Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'psychoterapia'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 141 wyników

  1. Cześć. Mam problem z przyjaciółmi których tracę. Pierwszy. Ma nadwagę 0 ruchu. Przyszedł do mnie po pomoc Człowiek ma duże problemy z ruchem jego siedzący tryb życia oraz nadwaga spowoduje że za 2-3 lata będzie inwalidą z 3 cyfrową nadwagą jeśli tego nie zmieni. Chciał chodzić na siłownię kupił karnet zapisał się chodził ze mną ułożyłem mu trening, dietę. Przez 2 tygodnie chodził regularnie (w miarę opuścił jeden trening), robił postępy widziałem że jest naprawdę zmotywowany, tłumaczyłem mu że odstępstwa od diety zmienią jego metabolizm, i nie chodzi o same kalorie ale ogólnie o nawyki żywieniowe. Widziałem że jest naprawdę zmotywowany często dzwonił do mnie robiąc posiłki pytał się czy może jakieś produkty innymi zastąpić - Było super, do czasu kiedy wyjechał na tydzień do innego miasta, gdzie ma pod nosem siłownie a do niej dostęp, Dzwoniłem do niego przez 3 dni, pytając się jak trening czy z jakimiś ćwiczeniami nie ma problemu, ale słyszałem że dzisiaj nie był na treningu bo nie miał czasu i tak przez 3 dni aż przestał odbierać telefon. Ostatnią rozmowę jaką przeprowadziliśmy przed tym jak przestał odbierać (jego współlokator wysłał mi zdjęcie jak leży na kanapie z telefonem w ręku i zajada czipsy) skrytykowałem jego zachowanie i próbowałem go zmotywować, aby nie wracał do starych nawyków bo będzie musiał zaczynać od zera, a jest mnóstwo przed nim do zrobienia. Niestety jak widać nie udało mi się i stąd mój post o polecenie metod przekonywania innych. Drugi. Alkoholik, nie pił wrócił znów do picia, z znajomymi z pracy tłumaczyliśmy mu że wypadnie z naszego zespołu jeśli dalej będzie pił, obiecywał nam że po weselu brata przestanie, ale mija tydzień i nadal obiecuje że od jutra przestanie. Chłopak Ma prace w której dobrze zarabia przez hazard wplątał się w długi , ale gdyby zacisną pasa w 2 miesiące mógłby je spłacić bo ma naprawdę dobre zarobki. Natomiast woli wydać np. 800 zł na taksówki z innych miejscowości żeby dowieźli mu skrzynkę alkoholu na działkę. Mówi że nie ma motywacji aby rzucić picie - może kobieta by mu w tym pomogła, ale on jest altruistą i nie chce związku bo wie że ta kobieta będzie z nim miała źle. Ma przesrane bo nabrał pożyczek w bocianach i prowidentach i teraz spłaca z długi z hazardu użala się nad sobą i zapija smutki, zamiast działać. Chciałby przestać pić ale po 4 dniach jak nie pił pojechał z nami nad wodę i kupił sobie 6 piw, tylko że wieczorem nie pojechał do domu a wszystko przepił bo dziś rano dzwonił dominie abym mu zrobił przelew bo nie ma za co kupić papierosów. Czy w psychologii są jakieś sposoby aby uświadamiać ludzi, co robią źle, na czym im bardziej zależy. Jeden chciałby być szczupły, ale woli jeść ciastka i chipsy i leżeć na kanapie zamiast pójść i poćwiczyć. Drugi mówi że chce przestać pić, ale woli wydawać kasę na alkohol zamiast spłacić długi i zacząć żyć. Ludzie chcą czegoś ale do tego nie dążą ? Jak to jest? Jak bardzo są skrzywieni ?
