Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'samoocena'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 273 wyników

  1. Witam mam 21 lat i mam problem z moim chłopakiem z którym jestem 6 lat. Nasz związek zaczął się bardzo młodo ale od tamtego czasu widywalismy się codziennie, z czasem zaczęło się to zmieniać bo wiadomo w związku potrzeba trochę czasu bez drugiej połówki. Mój chłopak to straszny flirciarz, jakieś 3-4 lata temu prawie mnie zdradził z dziewczyną najlepszego kumpla(wybaczylam mu) a dziś czuje że to już nie jest to samo. Mam wrażenie że on jest że mną z przyzwyczajenia i strachu że nie będzie miał do kogo wracać. Od 6 miesięcy mieszkamy razem i mimo to czuje się bardziej samotna niż kiedykolwiek. Jak wychodzi wieczorami to ja kładę się do łóżka i ciągle płacze nawet nie wiem o co, zauważyłam że mam jakieś tiki nerwowe, ciągle o coś uderzam paznokciami lub skrobię. Kiedyś byłam bardzo radosna i gadatliwa A dziś wszystkim się przejmuje.
  2. Jestem Milena, mam prawie 30 lat, a czuję jakbym była dzieckiem. Nie potrafię udźwignąć dorosłego życia. Przeraża mnie każde zobowiązanie, kupno auta, mieszkania. Przeraża mnie perspektywa ślubu i posiadania dzieci. Czuję się bardzo samotna w moim związku i całym życiu, nie mam przyjaciół, jedynie znajomych. Od zawsze towarzyszy mi poczucie wyobcowania. Nie wiem jaka jestem, czego chce, czego nie, czuje się nijaka. Zmieniam się, żeby zyskać w oczach innych ludzi a oni i stronią ode mnie, pewnie czują moją zerową samoocenę. Jestem z rodziny niepełnej, dysfunkcyjnej, zawsze byłam mała stara, musiałam żeby pomagać rodzicowi i rodzeństwu. Nie wiem czy mogę być dda bo w moim domu problem z alkoholem był tylko w weekendy i na imprezach, rodzic nie zaniedbywał swoich zawodowych obowiązków ale wiem, że zaniedbywał mnie, mam o to ogromny żal a przed oczami smutne wspomnienia gdy zostawiał mnie samą bo wychodził pić. Nie wiem jak sobie poradzić, jestem bardzo zamknięta w sobie. Byłam u psychologa ale nie potrafiłam powiedzieć tego co najważniejsze.
  3. Od lat zmagam się z moją matką. Nie mam ukończonej jeszcze szkoły, więc wyprowadzić się i żyć na własną rękę byłoby mi trudno. Moja mama od w zasadzie kiedy pamiętam nazywała mnie idiotką, poje.. i innymi tego typu słowami, najczęściej wtedy kiedy nie radziłam sobie jeszcze w szkole podstawowej. Jeżeli zapomnę zrobić to o co mnie prosi np. Posprzątać, czy pozmywać to wyzywa mnie często od kur... i tumanów. Często mnie biła i grozi mi tym do tej pory. Myślałam, że po latach do tego przywykłam, ale myliłam się. Zaczęłam dziś szukać pomocy, niestety nie stać mnie na pomoc profesjonalisty. Jedyne wsparcie mam w moim narzeczonym. Nigdy nie miałam wsparcia ze strony mamy, dlatego, że nie akceptuje moich poglądów i mojej wiary, tak właściwie to nie akceptuje całej mnie. Traktuje mnie przedmiotowo. Bardzo proszę o pomoc, już nie daje z tym wszystkim rady.
  4. Jestem uczennicą technikum. Mam 18 lat, a zaczęło to się od 1 klasy gimnazjum. Mam kochająca rodzinę niczego mi nie brak siostrę i prawdziwa przyjaciółkę. To nic że klasa jest niezbyt przyjazna.Niby nie sprawiam problemów i wgl. Brak mi drugiej osoby ale jeszcze jest czas ok. Dobra to teraz niech ktoś mi wytłumaczy.. Dlaczego czuję się okropnie? Dlaczego mam ochotę zdechnąć? Dlaczego myślę że nikt mnie nie potrzebuje i nikt by za mną nie tęsknił? Dlaczego płaczę po nocach? Dlaczego wyzywam się przed lustrem potem ocieram łzy i wmawiam sobie ze tak nie powinnam bo wszystko mam a inni mają gorzej bo praktycznie nie mają nic? Czy ktoś mi wytłumaczy dlaczego? Jestem jakaś dziwna? Czy jak. Nie czuję dobrze się w tym świecie. Jakbym tutaj nie pasowała. A jeszcze często mam takie dziwne uczucia że chce cofnąć czas chce być dzieckiem już za tym tęsknię a tu już dorosłość studia mieszkanie bez rodziców. Owszem chciałabym się z tego uwolnić ale będzie mi w bardzo tego brakować.... Chcialabym by ktoś z rodziny nie siostra, rodzice powiedzieli mi.,, jestem z ciebie dumna,, tego chce. Po tym poczuje się lepiej. Poczuje się ważna.. Staram się pomagać innym i nawet jak komuś nawet źle życzę myślę żeby życie se ułożyła dobrze.. Czemu tak źle się czuję czy ktoś mi to w końcu wytłumaczy? Jestem na coś chora czy jak?
  5. Pamiętam, że od zawsze mówili, że jestem gruba. Kuzyni, siostry. Wtedy nie byłam. Dziś mam 26 lat, jestem żoną, matką. Stan mojego ciała ciągle się zmieniał, moje odchudzanie w pewnym momencie było paranoją, nie jadłam nic, nauczyciele w szkole zauważyli, chodziłam do szkolnego psychologa, gdzie ciągle mi powtarzano, że ja nie jestem gruba. Później przyszedł czas liceum, poznałam mojego obecnego męża, lekko przytyłam, ale nie było źle. Poszłam na studia, mieszkaliśmy razem, uprawiałam dużo sportu i ciągle miałam jakąś dietę, ciągle i nieprzerwanie w głowie miałam myśli : jestem gruba. Wtedy też nie bylam. Wyszłam za mąż, w sukni wyglądałam ok, rozmiar jakoś 40, czyli chyba XL, nie było tragedii. Jakoś trzymałam wagę. Zaszłam w ciążę z jednym dzieckiem, później z drugim. Mój brzuch jest pełen rozstępów. Dziś nie mogę na siebie patrzeć, kilogramy po ciąży szły w dół, później stanęło, ale niedawno poszło w górę. Rok temu poszłam do dietetyka, od tego czasu przytyłam 10kg. Miałam przecież schudnąć, ale ciągle sobie mówiłam, że dieta od jutra, od poniedziałku. Taka jest moja motywacja. Żadna. Nie potrafię wstać wcześniej, niż dzieci (nie chodzą jeszcze do żłobka, przedszkola) żeby na przykład poćwiczyć, nie potrafię się opanować przed jedzeniem słodkiego, ciągle muszę coś jeść. Szukam po szafkach, czy coś jest. Jak na przykład idziemy do dziadków, w głowie zaraz pojawia mi się, że babcia na pewno poda czekoladę lub cukierki i o tym tylko myślę. Nie potrafię skupić się na sobie, myślę ciągle o dzieciach, domu, o tym, że muszę mieć posprzątane. Nie mogę znaleźć, wygospodarować chwili tylko dla siebie. Z mężem jest ok, mamy dobry seks, dobre inne relacje. Ale wiem, że chciałabym dla niego wyglądać lepiej. Teraz jest tragedia, obwisły brzuch, tłuste, zaokrąglone ramiona. Nie mogę na siebie patrzeć. Nie potrafię znaleźć motywacji do działania, nie umiem sobie ustalić celu i do niego dążyć. Bardzo chciałabym schudnąć, ale nie potrafię znaleźć w tym wszystkim siebie. Kiedyś było inaczej, chciałam i schudłam. Dziś mam ogromny problem z samoakceptacją, z rozpoczęciem, wkręceniem się w to wszystko, żeby znów cieszyć się swoim wyglądem, ciałem. Sama nie wiem, czego oczekuję od Was. Może tego, abyście mi doradzili, jak znaleźć motywację i chęci do działania. Chcę byc dumna z siebie i swojej przemiany. Chcę znaleźć nową siebie, chyba jest dla mnie jeszcze szansa?!
