Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'samoocena'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 132 wyników

  1. Witam od kilku tygodni zaczęłam miewać zaburzenia snu. Zaczęło się od tego że moje serce dawało o sobie znać choć nigdy nie miewałam z nim problemu. Problem z sercem tkwił w tym, że moje serce mimo dobrego ciśnienia krwi bardzo szybko biło, samoistnie bez wysiłku w stanie spoczynku zaczynało bez wyraźnej przyczyny strasznie szybko bić i kołatać aż tak że wyraźnie to czułam i słyszałam i co za tym szło zaczęło mnie czasami kłuć w klatce. Pojechałam więc na pogotowie w sumie już dwa razy byłam miałam robione badania EKG i później echo. Z sercem jest okej. Poszłam do lekarza rodzinnego który dał leki jakieś na serce i jakieś na wyciszenie przed snem przepisał potas i kazała mi zrobić podstawowe badania krwi które również wyszły w porządku. Ale sprawa nadal jest problemem. Męczy mnie to strasznie i dodatkowo dochodzi do mnie stres z powodu braku pracy bo jestem młoda mam 21 lat i teorytycznie jak to mówią praca leży na ulicy ale jakoś od skończenia szkoły ponad rok temu nie mogę na dłużej nigdzie zagrzać miejsca. Pod naporem ze strony mamy chwytam się jakiekolwiek pracy ale zazwyczaj pracuje miesiąc lub dwa i szukam czegoś innego. Wracaj do moich objawów. Kiedy przychodzi wieczór i wiem że niedługo powinnam kłaść się spać w mojej głowie już mam że napewno nie będę mogla zasnąć. Mam taki wewnętrzny lęk przed zaśnięciem. Siedzę po nocach i patrzę na tv lub siedzę w telefonie. Boje się zasnąć bo myślę że coś mi jest i się nie obudzę. Wiem że dużo ludzi tak ma i to się leczy. Mój chłopak tego nie rozumie i mówi mi że sama sobie sobie problem wmawiając to sobie. Mama natomiast ma swoje problemy i jak próbuję z nią o tym porozmawiać zaczyna się denerwować się krzyczeć i mówi że szukam sobie choroby. W ciągu dnia funkcjonuje normalnie jak jestem czymś zajęta wogole nie mam jakiś dziwnych myśli ani nic lecz kiedy przychodzi wieczór już się boje. Wiem że tak nie może byc a z dnia na dzień jest coraz gorzej. Siedzę na łóżku w nocy i płacze. Płacze bo nikt mnie nie rozumie i mojego problemu. Nie wiem co robić jestem bezradna. Dodam jeszcze że prawie rok temu straciłam bardzo bliska mi osobe- mojego dziadka i do dnia dzisiejszego nie mogę pogodzić się z tym że go nie ma. Nie wiem czy to ma wpływ na mój stan teraz. Jednakże wiem że tak nie może być męczy mnie to i nie mogę prowadzić normalnego życia ani nic zaplanować. Usypiając dostaje jakby braku tchu boje się że przestaje oddychać i robię wszystko żeby nie zasnąć. Mam uczucie kłucia i nacisku na klatkę. Boli mnie wszystko mam bóle żołądka i to wszystko zawsze wieczorem jakby na tle nerwowym. Mam lęki. Czy to nerwica? Moja doktor rodzinna niejednoznacznie stwierdziła że to bardzo prawdopodobne. Proszę o jakieś odpowiedzi jestem zdesperowana nie wiem co mam robić?
  2. Witam, jestem uczennicą maturalnej klasy liceum. Mój problem z zaburzenia lękowymi trwa już jakieś 5 lat, możliwe, że jego główną przyczyną były za duże wymagania w stosunku do samej siebie. Każdego dnia towarzyszy mi strach, który przeradza się w irytacje, bo przecież mam dobre życie i wiele kochających osób wokół. W liceum pojawiła się jeszcze bezsenność, najpierw nie mogłam po prostu zasnąć, z czasem doszło do tego, że nie zmrużyłam oka przez całą noc, chociaż następnego dnia nie miałam jakiś sprawdzianów czy rzeczy, którymi mogłabym się martwić. Mam problemy w relacjach z każdym chłopakiem, z którym się spotykam. Jestem wiecznie spięta, nie wierzę w siebie i nie potrafię nawet pozwolić złapać się za rękę. Jednak tym co mi zaczęło przeszkadzać najbardziej w ostatnim czasie są myśli samobójcze po alkoholu. Znajomi martwią się, że opowiadam im wtedy, że chciałabym się zabić, ale brak mi odwagi, chociaż na trzeźwo w życiu bym o tym nie pomyślała. Coraz częściej zdarza mi się ostatnio zapominać oczywistych słów jak imię mojego przyjaciela. Biorę leki ziołowe lub pije herbaty, ale i one nic nie dają na ten mój wieczny lęk. Za rok, gdy wyjadę na studia od razu udam się do psychologa, ale teraz proszę o wyjaśnienie, co może mi dolegać i jak z tym walczyć samemu? Czy to może być nerwica? Dziękuję i pozdrawiam.
  3. Cześć, Długo zbierałem się w sobie żeby to napisać. Chyba jeszcze dłużej zastanawiałem się co napisać. I chyba od tego wypadałoby zacząć. Jestem pełen sprzeczności, ciągle mam wątpliwości. Gdy się nad czymś zastanawiam zawsze znajdę jakieś "ale". Poczynając od spraw światopoglądowych po najprostsze czynności dnia codziennego. Mam problem żeby obronić swoje zdanie, właściwie je argumentować. Wiem co myślę, ale nie potrafię tego przekazać, A za chwilę sam już nie jestem pewny tego co myślę, Nie wiem czy wynika to z braku pewności siebie czy z czegoś innego? Pracuję w zawodzie wymagającym myślenia logicznego, analizy faktów, danych. Radzę sobie nieźle, jestem dobry w tym co robię. I na tym koniec pozytywów. Jeśli chodzi o kontakty z ludźmi to one praktycznie nie istnieją. Są płytkie, powierzchowne, najczęściej rozmawiam na tematy związane z pracą lub bieżącymi wydarzeniami. Unikam rozmów bo jeśli mówię to co mi przyjdzie jako pierwsze do głowy to wychodzi to tragicznie. Jeśli zaś zaczynam się zastanawiać co powiedzieć to moje wątpliwości mnie blokują do tego stopnia, że wtedy już kompletnie nie wiem co powiedzieć, gubię się w swoich myślach. Tego nie powiem bo ją/jego mogę tym urazić, tamtego nie bo pomyśli sobie to i tamto, tego też nie bo odbierze to jako obgadywanie tego czy tamtego... Nauczyłem się kilku uniwersalnych, neutralnych "odzywek", lżej mi z tym, przynajmniej nie milczę, ale na dłuższą metę tak się nie da. Moje odpowiedzi są schematyczne, inni odnoszą wrażenie, że nie chcę z nimi rozmawiać i ich spławiam. A ja po prostu nie potrafię inaczej. Bardzo ciężko jest mi nawiązać jakikolwiek kontakt, ludzie mają mnie w najlepszym przypadku za dziwaka, często chama- poprzez te szczere, nieprzemyślane odpowiedzi (swoją drogą większość zapytana odpowie, że ceni sobie szczerość, a jak usłyszy trochę prawdy to jest drama...), albo w drugim przypadku za gbura z mniemaniem o sobie bo nie zamieni nawet kilku zdań tylko ucina temat. Z tego powodu coraz częściej już nie muszę unikać rozmów bo ludzie sami omijają mnie szerokim łukiem. Nie rozumiem ludzi- niech przykładem będzie chociażby ta szczerość. Nie potrafię się dogadać, ciężko mi odczytać intencje, przeczytać między wierszami, pociągnąć rozmowę, mówić w taki sposób, żeby inni nie odbierali tego osobiście. Moim problemem jest zbytnia bezpośredniość i "przenoszenie" pracy na pozostałe aspekty życia. Nie potrafię kłamać, udawać a z drugiej strony wiecznie coś analizuję, cały czas staram się przewidzieć przynajmniej ten jeden krok naprzód. W kontaktach z ludźmi jestem zamknięty, zimny, bez emocji- chyba że chodzi o złość, gniew, stres, strach. Nikogo nie biję, nie krzyczę, nie płaczę po kątach, ale też kompletnie nie potrafię ukryć, że np. jestem zdenerwowany czy na kogoś zły. Twardo stąpam po ziemi, zawsze staram się odnosić do faktów, raczej unikam takiego typowego gdybania. Nie potrafię rozmawiać "o niczym". Sam nie używam aluzji chociaż nie mam problemu z ich zrozumieniem. Ignoruję je, udaję że nie załapałem bo po prostu nie wiem jak zareagować. Ludziom wydaje się, że jestem idiotą i pozwalają sobie przy mnie naprawdę na wiele. A w środku jest człowiek, który rozumie, czuje, a pewne docinki naprawdę bolą. Nie potrafię jednak tego człowieka wywlec na zewnątrz. Podsumowując zraniony, mocno (chyba za mocno) uczuciowy, empatyczny i jednocześnie zimny i zamknięty, inteligentny idiota. Pełen sprzeczności, skrajności... To co w środku nijak ma się do tego jaki jestem na zewnątrz. Ciężko mi już tak to ciągnąć, chciałbym zmienić pracę, ale boję się wejścia w zupełnie nowe środowisko. Tutaj gdzie jestem ludzie są przynajmniej ze mną "obyci", w pewnym stopniu akceptują moje odchyły, po prostu jestem, robię swoje i nikomu nie przeszkadzam. Praca to w tym momencie jedyne co mnie trzyma z dala od pokoju bez klamek, jakiś sens w moim życiu. Wejście w nowe środowisko wiązałoby się z koniecznością "przyzwyczajenia" nowych osób do mnie, z kolejnymi docinkami, mnóstwem emocji i stresu... nie chcę i chyba nie potrafiłbym tego przeżyć kolejny raz. Od jakiegoś czasu szukam, czytam i chociaż jestem bardziej świadomy, chyba nawet jest trochę lepiej to jednak co raz to pojawiają się nowe wątpliwości, które powodują jeszcze większy mętlik w głowie. Niekiedy sam już nie wiem czy pewnych rzeczy sobie nie ubzdurałem, boję się żeby nie popaść w jakąś paranoję. Jestem kompletnie zablokowany i nie potrafię się otworzyć. To co myślę i jak reaguję na "bieżąco" kompletnie różni się od tego co robię i myślę po fakcie, kiedy już mogę złapać dystans. Nie potrafię tego dystansu, tego luzu złapać w obecności ludzi. Większość kontaktów z ludźmi, praktycznie wszystkie, które nie dotyczą pracy, to dla mnie ogromny stres, nawet odezwanie się do kasjerki w sklepie poza standardowym dzień dobry, dziękuję, do widzenia. Na zewnątrz sprawiam wrażenie żywego trupa, a w środku kotłuje się od myśli i emocji. Najgorsze jest to, że ten stres zaczyna odbijać się na moim zdrowiu fizycznym. Dla mnie to jest wyraźny sygnał, że jeśli teraz czegoś nie zrobię to mogę przegapić moment kiedy jeszcze można cokolwiek zrobić. Proszę, poradźcie mi co z tym zrobić, gdzie i jakiej pomocy szukać bo wiem, że sam sobie z tym nie poradzę.