  2. A więc jestem pod opieką specjalistów od 2011 roku i jak stałem w miejscu bez perspektyw na lepsze jutro, tak nadal stoję Te terapie są tak skoncentrowane na rozwiązaniach że jak spojrze wstecz to dochodze do wniosku, że równie dobrze mogłem nie iść - tyle to zmieniło w moim życiu
  3. Witam. Jest to moj pierwszy wpis na forum. Jestem 21-letnia kobieta,ktora mozna powiedziec,boryka sie troche z problemami z przeszlosci. Zaczelam to zauwazac po pandemii. Mialam taki okres (ze wzgledu na zaistniala sytuacje),ze czesto siedzialam w domu i lapaly mnie stany depresyjne,ktorych kiedys doswiadczalam. W okresie dawnego gimnazjum uczeszczalam na psychoterapie ze wzgledu na kryzys adolescencji (mialam skrajne wahania nastrojow,ktore utrudnialy mi funkcjonowanie,leczylam sie z tego powodu rowniez farmakologicznie). Zdarzylo mi sie pojsc na wizyte calkiem niedawno,prawdopodobnie byl to miesiac listopad. Dowiedzialam sie,ze okres,ktorego doswiadczalam w gimnazjum moze miec nawrot w przyszlosci,i jak sie okazalo,bylo to wlasnie to. Jednak pozniej nie przeszkadzalo mi to w jakis konkretny sposob. Czulam najczesciej zwyczajnie obnizony nastroj. Jednak dowiedzialam sie jeszcze,ze moim problemem jest strach przed skrajnymi emocjami,wyrazaniem ich i blokowanie ich z powodu lęku. Utrudnia mi to troche zycie codziennie z tego wzgledu,ze nie zawsze radze sobie w relacjach miedzyludzkich. Kiedy zalezy mi na kims w glebszy sposob jest mi ciezko to wyrazic i najczesciej poddaje sie na tym etapie,kiedy wiem,ze byc moze moje uczucia prowadza do tzw. wyzszych emocji. Przez to,ze nie mowie na biezaco o swoich uczuciach wprost,przez to,ze nie probuje nic z tym zrobic,potem gromadza sie we mnie te emocje i odreagowuje np. placzem albo wypowiadaniem sie we wredny sposob wobec tej osoby (zalezy jeszcze od sytuacji,ale generalnie chodzi o sam fakt,ze wychodza one ze mnie w skrajny sposob,ktorego zawsze sie obawiam). A wszystko to jest wynikiem mojej nieumiejetnosci doprowadzania czegos do konca i zbyt szybkiego poddawania sie w swoich czynach. Mam problem rowniez z brakiem umiejetnosci oceny sytuacji. Zawsze podchodze do nich pesymistycznie. Wydaje mi sie,ze cos toczy sie w jakis sposob,a ja i tak staram sie w to nie wierzyc,zeby za bardzo sie w to nie wciagnac. Choc raczej nie powinno byc to niczym zlym. Mysle,ze wszystko to co ujelam w tym skrocie,bo wiadomo,ze ciezko jest opowiedziec cale zycie,wynika z mojej trudnej szkolnej przeszlosci,z tzw. bullyingu innych rowniesnikow wobec mojej osoby. Najbardziej odczulam to w czasach gimnazjalnych i nie ukrywam,ze pozostawilo to uraz na mojej psychice. Przed pandemia sądziłam,ze przeszlosc zostawilam za soba,jednak ostatnio widze,ze tak do konca nie jest. Podczas gdy te skrajne emocje wychodza ze mnie w sposob,o ktorym napisalam wyzej,czuje sie najgorszym czlowiekiem jaki istnieje na Ziemi,i choc moi znajomi w dalszym ciagu ze mna rozmawiaja i chca tego kontaktu,to ja i tak czuje sie podle i jest mi zwyczajnie glupio z powodu mojego zachowania. Lapia mnie rowniez duze wyrzuty sumienia. Ostatnio rowniez doswiadczylam takiej sytuacji i mam przez to ochote zapasc sie pod ziemie albo "wylaczyc sie" z zycia,na zasadzie jakiejs przerwy w braniu udzialu w nim. Nie zawsze,ale czesto jest tak,ze te emocje schodza ze mnie w polaczeniu z alkoholem,poniewaz chociazby niedawna sytuacja wlasnie tak wygladala. Zalezy to tez od osob,z ktorymi spedzam czas,czy mam z nimi jakies niewyjasnione sprawy lub inne sytuacje,ktore kumuluja moje emocje.
