Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'samoocena'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 249 wyników

  1. Witam Mam na imię Piotr, mam 40 lat. Mimo wieku nadal mieszkam z rodzicami, jestem kawalerem. Bardzo czuję potrzebę przytulania się. Zżyty jestem z Mamą i czasem lubię się Ją przytulać. Okazyjnie (nie na siłę) do innych ludzi (przeważnie kobiet) np. przy składaniu życzenia świątecznych. Lubię też jak ktoś mnie przytuli. Przytulać też uwielbiam zwierzęta (koty). Przytulanie NIE podnieca mnie seksualnie. Kiedyś psycholog spytał mnie co czuję przy przytulaniu, czemu lubię to robić a ja za Boga nie potrafiłem się wypowiedzieć. Mam pytanie czy to jest normalne w tym wieku? Czę sto czuję, że nie mam do kogo się przytulić.
  2. Witam. Mam na imię Julia, mam 16 lat, chodzę do szkoły średniej na kierunku technik żywienia i usług gastronomicznych. Od jakiegoś czasu mam okropne wahania nastroju, co staje się nie do zniesienia. W dzień jest wszystko dobrze, przed rodzicami udaję, że nic mi nie jest, ponieważ nie chce im dokładać dodatkowych problemów, wiedząc, że są zmęczeni pracą i mają własne problemy. W nocy natomiast cały czas płaczę, nie umiem zaakceptować mojego ciała, jestem okropna, wszędzie widzę to co najgorsze we mnie. Podejrzewam, że są to skutki po podstawówce. W 3 klasie podstawówki mialam wypadek w skutek, którego jestem przewlekle chora, do tego doszły jeszcze inne choroby m.in.: cukrzyca, ponieważ ucierpiała trzustka, tarczyca, problemy z miesiączkowaniem, ciągły stres i obawa przed ponownym powrotem do szpitala. Po tym całym wypadku, okazało się, że miałam fałszywych przyjaciół i gdy tylko wróciłam ze szpitala do szkoły, nacieszyli się mną 2 miesiące i wtedy zaczęło się prawdziwe piekło. Wyzywali mnie od grubych świń, każdy bał się mnie dotknąć, bo twierdził, że przenoszę zarazę. Będąc młodsza, nie do końca rozumiałam co oni mówią i o co im chodzi. W klasie 7 zaczęło się to robić nie do zniesienia, po powrocie ze szkoły pierwsze co robiłam, to szłam do pokoju i płakałam w poduszkę. W końcu moja kochana mama postanowiła, że zabierze mnie do psychiatry, który mi kompletnie nie pomógł, wypisał mi jedynie antydepresanty, których moja mama nie wykupiła bo zdawała sobie sprawę z tego, że nie będę wtedy już nic kompletnie czuć, jedynie pustke. Jakoś dawałam sobie radę, gdy nagle w 8 klasie zaczęło się to samo, wyzywanie przez rówieśników, płakanie w poduszkę, do momentu, aż inicjatywę przejął mój tata, pojechał do moich "znajomych" i wyjaśnił z nimi kilka rzeczy, później już było wszystko dobrze. Teraz gdy skończyłam 1 klasę technikum, mam podejrzenia choroby afektywnej dwubiegunowej u siebie. Mam te same objawy i piszę do państwa z porada co mam zrobić w tej sytuacji. Czy udać się do psychologa? I co psycholog zrobi w tej sytuacji? Co będę czuła jeśli wypisze mi antydepresanty?
  3. Mam poważny problem z randkami. Wiem, że dla wielu z Was to przysłowiowa pestka, ale dla mnie to nie lada wyzwanie. Ile razy się z kimś mam spotkać to zamiast ekscytacji odczuwam silny niepokój. Martwię się, że się nie spodobam, albo że na spotkaniu nie otrzymam ani jednego sygnału świadczącego o chociażby lekkim zainteresowaniu. Zacznijmy od początku mam prawie 28 lat i nigdy nie byłem w związku. Dziewczynami interesowałem się od szkoły średniej, ale mówiąc szczerze wolałbym zapomnieć o tych czasach, pełnych porażki. Kilka dziewczyn poznałem przez internet. Fajnie się rozmawiało na czacie więc postanowiliśmy się spotkać. Na miejscu okazywało się, że dziewczyny z którymi korespondowałem są delikatnie mówiąc bardzo przeciętne z urody. Ale chociaż inaczej je sobie wyobrażałem nie przeszkadzało mi to. Skupiłem się na tym by je poznać. Niestety nie szło to w drugą stronę. Wzrok tych dziewczyn był pełen niechęci i rozczarowania. Jednak w przeciwieństwie do mnie nie były otwarte na znajomość. Nie chciały za bardzo rozmawiać, od razu patrzyły na zegarek i najczęściej po 30 minutach komunikowały że muszą już iść. Po kilku podobnych sytuacjach postanowiłem wysyłać zdjęcie. Efekt był tego taki, że jedna z dziewczyn napisała, że jestem brzydki i że musi usunąć to zdjęcie z poczty bo się porzyga. Zrobiło się mi przykro, ale nie poddawałem się i szukałem dalej. Najczęściej jednak dziewczyny nie przejawiały jakiegokolwiek zainteresowania. Nawet jeśli pisało się przyjemnie, to spotkania nie były udane. Dziewczyny patrzyły na mnie z wyraźną niechęcią. Przez internet umawiałem się z dziewczynami z wyglądu poniżej przeciętnej. Raz spotkałem się z całkiem ładną, ale kiedy po spotkaniu odpisywała z niechęcią, a ja oświadczyłem, że nie zostanie moją dziewczyną z powodu nie najlepszej komunikacji między nami oraz bycia małomówną, to w odpowiedzi przeczytałem: ty moim chłopakiem? Co żeś sobie myślał? Jesteś za mało ładny by być moim chłopakiem. Wtedy przestałem umawiać się z dziewczynami przez internet, a skupiłem na tych dostępnych w szkole. Ale i tam różowo nie było. Jedna z koleżanek z klasy widząc, że kieruję wzrok na stające daleko dziewczyny z innej klasy, oświadczyła: co ty się tak na nie patrzysz? Myślisz, że masz szanse? Żadnych. Kiedy indziej inna kumpela z klasy w trakcie naszej rozmowy gdy stwierdziłem, że chcę poznać miłą dziewczynę i wejść w związek odparła: nie wiem co ta dziewczyna miałaby w tobie widzieć? Nie jesteś atrakcyjny. I nie patrz się tak na mnie, ja tylko jestem szczera. Gdy nadszedł czas połowinek i rozmawiałem z jedną z koleżanek z klasy czy mogłaby mnie poznać z któraś z koleżanek abym miał partnerkę na bal, stwierdziła: ja idę ze swoim chłopakiem i nie mam wolnych koleżanek, na dziewczyny z klasy też nie licz bo żadna z nas by nie chciała się z tobą nawet umówić. Wtedy coś we mnie pękło i powiedziałem dosadnie; no tak pewnie bo marzę o pójściu z którąś z was na randkę. Koleżanka wyraźnie się zirytowała: co ty myślisz, że jesteśmy jakieś gorsze? Koleżanki z klasy nie tylko nie wykazały się kulturą, ale wszystkie, a było ich 12, były bardzo przeciętne. Jak to powiedział znajomy z innej klasy w trakcie składania życzeń: życzę ci aby te wszystkie dziewczyny były twoje, szkoda tylko że żadna nie jest ładna, hahaha Chciałem jej to przekazać, ale ugryzłem się w język. W każdym razie nie poszedłem zarówno na połowinki, jak i 100 dniówkę. Po zdaniu matury poszedłem do pracy, a potem wyjechałem na studia. Niestety i tam byłem niewidzialny dla dziewczyn. Na studiach starałem się poznawać dziewczyny z innych kierunków, ale nie szło mi najlepiej. Nawet jeśli dobrze się rozmawiało to widziałem, że brakuje mi tego czegoś, tego co powodowałoby że dziewczyna byłaby zainteresowana. Ale one wszystkie widziały we mnie tylko kolegę. W wieku 22 lat postanowiłem pójść do prostytutki by się poprzytulać i spróbować seksu. Od tamtej pory co rok odwiedzałem panie świadczące takie usługi. Moim marzeniem był związek, tylko że żadna dziewczyna nie widziała we mnie partnera. Było mi głupio że w wieku 22,23 lat chodziłem do miejsc uciech. Przecież byłem młody, a w tym wieku rzekomo o seks i przytulanie jest łatwo. W końcu w wieku 26 lat spotykałem się z kimś na "dłużej" bo cały miesiąc. Dziewczyna była baaardzo nieatrakcyjna fizycznie. Miała 150 cm wzrostu, sporą nadwagę a z twarzy przypominała konia z krzywą szczęką. Jednak spodobało się mi to że zwróciła na mnie uwagę i wreszcie mogłem iść z dziewczyną po mieście za rękę. Za to miała okropny charakter. Gdy nie odpisałem na smsa bo byłem pod prysznicem to miała pretensje, że pewnie piszę z inną a ją olewam. Ciągle chciała rozmawiać przez telefon od popołudnia do późnego wieczora. Nigdzie nie mogłem wyjść na miasto bez niej bo będę podrywał itd Była toksyczna, ale i tak lękałem się by jej niczym nie urazić. W końcu poznała innego, a mi dała kopa. Po miesiącu gdy tamten ją zostawił chciała się nadal spotykać, ale odmówiłem. Potem poznałem dziewczynę "kulkę". Miała 150 i 90 kg wagi. Sama mówiła o sobie, że jest kulką. 