  4. Proszę o pomoc, nie wiem już co robić. Moje relacje z rodzicami zawsze były dość poprawne, oni uważali wręcz ze wychowali mnie w sposób idealny. Nigdy się nie zbuntowałam jako nastolatka, za to wszystkie awantury w domu były o to, że powiedziałam coś nie takim tonem jakim życzyli sobie tego moi rodzice. I tak im zostało do moich dorosłych lat. Mój ojciec jest osobą, jak to sam określa, bardzo ekstrawertyczną, co się objawia tym, że w towarzystwie mówi tylko on, on wszystko wie najlepiej. Jestem z wykształcenia tłumaczem języka rosyjskiego i on tez zna ten język. Ale za każdym razem kiedy pytał mnie jak coś jest po rosyjsku i mu odpowiadałam, mówił mi ze jestem głupia i się nie znam. Tak w żartach to mówił. Od dziesięciu lat jestem mężatka i mam kilkuletnie dziecko. Mój mąż jest bardzo wyczulony na szacunek i poczucie własnej wartości, z tego względu nieraz zachowania mojego ojca go irytowały, a i ja zaczęłam na nie bardziej zwracać uwagę, bo z wiekiem mój ojciec zaczynał się coraz gorzej zachowywać, a mama zawsze go tłumaczyła, zawsze stawała po jego stronie, jednocześnie będąc bierna i udając ze ona umywa ręce i przecież zawsze mnie wspiera. Jakis czas temu wybuchła wielka awantura w dniu naszej przeprowadzki kiedy moi rodzice opiekowali się moim dzieckiem. Byliśmy szaleńczo zmęczeni a ojciec robił uwagi ze nie mamy prawa być zmęczeni bo sami się na to zdecydowaliśmy wiec powinnismy być szczęśliwi. Mąż odburknął mu coś zirytowany i został przez ojca ochrzaniony jak małe dziecko ze nie będzie się do niego zwracał tym tonem. Do tego dochodzi podkopywanie przez ojca moich rodzicielskich decyzji i mojego autorytetu jako rodzica. Przy moim dziecku jawnie je kwestionuje i robi po swojemu. W ostatnim czasie doszło do sytuacji, w której mój ojciec po większej ilości alkoholu bardzo wulgarnie mnie nazwał, usłyszał to mój mąż i moje dziecko. Mąż stanął w mojej obronie, mówiąc ze tata od dawna podkopuje moje poczucie własnej wartości i jeszcze słyszy to nasze dziecko. Od tamtej pory nie mam kontaktu z rodzicami, napisałam im ze potrzebuje czasu żeby to siebie wszystko poukładać i jestem zapisana do psychoanalityka. Najpierw probowali mnie skłonić do spotkania lub telefonu pisząc mi ze mama się bardzo złe z tym czuje, cały czas płacze itp. Kiedy odmówiłam zaczął się szantaż emocjonalny. Od wyśmiewania mojej wizyty u psychoanalityka, bo chyba nie będę się leczyć z relacji z rodzicami z którymi nie mieszkam od tylu lat, przez udowadnianie mi ze przecież tyle lat mnie wspierali pomagając przy dziecku i ze to ze ojciec wyrzucił mojego męża z domu za fraki to było staniecie w mojej obronie bo mama zrobiłaby to samo gdyby zdążyła przed tata (wiem ze to brzmi bez sensu ale to ich autentyczna argumentacja), aż po podkopywanie mojej relacji z mężem i próby wejścia pomiędzy nas oraz groźby ze któreś z nich popełni samobójstwo. A to wszystko dlatego ze nie przyjęłam od razu przeprosin, nie chciałam się spotkać i od razu wszystkiego zamieść pod dywan i potrzebowałam czasu. Proszę o radę co mam robić. Na razie ignoruje ich wiadomości, nie mam siły przepychać się z nimi w smsach...
  5. Cześć wszystkim. Potrzebuję pomocy. Otóż problem tkwi we mnie i nie wiem jak sobie z nim poradzić. Przez to cierpi moja relacja z partnerem. A więc chodzi o to, że jestem bardzo emocjonalna. Nerwowa, łatwo mnie zdenerwowac. Na początku związku wiadomo, nie pokazywałam tak tego. Ale teraz jak mieszkam razem z partnerem denerwuje się dosłownie o wszystko. Nie potrafię rozmawiać o czymś na spokojnie. Partner wiele razy mowil mi, że nie ma ochoty ze mną rozmawiać bo jestem zbyt nerwowa. Nie umiem nad sobą panować. A drugi problem który rujnuje mój związek.. To zazdrość. I moim zdaniem chorobliwa zazdrość. O każdą kobietę, nawet o dziewczyny jego kolegów. Po prostu myślę sobie, że on uważa, że są lepsze, mądrzejsze, ładniejsze itd.. Wkurza mnie to jak on się z nimi śmieje. Bo ze mną bardzo rzadko. Często mu robię za to jazdy typu "jak ci nie odpowiadam to zmień sobie na taką jak twoi koledzy mają" Generalnie przez to moje zachowanie bardzo się oddaliliśmy od siebie. Nie ma tej chemii między nami co kiedyś. I wiem, że to przez moje zachowanie. Proszę, powiedzcie mi co ja mam zrobić, jak się zmienić? Jak uratować naszą relacje? Jak sprawić by był we mnie zakochany tak jak kiedyś? Próbowałam się zmienić ale na marne... Proszę o jakiekolwiek rady, które mi pomogą. Bardzo go kocham i nie chce zeby mnie zostawił przez to, że jestem nerwowa i zazdrosna... Pozdrawiam serdecznie i z góry dziękuję za odpowiedzi.
  6. Wiele problemów, które Państwo zgłaszacie na platformie OcalSiebie dotyczy trudności ze zrozumieniem i przeżywaniem własnych emocji. Można powiedzieć, że jest to problem ze zrozumieniem siebie. W tym artykule przedstawię zwięźle kilka kluczowych informacji o uczuciach aby zachęcić Państwa do ich zrozumienia i polubienia. Czym zatem są emocje, stany emocjonalne, afekty i uczucia? Nie wdając się w naukowe podziały co do miejsca ich powstawania, natężenie i czasu trwania można stwierdzić, że te pojęcia z grubsza określają to samo (dalej w tekście będę stosować te pojęcia wymiennie): emocje/uczucia to przede wszystkim informacja dla mnie czy dana sytuacja, w której się znajduje jest dla mnie komfortowa i bezpieczna czy nie. Przyjrzenie się swoim emocjom i zrozumienie jaką niosą ze sobą informację to komunikacja z samym sobą. Uczucia pojawią się w każdej, nawet najbardziej błahej sytuacji. Lubicie Państwo czekoladę? Tak? A skąd o tym wiecie? Bo odczuwacie przyjemność z jej jedzenia. Pojawia się emocja. Potem np. u osób odchudzających się mogą pojawić się inne emocje jak złość, poczucie winy czy żal ale to już wynika z innej sytuacji - złamania diety. To pokazuje, że emocje i uczucia pojawiają się co chwila, w każdej sytuacji, pokazują nam kierunek, ubarwiają nasz świat i informują. Można je porównać do znaków drogowych - „kontynuuj to jest dla Ciebie dobre”, „stop - nie rób tego, to Ci zagraża”. W związku z tym nie ma złych emocji bo każda informacja jest ważna trzeba tylko umieć rozpoznać czego dotyczy. Każde uczucie jakie się pojawia niesie ze sobą bardzo konkretną informację, wymienię tylko kilka przykładów: złość - coś przeszkadza Ci realizować Twój plan lub podważane są Twoje przekonania, smutek - straciłeś kogoś/coś dla Ciebie ważnego, strach - uwaga, to zagraża Twojemu życiu bądź zdrowiu (fizycznemu lub psychicznemu), zazdrość - ta osoba/ta rzecz jest dla Ciebie ważna ale jej nie masz lub możesz stracić, radość - osiągnąłeś lub zrobiłeś coś dla Ciebie istotnego. Uczucia dotyczą nie tylko sytuacji bieżącej, ale przeszłości i przyszłości. Trzymając się przykładu czekolady: jecie Państwo czekoladę po raz pierwszy w życiu, jest przyjemnie, smakuje. Pojawiająca się emocja mówi, że ta sytuacja jest dla Państwa komfortowa. Uczycie się, że jedzenie czekolady jest fajne. Następnym razem gdy ktoś poczęstuje Was czekoladą chętnie ją weźmiecie bo będzie pamiętać, że jedząc ją czuliście się dobrze. A szpinak? U niektórych osób na samą myśl pojawia się wstręt. Nie tkniecie tego więcej a na pewno nie będzie on pierwszy na liście wyboru menu. Te przykłady to nie są jakieś znaczące wydarzenia w naszym życiu więc uczucia z nimi się wiążące nie mają dużego natężenia. Emocje pojawiające się w innych życiowych sytuacjach mogą mieć różne natężenie: „napięcie, irytacja, poddenerwowanie, złość, furia” czy „spokój, przyjemność, zadowolenie, radość, szczęście, euforia”. Nad uczuciami pozytywnymi dużo się nie zastanawiamy natomiast negatywne często rozpamiętujemy, zostajemy pod ich wpływem o wtedy one nieprzyjemnie narastają. Można niezauważalnie wpaść w pętle negatywnych uczuć i myśli i wtedy mówimy o obniżonym nastroju a krańcowo o depresji. Od strony fizjologicznej emocje to hormony np. : dopamina, serotonina (to te od dobrego samopoczucia), oraz noradrenalina, adrenalina, sterydy i wiele innych. Jak to działa? Upraszczając - znajdujemy się w jakiejś sytuacji np. po raz pierwszy w życiu widzimy czekoladę. Mózg nie zna tej substancji, przeszukuje naszą” bibliotekę wiedzy„ nie znajduje odpowiednika. Myślimy „co to?” i jednocześnie uwalniane są hormony powodujące ciekawość (endorfiny). Próbujemy - „... słodkie, dobre”. Znów uwalniają się endorfiny. Następnym razem sięgniemy po czekoladę z przyjemnością. Z czasem nawet myślenie o czekoladzie będzie przyjemne. To rola dopaminy - kieruje nas ku przyjemnościom. To niestety pułapka bo można się uzależnić od substancji lub czynności sprawiających przyjemność (to temat na inny artykuł). Niektórych emocji uczymy się w ciągu życia, a z innymi przychodzimy na świat. Oczywiście w procesie uczenia się kluczowy jest okres dzieciństwa i wpływ oraz obserwacja naszych bliskich lub opiekunów. Ta sama sytuacja może wywoływać różne emocje u dwóch osób. Np. jedno dziecko obserwuje, że na każdy dzwonek do drzwi rodzice reagują nerwowo i podejrzliwie. To dziecko nauczy się, że niezapowiedziany dzwonek do drzwi to groźna lub co najmniej irytująca sytuacja. Czyli gdy usłyszy dzwonek będzie odczuwać lęk lub rozdrażnienie. Rodzice drugiego dziecka reagują na dzwonek do drzwi z ciekawością i zadowoleniem - to dziecko będzie dorastało z pozytywnym nastawieniem do niezapowiedzianych odwiedzin. W dzieciństwie pobieramy ogromną dawkę wiedzy w obszarze uczuć, która ma wpływ na nasze dalsze życie. W tym okresie uczymy się poprzez obserwację i swoje doświadczenia i nie kwestionujemy zdobytych informacji – nabieramy różnych przekonań np. czekolada jest dobra a dzwonek do drzwi niebezpieczny. Przekonania mogą być prawdziwe lub nie, a przez to mogą nam pomagać w życiu lub nas ograniczać. Czyli odnosząc się do przykładu z dzwonkiem dorosły, który czuje strach na dźwięk dzwonka i to mu w życiu przeszkadza powinien sobie zadać pytanie: „Czego ja się boję?”, „Co jest niebezpiecznego w tym, że ktoś dzwoni do moich drzwi?” Analizując świadomie sytuację, swoje myśli i uczucia możemy zmienić swoje nastawienie i przez to pozbyć się obaw związanych z konkretną sytuacją. Myśli/przekonania, emocje i zachowanie wpływają na siebie nawzajem i my mamy na nie wpływ. Zrozumienie swoich emocji, świadome ich przeżywanie oraz aktualizacja własnych przekonań pomagają w rozwiązaniu wielu trudności z jakimi borykamy się w codziennym życiu. Dodatkowo pozwala to na budowanie oparcia w sobie i daje poczucie sprawczości co przekłada się na poczucie własnej wartości i komfort życia. Udział w terapii i otwartość na zrozumienie siebie pozwoli Państwu przekroczyć własne ograniczenia.
