Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'samoocena'.

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

There are no results to display.

Blogs

  • Refleksje mężczyzny

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


About Me

  1. Mam 18 lat. Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Czuję się tak, jakby uchodziło ze mnie życie. Rzeczy, które kiedyś lubiłam robić i sprawiały mi przyjemność, stały się dla mnie obojętne. Czasami płaczę po kilka godzin, z jakiegoś powodu lub tak po prostu, a innym razem nie mam siły nawet na łzy, po prostu tak, jakby wypełniała mnie pustka. Płaczę ciągle w środku samej siebie. Zaczynam coraz bardziej zamykać się w sobie i mieć większe problemy z mówieniem o swoich uczuciach i wyrażaniem ich. Mam wrażenie, jakby moje życie się już kończyło, a mam 18 lat. Czuję, że zawodzę każdego po kolei i wszystko robię źle. To ja jestem wszystkiemu winna. Ciągle zmienia mi się nastrój, ale nigdy nie czuję się dobrze chociaż w 60%. Do tego wracają zaburzenia odżywiania. Od lutego schudłam 10kg, chcę jeszcze więcej. Doszło samookaleczanie. Lubię to uczucie. Wszystko się kumuluje. W lutym wyprowadziłam się od mamy, która mnie wyzywała i nie zaakceptowała mojego związku z osobą transpłciową. Mówi, że się na tym przejadę i nie wyjdzie z tego nic dobrego, że jestem naiwna. Na każdym kroku zrzuca winę na mnie. Nie pamiętam, żeby spytała się mnie kiedykolwiek, jak się czuję. A jeśli ja się jej o to nie pytam, to krzyczy. Mówi, że robię z siebie ofiarę i to ona ma depresję, a nie ja. Miałam dwie wizyty u psychologa i mam podejrzenie depresji, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania i mam stwierdzoną fobię społeczną. Ale dla niej to nic nie znaczy, bo wymyślam. Nie mam ojca, mam tylko mamę, a nawet w niej nie mogę mieć wsparcia. Mówi, że powinnam ja wspierać, bo ma depresję (której nie ma stwierdzonej), a ja sama potrzebuję pomocy. Mam wszystkiego dość.
  2. Jestem Wojtek, 31 letni zrezygnowany, bez wiary w znalezienie miłości i założenie rodziny chłopak, który po raz kolejny znalazł się na życiowym zakręcie… Z wykształcenia jestem inżynierem informatykiem, natomiast w życiu pracuję jako kompletny samoich - programista i grafik. Chciałbym przedstawić Ci moją historię… Historię gościa, który z każdym dniem traci wiarę w to, że będzie jeszcze dobrze… Jestem jedynakiem, urodziłem się w Zamościu, lecz finalnie zamieszkałem w niewielkiej wsi na Podkarpaciu. Lecz nie zawsze tak było... Od kiedy pamiętam byliśmy dość biedną rodziną. Mama robiła wszystko bym miał co jeść, a ojciec nigdy nie zhańbiony pracą alkoholik. Moje dzieciństwo do dzisiaj wypieram z pamięci. Awantury alkoholowe często kończące się wyrzucaniem mamy z domu przez mojego ojca sprawiło, że musieliśmy uciekać. Po kilku takich ucieczkach mama postanowiła, że uciekamy i wyjechaliśmy. Przez kilka lat mieszkaliśmy “po znajomych”. W życiu mieliśmy nawet epizod mieszkania w piwnicy.. Po kilku latach ojciec zmienił się (chociaż jak się później okazało tylko dlatego, że złamał nogę i nie był w stanie przebywać “w terenie” z kolegami alkoholikami). Mama podjęła więc decyzję, że wracamy, że chce bym miał ojca. Wróciliśmy. Było “dobrze”. Finansowo pomagała nam ciocia (siostra mojego taty), niestety on nadal nie pałał chęcią pójścia do pracy, mama również nie mogła znaleźć pracy lecz robiła wszystko by “dorobić”. Niestety po kilku latach koszmar powrócił. Powodem do tego by ojciec poszedł pić i robić awantury potrafiło być wszystko. Od zawsze czułem się z tym źle, izolowałem się od rówieśników. Idąc do szkoły zastanawiałem się czy będzie w domu trzeźwy czy znów będziemy szukać noclegu… Jeszcze większe problemy pojawiły się gdy chodziłem do technikum. Szkołę miałem w innej miejscowości i zamiast spędzać czas z kolegami ze szkoły czy klasy ciągle wracałem jak najszybciej do domu, gdyż nie wiedziałem co tam zastanę. Raz odważyłem się pójść z koleżanką na studniówkę… Oczywiście zakończyło się to awanturą i kolejną ucieczką… Będąc w ostatniej klasie technikum mój ojciec zmarł nagle. Wiem, że nie powinienem ale dziękowałem Bogu za to, że uwolnił nas od tego tyrana. Miałem nadzieję, że moje życie się zmieni. Niestety, przytłoczyło mnie to, że musiałem stać się “Panem domu” i zająć się rzeczami, które nie powinny mnie jeszcze dotyczyć. W tym okresie właśnie poznałem w szkole pewną dziewczynę… Chociaż poznałem to zbyt duże słowo iż nie potrafiłem nawet do Niej podejść. Przez 4 lata nie potrafiłem do Niej podejść i pogadać… Nasza znajomość opierała się o SMSy i tą nieszczęsną studniówkę. Później nasze drogi się rozeszły. Będąc na studiach postanowiłem, że się do Niej odezwę - nie musiałem się już bać, że jeśli się z Nią spotkam to będzie awantura itp. Spotykaliśmy się jakieś hmm pół roku - może nawet rok. Do niczego między nami nie doszło poza spacerami za rękę i buziakiem w policzek. Gdy po tym czasie miałem wyrzuty o to, że nie chcę być tak traktowany ona uznała, że to koniec relacji. Bardzo mocno to przeżyłem. Wiadomo… pierwsza “prawdziwa” miłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to co mnie spotka i zacznie się za kilka miesięcy sprawi, że nie będę chciał żyć... Wtedy po raz pierwszy wziąłem się za siebie. Katowałem się bardzo restrykcyjną dietą, studiowałem, zacząłem pierwszą (jak się później okazało wyzyskową) pracę. Efekty były. To był też czas upowszechnienia się Internetu… Po jakimś czasie wpadłem na aplikację Badoo - niestety “par” wcale, ale trafił się jeden rodzynek. Poznałem cichą, rozważną, skromną, wierzącą i biedną dziewczynę. Ja 25 lat, ona 20. Zakochałem się. Spotykaliśmy się ze sobą, bardzo często przeszliśmy “poziom wyżej”. Rozpoczęło się poznawanie naszych ciał, pierwszy seks (zarówno dla Niej jak i dla mnie). Bardzo mi na Niej zależało. Zacząłem bardzo mocno inwestować w tą znajomość. Sponsorowałem spotkania czy wyjazdy. Gdy wyjeżdżaliśmy - spaliśmy razem. Byłem w siódmym niebie. Wtedy po raz pierwszy chciałem zrobić wszystko, aby była ze mną. Nadszedł więc czasy gdy szła na studia. Miała mieszkać w akademiku. W mojej głowie rodziły się wszelkiego rodzaju czarne myśli, że jeśli tam zamieszka to na pewno znajdzie lepszego odemnie - w końcu każdy jest przystojniejszy, fajniejszy i wogóle… Wymyśliłem więc, że chciałbym aby zamieszkała u mnie w domu - mieliśmy wolny pokój - mama chciała pomóc więc się zgodziła. I tu (jak się po latach okazało) zaczął się najgorszy okres w moim życiu. Moja ukochana okazała się kompletną “księżniczką”. Na dzień dobry przeszła z moją mamą na “Ty” co wg mnie było brakiem szacunku ale ok - przetrawiłem. Następnie zrobiła sobie z mojej mamy służącą - nigdy nie pomogła w kuchni, nigdy nie sprzątnęła za sobą, nigdy nie dołożyła się do rachunków (pomimo pokaźnego stypenidium) gdy ja utrzymywałem cały dom. Ale ok, nie chciałem znów zostać sam. Na wszelkiego rodzaju imprezy czy do znajomych wstydziłem się Ją zabierać - zawsze musiałem się wstydzić za Jej zachowanie. O wizytach u rodziny nie wspomnę. Również, gdy to my organizowaliśmy np. Sylwestra to za każdym - dosłownie - za każdym razem byłem w nocy zwyzywany i słuchałem pretensji do całego świata. Raz nawet wyprowadziła się ode mnie - ja nie chcąc jej stracić byłem pewny że to moja wina, a w szczególności mojej rodziny. Bardzo się wtedy poróżniłem z rodziną… Wszystko z czasem jednak wróciło do “normy” Ale zaczęła się zmieniać… Dopiero po latach to zauważyłem - z cichej stała się roszczeniową, z rozważnej i skromnej stała się lekceważącą dla której jedyne co chciała robić to oglądanie seriali i malowanie się… Również z wierzącej stała się agnostyczką… To nie była już dziewczyna w której się zakochałem. Pomyślałem OK, kochamy się, damy radę. Byliśmy ze sobą 5 lat, na miesiąc przed tym jak chciałem prosić ją o rękę dowiedziałem się od niej, że jest ktoś inny… To był grom z jasnego nieba. Okazało się, że jeden z kolegów ze studiów (na spotkania z którym jak się później okazało nie raz ją zawoziłem - nigdy nie chciałem zakazywać jej spotkań ze znajomymi) wyznał jej miłość. Zostałem jednak zapewniony, że mnie kocha i nie zostawi mnie. Nadszedł dzień, w którym miała obronę na uczelni. Tego dnia zmieniło się wszystko. Kolejnego dnia usłyszałem, że odchodzi… Poczułem się kompletnie wykorzystany, że jak tylko przestałem być potrzebny to ucieka. Pomogłem się jej jeszcze pakować… ba, odwiozłem ją do domu jakieś 50 km odemnie… Nie wiem po co… może tak mam że pomimo tego chciałem dobrze… Po kilku dniach spotkaliśmy się i doszliśmy do wniosku, że chcemy to ratować. Jedyną rzeczą, której chciała to dwa tygodnie odpoczynku od siebie. Dostała ów czas. Niestety po tygodniu chciała się spotkać, ale decyzję już znałem. Pojechałem (jak idiota) żeby usłyszeć, że to koniec i że od kilku dni jest z tamtym. Usłyszałem też, że była ze mną tylko dlatego, że nikt inny jej nie chciał. Mój świat ponownie się zawalił. Chciałem skończyć ze swoim życiem i niewiele od tego brakowało. Odebrałem to jak zdradę, nie interesuje mnie czy spała z nim czy nie - nadal uważam, że zostałem zdradzony. Na szczęście pomyślałem o swojej rodzinie… Lecz to co stało się z moim życiem to koszmar… Poczucie własnej wartości? Jakie poczucie - stałem się wrakiem człowieka… Do dzisiaj moja wiara w Boga jest tak wątła, że nie potrafię jej odbudować… Moje błagania o to by wróciła nie zostały wysłuchane... Podnosiłem się z tego bardzo długo. Postanowiłem wziąć życie w swoje ręce, zacząłem lepiej się odżywiać, zacząłem chodzić na siłownię itd… Lecz nadal byłem i jestem jedną wielką pizdą, która nawet nie potrafi podejść do dziewczyny, która mi się podoba. Po około dwóch latach gdy w jakimś stopniu przepracowałem to wszystko założyłem Tindera. Standard jak to u mnie - zero par albo pary, które nie odpowiadają. Również i tutaj znalazł się rodzynek - była ode mnie starsza, “związek” zrodził się po