3 razy się spotkaliśmy co dla mnie było ogromnym wyczynem, ale na 4 spotkaniu gdy odmówiłem pójścia do kina na film o Greju uznała, że skoro ja z nią nie pójdę to umówi się z innym bo ma ponad 50 mężczyzn do wyboru na portalu randkowym, którzy w ostatnim czasie chcieli się z nią umówić. Następnie spotykałem się miesiąc z inną dziewczyną. Poznaliśmy się przez internet. Z wyglądu bardzo przeciętna, podobnie spora nadwaga, krzywy nos itp. Zawsze miało być jak ona chce, często na mnie krzyczała, zwracała się bez szacunku. Po miesiącu poznała innego i z dnia na dzień olała. Co więc zrobić by cieszyć się powodzeniem? Nie mówię o zmienianiu co noc partnerki, ale zdrowym i rozsądnym związku. Wkrótce skończę 28 lat i nadal nie byłem w stałym związku. Ludzie marzą o wielkim domu, super samochodzie, albo wycieczce życia, a moim największym marzeniem jest związek z dziewczyną, czyli coś co większość mężczyzn ma na co dzień. Moim problemem jest to, że dziewczyny postrzegają mnie jako kogoś bardzo nieatrakcyjnego, nie ukazują ani trochę zainteresowania i zachowują się tak jakby nie chciały mnie poznać lepiej. Czy można temu jakoś zaradzić?
  4. Cześć. Jestem Marcin, mam 24 lata. Od dziecka mieszkam w "domu" pełnym konfliktów, notoryczne kłótnie rodziców, rodzeństwa, dochodziło również do rękoczynów, ale mimo wszystko niezbyt poważnych. Wyjątek to bicie mnie pasem przez ojca, który to robił pod nieobecność domowników w ramach kary za to, że nie poszedłem do kościoła. Przez to potem przestałem chodzić i zacząłem buntować. Bardzo rzadko bywają dni bez kłótni rodziców. Już w pierwszych latach szkoły podstawowej miałem problemy z relacjami międzyludzkimi. Poznałem wtedy jedynego kolegę z którym się zadawałem do czasu ukończenia gimnazjum, potem zerwałem z nim znajomość bo okazał się fałszywy. Bardzo mnie to zabolało swego czasu i postanowiłem zostać samotnikiem. Od czasu 4 klasy byłem dręczony przez "kolegów z klasy", byłem dosyć gruby przez chorobę więc wyzywali mnie, upokarzali na korytarzu, basenie, również przy dziewczynach. Dochodziło również do bójek, które z reguły przegrywałem, bo nie byłem zbyt silny. Odkąd skończyłem podstawówkę z wynikiem raczej 50/50, bo miałem z tego co pamiętam wynik 23/40 na koniec egzaminu (dosyć mocno nie umiałem matmy, miałem z niej 2 na koniec) wtedy zaczęło się robić coraz gorzej, mimo, że bardzo schudłem. - 1 klasa gimnazjum. Wszystkie klasy z mojej poprzedniej szkoły poszły również i do tego gimnazjum tyle, że większość tych klas zostało pomieszane, ja na nieszczęście trafiłem do niepomieszanej. Już wtedy byłem bardzo skryty i starałem się nie rzucać w oczy ale uzyskałem efekt zupełnie odwrotny. Powrócił koszmar z podstawówki. Zostawałem coraz bardziej obgadywany za plecami, większość szkoły się ze mnie śmiała jak i wyzywała a ja nie mogłem z tym nic zrobić. Do tego doszedł jeszcze szkolny psycholog oraz pedagog, na wielu lekcjach zostałem wzywany do gabinetu co potęgowało zainteresowanie mną "rówieśników" z klasy. Ledwo skończyłem pierwszą klasę gimnazjum. Drugiej nie zdałem aż DWA RAZY. Nie wspomniałem jeszcze, że nie miałem nawet GDZIE się uczyć. W domu się nie dało, a na dworze balem się, że spotkam kogoś znajomego ze szkoły. Zacząłem wagarować, zdarzało się, że nie byłem w szkole przez 2-3 miesiące i wychowawczyni wydzwaniała do mojej matki z pytaniem "co się dzieje?", pedagog wzywała policje, która również szukała mnie poza szkołą. Wtedy też doszły moje "ucieczki" przed ludźmi - za każdym razem, jak widziałem kogoś znajomego to skręcałem w inną stronę. Zacząłem się bać jakiegokolwiek kontaktu z jakimikolwiek znajomymi. Wracając - kiedy nie zdałem ten drugi raz, udało mi się przepisać do szkoły zaocznej i spokojnie skończyć gimnazjum, mimo, że w nowej klasie też miałem dużo stresu to było go zdecydowanie mniej niż w starej, oczywiście dlatego, że nikt się tam nie znał, przez co nie byłem postrzegany jako wyalienowany dziwak. Czas leciał i poszedłem do liceum, również zaocznego. Nie byłem jeszcze pewny co chce w życiu robić więc wybrałem LO, stwierdziłem, że jeszcze pomyślę, a średnie wykształcenie zawsze się przyda. Skończyłem tylko 1 klasę. Niedawno przepisałem się do innej szkoły ale że mamy pandemię, to nie wiadomo kiedy zaczną się zajęcia. I tak sobie żyję w moich czterech ścianach ze słuchawkami na głowię, w wirtualnym świecie. Trudno mi wyjść nawet do sklepu spożywczego, bo za każdym razem mam myśli - co jeśli się zbłaźnię, wyglądam dziwnie i dlatego się na mnie gapią, itp, a jeśli już mi się uda wyjść do tego sklepu to trzęsą mi się ręce i po chwili jestem zlany potem. Raz mi się tak w szkole zdarzyło i potem patrzyli na mnie spode łba. Zdążyłem już się lepiej poznać, wiem, że mam charakter introwertyka i że jestem samotny, ale to wszystko mnie niesamowicie przytłacza. Kiedy widzę, jak większość znajomych z mojej szkoły jest już kimś, do czegoś doszła, skończyła jakieś fajne uniwersytety albo wyjechała za granicę i żyje w luksusie, to mnie szlag trafia. Ile to już nocy nieprzespanych, ile łez wylanych w poduszkę i myśli proszących Boga (w którego nawet nie wiem czy wierzę) o pomoc. Trudno uwierzyć, że minęło już tyle lat a to poczucie lęku przez światem nadal nie zniknęło. Nie chce oczywiście wyjść na totalnego świra, nie słyszę żadnych głosów ani nie mam zwidów, po prostu nie wiem co mam robić. Często mam myśli samobójcze, ale bardzo boję się śmierci więc nie zrobię sobie żadnej krzywdy. Bardzo chciałbym zacząć pracować, nawet za jakieś marne 2000. Wysłałem już tyle CV i ani razu do mnie nikt nie oddzwonił, i znowu wpadam w depresję, i tak w koło Macieju... Komputer mi się psuję, nawet nie mam kasy na nowy, telefon woła o pomstę do nieba, nie mogę nawet odebrać kiedy ktoś dzwoni bo dotyk nie działa. Gdyby nie mieszkanie z tymi wariatami (haha, powiedział Marcin), to bym pod mostem z głodu umierał. Ehhh... Pytajcie o co chcecie, nie mam nic do ukrycia. Chyba pozostały mi jedynie marzenia.