  7. Witajcie! Mam 24 lata i nigdy nie byłem w stałym związku. Zazwyczaj każda relacja kończyła się po kilku spotkaniach. Dużo w tym było mojej winy, ponieważ miałem (mam) masę kompleksów. Nie czuję się w pełni wartościowym facetem przez co tylko na początku wszystko było dobrze, ale gdy relacja miała nabierać rozpędu. Ja po prostu się bałem i hamowałem trochę to wszystko. Do sedna sprawy. Z racji tego iż brak mi było drugiej osoby. Popadłem w częstą masturbację. Teraz mam problem z erekcją. Odłożyłem trochę pieniędzy i zacząłem chodzić do prostytutki i troszkę się poprawiło, Choć nadal jest słabo. Ale i tak czuję się bardzo samotny. Z jednej strony nie stać mnie na częste spotkania z prostytutką. A z drugiej strony czasami tak po prostu chciałbym się koło kogoś położyć, przytulić, porozmawiać. Nie mam jakiś potrzeb wyżalania się jakieś dziewczynie ze swoich problemów. Bardziej chodzi mi tutaj właśnie o fizyczny kontakt z drugą osobą. Interakcje z drugą osobą typu wspólne spanie, przytulanie, rozmowa bez pośpiechu itp. Pewnie to wygląda słabo, ponieważ jestem facetem. Aktualnie mam dużego doła i moja samoocena równa jest zeru. Chciałbym wykupić sobie chociaż jakąś relację z kobietą, ale pomimo tego iż często pracuję siedem dni w tygodniu nie stać mnie na opłacenie takiej relacji. Z tego co wiem, to niektórzy faceci są skłonni zapłacić dziewczynie za taką relację nawet 3-4 tysiące miesięcznie. Jak przyzwyczaić się do ciągłej samotności aby nie popaść w obłęd? Pozdrawiam!
  8. Mam 18 lat, są wakacje przed klasą maturalną, a ja prawie nic nie robię, marnuję sobie życie i jestem kłębkiem negatywnych emocji, które znikają dopiero po większej klotni z rodziną. Piszę na takim forum po raz pierwszy, jestem teraz po wielkiej kłótni z siostrą, ktora dostala ataku jakiegoś dziwnego szału, zaczęła we mnie rzucać butelkami i krzyczeć, wrzeszczeć i piszczeć, póki nie wyszla z domu w końcu tylko mówiąc, że wybiera się do babci, a chwile temu jeszcze groziła, że wyjdzie i już nie wróci, choć przykładowo dzisiaj mamy razem korepetycje, a ja niemal mam zerowy kontakt ze światem, ponieważ mam stłuczony telefon i karta SIM mi nie działa. Kłótnia wywiązała się właściwie przeze mnie, bo poprosiłam ją, zeby upewniła się przez telefon, kiedy mamy korepetycje, poniewaz ja nie mam sprawnej karty SIM - prosiłam ją o to spory kawałek czasu, a ona nic nie odpowiadała. Powiedziala, żebym ja to zrobila, a jak jej wytłumaczyłam, dlaczego nie mogę, to nie chciala wciąż. Ignorowała mnie, dopóki nie powiedziałam jej, że zaraz w nią czymś rzucę, to może mi w końcu odpowie - zdenerwowałam się i dlatego tak mi sie powiedziało, czesto nie panuje nad nerwami. Wtedy ona wpadla w szał, zaczela na mnie histerycznie krzyczeć, że jej grozę, zaczela we mnie rzucać szklanymi butelkami (czesto we mnie rzuca przedmiotami w trakcie kłótni, podczas ostatniej był to kwiatek i wrząca herbata w kubku), kłótnie zauwazyl ojciec i stanął między nami. Probowalam jej wytlumaczyc, dlaczego sie zdenerwowałam, ale ona wciaz histerycznie wrzeszczała, prosiła ojca o pomoc (chociaż nic jej nie robiłam), a ojciec odmówił jej pomocy, bo z nim też już kiedyś sie kłóciła. Ubrała się, ojciec i ja próbowaliśmy ja zatrzymać, bo gdyby wyszła i nie byloby z nia kontaktu, to po pierwsze nie wiadomo, co by ze soba zrobila, po drugie dzisiaj o 14:20 jak sie okazalo, bo tata zadzwonil do korepetytorki, mamy wazne korepetycje z surową korepetytorką, która nie znosi spóźniania się i przekładania terminów (stąd też mój stres). Po tym, jak siostra wyszła, rozpłakałam się i wróciłam do pokoju. Ojciec poszedł za mną i powiedział, ze za bardzo sie kłócimy, a chcemy, zeby traktować nas jak dorosłe - w tamtym momencie byłam w rozsypce, a nie moglam zniesc jeszcze takiej gadki, wiec mu powiedzialam tylko, ze to naturalna kolej rzeczy, ze nie mam juz pieciu lat i naturalnym jest, ze chce byc traktowana jak dorosła osoba. Nie pamietam co sie stało dalej, ale powiedział, ze to my nie chcemy mieć życia rodzinnego, chociaz nigdy ja przynajmniej czegoś takiego sobie nie przypominam. Powiedzialam mu, ze to on zaczął przychodzić pijany do domu, gdy zaczęło nam się sypać w szkole na profilu (biol-chem) do ktorego on nas zmusił, gdy zaczęłyśmy miec kontakt z matką wysylajacą alimenty zza granicy, bo tylko ona nam (mi i siostrze oczywiscie) pomagala jakkolwiek w wymagającej, prestiżowej szkole, do której uczeszczalysmy. Zwyzywał mnie od debilek i złych córek, a moja rozpacz w tamtym momencie właściwie sięgnęła zenitu, rozpłakałam się na dobre. Powiedzialam mu, że ja się na świat nie prosiłam (wraz z siostrą jesteśmy z wpadki) i w zyciu oczekiwałam od niego wsparcia i to moim zdaniem on jest zlym ojcem, bo przez tyle lat życia stosował przemoc i agresję, poddusił mnie kiedyś, podburzał relacje z matką, ktora pojechała za granice, żeby miec mozliwosc wysylac nam alimenty. Nazwal mnie toksyczną, a gdy wyszedl jeszcze godzinę płakałam, wzielam nóż z kuchni i porobiłam sobie rany na udzie. Tylko tyle umiałam zrobić, nienawidziłam siebie w tamtym momencie i czulam siè jak bezwartosciowa kupa smieci. Wszyscy sie ode mnie odwrocili, jestem zerem nie potrafiacym panowac nad emocjami, bo po klotni z siostra byla klotnia z ojcem, która ja w sumie zaczelam. Dopiero przed chwila oprzytomnialam na tyle, zeby tu napisac. Czuje, ze jak z siebie tego nie wyrzuce, to zdecyduje sie na podciecie sobie zyl. Widze mniej sensu w zyciu kazdego dnia. Sertraline, ktora przepisal mi lekarz bez jego zgody odstawilam, bo przestala na mnie dzialac. Wiem, ze to glupie, jutro mam kolejny termin i boje sie mu powiedziec prawde, dzisiaj wzielam dwie tabletki naraz, bo sie wystraszylam beznadziejnego stanu, w jakim sie znalazlam. To nie pierwsza taka klotnia, w ktorej moja siostra dostala szalu, zaczela rzucac przedmiotami; czasem dochodzilo do rekoczynow i zaczynalysmy sie bic. W wieku 12 lat wyprowadzilysmy sie z ojcem od babci i wtedy zaczela sie przemoc fizyczna i slowna z jego strony - kiedys zupelnie bez powodu mnie poddusil, a 3 godziny po mialam najwiekszy atak paniki w zyciu, czesto popychal, szarpal, demolowal pokój, niszczyl rzeczy i wrzeszczal. Ostatnio taki incydent mial miejsce dwa tygodnie temu, zaczal sie wydzierac, ze sa naczynia niezmyte i zdemolowal nam pokoj. Mam wrazenie, ze to on we mnie i siostrze zaszczepil pierwiastek agresji, bylysmy z tym u psychologa na terapii rodzinnej ale balam sie wtedy przy psycholog powiedziec o przemocy, glownie rozbieralismy temat matki, ktory jest tematem zapalnym u nas w domu. Ojciec wraz z babcia nastawiali nas przeciwko matce cale zycie, mowili, ze ona nas manipuluje i ze mamy sie uczyc bo skonczymy w zyciu jak ona. Dopiero w zeszlym roku dowiedzialam sie o prawdziwych intencjach mamy, a oczy otworzyl mi incydent z kosmetyczka. Mama zapisala nas do znajomej kosmetyczki, a ojciec zrobil awanture nam, ze matka chce sie nami pochwalic i ze nas zmanipulowala. Nasza mama zawsze byla antywzorem w naszym zyciu, a teraz jestem na niego o to zla. On nigdy mnie i siostry w niczym nie wspieral, czesto ponizal, a mama byla krytyczna, choc wspierajaca. Czuje teraz, ze nie mam nikogo, siostra mnie zablokowala na messengerze, a najblizszej mi osobie boje sie mowic o mojej agresji, zeby mnie nie znienawdzila. Potrzebuje psychologa, boje sie nadchodzacego roku szkolnego, przypomne tylko, ze agresywna jestem w domu rodzinnym, znajomi maja mnie za przyjemna, spokojna osobe. Nie wiem, co mam robic. Moje zycie to syf. Potrzebuje silnie pomocy. Prosze o dialog i dziekuje za przeczytanie.