dwóch randkach lecz był to związek na odległość. Trwało to może 3-4 miesiące. Niestety pojawił się COVID, a dziewczyna kompletnie oszalała (dosłownie) i postanowiła, że musimy się rozstać. Po kolejnym pół roku również na Tinderze poznałem kolejną. Już na pierwszej randce wylądowaliśmy u Niej w mieszkaniu i gdyby nie “te dni” to nie wiadomo co by było dalej. Niestety również i tutaj nagła zmiana decyzji w ciągu dosłownie kilku godzin. I tak do marca 2021 toczyło się moje życie - ani jednej “żywej” pary na Tinderze. Nadal brak umiejętności jakiegokolwiek zagadania do kobiety na ulicy… Gdy już miałem usuwać Tindera bo rodził on tylko moją frustrację pojawiła się dziewczyna, która nawet nie sądziłem, że odpowie. (Jak mi się wydawało) była tą, której szukałem. Od kilku dni w Polsce (wcześniej przez prawie 10 lat mieszkała za granicą) - zaradna, pracująca, piękna, bardzo wierząca, chętna się spotkać. I w ten sposób zaczęliśmy się spotykać. Niestety... całe życie żyła pod “kloszem” rodziców i sióstr - wręcz mogę powiedzieć, że co powiedziała Jej siostra to święte. Oczywiście stałem się tematem nr. 1 - zostałem dogłębnie zinfiltrowany kim jestem itp. Niestety okazała sie kobietą “niedotykalną”. Nie lubiła przytulania, nie lubiła dotyku (nawet trzymania za rękę) ani pocałunków - o seksie nie wspomnę gdyż była dziewicą (a także chciała czekać do ślubu chociaż wiedziała że pewnie będzie cieżko - miała moje zapewnienie, że zaczekam ile trzeba). Było miło, spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu, dużo się całowaliśmy i przytulaliśmy (chociaż zawsze na pytanie czy mogę słyszałem “jeśli musisz”). Niestety to, że pisaliśmy ze sobą całe dnie i spotykaliśmy się tak często sprawiło, że nie mieliśmy o czym rozmawiać - wszystko odbywało się “na bierząco” na Messengerze... I znów zacząłem mocno inwestować w tą relację… Jednak po jakimś miesiącu zaczęła sie odsuwać - nawet racjonalnie to wytłumaczyła mówiąc że na razie nic nie czuje, a nie chciałaby żeby było między nami tylko cieleśnie. OK zaakceptowałem. Poza spacerami za rękę, niewielkimi przytulasami i “buziakami” nie było nic. Mieliśmy zaplanowane kilka wyjazdów - a i ona mówiła o nas przyszłościowo - do samego końca. Niestety zaniedbałem swoje treningi i inne aktywności - chciałem jak najwięcej czasu spędzać z Nią… a Ona chciała coraz więcej i więcej być zaskakiwaną - ponad moje siły. Wszystko było dobrze do momentu gdy zostałem zaproszony na wyjazd - ona, Jej siostra z facetem i rodzina tego faceta. Kompletnie nie pomyślała o tym, że będzie to dla mnie cholerny stres… I był… Nie potrafiłem się odnaleźć. Miałem wrażenie, że to co mówię nikogo nie obchodzi. To było jednak dla mnie zbyt wiele - to była dla mnie pierwsza taka sytuacja w życiu. Do tego doszło jeszcze pewnej kłótni między rodziną faceta jej siostry co rozwaliło mnie na cały wyjazd. Wydawało mi się jednak, że wszystko było ok - nie było oznak, że coś jest źle. Po kilku dniach spotkaliśmy się, aby porozmawiać o tym wyjeździe - i tak naprawdę wtedy okazało się, że wszystko, co robie to źle, wszystko, co mówię to źle. Poinformowała mnie też nadal nic nie czuje, ale nie chce jeszcze tego kończyć - żebyśmy sobie dali czas, ale na najbliższe wyjazdy nie jedziemy razem. Bardzo mi na niej zależało, przemyślałem kilka spraw, to co chciałbym zmienić, czyli m.in. nie chciałem się bać, wyrazić swojej opinii, nie chciałem już mówić i robić tylko tego co ona by chciała usłyszeć itp… Podobno zauważyła, że się zmieniłem. Znów wróciły nasze plany, ale nadal niczego do mnie nie czuła. Zaprosiłem ją na spacer, aby obgadać pomysł na wyjazd weekendowy. Wszystko było ok, rezerwacja zrobiona itd. Również z jej strony padły propozycje. Poznałem kolejną siostrę, jeszcze więcej rodziny itp. Ale nadal czułem, że jestem jej kompletnie obojętny… Padła też propozycja wspólnego wyjazdu do Krakowa… Znów z jej siostrą… Myślę OK, i tak mamy pracować zdalnie więc zobaczymy jak się nam dogaduje w codziennych sytuacjach. I ten wyjazd był gwoździem do trumny tej relacji… Znów wydawało mi się, że wszystko było ok, lecz po raz kolejny zostałem uświadomiony, że nic do mnie nie czuje. Po raz kolejny bardzo mnie to zabolało… Nie potrafiłem udawać, że jest wszystko OK… Bo nie było… Przepraszała mnie, że mogła pomyśleć, zamiast mi to mówić w połowie wyjazdu i w ogóle. Wytłumaczyliśmy sobie pewne sprawy, ale nikt z nas nie mówił o końcu. Następnego dnia wróciliśmy do domów. Nic nie wskazywało, że to będzie koniec… Nadal dzień wcześniej planowaliśmy wyjazd i inne rzeczy “na przyszłość”... Wróciliśmy w czwartek, mieliśmy zaplanowaną niedzielę. W piątek rano zapytałem, o której się widzimy w niedzielę i wtedy zaczęło się wykręcanie, że jednak nie da rady itp… I tutaj już wiedziałem, że coś jest nie tak. Po chwili otrzymałem wiadomość, że musimy się spotkać, pogadać… Już wiedziałem, co mi chce powiedzieć… Zadałem więc pytanie - czy mam jechać po “koniec” naszego związku? Zachowałem się jak szczeniak - jej odpowiedź, że musimy porozmawiać sprawiła, że będąc już pewnym końca nie chciałem tracić ani minuty czasu ani mililitra paliwa na to, by jechać, się rozstać. Dlatego też zadzwoniłem i powiedziałem o tym. Usłyszałem, że “nie chce tracić ani mojego, ani Twojego czasu i chcę to zakończyć”. Po raz kolejny poczułem się w 100% wykorzystany… Zawiozłem do Krakowa, pomagałem - nie jestem już potrzebny to mam spadać… I tak od tygodnia jestem kłębkiem nerwów, wszystko to, co dawało mi radość przestało ją dawać… Wszystkie hobby, wszystkie zajęcia, które lubiałem - kompletnie nic… To były tylko 3 miesiące w przekonaniu, że znalazłem tą jedyną… Nie wiem czemu mam wrażenie, że to wszystko stało się pod wpływem Jej siostry… Nie wiem… chyba już nie chcę wiedzieć… Straciłem wiarę w siebie… straciłem już nadzieję na rodzinę… na miłość… i na to, że kiedykolwiek będę szczęśliwy i będę umieć podejść do kobiety, która mi się podoba i powiedzieć - “Cześć, jestem Wojtek, chciałbym Cię poznać…”
  3. Mam 27 lat, dobrze płatną pracę, wspaniałą rodzinę ale... Rodzina oczekuje ode mnie wyjścia za mąż i rodzenia dzieci, może nawet bym i tego chciała, ale mój chłopak zdaje się nie jest pewny czy chce w ogóle ze mną być. Nie jestem dla niego dość dobra. Prace lubię, ale czuję się w niej dyskryminowana przez to, że jestem kobietą i niedoceniana. Od ponad roku czuję się w pracy jako ten gorszy pracownik. Ciężko mi się zmotywować do zrobienia czegokolwiek, nie umiem się skupić, jestem ciągle zmęczona i smutna. Zdążają się chwilę, w których płaczę nie wiem czemu i nie mogę powstrzymać.
  4. 34 letnia singielka, pracująca i mieszkająca w Warszawie. Od ponad 2 lat zmagam się z zalążek sobą ale dobiła mnie śmierć mamy – 3 miesiące temu. Trudno mi jest pisać o sobie, bo też nie do kaca umiem opisać co czuje. Ale może w punktach uda mi się to opisać: - nic mnie nie cieszy (walczyłam o podwyżkę i jak już ją dostałam to nawet mnie nie ucieszyła), jak myślę, żeby zrobić mała przyjemność np. pójść do restauracji na obiad to w tej samej sekundzie widzę, że pewnie i tak nie będzie smaczne a wydam kasę, a pójdę sama i stwierdzam, że to bez sensu), jak kupie sobie jakiś drobiazg to karce siebie po co mi to, że tylko wydałam kasę - czuje się taka strasznie samotna i w sumie nie mam znajomych z którymi mogłabym spędzać czas wolny a fakt, że jestem sama ze swoją głową to już czasem odechciewa się żyć i wiele razy zastanawiałam się jak bym tak skoczyła z budynku albo skoczyła pod pociąg - teraz jak mama odeszła to karciłam siebie, że nie mogę słuchać muzyki, uśmiechać się, że byłam taką nie dobrą córką, bo ciągle coś mamie wytykałam - ogólnie wszyscy mówią, że ciągle tylko marudzę - ponad 2 lata temu rozstałam się z chłopakiem ale ciągle mamy ze sobą kontakt tylko dlatego, ze ja nie mogę uwolnić się od niego, ciągle sobie wmawiam, że „facet dla mnie” ale wiem też, że nie jest ale ciągle go mecze i pisze i proszę o spotkanie …próbowałam szukać kogoś innego, ale i tak wracam w myślach do byłego i czuje jak by mnie cały czas trzymał przy sobie - czuje się tak jak bym stała na skrzyżowaniu i nie wiem w którą stronę iść, co robić, czego chce od życia, nie umiem zdecydować, a w zasadzie to nie wiem czego ja chce do czego ja dążę, nie chciałam być sama a póki co to wygląda to tak jak bym robiła wszystko żeby być nieszczęśliwa - mam problemy ze spaniem, z zaśnięciem, myśli nie pozwalają mi spać i ciągle czuje się strasznie zmęczona Byłam na wizycie u psychologa ale w ramach pakietu medicover, pani psycholog dużo mówiła o śmierci mamy i zasugerowała co powinnam zrobić, by się z nią pożegnać, bo niestety ale nie miałam możliwości. I zaleciła wizytę u psychiatry w celu zdiagnozowania depresji i przypisaniu tabletek. Byłam u psychiatry, zadał mi kilka pytań i wypisał receptę na (Aurorix i Trittico), nie powiedział czy faktycznie to depresja, tylko, że tabletki powinny pomóc i żebym przyszła za miesiąc. Nie lubię brać tabletek i nie jestem przekonana, że rozwiążą problem dlatego piszę, czy te tabletki powinnam brać, czy jednak nie. W którym kierunku powinnam pójść, od czego zacząć …Wiem, że terapie są długie i drogie i niestety mnie na to nie stać
  5. Jestem wolną kobietą w wieku 28 lat. 5 lat temu zerwałam 1,5 roczny związek z facetem. Był to mój pierwszy związek i okazał się być toksyczny. Mój partner w łóżku był dominantem, którego życie krążyło dookoła seksu. Pod koniec związku czułam się wykorzystywana seksualnie i traktowana niemal jak "lalka do dmuchania". Obecnie mija 5 lat od zakończenia tego związku, a od czasu do czasu wciąż wracają do mnie wspomnienia, które sprawiają że czuję do siebie ogromne obrzydzenie. Że z nim byłam, że się na to godziłam, że mnie dotykał. Od czasu tego związku już byłam w innej relacji, która dawała mi dużo radości i satysfakcji. Czy kiedykolwiek przestanę przypominać sobie te sytuacje i czuć obrzydzenie?
