz jak mama odeszła to karciłam siebie, że nie mogę słuchać muzyki, uśmiechać się, że byłam taką nie dobrą córką, bo ciągle coś mamie wytykałam - ogólnie wszyscy mówią, że ciągle tylko marudzę - ponad 2 lata temu rozstałam się z chłopakiem ale ciągle mamy ze sobą kontakt tylko dlatego, ze ja nie mogę uwolnić się od niego, ciągle sobie wmawiam, że „facet dla mnie” ale wiem też, że nie jest ale ciągle go mecze i pisze i proszę o spotkanie …próbowałam szukać kogoś innego, ale i tak wracam w myślach do byłego i czuje jak by mnie cały czas trzymał przy sobie - czuje się tak jak bym stała na skrzyżowaniu i nie wiem w którą stronę iść, co robić, czego chce od życia, nie umiem zdecydować, a w zasadzie to nie wiem czego ja chce do czego ja dążę, nie chciałam być sama a póki co to wygląda to tak jak bym robiła wszystko żeby być nieszczęśliwa - mam problemy ze spaniem, z zaśnięciem, myśli nie pozwalają mi spać i ciągle czuje się strasznie zmęczona Byłam na wizycie u psychologa ale w ramach pakietu medicover, pani psycholog dużo mówiła o śmierci mamy i zasugerowała co powinnam zrobić, by się z nią pożegnać, bo niestety ale nie miałam możliwości. I zaleciła wizytę u psychiatry w celu zdiagnozowania depresji i przypisaniu tabletek. Byłam u psychiatry, zadał mi kilka pytań i wypisał receptę na (Aurorix i Trittico), nie powiedział czy faktycznie to depresja, tylko, że tabletki powinny pomóc i żebym przyszła za miesiąc. Nie lubię brać tabletek i nie jestem przekonana, że rozwiążą problem dlatego piszę, czy te tabletki powinnam brać, czy jednak nie. W którym kierunku powinnam pójść, od czego zacząć …Wiem, że terapie są długie i drogie i niestety mnie na to nie stać
  20. Witam mam problem chciałabym żebyście mi doradzili co z tym zrobić nie wiem czy mi się to stało z powodu paniki czy poprostu zatrułam się. Dziś jak wracałam do domu poczulam jak mi się slabo zrobiło zaczelo mi się wszystko trząść szczególnie mięśnie nog czułam jakbym miała zaraz zemdleć. Pomocy gdzie mam się zgłosić
  21. Napisano Nie wiem czy to właściwy dział czy powinnam to podpiąć do problemów w związku, ale to problem właśnie chyba z własną wartością. Jestem kobietą i mam 28 lat. Zacznę od tego że całe życie mam niską samoocene, po wielu próbach udało mi się znaleźć idealnego mężczyznę dla siebie. Gdy się poznaliśmy bardzo mi się utyło. On jest szczupły, wysoki bardzo mnie pociąga fizycznie, od tego czasu minęło pół roku ponad jak jesteśmy razem.Dla niego wyjechalam za granice, dużo schudłam, było dobrze do czasu aż nie odkrylam że on na filmach pornograficznych oglada tylko szczupłe dziewczyny/nastolatki, chude tak że nie mają piersi w większości A przez skórę przeswituja zebra. On uwaza ze nie lubi chudych tylko "szczupłe" po wielu rozmowach przyznał się że mu się podobają "szczupłe" że jego ex takie były. Jedna z jego byłych była chuda jak te z filmikow i wysoka. Ale to nie zmienia faktu że ja też mu się podobam i nieważne ile waże. Po tym koniec,zabronilam mu ogladac te wieszory na porno. I od tej pory chce pracować nad sobą aby być chude jak one aby to miał w domu A nie fantazjowal. Boję się że jak zajdę w ciążę i utyje znowu a on będzie się onanizował do filmikow z chudymi kobietami będzie mi przykro. On to robi jak idę do pracy bo pracujemy na zmiany, już mu tak zmeczylam psychikę że mówi że już tak nie robi ale i tak mu nie ufam i w pracy mam paranoiczne myśli, że jak zostaje sam w domu to się onanizuje do