  9. Zaspokojenie głodu jest jedną z podstawowych potrzeb, których realizacja zapewnia przeżycie. Taką samą jak oddychanie czy sen. W zasadzie powinniśmy odżywiać się w sposób naturalny i intuicyjnie. Jednak coraz częściej jedzenie staje się problemem czy wręcz obsesją. Przyczyniła się do tego między innymi powszechna dostępność pożywienia w krajach rozwiniętych. Jedzenie dostępne na wyciągnięcie ręki pełni czasami funkcję regulatora emocji. Mówi się powszechnie o “zajadaniu stresu”. W sytuacjach powodujących napięcie psychiczne rośnie apetyt na produkty wysokokaloryczne: słodkie lub tłuste. Czynność jedzenia i poczucie sytości przynosi na krótki czas poczucie błogości. Mózg wydziela endorfiny (hormony szczęścia) co daje poczucie ulgi. Potem mogą pojawiać się negatywne uczucia związane ze złamaniem diety, tyciem oraz brakiem kontroli. W związku z tym napięcie psychiczne rośnie i ponownie osoba sięga po jedzenie jako remedium. Tworzy się nawyk oraz błędne koło: to czym osoba próbuje zniwelować stres powoduje większe napięcie psychiczne. Spożywanie nadmiernych ilości jedzenia w stosunku do zapotrzebowania organizmu prowadzi do nadwagi czy otyłości. Konsekwencją otyłości może być min.: nadciśnienie, niewydolność krążenia, zastój żylny, dusznica bolesna, udar mózgu, cukrzyca insulino-niezależna (II typu), kamica pęcherzyka żółciowego, stłuszczenie wątroby, wiele rodzajów nowotworów oraz dolegliwości ze strony układu kostnego: bóle stawów i pleców oraz zwyrodnienia kręgosłupa. Po stronie psychicznej pojawia się pogorszenie nastroju, obniżenie własnej samooceny, brak pewności siebie i asertywności co może prowadzić do nerwic, lęków, a nawet stanów depresyjnych. Z kolei, częste stosowanie różnego rodzaju restrykcyjnych diet prowadzi do rozregulowania metabolizmu oraz zwiększenia masy ciała tzw. efekt „jo-jo”. Niektóre osoby wpadają na pomysł, że przecież jedzenie można zwrócić czy też przyjąć leki przeczyszczające. Regulują więc swoje emocje ogromnymi ilościami jedzenia, którego następnie starają się pozbyć. W ten sposób wpadają w pułapkę. Pojawiają się okresowo, a potem coraz częściej, napady jedzenia, nad którymi tracą kontrolę. Wiele osób czuje wówczas bezsilność i wstręt do siebie. Rozwija się bulimia (bulimia nervosa), która jest przyczyną wielu groźnych chorób somatycznych, takich jak: owrzodzenia układu pokarmowego, wypadanie odbytu lub odbytnicy, refluks żołądkowo-przełykowy, zaparcia, nawracające biegunki, zapalenie trzustki, próchnicy zębów i osłabienia szkliwa, poważne zaburzenia pracy serca, osteoporoza i choroby skóry. Przymus bycia „fit” oraz pięknym i młodym lansowany szeroko przez media skutkuje coraz większym skupieniem się na swoim wyglądzie. W szczególnych przypadkach może dojść do zaburzenia oceny własnego wyglądu i nadmiernego odchudzania, a w skrajnych przypadkach do anoreksji. Nie leczona anorexia nervosa (jadłowstręt psychiczny) prowadzi do wycieńczenia organizmu i w rezultacie do śmierci. Organizm rekompensuje sobie brak dostaw energii z zewnątrz korzystając najpierw z zapasów w tkance tłuszczowej, a w przypadku jej braku zaczyna metabolizować białko z mięśni i organów wewnętrznych. Spowolnieniu ulega ogólny metabolizm i praca serca, spada libido, u kobiet zanika menstruacja. Mogą pojawić się cysty jajników, pogorszenie widzenia, szkorbut czy meszek na całym ciele (lanugo). Drastyczne ograniczenie jedzenia prowadzi do obniżenia koncentracji, problemów z pamięcią i uczeniem się. Zachowanie anorektyczne jest wzmacniane przez poczucie kontroli nad ciałem, którego doświadczają osoby chore. Masa ciała to dla nich często jedyny obszar na który czują, że mają wpływ. Jest to oczywiście myślenie zaburzone. Statystyki pokazują, że na anoreksję chorują częściej dziewczęta w wieku dojrzewania ale ostatnio granica wieku jest coraz niższa. Są przypadki dzieci 9 letnich odmawiających jedzenia z powodu dbałości o swój wygląd. U dorastających chłopców czasami pojawia się bigoreksja czyli postrzeganie swego ciała jako zbyt chudego i nieumięśnionego. To zaburzenie przejawia się dbaniem o specjalną dietę i budowaniem masy mięśniowej. Nazywa się je czasem „chorobą kulturystów”. Do innych zaburzeń odżywiania należy np. ortoreksja czyli skupianie się na spożywaniu tylko zdrowej żywności. Cierpiące na nią osoby tworzą swoje restrykcyjne kryteria tego co jest dla nich zdrowe. Zwracają uwagę na miejsce pochodzenia produktów, ich skład i same przygotowują posiłki. Poszukiwanie informacji o prozdrowotnych cechach produktów, zdobywanie odpowiednich składników i gotowanie pochłania coraz więcej czasu. Zjedzenie czegoś w ich ocenie nieodpowiedniego powoduje lęk a ograniczenie diety prowadzi do niedoborów różnych składników pokarmowych. Cechami wspólnymi wszystkich wyżej wymienionych zaburzeń są szkodliwe przekonania na temat swojego wyglądu czy zdrowia, nieracjonalne sposoby odżywiania się, nie radzenie sobie z napięciem emocjonalnym, niska samoocena i cierpienie. Zaburzenia te mogą prowadzić do wycofywania się z życia społecznego, epizodów depresyjnych i zagrożenia dla zdrowia fizycznego. Osoby, które dostrzegają, że jedzenie, myślenie o jedzeniu, przygotowywanie posiłków zajmuje im coraz więcej czasu w ciągu dnia i zaczyna je to niepokoić powinny zgłosić się do lekarza lub psychologa. Wszystkie przypadki wymagają podjęcia psychoterapii, a te bardziej zaawansowane, zagrażające zdrowiu i życiu opieki lekarskiej lub hospitalizacji. Praca z terapeutą, najlepiej psycho-dietetykiem polega na zmianie szkodliwych przekonań i zachowania, nauce rozumienia i radzenia sobie z emocjami oraz zmianie nawyków żywieniowych. Źródło: Jane Ogden „Psychologia odżywiania się”. Christopher E. Fairburn „Jak pokonać objadanie się”.
  10. Mam 23 lata i zastanawiam się czy kiedykolwiek byłam szczęśliwa. W ogóle moje życie mnie nie cieszy i jestem zła na siebie że nie robię nic by to zmienić. Przecież, np. dzisiaj mogłabym wyjść.. ładna pogoda, słońce świeci itp.. no ale po co?? Najchętniej to zwinęłabym się w rulon i przespała z rok. Owszem, są takie dni, że mam tyle energii w sobie, że brakuje mi godzin w dobie aby zrobić wszystko co sobie zaplanowałam. Ale taki dzień zdarza mi się może raz na miesiąc. Nie potrafię się na co dzień do niczego zmotywować. Czasem mam nawet tak, że zwykłe czynności sprawiają mi problem - zrobienie sobie jedzenia, czy głupi prysznic. Aktualnie moje życie wygląda tak: wstaję, idę do pracy, wracam coś zjem lub nie, wezmę prysznic(lub nie) i kładę się do łóżka. Chciała bym być pewna siebie i potrafić wytrwale dążyć do spełnienia celów, marzeń... ale nie potrafię.. i przez to często jestem zła na siebie. Co mam zrobić ale naprawić samą siebie??
  11. Jestem 18 dziewczyną, jak widać młodą. W tym roku napisałam maturę, skończyłam szkołę średnią. Z natury jestem introwertykiem, ale przy nowych osobach zachowuję się jak towarzyska istota. Od 14 roku życia borykam się z kompleksami i zaniożną samoakceptacją. Spowodowane jest zapewne samym dorastaniem, problemami jednego z rodziców na tle psychicznym (nieleczone przez lata: uzależnienie od leków, nerwica lękowa i depresja) i praktycznie bezstresowym wychowaniem jedynaczki. W szkole średniej kompleksy i negatywne emocje z nich płynące nasiliły się. Przez natłok negatywnycy uczuć pogłębił się mój introwertyzm, przestałam z dawną pewnością zawierać nowe znajomości. Zaczęłam czuć się jak odmieniec na tle rówieśników. Czułam się mniej inteligentna i po prostu od całej klasy i innych znanych sobie osób. Gdy cokolwiek mi nie wychodziło, podsunowywałam to myślą: "Ta osoba zrobiłaby to lepiej/szybciej/efektywniej". Zaczęłam piętnować się za każdy błąd, często wchodziły elementy samookaleczania się w formie bicia samej siebie i policzkowania. Gdy już zaczynałam być zadowolona ze swoich działań społecznych, szybko się wycofywałam, gdyż widziałam, jak dobrze inne osoby w grupie się ze sobą dogadują i czułam, że przestaję być im potrzebna. W przypadkach, gdy odkryłam, że nie umiem zrobić czegoś, jak dana osoba w danej sytuacji, potrafiłam wręcz rozpłakać się i rozczulać się nad swoim brakiem umiejętnościami. Ciągle porównywałam się z innymi. Przy usłyszeniu krytyki, zamykałam się w łazience i płaczę, by nie ukazać innym smutku i rozładować wyrzuty, że nie byłam taka, jaka powinnam być. Od października trafiam w nowe środowisko, ale chcę zmienić swoje podejście do siebie, by nie zwariować. Od czego zacząć, by zmienić samą siebie id samych podstaw?
  12. Dzień dobry, postanowiłam zwrócić się o pomoc w kwestii związanej z moimi kompulsywnymi zachowaniami, które pojawiają się u mnie okresowo już od dzieciństwa. Mam 34 lata i od 12 lat jestem w udanym związku małżeńskim, wychowujemy siedmioletnią córkę. Pochodzę z rodziny w której niestety wciąż panowały awantury, agresja fizyczna, słowna, emocjonalna. Bardzo często byłam bita, wyzywana i zaniedbywana. W wieku 19 lat zachorowałam na chorobę Gravesa Basedowa, która diametralnie zmieniła mój wygląd, stan mojego zdrowia wymagał pobytu w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Jedyną osobą, która mnie odwiedzała był mój ówczesny chłopak a obecny mąż. Po powrocie do domu rodzinnego byłam wypraszana z pokoju ze względu na tzw. odrażający wygląd. Usamodzielniłam się w wieku 22 lat, mimo sprzeciwu rodziców. Po kilku latach przeszłam dwie radioterapie. Moi rodzice nawet przez chwilę nie zainteresowali się moim stanem, nigdy też nie interesowali się moją córką. W ostatnich latach widywali ją tylko wtedy, gdy z nią do nich przyjeżdżałam, jednak nawet w takich chwilach prawie nie z nią nie rozmawiali, nie zabrali na spacer czy lody. We wrześniu zeszłego roku zerwałam z nimi kontakt. Rok wcześniej moja mama zachorowała na urosepsę, po wyjściu ze szpitala przestała wstawać z łóżka, dlatego postanowiłam jej doraźnie pomagać poprzez załatwianie wizyt domowych lekarza rodzinnego, kupno materaca antyodleżynowego, załatwianie różnorakich sprawunków, częste wizyty, zabiegi pielęgnacyjne, nauczyłam się podawać zastrzyki, leki, kąpać osobę głównie leżącą, zmieniać pieluchy itp. Niestety moja sytuacja zawodowa chwilowo się pogorszyła rok temu i nie byłam już w stanie tak często pomagać, bez uprzedzenia zostałam poinformowana o tym, że mama na bliżej nieokreślony czas zostanie pozbawiona opieki ojca. Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam się tak głęboko dotknięta instrumentalnym sposobem traktowania mojej pomocy, że po prostu trzasnęłam drzwiami i zerwałam kontakt z rodziną. Wkrótce potem usłyszałam od mojej matki telefonicznie, że jestem niewdzięczna. Mój tata nazwał mnie nikim, ponieważ pomimo uzyskania wyższego wykształcenia wykonuję obecnie pracę fizyczną. Muszę ją wykonywać, bo zapewnia mi elastyczny czas pracy a poza mężem nie mogę liczyć na niczyją pomoc w opiece nad córką. Sporadycznie pomagają jedynie przyjaciele. Ponadto zostałam też pominięta w testamencie ojca. Czuję się zdruzgotana tą sytuacją. Targa mną jakiś niepokój, Dobija mnie myśl, że porzuciłam schorowanych rodziców a z drugiej strony czuję się winna, że mimo to odczuwam też ulgę z powodu nagłego przerwania relacji. Mój problem objawia się poprzez samookaleczanie a konkretnie rozdrapywanie różnych miejsc na ciele i nie pozwalanie na ich zagojenie. Podobne objawy pojawiały się już u mnie w dzieciństwie, jednak z czasem mijały. Czy mogą Państwo doradzić mi jak mam uspokoić swoje myśli i przestać się ciągle obwiniać. Bym mogła przestać ciągle się ranić?