  6. Mam na imię Gosia, mam 20 lat i nie wiem, co się ze mną dzieje. Od dzieciństwa zmagam się z problemami lękowymi. Pamiętam, że w szkole podstawowej bałam się zostawać sama w domu, cisza mnie przerażała, miałam wrażenie, że ktoś za mną stoi, albo wydarzy się coś bardzo złego. W liceum dołączyły do tego stany depresyjne. Wyglądało to w ten sposób, że byłam w jakimś miejscu, robiłam zwykłe rzeczy - uczyłam się, rozmawiałam, czytałam książkę i nagle ogarniała mnie fala smutku i beznadziei. Takie stany powracały z coraz większą częstotliwością, w końcu miałam dość, nie wiedziałam, co robić no i pocięłam się. Wiem, że to głupie zwracać na siebie uwagę w ten sposób... Mama zapisała mnie do prywatnego psychiatry, bo na prywatnego psychologa (ok. 100 zł w tygodniu) nie było nas stać. Dostałam leki. Początkowo trochę działało, trochę nie. Udało mi się dostać na terapię grupową, która była prowadzona na żenująco niskim poziomie, aż w końcu grupa się rozsypała. W chwili obecnej jestem na lekach o zwiększonej dawce. Są to leki antydepresyjne (Efevelon), do tego 2/3 tabletki trittico na noc, bo nie mogę spać. Mam jeszcze pigułki przeciwko nagłym atakom paniki. No i muszę przyznać, że może na jakiś czas objawy zostały stłumione, ale problem został. Stany lękowe i depresyjne wróciły, leki już niewiele dają. Jestem osobą nadwrażliwą. Byle co potrafi wprowadzić mnie w stan roztrzęsienia i przerażenia. Często miewam koszmary i wracają do mnie wizje, w których ginę w brutalny sposób, ktoś mnie gwałci, bije, albo w inny sposób dzieje mi się krzywda. Mam wrażenie, że podświadomie sama podsycam swoje lęki, które do mnie wracają i wracają. Dostanie się do dobrego psychologa na NFZ graniczy z cudem, szczególnie teraz, kiedy mamy epidemię. Jeśli ktokolwiek przyjmuje to raczej online, a w mieszkam w mieszkaniu z dwójką rodzeństwa. Nie mam własnego pokoju, ani prywatności, żeby odbywać terapię przez Skypa. Co robić?? Jest coraz gorzej. W dodatku Pani Ginekolog dopisała mi tabletki hormonalne ze względu na bardzo obfite okresy i ilość lekarstw, które muszę zażywać w wieku 20 lat mnie przeraża. Nie wiem, co robić, pomocy.
  7. Jestem studentką i mam 21 lat. Od 2 klasy liceum bez istotnego powodu miewałam doły, ale były one na tyle dużo że przepłam nie raz cała noc, gdy jednak łzy nie dawały mi ukojenia, łapałam za żyletki i się cięłam nie były to głębokie rany, ani tym bardziej chęć zwrócenia na siebie uwagi. Po prostu po nacięciu i wypłynięciu krwi czułam się jakby wraz z nią wypywaly moje smutki, trwało to około miesiąca może dwóch, przestałam. Miewałam dalej napady ogromnego smutku, ale i radości. Wtedy także miewałam i dalej je mam myśli samobójcze, zdawałam sobie sprawę, że było tak prościej zniknąć i nie martwić się matura, znajomymi, chłopakiem. Okres studiów oderwał mnie od tych myśli na dosłownie 3 misisace później znowu się pojawiły, gdy po zerwaniu z chłopakiem ten zaczął mnie nękać. Po kolejnych miesiącach zaczęłam się spotykać z innym który akceptował moje samookaleczanie w liceum i huśtawki nastroju, mimo że przy nim nie mam napadów smutku dalej mam ochotę umrzeć.
  8. Witajcie Kochani. Bardzo proszę przeczytajcie to, bo być może Wasze opinie (pewnie niektóre będą dość ostre) uratują moje życie. Moim problemem jest kwestia pracy, a opinia na jej temat mojego narzeczonego, aczkolwiek aby wyjaśnić Wam dokładnie na czym sprawa polega muszę trochę rozwinąć temat. Bardzo Was proszę o pomoc, ponieważ ostatnim czasem coraz częściej łapię się na tym, że opadam na dno. Do rzeczy: Mamy po 27 lat, narzeczeństwo od tego roku, po 8 latach związku. Początkowo pracowaliśmy i mieszkaliśmy razem, rozwijając swoją firmę jednakże potoczyło się w sprawach rodzinnych tak, że musiałam wracać do rodzinnego domu (wpływ toksycznej matki), aczkolwiek jak wydawałoby się wtedy On zgodnie ze mną stwierdził, że biznes upada, zamykamy, wracamy. Każdy z nas wtedy podjął inną pracę. On od tamtej pory (ok. 1,5 roku) pracuje ciągle w jednej firmie, transport. Ja natomiast początkowo pracowałam w delegacjach, praca dobrze płatna, aczkolwiek umowa zlecenie, z czasem zleceń było coraz mniej, aż dopadł nas koronawirus i ja straciłam pracę, a firma nie zapewniła mi tzw. postojowego. Przysłali wypowiedzenie i kontakt się urwał. Od marca do końca maja byłam bezrobotna, szukałam wszelkich prac, ale (i w tym momencie zobaczycie mój problem): - chciałam podjąć się pracy za granicą, wiecie, zbiórka owoców na 3 miesiące. Mój pomysł się nie spodobał, usłyszałam: "Jak pojedziesz, to nie będziesz miała tu do kogo wracać". Zrezygnowałam z pomysłu. - następnie moja przyszła teściowa przyszła z propozycją, że w markecie, w którym pracuje szukają osób. Usłyszałam: "Jesteś zbyt ambitna na taką pracę" (coś tam jeszcze było, ale wszystko opierało się na tym, że On by nie chciał abym tam pracowała). Zrezygnowałam. Pomieszkiwaliśmy wtedy w jego rodzinnym domu, aż pewnego kwietniowego dnia, Jego mama spakowała moje rzeczy w worki (nie było mnie przy tym), On zadzwonił i powiedział, że ona nie wyraża już chęci abym z nimi mieszkała. I tak musiałam wrócić do swojego rodzinnego domu. Miasto to samo. Głównie chodziło jej o to, że nie mam pracy, a reszta domowników miała to szczęście, że ich ta sytuacja nie dotknęła. W czerwcu znalazłam pracę w restauracji, oddaloną od mojego miejsca zamieszkania ok. 15 km. Jestem osobą nie cierpiącą kelnerstwa, gastronomii itp, ale zagryzłam zęby i pracowałam, ponieważ chciałam jak najszybciej zacząć zarabiać abyśmy mogli coś wynająć i zacząć razem mieszkać. I tutaj kolejne sprawy: - pamiętacie moją pierwszą pracę delegacyjną? Gdy tam pracowałam, narzekał, że mnie nie ma, Jego mama krytykowała tą pracę dość dla mnie zabawnym określeniem, a mianowicie: "Głupią masz tą pracę, ciągle cię nie ma". Wracając do jego opinii: "Tyrają cię tam, ja się chciałem oświadczyć w naszą 8 rocznicę, a musiałem wcześniej, bo nigdy nie wiadomo kiedy znów pojedziesz.." (Wracałam na każdy weekend, tak swoją drogą) - opinia z najbliższych tygodni? On: Fajną tą pracę miałaś. Pani teściowa: Dobra ta praca była, jeździłaś sobie itp. (PS. kocham jeździć, to w tej pracy sprawiało mi przyjemność ;)) - pamiętacie pomysł o pracy w markecie? Opinia z ostatnich tygodni - On: "Była praca w markecie, a ty nic nie robiłaś, a mogłaś tam iść". Pani teściowa: "No była tam praca, a ona sobie siedziała w domu". (- inni mi donoszą, wiecie o co chodzi ;)) Powróćmy do tematu pracy w gastro: Pracowałam od czerwca do sierpnia. Początkowo spoko, fajni współpracownicy, jednak szefostwo coraz częściej zwracało moją uwagę. Kilka kwiatków: widziałam szefa nago (słowa klucz: NAGO, RESTAURACJA - nie pytajcie), ciągle na mnie wrzeszczał za błędy które sam popełniał. Ogólnie nie ma sensu się rozpisywać, ponieważ możemy podsumować to słowami patologia + kabaret. Problemy: - nie widywaliśmy się w ogóle, ja nigdy nie wiedziałam kiedy skończę (kto pracował w gastro ten wie), on nie chciał spać u mnie, ja u niego wiecie nie bardzo (pani teściowa...) - pamiętacie, że podjęłam gastro, bo mieliśmy wynająć mieszkanie. I już, już wybrane ogłoszenia z neta, już o krok od oglądania i wybierania dogodnego lokum... On: "W sumie nie opłaca się wynajmować, lepiej jakbyśmy kupili, ja zarabiam, wezmę kredyt". Wiadomo ja bym