  6. Witam mam problem chciałabym żebyście mi doradzili co z tym zrobić nie wiem czy mi się to stało z powodu paniki czy poprostu zatrułam się. Dziś jak wracałam do domu poczulam jak mi się slabo zrobiło zaczelo mi się wszystko trząść szczególnie mięśnie nog czułam jakbym miała zaraz zemdleć. Pomocy gdzie mam się zgłosić
  7. Napisano Nie wiem czy to właściwy dział czy powinnam to podpiąć do problemów w związku, ale to problem właśnie chyba z własną wartością. Jestem kobietą i mam 28 lat. Zacznę od tego że całe życie mam niską samoocene, po wielu próbach udało mi się znaleźć idealnego mężczyznę dla siebie. Gdy się poznaliśmy bardzo mi się utyło. On jest szczupły, wysoki bardzo mnie pociąga fizycznie, od tego czasu minęło pół roku ponad jak jesteśmy razem.Dla niego wyjechalam za granice, dużo schudłam, było dobrze do czasu aż nie odkrylam że on na filmach pornograficznych oglada tylko szczupłe dziewczyny/nastolatki, chude tak że nie mają piersi w większości A przez skórę przeswituja zebra. On uwaza ze nie lubi chudych tylko "szczupłe" po wielu rozmowach przyznał się że mu się podobają "szczupłe" że jego ex takie były. Jedna z jego byłych była chuda jak te z filmikow i wysoka. Ale to nie zmienia faktu że ja też mu się podobam i nieważne ile waże. Po tym koniec,zabronilam mu ogladac te wieszory na porno. I od tej pory chce pracować nad sobą aby być chude jak one aby to miał w domu A nie fantazjowal. Boję się że jak zajdę w ciążę i utyje znowu a on będzie się onanizował do filmikow z chudymi kobietami będzie mi przykro. On to robi jak idę do pracy bo pracujemy na zmiany, już mu tak zmeczylam psychikę że mówi że już tak nie robi ale i tak mu nie ufam i w pracy mam paranoiczne myśli, że jak zostaje sam w domu to się onanizuje do szczuplych dziewczyn. Boję się wtedy też że myśli o ex że przypomina sobie sytuacje erotyczne z nimi bo takie miały figury. Skoro podobają mu się moje kształty nie mogę zrozumieć dlaczego oglada te obrzydliwe chude laski. Myslalam ze faceci wolą krągłości. Nienawidzę tych chudszych od siebie i szlag mnie trafia jak w sklepie jest fajny ciuch w rozmiarze s/sx albo jak taka przechodzi po ulicy to od razu myślę że mój by się chętnie na taka pogapil albo z taka seks uprawiał. Że tylko dlatego że mnie kocha tak mówi że mu się podobam A w rzeczywistości marzy o takiej chudej jak jego ex albo te z porno. Na początku też mi robił wytyki co do mojej figury, mówil że nie robił tego w złej woli że to były żarty albo chcial mi dac motywację do ćwiczeń bo dużo mówiłam A mało robiłam i jadłam słodycze a potem mu narzekalam. To też bardzo zapamiętałam. Chciałabym się zaglodzic do kości. Trochę się boję o siebie bo zaczynam mieć leki przed jedzeniem. Nie umiem zaakceptować jego preferencji seksualnych tego że go pociągają chude dziewczyny. Zanim go poznałam i przyjechałam tutaj nie miałam aż takich problemów. On mnie w nie wpedzil,to jego wina czasem go nienawidzę za to masturbowanie się do chudych. Pewnie gdybym mu nie zabronila z przyjemnością by to robił. Twierdzi że nakręca się myśląc o nas o naszych zblizeniach A potem włącza porno aby poszło szybciej .i co ? Myśli o moich piersiach, tyłku A potem kończy gapiac się na jakąś chuda deske? I myśląc pewnie o swoich ex. Zabronilam mu ogladac porno, kontroluje go i sprawdzam. Ten problem się ciągnie miesiacami i już nie wyrabiam ze sobą, nie potrafię przestać o tym myśleć, niszcze nasza relacje i za zadne skarby nie umiem tego przyjac na spokojnie że on tak ma. Próbuje sobie mówić że to tylko taki fetysz , ja też mam A on mi nie robi jazd o to. Mam obsesję na punkcie jego ex i tego ze nie wygladam jak one i że wszystkie dziewczyny z ktorymi sie umawial byly drobnej budowy i szczuplej. Kiedy mnie denerwuje to mu wygarniam że nie bede taka chuda jak jego ex.(używam imienia). Mam 177 ok i waże 72kg ,nigdy nie byłam drobnej budowy, jego ex też była wysoka ale miała drobna budowe i byla chuda z natury. Ja musze sie niezle napracowac i pilnowac aby wygladac jak ona albo te chude nastolatki (18+).
  8. Cześć wszystkim. Pierwszy raz próbuje w takiej formie. Wiele tematów mnie tu sprowadza. Głównie chęć rozmowy. Jeśli o mnie chodzi to mam duże problemy z mówieniem prawdy o sobie, o tym jak jest naprawdę. Wszystko siedzi we mnie. Mam w głowie wiele destrukcyjnych myśli których ciężko mi się pozbyć. Pewnie dlatego, że powinny wyjść na zewnątrz. Problem w tym, że mówienie o tym co czuje naprawdę nie ma sensu dla mnie. Od dziecka się nauczyłam że lepiej nie mówić nic. Potem ludzie wykorzystują to przeciwko Tobie albo słyszysz standardowy tekst: będzie dobrze. Zdarzyło mi się podjąć dwie próby z psychologiem i niestety straciłam wiarę w ich pomoc. To tyle o mnie na razie. Pierwszy krok. Może znajdę godnego przeciwnika do rozmów na bliskie mi tematy
  9. Witam, Mam 16 lat i jestem dziewczyną. Od dłuższego czasu mam problem, odczuwam jakby moje życie się sypało a ja nie potrafię go ogarnąć i tylko staczam się razem z nim. Nie mam nawet pojęcia kiedy to się zaczęło. Zawsze byłam wesoła ale nieśmiała, mimo to moje życie się toczyło i było wszystko dobrze. W pewnym momencie jakoś w 8 klasie zaczęło się coś dziać. Zaczęłam tracić wszystkie ważne dla mnie osoby. Łącznie do tego momentu straciłam już 7 osób, w dość (dla mnie) szybkim czasie. Jako pierwsza odeszła moja przyjaciółka, z którą znałam się bardzo długo, praktycznie od dzieciństwa. Było mi bardzo ciężko i przez to zamknęłam się w sobie, przestałam uczęszczać na zajęcia taneczne i w tym momencie straciłam kolejną przyjaciółkę z tańców. Następnie była moja kuzynka, z którą się zbliżyłam przez podobne problemy, ale ta również postanowiła mnie zostawić i poinformowała mnie o tym w moje urodziny, tym samym urodziny spędziłam totalnie samotnie gdzieś chodząc. Ostatnio straciłam przyjaciółkę, z którą chodziłam do szkoły, klasy. Powiedziała mi o tym w jej ostatni dzień. W klasie nie mam nawet znajomych, więc strasznie boję się powrotu - wiem, że będę sama. To są przyjaźnie, które coś zrobiły w moim życiu, po których do teraz się nie pozbierałam, opowiedziane w skrócie. Aktualnie nie mam ochoty na nic. Moje zainteresowanie jakim było taniec przestało sprawiać mi przyjemność, chodzę tam w złym humorze, po których zawsze czuję się okropnie. Moja samoocena spadła do zera, kompletnie siebie nie akceptuję, wręcz nienawidzę siebie. Moje oceny w szkole też się pogorszyły. Mimo, że staram się wszystko ogarnąć, swoje życie i siebie, to zwyczajnie nie daję rady, poddaje się. Robię chyba 50 próbę i dalej zero efektów. Nie potrafię się pogodzić z tym, że nic mi nie wychodzi a im bardziej się staram to jest jeszcze gorzej. Codziennie mam małe "załamanie nerwowe" jeśli można to tak nazwać. Codziennie płaczę, krytykuje siebie, widzę same minusy życia i siebie, uświadamiam sobie że wszystko jest okropne, że nie daję rady, że niczego nie osiągnę i sama jestem nikim. Do tego dochodzi jeszcze ogromny lęk społeczny, który nie pozwala mi na wiele czynności. Doszło to tego stopnia, że boję się iść do sklepu, a stojąc na przystanku mam wrażenie, że każdy mnie ocenia i zwraca uwagę jaka to ja nie jestem. Czuję, że nic mi się nie uda, moja przyszłość - nawet jej nie widzę. Kompletnie w siebie nie wierzę. Wsparcia od rodziców też nie mam. Uważają oni, że wszystko jest dobrze - nie wiedzą, że u mnie nie jest najlepiej. A powiedzieć im tego też nie potrafię bo wiem, że pomyślą, że to chwilowe albo stwierdzą "jak mamy niby ci pomóc". Na zajęciach taneczny jedna dziewczyna "zauważyła", że jest coś źle (ona sama ma problemy jednak u niej wszyscy to zauważyli i pomagali), ja jestem dalej sama. Jednak na tym się skończyło zapytała co u mnie i tyle. Próbowałam jakoś poskładać się do kupy ale kompletnie nie potrafię. Nie mam pojęcia co robić. Zawsze się dobrze uczyłam, świadectwo zawsze z paskiem, średnia powyżej 5.3, w tańcu byłam jedną z najlepszych osób, moja największa pasja i radość z życia, najlepsza przyjaciółka mieszkająca tuż obok mnie, czas na wszystko, pełno znajomych, zawsze byłam radosna i szczęśliwa. Teraz oceny się znacznie pogorszyły, taniec nie sprawia mi przyjemności, często po nim chce mi się płakać bo nie jestem wystarczająca, nie idzie mi już tak dobrze, wręcz się chowam zawsze staje z tyłu, na końcu, nie zgłaszam się do żadnych solówek, przyjaciół nie mam żadnych, znajomych też nie, wszystko mnie smuci a życia nie potrafię nawet ogarnąć. Czy jeszcze da się wrócić do tego co było wcześniej? Czy mogę przestać być taka nieśmiała? Czy można pozbyć się lęku społecznego? Czy jeszcze kiedyś ogarnę to życie, które teraz jest nieprzyjemne? Mam tyle pytań, marzeń a nie wiem już kompletnie nic.