  13. Mężczyzna, 24 lata. Problem odzwierciedlony już fizycznie - skurcze żołądka, wymioty... Nie trzyma mnie godziny czy dwóch, a conajmniej dzień, nawet dwa. Później wymiotów brak, ale schodzi ze mnie dopiero po kilku dniach. Akcja miała miejsce dwa razy. Za każdym razem po intymniejszym kontakcie. Za pierwszym, pare godzin wcześniej doszło do zbliżenia i namiętnych pocałunków, kontaktu fizycznego, ale nie seksu. Mieliśmy to odczekać do wieczora. Zaznaczam, że jestem prawiczkiem i miał być to mój pierwszy raz. Po drodze zjedliśmy coś, co jak później się okazało częściowo mogło być problemem - po prostu strucie. Przyszedł wieczór, a żołądek zaczął mnie skręcać. Kompletnie spanikowałem i nie wiedziałem czym to było spowodowane. Nie dość, że od początku był STRES, przed pierwszym razem, to jeszcze strucie… Ja spanikowałem, nie wiedziałem o co chodzi mojemu brzuchowi. Czemu się źle czuje? Czemu nie chce, żeby mnie dotykano? Czemu chce się schować i uciec? - O tym też później. Następnie moja partnerka BARDZO zmartwiła się całą sytuacją - myślała, że to przez nią. No i w dodatku też to mi dołożyło, bo jestem wrażliwcem i kiedy źle osobie którą kocham, mi też jest źle. Po prostu kumulacja stresu, emocji i nieświeżej sałatki. Ale to się powtórzyło… Za drugim razem stosunek był, tylko tak właściwie to nie do końca. Znowu długo czekaliśmy - i musze tutaj zaznaczyć, że bardzo często jestem przy niej… podniecony, ale to raczej normalne przy przytulaniu, czułościach itd. Idąc dalej - było mnóstwo pieszczot, później się to bardzo rozkręciło. Mieliśmy przejść dalej, ale… Ja tam na dole nie dałem rady, praktycznie przez cały czas miałem z tym problem, z nielicznymi momentami… Skończyło się tak „w miarę”, ale w inny sposób. Położyliśmy się, po czym partnerka bardzo się tym zmartwiła i zaczęła myśleć, że coś z nią jest nie tak. To mnie jeszcze bardziej zmartwiło i wtedy się zaczął problem z żołądkiem. Całe moje ciało mówiło mi wtedy: nie zbliżaj się i nie dotykaj, bo boli mnie brzuch i jest mi niedobrze. Zawsze uciekałem od problemów. Zawsze potrzebuję się schować. Mam tak od zawsze. Nasilało się to chyba stresem, i negatywnymi uczuciami. Partnerka za drugim razem chciała rozwiązać ten problem od razu i rozmawialiśmy. Bardzo dużo negatywnych emocji, wątpliwości, poczucia braku własnej wartości z obu stron. Mam wrażenie, że pogrążamy się złymi emocjami. Ona zaczyna wątpić, a ja zamiast pocieszyć martwię się razem z nią i przybywa tego coraz więcej. Na szczęście jest bardzo silna i przebija po jakimś czasie swoje granice dla mnie. Opiekuje się mną, szuka rozwiązań i przede wszystkim bezgranicznie kocha i akceptuje we mnie wszystko. Dużo o tym wszystkim rozmawialiśmy. Chce się pozbyć… wymiotów, tego stresu już bez powodu. Chce zostawić przeszłość za sobą. Pomiędzy tymi gorszymi razami, spotkaliśmy się na krócej, tylko pogadać i pospacerować - wtedy było okej. Chociaż, nie zabrakło wtedy pocałunków i bliższego kontaktu do pewnego stopnia, bo to tylko spacer. Muszę wspomnieć o swojej przeszłości bo myślę, że to ma największy wpływ. Najwidoczniej dalej się za mną ciągnie. Zostałem BARDZO dotkliwie zraniony przez moją pierwszą miłość. Tragiczny i toksyczny związek. Przeżywałem wszystkie jej problemy, byłem w nią wpatrzony i chciałem pomóc jak tylko mogę... ale tego nie robiłem. Nie potrafiłem. Tylko BYŁEM. Zostawiła mnie dla innego po jakoś 6-7 miesiącach. Z tym, że było to aż 7 lat temu. Od tamtego czasu ani jednej partnerki, chociaż szukałem (słyszałem, że bardzo wybrednie). Niestety wpłynęło to na mnie w ten sposób, iż oddalałem się od WSZYSTKICH ludzi i zamykałem się coraz bardziej. Jestem ogólnie wycofanym gościem. Nie przepadam za spotkaniami na piwie z kumplami z pracy itd. Wpływ zerwania, jak się chyba teraz okazuje jest taki, że wciąż chce uciekać. W sumie od zawsze uciekam albo się chowam od problemów. Wszelkiego typu, na każdej płaszczyźnie życia. Później (z dwa lata temu, od teraz) miałem ogromny problem z bratem, który wylądował w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, za bardzo poważne - z czasem, bo kłótnie w domu z nim były od zawsze - bójki i właśnie kłótnie z moimi rodzicami. Teraz jest z nim dużo lepiej, odsiedział, chyba wyzdrowiał, ale za mną ciągnie się to dalej… Wycofanie, moja nadmierna wrażliwość, empatia, stres, dłuuugi okres samotności fizycznej i psychicznej. Nie wiem jak się tego pozbyć i teraz trochę boimy się intymności. Przejdzie z czasem? Lepiej, nie przekonywać się na własnej skórze, czy jeszcze gorzej skórze mojej ukochanej. Rozmawiamy o tym wszystkim. Ale może specjalista pomoże?
  14. Teoretycznie mam wszystko czego potrzeba do szczescia, meza, ktorego kocham, zdrowe dziecko, dobra prace, dom i pieniadze, ktore wystarczaja zarowno na zycie jak i przyjemnosci...ale ciagle czuje sie nieszczesliwa. Jestem osoba bardzo towarzyska, odczuwam silna potrzebe posiadania przyjaciol, spedzania wspolnie czasu, a ostatnio czuje jakby nikt z moich znajomych mnie nie potrzebowal. Jak mam ochote sie z kims spotkac to musze sama takue spotkanue zorganizowac, nikt sam z siebie sie do mnie nie odzywa. Wiekszosc wekeendow spedzamy we trojke z mezem i dzieckiem...a mnie to w ogole nie cieszy, szczesliwa czuje sie jedynie w gronie znajomych. Zdaje sobie sprawe, ze nie powinnam czuc sie nieszczesliwa i samotna, ze powinnam doceniac sdoje zycie, alenaprawde nie potrafie. Ciagle czuje sie przygnebiona, płaczę...tak bardzo chcialabym nie odczuwac tej silnej potrzeby ciaglego kontaktu z innymi ludzmi. Nie wiem co ze mna jest nie tak. Niby mamy z mezem sporo znajomych, ale ja mam poczucie ze te relacje sa na sile, ze nikomu z nich tak naprawde na znajomosci z nami nie zalezy i mnie to strasznie przygnebia. Czuje sie bardzo samotna, kazda niedziela czy sobota ktora spedzamy sami powoduje moja frustracje. Dzis znajomi wystawili nas bo woleli spotkac sie z kims innym, co sprawilo ze caly dzien placze. Czy ktos z Was tez ma takjak ja? Czy ja po prostu mam jakies problemyemocjonalne... Moim problemem sa tez relacje z mezem. Wiem ze mnie kocha...ale nie poswieca mi czasu, nie lubi ze mna rozmawiac, kazdy temat go nudzi, zadna inna forma spedzania czasu we dwojke tez nie jest zainteresowany. Nawet jak cos robimy to tylko z mojej inicjatywy. Jest dobrym ojcem wiec z dzieckiem i ze mna czas apedza, ale to tez ja musze nam cos zorganizowac. Moze z tego wynika moja potrzeba kontaktu z innymi ludzmi...
  15. Witam. Jestem młodą 20 letnią kobietą. Od małego miałam ciężko w dzieciństwie. Ojca nigdy nie było w domu, a jak był to zawsze się awanturował. Mamie zawsze się obrywało , mi i mojej o 2 lata młodszej siostrze czasem też się zdarzyło dostać. Nie lubiałam być w domu. A kiedy miałam 10 lat mama wreszcie znalazła odwagę w sobie żeby wziąć rozwód. Było nam ciężko , mama i jej pensja pielęgniarki i my dwie z siostrą w wynajmowanym mieszkaniu. Starała się robić co mogła żebyśmy mialy jak najlepiej. Przyszedł czas gimnazjum, kiedy zdecydowałam się , że wstąpie do wolontariatu i będę pomagać innym. To dało mi wiele radości i satysfakcji. Kiedy byłam w technikum , zakochałam się 1 raz ale po roku czasu związek się rozpadł. Przyszedł czas na związek, chłopak , z którym bylam , okazal sie tyranem i damskim bokserem . To z nim straciłam to co kobieta ma najcenniejszego. Bałam się go. Teraz wiem, że to było najgorsze co mogłam zrobić ale stało się.. Myślałam, że po tym wszystkim nic już złego się nie stanie.. a jednak.. po jakimś czasie poszłam na ognisko z kolezanka gdzie byli jej znajomi... tam.. bardzo mnie skrzywdzono. Odebrano mi siłą godność kobiety. Zostałam zgwałona. Załamałam się. Nie mogłam patrzeć w lustro, brzydziłam się sobą. Nie chciałam już nic.. ale po mału doszłam do siebie. Widziałam w sobie zabawkę , nic nie wartą. Zaczęłam się dowartościowywać i wysyłać kolegom zdjęcia w stroju kąpielowym i bieliźnie. Strasznie tego żaluję. W 3 klasie technikum poznałam chłopaka, na początku dbał o mnie i zabiegał . Wszystko było idealnie ale po pół roku zmarla moja babcia. Byla dla mnie jak 2 mama bardzo to przezylam. Nie jadlam, nie chcialam wychodzic z domu. Ciagle klocilam sie z wtedy z chlopakiem. Po mału popadałam w depresje. Dzięki przyjaciołom i rodzinie wyszłam z tego. A z chłopakiem pól roku pozniej sie rozstalam. Poznałam po czasie aktualnego ukochanego. I byliśmy naprawdę szczęśliwi, ale wszystko zepsułam. Okłamywałam go , powiedziałam mu prawdę dopiero po czasie. Jest tak wspaniałym i kochającym facetem a ja to zepsułam.. zniszczyłam wszystko . Zepsułam go. Strasznie tego żaluję. Mój ukochany nie może zniesc mysli ze byl ktos przed nim, bo on byl ,,czysty". Pokochał mnie taką ale ja tak bardzo bałam sie go stracic ze oklamalam go w wielu kwestiach. Do tej pory jakoś to ciągniemy.. ale jest między nami źle. Ciągle się kłocimy, padaja ostre i gorzkie slowa , ktorych potem sie zaluje. Ostatnie czasy myślałam, zeby odejsc stąd. Napisałam nawet list ale może jestem zbyt wielkim tchorzem.. potrzebuje pomocy..