  4. Dzień dobry wszystkim Forumowiczom, Chciałbym przedstawić swój problem, który szczególnie mi się materializuje w miejscu pracy... W zasadzie w prawie każdym miejscu pracy, w którym pracowałem. Zacznę może od siebie. Jestem świeżo po 30-tce, mam żonę i od niedawna dziecko. Odkąd pamiętam, to zawsze byłem "inny" jeśli chodzi o kontakty towarzyskie. Od najmłodszych lat byłem uznawany za dziwnego czy wręcz głupiego, choć uczyłem się bardzo dobrze. Moje relacje z rówieśnikami były trudne, bo mój sposób bycia i to, co mówiłem, jakoś nie przystawały do ogółu (nie licząc głupich wpadek logicznych w rozmowach). Nawet przy totalnej zmianie środowiska z gimnazjum do liceum nie poprawiło to mojej sytuacji, bo ciągle gdzieś na wierzch wychodziła moja "inność"... i chyba to, że pewne rzeczy miałem nie po kolei w głowie (ale nigdy nie byłem "emo" czy kimś w tym stylu, wyglądałem zupełnie normalnie)... liceum gorzej wspominam jak gimnazjum. Pod koniec liceum postanowiłem pójść do psychiatry, który mi przepisał psychotropy, bo miałem objawy depresji i zaburzeń lękowych uogólnionych. Dopiero zmiana z liceum na studia dała mi odczuwalną zmianę i względną normalność... Skąd to się wzięło? Być może od starszego brata, który czepiał się mnie o wszystko i dobitnie krytykował moje porażki... wiadomo, młodszy przecież musi być tym głupszym, a starszy mądrzejszym! Do dzisiaj twierdzę, że nikt mnie tak nie odarł z pewności siebie, jak mój własny brat. Niby sobie tam pomagamy w potrzebie (on mi więcej niż ja jemu), ale i tak wolę mieć dziś ze swoim bratem jak najmniej wspólnego. Na marginesie - w sprawach damsko-męskich też mi nie wychodziło przez bycie innym, spiętym itp. Miałem szczęście poznać swoją obecną żonę, z którą mamy wiele podobieństw. Na studiach (wieczorowych i potem zaocznych) miałem dobre, nawet bardzo dobre wyniki w nauce. Nigdy nie miałem żadnego warunku, zawsze pamiętałem o wszystkich ważnych terminach, a praca w grupach nie przysparzała większych problemów. Postanowiłem, że studia II st podejmę w systemie zaocznym i zacznę szukać pierwszej pracy (no bo przecież doświadczenie trzeba mieć oprócz studiów itd...) Po wysłanych 50 CV pierwszą pracę załatwił mi brat mówiąc, że u niego w firmie zwolniło się stanowisko - nie była to jakaś wymagająca i rozwojowa praca, więc nie miałem większych problemów z jej wykonywaniem. Oczywiście moje ambicje skłoniły mnie do szukania pracy bliżej zawodu (tzn. tematyki studiów)… no i się zaczęło skakanie z jednej firmy do drugiej. W dwóch firmach po miesiąc, w kolejnej 3 lata ze stażem, potem 2 razy po pół roku, teraz może w obecnej pracy utrzymam się 2 lata, choć jest dla mnie bardzo frustrująca... Na początku wydawało mi się, że to przez nawał zadań, brak szkolenia, wsparcia ze strony współpracowników, trafianie na złe stanowiska w złych firmach. Doszedłem jednak do wniosku, że mam rozmaite problemy, które szczególnie mi rzutują na życie zawodowe. Ciągle czegoś zapominam, wykonuję zadania mało dokładnie, nie raportuję innym o swoich działaniach, za mało pytam a za dużo próbuję działać samodzielnie (albo wręcz mnie trzeba za rączkę prowadzić), ciągle się boję o wpadkę. Jakoś to wszystko przychodzi mi z dużym wysiłkiem i trudem... a przecież niedawno byłem na studiach, na których mi szło niemalże śpiewająco. Obecnie trafiłem do pracy, gdzie obowiązki nieco rozminęły się z tym, co było w ogłoszeniu (duży nacisk na działanie w pierwszym froncie do klienta, o czym nie było do końca mowy), a szef starej daty, z którym się ciężko rozmawia i ma manię kontroli, tzn chce o wszystkim wiedzieć i o wszystkim decydować, choć nie ma on na to czasu. Z jednej strony czekam na jego decyzję czy rozmowę z nim, aby coś zrobić, po czym mnie obarcza winą, kiedy już jest za późno na działanie... a z drugiej strony, kiedy wezmę sprawy we własne ręce, bo na szefa przecież nie ma co liczyć, to potem on ma pretensje, że robię coś bez jego wiedzy za jego plecami. Autentycznie mnie to wprawia w depresję... Może i powinienem znowu zmienić pracę, ale rynek pracy jest przecież bezlitosny i nie toleruje job-hopperów. Byłem u doradcy zawodowego. Zrobił mi 2 testy, po którym wyszło, że mam typ osobowości ISFJ (chociaż w testach internetowych wychodzi mi prawie zawsze INFJ - jestem może gdzieś zawieszony pomiędzy?). Podobno najlepiej do mnie pasuje praca, może bardziej własna działalność, w której mam małe grono klientów, z którymi jestem w stałej współpracy. Wizyta u doradcy natomiast nie pozwoliła mi rozwiązać obecnych problemów. Powoli już dochodzę do wniosku, że mam zmarnowane życie, bo chciałem iść na informatykę (bo miałem zawsze dryg do komputerów) , ale przestraszyłem się matematyki i poszedłem na inny kierunek, co prawda również interesujący, ale jak się okazało - bez większych perspektyw. Do tego moje relacje z ludźmi - że nie lubię ludzi, bo albo są głupi, albo są psycho/socjopatami, którzy dorabiają się na cudzej krzywdzie, czy po prostu brakuje im samokrytyki itd... Pewnie by wyszło, że mam zespół Aspergera czy inne zaburzenie, bo jak wytłumaczyć moje problemy z ludźmi, odkąd sięgam pamięcią? Co powinienem począć? Wiem, że mój przypadek kwalifikuje się na terapię, ale gdy zobaczyłem, ile jest nurtów terapeutycznych i specjalizacji, to zgłupiałem... Bardzo proszę o doradzenie w tej kwestii. Pozdrawiam, Blejd
  5. Dzień dobry, Mam 24 lata, jestem programistą, niedawno zacząłem nową pracę i przeprowadziłem się do mojego ulubionego miasta. Zawsze byłem mocno zamknięty w sobie, lubiłem siedzieć w domu, miałem niewielu znajomych. Tuż przed kwarantanną mocno otworzyłem się na ludzi, udało mi się nawiązać kilka silniejszych przyjaźni, zacząłem czuć się bardziej komfortowo wśród ludzi. Sama kwarantanna mocno mnie zmieniła, wydaje mi się, że głównie pozytywnie. Mam jednak problem, z którym nie potrafię się uporać. Od kilku tygodni nie jestem w stanie się na niczym skupić. Nie jestem w stanie wykonywać swojej pracy, czuję się dziwnie otępiały i nieszczęśliwy. Często boli mnie głowa i źle sypiam, choć często czuję senność. Czasem kręci mi się w głowie. Gdzie powinienem szukać pomocy? Nie jestem pewien, czy powinienem skontaktować się z psychologiem, czy może neurologiem (a może jeszcze innym specjalistą)?