  10. Witam. Przychodzę do Was z tematem który mnie męczy od jakiegoś czasu. Miałem dość krótki związek, 6msc, który zakończył się dość burzliwie. Same powodu są mi tak sobie jasne, sam jeszcze zbieram "dowody-powody". Na końcu dostałem kilka razy (2-3) brak szacunku od tej dziewczyny. Z ustaleń przy zerwaniu sama zadeklarowała, że mi przywiezie rzeczy (chciałem to zrobić sam na następny dzień, ale brak auta uniemożliwiał mi przewiezienie monitora, ona o nim pamiętała i tak mnie zbiła z tropu, taksówką bym to załatwił. Cóż, emocje). Po miesiącu od tego czasu napisała mi, który z 3 dni mi pasuje, bo chce oddać mi rzeczy. Wcześniej nie pytała w ogóle w ten sposób, tylko waliła termin bez pytania czy mam czas. Umówiłem się na jeden z nich. Przyjechała, stanęła w progu i zadzwoniła do drzwi. Otworzyłem je, schyliłem się po torby i kątem oka zobaczyłem, że zrobiła krok do przodu i stanęła. Poprosiła tylko o oddanie torby. Jak ją oddałem to zapytała czy mój kolega coś zrobił z jej meblem do łazienki (temat z czasu jeszcze związku). Odpowiedziałem co wiedziałem na ten temat, po czym popatrzyliśmy sobie chwilę w oczy i powiedziałem "no to hej". Odwróciła się i poszła. Chciałem się dowiedzieć, czy zrobiłem to jak jakkolwiek ok? Nie dostałem szacunku na końcu relacji jak potrzebował faktycznie pomocy dwukrotnie, nie zapytała o nic innego tylko o swoje sprawy. Czy mimo to powinienem ją zaprosić do siebie lub zaproponować nawet mały spacer? Wiem, że to się stało, chce poznać Waszę ocenę sytuacji. Sam jeszcze borykam się z tym, ponieważ normalnie to bym ją chętnie zaprosił, może nawet zaproponował jedzenie, ale tutaj znów byłem tylko kimś kto by jej miał coś załatwić i o to było pytanie. Może dobrze zrobiłem, bo pokazałem, że daje radę bez niej. Może powinienem być ponad to i odnieść się do niej jak do zwykłej koleżanki. Szczerze, jestem gdzieś na środku, pomiędzy odpowiedziami. Ostatnie co bym chciał jej zrobić, czy jakiejkolwiek innej dziewczynie to pokazanie się od strony chama lub chłopaczka po zerwaniu. Niestety mam wrażenie, że tutaj tak mogło wyjść. Emocje przed tym miałem ogromne. Jednak to mnie nie tłumaczy. Pozdrawiam Was
  11. Cześć. Jestem mamą wspanialych 9 miesięcznych bliźniaków. Mam cudownego męża. Wydaje sie ze jestem najszczesliwsza osoba na świecie. Pracuje na caly etat a po pracy zajmuję sie dziećmi i domem (przeciwne zmiany do męża). Wiem ze lepszej rodziny nie moglam sobie wymarzyć. Problem polega na tym ze sama siebie juz nie rozumiem. Ludzie postrzegają mnie jako spokojna, zawsze uśmiechnięta, zabawną kobietę. W głębi siebie pojawia sie często ogromny smutek, często wpadam w zlosc gdy cos nie idzie po mojej myśli, wtedy mam o wszystko pretensje do męża... Obrazam sie, nie mozna mi nic negatywnego powiedzieć bo zaraz popadam w szal... Czesto mąż spi a ja siedzę i płaczę w poduszke. Ciągle na cos narzekam. Zarzucam mu że ma niskie libido bo nie kochamy sie za czesto a tak naprawdę po np 3 tyg gdy ja czekalam zemoze cos bedzie to nagle mi się odechciewa gdy sie do mnie zbliża. Sama sie masturbuje. On lubi sex oralny, mnie to obrzydza ale to robie... Duzo mowie, mąż nie jest taki wylewny, dlatego jak zaczynam tylko poruszac ten temat ze sobie nie radze, to przewaznie mowi ze pewnie dostane okres bo zaczyna sie czepianie... Albo mowi co Ty, tym sie martwisz, przeciez niema czym, przestan. Wieczorem nie umiem sie wyluzować gdy wiem ze wstaje rano o 5 i boje sie ze zaspie, ze nie wyspie sie itp. Denerwuję sie nawet gdy on cos robi np zbyt wolno 🙉 albo to że gdybym ja nie mowila to moglibysmy siedziec w ciszy. Ale gdyby mi ktos powiedzial cos takiego co ja mowie do męża (do nikogo sie wiecej nie odważę) to bym plakala cała noc. Tak bardzo go kocham a wiem ze sprawiam mu ogromną przykrość... Potem przepraszam i zaluje ze znow niepotrzebnie mu cos mowilam. Z nikim innym o tym nie mówię, zawsze się uśmiecham i jestem pogodna. Sama juz siebie nie rozumiem, boje się bo to nie jest nie jest normalne zachowanie...
  12. Witam. Mam bardzo negatywne zdanie o sobie i sądzę że słusznie. Jestem po prostu skończonym debilem. Mam dosyć swojej głupoty. Pracuje w biure i mam problemy w pracy, bardzo się staram naprawdę bardzo. A wychodzą mi zawsze jakieś błędy, to literówka, przejęzyczenie, cos zapomnę, coś źle przepiszę zawsze coś. Byłam na l4 6 miesięcy po załamaniu nerwowym. Wróciłam z pełni nadzieją na to, że będzie mi lepiej szło. Ale się myliłam. Powrót był dziwny szefostwo bezpośrednio ze mną nie rozmawiało po miesiącu wzięli mnie na rozmowę i powiedzieli że nie jestem gotowa na powrót i mam iść na l4 na kolejne 6m. Z ich rozmowy pomiędzy zdaniami wyczytałam, że mam szukać nowej pracy bo muszą mieć sprawny i bezbłędny zespół. Niektóre z ich argumentów nie były sprawiedliwe. O ironio dzień po tej rozmowe zrobiłam błąd i to jeszcze bardziej mnie dobiło. Nie czuję się na siłach szukać nowej. Boje się że znowu mi nie będzie szło. Zastanawiam się nad pracą w tej samej branży ale mam wrażenie że nic nie wiem. Boję się że zadzwonią do pracodawcy i będą pytać o mnie. Pracuje tam 8 lat. Mam wrażenie jak to powiem jakiejkolwiek lekarzowi nie dostanę l4 a nie mogę teraz stracić pracy. Bo jak nie dostanę l4 to na pewno dostanę wypowiedzenie. Poza tym ZUS może kontrolować i boję się że będą mi kazali zwrócić środki. Ale to co kurde człowiek z depresją nie może wyjść na zakupy, pobiegac, wyjwyjść do koleżanki, wyjechać na kilka dni, tylko siedzieć w domu pogrążać się jeszcze bardziej i czekać na kontrolę. Ehh nawet chciałabym zmienić pracę, chciałabym zacząć z czystym wizerunkiem. Ale jak mnie poznają to mnie zwolnią. W moim mieście ciężko o pracę a nie mogę szukać zbyt daleko mam małe dziecko i tyle co wzięty kredyt hipoteczny. Chce stabilności i spokoju.
  13. Mam 19 lat w tym roku pisałem mature, ogólnie mi nie poszła dobrze przez co pogłebiły się moje problemy. Często miałem problemy z wartością własnej osoby uważam ze każdy jest ważniejszy odemnie. Mam bardzo niską samoocene przez co czuje się samotny nie chce rozmawiać z ludzmi, bo boję się ze mnie skrzywdzą. od dwóch lat boje się zaufać komukolwiek. W jaki sposób powinenem zmienić swoje nastawienie do życia, aby mi się polepszyło? próbowałem już wiele metod, jednak z marnym skutkiem
  14. Co mam sobie mówić, żeby się przekonać do pójścia do psychiatry? Cierpię m.in. na fobię społeczną i to przez nią przejmuję się sytuacjami społecznymi zanim nastąpią, w trakcie ich trwania, a także po fakcie. Ale rzadko w ogóle do nich dochodzi, bo zwykle ich unikam (od kilku miesięcy nie wychodzę w ogóle z mieszkania i tak się odzwyczaiłam od wychodzenia że nawet nie potrafię się przemóc by to zrobić). Byłam raz u psychologa zeszłego lata (po kilku stchórzeniach) ale nie byłam w stanie powiedzieć wiele bo miałam pustkę w głowie i nie wiedziałam co mówić, więc powiedziałam jej coś pobieżnie o moich problemach z oddechem, że się boję wszystkiego i ona czytała mi pytania z testu na fobię społeczną a ja wybierałam odpowiedzi. Powiedziałam jej też że nie jestem w stanie mówić o pewnych rzeczach, więc poleciła mi iść do psychiatry, a potem wrócić do niej. Tylko że do wizyty u psychiatry jeszcze nie doszło, bo albo terminy wizyt na które zapisywała mnie mama (ja sama nie jestem w stanie gadać przez telefon ani nigdzie iść sama, załatwiam coś sama tylko gdy jest to naprawdę konieczne) były zbyt odległe, albo gdy już udało się mnie zapisać na bliższy termin tchórzyłam tak jak prędzej z psychologiem. Teraz znowu chcę iść, ale wiem że stchórzę, jeśli nie będę wiedziała jak realnie zmusić się do wizyty. Boję się wszystkiego co z nią związane - obudzenia się rano w dzień wizyty z obezwładniającym strachem i głęboką chęcią pozostania w domu (ale nie stresuję się dopiero w dzień wizyty, po prostu wtedy ten stres jest największy), wyjścia z mieszkania, iścia na miejsce (jako że nie mam ruchu jest mi trudno pokonać drogę do przychodni), tego wielkiego stresu tuż przed wejściem do gabinetu, wejścia do gabinetu i nieświadomości tego co powinnam powiedzieć jak wejdę (do specjalisty od psychiki nigdy bym nie weszła z mamą), pustki w głowie która na pewno będzie mi towarzyszyć gdy będę tam siedziała... Nie mam pojęcia co mówić i jak się zachowywać. Chciałabym się jak najlepiej przygotować, bardzo mi się też podoba pomysł spisania objawów na kartce i wręczenia jej psychiatrze, ale potem uświadamiam sobie że to nie wystarczy, bo ja po prostu nie potrafię się już dobrze i skutecznie przygotowywać do niczego, a przynajmniej gorzej niż w przeszłości. Gdy próbuję spisywać objawy ciągle mi nie pasuje w jaki sposób to zrobiłam (zwykle to się dzieje już na samym początku, gdy mam np. tylko 3 punkty wypisane), skreślam i zaczynam od nowa i tak jeszcze kilka razy aż jestem tym znużona i się poddaję. Przy tych nieudolnych próbach dochodzę do wniosku że nie potrafię nazwać tego co czuję tak trafnie jakbym chciała, nie jestem też do końca pewna czy ja w ogóle doświadczam tych objawów czy może się pomyliłam. A jeśli się pomyliłam, to masakra, bo psychiatra przepisze mi nie te leki co trzeba. Możliwe że nie wychodzi mi napisanie tej kartki bo mam świadomość że muszę to zrobić zgodnie z tym co naprawdę czuję i nakłada to na mnie presję. Jeszcze potem uświadamiam sobie, że i tak nie umiałabym dać psychiatrze tej kartki, bo to dla mnie nienaturalne (nigdy nie dawałam nikomu podobnemu kartki zamiast mówić) i bym się wstydziła, ale z drugiej strony mówić o większości z tych problemów bym nie potrafiła, a to by z kolei poskutkowało tym że nie dostałabym recepty na leki adekwatne do moich dolegliwości oraz ich stopnia. W ogóle nawet gdybym mu dała kartkę z objawami, to i tak bym się wstydziła, świadoma że on teraz czyta to co dotychczas dusiłam w sobie. Albo boję się że on w ogóle nie będzie chciał jej czytać i to ja będę musiała ją na głos przeczytać albo powiedzieć coś bez niej, nieprzygotowana. Nie chcę się też rozpłakać w gabinecie, tego też bym się bardzo wstydziła. To wszystko sprawia że jestem tak mocno przerażona perspektywą pójścia do psychiatry, że najchętniej bym sobie to odpuściła mimo że z samą chorobą męczę się ogromnie...
