Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'samoocena'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 119 wyników

  1. Witam. Jestem młodą 20 letnią kobietą. Od małego miałam ciężko w dzieciństwie. Ojca nigdy nie było w domu, a jak był to zawsze się awanturował. Mamie zawsze się obrywało , mi i mojej o 2 lata młodszej siostrze czasem też się zdarzyło dostać. Nie lubiałam być w domu. A kiedy miałam 10 lat mama wreszcie znalazła odwagę w sobie żeby wziąć rozwód. Było nam ciężko , mama i jej pensja pielęgniarki i my dwie z siostrą w wynajmowanym mieszkaniu. Starała się robić co mogła żebyśmy mialy jak najlepiej. Przyszedł czas gimnazjum, kiedy zdecydowałam się , że wstąpie do wolontariatu i będę pomagać innym. To dało mi wiele radości i satysfakcji. Kiedy byłam w technikum , zakochałam się 1 raz ale po roku czasu związek się rozpadł. Przyszedł czas na związek, chłopak , z którym bylam , okazal sie tyranem i damskim bokserem . To z nim straciłam to co kobieta ma najcenniejszego. Bałam się go. Teraz wiem, że to było najgorsze co mogłam zrobić ale stało się.. Myślałam, że po tym wszystkim nic już złego się nie stanie.. a jednak.. po jakimś czasie poszłam na ognisko z kolezanka gdzie byli jej znajomi... tam.. bardzo mnie skrzywdzono. Odebrano mi siłą godność kobiety. Zostałam zgwałona. Załamałam się. Nie mogłam patrzeć w lustro, brzydziłam się sobą. Nie chciałam już nic.. ale po mału doszłam do siebie. Widziałam w sobie zabawkę , nic nie wartą. Zaczęłam się dowartościowywać i wysyłać kolegom zdjęcia w stroju kąpielowym i bieliźnie. Strasznie tego żaluję. W 3 klasie technikum poznałam chłopaka, na początku dbał o mnie i zabiegał . Wszystko było idealnie ale po pół roku zmarla moja babcia. Byla dla mnie jak 2 mama bardzo to przezylam. Nie jadlam, nie chcialam wychodzic z domu. Ciagle klocilam sie z wtedy z chlopakiem. Po mału popadałam w depresje. Dzięki przyjaciołom i rodzinie wyszłam z tego. A z chłopakiem pól roku pozniej sie rozstalam. Poznałam po czasie aktualnego ukochanego. I byliśmy naprawdę szczęśliwi, ale wszystko zepsułam. Okłamywałam go , powiedziałam mu prawdę dopiero po czasie. Jest tak wspaniałym i kochającym facetem a ja to zepsułam.. zniszczyłam wszystko . Zepsułam go. Strasznie tego żaluję. Mój ukochany nie może zniesc mysli ze byl ktos przed nim, bo on byl ,,czysty". Pokochał mnie taką ale ja tak bardzo bałam sie go stracic ze oklamalam go w wielu kwestiach. Do tej pory jakoś to ciągniemy.. ale jest między nami źle. Ciągle się kłocimy, padaja ostre i gorzkie slowa , ktorych potem sie zaluje. Ostatnie czasy myślałam, zeby odejsc stąd. Napisałam nawet list ale może jestem zbyt wielkim tchorzem.. potrzebuje pomocy..
  2. Cześć, jestem tu nowa i mam dość szczególny problem. Jak tylko ktoś z kim rozmawiam na co dzień lub flirtuję przestanie poświęcać mi uwagę i o to zabiegać wpadam w ogromnego doła. Nieproporcjonalnie, śmiesznie wielkiego jak na nieistniejący problem. A najbardziej nieznośna jest dla mnie sytuacja w pracy. Pracuję z raczej maskulinistycznym zespołem, który w momentach wolnych od pracy głównie deliberuje nad urodą kobiet spoza pracy, bądź to młodszych stażystek, bądź pięknych słabo znajomych/nieznajomych kontrahentek. Temat pojawia się praktycznie codziennie, pracuję z nimi w jednym pomieszczeniu i nie mogę znieść tego, jak oni się na nie napalają. Wpadam w nerwowość, czuję zagrożenie, cała atmosfera pracy z fajnymi ludźmi psuje się przez ten jeden tylko temat, na który nigdy nie zabieram głosu. Patrzę później w lustro doszukując się wad i oczywiście je znajduję. Inwestuję w najdziwniejsze środki do poprawiania urody, wklepuję, masuję, szoruję, maluję, depiluję, bo czuję przymus. Jeśli zaniedbam wygląd na kilka dni, czuję się nic nie warta. Podobnie jak wtedy gdy w otoczeniu pojawi się młodsza i atrakcyjniejsza kobieta i widzę ich teatr nerwowej popisówy wokół niej, całowania rączek i nadskakiwania (!). Niepojęte i nie do zniesienia jest dla mnie zarówno ich zachowanie, jak i fakt, że w takim stopniu na mnie wpływa i zależy od niego moja samoocena. A pracę samą w sobie lubię bardzo, wiec jej zmiana nie jest dla mnie rozwiązaniem. Do tego mam 26 lat. Mimo że wciąż jestem młoda i jeszcze jakiś czas pewnie będę, czuję parcie i ogromny nacisk żeby zachować obecny stan jak najdłużej, a raczej polepszać go w nieskończoność. Boję się najmniejszych oznak starości. Moja zaburzona optyka może być spowodowana tym, że mężczyźni w mojej rodzinie nie do końca cenili w kobietach intelekt, do tego stopnia, że potrafili wejść w małżeństwo z zupełnie niedopasowaną osobą, byle móc pochwalić się atrakcyjną partnerką. Z tego też powodu nie ominęło mnie ciągłe porównywanie przez nich mojej urody do koleżanek, piętnowanie wad i komentowanie mojego wyglądu na każdym kroku. Dorastałam praktycznie bez otoczenia kobiet i to jedyny znany mi punkt widzenia. Więc ta męska perspektywa mnie atakuje. Sprawę pogarsza fakt, że będąc atrakcyjną osobą można ugrać w życiu naprawdę sporo, i staram się urok osobisty traktować w kategorii przydatnego narzędzia, niestety pałając zawiścią do każdego, kto ma go więcej i potrafi używać lepiej. Być może mam to z czasów kiedy pierwsza miłość z dnia na dzień mnie olała dla dziewczyny ładniejszej, delikatniejszej i lepiej zrobionej, która akurat pojawiła się w otoczeniu i ukradła mi show. 😒 Obecny partner też mówi mi, że ta kwestia jest dla niego bardzo istotna. Samoocena mi się sypie przez jakieś bajdurzenie w pracy nad anonimowymi laskami i napady zazdrości na zasadzie "czemu o mnie tak nie mówią?", (gdzie nawet nie wiem, czy mówią czy nie - przecież nie będą się mną zachwycać w mojej obecności). Ale nie mam odwagi im powiedzieć: "hej, wstrzymajcie ten testosteron, nie jestem tu z wami na piwie", albo że to ogólnie mało dżentelmeńskie zachowanie, bo boję się, że okażę się śmieszna. Na poziomie logicznym wiem że to żałosne i ukrywam te zachowania, ale emocjonalnie mnie to wykańcza. Problem tkwi we mnie bardzo mocno i wykracza daleko poza ramy bycia atrakcyjnym dla czucia się ze sobą dobrze. Chciałabym nad tym popracować samodzielnie. Szukam rady. Witam Was serdecznie. 🙂
  3. Witam. Mam 27 lat. Od dawna mam problemy z czerwienieniem się. Bardzo się tego wstydze. Ciągle o tym myślę. Wychodząc z domu boje się że spotkam kogoś znajomego i będę czerwona. Zaczerwienienie występuje gdy spotkam niespodziewanie kogoś znajomego, ktoś obcy mi się przygląda, muszę mówić w grupie. Staram się nie wychodzić w miejsca gdzie mogę spotkać kogos znajomego a jak kogoś spotkam to albo udaje że nie widze, albo mówię cześć i uciekam- przy tym odczuwam lęk, czerwienie się i jestem bardzo zdenerwowana. W pracy z obcymi ludźmi jakoś rozmowa mi idzie, gorzej z współpracownikami gdy jesteśmy w kilka osób, zazwyczaj stoje i się nie wypowiadam. W sytuacjach stresowych w pracy bardzo się denerwuje i chce mi się płakać, a później mam bóle w klatce piersiowej. Gdy się zdenerwuje to ciągle o tym myślę , odechciewa mi się wszystkiego, bardzo przeżywam stres z pracy. Co to może być? Czy powinnam udać się do jakiegoś lekarza? Jeżeli tak to do jakiego? A może wcale nie potrzebuje lekarza? Nie wiem jak się z tym uporać, a chciałabym sobie z tym poradzić.