  5. Cześć, nazywam się Piotr, mam 20 kilka lat. Od prawie 3 lat jestem w związku z kobietą (nie mieszkamy razem, nie mamy ślubu). Proszę o poradę w jaki sposób poradzić sobie z moją irracjonalną zazdrością, jestem zazdrosny o wszystko i wszystkich. Jesteśmy z znajomymi, jestem zazdrosny że więcej rozmawia z kolegami niż ze mną, mam problem o to że kilka godzin nie mam z nią kontaktu. Więcej sytuacji nie będę opisywać, ponieważ to bez sensu, ale jest ich mnóstwo i mam świadomość, że nie mam powodu być zazdrosnym (nie ma żadnej podstawy być zazdrosnym) ale wewnętrznie mnie rozwala. Czy miał ktoś podobnie i może powiedzieć jak sobie z tym poradzić, ponieważ nie chce jej stracić, ale przez moją zazdrość wszystko ku temu zmierza.
  6. Witam jestem dwodziestoletnim mezczyzną i potrzebuje pomocy a raczej opinii osób bardziej zaznajomionych i bardziej doświadczonych w sprawach emocji relacji miedzyludzkich ludzkiej psychiki itd. No wiec wszystko zaczęło się nawarstwiac 5 lat temu dokladniej mysle ze po śmierci mojego ojca czyli najważniejszej osoby w moim życiu. Przezylem szok co jest raczej normalne ale po tym wydarzeniu wszystko zaczęło przybierać gwałtowny i bardzo negatywny kierunek. Otóż chciałbym się dowiedzieć czy jest osoba którą na podstawie przedstawionych danych a raczej objawów czy zachowań będzie w stanie określić i ocenic do jakich zmian w mojej psychice doszło i może oszacować i polecić najlepsza formę walki bądź leczenia. Wiec zaobserwowalem pewne niepokojace objawy bądź stany m.in problemy ze snem od kilku lat bardzo późno chodze spać ciężko mi się wysypiac i często jestem zmeczony, kiepskie samopoczucie bardzo często oraz fakt ze do zmiany mojego humoru wystarzcu mała rzecz przez którą od razu staje się smutny wkurzony mimo ze wszystko było okej , obnizona samoocena oraz brak wiary we własne umiejętności brak bycia pewnym ze jestem w czymś dobrym badz ze cos potrafię, zamkniecie się w sobie co prawda z natury jestem intowertykiem ale przez śmierć ojca oraz pozniejsze odrzucenie wielu osób zacząłem zamykać sie na innych bardziej niz kiedykolwiek indziej zacząłem pałać wręcz nienawiscia i pogarda dla ludzi mimo ze ich nie znam to czasem mam myśli ze każdy jest kimś złym w tym świecie tylko udaje zakładając maskie bo tego wymaga społeczeństwo i przystosowano się do życia w nim następną rzecz to właśnie niesmialosc i pewnego rodzaju brak przystosowania do życia w społeczeństwie stresuja mnie najmniej poważne sytuacje społeczne gdy tylko trzeba wejść w interakcje z ludźmi przeżywał wewnętrzny niepokój i niechęć. Takich zaobserwowanych nietypowych i trochę niepokojących objawów o ile można tak to nazwać zaoobserwowalem trochę więcej ale żeby się nie rozpisywac aż tak zadań konkretne pytania zastanawiać się czy sa ludzie nie z dłoni do miłości do wchodzenia w relacje z ludźmi poprzez doswiadczenia z przeszłości czy mogę jakoś nad tym pracować następnie zastanawia mnie czy na każdy z tych objawow jest jakiś rodzaj terapii oraz formy leczenia bądź formy starania się pracowania nad tym zależy mi na odpowiedzi ponieważ znalazłem się w punkcie w którym samemu nie dam rady sobie poradzić z tym wszystkim dowiedzieć się tego jaki jestem co konkretnie mi jest do jakich zmian w moim myśleniu oraz psychice doszło i czym to wszystko jest spowodowane dlatego zwracam sie z prośbą takiej pomocy do osób bardziej wyspecjalizowanych oraz bardziej kompetentnych w tej dziedzinie Z gory dziekuje za każda odpowiedz w razie niewystarczających opisów mnie bądź mojego dziecinstwa badzcow które wpłynęły moim zdaniem na to wszystko na miejsce i sytuacje w którym jestem postaram się odpowiedzieć i uzupełnić mój opis jednoczesnie przepraszam za brak znaków interpunkcyjnych i chaotyczna formę mojej wypowiedzi mimo to licze na konkretne odpowiedzi.
  7. Witam, mam problem z rodziną mojego męża. Jesteśmy 3 lata po ślubie. Mamy 25 i 27 lat. Od ślubu zamieszkaliśmy bez rodziców. Rodzina męża (a w szczególności ojciec i starsza siostra- 29 lat) nie traktują nas poważnie, a wręcz zawsze jako tych gorszych. Są narcystyczni, nie widzą swoich błędów. Mój mąż jest oddanym, pomocnym synem i zawsze dąży do załagodzenia mojej złości i żalu. I tu jest problem, że nie potrafi zobaczyć wad swojej rodziny i ich usprawiedliwia, ucina rozmowy ze mną, a mam prawo czuć się przez nich skrzywdzona. Ojciec- obiecał każdemu z trójki dzieci wybudowanie domu*. Teść dostał od swojego ojca w spadku kilka hektarów pola. Na tą chwilę pola które mu zostały są warte ok 7 mln zł. Zajmuje się budową domów na tych polach. Cena domu dla klienta to ok 600 tys. zł. Jego 20- letnia działalność kręci się w kółko, nie potrafi odłożyć żadnych pieniędzy, wychodzi ciągle pod kreską, żyje ponad stan, trwoni majątek który dostał, a czuje się wielkim biznesmenem. I tu jest problem. Starsza siostra dostała działkę i budowany jest dla niej dom. A w samym momencie teściowi zabrakło pieniędzy na bieżącą działalność, to nakłonił swojego syna półtorej roku temu do brania pożyczek chwilówek. Mąż pobrał pożyczki w każdej dostępnej śmieciowej firmie oraz kredyt w banku. Zadłużenie wynosiło ok 45 tysięcy. Połowa jest spłacona, ale druga połowa nie. Teść obraca takimi sumami, a mężowi ciągle wpiera, że czeka na pieniądze. Do męża odzywają się komornicy, a on z tym nic nie robi. Siedzi cicho. Po cichu prowadzi jakieś rozmowy z teściem, nie chce tego głośno powiedzieć przy pazernej siostrze, której zresztą sfinansowaliśmy część budowy domu tymi cholernymi pożyczkami. Jak się odezwałam przed teściami (spokojnie i bez pretensji) jakieś 3 miesiące temu, że wpisali ich syna do BIKu i teraz nie możemy my wziąć kredytu nawet przez 5 lat, to teść się skrzywił, zaprzeczył i machnął ręką. A mąż nic. Siostra- ma męża 33 lata i małe dziecko. Mieszkają u rodziców mojego męża i między innymi to generuje tak wysokie koszty życia moich teściów, którzy płacą za WSZYSTKO. Na jedzenie i media tam przeznacza się kilka tysięcy miesięcznie. Nigdy im niczego nie zabrakło, nie wiedzą co ile kosztuje w sklepie. Jak rozmawiam z teściową, np. o papryka w promocji, to starsza siostra śmieje się co to za temat. Teściowa sprząta, gotuje, robi zięciowi jedzenie do pracy, opiekuje się ich dzieckiem, czy są w domu czy ich nie ma. Siostra męża uchodzi za inteligentną osobę, ma prestiżowy zawód, jest niesamowicie pewna siebie i nie pozwala, żeby ktoś mógł mieć inne zdanie i żeby czasem się nie okazało, że ktoś jest od niej lepszy. Od poglądów politycznych, poprzez wykonywaną przeze mnie pracę, spojrzenie po ludzku na życie, a nie przepychanie się kto ma ile czego. Kasy tez nie potrafi liczyć bo wszystko wydaje na swoje potrzeby z najwyższych półek. Z racji jej silnego poczucia bezpieczeństwa ona przed niczym sie nie waha, przykładowo jak coś mówi to opisuje hipotetyczną