  15. Nigdy nie udzielałam się na żadnym forum, ale teraz naszła mnie potrzeba podzielenia się z kimś co mnie denerwuje, sprawia że nie potrafię się cieszyć prostymi rzeczami. Mam dwójkę wspaniałych dzieci, jestem mężatką od prawie 8 lat. Znamy się już ponad 10 i zawsze uznawałam że jesteśmy naprawdę zgodnym teamem. Kłótnie, nieporozumienia sporadycznie, zawsze się wspieraliśmy... Przez pandemię Karol musiał rok temu zmienić pracę, było ciężko coś znaleźć, obawialiśmy się że sobie nie poradzimy, jeszcze za kilka miesięcy miałam rodzić nasze drugie dziecko. Znalazł zajęcie w doręczaniu przesyłek. Cieszyłam się że ma pracę itd., niestety w dobie pandemii pracował od samego rana do 18, 19. Ja sama w domu z dziećmi. Nigdy nie przeszkadzałm mu w pracy bo mówił że zajęty, że ciągle roznosi paczki....i tak mijały miesiące. Często był zmęczony, rozumiałam to, mieli zgrany mały zespół ludzi. Nie ukrywał że często rozmawia ze swoją koleżanką, że rozmawiają o pracy, obgadują innych jak to w pracy, też o swoich życiowych sprawach. Martyna żaliła mu się że chciałaby założyć rodzinę itd. Nie denerwowało mnie to do momentu jak na własne oczy zobaczyłam ile trwają te ich rozmowy...codziennie po 3-4 H na słuchawkach. Wpadłam w szał, siedziałam z dziećmi w domu a on potrafił ze mną porozmawiać może 5-10 min, a z nią pół dnia w pracy....tak strasznie mnie to zabolało....ryczałam jak opętana, nie mogłam tego zrozumieć. Zapewnił mnie że źle zrobił, że to je jestem najważniejsza, że tylko mnie kocha i dzieci. A z Martyną poprostu gadali sobie z nudów itd. (Ona ma od pół roku chłopaka)Zawsze radziłam sobie z emocjami ale od tego czasu coś we mnie pękło....mam jakieś pesymistyczne myśli itd ..Karol zapewnił mnie że już nie będzie z nią tyle rozmawiał. On nie wie że ja mam dostęp do jego historii połączeń....faktycznie rozmawiają mniej, zdarzają się dluższe rozmowy 20-30 min raz dziennie a ja jak to widzę to płakać mi się chce i strasznie się trzęsę. Jak jest między nami dobrze to za jakiś czas zajrzę w połączenia i widzę że ona do niego dzwoni i np gadają 15 min. Ostatnio widziałam że gadali 25 min, powiedziałam mu że wiem że rano długo ze sobą rozmawiali, on zaprzeczył....co mam robić, kazać mu zmienić pracę, zerwać z nią kontakt czy poprostu przestać się przejmować i nakręcać? Ja wiem że to tylko jego koleżanka i nigdy by mnie nie zdradził....ale coś się stało w mojej głowie takiego że nie potrafię tego ogarnąć i myśleć pozytywnie....Kilka razy poruszaliśmy ten temat i zapewniałam go że nie będę się wtrącać ale wszystko wraca raz jest dobrze potem widzę że ze sobą gadają i znowu szał. Może ktoś chłodnym okiem mi doradzi.... proszę....nie chce już płakać....
  16. Witam serdecznie mam na imię Patryk mam 27 lat , kontaktuję się w sprawie porady psychologicznej poniżej przedstawię swój problem : Mianowicie chodzi o to że od 5 miesięcy jestem w związku partnerskim i zauważyłem pewien bardzo poważny problem chodzi o to że od jakiegoś czasu , w sumie od początku związku mam problem z nerwami oraz z gniewem co powoduję że nie panuje nad słownictwem i uruchamiam się bardzo negatywnie do tego stopnia że nic wtedy do mnie nie dociera i ubliżam swojej partnerce czy strasznie ją ranię psychicznie co powoduje u niej niechęć do mojej osoby , również miałem sytuacje że w głowie miałem jakieś dziwne myśli że mnie oszukuje i zdradza gdzie wcale to nie miało miejsca bo jest mi wierna od samego początku , pojawił się jeszcze jeden problem w którym zrobiłem coś żeby wywołać u niej jej zazdrość , i również okłamałem ją (przy tym wkładając w to kilka nie istniejących faktów) sam tego nie rozumiem dlaczego robiłem takie rzeczy , wiem że jej na mnie zależy bo dała mi ostatnią szansę ale pod warunkiem że będę się leczył co chcę zrobić bo nie radzę sobie z tym bo przecież ile można się męczyć w takim związku , gdzie przez moje zachowanie , którego nie rozumiem sam relacja zaczęła być toksyczna , dodam że 3 lata temu rozstałem się z narzeczoną , która mnie zdradziła z innym mężczyzną (wcześniej nie miałem takiego problemu z agresją i gniewem w żadnym związku , jak i w sprawach rodzinnych przy kłótniach wychodziłem po prostu z mieszkania), jeszcze dodam fakt że mam bardzo niską samoocenę i brak pewności siebie , proszę o pomoc , chciałabym sobie z tym poradzić ponieważ jestem szaleńczo zakochany w obecnej partnerce , strasznie mi na niej zależy , ale przy kłótniach nie panuje nad słownictwem i zachowaniem , dziękuję i czekam na odpowiedź.
  17. Cześć wszystkim, mam 29 lat, mieszkam w dużym mieście z obecnym Partnerem. Po różnych przeżyciach z przeszłości udało mi się ułożyć sobie życie tak, bym czuła wreszcie spokój i radość. W ubiegłym roku wzięłam rozwód, spotkałam mężczyznę, z którym układa mi się naprawdę dobrze, mam pracę, mieszkam w miejscu, którym zawsze chciałam - generalnie czuję się ok. Moim problemem jest relacja z matką. Opisując w skrócie moją przeszłość - Moja mama wychowywała mnie sama, często zmieniała partnerów gdy byłam dzieckiem. W domu również pojawiał się alkohol. Jestem jedynaczką, więc od najmłodszych lat musiałam być samodzielna, nikt mi nie pomagał w niczym, wszystkie problemy musiałam nauczyć się rozwiązywać sama. W wieku 15 lat wyjechałam z mamą do Anglii, czas, który tam spędziłam wspominam jako jeden z najgorszych. Gdy tylko skończyłam 18 lat i mogłam o sobie sama decydować, postanowiłam wrócić sama do Polski. Poszłam do szkoły, znalazłam pracę, naprawdę radziłam sobie. Nie było łatwo, w między czasie miałam sporo nieudanych związków, w tym ostatni związek - małżeństwo, które skończyło się rozwodem. Teraz czuję, że wreszcie moje życie nabrało barw, wreszcie jestem w odpowiednim miejscu, z odpowiednią osobą. Ale moja mama wiecznie mnie krytykuje. Pomijając fakt, że żadnego z moich poprzednich facetów nie akceptowała, próbowałam utrzymać z nią kontakt chociaż neutralny - w końcu to moja matka. Ale co raz częściej mam ochotę po prostu ją zablokować na komunikatorze. Nie mogę jej nic powiedzieć, bo wszystko potrafi obrócić w coś negatywnego. Pisze do mnie z taką złością, jakby mi zazdrościła normalnego życia. Wypomina mi jakieś sytuacje, typu nieudane małżeństwo, teksty typu: "po co ten cały ślub był? Ta cała 'szopka'? Wszyscy mówili, że do siebie nie pasujecie, a Ty wiesz lepiej oczywiście. Nie wdepnij w kolejne gówno. " Dosłownie tu piszę. Kłamie, że reszta rodziny nie za bardzo chce do domu zapraszać mnie z moim aktualnym Partnerem. A wszyscy naprawdę go lubią. Wypomina mi, że kiedyś wysyłała mi pieniądze na utrzymanie... a to bardzo dawne dzieje były, bo już od kilku lat sama się utrzymuję. Jak napisałam o czymś pozytywnym co się wydarzyło to pisze, że nie mam pisać jakiego to zaje**stego życia nie mam... że później nie mam płakać jej w rękaw jak mnie skrzywdzi... Człowieka nie miała okazji nigdy poznać, a go ocenia. Bije od niej negatywna energia. Zastanawiam się, czy pisze to na trzeźwo do mnie, czy nie. Tak, moja mama jest alkoholiczką. Zdarzało się, że nawet była zazdrosna, że pisałam z jej obecnym partnerem ( jest z nim już kilka lat i ja mam z nim naprawdę dobry kontakt). Dla świętego spokoju przestałam. Raz pożyczyłam od niego pieniądze to miałam piekło jak się dowiedziała, mimo że przy najbliższej wypłacie od razu wszystko oddałam. Ubliża, potem przeprasza i tak w kółko. Jest mi przykro, że nie mam wsparcia u własnej matki, że nie mogę z nią normalnie rozmawiać na różne tematy. Nasze rozmowy staram się ukracać do minimum, o tym, co u mnie piszę bardzo ogólnikowo. Wcześniej już były takie momenty, że strasznie się kłóciłyśmy, aż uznałam, że musze z nią urwać kontakt, bo źle to na mnie wpływa, po takich wymianach zdań płakałam i byłam bardzo nerwowa. Ale czy to ok nie mieć z własną matką kontaktu? Nie mam ojca, a teraz mam nie mieć matki? Nie wiem jak mam reagować, co robić. Dziękuję za przeczytanie mojej krótkiej historii. Może ktoś podsunie mi jakiś pomysł jak oczyścić tą relacje.