dokładała swoją dolę. Wybraliśmy dwa interesujące nas mieszkania. Mi przypadło dzwonienie do agentów w celu umówienia się na spotkanie, omówienie spraw z doradcą kredytowym itp. Ale poimprezował i zapomniał o terminie, a ja w złości mu nie przypomniałam i temat zdechł. Wiem, mój okropny błąd, że się tak uniosłam... i na tym straciłam, aczkolwiek: - od jego kolegi dowiedziałam się, że powiedział iż ja postępuję zbyt pochopnie, napaliłam się na te domy a ciągle zmieniam pracę, nie jestem stała finansowo itp itd. Zapytałam Go o to, a On mi odpowiedział, że to nie On powiedział, a jego kolega. (Chciałabym wstawić tu emotkę, która wyrażałaby coś w stylu WTF?!?!?!) Nie drążyłam tematu. I doszliśmy do aktualnego miesiąca. Znalazłam pracę, blisko domu, 3 dni pracujące, mały sklep, jestem na razie na przyuczeniu. Mieszkam w uzdrowisku, więc planuję dorabiać na czarno w dni wolne. I robimy kółeczko moi drodzy - On: No nie wiem, jakbym ja był na Twoim miejscu to wolałbym za młodych lat zapieprzać, żeby jak najwięcej zarobić, a na starość mieć taką spokojną pracę. No i jesteśmy na końcu, a teraz to co ja czuję. JESTEM ROZDARTA. Ciągle płaczę, nie radzę sobie, chcę aby było już dobrze, marzę o tym by móc w nocy z nim zasypiać, zajmować się sprawami domowymi, gotować i oczywiście nadal pracować. Ale tego nie ma. Budzę się z poczuciem jaka jestem beznadziejna, że nie potrafię znaleźć sobie czegoś, dzięki czemu mogłabym zarabiać więcej niż niecałe dwa tysiące. Aaa jeszcze jedno: ofert pracy miałam trzy, to nie tak, że wybrałam sklep, bo łatwo. Dwaj poprzedni pracodawcy byli bardzo niekonkretni i ciągle mnie zwodzili, że zadzwonią, a gdy ja dzwoniłam to nie odbierali. Wracając do moich żali: czuję się nic niewarta, nadal wszyscy mi donoszą jak to pani teściowa określa mnie jako osobę niestabilną zawodowo, a ja w swoim mniemaniu uważam, że robię wszystko by było już dobrze. Z twardej dziewczyny stałam się wrakiem i owszem jestem aktualnie niestabilna, ale emocjonalnie. Gdy już czuję, że mi się uda, dostaję kolejny strzał o tym jakich to słabych stanowisk się podejmuję. Mam napady, że utwierdzam się w przekonaniu, że będę robić swoje i znów twardo stąpać po ziemi, po czym opadam. Nie jestem szczęśliwa, bo wiem, że nie zarabiam na tyle, na ile inni by oczekiwali. BŁAGAM WAS POWIEDZCIE MI CO O TYM SĄDZICIE. CHCĘ TO WSZYSTKO USTABILIZOWAĆ I URATOWAĆ, ALE JUŻ NIE WIEM JAK. (ps. kocham go i nie zostawię, gdyby komuś przyszła na myśl taka propozycja to z góry ją odrzucam)
  9. Witam, Mam na imię Katarzyna, mam 29 lat, skończyłam studia, pracuję w zawodzie, mieszkam na obrzeżach dużego miasta. Ogólnie wiodę udane i szczęśliwe życie, mam wspaniałego partnera, dogaduję się z rodziną, mam paru przyjaciół. W grupie jestem postrzegania jako ta wygadana, zabawna, klasowy klaun, pewna siebie, ale... Stan, który odczuwam raz mocniej raz słabiej ciągnie się właściwie od dzieciństwa. Opisałabym to jak klocki, które układały się jeden na drugim. Jestem na etapie, że nie ignoruje tego, nie chowam głębiej w sobie. Zaczyna przeszkadzać mi to w rzeczach na które długo pracowałam. Przykład z dziś: byłam tak rozkojarzona, nie chciało mi się w ogóle dotykać pracy, wolałam zadzwonić do szefa i się zwolnić niż zacząć trudne zadanie. To zadanie po prostu mnie przerosło, nie miałam wsparcia. Miałam dziś ochotę leżeć i nic nie robić, ale płakałam i zmuszałam się do pracy. Nie wychodziło mi, nie wiedziałam jak zrobić pewne rzeczy i znów narastał gniew, irytacja. Od jakiegoś czasu miałam od tego spokój. Teraz znów wróciło. Nie mam żadnej motywacji, żeby się umyć czy wstać z łóżka. Zmuszam się, wyciągam się na siłę. Potem nagradzam się czymś przy czym nie myślę: serial, telefon, sprzątanie. Od dłuższego czasu nie chce mi się dbać o siebie, jeśli gdzieś wychodzimy to ograniczam się do minimum. Nie lubię przebywać ostatnio wśród ludzi, ale staram się z tym walczyć i sama inicjuję spotkania. Moje pasje porzuciłam w kąt, niepowodzenia tylko mnie zniechęcały. Stresowałam się, że nie wychodzi mi tak dobrze jak innym, że ja się nie nadaję. Kiedy byłam nastolatką potrafiłam spać po 18 godzin na dobę, czasem mniej. Ale zawsze ok 12h. Wolałam spać niż czuć to. Teraz mam podobnie, ale staram się nie spać długo. Ograniczam sen do zdrowego minimum, staram się korzystać z dnia, robię listę zadań. Ale czasem gdy to uderza, wole spać. Po co mam wstawać skoro i tak coś źle zrobię? Beze mnie świat nadal będzie się kręcił, więc zostanę w łóżku. Moim motywatorem jest pies, zawsze dbam o jego ilość spacerów, smakołyki i zabawy. To pomaga, ale też nie zawsze. Jeśli tylko ogarnę jego podstawowe potrzeby kładę się obok niego i po prostu leżę. Nie chcę robić nic innego, nie mam siły. Niestety, ale sporo czasu poświęcam na porównywanie się do innych. Mam niską samoocenę, a jeszcze sama sobie dokładam. Staram się nad tym pracować. Nie zazdroszczę, sama komplementuję znajomych i ich wspieram. Tylko ten mały głosik mówi, że gdybym pracowała ciężko to może osiągnęłabym podobny efekt. Albo gdybym tyle nie jadła byłabym tak szczupła jak ona. Staram się to zamieniać w pozytywy. Szukam w tych przypadkach motywacji, inspiracji. Wysyłam coś pozytywnego do nich, chwaląc czy pokazując innym co świetnego robią. Ale czuję się niezauważana. Przykład: moja przyjaciółka ostatnio rozstała się z partnerem, bardzo to przeżywała. Poświęciłam się w pełni dla niej, starałam się być przy niej, rozmawiałyśmy. Starałam się jej pokazać szerszą perspektywę. Inna zaczęła zdrowy związek, więc razem z nią cieszyłam się. Starałam się być dla nich taką przyjaciółką, którą ja chciałabym mieć. Ale ja nie umiem powiedzieć wprost, że czuję się fatalnie. Jeśli ktoś zapyta to odpowiem. Inaczej milczę. I niestety nikt nie pyta, a tylu ludzi mam obok siebie. Poza moim partnerem, który czyta ze mnie jak z książki. Jest ogromnym wsparciem, gdyby nie on nie wiem gdzie bym teraz była. Czy to źle, że nie umiem powiedzieć przyjaciółkom, że coś mnie gnębi? Nie umiem o tym rozmawiać. Tyle razy w głowie odgrywałam te dialogi, ale nie miałam odwagi. Przez to, że jestem milczkiem zauważyłam ile osób mówi tylko o sobie, bez żadnej refleksji. Czasami potrafię z kimś siedzieć parę godzin i czuję się jak psycholog Ja czasami mam wyrzuty sumienia, że zawracam sobą kogoś głowę. Że mówię za dużo o sobie i to już za wiele. W mojej rodzinie nie mówiło się o emocjach. Moja mama ignorowała pewne sygnały. Czułam się opuszczona. Ale sama staram się iść dalej, pracować nad tym. Po prostu są dni, że jest strasznie ciężko. Czuje się mała, sama, słaba, nijaka. Oczywiście to przechodzi, na chwilę. I zaczyna mnie to irytować, chciałabym być normalna, nie mieć tego w głowie. Nie miałam łatwego dzieciństwa, okres dojrzewania też dał mi w kość. Lecz pomimo to starałam się iść dalej. Walczyć o swoje, swoje pasje i marzenia. czasem mam wrażenie, że chcę przebić szklany sufit. Moje plany o studiach spotykały się ze zdziwieniem. Czasem mam wrażenie, że to moje parcie na przód mnie wpakowało w taki stan psychiczny. Może gdybym trzymała wszystko na "swoim" poziomie byłabym normalna. Czasami zaciskam zęby i idę dalej, ale czuje że brakuje mi już siły. Na udawanie, że ze mną jest zawsze ok. Z góry dziękuję za pomoc, porada pewnie pomoże mi w podjęciu decyzji. Katarzyna.