  4. Dzień dobry, mam 23 lata i jestem studentką. Nie jestem w stanie dokładnie określić, kiedy zaczęły się moje problemy. Może było to gimnazjum, gdy zamiast rozmawiać z koleżankami ja porównywałam rozmiar naszych ud (moje zawsze były największe). Może było to liceum, gdy nauczycielka z polskiego stwierdziła, że nadaję się idealnie na czarną owcę klasy. Może był to rok przerwy po nauce, gdy odkryłam, że mój ojciec zdradza moją mamą. A może były to obecne studia, gdzie wszystkie te problemy połączyły się łamiąc mnie kompletnie. Gdy jestem z bliskimi mi osobami czuję się w miarę szczęśliwa, gorzej jest gdy jestem sama. Zaczynają się myśli w głowie: że jestem bezwartościowa, że nikt by za mną nie płakał, że jestem brzydka i dlatego nigdy nie miałam chłopaka, że jestem beztalenciem. Najgorzej jest na uczelni, gdzie nie mam żadnych znajomych. Wychodząc z domu na studia zaczynam się pocić i głęboko oddychać. Czasami pocę się tak mocno, że nawet nie trafiam na zajęcia bo się wstydzę. Gdy wykładowca prosi o podzielenie się na grupy mam ochotę uciec, bo wiem, że będę musiała kogoś poprosić, aby łaskawie się nade mną zlitował. Gdy już jestem z kimś w grupie czuję się osądzana. Wyobrażam sobie co mogą o mnie myśleć, zawsze są to negatywne rzeczy. Nie mogę skupić się na nauce, przez co nie wiem nawet czy uda mi się dokończyć studia. Czy to depresja? Muszę też przyznać, że mam problem z jedzeniem. Odkąd dowiedziałam się o zdradzie taty zaczęłam jeść, wprost wpychać w siebie jedzenie na siłę, dzięki czemu mam teraz stwierdzoną otyłość. Nie wiem jak sobie poradzić z tym wszystkim. Nie chcę już bać się wychodzić do ludzi. Nie chcę już płakać myśląc o moim życiu.
  5. Witam, jestem 21 letnim studentem, od kiedy pamiętam mam depresję (mój stan regularnie się pogarsza, do tego pojawiła się fobia społeczna) jeszcze do niedawna potrafiłem sobie z tym jakoś radzić, ale niestety - jest coraz gorzej. Rzadko kiedy coś mi sprawia radość, tracę pewność siebie, mam niską (bardzo) samoocenę, codzienne czynności sprawiają mi trudności do tego stopnia że potrafię się kilka godzin przygotowywać do prostych rzeczy. Czuję się tak, jakbym był całkiem sam. Myśli samobójczych obecnie nie mam, ale okresowo się u mnie pojawiają mimo, że wiem że nic sobie nie zrobię. Mam garstkę znajomych, chociaż powoli stają się dla mnie obojętni. Zawieranie nowych znajomości samemu jest dla mnie niemożliwe. Myślałem nad psychoterapeutą, psychiatrą oraz samodzielnym leczeniu się benzodiazepinami lub ssr, ale na nic się nie potrafię zdecydować, mimo że wiem że jeśli niczego nie zrobię to będzie tylko gorzej.
  6. Dzień dobry, Mam 23 lata i jestem studentką. Studiuję coś czego nie lubię, ale nie miałam pomysłu na siebie wiec zdałam się na radę rodziców. To oni polecili mi wybrać te studia. Pomimo 23 lat wciąż jestem na pierwszym roku. Czuje, ze życie ucieka mi przez palce. Nie wiem co tak naprawdę lubię. Nie pamietam co lubiłam jak byłam dzieckiem. Przez całe życie miałam wrażenie, ze nie spełniam oczekiwań moich rodziców. Tym bardziej teraz kiedy nie mogę przejść przez te studia. Cały czas mam poczucie winy, że jestem złą córką z której oni nie mogą być dumni. Czuję, że nie mogę rzucić tych studiów, bo po pierwsze zawiodę swoich rodziców, a po drugie okaże się, że wiele osób, które mówiły, że się nie nadaję i jestem za głupia ma racje. Czuje, że zupełnie nie mam kontroli nad swoim życiem. Czuje się jakbym była stara i nic nie osiągnęła. Boję się o przyszłość. I chciałabym się dowiedzieć kim jestem. Bo już nie wiem.
  7. Dzień dobry Jestem już skrajnie zdesperowany, ale muszę gdzieś podzielić się tym co przeżywam. Dzielę się z Wami, bo nie mam z kim. Nawet nie wiem czy ktokolwiek to przeczyta, ale tak czy siak myślę że potrzebne jest mi takie uzewnętrznienie. Mam 24 lata. 556 znajomych na facebooku i żadnych przyjaciół w życiu. Po prostu nikogo, nie mam się do kogo odezwać. Właśnie ostatnio to do mnie dotarło. Nie wiem jak pokierowałem swoim życiem, że doszedłem do takiego punktu w swoim życiu, że mamy czerwiec, przepiękną pogodę za oknem, a ja siedzę "sparaliżowany" w łóżku i po prostu płaczę z bezsilności. Jestem dużo bardziej delikatny i emocjonalny niż powinienem. W listopadzie poznałem wspaniałą dziewczynę. Od razu uderzyło mnie silne zauroczenie i najpiękniejsze było w tym wszystkim, że ona też to czuła. Nigdy żadna kobieta nie okazała mi takiego zainteresowania. To doprowadziło mnie do pozytywnego szaleństwa, wkręciłem się w tę relację bardzo mocno. Na tyle, że po dwóch miesiącach ona miała mnie już dość i rozstała się ze mną. Uczyniłem ją głównym celem w swoim życiu, osaczyłem ją i sprawiłem, że całe uczucie szybko z niej wyparowało. Teraz mijają już cztery miesiące od rozstania, a ja cały czas o niej myślę. Po rozstaniu zaproponowała mi przyjaźń. I w sumie zgodziłem się, bo bardzo ją lubię i pomimo tego co zaszło i tak świetnie się dogadujemy. I tak było, w pewnym momencie uznałem nawet, że "chyba się pogodziłem". Ale ostatnio zaczęła flirtować z innym facetem. Wiem o tym, bo pracujemy razem. To już dla mnie za wiele i złożyłem wypowiedzenie z pracy, która była jedyną rzeczą, która jakoś mnie ostatnio trzymała przy życiu. Nie mogę oglądać tej "zakochanej pary" na codzień. I wpędza mnie w kompleksy, że ten gość który o nią zabiega jest ode mnie 5 lat młodszy, tak naprawdę jest jeszcze dzieckiem. I mimo to z łatwością zajął miejsce, za które ja oddałbym wszystko. To mi pokazuje jak bardzo "atrakcyjnym" facetem stałem się w jej oczach. Co zabawne - powiedziała mi kiedyś, że wpadłem jej oko, bo bardzo ją zainteresowałem swoją energią i pewnością siebie. Zabawne w kontekście tego postu, który właśnie piszę. Nie wiem jak to się stało, że była w stanie odnieść takie wrażenie. Ale przyznam, że po tym jak już zaczęliśmy się spotykać to istotnie - wpłynęło to bardzo pozytywnie na moją samoocenę. Ale teraz jestem dla niej tylko zapłakanym 24-letnim dzieciakiem, więc to nieważne. Tęsknię za nią i jestem jej wdzięczny, bo bardzo mi pomogła przez ten czas, w którym się znamy. Wcześniej przez kilka lat miałem problem z uzależnieniem od hazardu, ona pomogła mi z tego wyjść po prostu swoją obecnością. Poczułem, że jest ktoś dzięki komu wszystko nabiera sensu i dla kogo warto się w końcu ogarnąć. To jest bardzo dobra i ciepła dziewczyna, może dlatego tak mi szkoda, że "nas" już nie ma. Na szczęście pomimo tego, że nie jesteśmy razem, ja dalej nie gram. Jedna dobra wiadomość w tym wszystkim. Idąc dalej. Nie mam przyjaciół. Ba, nie mam za bardzo nawet znajomych. Jedyne moje życie towarzyskie to obecnie już bardzo rzadkie spotkania z moją ex bądź też ewentualnie jakieś spontaniczne wyjścia "na piwo" ze znajomymi z pracy, ale nie odpowiada mi to towarzystwo, bo oni piją, żeby się upić. Ogólnie wydaje mi się, że jestem osobą stosunkowo "łatwą w obsłudze". Co jest dla mnie trudne - to na pewno nawiązywanie kontaktów. Ale jak już ktoś zostanie moim znajomym to z łatwością potrafię rozmawiać. Z wyglądu też nie mam za bardzo nic sobie do zarzucenia. Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale taka jest prawda, nakreślam tylko swoją sytuację. Mimo wszystko nie potrafię nawiązywać długotrwałych relacji i ich utrzymywać. To doprowadza do momentu, kiedy jestem po prostu sam. Doprowadza do desperacji i tego, że "ogłaszam się" na instagramie w stylu "chce ktoś gdzieś wyjść?" lub zakładam konta na portalach randkowych tylko po prostu by z kimś pogadać. Ale ani tu ani tu nie ma odpowiedzi. Jeszcze kilka lat temu, mimo tego że moje życie było ogólnie było dnem z powodu uzależnienia i właściwie permanentnego braku pieniędzy to czułem się chyba lepiej. Miałem więcej energii. Teraz mam pieniądze, ale nie mam co z nimi zrobić. Nie mam gdzie wyjść. Miałem pasje, interesowałem się głównie sportem, ale byłem otwarty na wszelkie aktywności. Teraz albo pracuję, albo siedzę w domu w łóżku i nie mam ochoty po prostu robić nic. Nawet nie chce mi się siedzieć i oglądać filmów, seriali, żeby jakoś zapchać wolny czas. Tylko przeglądam internet bez żadnego sensu. Wiem, że to złe i nie chcę, ale nie mam wewnętrznej siły do tego, by się do czegokolwiek zebrać. Jedynym jasnym punktem w moim życiu ostatnio to był ten króciutki związek. Wtedy miałem po prostu 100 razy więcej energii. Dla i z J. mogłem i chciałem robić wszystko, miałem milion pomysłów. Teraz nie mam nic. Nie mogę pogodzić się z tym, że źle ulokowałem uczucia i że nam nie wyszło. To mnie chyba ostatecznie dobiło. Nie mam skończonych studiów (przez lata problemów z nałogiem ciężko było mi się na tym skupić), właśnie rzucam pracę, w której radzę sobie dobrze i mam perspektywy rozwoju, ale po prostu moje serce nie wytrzymuje tego co widzę tam obecnie. Wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem, jestem dobry dla ludzi - nie znoszę chamstwa i uważam, że za dużo tego w codziennym życiu. Życzę wszystkim jak najlepiej, unikam konfliktów, lubię się uśmiechać. Mam coś tam w głowie, w życiu nie określiłbym się jako "głupi". Ale mam też sporo wad - kompleksy, użalanie się, brak motywacji, brak życia towarzyskiego, brak tak naprawdę chęci do życia. Czuję, że to kim jestem teraz to nie jestem prawdziwy ja. Prawdziwy byłem, kiedy byłem z J., wtedy czułem się świetnie i byłem szczęśliwy. Chciałbym znaleźć tę energię sam z siebie, nie przez obecność jakiejś innej osoby. Mam cichą nadzieję, że wszystko kiedyś się ułoży i będę szczęśliwy, ale nie umiem, nie mam siły i pomysłu jak do tego dążyć. Najbardziej w tym wszystkim dobija mnie, że po prostu teraz nie mam w swoim życiu nikogo komu mogę o tym wszystkim powiedzieć i doprowadziło mnie to do momentu, w którym piszę ten post. No cóż, to wszystko. Troszkę mi lepiej. Pozdrawiam i życzę miłego wieczorku
  8. Czy to pech, czy tak właśnie wygląda prawdziwe życie dorosłego człowieka? Witajcie. Pisze z takim pytaniem, a także z Waszymi odczuciami. Co o tym wszystkim mam myśleć? Czy to pech ? Mam 25 lat. Zacznę od tego, że od zawsze uważałem, że miałam w życiu delikatniej ciężej od pozostałych ludzi. Nie chodzi tu o biedę, ale samo życie. - Akurat mnie nauczycielka nie lubiła w klasie i nie chciała mnie dopuścić do kolejnej klasy, albo dawała mi uwagi za coś czego nie zrobiłam, -akurat mnie nie chcieli wywołać do konkursów, mimo że byłam świetnie przygotowana, -jestem dość dobrym, myślę fotografem, a jakoś dalej nic mi nie wychodzi, aby iść do przodu, -akurat mnie się coś psuje w dłoniach, rozpada. No i teraz praca. Dokoła mnie wszystkie znajome, znajomi mają dobrze prosperujące firmy ( miałam firmę dwa lata, zawiesiłam, bo sprzedaż drastycznie mi spadła), stałe dobrze płatne prace, też czasem narzekają, ale nie mają chyba takiej patologii jak ja. W wieku 18 lat wyprowadziłam się z rodzinnego domu (problemy z alkoholem, akceptacją, częste bardzo mocne kłótnie) ...za miłością mojego życia aż 600 km do stolicy Polski, Warszawa. Zaczęłam tam pracować jako pracownik budowlany - sprzątaczka. Na czarno dwa lata. Płaca jak na tamte lata była bardzo dobra. Niestety ma czarno. Chciałam coś zmienić w swoim życiu, zostać fotografem. Zaczęłam roznosić CV wraz z portfolio - nic. Pisałam do przeróżnych klubów nocnych z ofertą czy nie mogłabym być ich fotografem, chociaż na zlecenia. Zazwyczaj kończyło się to tak że nie chcieli zapłacić za zdjęcia, albo nie odzywali się po ich zrobieniu nawet ich nie widząc na oczy. Zaczęłam szukać bardziej legalnej pracy. Znalazłam pracę w popularnej sieciówce odzieżowej, ale niestety na 3 miesiące i pół etatu. Wróciłam do sprzątania. Trzy lata spędzone w stolicy postanowiłam sprowadzić swoją połówkę do rodzinnego miasta. Mieszkanie na szczęście jest rodziców (ojciec ma dobrze prosperują firmę. Sprzedaż internetowa - to co ja zawsze chciałam robić). Po przeprowadzeniu się do rodzinnego miasta trzeba było tam szukać pracy. Wysłałam łącznie ze 200 CV. Jedna firma się odezwała. Najniższa krajowa, ledwo koniec z końcem. Do tego praca nie była w żaden sposób interesującą. Oklejania alkotestów, praca przy chemii itp. mini produkcja. Postanowiłam wyjechać do Holandii za pracą wraz z ukochanym. Lęk, panika przed nieznanym. Dostałam pracę wraz z partnerem. Pracowaliśmy przy kwiatach. Wszystko pięknie, ładnie, ale po trzech dniach postanowili mnie oddelegować do Polski. Rzekomo nie pracowałam, obijałam się (co później okazało się że kobieta przełożona, po prostu za mną nie przepadała i postanowiła nakłamać mojej szefowej). Juz miałam wracać do Polski, ale zadzwoniła ta szefowa i poinformowała mnie że ma dla mnie pracę. Wszystkie dziewczyny były w jednej firmie do samego końca, a ja obleciałam praktycznie wszystkie jakie były dostępne w małej Holenderskiej miejscowość. Byłam skoczkiem. Raz tu raz tam. Normalne. To ja. Po powrocie do Polski postanowiłam otworzyć firmę. (jak wspominałam wcześniej, miałam firmę - robiłam co mój ojciec. To było zawsze moim marzeniem) Zastrzyk gotówki. Otworzyłam. Nie miałam praktycznie o niczym pojęcia. Poradziłam sobie na dwa lata. Bardzo dobrze mi szło przez rok. Już myślałam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Myliłam się. Rozstałam się z partnerem - gnębił mnie psychicznie. Nabawiłam się większym napadów paniki, leków. Na koncie miałam praktycznie 0 zł. Rachunki, kredyt. Postanowiłam szukać pracy - znowu. Jakieś dorywcze prace, chwilowe. Nawet dawałam sobie radę. Przez okres pół roku miałam 4 prace w różnych firmach. Chciałam coś stałego. Jest! Nareszcie znalazłam. Zostałam pakowaczem na produkcji. Owszem. Pakowacz kobieta zalewie 158 wzrostu przy wadze 45 kilogramów. Pakowałam napędy silnikowe. Po 300 km na sównice do kartonu i zapier* niesamowity. Kasa super, ale schudłam z 6 kg. Dwie zmiany. Rano 4:30 pobudka. Ledwo żyłam po pracy. Zasypiałam na stojąco. Normę trzeba było robić 100 % to tak 90 napędów do spakowana. Szukałam pracy lżejszej. Znowu. Coś podobnego do tematyki mojej byłej firmy. Obsługa klienta itp. Wysłałam CV na montera mebli. Okazało się że potrzebują doradcy klienta do sprzedaży internetowej. No kamień z serca! Czy nareszcie znalazłam swoje miejsce!? W poprzedniej firmie jako pakowacz wytrzymałam pół roku (rekord). Jako doradca miałam zarabiać 2500 netto 300 zł mniej jak w poprzedniej pracy, ale bez sobót i koniecznej premii. Szef obiecał z ręką na sercu. Bynajmniej coś mi tam ciągle śmierdziało. Pominąwszy fakt, że znajduje się tam obok obora. Podpisanie umowy. Okazało się że nie dostanę pełnej umowy. Hahah. Fajnie. Zaczęłam pracę. Dziewczyna z biura której miałam pomagać nie przyszła do pracy ze względu na chorobie. Chorobą nie wybiera. Zostałam rzucona na głęboka wodę. Przyszła po 3 dniach. Ludzie wyzywali przez telefon, że jestem oszusta. Nie miałam pojęcia o co chodzi. Heh. Okazało się że mają miesięczne opóźnienia z realizacją zamówień. Kłamstwa na dzień dobry. Rozmowy z klientami, odpisywanie na e-maile, wprowadzenie zamówień telefonicznych, e-mailowych i popularnej przeglądarki sprzedażowej, a także wystawianie aukcji na innych platformach. Zbyt pięknie myślałam. Pracuje tam miesiąc. W sumie pracy jest tam na 2 godziny a reszta to obieranie pojedynczych telefonów i kłamanie że zamówienie jest gotowe albo jak nie są idealne ich produkty. Niby proste ale nie do końca. Mam żyłkę handlowca. Nie byłam tam zbyt dobrze przyjęta. Ciągle czuję ich dziwny wzrok na sobie. No tak. Po dwóch tygodniach pracy dowiedziałam się że jestem u nich na chwilę do pomocy żeby wyjść z