  18. Dzień dobry. Zwracam się po pomoc tutaj, ponieważ nie mam za bardzo jak się zwrócić do kogoś innego, a powoli zaczynam się sama wykańczać od środka. Może od razu to zaznaczę, mam 17 lat. Sytuacja trwa już od ponad dwóch lat, chociaż teraz bardzo się nasiliła od początku tego roku. Moja obsesja na punkcie parzystych liczb zaczyna się już robić męcząca, bo jest wielka do tego stopnia, że czuję się niekomfortowo, kiedy ktokolwiek dookoła np. ustawi głośność telewizora na liczbę nieparzystą, muszę go poprawić, nie mam nad tym żadnej kontroli, po prostu muszę. Sama myśl o nastąpieniu na łączenie płyt (przy takich dużych płytach chodnikowych) lub na połączenie starego i nowego asfaltu (jest widoczna różnica) wywołuje u mnie dyskomfort. Zabawne, bo nawet wyjść z domu muszę o godzinie z parzystą końcówką (16:32, 16:34, 16:36, 16:38, 16:40, nie wyjdę o nieparzystej), książkę też muszę doczytać do momentu, w którym rozdział kończy się na nieparzystej stronie (żeby następnym razem na pewno zacząć czytać na parzystej). I może brzmi to głupio, ale jest wyczerpujące, bo nie mogę tego zignorować. Sama sobie nie pozwalam, chociaż nie mam nad tym świadomej kontroli. Wewnętrzny przymus przestrzegania tego typu reguł. Kiedy mama wychodzi z domu i nie wraca o godzinie, o której się zapowiedziała, niesamowicie się boję. Wyobrażam sobie wszystko, co mogło się stać i robi mi się słabo. Wiem, że nie jestem osobą, która powinna ją kontrolować, ale paniczny lęk sprawia, że nie mogę się powstrzymać przed zadzwonieniem do niej. Na co zresztą bardzo się potem denerwuje, bo w końcu nie mam już pięciu lat. Co prawda mamy teraz pandemię i długo uczyłam się z domu, przez co dość rzadko wychodziłam. Ale nie spodziewałam się, że tak bardzo to na mnie wpłynie. Zawsze byłam raczej zamknięta w sobie. Kiedy chodziliśmy do szkoły, bardzo bałam się wystąpień przed całą klasą, dosłownie się trzęsłam, w grupie czułam się niekomfortowo. Kiedy odbywała się dyskusja, miałam wiele argumentów czy pomysłów, ale miałam wrażenie, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia i tylko zrobię z siebie idiotkę przed wszystkimi. Mam tylko jedną przyjaciółkę, z którą jestem bardzo blisko i czuję się komfortowo. Ale nawet jej nie jestem w stanie popatrzeć w oczy. Nie wiem dlaczego tak jest, ale kontakt wzrokowy z kimkolwiek na tej planecie jest dla mnie czymś tak niesamowicie przerażającym i zawstydzającym, że nie jestem fizycznie w stanie go utrzymać. Dodatkowo moja szkoła jest tak zwaną 'dobrą' szkołą, przez to na uczniach jest wywierana spora presja, aby mieć ze wszystkiego najlepsze oceny. Moja mama również w tym temacie nie pomaga, również ma ambicje dotyczące mnie. Absolutnie nie mówię, że powinna mnie olewać, ale przy jakiejkolwiek ocenie niższej niż 4+ już patrzy na mnie krzywo i cały czas zagląda do mojego pokoju, żeby sprawdzić, czy się uczę. Wielokrotnie zdarzały mi się już sytuacje, że było mi niedobrze, bolał mnie brzuch czy głowa. Kilka razy nawet wymiotowałam. Od początku czułam że to stres tak na mnie oddziaływuje - zarówno w temacie do kolegów z klasy, jak i nauki. Miałam zrobiony komplet badań pod każdym możliwym kątem, które nic nie wykazały. W związku z tym moja mama uznała, że wszystko w porządku i skoro nie jestem chora, no to udaję, a jak tak bardzo boli to tabletka i tak czy siak do szkoły. Na szczęście wszystko trochę zelżało, gdy przeszliśmy na zdalne nauczanie, bo nie wiem jak bym dziś wyglądała. Wychodząc do sklepu zawsze krępowałam się podejść do sprzedawcy, a tętno automatycznie podskakiwało mi chyba dwukrotnie, kiedy w kasie w markecie kasjerka zadała jakiekolwiek pytanie, nawet jeśli tylko chodziło o siatkę na zakupy. Zawsze podchodząc do półek boję się, co inni pomyślą na mój temat na podstawie tego, co kupuję. Zachowuję się przez to podejrzanie i nieraz po prostu chodził za mną ochroniarz. O ile jestem w stanie to zrozumieć i pretensji nie mogę mieć do nikogo innego niż tylko siebie, to są to na tyle stresujące rzeczy, że po prostu odkładałam wszystko co miałam i wychodziłam. Ostatnio jednak przeszłam samą siebie. Był to sklep z elektroniką. Musiałam poprosić przy kasie o słuchawki, ponieważ były one dla bezpieczeństwa przypięte do półki. Najpierw przez pół godziny krążyłam po sklepie, zabierając się do podejścia do kasy. Kiedy już w końcu się zdecydowałam, z trzęsącymi się rękami i zresztą wszystkim innym też, otwarłam usta. Kiedy kasjer na mnie spojrzał, poczułam dosłownie narastającą we mnie panikę i nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Wszyscy dookoła na mnie patrzyli. Zestresowałam się tak bardzo, że po prostu wybiegłam i zaczęłam płakać. Wiedziałam, że siedzenie w domu mi zaszkodzi, ale że aż tak? Jestem non stop krytykowana przez mamę, a przynajmniej tak odczuwam. To mam brzydkie, tamto robię źle, a o tym nie pomyślałam. Czasem mam wrażenie, że jestem nic nie warta i lepiej byłoby beze mnie. Zresztą, chyba nie ma chwili, w której wydaje mi się, że mam jakąkolwiek wartość. Jedyne co potrafię, to krytykować wszystko, co robię. Dlatego tym bardziej mam dość tego, co mówi mama. Powtarza tylko to, co ja już dawno pomyślałam wiele razy. Przez całą sytuację nawet nie chce mi się wstawać z łóżka ani jeść. To powoduje kolejne kłótnie, bo znowu nie pasuje mi coś w jedzeniu, ja już w ogóle nie potrafię spędzić czasu z rodziną, leżę do południa i zachowuję się jakbym miała 80 lat i wszystkie choroby świata. Wisienką na torcie niech będzie to, że każda sugestia, że źle się czuję, kończy się zabraniem mi telefonu i laptopa na dwa tygodnie (mogę tylko korzystać podczas lekcji online), co niestety kończy się odcięciem mnie od wszystkich znajomych, których i tak jest niewielu. Wszystko, co się ze mną dzieje, jest zdaniem mamy wyłącznie konsekwencją używania telefonu. To, że czerpię z niego wiadomości do szkoły, czytam lektury w pdfie czy kontaktuję się z nauczycielami nie ma kompletnie znaczenia. Odczytuje słuchaną w tle muzykę, która pomaga mi w nauce i uspokojeniu się, jako rozpraszacz i marnowanie czasu. Ja nawet nie oglądam żadnych seriali ani filmów, szczerze mówiąc nie mam na to czasu. Zawsze jest coś więcej do zrobienia, ważniejszego. Tutaj chciałabym dodać, że zdarzało mi się samookaleczać. Kiedyś był taki przypadek, że pocięłam się po nadgarstku, ale więcej już tego nie zrobiłam, po tym jak moja mama zrobiła mi awanturę, co ludzie, powiedzą jak to zobaczą. Po tym jedynym sposobem, w jaki to kontynuowałam, było obgryzanie policzków od środka. Niby głupie, ale czasem robiłam to do tego stopnia, że próba zjedzenia czegokolwiek kończyła się powstrzymywaniem płaczu. Teraz zamiast tego żuję gumy. Jeśli nie mam gum, to wszystko co jest pod ręką - jakiś długopis, ołówek. Pomaga, ale nie wyładowuje stresu tak dobrze... Całą sytuację nasilił początek tego roku. Nigdy nie zastanawiałam się nad swoją orientacją, ponieważ nigdy nawet nie interesowałam się nikim w takim kontekście, żadnymi związkami. Ostatnio jednak złapał mnie okropny kryzys orientacji, dodatkowo popędzany kryzysem tożsamości płciowej. Nie mam pojęcia kim jestem ani nawet nie wiem do kogo się zwrócić z moim problemem. Mama i ojczym są bardzo religijni i gdybym jednym słowem o tym wspomniała, rozpętałoby się piekło. Generalnie są zdania, że osoby LGBT są chore psychicznie i należy je zamknąć w zakładach psychiatrycznych. To jest wbrew ludzkiej naturze, ideologia, zaraz bycie hetero będzie wstydem - teksty tego typu padają nierzadko. Przez to boję się, po prostu się boję do nich zwrócić ze swoimi problemami, a przytłaczają mnie coraz bardziej. Sama już nie wiem kim jestem, sama nie wiem czy jestem normalna czy powinnam być zamknięta w ośrodku psychiatrycznym, jestem po prostu zagubiona i nie wiem co zrobić. Na koniec mogę jeszcze tylko dodać, że wizyta u psychologa nie wchodzi w ogóle w grę aż nie ukończę 18 roku życia, ponieważ zdaniem mojej mamy coś takiego jak psycholog jest bezużytecznym wymysłem, a jeżeli już mnie tam wyśle, to żeby leczyć moje rzekome uzależnienie od telefonu. Albo sama tam pójdzie, bo cały czas twierdzi, że wpędziłam ją w depresję. Nie chcę tutaj oceniać, czy jest chora czy nie, ale to się stało takim obowiązkowym argumentem w każdej kłótni, że już przestaje mi się to podobać.
  19. Witam . Mam 27 lat jestem singlem, prowadzę biznes. Od kąd słucham Pana Rafała, i robię ćwiczenia to zdałem sobie sprawę czego potrzebuje. Przynajmniej tak mi sie wydaje. Na razie to jest znalezienie tej pustki, i uświadomienie sobie jej. Właściwie cele jakie sobie stawiam w życiu to osiągam, ale czuje się nieszczęśliwy. Uświadomiłem sobie, ze jest to uwarunkowane tym ze od najmłodszych lat nie miałem uwagi, czy to od rodziców ( nie było patologii, ale nie rozmawiali ze mną), pózniej w podstawówce tez chciałem udowodnić swoją wartość i nie czułem jej, gimnazjum liceum to samo, teraz w życiu widzę podobny schemat pomimo ze odnoszę sukcesy ale martwi mnie ta motywacja do działania ponieważ uwarunkowana jest tym żeby pokazać komuś jaki jestem wspaniały, myśle ze mam zachwiane poczucie własnej wartości. Nie oczekuje cudów ze zmienię to do końca tygodnia, ale nad czym pracować w takim wypadku? co robić aby to powolutku zmieniac? Co najlepiej zadziała w takim przypadku? Pozdrawiam
  20. Witam jestem Daria i mam 21 lat, wcześniej zakończyłam swój toksyczny 2-letni związek. Zacznę od tego, że poznałam nowego partnera jesteśmy ze sobą 1,5 roku, wszystko było idealnie i byliśmy w sobie bardzo zakochani. Wyjechaliśmy razem za granicę do pracy. Tutaj zaczęły się problemy, on poznał kolegę który mu bardzo zaimponował, zaczął nie zwracać uwagi na to co mówię, wyzywał mnie przy nim i poniżał, tekstami typu „Zamienię dziewczynę na inną”okłamywał mnie i zażywał mocniejsze narkotyki razem z nim. Po nich stał się bardzo agresywny między innymi zaczął się bić i zdemolował poprzednie mieszkanie, spadł ze schodów. Już miałam tego dość, zaczęły mi się pojawiać myśli samobójcze, mówiłam mu to, a on nic sobie z tego nie robił. Zamykałam się w pokoju i płakałam, podczas gdy on bawił się w najlepsze. Bo wtedy nie miałam jeszcze wystarczająco pieniędzy żeby się przeprowadzić i wiedział, że ma nade mną pełną kontrole. Kolega oczywiście zniknął, a ja musiałam się nim opiekować. Gdy chciałam od niego odejść on chodził za mną i przepraszał, prawie płakał, mówił, że bardzo mnie kocha. Wybaczyłam mu z nadzieją, że jak się wyprowadzimy i zamieszkamy sami to będzie dobrze. Teraz robi mi mętlik w głowie, raz jest wspaniałym chłopakiem, pomaga w obowiązkach domowych, gotuje, obdarowuje mnie prezentami, a potem zamienia się w bezlitosnego chama bez uczuć, nie obchodzi go nic. Nie spyta nawet jak się czuje, wyzywa mnie od najgorszych typu „jebana idiotka”, „kurwa”, gdy zdenerwuje się o błahostkę zawsze jest moja wina. Wszystko według niego robię źle. Czuje się przy nim bezwartościowo. Gdy płacze, on idzie jeść i udaje, że nie słyszy. Ja się naprawdę starałam go zmienić, ale czuje, że sama tracę siłę. Najgorsze jest, że po tym wszystkim on zachowuje się jakby nic się nie stało, chce uprawiać seks, przytula mnie i całuje. Nie rozumiem czy takie zachowanie jest normalne w związkach, czy mnie kocha, czy to ze mną jest coś nie tak?