  10. Cześć. Mam 25lat,pracuję w gastronomii, mieszkam z chłopakiem i psem. Od zawsze czułam się wyalienowana czy to w rodzinie, czy w szkole, czy na podwórku. Spędziłam setki godzin na czytaniu o typach osobowość, szukałam wyjaśnień w horoskop ach i innych gusłach jak i w pochodzeniu. Cały czas czuję potrzebę zmieniania siebie, bo czuję, że nie pasuję, albo jestem nie taka jak być powinnam. Każdą sekundę świadomie lub podświadomie zastanawiam się czy wszystko robię odpowiednio( czy to są większe przedsięwzięcia czy zmywanie naczyń) zgodnie z tym czego wymagają ode mnie ogólnie przyjęte zasady, Bóg, rodzina, znajomi, chłopak, sąsiedzi, kierownik, klienci, a nawet pies czy przypadkowo mijają osoba. Każdą interakcję z drugą osobą staram się zaplanować, żeby na pewno wzbudzić w niej pozytywne emocje. Od dłuższego czasu nie radzę sobie. Gdy zostaję sama(lub w tramwaju wśród obcych) bardzo często płaczę. Odczuwam ogromną pustkę w środku, nie kontroluję swoich emocji. Staram się być radosna i dawać radość innym, ale po dłuższej radości czuję ogromne zmęczenie fizyczne. Proste czynności mnie przerastają lub zajmują dużo czasu. Większość czasu spędzam smutna, bo uważam, że jestem beznadziejna i za nic nie potrafię być z siebie dumna. Ostatnio przestało mi przeszkadzać władowywanie złości na innych, czy też złożeczenie innym i nie potrafię tego wyplewić. Towarzyszą mi też różne lęki, w większości przyziemne. Czy takie objawy kwalifikują się do wizyty u psychologa? Czy w dobie koronowirusa jest możliwość umówienia się na wizytę stacjonarnie? Od tygodnia próbuję się zebrać i zadzwonić na linie dla osób w kryzysie psychologicznym, ale głupio przyznać, wstydzę się. Pozdrawiam serdecznie
  11. Witam. Opiszę sytuację których nie potrafię ocenić na chłodno. Nie potrafię ich zrozumieć. Mam 26 lat jestem kobietą, pracuję. Opiszę w skrócie od poczatku mojego życia co sie wydarzyło i czy ma to powiązanie. Dzieciństwo mialam trudne przez ojca alkoholika. W domu bylo duzo krzykow, agresji i strachu i biedy. mama nie miala nigdy problemów z alkoholem i nie pila z tatą ale nigdy nie rozstala sie z ojcem i do tej pory mieszkają razem. Po skonczeniu szkoly sredniej stwierdziłam, ze muszę sie wyprowadzić bo pijany ojciec wzbudzał we mnie ogromną złość i w domu bylo duzo klotni miedzy nami gdy byl w ciagu alkoholowym i juz sie go tak nie bałam jak za dzieciaka. Zamieszkalam z chlopakiem z ktorym wynajelam mieszkanie. Bylam z nim 7 lat ale ostatnie 2/3 lata zwiazku byly okropne. Znowu pojawiala sie agresja slowna, rzucanie przedmiotami itp. Sama nas utrzymywalam a on wiecznie nie potrafil utrzymać pracy w dodatku mnie zdradził. Chcialam odejść ale bałam sie samotności i balam sie tez tego co z nim bedzie gdy go zostawię samego na "lodzie". Wkoncu sie zabrałam i odeszlam razem z dlugami które powstały gdy byliśmy razem i do tej pory je spłacam. Moj obecny partner jest spokojny, cieply, pelen czułości, zaradny, wyedukowany i starszy ode mnie o 5 lat. Ostatnio jest bardzo zle miedzy nimi. On zarzuca mi brak czulosci( a ja z reguły nie jestem wylewna uczuciowo), brak szacunku i ponoc tak samo twierdzą osoby z jego otoczenia. Nie rozumiem tego, czy ja nie widze swojego zachowania ? Nie wiem czy on ma rację. Jestem nerwusem i często mówię pochopnie rzeczy, ktorych nie przemyśle i żałuję. Z charakteru jesteśmy oboje uparci. On uważa, ze kobieta powinna sie podporządkować mężczyźnie w związku a ja nie do konca sie z tym zgadzam. Bardzo go kocham ale na kazdym kroku jestem krytykowana za swoje zachowanie i nie wiem czy ta krytyka jest w porządku. Czuje, ze nie jestem nic warta i nie zasługuje na takiego czlowieka. Czuje sie gorsza. Nic mnie juz w zyciu nie cieszy przez to, ze cały czas jestem na sinusoidzie. Nie mam energii w sobie, radości z życia. Czuje, ze wegetuje. Moj partner chce mnie zostawic bo ponoc swoim zachowaniem go unieszczęśliwiam. Ale ja nie potrafię go puścić wolno. Jest calym moim swiatem dla niego rzuciłam wszystko i przeprowadziłam sie do innego miasta. Nie mam z kim o tym porozmawiać. Nie chce opinii ludzi postronnych. Czy jestem człowiekiem toksycznym ? Czy powinnam uczęszczać na wizyty do psychologa ? Czy to pomoże mi w okielznaniu tych złości i pomoże mi podnieść samoocenę?
  12. Witam serdecznie. Mam 26 lat, pracuję, mieszkam sam i nie mam znajomych. W sumie może i mam ale takich od święta bardziej. Rozstałem się z dziewczyną prawie dwa lata temu (po 6 letnim związku) i od tamtej pory mieszkam sam. Od lat mniej lub bardziej gryzie mnie chyba depresja - zwłaszcza w tym roku ciężko bywa. W zeszłym roku otarłem się o bycie bezdomnym kiedy dwa razy w ciągu w zasadzie miesiąca straciłem mieszkanie i trafiłem na fatalnych współlokatorów po czym nie miałem gdzie mieszkać - sypiałem pewien czas u znajomych gdzie akurat była taka możliwość. Zwykle uciekałem w pasje przed negatywnymi myślami czy uczuciami ale w tym roku tak się złożyło że stało się to nie możliwe dla mnie. No właśnie, mam depresję. Chyba bo nigdy żaden profesjonalista mi tego nie zdiagnozował - nie żebym miał czas i pieniądze na spotykanie się z psychologiem (dlatego piszę tu). Kiedyś lekarz stwierdził przy innej okazji że mam "nerwicę somatyczną" - w sensie przy dużej ilości stresu odczuwam fizyczne objawy typu duszności - ale z drugiej strony był to kiepski lekarz więc... Aha, ataki paniki też się zdarzyły. Czuję po prostu pustkę w sobie. Nadmiernie analizuję wszystko co mi ktoś mówi - zwłaszcza krytykę. Wydaje mi się że ludzie z jakiegoś powodu uciekają ode mnie. Brzydzą się mnie? Nie wiem. Kiedy pytam dlaczego to zawsze pada odpowiedź "nie wiem" albo jakaś wymijająca. Nie mam żadnych znajomych z którymi mógłbym się spotkać czy nawet zadzwonić i porozmawiać. Bywają często dni że poza klientami w pracy nie rozmawiam z nikim. Jak już wejdę w jakąś znajomość to zwykle po pewnym czasie ta osoba po prostu przestaje się do mnie odzywać. Próbowałem zapełnić tą pustkę pieniędzmi kupując sobie gadżety czy ostatnio samochód ale to pomaga tylko na chwilę - czyli się myliłem, nie da się zastąpić kontaktów między ludzkich rzeczami. Ostatnio też gorzej się odżywiam - jestem jedną z tych osób która gdy się stresują to mało jedzą. Straciłem już chyba wiarę w ludzi. Każdemu ciągle gdzieś śpieszno, każdy ciągle na kogoś jest zły, każdy ciągle ma jakieś pretensje. Nie nadążam za tym i nie chcę się przywiązywać do tego i chyba też dla tego zacząłem unikać ludzi ostatnio. Chcę spokoju a nie ciągłych kłótni i biegu. Próbuję to zaakceptować i albo przeczekać albo po prostu nauczyć się z tym żyć ale po ostatnim urlopie kiedy spędziłem parę dni z rodziną przypomniałem sobie jak bardzo tęsknię za bliskością drugiej osoby. Chciałbym teraz zadać jakieś konkretne pytanie ale ja już naprawdę nawet nie wiem jakie pytania miałbym zadawać. Może "czy mogą liczyć na jakąś poradę?"? Nie wiem. Mam malutką nadzieję że ktoś mądry napisze coś co jakkolwiek by pomogło. PS. Tak, myśli samobójcze też bywają ale raczej nic by z tego nie było - brak odwagi i za dużo do stracenia. Pozdrawiam, M.