opóźnień. Pomyślałam sobie, że jakby mogło być inaczej ☺️😊. Praca, praca. Ogólnie oni mają stosunek że wolą pisać do siebie jak mówić mimo że dzieli ich 2 metry po schodach. Koleżanka z biura zabawia mężczyzn. Lubi to widać. Ma męża i dziecko, jedyne co robi to gada przez telefon z kierowcą, a raczej z nim flirtuje. Zamawia kosmetyki podczas godzin pracy, wystawia swoje prywatne aukcje, ciachy kupuje. Temat rzeka z nią. Ciągle jest tak bardzo zapracowana, że nie ma czasu na nic. Przy szefie tylko. Jeżeli szefa nie ma to ucieka na produkcję, bądź lata do tego z góry i siedzi z nim zazwyczaj około 2 godzin nim przyjedzie szefostwo. Ja w tym czasie robię swoje obowiązki. Niestety. Ostatnio kolega oddalony ode mnie dwa metry postanowił napisać do mnie wiadomość. Coś w deseń GG. Wiadomość tyczyła się tego, że nic nie robię, że rozmawiam ciągle przez swój prywatny telefon, że wychodzę palić co 10 minut (wychodzę raz na godzinę na 5 minut), że ogólnie po prostu jestem niczym tamta zapracowana królowa. Po wiadomościach postanowiłam przejść się te dwa metry i zapytać wprost czemu nie przyszedł mi tego oznajmić prosto w oczy. No mało się chłopak nie rozpłakał i odparł że wolał napisać. Nie mam nic na swoją obronę. Nic Są tak ograniczeni do siebie że nie przyjmują nikogo nowego. Dają wypowiedzenie do kopert z pieniądz zamiast powiedzieć wprost. Koleżanka z biura wszystkie moje zasługi sobie przypisuje, zamówienia zmienia na swoje nazwisko. Po co ja im tam byłam potrzebna? Ogólnie rzecz biorąc załamuje się już tymi pracami, tym wszystkim i swoim życiem. Czy ze mną jest coś nie tak czy jak!?🤔
  9. Nie jestem pewien czy wybrałem dobry dział na forum. Jeśli nie to przepraszam. Dzień dobry 😊 Mam problem i nie wiem za bardzo co zrobić. Problem jest następujący. Uważam, że jestem 14-latkiem w ciele 24-latka. Nie będę opisywał historii całego swojego życia i przyczynach takiego stanu rzeczy (miałem do czynienia z uzależnieniem od hazardu, nie chciałem tego pisać, żeby nie sprowadzać wszystkich moich problemów do nałogu, bo mimo wszystko chyba nie to jest przyczyną), ale mam ogromne problemy z kontrolą emocji, z pewnością siebie. Często zdarza mi się płakać, również przy innych ludziach, w autobusie, nawet czasem w gdzieś w ukryciu w pracy. Ostatnio spotkałem się z byłą dziewczyną i nawet przy niej mi się to zdarzyło. Domyślcie się jak to żałośnie musiało wyglądać, co ona o mnie pomyślała i jak ja się z tym czuję. Miałem w życiu dwie dziewczyny i obie zostawiły mnie po krótkim czasie, bo byłem po prostu nie do zniesienia. Słusznie uważały, że są silniejsze ode mnie i nie mogą być w takim związku. Dlaczego zostały w ogóle moimi dziewczynami? Bo jak wszystko było ok, było „lovestory” to byłem zupełnie innym człowiekiem. Pogodnym, wesołym, z ogromną energią do życia. Miałem wrażenie, że nie chodzę po chodnikach, tylko się nad nimi unoszę Co jest zabawne? Że ta druga, którą szczerze pokochałem związała się ze mną, bo imponowała jej moja... pewność siebie i że wydawałem się interesującym człowiekiem. A jak pojawiała się codzienność, problemy, to stawałem się tą najgorszą wersją siebie. Rozstanie z tą drugą dziewczyną przeżywam już czwarty miesiąc, mimo że byliśmy razem tylko dwa. Tak, wiem, komedia, ale połączyło nas coś specjalnego, coś czego nie poczułem nigdy wcześniej, no i ona ma duży udział w tym, że rzuciłem nałóg. Tym bardziej mnie boli, że w jej oczach nie jestem materiałem na faceta, że pozostawiłem po sobie takie wrażenie, którego już nie wymażę, ale nieważne, wróćmy do mnie. Nie jestem pewny siebie, mam niskie poczucie własnej wartości, boję się nowych rzeczy, nowych znajomości. Nie wydaje mi się, że jestem interesującym człowiekiem, nie mam przyjaciół, nie mam wielu znajomych, nie mam za bardzo pasji, którymi mogę zająć się w wolnym czasie. Kiedyś bardzo chętnie oglądałem i uprawiałem różne sporty (głównie piłka nożna, tenis). Teraz mi się nawet nie chce oglądać. Nie lubię swojej pracy. Nie wiem tak naprawdę po co żyję i czasem mi się po prostu nie chcę. Większość wolnego czasu spędzam w internecie. Najgorzej, że mimo wszystko mam trochę oleju w głowie i widzę patrząc na siebie z boku jaką osobą obecnie jestem i w jaki dołek wpadłem. Jestem świadomy wszystkich swoich wad i może przez to to wszystko boli jeszcze bardziej. Brak mi siły, by to wszystko przezwyciężyć. Niszczyłem swoje związki swoimi emocjami i już w trakcie ich trwania wiedziałem, że to niszczę, że to się rozpada, ale mimo wszystko nawet to nie pozwoliło mi wziąć się w garść. Chęć wypłakania się wygrywała z myślą "ogarnij się i będzie fajnie". Jestem jak dziecko, które musi się komuś wypłakać nad tym jak ma ciężko w życiu. Mimo, że w sumie tak naprawdę często nie ma aż tak ciężko, wymyślam sobie problemy i to jest śmieszne. Mam wrażenie, że żeby jakieś chore wewnętrzne "ja" było zaspokojone to zawsze muszę mieć jakiś problem, nad którym trzeba płakać i się smucić. I być może ktoś odpisze coś w stylu „masz prawo do swoich emocji”, „nie bój się płakać”. Na to od razu odpowiem, że jakbym czuł się dobrze z tym kim teraz jestem to bym tu nie pisał. Nie ma nic złego w łzach, kiedy naprawdę już jest źle trzeba zrzucić gdzieś ten ciężar. Ale nie ma nic normalnego w płakaniu codziennie, bądź co kilka dni w wieku 24 lat. Przynajmniej według mnie i nie chcę taki być. Gdzie mogę uzyskać jakąś pomocną dłoń? Czy ja kwalifikuję się na jakąś terapię i jak i gdzie ewentualnie się na nią dostać? Bo jednorazowa wizyta w niczym mi chyba nie pomoże, a jeśli chodzi o więcej to nie mogę sobie pozwolić na płacenie po 100+ złotych za wizytę. Dzięki bardzo za ewentualne odpowiedzi i życzę wszystkim miłego dnia.
  10. Mam 25 jestem studentem i od roku mieszkam sam. Wyprowadziłem się z domu ponieważ było to toksyczne miejsce mieszkałem z matką, która piła, jej bratem, który też pił i stosował wobec mnie przemoc i ich matką, która była w porządku wobec mnie aczkolwiek też nie było łatwo się z nią porozumieć. Z ojcem nie mam kontaktu. Decyzja o wyprowdzce była bardzo dobra, bardzo szybko się usamodzielniłem, mam święty spokój, zyskałem odwagę i w moim życiu zaczęło się dużo dziać. Niestety od paru tygodniu dzieje sie coś niefajnego. Mój nastrój strasznie się obniżył i popadłem w straszną apatię. Wszysyko się zaczęło po tym jak zostałem zwolniony z pracy, z którą wiązałem duże nadzieje. w czerwcu kończe studia i do tego czasu finansowo wspiera mnie matka i strasznie głupio mi brać od niej pieniądze. Mam problemy ze.wstawaniem rano i strasznie ciężko mi się zabrać za naukę. Wszystko to potęguje uczucie samotności, które towarzyszy mi od zawsze. Nie potrafiłem nawiązać relacji z żadną kobietą. W efekcie więcej czasu spędzam na oglądaniu pornografii. Już nie mam wątpliwości że jestem uzależniony bo nie mogę wytrzymać bez tego więcej jak 48h. Przyjaciele którym o tym mówiłem nie rozumieją mojego problemu. Mówią że to chwilowe i że nie ma w tym nic złego i że sami mają częste kontakty z pornografią. Tylko że moja sytuacja jest inna bo oni są w związkach a jeszcze nie współżyłem z kobietą i nie chce tego oglądać a czuję przymus. Mój problem z nawiązywaniem relacji jest dziwny, bo jestem osobą otwartą, mam wielu znajomych, ciekawe zainteresowania i wyglądam dobrze bo uprawiam dużo sportu. Mimo łatwości w nazwiązywaniu kontaktów z kobietami zawsze był problem. Nie wiem czy to przez to że jestem dda, czy to że kobiety mnie źle traktowały czy po prostu brak śmiałości przez to że jestem prawiczkiem. Czuje obecnie straszną frustracje bo nie wiem jak rozładować napięcie seksualne a mam bardzo wysokie libido. W wakacje wybiore się do specjalisty bo póki co nie mam na to środków ale problem cały czas jest. Bardzo proszę o pomoc.