  21. Postaram sie krotko i na temat, aczkolwiek moze to być trudne z racji tego ze codziennie w mojej studni przeszłości odnajduje nowe okoliczności które mnoga mieć znaczenie mojego obecnego życia. Jak wiekszosc na tym forum Moj problem dotyczy związków, miłości, tworzenia relacji. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze marzyłam o idealnym związku takim jedynym na cale zycie, ba! z moim pierwszym narzeczonym z którym byłam 5 lat w bardzooooo toksycznym związku chciałam być do końca świata! bo przecież to mój pierwszy chłopak i pierwszy sex, miałam wtedy 22 lata jak on używał wobec mnie aikido, kung fu czy inne dźwignie, przyprowadzał dziewczyny pod nasze drzwi, nadużywał wszystkiego co nielegalne a ja nadal błagałam go żeby spróbować od nowa i być razem na zawsze. Żałosne - wiem, Bogu dzięki ze był na tyle bezduszny i wreszcie mnie zostawił ( a nawet kazał wracać auto stopem do polski z UK ). Oczywiście po roku jak sie odezwał kupiłam mu bilety i zaprosiłam na sylwestra którego zrujnował a 7 miesięcy później pożyczyłam dosc duża kwotę pieniędzy której nie moglam odzyskać przez dłuższy czas. Kilka miesięcy później poznałam chłopaka z moich marzen, przystojny, elokwentny, zawadiaka książkowa historia idealnej miłości, poznaja sie na malej wyspie, 2500 km od miasta w którym mieszkali obok siebie i nigdy wcześniej sie nie poznali!!! przeznaczenie! cud! - to musi być to!!!, zaręczyny po roku na plaży o zachodzie słońca - bajka...ktora szybko przerodziła sie w horror, gość okazał sie notorycznym kłamca, oszustem, bawidamkiem a co do tego nierobem. No ale jak ja juz wejdę w związek to na 100%, wiec walcze, pracuje na rachunki i jedzenie a do znajomych którzy juz patrzą na mnie z politowaniem - uśmiecham sie tak szeroko jak tylko moge a w środku powoli zaczynam umierać, a napewno moje serce. Historia sie powtarza a ja znowu nie potrafię odejść od mojego oprawcy bo nie wyobrażam juz sobie życia bez niego i planuje kolejne lata. Te kolejne lata trwały w sumie 5 lat, 5 lat wyzwisk, klotni, rękoczynów, zdrad, oszustw - w końcu odszedł....i znowu on odszedł, nie ja zostawiłam tyrana tylko on odchodzi a ja sie zbieram do kupy przez kolejne jak sie okazuje kilka lat 😕 Po tym szaleństwie obrazam sie na mężczyzn okrutnie i postanawiam sie bawić, bo przecież najpiękniejsze lata życia spedzialm zamknięta w 4 ścianach gotując, sprzątając, piorąc a w zamian byłam nazywana przeróżnymi epitetami. Jestem wtedy przed trzydziestka i zamierzam wykorzystać ten czas, poznaje nowych ludzi, zmieniam prace, zaczynam podrozowac - wydaje sie ze Moj los sie odwrócił i właśnie tego było mi trzeba uwolnić sie od jakiegokolwiek związku. Jestem szczęśliwa jak nigdy wcześniej, mam bardzo dobrze płatna prace i świetnych przyjaciół i wtedy poznaje Moja kolejna bliznę na sercu, mial być tylko na chwile, na weekend urodzinowy jako rodzaj świeczki do zdmuchnięcia ale wtedy jeszcze nie wiedziałam ze sex jest święty i nie można tak byle jak, z byle kim i byle gdzie. Piękna noc to była, dla mnie miała być tylko ta jedyna - on stwierdził ze sie zakochał i to jest koniec świata!!! na głowie stawał, kwiaty przynosił, na kolacje zabierał, piosenki śpiewał....oszalał a ze ja prosta w obsłudze jestem to jak ktoś jest dla mnie miły i dobry to ja nie potrafię sie nie odwdzięczyć wiec dwie randki później było juz po mnie. Każda godzina bez sms od niego to juz był strach, ze znowu moze cos być nie tak, ze pewnie zdradza albo juz nie chce ze mna być - paranoja. Oczywiście okazało sie ze kocha nie tylko mnie ale i swoja była z która w międzyczasie latał na wakacje tym razem jak sie dowiedziałam - zostawiłam niewiernego ale 3 miesiące nie potrafiłam funkcjonować a przez kolejne 2 lata nie było dnia żebym o nim nie myślała. Rzecz jasna ze dziwnym trafem spotykamy sie w sieci pewnego dnia a on twierdzi ze nigdy w życiu tak za nikim nie tęsknił i ze za tydzień przylatuje sie ze mna zobaczyć, umawiamy sie tylko na kawę i spacer hmmm...który trwa 3 dni. Znowu love - znowu pudło. Wspólne wakacje we Włoszech, roze, kolacje i szum morza... place za wiekszosc i mamy sie rozliczyć po powrocie. On wyjeżdża do polski a ja zostaje w UK ale codziennie piszemy jak bardzo za soba tęsknimy, no coz do dziś sie nie rozliczyliśmy a po kilku miesiącach życzliwa znajoma poinformowała mnie ze Moj ukochany ukrywa przede mną swoja nastoletnia dziewczynę z ogromnymi atrybutami i sztucznymi ustami. Boże - nie masz litości ?! wszyscy nasi wspólni znajomi o tym wiedzieli! bo tylko dla mnie niewidoczne były ich wspólne zdjęcia na portalu społecznościowym, no coz - poprosiłam o zwrot pieniędzy - usłyszałam ze nie ma bo wyjeżdża w podróż dookoła świata i ze w sumie to on nie wie o co ja sie smuce bo przecież nigdy nie ustaliliśmy ze jesteśmy razem :o. Kolejne miesiące w dupie, deprecha, płacz, analizowanie każdego dnia spędzonego razem i szukanie momentu w którym popełniłam blad, ja, ja i jeszcze raz ja! moja wina - przecież to musi być moja wina no ile razy ktoś mnie moje zostawić w taki nieelegancki sposób ?? Nie dostaje odpowiedzi ale zaczynam czytać coraz więcej książek poradników z których wnioskuje, ze moje dzieciństwo to nie do końca rozami było usłane. No w sumie to nie było, Tata od zawsze pil a Mama robiła awantury, najczęściej zamiast zegarka budził mnie krzyk. Oni kłócili sie non stop o byle gówno, przysięgam - nawet deszcz mogl być powodem absolutnej masakry. Mi tez obrywało sie najgorszymi wyzwiskami chociażby za niepozmywane naczynia czy spóźnienie do domu. Wyprowadzając sie od rodziców w wieku 20 lat uświadomiłam sobie ze mam nerwice a na każdy wyższy ton reaguje nerwowo. Nie daj Boże żeby ktoś na mnie krzyknął - wtedy zaczynaja płynąc mi lzy i cala sie w środku trzęsę. Zaczęłam sie zastanawiać kiedy moi rodzice powiedzieli mi cos miłego, pochwalili mnie, byli ze mnie dumni....coz, nie moglam tego wygrzebać ze wspomnień. Od upomnień, zarzutów i zali miałam az wypchane szuflady młodości. Wydaje mi sie, ze moge być tym niedowartościowanym dzieciakiem które myśli ze facet mu zycie ulozy i ze jak juz kogoś poznaje to wszystko będziemy robili razem żebym czuła sie w tym związku jak w bezpiecznym domu rodzinnym, przepełnionym miloscia, którego nigdy nie miałam. W każdym razie nie poddałam sie i tydzień temu poznałam przecudownego chłopaka na portalu randkowym pojechałam do niego na działkę żeby go poznać i okazało sie ze jest jeszcze fajniejszy na żywo niz w internetach!!! Miałam tam pojechać na 2h tylko poznać, pogadać i wrócić ale tak nam sie fajnie rozmawialo ze zostałam 4h, wracając do domu az sama sobie uwagę do lusterka zwracałam, ze co ja sie tak głupio ciesze - wiedziałam ze tam wrócę!!! Zaczął pisać codziennie i zaproponował wspólny projekt składania roweru OESUUUU jak ja sie cieszyłam, umówiliśmy sie na kolejny weekend. Od środy juz przebierałam stopkami nie mogąc sie doczekać spotkania. Napisał ze przyjeżdża z kolega bo ma tam dużo do posprzątania i żebym przyjechała na zwykły relaks za miastem. W dzień wyjazdu od rana juz było cos ze mna nie tak, serce chciało sie z klatki wyrwać, nic nie moglam zjeść i tylko chciało mi sie palic papierosy ( ogólnie nie pale ). W Polowie drogi dostałam pierwszego w moim życiu ataku paniki, musiałam zjechać na pobocze bo nie moglam złapać oddechu, lzy ciekły mi po policzkach i zaczęło mi sie robić ciemno przed oczami. Pomyslalm ze moze to znak żeby tam nie jechać ale z drugiej strony tak bardzo sie cieszyłam na to spotkanie ze powrót do domu nie wchodził w gre. Kiedy dojechałam na miejsce - pierwsze pytanie jakie usłyszałam to czy jestem ok ? bo blado wyglądam, wiec genialna ja postanowiłam otworzyć winko i jak najszybciej sie wyluzować tak jak pomyslałam tak i zrobiłam! 2 lampki i 8 papierosów później nadal czułam jak w środku mnie rozrywa a przecież jest fajnie i milo. Chłopaki rozpalili ognisko, przygotowali leżaki i kolacje a ja dalej przechylam szklankę za szklanka i pale szlugi jeden za drugim trzęsącymi sie rękoma. Final moze być tylko jeden, upijam sie okrutnie i gadam głupoty...to nic, wypijam kieliszek wódki, dostaje mega migrenę a na koniec puszczam największego pawia. Moj luby biega za mna z miska i przynosi mi wodę na co ja zarzucam focha i głupio sie mądruje. Koszmar nie dziewczyna! dziwne ze mnie stamtąd nie wyrzucili w pizdu na pożarcie dzikom. Chociaż patrząc z perspektywy czasu to byłoby chyba najlepsze rozwiazanie tej sytuacji bo po godzinie pani kuku wstaje i zaczyna opowiadać historie ze swojego życia ktore nie powinny ujrzeć światła dziennego a tym bardziej zostać usłyszane przez faceta na którego prawdopodobnie czekałam od dłuższego czasu. Coz, chciałam być fajna a wyszło jak zawsze. Budze sie w czapce, dwóch bluzach i najwieksza dziura w skarpecie jaka moze człowiek zrobić - mysle sobie, ze musiał być dens ale myślenie przerywa mi ohydny kac. Panowie juz wstali i wyglądają jakby wszystko było ok, ja zaczynam sobie przypominać co nieco i szybko w ramach rekompensaty oferuje ze zrobie śniadanie. W międzyczasie Moj love podchodzi i pyta czy chce kawe i czy pamietam o czym rozmawialiśmy .... mowie ze tak...bo tak mi sie wydaje, on kiwa głowa i sie uśmiecha. Po jakiejś godzinie dostaje szklankę wody z magnezem i siły, postanawiam wiec natychmiast sie zebrać w podróż, na predce żegnając sie zawstydzona z amantem - dziękując za super czas i zaproszenie. Wróciłam do domu i napisałam ze nadal czuje sie zle ale stabilnie i raz jeszcze dziękuję i przepraszam - odpowiedz dostaje bardzo zwięzła i sucha a mianowicie " nie wnikaj, co było na działce, zostaje na działce". 3 dni ciszy wiec napisałam od tak - cos tam odpisał, wiec znowu nawiązałam do tego ze strasznie mi głupio i ze dziura w skarpecie moze świadczyć o tym ze czegos nie pamietam i ze mógłby mi przypomnieć bo nie chce żeby przestał mnie lubić. No i cisza...a teraz pytanie...czy ja znowu popadam w jakaś paranoje ? czy to moze być kolejny objaw tego niedopieszczenia ? ze ktoś znowu był dla mnie miły to ja rozum trace i wpadam w to jak śliwka w kompot i zaczynam wyobrażać sobie przyszlosc której nie ma i nie będzie...a moze ja juz najzwyczajniej sie nie nadaje do relacji bo zawsze bede juz wyrzucała cały ten jad i zło mojej przeszłości na kogoś kto mi okaże chociaż odrobine zainteresowania i troski? Proszę mi wybaczyć to opowiadanie ale chyba mi sie troche lżej na sercu zrobilo jak to napisałam!