sytuację (która tak na prawdę często dotyczy mnie) i komentuje to w negatywnych i szydzących słowach. Czuję, że jak wyjeżdżamy od teściów to tam jest festiwal najazdu na mnie i moje zachowania. Czuję się przy niej skrępowana, staram się prawie nie odzywać, żeby nie wykorzystała czegoś przeciwko mnie. Ale to powoduje, że ja przytakuje i się tylko głupio uśmiecham. Jestem odmóżdżona przy nich. Denerwuję się, mam problem z oddechem, łamie mi się głos. A znam tych ludzi od 10 lat bo tyle jesteśmy z mężem. Siostra męża zrobiła także chrzest dziecka w moje urodziny i nikt nie złożył mi wtedy życzeń. To była zima i założyłam elegancką czarną sukienkę, którą dostałam od męża na urodziny właśnie. Widziałam energiczne podszepty i spojrzenia wszystkich na mnie jak mnie zobaczyli. O życzeniach sobie wszyscy przypomnieli dopiero jak pojechaiśmy do domu. Jak się z mężem zaręczyliśmy i zorganizowaliśmy spotkanie rodziców, to teść zwracał się do mnie innym imieniem. Nawet nie wiedział jak się nazywam. My z mężem- żyjemy raczej skromnie, nie mamy zbyt dużo pieniędzy, płacimy sobie za wszystko sami. Rozwijamy się, patrzymy inaczej na życie, liczymy pieniądze, założyliśmy firmę, nie żerujemy na rodzicach, czekamy aż teść nam przepisze działkę, bo też ciągle ma jakieś wymówki. Ja się nie rzucam, bo jednak to ma być dobrowolna darowizna. Ale obiecali nam to już 6 lat temu. Jak mam przetłumaczyć mężowi, żeby przestał ślepo patrzeć w swoją rodzinę, przestał ich bronić i w końcu twardo wyegzekwował pieniądze na które zadłużył go własny ojciec? Jak mam się bronić przed tym ciągłym byciem ofiarą i graniem na moich nerwach i uczuciach? Jest mi strasznie przykro, bo to przecież rodzina. A żeby się ich pozbyć, musiałabym się rozwieźć z mężem, który jest na prawdę dobrym człowiekiem i bardzo go kocham, ale jest strasznie pobłażliwy dla swojej rodziny. Z jednej strony chciałabym mieć męża tylko dla siebie, ale wiem że to nie jest możliwe. Nie mogę mu zabronić spotkań z rodziną. A ja nie chcę tam jeździć, bo później czuję się jak po maratonie, albo walce na ringu. Zawsze przegrana i z pretensjami do wszystkich i samej siebie. *zrezygnowaliśmy z mężem, poprosiliśmy tylko o działkę
  8. Zaczynajac od dziecinstwa, molestowal mnie ojciec. Probowalam popelnic samobojstwo. w szkole szlo mo strasznie. Wolalam tam nie chocic. Teraz mam 29lat i męża i 2dzieci. Od szkoly mialam problem z nawiazywaniem znajomosci. Ciagle bylam o cos zazdrosna o wszystko. Ciagle podejrzewalam meza o zdradę. Teoche sie ro zmienilo po urodzeniu dzieci. Mam bardzo niska samoocene. Mąż wyzywal mnie i ponizal. W pewnym momencie postawilam mu jasno granice i nie dalam soba tak pomiatac. Maz wyjerzdzac zaczol za granice. Nie interesowal sie mna i dziecmi. Zaczelo sie psuc jeszcze bardziej. Pojawil sie w moim zyciu mezczyzna. Flirt trwal 6 miesiecy. Nie zdradzilam go fizycznie. Ale poczulam cos do tego mezczyzny. Poczulam sie atrakcyjna kobietą znowu. Lecz przyznalam sie mezowi co zrobilam i zerwalam kontakt z tamtym mezczyzna. Meczy mnie to ze mam trudnosc realnie nawiazac znajomość. Jak z kims rozmawiam szczególnie z kobieta czuje sie gorsza i glupsza. Ciagle mysle co ktos mysli. Boje sie miec wlasne zdanie. Jak ide gdzies to ciagle mam wrazenie ze kazdy na mnie patrzy i nikt mnie nie lubi. Ze jestem jakas dziwna. Jak z kim gadam a sie stresuje to plote bzdury albo sama nie wiem co mowie. Mowie szybko i chaotycznie. Musze miec wszystko zgodnie z planem jak cos jest nie po mojej mysli to wpadam w panikę.Z zazdroscia nie moge sobie poradzić kzywdzi mnie i innuch. Gadam bzdury na innych temat. Nie wychodze juz z domu. Co mam zrobic?
  9. Mam 18 lat, kilka miesięcy temu zaczęłam kurs na prawo jazdy. Dziś po raz kolejny oblałam egzamin praktyczny na głupim błędzie. Gdyby nie przymus rodziców pewnie poddałabym się kilka prób wcześniej i więcej już nie próbowała. Dzisiaj naprawdę niewiele brakowało, po raz pierwszy było tak blisko, ale popełniłam głupi błąd i nie zdałam. Znowu trzeba było wydać pokaźną sumkę na kolejne podejście. Rodzice są mną już tak bardzo rozczarowani...szczególnie mama, która przestała wierzyć, że kiedykolwiek zdam, o czym oczywiście mi powiedziała. Z racji włożonych w to pieniędzy muszę jednak podejść kolejny raz. Nie mogę sobie wybaczyć mojej głupoty i tego, jak bardzo rozczarowuję siebie i wszystkich dookoła. Po każdym kolejnym oblaniu jestem załamana i miewam chwile, kiedy mam ochotę ze sobą skończyć. Obawiam się też, że mama zaczyna mnie powoli nienawidzić...
  10. Witam, Mam 20 lat, rok temu napisałam dobrze maturę, aktualnie jestem studentką i również jestem w związku. Zarejestrowałam się tutaj z nadzieją jakiejś pomocy, bo nie wiem co mi do końca jest i co powinnam zrobić. Mój problem jest taki, że od około 2 lat nie potrafię odczuwać szczerej długiej radości, mimo że w moim życiu może się wszystko układać. Nie potrafię czuć z siebie zadowolenia, potrafię szczerze mówić o sobie najgorsze rzeczy, mam obniżoną samoocenę, są dni kiedy nie mogę na siebie patrzeć i nie wierzę w żadne dobre słowo na mój temat, każdy inny człowiek jest ode mnie lepszy, nie potrafię znaleźć motywacji, wiele rzeczy nie ma dla mnie sensu i jest mi obojętnych. Zawsze byłam specyficzną osobą - czy to w dzieciństwie czy w wieku nastoletnim, a teraz dorosłym. Zawsze miałam problem z emocjami, mówieniem o nich, z zaufaniem, problem również z negatywnym nastawieniem do życia. Dorastałam w domu, w którym ojciec odkąd pamiętam pił, były tygodnie w których codziennie potrafił być pijany, ale były też dobre tygodnie, w których było lepiej. Mimo wszytko w dzieciństwie wstydziłam się zapraszać do domu znajomych w obawie, że zauważą mojego pijanego ojca, starałam się to ukrywać. Z jednej strony słyszałam w życiu sporo pozytywnych rzeczy, ale potrafiłam też nieraz słyszeć złe słowa o mnie nawet od mojego starszego brata czy taty, nie były to jakieś wyzwiska, ale potrafili sprawić, żebym czuła się głupsza, gorsza. Nigdy nie słyszałam od rodziców szczerego "kocham cię" czy "jestem z ciebie dumna/y". Teraz w życiu skupiam większą uwagę na negatywnych rzeczach, nie potrafię pozytywnie myśleć, a jeśli już myślę to jest to myślenie krótkotrwałe. Mam naprawdę dobre okresy, kiedy nie przejmuję się niczym, ale potem dopadają mnie okresy, kiedy mam natłok myśli i mętlik w głowie, czuję wtedy nawet obrzydzenie do jedzenia. Często boli mnie głowa. Mój chłopak chce mi pomóc, ale często jest tak że słyszę od niego słowa, że mnie nigdy nic nie zadowoli, że nie zwracam uwagi na jego starania, itp. mimo że bardzo chciałabym zmienić wiele rzeczy to wewnątrz czuję się bezsilna, jakby mnie coś hamowało, jakbym nie potrafiła podjąć żadnych działań mimo swoich chęci. Nie wiem już czy to jest coś normalnego czy powinnam udać się do specjalisty? Jestem bezsilna.