  6. Witam. Mam brata z zespołem Down. Jest on już dorosły ponieważ ma 37 lat. Do 20 roku życia chcodził do szkoły specjalnej. Teraz jest cały czas pod opieką mamy. Widzę, że jednak ona już nie daje z nim rady. Mieliśmy wszyscy trudne dzieciństwo ponieważ mieliśmy ojca alkoholika, który nie był dobrym tatem, ani mężem. Jednak dla barata był on jakimś wzorem i nauczył się od niego palić papierosy. Jest z tym coraz większy problem ponieważ to już trwa kilka lat i jest uzależniony. Mam oczywiście na początku ma zabraniała, ale trudno jest pracować z sobą z zespołem Downa. Teraz dla paierosów potrafi on ukraść od mamy pieniądze lub prosi innych, aby mu dali. Tworzy to wiele przykrych sytuacji, nerwowych, kłotni itp. Jest z nim ciężko pod wieloma względami np. nie panuje nad jedzeniem, nie chcę się kąpać, nie panuje nad swoimi emocjami, często się denerwuje jak nie dostanie czego chce. Wtedy głośno krzyczy i przeklina. Na ulicy też potrafi do ludzi coś przeklnąć. On nie panuje nad tym. I my też już nie umiemy zapoanować nad nim. Mam na codzień zostaje z tymi problemami sama. Ponieważ każdy z znas układa swoje życie. Jak możemy jej pomóc? Wydaje mi się, że ona już nie wytrzymuje psychicznie. Może nawet mam depresję. Mąż alkoholi, który zmarł kilka lat temu, ale nigdy się nie zmienił. Ciągłe problemy z dzieckiem, poczucie, że jest z tym wszystkim sama. Czy są może jakieś terapie dla dorosłych z zespołem Down? Terapie uspokajające? Gdzie udać się z takim problemem?
  7. Witam. Sprawa nie dotyczy mnie natomiast dotyczy siostry mojego męża. Opisze cała sytuację. Dziewczynka ma lat 16 i stwierdzony zespół aspergera. I tu pojawia sie pierwsza moja wątpliwość ponieważ dziewczynke poznalam jak miała zaledwie 8 lat i byla powiedzmy normalnym dzieckiem. Chciala bawic sie z rówieśnikami czy nawet poznając mnie nie wstydziła sie wrecz przeciwnie.ALE rodzice wiecznie wmawiali jej ze wszysykie inne dzieci sa głupie. Mama jest nadwrażliwa. Nie uczyła jej nigdy prostych zasad zycia w społeczeństwie. Na wszystko była zawsze za mala i wiecznue miala wmawiane ze sobie nie poradzi do tego stopnia ze dziecko nie potrafiło samo kupić cukierka w sklepie. Mama odrabiala za nią zadanua domowe a nawet przepisywała zeszyty bo przecież dziewczynka zrobi to źle. Jednym slowem wyręczała ja ze wszystkiego. Z biegem czasu najprostrze czynności zaczely sprawiac jej problem np związanie sonie samej wlosow bo przecież zawsze mama jej wlosy czesze. Miałam wrażenie ze przez brak kontaktu z ludzmi i rówieśnikami dziewczynka zaczela sie zatrzaywac w rozwoju. Później doszlo jeszcze do tego ze miala problemy z rówieśnikami więc rodzice zalatwili nauczanienw domu a wtedy to już sie posypało całkowicie. Dziewczyna nie ma bladego pojęcia o świecie ją otaczającym. Mam wrażenie że nie jest to spowodowane żadna choroba a jedynie tym ze dziecko w pewien sposób bylo samkniete w domu i odcięte od życia po za domem. Teraz ma lat 16 i ma juz wszystkie papiery które mama chciała miec zeby udowodnic całemu światu ze dziecko jest chore. Natomiast dochodzi juz nawet do sytuacji ze mama goli jej nogi ponieważ maszynka jest za ostra. Dziewczyna nie potrafi zrobić sobie kanapki nie znam ludzi z zespołem aspergera natomiast z tego co udalo mi sie przeczytać funkcjonują w miare normalnie jesli chodzi o zwykle prace domowe a z czasem normaknie funkcjonują w społeczeństwie. Mamie nie da się zwrócić uwagi bo ciagle słychać jedno ze "dziecko jest chore" . Dodam tylko ze od lat chyba 20 teściowa leczy sie na depresje i schizofrenie. Dodam tylko ze mojemu mężowi tez wmawiała ze on ma depresje. Pytanie do którego dążę to jak mamy pomoc tej dziewczynie!? . Jest wiele sytuacji których tu nie opisałam. A najzwyczajniej w swiecie chcemy jej pomóc. Psycholog do ktorego chodzą nie wie co sie dzieje w domu wie tylko tyle ile sami mu opowiedzą. Zastanawiam sie jak rozmawiać z taką kobieta i jak pomoc zyc takiej dziewczynie ktora nie ma pojecia o świecie.