  22. Mam taki problem, że studiuje ciężki kierunek i ciągle podaje w wątpliwość to moje studiowanie, na razie zdaje wszystko, ale co mi z tego zdawania jak żeby być dobrym inżynierem to trzeba systematycznie uczyć się i praktykować swoją dziedzinę a nie zrobić dwa zrywy w ciągu roku tj. w czasie sesji i to jeszcze zarywając noce, na ostatnią chwilę. Jednakże jestem w otyle nie komfortowej sytuacji, że nie mam żadnych alternatyw na przyszłość. W sensie pozostaje mi udzielanie korepetycji dzieciakom, albo na kasie w biedrze czy magazynie. Ewentualnie jeszcze zdolności artystyczne domniemane, których jeszcze nie wykorzystałem, bo też nwm w jaki sposób. Tak naprawdę to moje wątpliwości odnośnie studiów były już dwa lata temu, kiedy też cudem zdałem semestr 4 i dodatkowo chodziłem na terapię. Później zrobiłem sobie przerwę na rok by "znaleźć swoją drogę" (jak nie znajdę to z założenia miałem wrócić na studia), ale jak łatwo się domyślić drogi nie znalazłem, pobimbałem sobie, popracowałem na pół etatu w Amazonie oraz na korepetycjach i to tyle. No i co ciekawe przez ten rok nie robiłem niczego związanego z budową maszyn niczego, więc moje studia to jest tylko i wyłącznie przymus. Wobec tego wszystkiego uważam, że moja postawa i podejście na tych studiach i ten opór wewnętrzny jest wypaczeniem nauki i edukacji, która by być sprawna to musi być systematyczna i musi być te tak zwane flow, które przy uczeniu się mechaniki i budowy maszyn miewałem bardzo rzadko, głównie to przymus i wewnętrzny opór. Czy moja podświadomość zna już odpowiedź na moje życiowe pytanie? Dodam, że zniechęcające do tego studiowania jest fakt, że jest ono online co jest takie sztuczne trochę. Może moje błądzenie polega na fakcie, że bardzo materialistycznie podchodzę, próbuje myśleć tylko o zajęciu które da mi dużo pieniędzy. Samo pójście na te studia było motywowane dobrymi zarobkami w inżynierii, ale one raczej dotyczą rozwijających się inżynierów, którzy robią swoją pracę z pasji i zaangażowaniem, a i tak na dobre wynagrodzenie mogą liczyć dopiero po jakimś czasie pracy, doświadczeniu. Po przejściu sesji zimowej ciągle stosuje to samo, wszelkie techniki by uciec od tego studiowania, przeglądanie wiadomości sportowych czytanie teorii spiskowych, fantazje o lepszym życiu i robienie zadań na ostatnią chwilę Nie mogę zrozumieć tego, że studiując tak ciężki kierunek jak mechanika i budowa maszyn i mając okazję do zgłębiania tej wiedzy zawsze wszystkie projekty zaczynam realizować o godzinie 1:00, a wcześniej po prostu robię wszystko inne, przeglądam internet, życie celebrytów, mecze piłkarskie itd. I nagle jest poniedziałek i mam do zrobienia projekt napędu do podnośnika nożycowego- pewien etap, zamodelować sprzęgło, silniki hydrauliczne i pompę na poniedziałek, co ciekawe nie mając większego pojęcia o tym, dosłownie o 1:00 w nocy w sobotę i to na 3 roku studiów na 6 semestrze!!! To jest coś strasznego dla mnie, gdyż w dzieciństwie byłem osobą strasznie ambitną i miałem wiele pasji przede wszystkim artystycznych i naprawdę portafie się uczyć i mam bujną wyobraźnię, ale po prostu ugrzęzłem w jakimś bagnie od wielu lat już, bo dosłownie męczę się non stop, od momentu jak wybrałem klasę z profilem matematycznym. Co poszło nie tak... Na wykłady praktycznie w ogóle nie chodzę, jak jestem obecny na zajęciach to praktycznie nic na nich nie robię bo nie słucham, jestem na wpół przytomny tam, uciekam myślami. W ogóle to przerwałem te studia nawet na rok i w tym czasie w ogóle nie zajmowałem się dziedziną mechaniki, co tylko potwierdza, że nie jest to moja działka. Mam 23 lata i już z 7 lat stracone, bo tyle trwała moja edukacja matematyczna i ścisła. Fakt, że udzielam teraz korepetycji z matematyki i zarabiam z 2 tysiące dziennie studiując to jest dla mnie jakiś pozytyw. Chciałem dodać, że tkwię w wielu nałogach i nie wiem czy czasem nie jest to spowodowane między innymi tymi studiami. Często wręcz krzyczę do siebie, że nie powinienem tego studiować i to nie moja działka, przez co droga jest jak przez mękę tylko dla jakiegoś fetyszu inżyniera. Chociaż do dyplomu brakuje mi całkiem niewiele, bo w lutym się kończą moje studia to jednak mój poziom wiedzy inżynierskiej jest drastycznie mały jak na takie studia i nie wiem czy jest w ogóle jakikolwiek sens się męczyć o ten papierek sam, czy nie lepiej wziąść się za coś konkretnego co będę robił z zaangażowaniem i poświęceniem. Już jedną taką rzecz mam są to korepetycje z matematyki. Pragnę szukać więcej takich rzeczy, nawiązać do najmłodszych lat dzieciństwa kiedy interesowałem się sztuką. Mam jeszcze perspektywę pracy w warsztacie u taty, bo ma firmę. Opcji jest parę, nie powiem. Tylko to nie łatwa decyzja i na pewno to będzie boleć, moja kolejna porażka w życiu, ale muszę to zrobić, bo co to za studia na których w trakcie zajęć przeglądam facebooka i zasypiam na wykłady, to żadne studia. Na ustroje nośne od miesiąca nie zrobiłem totalnie niczego. Zapisałem się na staż związany ze studiami, ale czuje straszne spięcie z tego powodu, nawet nie wiem jak się ta firma nazywa, bo zapomniałem. Nie wiem czemu tak się stało by dojść do takiego momentu i tak zdziadoszyć to wszystko, przez tyle lat tkwić w takim gównie emocjonalnym i błędzie. Odpowiedz
  23. Witam, jestem osobą aspołeczną, nieśmiałą. Brak mi pewności siebie. Chciałabym to zmienić. Jaki pierwszy krok powinnam zrobić, aby z tym walczyć?
  24. Witam! Jestem Marek i mam prawie 19 lat i mam problem w moim bardzo szczęśliwym i udanym 4 miesięcznym związku. Od kilku dni mam problem żeby się podniecić przy mojej dziewczynie np:dotykanie jej piersi nie podnieca mnie już tak bardzo(prawie wogóle) jak na początku związku. A dzieje się tak od kiedy leżeliśmy u mnie na łóżku i podczas całowania itd opadł mi członek przez co bylem w szoku i od tego cały czas mnie męczy coś w głowie w stylu "a co jeżeli jestem gejem?" Oczywiście nie interesuje mnie homoseksualizm ale dochodzi do sytuacji ze stresuje się jechać do dziewczyny bo im dłużej się z nią całuje i nie czuje podniecenia tym bardziej czuje się gorzej psychicznie i mam te dziwne myśli "a co jeżeli faktycznie jestem?" Dochodzi znowu do dziwnych sytuacji że mysle jakby to było z facetem czy to by mnie podnieciło ale zaraz mnie obrzydza, że jak to z facetem, Kocham swoją dziewczynę i chce z nią być ale coś jest nie tak ze mną zawsze byłem szczęśliwy jadąc do niej a teraz się stresuje. A ostatnio zanosi się na to że jesteśmy coraz bliżej siebie i boje się sytuacji że Ona dotknie mojego członka a on mi opadnie, już nie wspominam o seksie jestem przerażony i stres i te dziwne i natrętne myśli nie dają mi żyć i cieszyć się z związku tak jak dawniej, błagam pomóżcie. Ps:Nigdy nie uprawialiśmy sexu i jestem prawiczkiem
  25. Jagoda30

    DDA

    Witam Mam 25 lat , moja matka jest anonimowa alkoholiczka , była w ośrodku zamknięty lecz terapia nie przyniosła pożądanego rezultatu... są dni ze jest do rany przyloz a pozniej wpada w ciag alkoholowy i potrafi pic od rana .. awanturując się..obrażając, nieszanujac, między innymi dlatego też się wyprowadziłam z domu i mieszkam z narzyczonym ale ze względu na jego delegacje przyjeżdżam do domu , nie umiem sobie poradzić jej choroba, ciezko mi przestac o tym myśleć.. proszę o pomoc i dorady .. czuje się bezsilna

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Create New...

Important Information

Używając strony akceptuje się Terms of Use, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.