  16. Cześć, jestem tu nowa i mam dość szczególny problem. Jak tylko ktoś z kim rozmawiam na co dzień lub flirtuję przestanie poświęcać mi uwagę i o to zabiegać wpadam w ogromnego doła. Nieproporcjonalnie, śmiesznie wielkiego jak na nieistniejący problem. A najbardziej nieznośna jest dla mnie sytuacja w pracy. Pracuję z raczej maskulinistycznym zespołem, który w momentach wolnych od pracy głównie deliberuje nad urodą kobiet spoza pracy, bądź to młodszych stażystek, bądź pięknych słabo znajomych/nieznajomych kontrahentek. Temat pojawia się praktycznie codziennie, pracuję z nimi w jednym pomieszczeniu i nie mogę znieść tego, jak oni się na nie napalają. Wpadam w nerwowość, czuję zagrożenie, cała atmosfera pracy z fajnymi ludźmi psuje się przez ten jeden tylko temat, na który nigdy nie zabieram głosu. Patrzę później w lustro doszukując się wad i oczywiście je znajduję. Inwestuję w najdziwniejsze środki do poprawiania urody, wklepuję, masuję, szoruję, maluję, depiluję, bo czuję przymus. Jeśli zaniedbam wygląd na kilka dni, czuję się nic nie warta. Podobnie jak wtedy gdy w otoczeniu pojawi się młodsza i atrakcyjniejsza kobieta i widzę ich teatr nerwowej popisówy wokół niej, całowania rączek i nadskakiwania (!). Niepojęte i nie do zniesienia jest dla mnie zarówno ich zachowanie, jak i fakt, że w takim stopniu na mnie wpływa i zależy od niego moja samoocena. A pracę samą w sobie lubię bardzo, wiec jej zmiana nie jest dla mnie rozwiązaniem. Do tego mam 26 lat. Mimo że wciąż jestem młoda i jeszcze jakiś czas pewnie będę, czuję parcie i ogromny nacisk żeby zachować obecny stan jak najdłużej, a raczej polepszać go w nieskończoność. Boję się najmniejszych oznak starości. Moja zaburzona optyka może być spowodowana tym, że mężczyźni w mojej rodzinie nie do końca cenili w kobietach intelekt, do tego stopnia, że potrafili wejść w małżeństwo z zupełnie niedopasowaną osobą, byle móc pochwalić się atrakcyjną partnerką. Z tego też powodu nie ominęło mnie ciągłe porównywanie przez nich mojej urody do koleżanek, piętnowanie wad i komentowanie mojego wyglądu na każdym kroku. Dorastałam praktycznie bez otoczenia kobiet i to jedyny znany mi punkt widzenia. Więc ta męska perspektywa mnie atakuje. Sprawę pogarsza fakt, że będąc atrakcyjną osobą można ugrać w życiu naprawdę sporo, i staram się urok osobisty traktować w kategorii przydatnego narzędzia, niestety pałając zawiścią do każdego, kto ma go więcej i potrafi używać lepiej. Być może mam to z czasów kiedy pierwsza miłość z dnia na dzień mnie olała dla dziewczyny ładniejszej, delikatniejszej i lepiej zrobionej, która akurat pojawiła się w otoczeniu i ukradła mi show. 😒 Obecny partner też mówi mi, że ta kwestia jest dla niego bardzo istotna. Samoocena mi się sypie przez jakieś bajdurzenie w pracy nad anonimowymi laskami i napady zazdrości na zasadzie "czemu o mnie tak nie mówią?", (gdzie nawet nie wiem, czy mówią czy nie - przecież nie będą się mną zachwycać w mojej obecności). Ale nie mam odwagi im powiedzieć: "hej, wstrzymajcie ten testosteron, nie jestem tu z wami na piwie", albo że to ogólnie mało dżentelmeńskie zachowanie, bo boję się, że okażę się śmieszna. Na poziomie logicznym wiem że to żałosne i ukrywam te zachowania, ale emocjonalnie mnie to wykańcza. Problem tkwi we mnie bardzo mocno i wykracza daleko poza ramy bycia atrakcyjnym dla czucia się ze sobą dobrze. Chciałabym nad tym popracować samodzielnie. Szukam rady. Witam Was serdecznie. 🙂
  17. Witam. Mam 27 lat. Od dawna mam problemy z czerwienieniem się. Bardzo się tego wstydze. Ciągle o tym myślę. Wychodząc z domu boje się że spotkam kogoś znajomego i będę czerwona. Zaczerwienienie występuje gdy spotkam niespodziewanie kogoś znajomego, ktoś obcy mi się przygląda, muszę mówić w grupie. Staram się nie wychodzić w miejsca gdzie mogę spotkać kogos znajomego a jak kogoś spotkam to albo udaje że nie widze, albo mówię cześć i uciekam- przy tym odczuwam lęk, czerwienie się i jestem bardzo zdenerwowana. W pracy z obcymi ludźmi jakoś rozmowa mi idzie, gorzej z współpracownikami gdy jesteśmy w kilka osób, zazwyczaj stoje i się nie wypowiadam. W sytuacjach stresowych w pracy bardzo się denerwuje i chce mi się płakać, a później mam bóle w klatce piersiowej. Gdy się zdenerwuje to ciągle o tym myślę , odechciewa mi się wszystkiego, bardzo przeżywam stres z pracy. Co to może być? Czy powinnam udać się do jakiegoś lekarza? Jeżeli tak to do jakiego? A może wcale nie potrzebuje lekarza? Nie wiem jak się z tym uporać, a chciałabym sobie z tym poradzić.
  18. Dzień dobry, mam 23 lata i jestem studentką. Nie jestem w stanie dokładnie określić, kiedy zaczęły się moje problemy. Może było to gimnazjum, gdy zamiast rozmawiać z koleżankami ja porównywałam rozmiar naszych ud (moje zawsze były największe). Może było to liceum, gdy nauczycielka z polskiego stwierdziła, że nadaję się idealnie na czarną owcę klasy. Może był to rok przerwy po nauce, gdy odkryłam, że mój ojciec zdradza moją mamą. A może były to obecne studia, gdzie wszystkie te problemy połączyły się łamiąc mnie kompletnie. Gdy jestem z bliskimi mi osobami czuję się w miarę szczęśliwa, gorzej jest gdy jestem sama. Zaczynają się myśli w głowie: że jestem bezwartościowa, że nikt by za mną nie płakał, że jestem brzydka i dlatego nigdy nie miałam chłopaka, że jestem beztalenciem. Najgorzej jest na uczelni, gdzie nie mam żadnych znajomych. Wychodząc z domu na studia zaczynam się pocić i głęboko oddychać. Czasami pocę się tak mocno, że nawet nie trafiam na zajęcia bo się wstydzę. Gdy wykładowca prosi o podzielenie się na grupy mam ochotę uciec, bo wiem, że będę musiała kogoś poprosić, aby łaskawie się nade mną zlitował. Gdy już jestem z kimś w grupie czuję się osądzana. Wyobrażam sobie co mogą o mnie myśleć, zawsze są to negatywne rzeczy. Nie mogę skupić się na nauce, przez co nie wiem nawet czy uda mi się dokończyć studia. Czy to depresja? Muszę też przyznać, że mam problem z jedzeniem. Odkąd dowiedziałam się o zdradzie taty zaczęłam jeść, wprost wpychać w siebie jedzenie na siłę, dzięki czemu mam teraz stwierdzoną otyłość. Nie wiem jak sobie poradzić z tym wszystkim. Nie chcę już bać się wychodzić do ludzi. Nie chcę już płakać myśląc o moim życiu.
  19. Witam, jestem 21 letnim studentem, od kiedy pamiętam mam depresję (mój stan regularnie się pogarsza, do tego pojawiła się fobia społeczna) jeszcze do niedawna potrafiłem sobie z tym jakoś radzić, ale niestety - jest coraz gorzej. Rzadko kiedy coś mi sprawia radość, tracę pewność siebie, mam niską (bardzo) samoocenę, codzienne czynności sprawiają mi trudności do tego stopnia że potrafię się kilka godzin przygotowywać do prostych rzeczy. Czuję się tak, jakbym był całkiem sam. Myśli samobójczych obecnie nie mam, ale okresowo się u mnie pojawiają mimo, że wiem że nic sobie nie zrobię. Mam garstkę znajomych, chociaż powoli stają się dla mnie obojętni. Zawieranie nowych znajomości samemu jest dla mnie niemożliwe. Myślałem nad psychoterapeutą, psychiatrą oraz samodzielnym leczeniu się benzodiazepinami lub ssr, ale na nic się nie potrafię zdecydować, mimo że wiem że jeśli niczego nie zrobię to będzie tylko gorzej.
  20. Dzień dobry, Mam 23 lata i jestem studentką. Studiuję coś czego nie lubię, ale nie miałam pomysłu na siebie wiec zdałam się na radę rodziców. To oni polecili mi wybrać te studia. Pomimo 23 lat wciąż jestem na pierwszym roku. Czuje, ze życie ucieka mi przez palce. Nie wiem co tak naprawdę lubię. Nie pamietam co lubiłam jak byłam dzieckiem. Przez całe życie miałam wrażenie, ze nie spełniam oczekiwań moich rodziców. Tym bardziej teraz kiedy nie mogę przejść przez te studia. Cały czas mam poczucie winy, że jestem złą córką z której oni nie mogą być dumni. Czuję, że nie mogę rzucić tych studiów, bo po pierwsze zawiodę swoich rodziców, a po drugie okaże się, że wiele osób, które mówiły, że się nie nadaję i jestem za głupia ma racje. Czuje, że zupełnie nie mam kontroli nad swoim życiem. Czuje się jakbym była stara i nic nie osiągnęła. Boję się o przyszłość. I chciałabym się dowiedzieć kim jestem. Bo już nie wiem.