  8. Witam, mam 25 lat w danej chwili jestem bezrobotna, ponieważ COVID pokrzyżował mi plany. Nie wiem od kiedy mam dokładnie problem ale podejrzewam, że dokładnie od rozwodu rodziców. Miałam może 7 lat gdy się wszystko zaczęło. Tata wybrał inną kobietę oszukując mamę, że wyjeżdża na delegację będąc z nią. Początkowo nikt mi o tym nie mówił. Później jakoś to do mnie dotarło. Zaczęły się złe stopnie w szkole i nie potrafienie radzenia z sobie z emocjami. Z tatą mam w miarę poprawny kontakt ( mimo, że jest bardzo ciężką osobą w kontaktach rodzinnych) ma jeszcze dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa z którymi w ogóle nie ma kontaktów.. Mam dodatkowo trójkę starszego rodzeństwa. Z mamą zostałam po rozwodzie. Mama gdy się rozwodziła z moim tatą podejrzewam, że miała depresję. Początkowo bardzo schudła, później przytyła, bardzo była drażliwa. Moje starsze rodzeństwo było bardziej pochłonięte swoim życiem. Brat wyjechał do szkoły z internatem, siostra chodziła jeszcze do liceum, najstarszy wyjechał na studia. Mam bardzo duży problem z moją mamą, za każdym razem gdy jej coś powiem obraca sprawę tak, żebym się poczuła winna. Nie ważne czy miałam jakieś większe osiągnięcie, zawsze miała dla mnie chłodniejszą odpowiedź: " Przecież się cieszę". Gdy przykładowo kupię sobie buty pyta: " Po co Ci nie masz już takich?". Natomiast do mojej siostry by odpowiedziała coś bardziej entuzjastycznego. Strasznie mnie boli jej podejście. Całe, życie tak było, że czułam się najgorsza. Podobno byłam zbyt " wymagającym" dzieckiem. Zawsze miałam pretensje. Według mojej mamy... Przez co czułam się coraz bardziej sfrustrowana i często wybuchałam krzykiem. Czuję się niedoceniona przez moją mamę, przez tatę też ale przede wszystkim przez mamę. Chciałam, żeby była dla mnie zawsze opoką, natomiast zawsze się czuję odtrącona. Czasami gdy się z nią pokłócę rozmawiając przez telefon bo np. mówię jej, że zawsze mnie gorzej traktuje. Czuję się wtedy źle obwiniam się o wszystko. Mam stany depresyjne. Coraz częściej myśli samobójcze. Nie chcę żeby to się przekładało na moje dorosłe życie. Czasami naprawdę mam już wszystkiego dosyć. Myślę, że moja mama robi to nieświadomie albo naprawdę jest coś ze mną nie tak ale wtedy czuję się taka zduszona. Ostatnia sytuacja to np. teraz gdy nie pracuje. Nie pracuję od marca, zwolniłam się na własne życzenie. Miałam wyjechać za granicę. Dwa razy przez wirusa odwołali mi wizytę w konsulacie. Następną mam w lipcu. Mama wie, że chce wyjechać, mówiła nawet, że jeśli wyjazd mi się nie spodoba to sama mi kupi bilet na powrót. Natomiast za każdym razem mówi, że powinnam szukać pracy, a nie tak siedzieć w domu. Na pewno mi się nudzi i dlatego jej mówię przez telefon, że jest zawsze w stosunku do mnie mało entuzjastyczna. Dodam, że nie mama mnie utrzymuje. Sama się utrzymuję z własnych oszczędności, mama mi nie daje ani złotówki, więc tym bardziej bolą mnie jej zarzuty. Tym bardziej, że ani razu nie prosiłam o pomoc finansową mamy w tej sytuacji. Nie wiem co mam robić coraz bardziej myślę, że tracę kontrolę i jestem nieszczęśliwa.