  11. Jestem w dużej kropce, gdyż chce najlepiej dla mojego partnera, ale wodna rozstania jest naturalnie łamiąca serce i chciałabym, żeby była ostatecznością. Wczoraj chłopak, którego kocham nad życie podjął próbę zerwania. Nie mogłam zrozumieć dlaczego, przecież byliśmy szczęśliwi. Okazało się, że on był szczęśliwy ze mną, ale nie ze sobą. Powiedział, że czuje się gorszy ode mnie, niewystarczający, że odkąd jesteśmy razem już się sobie nie podoba, że nie potrafi przyjąć ode mnie komplementów (albo może ja nie potrafię och prawić?) Dzisiaj będziemy rozmawiali o tym jeszcze raz, gdyż oboje chcemy zapobiec rozstaniu i znaleźć jakiś sposób, dlatego potrzebuje znaleźć sposób, jak to zrobić żeby był szczęśliwy i widział w sobie to, co ja widzę w nim? Żeby nie czuł się źle we własnej skórze?
  12. Dzień dobry mam problem, który tak jakby jest ze mną od malego. Chodzi o to, że mam strasznie małe poczucie wartości i niska samoocebe, po za tym jestem strasznie nieśmiały i nie potrafię od tak podejść do kogoś i z nim rozmawiac, w poprzedniej pracy w, której pracowałem strasznie ciężko było mi się zaklimatyzowac miałem wrażenie, że każdy mnie obserwuje i ,że każdy się ze mnie smieje. Przez to popadłem w depresję czułem sie bardzo źle chodziłem do psychologa i do psychiatry 2 wizyty zapisał mi escipriam brałem do lutego chyba nieco 4-3 miesiące poczułem się lepiej więc przestałem je brac. I tak mam 29 lat i nigdy z nikim nie byłem z zadna kobieta. To przez tą moją nieśmiałość i strach przed odrzuceniem , z moim ojcem relacje są nijakie wogole praktycznie nie rozmawiamy, jak byłem mały to zawsze na mnie krzyczał i mówił jaki to ja jestem do niczego, pamiętam jak dziś nie mogłem znaleźć pewnej rzeczy w garażu to mnie opieprzyl i jak człowiek słyszy takie słowa non stop to myśli że jednak jest taki jak ta osoba mowi. Nie powiem wziąłem się raz za siebie byłem strasznie otyly, schudlem, przestałem pić alkohol i palić papierosy, czułem się dobrze. W tej firmie co mnie zwolnili to było przez to że powiedziałem nie, w sumie teraz tego żałuję, ale co było to było już się tego nie da odwrocic. Wróciłem do poprzedniej pracy w której pracowałem, ale to jest dość monotonna praca, teraz jak z niej wracam to jest takie cos, idę coś zjeść no i nie mam co robić, leżę i oglądam coś na internecie czasem popijając piwo. Moi znajomi są daleko ode mnie, każdy poszedł w swoją strone. To jest smutne mam takie wrazrnie, że moje życie takie już będzie i, że już nic nie zmienię bo mam takie nastawienie. I to moje pytanie czy ktoś boryka się z tym problemem co ja? A może ktoś miał i przezwyciężył to i chce się z tym podzielić? Byłbym bardzo wdzięczny za odpowiedzi 😊
  13. Dzień dobry Troszke lękam się, ze mój problem może być nie tak wielki jak innych, przez co mogę zapchać skrzynkę, chodź wiem ze każdy problem jest równie ważny. Mam 21 lat, studiuje. Gdy byłam mała czułam ciągły stres. Nie wiem z jakiej przyczyny. Skończyło się to koło lat 10. Jestem pewna siebie osoba. Bardzo ambitna. Mam problem z emocjami. Zawsze próbowałam się podpasowac pod innych dookoła. Ciagle kolegowałam się z kimś innym, bo wiem ze mogę. Czasami sama sobie wmawiam różne rzeczy. Mój problem polega na tym ze nic nie czuje, życie oglądam jak film, odczuwam (jesli są takie sytuacje gdzie mogłabym to odczuć) stres lub złość. Nie umiem się cieszyć. Śmieje sie, nie mam problemu ze wstaniem z lozka. Nie mam myśli samobójczych, lubie życie, jednak jest to pewien problem. Głównym moim problemem jest agresja. Nigdy nie miałam z tym problemu, jednak teraz bywam agresywna do każdego. Nie bez powodu, zawsze jakiś jest. Wiem ze jestem dominacyjna osoba. Mam tez problem z ocena. Ocena siebie także, oceniam siebie bardzo dobrze lub bardzo źle.(Źle znoszę krytykę) Oceniam wszystkich dookoła i wszystko. I jestem oceniana na bierząco. chce pokonać ciągła potrzebę oceniania i problem agresji. Kiedyś bywałam paranoiczna. Wiem ze dużo wyniosłam z różnych sytuacji domu itd, ale chodzi mi o to jak to pokonac jak nie być agresywnym jak przestać oceniać i jak zacząć czuć gdy próbuje coś zrobić z tymi problemami- nasilają się. mam tez zachowania kompulsywne jak obgryzanie polikow, skubanie paznokci czy skórek. pozdrawiam
  14. Witam, mam 25 lat w danej chwili jestem bezrobotna, ponieważ COVID pokrzyżował mi plany. Nie wiem od kiedy mam dokładnie problem ale podejrzewam, że dokładnie od rozwodu rodziców. Miałam może 7 lat gdy się wszystko zaczęło. Tata wybrał inną kobietę oszukując mamę, że wyjeżdża na delegację będąc z nią. Początkowo nikt mi o tym nie mówił. Później jakoś to do mnie dotarło. Zaczęły się złe stopnie w szkole i nie potrafienie radzenia z sobie z emocjami. Z tatą mam w miarę poprawny kontakt ( mimo, że jest bardzo ciężką osobą w kontaktach rodzinnych) ma jeszcze dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa z którymi w ogóle nie ma kontaktów.. Mam dodatkowo trójkę starszego rodzeństwa. Z mamą zostałam po rozwodzie. Mama gdy się rozwodziła z moim tatą podejrzewam, że miała depresję. Początkowo bardzo schudła, później przytyła, bardzo była drażliwa. Moje starsze rodzeństwo było bardziej pochłonięte swoim życiem. Brat wyjechał do szkoły z internatem, siostra chodziła jeszcze do liceum, najstarszy wyjechał na studia. Mam bardzo duży problem z moją mamą, za każdym razem gdy jej coś powiem obraca sprawę tak, żebym się poczuła winna. Nie ważne czy miałam jakieś większe osiągnięcie, zawsze miała dla mnie chłodniejszą odpowiedź: " Przecież się cieszę". Gdy przykładowo kupię sobie buty pyta: " Po co Ci nie masz już takich?". Natomiast do mojej siostry by odpowiedziała coś bardziej entuzjastycznego. Strasznie mnie boli jej podejście. Całe, życie tak było, że czułam się najgorsza. Podobno byłam zbyt " wymagającym" dzieckiem. Zawsze miałam pretensje. Według mojej mamy... Przez co czułam się coraz bardziej sfrustrowana i często wybuchałam krzykiem. Czuję się niedoceniona przez moją mamę, przez tatę też ale przede wszystkim przez mamę. Chciałam, żeby była dla mnie zawsze opoką, natomiast zawsze się czuję odtrącona. Czasami gdy się z nią pokłócę rozmawiając przez telefon bo np. mówię jej, że zawsze mnie gorzej traktuje. Czuję się wtedy źle obwiniam się o wszystko. Mam stany depresyjne. Coraz częściej myśli samobójcze. Nie chcę żeby to się przekładało na moje dorosłe życie. Czasami naprawdę mam już wszystkiego dosyć. Myślę, że moja mama robi to nieświadomie albo naprawdę jest coś ze mną nie tak ale wtedy czuję się taka zduszona. Ostatnia sytuacja to np. teraz gdy nie pracuje. Nie pracuję od marca, zwolniłam się na własne życzenie. Miałam wyjechać za granicę. Dwa razy przez wirusa odwołali mi wizytę w konsulacie. Następną mam w lipcu. Mama wie, że chce wyjechać, mówiła nawet, że jeśli wyjazd mi się nie spodoba to sama mi kupi bilet na powrót. Natomiast za każdym razem mówi, że powinnam szukać pracy, a nie tak siedzieć w domu. Na pewno mi się nudzi i dlatego jej mówię przez telefon, że jest zawsze w stosunku do mnie mało entuzjastyczna. Dodam, że nie mama mnie utrzymuje. Sama się utrzymuję z własnych oszczędności, mama mi nie daje ani złotówki, więc tym bardziej bolą mnie jej zarzuty. Tym bardziej, że ani razu nie prosiłam o pomoc finansową mamy w tej sytuacji. Nie wiem co mam robić coraz bardziej myślę, że tracę kontrolę i jestem nieszczęśliwa.