  11. Mam 34 lata. Mieszkam od 2 lat za granicą z partnerem, którego bardzo kocham. Teoretycznie wszystko układa się, mam dom i pracę, ale wciąż mam czarne myśli, nieustannie towarzyszy mi poczucie, że coś jest ze mną nie tak. Dotyczy to zarówno mojego wyglądu jak i zachowania. Nie akceptuję swojego wyglądu bardzo często, mimo, że wszyscy mówią mi, że wyglądam dobrze. Mam również problem w relacjach z ludźmi. Można to nazwać skrajną nieśmiałością, w rezultacie bardzo często unikam kontaktu z ludźmi, szczególnie w sytuacjach luźnych, społecznych. Kontakty zawodowe wychodzą mi dość dobrze choć często towarzyszy mi brak sertywności, odwagi, aby walczyć o siebie. Rodzaj napięcia psychicznego, myśli, że coś jest nie tak lub że zdarzy się coś złego - towarzyszy mi prawie nieustannie. Przez pewien czas próbowałam "zaleczać" to napięcie alkoholem. Jak można się spodziewać - efekt był odwrotny, po chwili relaksu doznaję następnego dnia silnego lęku, stanów depresyjnych. Zdarzało mi się również przesadzić, upić się i usnąć - jakbym chciała nie czuć już nic. Staram się więc alkoholu unikać, bo boję się, że mogę zniszczyć w ten sposób budowane na nowo życie. Staram się działać. Pracuję na różnych polach, ale mierzenie się z codziennymi sprawami wydaje mi się coraz trudniejsze. Coraz rzadsze i trudniejsze jest też odczuwanie radości. Mimo, że dostrzegam piękno, słońce, czuję co jest ważne i wartościowe to mój umysł jakby spycha te myśli rysując przede mną negatywne wizje. Mam problem z jedzeniem. Zdarzają mi się napady bulimii, zdarza mi się nie jeść wcale, mam wtedy takie poczucie, że "nie zasługuję na jedzenie". Przeważnie jem normalnie i zdrowo, inaczej nie mogłabym funkcjonować, jednak jedzenie zawsze jest dla mnie jakimś ciężkim tematem. Czasem zaniedbuję siebie. Jakby specjalnie wprowadzam się w stan skrajnego wycieńczenia, bo tylko wtedy czuję, że mam prawo o siebie zadbać. Jak byłam dzieckiem, w moim domu były różne problemy. W domu był alkohol, były też bardzo raniące relacje. Ojciec, który potrafił powiedzieć najokrutniejsze rzeczy jak był zły, a potem udawał, że nic się nie stało jak humor mu się poprawił. Jako dziecko byłam też wciągana w kłótnie między rodzicami. Często, zdarzało mi się usłyszeć: "to wszystko twoja wina", "do niczego się nie nadajesz", "jesteś pasożytem"... Chciałabym podjąć terapię, wiem, że jest mi potrzebna. Wydaje mi się jednak, że nie znam jeszcze języka kraju w którym mieszkam wystarczająco dobrze, aby szukać pomocy psychologicznej tu. Próbowałam terapii online, po angielsku, ale nie dobrze pracowało mi się z psychologiem z drugiego końca świata. Rozważam inne możliwości. W tym momencie potrzebuję zobaczyć światełko w tunelu, uwierzyć w to, że nie jestem na drodze do kompletnego zatracenia, że można to jeszcze odwrócić jakoś... W ciężkich momentach wydaje mi się, że mój umysł jest po prostu tak ukształtowany, jakby zaprogramowany na autodestrukcję. Potrzebuję wiary w to, że można to zmienić, że będę mogła żyć kiedyś szczęśliwie.
  12. Bywa, że ludzie mają tak niskie poczucie własnej wartości, iż nie dają sobie prawa zabiegać o tego, kto naprawdę może spełniać ich kryteria. Niepewne siebie, zlęknione kobiety racjonalizują swoją bezczynność wmawiając sobie, że niczego nie należy ułatwiać mężczyźnie bądź podobne bzdury. Niedowartościowani, przerażeni mężczyźni skreślają dobre partie z góry uznając, że są „zbyt drogie w utrzymaniu” albo „niedostępnymi księżniczkami”. Fatalna samoocena skłania do brania tego, co się napatoczy zamiast wykazywania się postawą proaktywną. Tkwią więc w nijakich znajomościach lub gnuśnieją i uprzedzają się do płci przeciwnej. Albo na własne życzenie są krzywdzeni, bo znoszą parszywe traktowanie. Byle tylko mieć przy sobie kogoś, kogo da się pokazać na FB, by zgarnąć parę nędznych lajków za udawanie szczęścia. Zobacz ten wpis na Facebook. CIEKAWOSTKA: Męski blog Refleksje mężczyzny prowadzi psycholog online.
  13. Proszę o pomoc, nie wiem już co robić. Moje relacje z rodzicami zawsze były dość poprawne, oni uważali wręcz ze wychowali mnie w sposób idealny. Nigdy się nie zbuntowałam jako nastolatka, za to wszystkie awantury w domu były o to, że powiedziałam coś nie takim tonem jakim życzyli sobie tego moi rodzice. I tak im zostało do moich dorosłych lat. Mój ojciec jest osobą, jak to sam określa, bardzo ekstrawertyczną, co się objawia tym, że w towarzystwie mówi tylko on, on wszystko wie najlepiej. Jestem z wykształcenia tłumaczem języka rosyjskiego i on tez zna ten język. Ale za każdym razem kiedy pytał mnie jak coś jest po rosyjsku i mu odpowiadałam, mówił mi ze jestem głupia i się nie znam. Tak w żartach to mówił. Od dziesięciu lat jestem mężatka i mam kilkuletnie dziecko. Mój mąż jest bardzo wyczulony na szacunek i poczucie własnej wartości, z tego względu nieraz zachowania mojego ojca go irytowały, a i ja zaczęłam na nie bardziej zwracać uwagę, bo z wiekiem mój ojciec zaczynał się coraz gorzej zachowywać, a mama zawsze go tłumaczyła, zawsze stawała po jego stronie, jednocześnie będąc bierna i udając ze ona umywa ręce i przecież zawsze mnie wspiera. Jakis czas temu wybuchła wielka awantura w dniu naszej przeprowadzki kiedy moi rodzice opiekowali się moim dzieckiem. Byliśmy szaleńczo zmęczeni a ojciec robił uwagi ze nie mamy prawa być zmęczeni bo sami się na to zdecydowaliśmy wiec powinnismy być szczęśliwi. Mąż odburknął mu coś zirytowany i został przez ojca ochrzaniony jak małe dziecko ze nie będzie się do niego zwracał tym tonem. Do tego dochodzi podkopywanie przez ojca moich rodzicielskich decyzji i mojego autorytetu jako rodzica. Przy moim dziecku jawnie je kwestionuje i robi po swojemu. W ostatnim czasie doszło do sytuacji, w której mój ojciec po większej ilości alkoholu bardzo wulgarnie mnie nazwał, usłyszał to mój mąż i moje dziecko. Mąż stanął w mojej obronie, mówiąc ze tata od dawna podkopuje moje poczucie własnej wartości i jeszcze słyszy to nasze dziecko. Od tamtej pory nie mam kontaktu z rodzicami, napisałam im ze potrzebuje czasu żeby to siebie wszystko poukładać i jestem zapisana do psychoanalityka. Najpierw probowali mnie skłonić do spotkania lub telefonu pisząc mi ze mama się bardzo złe z tym czuje, cały czas płacze itp. Kiedy odmówiłam zaczął się szantaż emocjonalny. Od wyśmiewania mojej wizyty u psychoanalityka, bo chyba nie będę się leczyć z relacji z rodzicami z którymi nie mieszkam od tylu lat, przez udowadnianie mi ze przecież tyle lat mnie wspierali pomagając przy dziecku i ze to ze ojciec wyrzucił mojego męża z domu za fraki to było staniecie w mojej obronie bo mama zrobiłaby to samo gdyby zdążyła przed tata (wiem ze to brzmi bez sensu ale to ich autentyczna argumentacja), aż po podkopywanie mojej relacji z mężem i próby wejścia pomiędzy nas oraz groźby ze któreś z nich popełni samobójstwo. A to wszystko dlatego ze nie przyjęłam od razu przeprosin, nie chciałam się spotkać i od razu wszystkiego zamieść pod dywan i potrzebowałam czasu. Proszę o radę co mam robić. Na razie ignoruje ich wiadomości, nie mam siły przepychać się z nimi w smsach...
  14. Jestem teraz w takim stanie, że potrzebuję pomocy specjalisty. Bardzo się stresuję w pracy kiedy coś mi nie wyjdzie, zrobię coś źle przez przypadek. Czuję wtedy, że jestem oceniana przez współpracowników. Praca jest dla mnie bardzo stresująca, trzeba robić kilka rzeczy naraz co generuje błędy. To jest korporacja więc liczy się ilość nie jakość. Najlepiej robić dużo i dobrze. Zdarzają mi się błędy. Wtedy słyszę komentarze osób które "nigdy się nie mylą". Codziennie boję się , że mi "się nazbiera" i mnie wyrzucą. Widzę, że ludzie z pracy też niechętnie pomagają , bo mają swoje targety. Boję się opinii innych, że mnie z pracy wyrzucą. Boję się nawet zmienić pracę za mniejsze pieniądze. Co ja powiem na rozmowie, że wolę pracować za najniższą krajową. Każdą "porażkę" mocno przeżywam. Nie mogę spać, jeść, dużo palę. Odbiera to mi chęć do życia. Jestem świadoma tego, że życie nie jest łatwe. Ja po prostu nie potrafię nie brać wszystkiego do siebie. Przeze mnie mój związek się sypie. Chłopak ma dość mojego płaczu przez pracę.