  9. Mam 19 i żyje w dysfunkcyjnej rodzinie. Mam dwóch młodszych braci: jeden 7 lat i drugi 15 lat. Mam ojca i matkę. Mam zaburzenia z natury emocjonalnej, jestem niestabilna, często mam irracjonalne oczekiwania, zamykam się w sobie, uciekam od emocji i ludzi. Nie rozumiem ich kompletnie. Odkąd pamiętam matka oczekiwała ode mnie średniej 4,75. Bałam się wrócić do domu gdy dostałam ocenę niższą niż 4. Powtarzała, że nie umiem sprzątać czy gotować, więc w końcu przestałam się starać. Uciekłam do siebie i od już 3 lat izoluje się. Nie ma to dobrego wpływu na mnie. W ostatnim czasie po kolejnych awanturach poszłam po pomoc. Została nam założona niebieska karta. Teraz wszyscy uważają, że tylko ja mam problem. Psychiatra jasno powiedział, że problem mają wszyscy, ale oni jakby nie słyszeli. Uważam, że matka powinna być mniej agresywna. Co mi z tego, że wyzywa mojego 15 letniego brata, bo dostał 1 ze sprawdziany. Czy to go nauczy? Nie. Czy jak 7 latkowi będzie powtarzać, żeby zaczął myśleć to zrozumie polecenie zadania? No właśnie nie. Boli mnie, naprawdę bardzo, wręcz fizycznie mnie boli, że nie biorą pod uwagę, że to jest niewłaściwe. Nie poddają pod wątpliwość swoich metod i cały czas się powołują na słowa psychiatry, że jestem niestabilna. Wydaje mi się, że brak kontroli nad agresją też jest problemem, ale rodzice tego nie dostrzegają. U mnie zawsze matka brała na siebie wszystko i narzekała, a ojciec pracował i udawał, że nie widzi. Niby przeprosił, ale wątpię by cokolwiek zrozumiał. Boli mnie, że nikogo nie obchodzi dlaczego do tego doszło, dlaczego nikt nie bierze pod wątpliwość, że w moim dzieciństwie pewne wydarzenia nie powinny mieć miejsca tylko oczekują bezrefleksyjnego wybaczenia. Nie umiem wybaczyć, a przede mną lata terapii. Teraz czuje się rozdarta. Czuje tak mocno, że zatraciłam się w tym. Mam myśli samobójcze, a staram się pocieszać myślą, że mojemu chłopakowi tego nie zrobię. Macie jakiś pomysł jak się uspokoić? I co najważniejsze, dlaczego rodzice tak uparcie twierdzą dlaczego tylko ja jestem problemem, mimo, że lekarz jasno powiedział, że każdy ma problem?
  10. Witam, Mam 34 lata i jestem DDA. Od długiego czasu zmagałam się z myślą o udaniu się na psychoterapię i wreszcie się zdecydowałam. To trwa już pół roku, a ja cały czas nie wiem czy mogę ufać mojemu terapeucie, ale boję się zmiany i zaczynania opowieści od nowa. Ja wiem, że tajemnica zawodowa obowiązuje i w ogóle (czytałam przepisy prawa na ten temat), ale ona ma też swoje granice. A ja jednak mówię o pewnych działaniach moich rodziców, które mają znaczenie dla mojego stanu psychicznego, a które nie do końca zgodne są z prawem. Od razu mówię, że nie chodzi o jakieś sprawy "wielkiego kalibru" - nikt mnie nie bił, moje życie nie było nigdy bezpośrednio zagrożone ani nic takiego. Ale jednak rozmaite przepisy były naginane i łamane (na przykład świadome posługiwanie się dokumentem, który stracił ważność korzystając z nieuważności osób go sprawdzających). Czy psychoterapeuta może to zgłosić na przykład na policję bez mojej wiedzy? Czy jeśli będzie musiał coś zgłosić najpierw mi o tym powie?
  11. Dzień dobry. Mam na imię Agata mam19 lat mam głęboką depresję myśli samobójcze mam też za sobą pare prób samobujczych nie mam wsparcia ze strony rodziców nie mam też z nimi dobrego kontakt zdażyło mi się również okaleczać za to jaka jestem że nie potrafię sobie poradzić z depresją. Od zawsze wszystko w sobie tłumiłam wmawiałam wręcz że tak poprostu musi być. Natomiast teraz chce sobie pomóc ale nie bardzo wiem jak.