szczuplych dziewczyn. Boję się wtedy też że myśli o ex że przypomina sobie sytuacje erotyczne z nimi bo takie miały figury. Skoro podobają mu się moje kształty nie mogę zrozumieć dlaczego oglada te obrzydliwe chude laski. Myslalam ze faceci wolą krągłości. Nienawidzę tych chudszych od siebie i szlag mnie trafia jak w sklepie jest fajny ciuch w rozmiarze s/sx albo jak taka przechodzi po ulicy to od razu myślę że mój by się chętnie na taka pogapil albo z taka seks uprawiał. Że tylko dlatego że mnie kocha tak mówi że mu się podobam A w rzeczywistości marzy o takiej chudej jak jego ex albo te z porno. Na początku też mi robił wytyki co do mojej figury, mówil że nie robił tego w złej woli że to były żarty albo chcial mi dac motywację do ćwiczeń bo dużo mówiłam A mało robiłam i jadłam słodycze a potem mu narzekalam. To też bardzo zapamiętałam. Chciałabym się zaglodzic do kości. Trochę się boję o siebie bo zaczynam mieć leki przed jedzeniem. Nie umiem zaakceptować jego preferencji seksualnych tego że go pociągają chude dziewczyny. Zanim go poznałam i przyjechałam tutaj nie miałam aż takich problemów. On mnie w nie wpedzil,to jego wina czasem go nienawidzę za to masturbowanie się do chudych. Pewnie gdybym mu nie zabronila z przyjemnością by to robił. Twierdzi że nakręca się myśląc o nas o naszych zblizeniach A potem włącza porno aby poszło szybciej .i co ? Myśli o moich piersiach, tyłku A potem kończy gapiac się na jakąś chuda deske? I myśląc pewnie o swoich ex. Zabronilam mu ogladac porno, kontroluje go i sprawdzam. Ten problem się ciągnie miesiacami i już nie wyrabiam ze sobą, nie potrafię przestać o tym myśleć, niszcze nasza relacje i za zadne skarby nie umiem tego przyjac na spokojnie że on tak ma. Próbuje sobie mówić że to tylko taki fetysz , ja też mam A on mi nie robi jazd o to. Mam obsesję na punkcie jego ex i tego ze nie wygladam jak one i że wszystkie dziewczyny z ktorymi sie umawial byly drobnej budowy i szczuplej. Kiedy mnie denerwuje to mu wygarniam że nie bede taka chuda jak jego ex.(używam imienia). Mam 177 ok i waże 72kg ,nigdy nie byłam drobnej budowy, jego ex też była wysoka ale miała drobna budowe i byla chuda z natury. Ja musze sie niezle napracowac i pilnowac aby wygladac jak ona albo te chude nastolatki (18+).
  22. Cześć wszystkim. Pierwszy raz próbuje w takiej formie. Wiele tematów mnie tu sprowadza. Głównie chęć rozmowy. Jeśli o mnie chodzi to mam duże problemy z mówieniem prawdy o sobie, o tym jak jest naprawdę. Wszystko siedzi we mnie. Mam w głowie wiele destrukcyjnych myśli których ciężko mi się pozbyć. Pewnie dlatego, że powinny wyjść na zewnątrz. Problem w tym, że mówienie o tym co czuje naprawdę nie ma sensu dla mnie. Od dziecka się nauczyłam że lepiej nie mówić nic. Potem ludzie wykorzystują to przeciwko Tobie albo słyszysz standardowy tekst: będzie dobrze. Zdarzyło mi się podjąć dwie próby z psychologiem i niestety straciłam wiarę w ich pomoc. To tyle o mnie na razie. Pierwszy krok. Może znajdę godnego przeciwnika do rozmów na bliskie mi tematy