  21. Dzień dobry Jestem już skrajnie zdesperowany, ale muszę gdzieś podzielić się tym co przeżywam. Dzielę się z Wami, bo nie mam z kim. Nawet nie wiem czy ktokolwiek to przeczyta, ale tak czy siak myślę że potrzebne jest mi takie uzewnętrznienie. Mam 24 lata. 556 znajomych na facebooku i żadnych przyjaciół w życiu. Po prostu nikogo, nie mam się do kogo odezwać. Właśnie ostatnio to do mnie dotarło. Nie wiem jak pokierowałem swoim życiem, że doszedłem do takiego punktu w swoim życiu, że mamy czerwiec, przepiękną pogodę za oknem, a ja siedzę "sparaliżowany" w łóżku i po prostu płaczę z bezsilności. Jestem dużo bardziej delikatny i emocjonalny niż powinienem. W listopadzie poznałem wspaniałą dziewczynę. Od razu uderzyło mnie silne zauroczenie i najpiękniejsze było w tym wszystkim, że ona też to czuła. Nigdy żadna kobieta nie okazała mi takiego zainteresowania. To doprowadziło mnie do pozytywnego szaleństwa, wkręciłem się w tę relację bardzo mocno. Na tyle, że po dwóch miesiącach ona miała mnie już dość i rozstała się ze mną. Uczyniłem ją głównym celem w swoim życiu, osaczyłem ją i sprawiłem, że całe uczucie szybko z niej wyparowało. Teraz mijają już cztery miesiące od rozstania, a ja cały czas o niej myślę. Po rozstaniu zaproponowała mi przyjaźń. I w sumie zgodziłem się, bo bardzo ją lubię i pomimo tego co zaszło i tak świetnie się dogadujemy. I tak było, w pewnym momencie uznałem nawet, że "chyba się pogodziłem". Ale ostatnio zaczęła flirtować z innym facetem. Wiem o tym, bo pracujemy razem. To już dla mnie za wiele i złożyłem wypowiedzenie z pracy, która była jedyną rzeczą, która jakoś mnie ostatnio trzymała przy życiu. Nie mogę oglądać tej "zakochanej pary" na codzień. I wpędza mnie w kompleksy, że ten gość który o nią zabiega jest ode mnie 5 lat młodszy, tak naprawdę jest jeszcze dzieckiem. I mimo to z łatwością zajął miejsce, za które ja oddałbym wszystko. To mi pokazuje jak bardzo "atrakcyjnym" facetem stałem się w jej oczach. Co zabawne - powiedziała mi kiedyś, że wpadłem jej oko, bo bardzo ją zainteresowałem swoją energią i pewnością siebie. Zabawne w kontekście tego postu, który właśnie piszę. Nie wiem jak to się stało, że była w stanie odnieść takie wrażenie. Ale przyznam, że po tym jak już zaczęliśmy się spotykać to istotnie - wpłynęło to bardzo pozytywnie na moją samoocenę. Ale teraz jestem dla niej tylko zapłakanym 24-letnim dzieciakiem, więc to nieważne. Tęsknię za nią i jestem jej wdzięczny, bo bardzo mi pomogła przez ten czas, w którym się znamy. Wcześniej przez kilka lat miałem problem z uzależnieniem od hazardu, ona pomogła mi z tego wyjść po prostu swoją obecnością. Poczułem, że jest ktoś dzięki komu wszystko nabiera sensu i dla kogo warto się w końcu ogarnąć. To jest bardzo dobra i ciepła dziewczyna, może dlatego tak mi szkoda, że "nas" już nie ma. Na szczęście pomimo tego, że nie jesteśmy razem, ja dalej nie gram. Jedna dobra wiadomość w tym wszystkim. Idąc dalej. Nie mam przyjaciół. Ba, nie mam za bardzo nawet znajomych. Jedyne moje życie towarzyskie to obecnie już bardzo rzadkie spotkania z moją ex bądź też ewentualnie jakieś spontaniczne wyjścia "na piwo" ze znajomymi z pracy, ale nie odpowiada mi to towarzystwo, bo oni piją, żeby się upić. Ogólnie wydaje mi się, że jestem osobą stosunkowo "łatwą w obsłudze". Co jest dla mnie trudne - to na pewno nawiązywanie kontaktów. Ale jak już ktoś zostanie moim znajomym to z łatwością potrafię rozmawiać. Z wyglądu też nie mam za bardzo nic sobie do zarzucenia. Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale taka jest prawda, nakreślam tylko swoją sytuację. Mimo wszystko nie potrafię nawiązywać długotrwałych relacji i ich utrzymywać. To doprowadza do momentu, kiedy jestem po prostu sam. Doprowadza do desperacji i tego, że "ogłaszam się" na instagramie w stylu "chce ktoś gdzieś wyjść?" lub zakładam konta na portalach randkowych tylko po prostu by z kimś pogadać. Ale ani tu ani tu nie ma odpowiedzi. Jeszcze kilka lat temu, mimo tego że moje życie było ogólnie było dnem z powodu uzależnienia i właściwie permanentnego braku pieniędzy to czułem się chyba lepiej. Miałem więcej energii. Teraz mam pieniądze, ale nie mam co z nimi zrobić. Nie mam gdzie wyjść. Miałem pasje, interesowałem się głównie sportem, ale byłem otwarty na wszelkie aktywności. Teraz albo pracuję, albo siedzę w domu w łóżku i nie mam ochoty po prostu robić nic. Nawet nie chce mi się siedzieć i oglądać filmów, seriali, żeby jakoś zapchać wolny czas. Tylko przeglądam internet bez żadnego sensu. Wiem, że to złe i nie chcę, ale nie mam wewnętrznej siły do tego, by się do czegokolwiek zebrać. Jedynym jasnym punktem w moim życiu ostatnio to był ten króciutki związek. Wtedy miałem po prostu 100 razy więcej energii. Dla i z J. mogłem i chciałem robić wszystko, miałem milion pomysłów. Teraz nie mam nic. Nie mogę pogodzić się z tym, że źle ulokowałem uczucia i że nam nie wyszło. To mnie chyba ostatecznie dobiło. Nie mam skończonych studiów (przez lata problemów z nałogiem ciężko było mi się na tym skupić), właśnie rzucam pracę, w której radzę sobie dobrze i mam perspektywy rozwoju, ale po prostu moje serce nie wytrzymuje tego co widzę tam obecnie. Wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem, jestem dobry dla ludzi - nie znoszę chamstwa i uważam, że za dużo tego w codziennym życiu. Życzę wszystkim jak najlepiej, unikam konfliktów, lubię się uśmiechać. Mam coś tam w głowie, w życiu nie określiłbym się jako "głupi". Ale mam też sporo wad - kompleksy, użalanie się, brak motywacji, brak życia towarzyskiego, brak tak naprawdę chęci do życia. Czuję, że to kim jestem teraz to nie jestem prawdziwy ja. Prawdziwy byłem, kiedy byłem z J., wtedy czułem się świetnie i byłem szczęśliwy. Chciałbym znaleźć tę energię sam z siebie, nie przez obecność jakiejś innej osoby. Mam cichą nadzieję, że wszystko kiedyś się ułoży i będę szczęśliwy, ale nie umiem, nie mam siły i pomysłu jak do tego dążyć. Najbardziej w tym wszystkim dobija mnie, że po prostu teraz nie mam w swoim życiu nikogo komu mogę o tym wszystkim powiedzieć i doprowadziło mnie to do momentu, w którym piszę ten post. No cóż, to wszystko. Troszkę mi lepiej. Pozdrawiam i życzę miłego wieczorku
  22. Czy to pech, czy tak właśnie wygląda prawdziwe życie dorosłego człowieka? Witajcie. Pisze z takim pytaniem, a także z Waszymi odczuciami. Co o tym wszystkim mam myśleć? Czy to pech ? Mam 25 lat. Zacznę od tego, że od zawsze uważałem, że miałam w życiu delikatniej ciężej od pozostałych ludzi. Nie chodzi tu o biedę, ale samo życie. - Akurat mnie nauczycielka nie lubiła w klasie i nie chciała mnie dopuścić do kolejnej klasy, albo dawała mi uwagi za coś czego nie zrobiłam, -akurat mnie nie chcieli wywołać do konkursów, mimo że byłam świetnie przygotowana, -jestem dość dobrym, myślę fotografem, a jakoś dalej nic mi nie wychodzi, aby iść do przodu, -akurat mnie się coś psuje w dłoniach, rozpada. No i teraz praca. Dokoła mnie wszystkie znajome, znajomi mają dobrze prosperujące firmy ( miałam firmę dwa lata, zawiesiłam, bo sprzedaż drastycznie mi spadła), stałe dobrze płatne prace, też czasem narzekają, ale nie mają chyba takiej patologii jak ja. W wieku 18 lat wyprowadziłam się z rodzinnego domu (problemy z alkoholem, akceptacją, częste bardzo mocne kłótnie) ...za miłością mojego życia aż 600 km do stolicy Polski, Warszawa. Zaczęłam tam pracować jako pracownik budowlany - sprzątaczka. Na czarno dwa lata. Płaca jak na tamte lata była bardzo dobra. Niestety ma czarno. Chciałam coś zmienić w swoim życiu, zostać fotografem. Zaczęłam roznosić CV wraz z portfolio - nic. Pisałam do przeróżnych klubów nocnych z ofertą czy nie mogłabym być ich fotografem, chociaż na zlecenia. Zazwyczaj kończyło się to tak że nie chcieli zapłacić za zdjęcia, albo nie odzywali się po ich zrobieniu nawet ich nie widząc na oczy. Zaczęłam szukać bardziej legalnej pracy. Znalazłam pracę w popularnej sieciówce odzieżowej, ale niestety na 3 miesiące i pół etatu. Wróciłam do sprzątania. Trzy lata spędzone w stolicy postanowiłam sprowadzić swoją połówkę do rodzinnego miasta. Mieszkanie na szczęście jest rodziców (ojciec ma dobrze prosperują firmę. Sprzedaż internetowa - to co ja zawsze chciałam robić). Po przeprowadzeniu się do rodzinnego miasta trzeba było tam szukać pracy. Wysłałam łącznie ze 200 CV. Jedna firma się odezwała. Najniższa krajowa, ledwo koniec z końcem. Do tego praca nie była w żaden sposób interesującą. Oklejania alkotestów, praca przy chemii itp. mini produkcja. Postanowiłam wyjechać do Holandii za pracą wraz z ukochanym. Lęk, panika przed nieznanym. Dostałam pracę wraz z partnerem. Pracowaliśmy przy kwiatach. Wszystko pięknie, ładnie, ale po trzech dniach postanowili mnie oddelegować do Polski. Rzekomo nie pracowałam, obijałam się (co później okazało się że kobieta przełożona, po prostu za mną nie przepadała i postanowiła nakłamać mojej szefowej). Juz miałam wracać do Polski, ale zadzwoniła ta szefowa i poinformowała mnie że ma dla mnie pracę. Wszystkie dziewczyny były w jednej firmie do samego końca, a ja obleciałam praktycznie wszystkie jakie były dostępne w małej Holenderskiej miejscowość. Byłam skoczkiem. Raz tu raz tam. Normalne. To ja. Po powrocie do Polski postanowiłam otworzyć firmę. (jak wspominałam wcześniej, miałam firmę - robiłam co mój ojciec. To było zawsze moim marzeniem) Zastrzyk gotówki. Otworzyłam. Nie miałam praktycznie o niczym pojęcia. Poradziłam sobie na dwa lata. Bardzo dobrze mi szło przez rok. Już myślałam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Myliłam się. Rozstałam się z partnerem - gnębił mnie psychicznie. Nabawiłam się większym napadów paniki, leków. Na koncie miałam praktycznie 0 zł. Rachunki, kredyt. Postanowiłam szukać pracy - znowu. Jakieś dorywcze prace, chwilowe. Nawet dawałam sobie radę. Przez okres pół roku miałam 4 prace w różnych firmach. Chciałam coś stałego. Jest! Nareszcie znalazłam. Zostałam pakowaczem na produkcji. Owszem. Pakowacz kobieta zalewie 158 wzrostu przy wadze 45 kilogramów. Pakowałam napędy silnikowe. Po 300 km na sównice do kartonu i zapier* niesamowity. Kasa super, ale schudłam z 6 kg. Dwie zmiany. Rano 4:30 pobudka. Ledwo żyłam po pracy. Zasypiałam na stojąco. Normę trzeba było robić 100 % to tak 90 napędów do spakowana. Szukałam pracy lżejszej. Znowu. Coś podobnego do tematyki mojej byłej firmy. Obsługa klienta itp. Wysłałam CV na