  13. Witam jestem dwodziestoletnim mezczyzną i potrzebuje pomocy a raczej opinii osób bardziej zaznajomionych i bardziej doświadczonych w sprawach emocji relacji miedzyludzkich ludzkiej psychiki itd. No wiec wszystko zaczęło się nawarstwiac 5 lat temu dokladniej mysle ze po śmierci mojego ojca czyli najważniejszej osoby w moim życiu. Przezylem szok co jest raczej normalne ale po tym wydarzeniu wszystko zaczęło przybierać gwałtowny i bardzo negatywny kierunek. Otóż chciałbym się dowiedzieć czy jest osoba którą na podstawie przedstawionych danych a raczej objawów czy zachowań będzie w stanie określić i ocenic do jakich zmian w mojej psychice doszło i może oszacować i polecić najlepsza formę walki bądź leczenia. Wiec zaobserwowalem pewne niepokojace objawy bądź stany m.in problemy ze snem od kilku lat bardzo późno chodze spać ciężko mi się wysypiac i często jestem zmeczony, kiepskie samopoczucie bardzo często oraz fakt ze do zmiany mojego humoru wystarzcu mała rzecz przez którą od razu staje się smutny wkurzony mimo ze wszystko było okej , obnizona samoocena oraz brak wiary we własne umiejętności brak bycia pewnym ze jestem w czymś dobrym badz ze cos potrafię, zamkniecie się w sobie co prawda z natury jestem intowertykiem ale przez śmierć ojca oraz pozniejsze odrzucenie wielu osób zacząłem zamykać sie na innych bardziej niz kiedykolwiek indziej zacząłem pałać wręcz nienawiscia i pogarda dla ludzi mimo ze ich nie znam to czasem mam myśli ze każdy jest kimś złym w tym świecie tylko udaje zakładając maskie bo tego wymaga społeczeństwo i przystosowano się do życia w nim następną rzecz to właśnie niesmialosc i pewnego rodzaju brak przystosowania do życia w społeczeństwie stresuja mnie najmniej poważne sytuacje społeczne gdy tylko trzeba wejść w interakcje z ludźmi przeżywał wewnętrzny niepokój i niechęć. Takich zaobserwowanych nietypowych i trochę niepokojących objawów o ile można tak to nazwać zaoobserwowalem trochę więcej ale żeby się nie rozpisywac aż tak zadań konkretne pytania zastanawiać się czy sa ludzie nie z dłoni do miłości do wchodzenia w relacje z ludźmi poprzez doswiadczenia z przeszłości czy mogę jakoś nad tym pracować następnie zastanawia mnie czy na każdy z tych objawow jest jakiś rodzaj terapii oraz formy leczenia bądź formy starania się pracowania nad tym zależy mi na odpowiedzi ponieważ znalazłem się w punkcie w którym samemu nie dam rady sobie poradzić z tym wszystkim dowiedzieć się tego jaki jestem co konkretnie mi jest do jakich zmian w moim myśleniu oraz psychice doszło i czym to wszystko jest spowodowane dlatego zwracam sie z prośbą takiej pomocy do osób bardziej wyspecjalizowanych oraz bardziej kompetentnych w tej dziedzinie Z gory dziekuje za każda odpowiedz w razie niewystarczających opisów mnie bądź mojego dziecinstwa badzcow które wpłynęły moim zdaniem na to wszystko na miejsce i sytuacje w którym jestem postaram się odpowiedzieć i uzupełnić mój opis jednoczesnie przepraszam za brak znaków interpunkcyjnych i chaotyczna formę mojej wypowiedzi mimo to licze na konkretne odpowiedzi.
  14. Witam, mam 18 lat i potrzebuje porady gdyż nie rozumiem samej siebie. Jestem osobą słabą psychicznie i bardzo wrażliwą, w przeszłości miałam stany depresyjne oraz myśli samobójcze (aktualnie już ich nie mam, prawie) odkąd pamiętam słabo radzę sobie emocjonalnie i wpadam w załamania, jestem bardzo nie stabilna i mój nastrój potrafi zmienić się w ciągu kilku minut. Raz jest świetnie zaraz okropnie. Raz zamykam się w domu a zaraz chce przebywac cały czas z ludźmi. Czuje bardzo duży nie pokój przed odrzuceniem (to mój największy problem) i nie wierze ze mogę być dla kogoś istotna, chociaż sama nie wiem czy to realny strach ale towarzyszy mi on każdego dnia. Szukam cały czas na to dowodów w zachowaniach innych, ale również czesto pakuje się w toksyczne relacje (ostatnio w takiej byłam i ciężko to przeżyłam). Wszystko przeżywam i analizuje. Czuje ze jestem nie wystarczająca i nie zasługuje na nic dobrego. Mam tez zachowania samodestrukcyjne i wiem o tym lecz i tak podejmuje działania które tylko to podsycają. Gdy czuje duży stres lub gniew nie umiem zapanować nad emocjami, czuje się bezsilna jakby w potrzasku. Trzymam to wszystko w sobie bo nie umiem inaczej i mam w głowie to ze dla nikogo nie jestem ważna. Boje się tez przyszłośc, ze sobie nie poradzę i nie wiem sama dokładnie co chciałbym robić. Na prawdę nie rozumiem siebie i sama nie wiem co czuje. Ostatnio natrafiłam na artykuł o borderline i zagłębiłam się trochę w ten temat ponieważ czułam jakbym czytała o sobie, jakby ktos wszedł mi do głowy i to opisał. Wszystko tak jakoś w koncu ułożyło się w całość. Oczywiście to tylko moje przypuszczenia ale wydaje mi się, że mogę mieć osobowość borderline i nie wiem co powinnam z tym zrobić. Wiele razy próbowałam udać się do psychologa lecz nie mogłam się przemóc (jedynie kilka lat temu przy stanach depresyjnych, ale wtedy tez uciekłam od tego). Przepraszam ze jest to takie chaotyczne ale inaczej nie umiem tego opisać.
  15. Witam. Jestem 18-letnią uczennicą technikum. Od pewnego czasu moje życie przestało sprawiać mi taką radość jak wcześniej. Zacznę może od początku. Dziesięć lat temu przyszywany dziadek mnie molestował. Po powiedzeniu o tym rodzicom obiecali, że nigdy więcej go nie spotkam, niestety do dziś bywa na spotkaniach rodzinnych. To nie jedyny incydent ze złym dotykiem ponieważ jakieś dwa/trzy lata temu kolega taty po pijanemu również próbował mnie dotykać w intymnych miejscach (o tym rodzice nie wiedzą, nie powiedziałam im, ponieważ i tak by to nic nie zmieniło, a on był przecież pijany i na drugi dzień nic nie pamiętał). Przez jakiś czas miałam lęk przed nagłym dotykiem, ale jakoś się to unormowało przy aktualnym chłopaku. I tu pojawia się kolejny problem, bo doszliśmy nawet do etapu gdzie próbujemy przeżyć pierwszy raz. Próbujemy, bo nie wychodzi. Zaciskam się mimo że mu ufam i nie wiem z czego to wynika. Oprócz tego moi rodzice od jakiegoś czasu obydwoje przebywają za granicą. Ja mieszkam z dziadkami (babcia codzień mówi jak beznadziejna jestem i krytykuje wszystko co robię, a staram się naprawdę) i dwójką młodszego rodzeństwa. Tak naprawdę od początku kwarantanny zauważyłam u siebie znaczny spadek nastroju, który z każdym dniem zaczął się pogłębiać. Odcięcie od znajomych i technikum oraz szkoły muzycznej bardzo mnie zdołowało. Do tego pochodzę z małej miejscowości i na codzień mieszkam w internacie, w obecnej sytuacji docinki babci słyszę codziennie a nie tylko w weekendy. Mój chłopak ma nerwicę lękową, a u taty po badaniach wyszło bardzo dużo chorób i martwię się o niego. Na początku bagatelizowałam sprawę, ale teraz boli mnie brzuch codziennie, płaczę co noc często bez powodu, obwiniam się o wszystko i przywdziewam maski. Mam ogromne kompleksy dotyczące wyglądu. Mało śpię i zauważyłam, że wszystko robię sztucznie. Mam problemy z koncentracją, czasami trzeba do mnie mówić po kilka razy żebym zrozumiała. Kiedy próbowałam się kochać z chłopakiem pierwszy raz dostałam ataku, nie mogłam się uspokoić przez godzinę, drapalam się po ciele i nie pozwalałam dotknąć z tego co mi mówił. Miewam bardzo krótkie chwile kiedy wszystko jest okej, ale wystarczy, że ktoś krzywo na mnie popatrzy i cały dobry nastrój odchodzi. Zastanawiam się co z tym wszystkim zrobić. Jestem umówiona na wizytę do psychologa, ale termin oczekiwania to trzy miesiące. Czuję, że nie dam rady tyle wytrzymać i później pójść do gabinetu żeby się dowiedzieć że może po prostu przesadzam. Nie wiem czy to chwilowy kryzys czy jakieś poważniejsze schorzenie. Proszę o jakąś poradę co bym mogła zrobić w tej sytuacji. Z góry dziękuję
  16. Witam mam 30 lat od pewnego czasu czuje ze tracę nad sobą kontrolę wpadam w dołki bardzo silne brakuje mi wsparcia osób bliskich i staram się szukać u kogoś obcego z tego wszystkiego zaczęłam nadużywać alkoholu w sporych ilościach zawsze wierzyłam że jestem silna osoba ale ostatnio brak motywacji do czego kolwiek od miesiąca jestem na zwolnieniu przez zabieg na nadgarstek i siedzę sama w domu i poglebiam ten stan bezradności moja partnerka nie stety pracuje co dzień całymi dniami . Znajomi sa ale nie wtedy kiedy potrzeba wiadomo każdy ma swoje problemy nie jestem w stanie iść do psychologa i porozmawiać bo wiem ze nie wy krztusze słowa a to co powiem wyda mu się śmieszne dlatego wolę pisać patrząc na ceny konsultacji online załamałam sie i znów dobiłam ze nie mogę sobie pozwolić na takie koszta mam dosyć duże wahania nastroju czuje sie nie potrzebna bezwartościowa osoba z brakiem chęci do życia gdy miałam 15 lat było podobnie pojawiły się pod cięcia żył próby samobójcze później zaczęło się układać i teraz to dziadostwo znów wróciło.