  15. Mam 25 lat. Skończyłam jedne studia i właśnie ukończyłam trzeci rok kolejnych, są to studia artystyczne. Aktualnie od 4 lat nie mam partnera, ale jest mi z tym dobrze, nie w tym tkwi problem. Natomiast nie wiem do końca co się ze mną dzieje. Od wielu lat (7 może nawet 9) podejrzewam u siebie depresję lub inne podobne zaburzenie, ale nie umiem nic z tym zrobić. Nie jestem w stanie iść do specjalisty bo zwyczajnie mi głupio, nie umiem siedząc przed kimś powiedzieć co tak naprawdę ze mną się dzieje bo nie umiem do końca tego określi. Nie umiem,ale też nie lubię rozmawiać o sobie, tak swobodnie opowiadać. Potrzebuję ciągnięcia za język, kogoś kto będzie wyciągał ze mnie informacje. Wiem, że potrzebuje pomocy bo jest coraz gorzej, ale nie umiem o nią poprosić, boję się, że usłyszę, że wymyślam, że tak serio to jestem leniwa i wymyślam sobie problemy. Ale dlaczego uważam, że coś jest ze mną nie tak. Od kilku lat mam w swoim życiu takie okresy kiedy nie umiem funkcjonować, mam obniżone samopoczucie i bardzo niską samoocenę (nawet kiedy mam lepszy okres to i tak uważam się za brzydką, grubą, głupią, która nigdy niczego w życiu nie osiąganie). W takich m okresie nie umiem się zmobilizować i zmotywować do jakiegokolwiek działania, a wyrzuty sumienia związane z tym, że nic nie robię dobijają mnie jeszcze bardziej i tak się to błędne koło napędza. Taki gorszy okres potrafi u mnie trwać tydzień lub nawet dwa- trzy miesiące. Każdy kolejny jest gorszy i trudniej jest mi się z niego podnieść. Coraz częściej w tym czasie pojawiają się myśli samobójcze, wiem, że obecnie są to tylko myśli i nie jestem w stanie ich zrealizować, ale są coraz częstsze i obawiam się że niedługo mogę przejść do ich realizacji. Początkowo kiedy myślałam o samobójstwie to czułam strach i niepokój, teraz coraz częściej czuję spokój. Kiedy mam dobry czas to odpychamy od siebie myśl, że mogę mieć depresję, analizuję ten etap, który właśnie minął i dochodzę do wniosku, że coś sobie wymyśliłam, że użalam się nad sobą i przez takie osoby jak ja ludzie, którzy faktycznie cierpią mogą nie być brani poważnie z ich chorobą. Bardzo dużo działam, angażuje się w projekty, mam masę pomysłów, planów. Część z nich realizuje, czasami są lekko szalone, ale nie są ireacjonalne. W takim okresie myślę o sobie lepiej, mam takie momenty bardzo sporadyczne, że nawet patrzę na siebie jak na osobę atrakcyjną. Nie biorę w tym czasie, chwilowek na spontaniczne wyjazdy, czy zakupy, zwyczajnie żyje tak jak inni i się realizuję. Nie powiem, że jestem w tych momentach duszą towarzystwa bo zawsze jestem bardzo towarzyska, lubię ludzi. Należę do tych osób u których nie widać problemu. Gdybym komuś z moich znajomych powiedziała lub rodziny powiedziała, że podejrzewam u siebie depresję to chyba śmiechem by mnie zabili. Kiedy byłam nastolatką i miałam takie okresy, a moi rodzice to widzieli to zamiast spróbować mi pomóc, słyszałam, że coś sobie wymyśliłam. Jestem charakterna, dość temperamentna więc traktowali to jako moje dziwne nastoletnie humorki, którymi nie ma powodu się przejmować. Dlatego nigdy nikomu nie mówiłam o tym co czuje i co się ze mną dzieje. Teraz pierwszy raz w życiu powiedziałam to co od wielu lat układałam sobie w głowie i czuję lekką ulgę. Tylko co robić dalej? Jak nie dać się zniszczyć samej sobie?
  16. Dzień dobry. Jestem 46 letnim mężczyzną. Mieszkam za granicą i mój problem to nerwy, czesto agresja słona i nieradzenie sobie samemu ze sobą. Trace przez to wszystko i wszystkich. Jestem po przejsciach. W Polsce mam córke która za mną tęskni i nie widziałem jej od ponad pół roku. Dzwonie do niej prawie codziennie ale to nie to co przytulenie i zabawa na żywo. Nie wiem kiedy uda mi sie pojechac do kraju. Tu gdzie mieszkam mam partnerkę którą bardzo pokochałem, świata poza nią nie widze. Jestemy ponad rok ze sobą i ja zniszczyłem cały związek bo o byle co wybuchałem i robiłem awantury o byle co. Byłem nerwowy, brakowało przez pandemie pieniędzy bo nie było pracy, ona robiła wszystko by było ok a ja mimo tego kłóciłem sie z nia nadal, robiąc głupie sceny zazdrości pomimo ze jestem jej pewien ze chce być ze mną. Szukam pilnej pomocy bym sie zmienił i pokazał jej ze jestem jej wart i ze da mi jeszcze szanse na wspolne bycie bo sam nie dam rady juz teraz byc. Ona tez ma probemy ze zdrowiem po operacji i wspieram ją jak moge. W tej sytuacji jaka teraz jest nie wiele mogę jej pomóc. Błagam o pomoc bo nie umiem życ samemu zwłaszcza za granicą, bez nikogo. To jest straszne, boje sie następnego dnia. Do Polski tez nie mam gdzie wracac bo nie mam nic i nikogo poza kilkuletnią córeczką. Dodam ze nie mam nałogów - nie pije i nie pale.
  17. WitamMężczyzna Lat 26 Od 7 lat zatrudniony w tym samym zakładzie pracy ( umowa na stałe ).Z moim problem zmagam , się odkąd pamiętam z tą różnicą ze za czasów szkolnych nie był on dla mnie tak bardzo odczuwalny. Mianowicie na co dzień w życiu wyglądam na pełna Energi osobę która każdemu z mila chęcią pomoże . Faktem jest, że lubię pomagać rozwiązywać kogoś problemy czy to dobra rada, wysłuchaniem kogoś, podzieleniem sie swoja opinia na jakiś temat czy po prostu fizycznie . Zazwyczaj z pozytywnym skutkiem . Problem pojawia się umnie gdy te same rady których udzielam komuś mam zastosować na sobie . Wtedy najmniejszy problem staje sie dla mnie przeszkoda nie do przejścia . Często słyszę od rodziców, że mając swoje juz lata jedyne co potrafię to żyć z dnia na dzień bez ambicji bez planów na przyszłość itp. i że czas najwyższy z tym cos zrobić . Najgorsze jest to że ja to wszystko wiem. Tylko nie potrafię zrobić tego kroku naprzód by coś zmienić zaraz dopada mnie bezsilność, której towarzyszą mysli : odpuść sobie,poco się męczyć, i tak ci nie wyjdzie, poco coś zmieniać teraz jest mi wygodnie . Czasami, gdy problemy mnie już zaczynały przytłaczać a złośc do samego siebie wciąż narastała . Pojawiała się myśl, że może łatwiej będzie zakończyć te bezsensowne życie bez planów na przyszłość, ale równie szybko również ulatniała się z mojej głowy . Co wydaje mi się dziwne, że ulotnienie tej myśli za każdym razem nie jest spowodowane lękiem przed śmiercią a uświadomieniem sobie, że tym czynem przysporzę dużo smutku, cierpienia i problemów dla moich najbliższych .Pytanie ; Czy istnieje jakiś sposób, który pomoże mi w jakiś zrobić ten krok naprzód ? Czy niestety pozostaje mi walka z samym sobą ?