montera mebli. Okazało się że potrzebują doradcy klienta do sprzedaży internetowej. No kamień z serca! Czy nareszcie znalazłam swoje miejsce!? W poprzedniej firmie jako pakowacz wytrzymałam pół roku (rekord). Jako doradca miałam zarabiać 2500 netto 300 zł mniej jak w poprzedniej pracy, ale bez sobót i koniecznej premii. Szef obiecał z ręką na sercu. Bynajmniej coś mi tam ciągle śmierdziało. Pominąwszy fakt, że znajduje się tam obok obora. Podpisanie umowy. Okazało się że nie dostanę pełnej umowy. Hahah. Fajnie. Zaczęłam pracę. Dziewczyna z biura której miałam pomagać nie przyszła do pracy ze względu na chorobie. Chorobą nie wybiera. Zostałam rzucona na głęboka wodę. Przyszła po 3 dniach. Ludzie wyzywali przez telefon, że jestem oszusta. Nie miałam pojęcia o co chodzi. Heh. Okazało się że mają miesięczne opóźnienia z realizacją zamówień. Kłamstwa na dzień dobry. Rozmowy z klientami, odpisywanie na e-maile, wprowadzenie zamówień telefonicznych, e-mailowych i popularnej przeglądarki sprzedażowej, a także wystawianie aukcji na innych platformach. Zbyt pięknie myślałam. Pracuje tam miesiąc. W sumie pracy jest tam na 2 godziny a reszta to obieranie pojedynczych telefonów i kłamanie że zamówienie jest gotowe albo jak nie są idealne ich produkty. Niby proste ale nie do końca. Mam żyłkę handlowca. Nie byłam tam zbyt dobrze przyjęta. Ciągle czuję ich dziwny wzrok na sobie. No tak. Po dwóch tygodniach pracy dowiedziałam się że jestem u nich na chwilę do pomocy żeby wyjść z opóźnień. Pomyślałam sobie, że jakby mogło być inaczej ☺️😊. Praca, praca. Ogólnie oni mają stosunek że wolą pisać do siebie jak mówić mimo że dzieli ich 2 metry po schodach. Koleżanka z biura zabawia mężczyzn. Lubi to widać. Ma męża i dziecko, jedyne co robi to gada przez telefon z kierowcą, a raczej z nim flirtuje. Zamawia kosmetyki podczas godzin pracy, wystawia swoje prywatne aukcje, ciachy kupuje. Temat rzeka z nią. Ciągle jest tak bardzo zapracowana, że nie ma czasu na nic. Przy szefie tylko. Jeżeli szefa nie ma to ucieka na produkcję, bądź lata do tego z góry i siedzi z nim zazwyczaj około 2 godzin nim przyjedzie szefostwo. Ja w tym czasie robię swoje obowiązki. Niestety. Ostatnio kolega oddalony ode mnie dwa metry postanowił napisać do mnie wiadomość. Coś w deseń GG. Wiadomość tyczyła się tego, że nic nie robię, że rozmawiam ciągle przez swój prywatny telefon, że wychodzę palić co 10 minut (wychodzę raz na godzinę na 5 minut), że ogólnie po prostu jestem niczym tamta zapracowana królowa. Po wiadomościach postanowiłam przejść się te dwa metry i zapytać wprost czemu nie przyszedł mi tego oznajmić prosto w oczy. No mało się chłopak nie rozpłakał i odparł że wolał napisać. Nie mam nic na swoją obronę. Nic Są tak ograniczeni do siebie że nie przyjmują nikogo nowego. Dają wypowiedzenie do kopert z pieniądz zamiast powiedzieć wprost. Koleżanka z biura wszystkie moje zasługi sobie przypisuje, zamówienia zmienia na swoje nazwisko. Po co ja im tam byłam potrzebna? Ogólnie rzecz biorąc załamuje się już tymi pracami, tym wszystkim i swoim życiem. Czy ze mną jest coś nie tak czy jak!?🤔
  23. Witam serdecznie. Od jakichś 5 lat borykam się z nerwicą i zaburzeniami lękowymi. Tak mi się przynajmniej wydaje. Od zawsze byłam osobą bardzo komunikatywną i otwartą.. ale jestem strasznym pechowcem. Wszyscy dookoła zwracają na to uwagę, osoby, które znają mnie nawet kilka dni. Cały czas walczę i próbuję, nie poddaję się. Jednak powoduje to we mnie coraz większy stres, strach i lęk. Do tego stopnia, ze od 5 lat miewam chyba ataki paniki i lęku. Takie momenty, w których mam wrażenie, ze zaczyna dziać się kompletne zło. Jakby włączała mi się automatycznie czerwona lampka w głowie. Zaczyna mi sie ciezko oddychac, zaczynam sie strasznie krępować, trzęsą mi się ręcę, zaczynam się wstydzic, bać i najchętniej bym płakała. Jest to strasznie niezręczne i krępujące w sytuacjach gdy rozmawiam na przykład z klientem w pracy, z rodziną, z kimkolwiek. Ja juz nie wspomnę o wystąpieniach publicznych badz przed grupa. Jesli mam normalne dni jestem dusza towarzystwa. A jesli dopadają mnie takie stany, czuje sie jak największy nieudacznik i chcę się schować. Niestety coraz częściej tak. Bardzo, bardzo proszę o pomoc...
  24. Nie jestem pewien czy wybrałem dobry dział na forum. Jeśli nie to przepraszam. Dzień dobry 😊 Mam problem i nie wiem za bardzo co zrobić. Problem jest następujący. Uważam, że jestem 14-latkiem w ciele 24-latka. Nie będę opisywał historii całego swojego życia i przyczynach takiego stanu rzeczy (miałem do czynienia z uzależnieniem od hazardu, nie chciałem tego pisać, żeby nie sprowadzać wszystkich moich problemów do nałogu, bo mimo wszystko chyba nie to jest przyczyną), ale mam ogromne problemy z kontrolą emocji, z pewnością siebie. Często zdarza mi się płakać, również przy innych ludziach, w autobusie, nawet czasem w gdzieś w ukryciu w pracy. Ostatnio spotkałem się z byłą dziewczyną i nawet przy niej mi się to zdarzyło. Domyślcie się jak to żałośnie musiało wyglądać, co ona o mnie pomyślała i jak ja się z tym czuję. Miałem w życiu dwie dziewczyny i obie zostawiły mnie po krótkim czasie, bo byłem po prostu nie do zniesienia. Słusznie uważały, że są silniejsze ode mnie i nie mogą być w takim związku. Dlaczego zostały w ogóle moimi dziewczynami? Bo jak wszystko było ok, było „lovestory” to byłem zupełnie innym człowiekiem. Pogodnym, wesołym, z ogromną energią do życia. Miałem wrażenie, że nie chodzę po chodnikach, tylko się nad nimi unoszę Co jest zabawne? Że ta druga, którą szczerze pokochałem związała się ze mną, bo imponowała jej moja... pewność siebie i że wydawałem się interesującym człowiekiem. A jak pojawiała się codzienność, problemy, to stawałem się tą najgorszą wersją siebie. Rozstanie z tą drugą dziewczyną przeżywam już czwarty miesiąc, mimo że byliśmy razem tylko dwa. Tak, wiem, komedia, ale połączyło nas coś specjalnego, coś czego nie poczułem nigdy wcześniej, no i ona ma duży udział w tym, że rzuciłem nałóg. Tym bardziej mnie boli, że w jej oczach nie jestem materiałem na faceta, że pozostawiłem po sobie takie wrażenie, którego już nie wymażę, ale nieważne, wróćmy do mnie. Nie jestem pewny siebie, mam niskie poczucie własnej wartości, boję się nowych rzeczy, nowych znajomości. Nie wydaje mi się, że jestem interesującym człowiekiem, nie mam przyjaciół, nie mam wielu znajomych, nie mam za bardzo pasji, którymi mogę zająć się w wolnym czasie. Kiedyś bardzo chętnie oglądałem i uprawiałem różne sporty (głównie piłka nożna, tenis). Teraz mi się nawet nie chce oglądać. Nie lubię swojej pracy. Nie wiem tak naprawdę po co żyję i czasem mi się po prostu nie chcę. Większość wolnego czasu spędzam w internecie. Najgorzej, że mimo wszystko mam trochę oleju w głowie i widzę patrząc na siebie z boku jaką osobą obecnie jestem i w jaki dołek wpadłem. Jestem świadomy wszystkich swoich wad i może przez to to wszystko boli jeszcze bardziej. Brak mi siły, by to wszystko przezwyciężyć. Niszczyłem swoje związki swoimi emocjami i już w trakcie ich trwania wiedziałem, że to niszczę, że to się rozpada, ale mimo wszystko nawet to nie pozwoliło mi wziąć się w garść. Chęć wypłakania się wygrywała z myślą "ogarnij się i będzie fajnie". Jestem jak dziecko, które musi się komuś wypłakać nad tym jak ma ciężko w życiu. Mimo, że w sumie tak naprawdę często nie ma aż tak ciężko, wymyślam sobie problemy i to jest śmieszne. Mam wrażenie, że żeby jakieś chore wewnętrzne "ja" było zaspokojone to zawsze muszę mieć jakiś problem, nad którym trzeba płakać i się smucić. I być może ktoś odpisze coś w stylu „masz prawo do swoich emocji”, „nie bój się płakać”. Na to od razu odpowiem, że jakbym czuł się dobrze z tym kim teraz jestem to bym tu nie pisał. Nie ma nic złego w łzach, kiedy naprawdę już jest źle trzeba zrzucić gdzieś ten ciężar. Ale nie ma nic normalnego w płakaniu codziennie, bądź co kilka dni w wieku 24 lat. Przynajmniej według mnie i nie chcę taki być. Gdzie mogę uzyskać jakąś pomocną dłoń? Czy ja kwalifikuję się na jakąś terapię i jak i gdzie ewentualnie się na nią dostać? Bo jednorazowa wizyta w niczym mi chyba nie pomoże, a jeśli chodzi o więcej to nie mogę sobie pozwolić na płacenie po 100+ złotych za wizytę. Dzięki bardzo za ewentualne odpowiedzi i życzę wszystkim miłego dnia.
  25. Mam 25 jestem studentem i od roku mieszkam sam. Wyprowadziłem się z domu ponieważ było to toksyczne miejsce mieszkałem z matką, która piła, jej bratem, który też pił i stosował wobec mnie przemoc i ich matką, która była w porządku wobec mnie aczkolwiek też nie było łatwo się z nią porozumieć. Z ojcem nie mam kontaktu. Decyzja o wyprowdzce była bardzo dobra, bardzo szybko się usamodzielniłem, mam święty spokój, zyskałem odwagę i w moim życiu zaczęło się dużo dziać. Niestety od paru tygodniu dzieje sie coś niefajnego. Mój nastrój strasznie się obniżył i popadłem w straszną apatię. Wszysyko się zaczęło po tym jak zostałem zwolniony z pracy, z którą wiązałem duże nadzieje. w czerwcu kończe studia i do tego czasu finansowo wspiera mnie matka i strasznie głupio mi brać od niej pieniądze. Mam problemy ze.wstawaniem rano i strasznie ciężko mi się zabrać za naukę. Wszystko to potęguje uczucie samotności, które towarzyszy mi od zawsze. Nie potrafiłem nawiązać relacji z żadną kobietą. W efekcie więcej czasu spędzam na oglądaniu pornografii. Już nie mam wątpliwości że jestem uzależniony bo nie mogę wytrzymać bez tego więcej jak 48h. Przyjaciele którym o tym mówiłem nie rozumieją mojego problemu. Mówią że to chwilowe i że nie ma w tym nic złego i że sami mają częste kontakty z pornografią. Tylko że moja sytuacja jest inna bo oni są w związkach a jeszcze nie współżyłem z kobietą i nie chce tego oglądać a czuję przymus. Mój problem z nawiązywaniem relacji jest dziwny, bo jestem osobą otwartą, mam wielu znajomych, ciekawe zainteresowania i wyglądam dobrze bo uprawiam dużo sportu. Mimo łatwości w nazwiązywaniu kontaktów z kobietami zawsze był problem. Nie wiem czy to przez to że jestem dda, czy to że kobiety mnie źle traktowały czy po prostu brak śmiałości przez to że jestem prawiczkiem. Czuje obecnie straszną frustracje bo nie wiem jak rozładować napięcie seksualne a mam bardzo wysokie libido. W wakacje wybiore się do specjalisty bo póki co nie mam na to środków ale problem cały czas jest. Bardzo proszę o pomoc.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.