  17. Dzień dobry, Mam 16 lat (tak, wiem, że ten portal jest dla dorosłych) i zastanawiam się czy to przez co przechodziłam to mogła być depresja. No więc, zaczęło się parę lat temu gdy mialłam bardzo złe stosunki z rodzicami, non stop się z nimi kłóciłam, o wszystko, ale w to wolę się nie zagłębiać. W każdym razie moje kłótnie z rodzicami doprowadziły do tego że pokłóciłam się ze wszystkimi przyjaciółmi i zostałam sama. I wtedy się zaczęło... Cały czas byłam smutna, bardzo często płakałam po kątach, nie akceptowałam siebie. Po jakimś czasie zaprzyjaźniłam się z dziewczyną, która się nade mną znęcała (zdarzało się że mnie rozbierała na korytarzu szkolnym przy wszystkich, podglądała mnie w łazience, biła mnie) ale była moją jedyną przyjaciółką więc jej się nie sprzeciwialam, ale z nią również się pokłóciłam. Po tej sytuacji zaczęłam być co raz bardziej zdołowana, miałam co raz częściej myśli samobójcze, nic mi się już nie chciało, miałam po prostu dość. Kłótnie z rodzicami się nasiliły, nie potrafiłam spojrzeć w lustro i się przy tym nie rozpłakać. Miałam problemy ze snem, zdarzały się nie przespane noce. Rodzice i nauczyciele wysyłali mnie do różnych psychologów, ale z żadnym nie chciałam rozmawiać. Wmawiałam sobie że jak wyjadę do liceum to zacznę od nowa i wszystko będzie lepiej. Cały ten okres trwał ze 3 lata. Gdy wyjechałam do liceum, zamieszkałam w Bursie, do domu przyjeżdżam tylko na weekendy to zaczęło mi się trochę układać, żyję mi się trochę lepiej. Mam przyjaciół. Ale często zdarza mi się płakać gdzieś w łazience, bo nadal się nie akceptuje, pomimo że nie uważam się za jakąś grubą, to od pół roku codziennie robię ćwiczenia żeby wyglądać lepiej, ale widzę że nic mi to nie daje bo moje siostry, które są zdecydowanie ładniejsze ode mnie, nie robią żadnych ćwiczeń a i tak są zgrabniejsze niż ja. Może to zabrzmi trochę głupio, ale w moim wieku prawie każda dziewczyna miała już chłopaka. Ja nie i wątpię że sobie go kiedyś znajdę, a chciałabym. Chciałabym po prostu nie być sama. Niestety dziewczynom takim jak ja rzadko się to udaje. Zobaczyłam trochę z tematu, chciałabym wiedzieć czy to przez co przechodziłam, to mogła być depresja? Z góry dziękuję za odpowiedź i pozdrawiam serdecznie.
  18. Dzień dobry. Jestem kobietą i mam 18 lat. Jestem osobą nieśmiałą i boję się kontaktów z obcymi ludźmi. Od ok. 7 miesięcy zaczęłam się bardzo zmieniać. Odczuwam duży niepokój głównie związany z moją przyszłością. Boję się że nie dam rady ułożyć sobie dobrego życia. Bardzo często nachodzą mnie "depresyjne" myśli, że jestem beznadziejna i nic nie warta. Stałam się znacznie bardziej zdenerwowana i zestresowana. Czuję w sercu coś w stylu ścisku, który utrzymuje się już przez długi czas. Bardzo męczy mnie niemożliwość do zrelaksowania się, niemożliwość do pozbycia się tego ścisku w sobie. Metody, które wcześniej działały relaksująco (głównie słuchanie spokojnej muzyki) już nie działają. Gdy próbuję odpocząć od razu nachodzą mnie myśli że nic nie robię i jestem beznadziejna, bo mogłabym zrobić pożyteczne rzeczy (głównie chodzi o projekty graficzne, które wystawiam na sprzedaż by trochę zarobić). Do tego doszedł ogromny brak motywacji do zrobienia czegokolwiek i niechęć do wychodzenia z łóżka, mimo że od zawsze byłam rannym ptaszkiem i nie miałam z tym żadnego problemu. Nie mówiłam o tym problemie nikomu, bo spodziewam się negatywnej reakcji i porównania do "kolejnej głupiej dziewuchy, która wymyśla sobie choroby psychiczne bo teraz jest na to moda". Obawiam się również podobnej myśli u psychologa przez to wstydzę się poprosić o pomoc. Czuję się już bardzo zmęczona sobą i nie wiem co się ze mną dzieje. Czy to nerwica? Czy może rzeczywiście jestem tylko tą głupią dziewuchą? Z góry bardzo dziękuję za poświęcony czas i odpowiedź.
  19. Najtrudniej zacząć... 32 letni kawaler, z niewielkim związkowym i towarzyskim stażem, leniwy, ale zarabiający. Ten wpis to mniej wołanie o pomoc czy poradę, a raczej próba trzeźwego spojrzenia na swoje dotychczasowe życie i wypuszczenie z siebie chociaż odrobiny pary. Zmotywował mnie do tego tekstu telefon. Tak, zwykły telefon. Obcy numer na wyświetlaczu. Chyba dość powszechny problem. Nadziwić się nie mogę, że pomimo tak wielu lat i rozmów, w dalszym ciągu dźwięk telefonu sprawia, że zaczyna ściskać żołądek, głos zaczyna się łamać, dłonie stają się wilgotne, a telefon wyciszony, rzucony w kąt, delikatnie, żeby przypadkowo go nie odebrać. "Przecież mogę nie odebrać, nie mieć go przy sobie, moje prawo". Tak, ale przy okazji nieprzyjemne poczucie, że znowu się przegrało ze swoimi słabościami, a i ta zwykła ciekawość kto i w jakim celu dzwonił, jest niezaspokojona. Chowanie się za firankami po przeskrobaniu czegoś albo podczas nieoczekiwanej, niezapowiedzianej wizyty gości. Na rodzinnych obiadkach wpatrywanie się w stół przez kilka godzin, byleby uniknąć wzroku innych ludzi, a przede wszystkim Ich pytań. U paroletniego dziecka jest to niepokojące, ale przecież to jeszcze nie katastrofa. "Jest nieśmiały, z wiekiem się przełamie". Owszem, przełamałem się na tyle, żeby móc pracować. W obsłudze klienta, z bezpośrednim kontaktem z ludźmi. O ironio. Praca schematyczna, niesatysfakcjonująca, męcząca, często irytująca, nie pasująca do mojego charakteru, na czym cierpię ja, jak i klienci. Przyrządzanie hot dogów albo tankowanie LPG przez kilka lat nie jest niczym ambitnym. Nie kpię, wyrażam opinię. Z drugiej strony brak wykształcenia, przykre doświadczenie związane z bezrobociem, trudności w nawiązywaniu znajomości. Dlatego mija kolejny rok bez jakichkolwiek zmian. Kiepsko, ale stabilnie. Na pewno stabilnie? Czuję, że odbija się ta moja bierność na mnie coraz mocniej. Uciekanie, chowanie się po lasach, unikanie jakichkolwiek spotkań, oszukiwanie samego siebie, sprawia, że widzę w lustrze wychudzonego, przygarbionego, posępnego i smutnego człowieka. Cieszy niewiele, ale z drugiej strony smuci jeszcze mniej. Wkrada się obojętność. Kiedyś chowałem się fizycznie, w sensie, że czując "zagrożenie", odchodziłem, przechodziłem na drugą stronę ulicy, omijałem, unikałem zajęć, spędzałem godziny w zaroślach, aż w końcu zamknąłem się w małym pokoju przed monitorem i z piwem w ręce. Dzisiaj zacząłem się chować, jak to ująć? Nie wiem. Jakby w sobie. Wyłączam się. Działam, wychodzę do tej pracy, wyjeżdżam czasem na rower, rozmawiam z ludźmi, ale bez planu, bez emocji, bez wczuwania się. Tak, jakby będąc obok, z poczucia powinności. Jakby wszystko, co się dzieję wokół mnie, było już poza moją kontrolą. Jakbym nie miał na nic wpływu, a jeżeli jeszcze jakiś mam, to koniec końców będzie on niewielki, nieistotny, a w najgorszym wypadku jedynie utrudniający innym życie. Mętlik w głowie, gonitwy myśli, powracające wspomnienia, skupienie praktycznie już całej swojej uwagi na sobie sprawiło, że najczęstszym, co mówię sam do siebie albo do innych, to "nie wiem". I to jest prawdą. Tak bardzo nie ufam już swojej opinii, przez to, że od małego miałem problemy z podejmowaniem jakicholwiek decyzji, że najbezpieczniej jest powiedzieć "nie wiem". "Nie wiem", więc nie mogę podjąć konkretnej decyzji. Bo podjęcie konkretnej decyzji, to dopiero pierwszy krok. Następnym jest świadome działanie, odkrycie się, stanięcie naprzeciw nowemu, nieznanemu, rozmowa z drugim człowiekiem, trzecim, czwartym. Wchodzenie we współpracę... Teoretycznie brzmi to wspaniale, interesująco, ekscytująco, ale równocześnie tak skomplikowanie, wydające mi się tak trudnym, że na samą myśl