  23. Witam, Mam 16 lat i jestem dziewczyną. Od dłuższego czasu mam problem, odczuwam jakby moje życie się sypało a ja nie potrafię go ogarnąć i tylko staczam się razem z nim. Nie mam nawet pojęcia kiedy to się zaczęło. Zawsze byłam wesoła ale nieśmiała, mimo to moje życie się toczyło i było wszystko dobrze. W pewnym momencie jakoś w 8 klasie zaczęło się coś dziać. Zaczęłam tracić wszystkie ważne dla mnie osoby. Łącznie do tego momentu straciłam już 7 osób, w dość (dla mnie) szybkim czasie. Jako pierwsza odeszła moja przyjaciółka, z którą znałam się bardzo długo, praktycznie od dzieciństwa. Było mi bardzo ciężko i przez to zamknęłam się w sobie, przestałam uczęszczać na zajęcia taneczne i w tym momencie straciłam kolejną przyjaciółkę z tańców. Następnie była moja kuzynka, z którą się zbliżyłam przez podobne problemy, ale ta również postanowiła mnie zostawić i poinformowała mnie o tym w moje urodziny, tym samym urodziny spędziłam totalnie samotnie gdzieś chodząc. Ostatnio straciłam przyjaciółkę, z którą chodziłam do szkoły, klasy. Powiedziała mi o tym w jej ostatni dzień. W klasie nie mam nawet znajomych, więc strasznie boję się powrotu - wiem, że będę sama. To są przyjaźnie, które coś zrobiły w moim życiu, po których do teraz się nie pozbierałam, opowiedziane w skrócie. Aktualnie nie mam ochoty na nic. Moje zainteresowanie jakim było taniec przestało sprawiać mi przyjemność, chodzę tam w złym humorze, po których zawsze czuję się okropnie. Moja samoocena spadła do zera, kompletnie siebie nie akceptuję, wręcz nienawidzę siebie. Moje oceny w szkole też się pogorszyły. Mimo, że staram się wszystko ogarnąć, swoje życie i siebie, to zwyczajnie nie daję rady, poddaje się. Robię chyba 50 próbę i dalej zero efektów. Nie potrafię się pogodzić z tym, że nic mi nie wychodzi a im bardziej się staram to jest jeszcze gorzej. Codziennie mam małe "załamanie nerwowe" jeśli można to tak nazwać. Codziennie płaczę, krytykuje siebie, widzę same minusy życia i siebie, uświadamiam sobie że wszystko jest okropne, że nie daję rady, że niczego nie osiągnę i sama jestem nikim. Do tego dochodzi jeszcze ogromny lęk społeczny, który nie pozwala mi na wiele czynności. Doszło to tego stopnia, że boję się iść do sklepu, a stojąc na przystanku mam wrażenie, że każdy mnie ocenia i zwraca uwagę jaka to ja nie jestem. Czuję, że nic mi się nie uda, moja przyszłość - nawet jej nie widzę. Kompletnie w siebie nie wierzę. Wsparcia od rodziców też nie mam. Uważają oni, że wszystko jest dobrze - nie wiedzą, że u mnie nie jest najlepiej. A powiedzieć im tego też nie potrafię bo wiem, że pomyślą, że to chwilowe albo stwierdzą "jak mamy niby ci pomóc". Na zajęciach taneczny jedna dziewczyna "zauważyła", że jest coś źle (ona sama ma problemy jednak u niej wszyscy to zauważyli i pomagali), ja jestem dalej sama. Jednak na tym się skończyło zapytała co u mnie i tyle. Próbowałam jakoś poskładać się do kupy ale kompletnie nie potrafię. Nie mam pojęcia co robić. Zawsze się dobrze uczyłam, świadectwo zawsze z paskiem, średnia powyżej 5.3, w tańcu byłam jedną z najlepszych osób, moja największa pasja i radość z życia, najlepsza przyjaciółka mieszkająca tuż obok mnie, czas na wszystko, pełno znajomych, zawsze byłam radosna i szczęśliwa. Teraz oceny się znacznie pogorszyły, taniec nie sprawia mi przyjemności, często po nim chce mi się płakać bo nie jestem wystarczająca, nie idzie mi już tak dobrze, wręcz się chowam zawsze staje z tyłu, na końcu, nie zgłaszam się do żadnych solówek, przyjaciół nie mam żadnych, znajomych też nie, wszystko mnie smuci a życia nie potrafię nawet ogarnąć. Czy jeszcze da się wrócić do tego co było wcześniej? Czy mogę przestać być taka nieśmiała? Czy można pozbyć się lęku społecznego? Czy jeszcze kiedyś ogarnę to życie, które teraz jest nieprzyjemne? Mam tyle pytań, marzeń a nie wiem już kompletnie nic.