  15. Skończyłam 25 lat. Przeprowadziłam się z małej miejscowości do większego miasta. Jestem uznawana za osobę pozytywnie nastawiona do życia, jednak mam męczące wachania nastroju. Kilka dni jestem pełna euforii i zmotywowana do działania, są procesy przez które gubię te motywację i chęć do robienia czegokolwiek. Zaczynam wpadać w dołki emocjonalne i zastanawiam się często czy walka o lepsze jutro ma jakikolwiek sens. Coraz częściej nie potrafię skupić się na pracy, ponieważ często myślę o kilku rzeczach w tym samym czasie. Kiedy opowiadam o swoich planach. Słyszę że czas mija że to ci chce robić należy zaczynać od liceum że muszę to zrobić jak najszybciej. Presja tego starsznie mnie przytłacza i nie wiem czy ma sens działać. Czeka mnie przeprowadzka do jeszcze Większego miasta niż Gdańsk , dla drugiej osoby, która postawiła mi warunek że bycie w związku musi wymagać kompromisu z mojej strony. Mimo że wolałabym zrobić kilka rzeczy tu w Gdańsku ale wiem że w innym mieście też czekają mnie podobne możliwości. Przywiązanie do rodziny i znajomych jest bardzo silne. Nie mam pojęcia czy warto rzucić wszystko i zaczynać od nowa by być przy osobie która raz mi mówi że jest mnie pewna a za chwilę że coś dziś czuła nie tak. Nie potrafię skupić się na tym czego chce i najlepszym dla mnie rozwiązaniem póki co jest stygnięcie w cichym spokojnym miejscu z brakiem myślenia o tym wszystkim. Raz się śmieje za chwilę lękam wszystkim, stresuje w środku takimi rzeczami że sama tego nie ogarniam. W czym tkwi problem ?
  16. Witam Wszystkich Mam ciężki do zgryzienia etap w życiu, myslę że do uratowania jednak nie radzę sobie. Już w domu rodzinnym od małego czułem się nie śmiało, każda porażka i zawstydzenie wgniatało mnie w ziemię. Rodzice nie byli źli, ojca prawie nie widywałem bo sam utrzymywał finansowo rodzinę przez całe moje dzieciństwo, w Polsce i za granicą. Matka? Utrzymywała dom w - naprawdę - poukładanym i czystym porządku.Obiad zawsze na czas, czysta łazienka, kuchnia, przedpokój. Starsze rodzeństwo utrzymywało za nas młodszych porządek w pokojach - choć nie zawsze na czas i tak jak to powinno wyglądać według matki. Nie pamiętam z dzieciństwa jakiegoś zrozumienia moich domowych problemów czy wsparcia, może dlatego - czego nie pamiętam - że nie mówiłem o nich, zawsze starałem się realizować wskazówki ii oczekiwania innych domowników - do dzisiaj tak mam. Wiele sytuacji i przykładów wcale nie pamiętam, może dlatego że potrafię je wypaczyć z pamięci. Teraz przejdę do sedna, co przypominam sobię najlepiej i co jest połowă mojego życia. Moja żona, poznałem ją jeszcze w gimnazjum. Spotkaliśmy się za przyczyną mojego znajomego w mojej rodzinnej mieścinie. Jak to jeszcze dzieciak zauroczyła mnie swoją osobowością - chociaż makijaż miała zbyt mocny na oczach co przyciągało strasznie moje spojrzenie ponieważ wyglądało to tak jak by wychodziły jej z orbit😄. Nie mniej wyglądała uroczo. Jak nigdy chciałem pokazać się z jak najlepszej strony - jak pewny siebie, zabawny, potrafiący okazać szacunek do jej odwzajemnienia lub nie mężczyzna - nie próbując nic na siłę. Może trochę grałem ale już przy tym spotkaniu doszło między nami do pocałunku który mnie podbudował. Może nie czułem do niej miłości od pierwszego wejrzenia ale właśnie wtedy coś się we mnie przebudziło. Ta pewność siebie urosła i chciałem spróbować czy to się stało jednorazowo pod wpływem używek, bo nie pamiętam co wtedy było zielsko, browar - chyba. Spotkaliśmy się potem chyba raz z ekipą na osobności ale chyba już bez używek. Czułem się już swobodniej i nadal pewniejszy siebie niż z innymi - nawet zekipą. Po pewnym czasie zaprosiła mnie do swojego domu, poznałem jej rodzine i zobaczyłem wtedy co to znaczy swoboda słowa. Ok kłócili się, w domu był harmider, ale każdy wyrażał to czego u mnie w domu nie doświadczyłem nigdy. Największym zaskoczeniem dla mnie było to że razem nocowałem z nią w jednym łóżku (oczywiście bez zbliżeń intymnych), za co nasłucha ła się na drugi dzień od rodziców. U mnie w domu nie dopuścili by się tego już przed faktem. Gimnazjum się się skończyło więc wyruszyłem dalej do większego miasta. Jej został jesze rok gimnazjum ale się widywalismy dosyć często. Poznałem różne charaktery i znów zacząłem się wycofywać. Przetrwałem tak rok dopóki nie zdecydowała się przyjechać za mną - nie wiem albo nie pamiętam - chyba przez to że ją namówiłem. Mieszkaliśmy w jednym internacie - to były najpiękniejsze lata naszej intymności. Prawie co noc wymykałem się do jej pokoju i sypialiśmy razem do rana, tylko po to aby czuć jej ciało blisko siebie. Po ukończeniu szkoły - a w zasadzie zrezygnowania z niej - zaproponowałem jej abyśmy spłodzili dziecko. Zgodziła się na to tak jak namówiłem ją na to aby rozpoczęła naukę tam gdzie ja. Nie wiem do dzisiaj czy te dwie decyzje podjęła dla nas czy dla mnie. Uważam się dzisiaj za egoistę, bo nie do końca jestem przekonany czy naprawdę chciała podjąć wtym momencie takie decyzje. Gdy urodziła się nam córeczka wzięliśmy ślub. Tutaj oboje byliśmy szczęśliwi z tej imprezy bo naprawdę była taka na jaką oczekiwaliśmy. Potem byłem sam na zarobku za granicą. Potem próbowałem ściągnąć rodzinę do siebie, a w rezultacie wylądowaliśmy spowrotem w Polsce w domu razem z jej rodziną. Mieliśmy zawsze od początku swój pokój do którego nikt się nie wtracał. Ale w reszcie gospodarstwa decyzje i styl życia nażucali jej rodzice. Dawałem z siebie naprawdę wszystko, bo sądziłem że moje pomysły są praktyczne, wygodne i oszczędzają czas, i tak było (dla mnie, bo wyniosłem z domu praktyczność, sumienność i porządek). Nie stety domownicy nie korzystali z tego i zaczęło mnie to męczyć - w końcu zacząłem celowo mieć podejście do gospodarstwa jak oni. Jedynie jej matka do dzisiaj próbuje jakoś utrzymać ten ład i porządek zaganiajac resztę domowników do pracy - a potem również i mnie. Wiele razy powtarzałem żonie abyśmy wynajęli coś mniejszego, będzie łatwiej nam opanować mniejsze mieszkanie niż taki o gromny dom z podwórkiem. Nie stety zawsze uważała że nie stać nas na to. Więc zostaliśmy. Przestałem w końcu się nażucać. W pewnym momencie i jej zaczęła już przeszkadzać ta sytuacja i ich podejście, ale ja już byłem tak przygaszony tym wszystkim, że całkowicie zacząłem unikać ludzi, domowników, kolegów, córkę zacząłem traktować samymi nakazami i pilnować tylko jej obowiązków - bez spędzania z nią czasu. Od żony całkowicie odsunąłem się i w relacjach i intymne już od roku. Pracuję już od roku po 12h/5dni, przez ten okres czasu piję codziennie. Z pracy kładę się pod wpływem przed telewizor i tak codziennie. Dzisiaj - żona powiedziała dość - nie rozmawiamy, nie kochamy się, nie chce już być ze mną. Mamy dzisiaj pokojowy kontakt, ale musiałem się wyprowadzić z domu aby mogła wrócić do domu do córki i ją wspierać. Ja córce nie potrafię tego dać, więc wolałem podjąć takie kroki. Ogranicczyłem alkohol, ale nie całkowicie bo mam mieszane uczucia i czasami - 2-3razy w tygodniu dopada mnie żal do siebie. Chciałbym wzbudzić w mojej rodzinie uczucie do mnie ale najpierw to muszę popracować nad sobą. Myślałem że to faktycznie chodzi o alkohol ale jednak przyczyną tkwi głębiej. Nie potrafie w relacji międzyludzkiej okazywać emocji jakoś specjalnie, ludzie mnie nudzą nawet ci których lubię i na których mi zależy. Nie wiem od czego zacząć.