  12. Dzień dobry Bardzo interesuje mnie rozpoczęcie terapii online. Nie mam aktualnie możliwości podjęcia innego rodzaju terapii, ponieważ mieszkam w UK oraz również z powodu aktualnej sytuacji na świecie (Lockdown). Niezbyt wiem gdzie powinnam zadać moje pytania, więc wybór padł na forum. Aktualnie interesuje mnie najbardziej postawienie diagnozy pod kątem Borderline, ponieważ po długim wywiadzie i obserwacji swoich własnych zachowań przez lata wydaje mi się to bardzo prawdopodobne. Czy przy ewentualnym potwierdzeniu diagnozy jest na tej stronie terapeuta mający kwalifikacje i doświadczenie w leczeniu tego zaburzenia?
  13. Mam 60 lat, mąż był o trzy lata starszy . Cztery tygodnie temu , cztery dni po moim wyjeździe do pracy, nagle , w domu , zmarł mój mąż. NZK- taka była przyczyna nagłej śmierci. Tragedia, szok, ja i moje dorosłe córki przeżyłyśmy i nadal przeżywamy , razem z całą rodziną tę straszną tragedię. To był dla nas cios. Drugi cios, w samo serce, otrzymałam ja i córki, kiedy po natychmiastowym przyjeździe do domu, kiedy nas powiadomiono co się wydarzyło, odkryłyśmy że mój ukochany i jedyny mąż, przez czas mojej nieobecności, sprowadził sobie jakąś kobietę i uprawiał z nią dość intensywnie sex. Dowiedziałam się od sąsiadów że widzieli go z kobietą na leżakach , na naszym tarasie . Znalazłam erotyczne akcesoria, które nie należały do mnie ( damski wibrator, prezerwatywy, i 2 płyty dvd z ostrym porno, oraz puste opakowanie po zużytych tbl na erekcję , do kupienia bez recepty, polski odpowiednik ( Viagry) Coś potwornego przeżyliśmy. Ja nie mogę się z tego otrząsnąć. Nagła , ogromna strata-jego śmierć i świadomość że zdradzał mnie, w tak potworny sposób, w naszym nowo wybudowanym domu, który miał być dla naszej rodziny azylem, miejscem do którego każdy z ochotą przyjeżdżał, w domu gdzie mnóstwo zdjęć naszych wnuków , naszych córek. Świadomość że po prostu prawdopodobnie nie wytrzymał takiego maratonu sexu. Po prostu poużywał sobie i jestem pewna że w następstwie tego zmarł. Nie spodziewał się takiego zakończenia. Jak mam żyć dalej, jak sobie poradzić po takich ciosach. Już sama śmierć ukochanej osoby jest potworna , do tego wiadomość że było się zdradzaną, to jest za dużo, Pomóżcie mi przejść przez tą traumę . Nie potrafię tego zrozumieć, tego bezsensu, tej bezsensownej śmierci i tego co nam wszystkim zrobił.
  14. Jestem studentem w wieku 22 lat. Od siedmiu borykam się z wieloma problemami spowodowanymi różnymi, życiowymi scenariuszami, już najwyższy czas podjąć jakieś samodzielne działania. Cierpię na zaburzenia lękowe, w pewnym stopniu też obsesyjno-kompulsywne oraz afektywne, osobowość paranoiczną i unikającą, do tego politoksykomanię i zaburzenia rytmu snu oraz wstawania, podejrzewam natomiast jeszcze u siebie chorobę afektywną dwubiegunową z hipomanią. Chciałbym myśleć pozytywnie, ale nie radzę sobie chyba już z tym chaosem jednakowe. Nie wiem, jaki pierwszy krok wykonać. Swego czasu uczęszczałem na indywidualne terapie: behawioralną oraz humanistyczną, byłem też leczony psychiatrycznie na lekooporną depresję. Terapie były prywatne, jednakże teraz muszę zaufać publicznej służbie zdrowia, czy powinienem więc zgłosić się do Poradni Zdrowia Psychicznego? Do psychiatry? A może najlepiej by było, gdybym najpierw poszedł do Poradni Leczenia Uzależnień? Nie mam pojęcia, co w obliczu takiej sytuacji byłoby najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Czy warto próbować też terapii grupowej? Każdy dzień przeraża, zależy mi, żeby jak najszybciej podjąć jakieś kroki. Pozdrawiam
  15. Jestem 20 letnia kobieta, ledwo co skończyłam szkołę. Na przyszły rok wspólnie z narzeczonym zaplanowaliśmy ślub. Jesteśmy razem 3 lata od pół roku jestesmy zaręczeni. Od pewnego czasu (2-3 miesiące ) kłócimy sie o głupoty, o spędzanie czasu przed komputerem. Brakuje mi rozmów i okazywana uczuć jak było wcześniej. Brakuje miłych słów, milych gestów, czas spędzamy siedząc razem z telefonami ( prośba o odłożenie telefonu zwykle okazuje sie problemem). Ostatnio partner zadał pytanie „ dlaczego to sie tak zepsuło” Jak ratować zwiazek ? Staram sie rozmawiać jednak zazwyczaj konczy sie kłótnia. Kochamy sie.