  18. Jestem kobietą, 25 lat. Skończyłam studia, od 9 miesięcy jestem mężatką. Mam problem ze spotkaniami towarzyskimi i rozmawianiem z ludźmi. W moim życiu są dwie osoby z którymi potrafię swobodne rozmawiać- mój mąż i jedna koleżanka. Jestem bardzo zamknięta na większość ludzi, włącznie z moją rodziną. Moim problemem jest to, że nie potrawie się odezwać na spotkaniach, szczególnie u rodziny męża. Czuje jakbym wstydziła się cokolwiek powiedzieć i siedzę przez całe spotkanie milcząc. Do tego w czasie takiego rodzinnego spotkania odczuwam spadek energii, bezsilność. Oczywiście ludzie różnie to odbierają. Teściowa wypytuje dlaczego jestem taka cicha- ale na to pytanie też nie potrawie odpowiedzieć. W moim domu rodzinnym mało co się rozmawiało, szczególnie na jakieś poważne tematy. Rodzina mojego męża jest bardzo elokwentna, gadatliwa, głośna. Czuje przy nich, że wstydzę się cokolwiek powiedzieć. Niestety nie potrawie rozmawiać nawet o pogodzie i innych błahych sprawach, po prostu odpowiadam krótko i nie wiem co dalej. Nie potrawie zadawać pytań żeby podtrzymać rozmowę. Zastanawiam się długo co mogłabym powiedzieć i czy nie jest to głupie. Zawsze byłam milcząca, ale moja rodzina do tego przywykła. Dobrze się rozumiem z moim mężem, ale wiem, że jest poirytowany tym, że nie umiem rozmawiać z jego rodziną. Kiedy wracamy mówi, że mogłabym się jakoś odezwać. Chce mi się wtedy płakać z bezsilności bo jestem tak zablokowana, że na prawdę nie wiedziałam jak się odezwać. Nie umiem się nawet wtrącić kiedy mówi kilka osób na raz, a jak już muszę coś powiedzieć to głos mi sie łamie albo mówię bardzo cicho i jestem sobą zażenowana. Do tego dochodzi problem z tym, że moja teściowa nami manipuluje, wykorzystując moją słabość, co doprowadza mnie do wściekłości (którą okazuję zamykając się jeszcze bardziej w sobie). Nie wiem jak z tego wyjść, jak się przełamać i nauczyć rozmawiać z ludźmi, proszę o jakąś radę.Jestem sobą załamana.
  19. Witam, jestem kobietą, mam 24 lata, studiuję zaocznie, na ten moment nie pracuję. Problem pojawił się około 3 lata temu, kiedy pierwszy raz w związku dotarło do mnie, że już nie chcę po prostu z kimś być na chwilę, tylko chcę być z kimś na poważnie i na lata. Miałam wtedy chłopaka, który w mojej głowie był ideałem, niestety miałam klapki na oczach i nie docierało do mnie, jak bardzo jest zazdrosny. W momencie, kiedy uświadomiłam sobie, że myślę o nim poważniej niż tylko "jest moim chłopakiem" nagle zaczęłam stawać się coraz większą łajzą życiową (nie umiem inaczej tego opisać). Przed związkiem byłam pewna siebie, robiłam co chciałam, rozwijałam się, czułam po prostu, że mogę wszystko. Im poważniejszy robił się związek, tym gorzej czułam się sama w swoim ciele, jego zazdrość w tym nie pomagała. Przestałam chodzić na kursy, zaczęłam się ubiorem zakrywać, wcześniej lubiłam pokazać chociażby swoje nogi, ramiona, dekolt, później im bardziej zakryta tym lepiej, po prostu stałam się taka nijaka. Kiedy w końcu związek się zakończył, odzyskałam siebie. Znowu zaczęłam żyć pełnią życia i się tym cieszyć, znowu zaczęłam chodzić na kursy, stworzyłam sklep internetowy, znów czułam, że mogę wszystko. Aż do czasu... Poznałam mojego obecnego faceta, który pokochał mnie właśnie w tym momencie, kiedy czułam, że jestem super. Po kilku miesiącach związku przeprowadziłam się do niego, zostawiając karierę w innym mieście za sobą. Tak znowu zaczęłam stawać się życiową łajzą. Było czasem lepiej, czasem gorzej. Po 1,5 roku mieszkania razem jest ze mną bardzo źle. Nie umiem się odnaleźć, mam wrażenie, że nic mnie nie cieszy, ciągle obwiniam siebie i płaczę jak tylko zwróci uwagę, że mogłam coś zrobić inaczej, w grudniu rzuciłam pracę, bo chciałam się zająć czymś innym i tego też jakoś nie mogę ruszyć, po prostu wszystko jest nie tak. Nie czuję się kobieco, nie czuję się seksownie, chodzę ciągle smutna. Nie wiem co mam zrobić, przez to sypie mi się związek, bo nie takiej kobiety oczekiwał. Myślał, że z moim podejściem zwojujemy świat, a tymczasem ja się rozsypałam. Potrzebuję pomocy, nie wiem co mam zrobić. Z góry dziękuję za rady! Pozdrawiam, Życiowa Łajza
  20. Hej, zarejestrowałam się na tym forum z impulsu, po wpisaniu w wyszukiwarkę słów "jak polubić siebie". To duże wyzwanie, żeby podzielić się swoimi uczuciami publicznie, ale spróbuję. Choć wątpię, aby ktoś to przeczytał albo zareagował. Jest to moja ostatnia deska ratunku, bo nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze poczuję się dobrze. Mam 29 lat i teoretycznie żadnych powodów do tego, żeby czuć się źle. Mam dobrą pracę (pracuje na stanowisku kierowniczym), w miarę ok zarabiam, jestem zdrowa, w miarę ładna, choć żadna ze mnie piękność. Czuję się za to strasznie samotna, nie potrafię nawiązać bliskich relacji z nikim. Miałam kilka długich związków w swoim życiu ale wszystkie się skończyły, z różnych powodów. Moi partnerzy stosowali wobec mnie przemoc psychiczną. Mam sporo znajomych ale są to znajomości powierzchowne. Kiedy mam problem, nie mam do kogo się odezwać. A może miałabym, ale nie potrafię poprosić o pomoc. Myślę, że nikogo nie obchodzę. Kiedy mówię mojej rodzinie, że mi źle, oni mówią: "głowa do góry", "a jakie ty możesz mieć problemy?" Szczególny problem mam w relacjach z dziewczynami - mam wrażenie, że mnie nie lubią. A ja podchodzę do nich jak pies do jeża. Nie mam przyjaciółki. Chyba każdą dziewczynę traktuję jako zagrożenie. Dzieciństwo miałam średnie, raczej brak uwagi ze strony rodziców, którzy byli zajęci swoimi sprawami (zdrady ojca, mama szukająca u mnie i u mojej siostry pocieszenia, brak zainteresowania mną i siostrą). Od dziecka byłam raczej skrytą osobą, więc czas wolny spędzałam sama/z muzyką/czasem z wirtualnymi znajomymi. Chodziłam na terapię ponad rok, jednak została ona przerwana przez koronawirusa. Rozważam powrót ale szczerze mówiąc trochę szkoda mi pieniędzy(chciałabym odłożyć trochę oszczędności), choć pewnie popełniam błąd. No ale chodzę na nią tak długo a teraz czuję, jakbym nie zrobiła żadnych postępów. Najgorsze jest to, że wiem, że życie jest piękne i głupstwem byłoby odebranie go sobie, ale czasem czuję, że już nie mam siły. Mam ochotę krzyczeć: ludzie, halo, zauważcie mnie, ja tu cierpię, a wy macie to w dupie. Nikogo to nie obchodzi. ludzie uważają mnie za zaradną, twardą osobę, a ja tak naprawdę jestem małą słabą dziewczynką, która potrzebuje miłości. Wiem, że nikt mnie nie pokocha, jeśli ja nie pokocham siebie, ale brakuje mi już pomysłów na to, jak to zrobić, jak zacząć.