  17. Dzień dobry.😊 Mam 21 lat, uczę się i żyje samodzielnie z pomocą bliskich mi osób. Mój problem zaczął się rozwijać w technikum ok 5lat temu, z przerwami, lecz teraz jest najbardziej odczuwalny, gdy zaczęłam chodzić do nowej szkoły związanej z modą, która jest? A może była? moją pasją. Unikam zajec w szkole najpierw miałam wrazenie, że ludzie mnie tam nie lubią, uważają za kogoś gorszego, nie mogę z nikim złapać kontaktu, siedze samotnie i znikim nie rozmawiam, jestem bardzo nieśmiała, ale nigdy nie bylo to aż tak wielką przeszkodą. - Przez to odczówałam strach przed tym ze bede siedziec sama i bede czuć sie nieswojo przez to zdażyło mi sie opuścić kilka razy zajecia. Później przestałam całkowicie chodzić na zajęcia które są w galeriach, ponieważ ubieramy siebie wzajemnie A ja w ciągu ostatnich 2 lat Przytyłam +/- 18kg z rozmiaru XS mam L a czasem XL nie mogę znieść swojego widoku w lustrze na zajęciach, lub tego gdy rozmiar jest za mały. (W dzieciństwie i gdy byłam nastolatką ciągle mi mówiono że jestem gruba mimo normalnych rozmiarów, miałam trudne dzieciństwo ). Teraz unikam chodzenia do szkoły odczówam wtedy lęk i strach, nawet jeśli chce się zmusić pójść to dostaje dzień wcześniej gorączki, zawroty głowy, szumu w uszach. Nawet gdy nie mam zajęć mam zawroty głowy, szum w glowie i uczucie jakbym była pijana choc nie piłam - chociaż to mi się zdarzało kilka lat wcześniej najczęściej w okresie jesienno zimowym. Straciłam wszystkie zainteresowania, nie mam siły wyjść na siłownię, nie potrafię się niczym cieszyć, odsuwam sie od przyjaciół,czasem mam dni gdzie czuje się jak wrak emocjonalny trudno mi wyjść wtedy z domu. Oprócz tego gdy jadę w dalsze podróże autobusem panicznie boje się że będzie wypadek i zgine prawie za kazdym razem, lecą mi łzy. Nie radzę sobie z tym, nie wychodzę z domu, lub mój stan fizyczny nie pozwala mi wyjść. Co do autobusów staram się czymś zająć lub spać. Pytanie: Co to moze byc? Czy to tylko niska samoocena A może Nerwica lekowa lub depresja? Czy warto z tą sytuacją udać się do lekarza?
  18. Witam serdecznie. Od jakichś 5 lat borykam się z nerwicą i zaburzeniami lękowymi. Tak mi się przynajmniej wydaje. Od zawsze byłam osobą bardzo komunikatywną i otwartą.. ale jestem strasznym pechowcem. Wszyscy dookoła zwracają na to uwagę, osoby, które znają mnie nawet kilka dni. Cały czas walczę i próbuję, nie poddaję się. Jednak powoduje to we mnie coraz większy stres, strach i lęk. Do tego stopnia, ze od 5 lat miewam chyba ataki paniki i lęku. Takie momenty, w których mam wrażenie, ze zaczyna dziać się kompletne zło. Jakby włączała mi się automatycznie czerwona lampka w głowie. Zaczyna mi sie ciezko oddychac, zaczynam sie strasznie krępować, trzęsą mi się ręcę, zaczynam się wstydzic, bać i najchętniej bym płakała. Jest to strasznie niezręczne i krępujące w sytuacjach gdy rozmawiam na przykład z klientem w pracy, z rodziną, z kimkolwiek. Ja juz nie wspomnę o wystąpieniach publicznych badz przed grupa. Jesli mam normalne dni jestem dusza towarzystwa. A jesli dopadają mnie takie stany, czuje sie jak największy nieudacznik i chcę się schować. Niestety coraz częściej tak. Bardzo, bardzo proszę o pomoc...
  19. Proszę o pomoc, nie wiem już co robić. Moje relacje z rodzicami zawsze były dość poprawne, oni uważali wręcz ze wychowali mnie w sposób idealny. Nigdy się nie zbuntowałam jako nastolatka, za to wszystkie awantury w domu były o to, że powiedziałam coś nie takim tonem jakim życzyli sobie tego moi rodzice. I tak im zostało do moich dorosłych lat. Mój ojciec jest osobą, jak to sam określa, bardzo ekstrawertyczną, co się objawia tym, że w towarzystwie mówi tylko on, on wszystko wie najlepiej. Jestem z wykształcenia tłumaczem języka rosyjskiego i on tez zna ten język. Ale za każdym razem kiedy pytał mnie jak coś jest po rosyjsku i mu odpowiadałam, mówił mi ze jestem głupia i się nie znam. Tak w żartach to mówił. Od dziesięciu lat jestem mężatka i mam kilkuletnie dziecko. Mój mąż jest bardzo wyczulony na szacunek i poczucie własnej wartości, z tego względu nieraz zachowania mojego ojca go irytowały, a i ja zaczęłam na nie bardziej zwracać uwagę, bo z wiekiem mój ojciec zaczynał się coraz gorzej zachowywać, a mama zawsze go tłumaczyła, zawsze stawała po jego stronie, jednocześnie będąc bierna i udając ze ona umywa ręce i przecież zawsze mnie wspiera. Jakis czas temu wybuchła wielka awantura w dniu naszej przeprowadzki kiedy moi rodzice opiekowali się moim dzieckiem. Byliśmy szaleńczo zmęczeni a ojciec robił uwagi ze nie mamy prawa być zmęczeni bo sami się na to zdecydowaliśmy wiec powinnismy być szczęśliwi. Mąż odburknął mu coś zirytowany i został przez ojca ochrzaniony jak małe dziecko ze nie będzie się do niego zwracał tym tonem. Do tego dochodzi podkopywanie przez ojca moich rodzicielskich decyzji i mojego autorytetu jako rodzica. Przy moim dziecku jawnie je kwestionuje i robi po swojemu. W ostatnim czasie doszło do sytuacji, w której mój ojciec po większej ilości alkoholu bardzo wulgarnie mnie nazwał, usłyszał to mój mąż i moje dziecko. Mąż stanął w mojej obronie, mówiąc ze tata od dawna podkopuje moje poczucie własnej wartości i jeszcze słyszy to nasze dziecko. Od tamtej pory nie mam kontaktu z rodzicami, napisałam im ze potrzebuje czasu żeby to siebie wszystko poukładać i jestem zapisana do psychoanalityka. Najpierw pPRr
  20. Związałam się z takim mężczyzną który jest totalnym dominatorem traktuje mnie jak służąca a nie kobietę cały czas jestem tą złą i wszystko jest moją winą nie daje już rady i popadają już w alkoholizm z którego się wyrwałam, całkowicie mnie od siebie uzaleznił i niszczy mnie dzień po dniu, nie wiem co robić czuje się bez silna.
  21. Witam serdecznie, od dłuższego czasu borykam się z pewnym problemem, nazwijmy to akceptacją partnerki. Jestem w prawie 3 letnim związku, jak w każdym były lepsze i gorsze momenty ale uważam, że obojgu nam zależy i zawsze staramy się rozwiązywać problemy, rozmawiać i przede wszystkim znajdować kompromis. Od niedawna zacząłem odczuwać presje z jej strony, jej znajomych oraz rodziny. Zaczeło się od sylwestra tego roku ponieważ prawie każda osoba, która do niej dzwoniła z życzeniami mówiła, że życzy jej że się w tym roku oświadczę (mam 25lat, ona 21). Na co moja partnerka odpowiadała, że to nie od niej zależy ale też na to czeka i wiele razy dawała mi jasne sygnały, że by chciała chociaż w naszych rozmów wynika, że jesteśmy jeszcze za młodzi na ślub. Uważam jednak, że chciałaby być już nażeczoną. Problem w tym, że ja nie jestem pewny czy to ta jedyna. Z drugiej strony jeśli nie mam pewności to dlaczego to ciągnę? Bije się z myślami od dawna i już mnie to męczy. Mam wrażenie, że chciałbym ją zmieniać. Dobrze mi w relacji z nią ale myśląc o przyszłości czuje niepewność. Myślę, że najwyższy czas znaleźć problem i go rozwiązać albo to zakończyć z szacunku do niej i nie marnować czasu, który mogłaby spędzić z kimś pewnym swoich uczuć. Jestem osobą, która bardzo dużą wagę przykuwa do wyglądu, gdy się poznaliśmy podobała mi się lecz bardziej przyciągnął mnie do niej jej charakter. Wtedy już miała pare kilo za dużo,ale w normie. Teraz przytyła znacząco. Nawet znajomi czy rodzina potrafią jej docinać z tego powodu. Ja próbowałem ją wspierać, motywować, proponowałem wspólne aktywności lecz widzę, że to dla niej wielki problem. Sama nie lubi swojego ciała i często narzeka, lecz nic z tym nie robi, brak jej samozaparcia. Po wielu próbach doszedłem do wniosku, że jestem bezsilny i odpuściłem. Skupiłem się na sobie, mimo że nie miałem problemów ze zbędnymi kilogramami to od stycznia wziąłem się za siebie, zacząłem ćwiczyć, lepiej się odżywiać i czuje się fantastycznie. Już zgubiłem kilka kilogramów i wzmocniłem mięśnie. Przez moment widziałem, że ją to zmotywowało, też zaczeła ćwiczyć ale po pewnym czasie widziałem brak systematyczności, szukanie wymówek i śmieciowe jedzenie. Oczywiście pojawiały się chęci podjęcia diety ale zakańczane wymówkami, że brak czasu, że praca itp. Dochodziło do tego, że nie miałem ochoty na stosunek, widok jej nadmiernych kilogramów pod prysznicem sprawiał ze odwracałem zwrok mimo, że seks zawsze był udany. Boję się, że to się nie zmieni i w przyszłości będzie tylko gorzej i nigdy tego nie zaakceptuje i nie będzie mnie już pociągać tak jak wcześniej. W pozostałych kwestiach jest dużo lepiej, myślę że na prawdę ją kocham, ufam jej i nie chce rezygnować z tej relacji bo poza tym aspektem wizualnym układa nam się bardzo dobrze. Pytanie czy starać się ją zmieniać, czy odpuścić i zakończyć ten związek? Próbowałem to zaakceptować ale z czasem widziałem po sobie, że jest to dla mnie zbyt trudne. Choć często mam myśli, że moge nigdy nie spotkać drugiej takiej osoby z tak wspaniałym charakterem, która będzie mi bardziej odpowiadać pod względem sylwetki. Co o tym myślicie? Proszę o pomoc i pozdrawiam