zaczynam czuć niepokój, a ciało zaczyna się pocić. W sumie, to może tyle mi wystarczy, pół dnia poświęciłem na sklecenie tych paru zdań. Ale poczułem się dzięki temu trochę bliżej siebie, miłe popołudnie. Niczego to nie zmienia, próbowałem już prowadzić dzienniki, rozgryzać, wspierać się filmami na YT, tekstami pomagającymi zrozumieć siebie, pokazującymi kierunek, jaki należy obrać, żeby sobie życie ułatwić, ale nie pomagało. Chyba nawet ich ilością tylko spotęgowałem poczucie zagubienia i bezradności. Muszę przyznać, że otwieranie się jest bardzo męczące. Pisząc i widząc te literki, patrząc na nie z dystansem, dociera, z jak niewielkimi problemami w skali całego świata ma się doczynienia. Zamartwiając się drobnostkami, analizując wszystko bez ustanku, sam sprawiłem, że te małe pchełki urosły do rozmiarów ledwo mieszczących się w głowie... Nie mam zielonego pojęcia, co miałbym w kilka minut opowiedzieć zupełnie obcej osobie, siedząc naprzeciwko, ze świadomością, że pełna uwaga skupiona jest właśnie na mnie... Chyba pochwaliłbym słoneczną pogodę. Jeśli nie ufam samemu sobie, to jak mam zaufać innym? PS. Nie, nie mam myśli samobójczych ani nie zostałem nigdy przez nikogo poważnie skrzywdzony. Nie przeżyłem żadnych traumatycznych chwil, które dałyby mi prawo czuć się tak, jak czuję, czyli nieadekwatnym, wyizolowanym, jakimś wykolejonym. Nie najgorszym z najgorszych, nawet na to mnie nie stać, ale... nikim. Jeszcze tylko jedno. Podałem swój wiek na początku. Tak, tyle lat mam rocznikowo. W rozwoju zatrzymałem się w wieku 14/15 lat. Za już paroma siwymi włosami i zarostem, kryje się emocjonalnie i umysłowo nastolatek. I nie mam na myśli, że jestem "pozytywnie zakręcony", otwarty na świat, pełen tej młodej werwy do działania. Zatrzymałem się właśnie wtedy, kiedy przestałem myśleć o sobie "nieśmiały, ze swoim małym światem", a zacząłem widzieć siebie jako "niepokojąco dziwnego", oceniającego krytycznie wszystko, co się przed oczami pojawi, negatywnie nastawionego zadufańca, nienajlepiej dogadującego się z rówieśnikami. I właśnie wtedy zacząłem przed wszystkim uciekać, dosłownie i w przenośni. Bunt dojrzewającego? Pewnie tak. Nie ogarnąłem go, nie przeszedłem, tkwię w nim cały czas. "Masło maślane" chyba wyszło, ale to jest pierwszy raz, kiedy próbuję o sobie cokolwiek napisać i upublicznić. Z drugiej strony, widać trochę dzięki temu, jaki bałagan w swojej głowie zrobiłem. Pozdrawiam ciepło.
  20. Mam 21 lat, a czuję, jakby moje życie dobiegało powoli końca. I nie mam na myśli rozważania próby samobójczej, a uczucie niemocy i zbliżającego się końca. Na co dzień studiuję pielęgniarstwo i bardzo lubię pracę z ludźmi. Pomoc innym sprawia mi ogromną radość, czuję się wtedy ważna i potrzebna. Mimo, iż mam dużo znajomych, tylko dwóch/trzech jest moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Czuję się okropnie samotna. Nie potrafię żyć w zgodzie sama ze sobą. Gdy zbliża mi się wolne od pracy, strasznie się denerwuje, ponieważ nie będę miała co robić i będę musiała przebywać z własną osobą sam na sam. 2 dni temu zerwaliśmy z chłopakiem, z którym spotykaliśmy się niecały rok. I mimo tego, iż ten związek od początku był skazany na porażkę- nie dogadywaliśmy się, odmienne charaktery, nie poświęcał mi wystarczająco uwagi i kolokwialnie "miał mnie gdzieś", nie mogę poradzić sobie ze stratą bliskiej mi osoby. Darzyłam go uczuciem i ciężko mi się pogodzić z tym, że juz nigdy się nie przytulimy czy nie spędzimy razem ze sobą czasu. Wiem, że problem tkwi w mojej osobie, ponieważ rozum podpowiadal mi, ze ten związek nie ma przyszłości i nawet nie czułam "tego czegoś', co czułam do innych chłopaków kiedyś, a nadal nie mogę poradzić sobie z własnymi emocjami. Piszę to w totalnej rozsypce, nie mogę znaleźć sobie miejsca. Mam ogromną potrzebę poczucia się ważna dla kogoś, uważam, że nikogo nie interesuję. Nie wiem co mam zrobić ze swoim życiem i jak poukładać własną psychikę, czuję ogromną niemoc. Przepraszam, że jest to tak chaotycznie napisane, ale roszę o poradę, jakąkolwiek Pozdrawiam
  21. Witam. Mam 33lata,jestem mężatka,mam syna 6letniego. Od kiedy pamiętam zawsze bylam nieśmiała. Zawsze bałam się krytyki,odrzucenia. Będąc w grupie chce powiedzieć coś fajnego ale co bym nie powiedziała na pewno będzie głupie,będą się ze mnie śmiali, dlatego nie mówie nic. Potrafię rozmawiać jedynie sam na sam z osobami co do których mam pewność ze lubią mnie. Niewiele było w moim życiu takich osób. Najlepiej czuję się przy osobach dużo starszych od siebie,rówieśnicy mnie przerażają,wydaje mi się ze mężczyzna w moim wieku nie bedzie mnie chciał,że jestem nieatrakcyjna. Boję się przechodzić obok grupy ludzi,boję się wychodzić na balkon w obawie ze któryś sąsiad będzie mnie obserwował,boję się iść do szefa poprosić o cokolwiek. Unikam sytuacji ktore zmuszaja do kontaktu z innymi. Wychodzę tylko wtedy kiedy nikogo nie ma przed blokiem. Czuję się nieswojo gdy jestem wśród ludzi,czuję napięcie,stres i lęk. Potrzebuje być z kimś blisko ale nie umiem się otworzyć. Nie radze sobie z tym. Jestem bardzo nieszczęśliwa i samotna. Mam myśli samobójcze,raz nawet próbowałam przedawkowac leki ale się nie udało. Tylko dla syna jeszcze próbuje ale najchetniej chciałabym umrzeć. Co mi jest? Czy ja jestem chora psychicznie? Jak sobie z tym radzić?
  22. Witam od pewnego czasu zauważyłam że rozmawiam z kimś normalnie po chwili zamykam się w sobie i nie ma zemna kontaktu. Szczególnie w pracy. Kiedyś bylam wygadana pewna siebie.
  23. Jestem kobietą, mam 24 lata. Od zawsze jestem nieszczęśliwa, ciągle niezadowolona i wymagam od siebie bardzo dużo. Ludzie mówią, że jestem ambitna i mądra, ale ja im nie wierzę. Zawsze gdy coś robię muszę robić to świetnie, lepiej niż inni. Mam wrażenie że ciągle wybieram rzeczy które sprawiają mi trudność lub których nie lubię, by później je zdobyć i narzekać w trakcie, np. całe życie byłam kiepska z matematyki, za to bardzo dobra z artystycznych, językowych i polskiego, a poszłam na ekonomię i męczyłam się 3 lata, obroniłam się oczywiście ale bardzo dużo to ode mnie wymagało. Aktualnie biegam, przygotowuje się do maratonu więc wiąże się to z codziennymi długimi treningami A mam zespół jelita drazliwego i codziennie boli mnie brzuch a mimo to zmuszam się do biegania, tak jest ze wszystkim. Mam obsesję też na punkcie jedzenia i chudnięcia. Nie chce przytyć. Czuję żal do siebie jak coś jem, a już w ogóle jak jem coś "niezdrowego". Straciłam okres, pewnie przez duża ilość treningów i odchudzanie, a bardzo chciałam starać się o dziecko, chociaż bardzo rzadko się kocham z mężem, bo cały dzień się kłócimy z mężem i ogólnie on jakoś nie chce, bo on też biega i ma jeszcze więcej treningów. Nie umiem sobie odpuścić. Czuję że każdy dzień muszę wykorzystać na maksa, i muszę wszystko planować na przyszłość, by nie tracić czasu i by ciągle być lepszą i mieć więcej. Często już nie mam siły i czuje że o wszystkim muszę sama decydować i o wszystkim myśleć bo mąż niczego się nie domyśli i nie potrafi sam decydować, a ja już nie mam siły. Czasem mam już dość i myślę by skończyć to życie, mam tysiąc myśli na minutę o tylu sprawach. Nie mam normalnego życia jak inni ludzie w moim wieku, jestem za granicą by zarobić i codziennie tylko praca, treningi, zarabianie i oszczędzanie. Nawet w Polsce nie mogę iść na imprezę bo mąż jest bardzo zazdrosny. Nie wiem co mam robić już z tym wszystkim. Czuję się taka zmęczona planowaniem jak by było najlepiej dla mnie i wszystkich innych.