  24. Witam. Przychodzę do Was z tematem który mnie męczy od jakiegoś czasu. Miałem dość krótki związek, 6msc, który zakończył się dość burzliwie. Same powodu są mi tak sobie jasne, sam jeszcze zbieram "dowody-powody". Na końcu dostałem kilka razy (2-3) brak szacunku od tej dziewczyny. Z ustaleń przy zerwaniu sama zadeklarowała, że mi przywiezie rzeczy (chciałem to zrobić sam na następny dzień, ale brak auta uniemożliwiał mi przewiezienie monitora, ona o nim pamiętała i tak mnie zbiła z tropu, taksówką bym to załatwił. Cóż, emocje). Po miesiącu od tego czasu napisała mi, który z 3 dni mi pasuje, bo chce oddać mi rzeczy. Wcześniej nie pytała w ogóle w ten sposób, tylko waliła termin bez pytania czy mam czas. Umówiłem się na jeden z nich. Przyjechała, stanęła w progu i zadzwoniła do drzwi. Otworzyłem je, schyliłem się po torby i kątem oka zobaczyłem, że zrobiła krok do przodu i stanęła. Poprosiła tylko o oddanie torby. Jak ją oddałem to zapytała czy mój kolega coś zrobił z jej meblem do łazienki (temat z czasu jeszcze związku). Odpowiedziałem co wiedziałem na ten temat, po czym popatrzyliśmy sobie chwilę w oczy i powiedziałem "no to hej". Odwróciła się i poszła. Chciałem się dowiedzieć, czy zrobiłem to jak jakkolwiek ok? Nie dostałem szacunku na końcu relacji jak potrzebował faktycznie pomocy dwukrotnie, nie zapytała o nic innego tylko o swoje sprawy. Czy mimo to powinienem ją zaprosić do siebie lub zaproponować nawet mały spacer? Wiem, że to się stało, chce poznać Waszę ocenę sytuacji. Sam jeszcze borykam się z tym, ponieważ normalnie to bym ją chętnie zaprosił, może nawet zaproponował jedzenie, ale tutaj znów byłem tylko kimś kto by jej miał coś załatwić i o to było pytanie. Może dobrze zrobiłem, bo pokazałem, że daje radę bez niej. Może powinienem być ponad to i odnieść się do niej jak do zwykłej koleżanki. Szczerze, jestem gdzieś na środku, pomiędzy odpowiedziami. Ostatnie co bym chciał jej zrobić, czy jakiejkolwiek innej dziewczynie to pokazanie się od strony chama lub chłopaczka po zerwaniu. Niestety mam wrażenie, że tutaj tak mogło wyjść. Emocje przed tym miałem ogromne. Jednak to mnie nie tłumaczy. Pozdrawiam Was
  25. Cześć. Jestem mamą wspanialych 9 miesięcznych bliźniaków. Mam cudownego męża. Wydaje sie ze jestem najszczesliwsza osoba na świecie. Pracuje na caly etat a po pracy zajmuję sie dziećmi i domem (przeciwne zmiany do męża). Wiem ze lepszej rodziny nie moglam sobie wymarzyć. Problem polega na tym ze sama siebie juz nie rozumiem. Ludzie postrzegają mnie jako spokojna, zawsze uśmiechnięta, zabawną kobietę. W głębi siebie pojawia sie często ogromny smutek, często wpadam w zlosc gdy cos nie idzie po mojej myśli, wtedy mam o wszystko pretensje do męża... Obrazam sie, nie mozna mi nic negatywnego powiedzieć bo zaraz popadam w szal... Czesto mąż spi a ja siedzę i płaczę w poduszke. Ciągle na cos narzekam. Zarzucam mu że ma niskie libido bo nie kochamy sie za czesto a tak naprawdę po np 3 tyg gdy ja czekalam zemoze cos bedzie to nagle mi się odechciewa gdy sie do mnie zbliża. Sama sie masturbuje. On lubi sex oralny, mnie to obrzydza ale to robie... Duzo mowie, mąż nie jest taki wylewny, dlatego jak zaczynam tylko poruszac ten temat ze sobie nie radze, to przewaznie mowi ze pewnie dostane okres bo zaczyna sie czepianie... Albo mowi co Ty, tym sie martwisz, przeciez niema czym, przestan. Wieczorem nie umiem sie wyluzować gdy wiem ze wstaje rano o 5 i boje sie ze zaspie, ze nie wyspie sie itp. Denerwuję sie nawet gdy on cos robi np zbyt wolno 🙉 albo to że gdybym ja nie mowila to moglibysmy siedziec w ciszy. Ale gdyby mi ktos powiedzial cos takiego co ja mowie do męża (do nikogo sie wiecej nie odważę) to bym plakala cała noc. Tak bardzo go kocham a wiem ze sprawiam mu ogromną przykrość... Potem przepraszam i zaluje ze znow niepotrzebnie mu cos mowilam. Z nikim innym o tym nie mówię, zawsze się uśmiecham i jestem pogodna. Sama juz siebie nie rozumiem, boje się bo to nie jest nie jest normalne zachowanie...

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Create New...

Important Information

Używając strony akceptuje się Terms of Use, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.