  22. Witam. Mam na imię Oliwia i mam 22 lata. Jestem studentką oraz równocześnie pracuję w dni wolne od studiow. Zmagam się z OGROMNĄ, CHOROBLIWĄ zazdrością o partnera...Jestem z chłopakiem od ponad roku, kocham go nad życie, nie wyobrażam sobie życia bez niego. Największym problemem jest obecnie duża odległość jaka nas dzieli (ponad 300km) co niedługo mam nadzieje, że się zmieni i zamieszkamy razem, jeśli do tego czasu nie doprowadzę go do szaleństwa z powodu mojej zazdrości...(ale mimo to widujemy się stosunkowo często i długo). Wracając do tematu, jestem zazdrosna dosłownie o każda dziewczynę, która jest w jego otoczeniu (doszło nawet do tego, że byłam zazdrosna o swoją przyjaciółkę, która spędzała z nami czas, bo twierdze, ze jest ode mnie sto razy ładniejsza i że potencjalnie mogłaby spodobać się mojemu chłopakowi). Jestem zazdrosna o każdą jego koleżankę (choć z żadna nie pisze i nie utrzymuje większego kontaktu, oprócz widzenia się w szkole i na moja prośbę również usunął wszystkie dziewczyny na instagramie, które obserwował). Jak zobaczę, że widzi jakąś dziewczynę (no jej zdjęcie) to się we mnie gotuje bo wyobrażam sobie, że myśli o niej, ze jest piękna i zastanawia się czemu ja tak nie wyglądam. Wiem, że to brzmi strasznie, jakbym była jakąś psychopatką i najgorsze jest to, że ja jestem świadoma tego, że to jest złe, posądzanie go o rzeczy, które nie miały miejsca i posądzanie go mimo, ze co chwile wyznaje mi miłość i ją pokazuje. Nigdy tak naprawdę nie dał mi REALNYCH powodów do zazdrości czy poczucia, że mnie zdradza, nie mam żadnych dowodów, ani potencjalnych przesłanek, że mógłby mnie zdradzać, a mimo to zachowuje się jak wariatka, szaleńczo go kocham i boję się, że go stracę... Najgorsze w obecnych czasach jest to, ze w internecie pełno jest teraz IDEALNYCH kobiet, które wdzięczą się przed aparatem, a ja nie mam czasu na nic, bo pracuje albo się uczę. I potem taki facet myśli, ze każda kobieta tak powinna wyglądać (jak one po przeróbkach w photoshopie)... Swoją drogą, powodem jest też na pewno moja bardzo niska samoocena, sięgająca dna, ale nad tym już próbowałam pracować i nie wychodzi mi najlepiej... Jak mogę zapanować nad tą zazdrością? Ona doprowadza mnie do obłędu, jak jestem o niego zazdrosna to cała się trzęsę, płacze, nie mogę zapanować nad emocjami i na wszystko mam swoje wytłumaczenie i wymyślone przez siebie historyjki... Proszę o pomoc!
  23. Witam. Mam 24 lata i jestem studentką. Pracuję i studiuję. Przyznam, że zastanawiam się czy kwalifikuję się do wizyty u psychologa. No właśnie, chyba główną moją obawą się przyznanie się, że mam problem i powiedzenie to na głoś. Do tej pory obserwowałam to co się dzieje ze mną, jak pustka i ciężar przytłacza mnie. Dziś zdałam sobie sprawę czy nie chce i nie już nie dam rady żyć tak dalej. Co mi jest.. bardzo dużo złych i przygnębiających emocji naraz, zero satysfakcji. obwijanie się, nienawiść i obrzydzenie do samej siebie, bezsilność i bezużyteczność, apatia. Czuje, że nie ejstem wystarczająco dobra, zawiodłam wszytskich. Nie umiem poradzić sobie ze sobą, Jestem zmęczona, nie mam energi i motywacji a przede wsyztskim siły by żyć. Od pół roku coś mi się stało. Czuję że w środku umarłam ale na co dzień, w pracy czy na studiach nie pokazuje tego. POtrafie sie smiac, zartowac, rozmawiać i udawac zainteresowanie. Jednak w glebi serca, w moim srodku nic nie czuje - ani radosc ani smutku. Wydaje mi się, że moja obecnośc lub jej brak nic nie zmienia. Każdy wolny dzien spedzam w łóżku, ledwo wstanę i chcę wrócić do łózką bo nie mam siły wewnętrznej żeby walczyć. Ogromna pustka i przygnębienie. Chciałabym spać bo wtedy odczuwam ulgę i szczęście, ale nie mogę. Budzę się, śnią mi się koszmary i znowu budzik muszę wstać odliczając godziny aż wrócę do łóżka. Nie odbieram telefonów od rodziny, znajomych, przestałam dbać o siebie, z jednej strony cieszę się że wracam z pracy i zamykam się w pokoju i siedze sama ale z drugiej strony czuję się uwięziona we własnym ciele. Każda próba podniesienia tematu, powiedzenia na głoś co się ze mną dzieje powoduje u mnie wstyd i taka ogromną barierę przed otworzeniem się, że zawsze rezygnuje. Czasami czuję taki bół w środku, że coś we mnie pęka ale nie umiem płakać. Od roku nie płakałam, jak byłam mała potrafiłam rozmawiać o moich emocjach cieszyć się i płakać, co dawało mi uczucie uwolnienia i oczyszczenia ale teraz nie umiem. Odczuwam straszną pustkę. Nie mam siły wstawać z łóżka, nic mnie nie cieszy. Czuję ogromny ciężar, który nie mija. O tym co przeżywam w śroku nie jestem w stanie powiedziec rodzinie, znajomym. Myśłałam, że tu mi będzie łatwiej ale nie jest, nie wiem jak to opisać. Nic nie czuje, nic mnie nie cieszy. Popadłam w straszną monotonię i rutynę, działam jak automat, męczy mnie to. Czuję, że życie toczy się obok mnie a ja jestem jak pusta kukła. Dodatkowo od pół roku objadam się raz na tydzien. Kupuję ogromnę ilości słodyczy, przekąsek i jem to w ciągu godziny/dwóch. Potem mam ogromne wyrzyty sumienia. Na codzień pilnuje diety ale czasami tak mnei to przytłacza że muszę się najeść jak świnia. Nie umiem przestać, nie umiem z tym walczyć. Nie mam depresji bo mam wręcz wzmożony apetyt i mimo apatii i braku energi nie potrafię spać. Prosze o pomoc..
  24. Witam, ja z takim oto problemem. Jestem uczniem klasy maturalnej. Od dłuższego czasu mam problem w relacji z pewną bliską mi osobą, lub nawet ta relacja jest sama w sobie problemem. Otóż w pewnym, już dość odległym, momencie swojego życia poznałem w szkole dziewczynę w której się na zabój zakochałem. Problem polega na tym że równocześnie byliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. W pewnej chwili wyszło na jaw że ja chcę czegoś więcej a ona tylko przyjaźni. Niedługo okazało sie że powiązane jest to z tym że sama jest w podobnej relacji z innym facetem, ma bliźniaczy problem. Tylko że jej historia po dużych perturbacjach zakończyła sie jako takim happy endem. Minęło już dużo czasu, a ja zamiast zapominać to staje się coraz bardziej zazdrosny, coraz bardziej boli mnie to co widzę, chwilę gdy jej obecny chłopak jej nie szanuje a ona z uczucia do niego na to nie reaguje. Dodatkowym, jeśli nie największym problemem jest to że przez tą sytuacje nie umiem zawiązać relacji z innymi kobietami, to Ona absorbuje całą moją uwagę i spycha wszystkie inne na drugi plan. Miałem przez ten okres możliwość zawiazania innej pozytywnej relacji, lecz w pewnym momencie wracanie wspomnieniami i myślami do Niej wszystko pogrzebało, z perspektywy czasu bardzo tego żałuję ale czasu już na pewno nie cofnę. Jestem totalnie w tym wszystkim zagubiony, mam świadomość jak toksycznie wpływa na mnie ta sytuacja i że przez to wszystko wegetuje, lecz nie chce nagle zrywać przyjaźni z osobą na której naprawdę mi zależy i z którą brak kontaktu ot tak będzie bardzo trudny. Co robić w takiej sytuacji, jak pokonać tą toksyczną zazdrość i ruszyć w końcu do przodu? Z góry dzięki za pomoc i sorry jeśli problem jest zbyt błachy
  25. Czesc Mam obecnie 44 wiosny i...nigdy nie pracowałam..Zmagam się z osobowoscią lękowo-nerwicową i dystymią..Oprocz tego mam cukrzyce 2 i chyba problemy homronalne (niezbadane) Wydaje mi się,ze cierpie na fobie społeczną- mam 3 znajomych i to wszystko..Studiuje zaocznie...już mgr w czerwcu się bronie-boje się jak cholera ze sobie nie poradzę..na lcencjacie dostałam z obrony zaledwie 3.... Nie wiem JAK RUSZYC Z MIEJSCA! bylam na terapii w szpitalu 10 tyg. Chodzilam na rozne terapie i do lekarzy psychiatrów... I nic. Nadal w miejscu.Bo czy studia można nazwac jakims osiagnieciem?..... Nie mam partnera- jestem otyła..kto by taka chciał? Widzicie sama BEURZYTECZNOSC I CZARNOWIDZTWO.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.