  24. Jestem kobietą, 25 lat. Skończyłam studia, od 9 miesięcy jestem mężatką. Mam problem ze spotkaniami towarzyskimi i rozmawianiem z ludźmi. W moim życiu są dwie osoby z którymi potrafię swobodne rozmawiać- mój mąż i jedna koleżanka. Jestem bardzo zamknięta na większość ludzi, włącznie z moją rodziną. Moim problemem jest to, że nie potrawie się odezwać na spotkaniach, szczególnie u rodziny męża. Czuje jakbym wstydziła się cokolwiek powiedzieć i siedzę przez całe spotkanie milcząc. Do tego w czasie takiego rodzinnego spotkania odczuwam spadek energii, bezsilność. Oczywiście ludzie różnie to odbierają. Teściowa wypytuje dlaczego jestem taka cicha- ale na to pytanie też nie potrawie odpowiedzieć. W moim domu rodzinnym mało co się rozmawiało, szczególnie na jakieś poważne tematy. Rodzina mojego męża jest bardzo elokwentna, gadatliwa, głośna. Czuje przy nich, że wstydzę się cokolwiek powiedzieć. Niestety nie potrawie rozmawiać nawet o pogodzie i innych błahych sprawach, po prostu odpowiadam krótko i nie wiem co dalej. Nie potrawie zadawać pytań żeby podtrzymać rozmowę. Zastanawiam się długo co mogłabym powiedzieć i czy nie jest to głupie. Zawsze byłam milcząca, ale moja rodzina do tego przywykła. Dobrze się rozumiem z moim mężem, ale wiem, że jest poirytowany tym, że nie umiem rozmawiać z jego rodziną. Kiedy wracamy mówi, że mogłabym się jakoś odezwać. Chce mi się wtedy płakać z bezsilności bo jestem tak zablokowana, że na prawdę nie wiedziałam jak się odezwać. Nie umiem się nawet wtrącić kiedy mówi kilka osób na raz, a jak już muszę coś powiedzieć to głos mi sie łamie albo mówię bardzo cicho i jestem sobą zażenowana. Do tego dochodzi problem z tym, że moja teściowa nami manipuluje, wykorzystując moją słabość, co doprowadza mnie do wściekłości (którą okazuję zamykając się jeszcze bardziej w sobie). Nie wiem jak z tego wyjść, jak się przełamać i nauczyć rozmawiać z ludźmi, proszę o jakąś radę.Jestem sobą załamana.
  25. Witam, jestem studentką, mam 22 lata, a problem z niską samooceną mam w sumie od zawsze. Tak naprawdę problem z samooceną nie jest jedynym problemem z którym się męczę w życiu, jednak jakieś 4 lata temu po rozmowie ze szkolnym psychologiem doszłam do wniosku, że moje postrzeganie siebie i swoich umiejętności powoduje inne problemy. Zaczynając od ogromnych problemów ze stresem, kiedy nawet dwa dni przed np sprawdzianem/egzaminem nie mogę jeść, wymiotuję i źle się czuję, a kończąc na problemach w związku. Ten sam szkolny psycholog zasugerował, że to wszystko mogło się przyczynić do stanów depresyjnych z którymi chyba jeszcze walczę. "Chyba" ponieważ przez długi czas nic się nie działo, jednak jestem w takim momencie w życiu że pokłóciłam się ze swoją partnerką i po raz pierwszy od dawna czuję, że to wszystko do mnie wraca. Nigdy nie wyniosłam swoich problemów poza krąg bliskich przyjaciół i gabinet psychologa szkolnego. Teraz jak się zastanawiam to nie wiem nawet dlaczego. Może jakbym to zrobiła pewne rzeczy wyglądałyby inaczej... Do liceum nie postrzegałam tego wszystkiego jako problem. Przecież każdy czasem nie może na siebie spojrzeć, każdy czasem się denerwuję, prawda? Problemy jakie mam ze stresem dokuczały mi od zawsze. Już w podstawówce miałam problemy z pisaniem sprawdzianów i kartkówek. Wtedy to wszystko objawiało się złym samopoczuciem dzień czy dwa wcześniej, a podczas samego piania praktycznie zapominałam wszystko czego się nauczyłam w domu. Często było tak, że godzinę przed sprawdzianem mogłam praktycznie wyrecytować zawartość notatek, a po dostaniu kartki nie pamiętałam najprostrzej rzeczy. W gimnazjum wyglądało to bardzo podobnie, natomiast w liceum znajomi z klasy próbowali nauczyć mnie luźniejszego podchodzenia do sprawdzianów. W pewnej części im się udało, jednak takie rzeczy jak próbne matury kończyły się u mnie zawsze tak samo: ogromny stres, problemy żołądkowe, a podczas odpowiadania zdarzało mi się nawet rozpłakać. Sesje na studiach dla mnie to prawdziwy koszmar. Na pewno nie pomagało mi to, że w pewnym momencie już zaczęłam podchodzić do pisania z nastawieniem, że przecież i tak nic nie będę umieć, więc po co w ogóle się starać? Problem ze stresem jest dla mnie wyjątkowo trudny do opanowania, ponieważ wiem że wiąże się z tym jak postrzegam siebie, bo w końcu "i tak nic nie umiem", "nie dam rady tego zaliczyć" czy "po co w ogóle się starać jak to nie wyjdzie?". Podejrzewam, że ten problem ma gdzieś korzenie jeszcze jak byłam małym dzieckiem, kiedy rodzice i dziadkowie powtarzali mi że nic nie umiem, do niczego się nie nadaję itd... Praktycznie nigdy nie umiałam o siebie zadbać i nie tylko jeśli chodzi o wygląd ale i o zdrowie. Od zawsze uważam się za beznadziejną osobę, która tylko się łudzi że coś osiągnie w życiu... Może też dlatego tak łatwo jest mi postawić dobro innych ponad swoje. Od zawsze w towarzystwie byłam tą, która zawsze pomoże, ma dobrą radę na wszystko. Dla przyjaciół byłam i jestem gotowa zrobić dosłownie wszystko. Raz jak usłyszałam, że przyjaciółka zerwała z chłopakiem, byłam gotowa pójść do niej, w samej piżamie, w środku nocy i w środku zimy. Czasem a nawet często to przyjaciele musieli mnie powstrzymywać żebym nie zrobiła czegoś głupiego. Przez bardzo dług czas nie chciałam nawet myśleć żeby pójść do psychologa czy poprosić kogoś żeby mi pomógł. W domu zawsze słyszałam od mamy, że problem z samoocena to nie jest żaden poważny problem, a od taty, że też się z tym zmaga i jakoś żyje. Dlatego też stwierdziłam, że ludzie mają poważniejsze problemy i skoro można z tym żyć to muszę się tego nauczyć. Do pani psycholog poszłam w momencie kiedy miałam myśli samobójcze i kiedy tak naprawdę przyjaciółka na siłę zaciągnęła mnie do gabinetu. Od tego momentu pojawiałam się w gabinecie regularnie przez kilka miesięcy głównie żeby móc się wygadać z rzeczy, których nie chciałam mówić nikomu innemu. Doszłam do wniosku, że niska samoocena przeszkadza mi też w relacjach z przyjaciółmi, ponieważ często łapałam się na myślach, że przyjaźnią się ze mną na chwilę, na pewno niedługo znajda sobie kogoś lepszego ode mnie. Panicznie bałam się zostać sama. Te myśli tak naprawdę nigdy się nie skończyły, bo nawet kiedy weszłam w związek bałam się, że moja partnerka pozna kogoś i uzna że z tym kimś będzie szczęśliwsza. Często mi powtarzała że tylko ze mną chce być i nie mam się o co martwić. Dalej mi powtarza, że jestem wartościowa i piękna, ale jakoś nie mogę w to uwierzyć. Tak naprawdę przed poznaniem jej nie mogę sobie przypomnieć nawet tak małej rzeczy, że przed wyjściem z domu uznałam, że ładni wyglądam. Zawsze opisywałam się jak przysłowiowy potwór i nie widziałam w tym nic złego. Po prostu brzydka dziewczyna, która zawsze będzie sama i jest na tyle beznadziejna, że nie zasługuje nawet na trochę szczęścia. Ostatnia rzeczą jaką chciałam poruszyć która zatruwa mi życie już długi czas jest to, że uważam się za odpowiedzialną za wszystko co złego spotyka mnie i moich bliskich. Każdy problem w związku jest z mojej winy, każda kłótnia tylko i wyłącznie przeze mnie... Nie wiem jak się tego oduczyć. Nie wiem co mam zrobić. Przeszukałam już chyba cały internet w poszukiwaniu złotych rad, które jakoś mogłyby mi pomóc, ale niestety nic nie pomogło. Dalej są dni, kiedy nie umiem spojrzeć na swoje odbicie w lustrze czy nie potrafię powiedzieć nawet pół dobrego słowa na swój temat. Chciałabym się zapytać od czego mogłabym zacząć walkę o swoją samoocenę? Niestety mieszkam z rodzicami i nie pracuję, więc nie mam funduszy na wizytę u psychologa, jednak z początkiem roku akademickiego mam zamiar podjąć jakieś zatrudnienie i wtedy zdecydować się na terapię. Do tego czasu chciałabym jednak spróbować popracować nad sobą w domu i czy mogłabym prosić o radę jak zacząć...

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.