  21. Witam. Mam 19 lat, nie pracuje. Nie chodzę już do szkoły. Mam partnera od prawie ośmiu miesięcy. Wcześniej byłam weselszą osobą, od około roku czuję, że coś jest nie tak. Mam bardzo niską samoocenę, to mam akurat od bardzo dawna, sprawia to, że mam widoczna wadę wzroku czyli zeza. Bardzo odbiera mi to pewność siebie z czego dzieciaki w podstawówce się ze mnie śmiały, teraz zakrywam to włosami. Wydaje mi się, że mój partner również obniża moją samoocenę tym, że cokolwiek nie powiem to mnie krytykuje. Krytykuje to co oglądam, to czego słucham, praktycznie podważa każde moje zdanie. Odczuwam wrażenie, że w pewien sposób nawet mną manipuluje, gra na moich emocjach... Od pół roku, jakoś koło tego popadam również w jakąś paranoje... Czasem miewam halucynacje, aczkolwiek może to przez zmęczenie... Prowadzę nieregularny tryb snu, raz potrafię zasnąć wcześnie, raz nie mogę zasnąć w ogóle... Oraz mam wrażenie ciągłego obserwowania. Czuję jakby ktoś patrzył na mnie przez okna.. Wiem, że nikogo tam nie ma ilekroć to sprawdzałam lecz nie mogę wyzbyć się tej myśli...miewam czasem tak jakby "ataki paniki" czy coś w tym rodzaju... Bardzo często jestem smutna i przygnebiona... Gdy spędzam czas z chlopakiem potrafię nie odzywać się całe dnie, ledwo coś z siebie wykrztuszę... Przebywając wśród znajomych i tak czuję się samotna, czuję jakbym nie miała z kim o wszystkim porozmawiać, lub po prostu nie chce... Nie mam ochoty niczego robic, lecz jednocześnie jestem strasznie znudzona. Byłam nałogowym palaczem i dużo piłam, a teraz nawet na to nie mam ochoty, obrzydza mnie to... Cały czas mam do kogoś pretensje, zwłaszcza do siebie mimo że wiem że inni nic nie są winni... Bywam bardzo poddenerwowana. Miewam spokojne dni gdy nie mam powodów do stresu, a jednocześnie mój żołądek się zaciska i z nerwów nie mogę wytrzymać mimo, że wiem że nic takiego się nie dzieje... Na seks też nie mam ostatnimi czasy ochoty, mimo że bardzo to lubiłam jeszcze całkiem niedawno... Nie wiem co mam o tym myśleć wszystkim... Na wizytę u psychologa mnie nie stać... Będę wdzieczna za jakąkolwiek odpowiedź.
  22. minka

    Cześć

    jestem studentką trzeciego roku, zawsze starałam się być uśmiechnięta, przyjaciele zawsze mogą na mnie liczyć, ale mam problem, od jakiegoś czasu cały czas jestem smutna, nawet przy moim chłopaku nie potrafię się rozweselić, staram się to ukrywać, żeby nikt nie zauważył i nie dopytywał ale już nie daje rady. Kiedyś miałam problemy z nadwagą i w zeszłym roku dość dużo schudłam, bardzo kontroluje swoją wagę w obawie żebym znowu nie przytyła, wystarczy, że ktoś coś zasugeruje, żę sb za dużo nałożyłam już mnie to dołuje, cały czas mi się wydaje, że wszyscy widzą we mnie grubą świnię, mimo że mówią, że tak nie jest, ale ja cały czas staram się jak najmniej jeść i nie potrafie przestać się przejmować tym jak wyglądam. Nie wiem czy to przez to jestem cały czas zdołowana i przybita, bliscy nie widzą problemu, bo staram się go ukrywać i nikomu o tym nie mówię, ale już sama ze sobą nie daje rady, ten ciągły smutek, niechęć do wszystkiego mnie dobija, nie byłam taka kiedyś, a teraz już poprostu nie daje rady i szukam pomocy.
  23. Cześć. Jestem Beata, mam 24 lata. Pracuje i studiuje, mam męża i dobre życie. Ale.. od jakiegoś czasu, roku na pewno, mam problemy z jedzeniem. Staram się zdrowo odżywiać i poza napadami (tak chyba można to nazwać) tak jem, dużo się ruszam. Nie mam problemów z nadwaga. Wieczorami, tak już mam ze potrafię zjeść pudełko lodów, poprawić chipsami albo duża czekoladę zagryzać kebabem. Nie codziennie, 3 razy na tydzień. Później mam wyrzuty sumienia ze tyle zjadłam. Głównie dlatego, ze staram się trzymać określona kaloryczność, by żyć zdrowo. Niekiedy specjalnie prowokuje sytuacje stresowe, żeby wieczorem mieć wytłumaczenie i zjeść coś ponad. Jak sobie z tym radzić? Nie pomagać myślenie „co Ci Beata to da”, albo zjedzenie małej porcji, bo jak jem lody to końca. Proszę o pomoc
  24. i jednak to prawda mój mąż i moja matka w końcu nie wytrzymałam i powiedziałam że wiem o wszystkim przyznali się do bezpośredniego sexu nie doszło ale i tak spali w jednym łóżku ubierała dla niego bieliznę pończochy i się piescili calowali przytulali jak nie było mnie w domu to robili jestem mężatką od 13lat a to wszystko co robili trwa od około 10-9lat zawsze coś podejrzewalam ale myslalam ze mi tego nie zrobi własna matka jestem zalamana nie wiem co mam zrobić mało brakowało a bym wziela leki żeby się nie obudzić po co mnie rodziła i wychowywał skoro ma mnie gdzieś i tak mnie skrzywdzila w życiu bym nie pomyslala że jednak to zrobi i mąż ja im ufalam a oni zlamali mi serce
  25. Kiedy dwa lata temu zmarł mój jedyny brat, wtedy się podłamałam, przez ostatni rok od jego śmierci nie mieliśmy ze sobą zbyt dużo kontaktu, brak czasu. Nie mogę sobie wybaczyć tego ze tak to zaniedbałam. Do tego urodziłam dziecko 5 miesięcy temu, kocham go bardzo ale mój mąż miesiąc po porodzie dopuścił się zdrady (SMS z innymi) dla mnie to zdrada i to ogromna po tym jak mu dałam syna a on dopuścił się takiego zachowania ze moja samoocena teraz wynosi zero. Wgl się sobie nie podobam czuje się jak śmieć przy nim. Staram się udawać ze wszystko jest okej ale co noc śnią mi się jakieś zdrady z jego strony. Kocham go i nie mogę sobie wybaczyć ze tak źle się teraz czuje ze sobą przez tą głupią sytuacje. Ostatnio upiłam się z koleżankami mimo ze tego nie planowałam, nie miałam wpływu ze tak źle zakończę to spotkanie, i teraz to on ma do mnie żal. Ja do siebie jeszcze większy, wszystko się nakłada na siebie. Zapytał mnie po tym czy mam problem z alkoholem, ale mnie nawet nie ciągnie do alkoholu, poprostu tak chyba chciałam wyrzucić wszystkie żale. Boje się że wybuchnę i rozsypie to co w miarę jest posklejane. Chociaż za każdym razem jak widzę go z telefonem w ręku to mi serce ściska i boje się ze sytuacja się powtórzy. Boje się sama siebie. Nie mogę na siebie patrzeć, czuje ze to wszystko to moja wina i to ze mnie chciał zdradzić tez moja, ze go zaniedbałam ze może ja na niego nie zasługuje. Może on potrzebuje innej kobiety.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.