  16. Witam, To pierwszy raz od wielu, wielu lat kiedy zwracam się z poważnym zyciowym problemem na forum, ale uznałem ze nigdy nie jest za późno i przychodzi moment kiedy jednak trzeba coś zrobić. Problem mojej rodziny polega na wspólnym zyciu z ojcem/mężem (rocznik 60) chorym na parkinsona. Ojciec dowiedział się o chorobie 20 lat temu i z tego co mama opowiada, niestety fatalnie zniósł te wiadomość, co w zasadzie jest normalne. Ojciec byl podobno normalny, okazywal uczucie w minimalnym zakresie, byl opiekunczy i ambitny. Mial cele i ambicje ktore udalo mu sie w pewnym zakresie reallizowac. Mial jednak tez wady w postaci bycia wladczym, agresywnym, narcystycznym co choroba parkinsona i potezne dawki lekow zlatami uwidoczniły te cechy przekraczając jakiekolwiek limity akceptowalności. Ojciec stracil prace (dobra prace - stanowisko kierownicze i dalsze mozliwosci awansu) przez niedowład prawej częsci ciała (było to jakos 7-8 lat temu) niestety od tamtej pory zycie z nim pod jednym dachem to koszmar. Relacje na lini mąż-żona nigdy nie były dobre z tego co mama opowiada, niestety ojciec nigdy nie mogl sie dobrze odnaleźć w związku, a z biegiem lat relacja rodzicow zamienila sie w ultra toksyczna relacje polegajaca na ciaglych wyzwiskach, przekleństwach, poniżaniach - w kierunku mojej matki. Tutaj chcialbym nadmienic ze matka od naszych nardzin (mam siostra która juz nie mieszka w domu rodzinnym) dziecinstwa az do tej pory zajmowala sie nami i domem. Dawki lekow ktore przyjmuje ojciec sa gigantyczne a to w polaczeniu z niedowladem czesci ciala - powoduje ze ojciec jest agresywny, niepoczytalny, popelnia katastrofalne decyzje finansowe, powoduje liczne kolizje samochodowe, obraza ludzi, oszukuje ich, stracił relacje z doslownie cala rodzina ze swojej strony (a w poczatkowych fazach choroby z rodzina mojej matki) Absurdalnych sytuacji do ktorych na codzien doprowadza ojciec jest tysiace, sytuacje te mocno stresuja matke i jak mnie. Chcialbym wyprowadzic sie z domu i miec to wszystko gdzies i moc zyc swoim zyciem ze swoja dziewczyna, ale zalezy mi jednak na tym zeby to zycie ojca i matki jakoś wyglądało. Sam pracuje w zawodzie od 5 lat, jestem inzynierem z wykształcenia, jestem osoba raczej introwertyczna wiec nie okazuje emocji i nie wchodze w zatargi z ojcem. Niestety wiaze sie to z tym ze jestem przez ojca, pomimo jego ciezkiej i dlugoletniej choroby - nazywany baranem, ch*ujem, nieudacznikiem. Od wielu lat slysze ze z domu musze "wypier*alać". moja matka tez slyszy te slowa od wielu wielu lat. Agresja ojca jest tak silna ze gdybym tylko wszedl z nim w jakąkolwiek bojke to moglo by sie to skonczyc tragedia, dlatego moje nerwy sa ze stali po tylu latach i nigdy do tego nie doszlo pomimo ogromnej ilosci zaczepek. Temat jest jak rzeka, problemów jest multum jednak nie wiem co robic. Prosze o wsparcie osob/fachowców o jakiekolwiek wskazówki - co robic zeby w takich warunkach przetrwac, nie stracic zdrowia psychicznego, nie doprowdzic do calkowitego szalenstwa ojca, uchronic matkę które niestety jest zniszczona psychicznie przez ojca despote który ciężko choruje. Przepraszam za pisownie, jednak edytor tekstu na tym forum widcznie szwankuje
  17. Witam wszystkich forumowiczów, tak jak napisałem w temacie pochodzę z rodziny dysfunkcyjnej. Obecnie mam 22 lata. Od małego dziecka byłem odtrącany przez matkę (na rzecz mojego młodszego brata, kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że ojciec zgwałcił moją mamę, i w ten sposób się urodziłem, znienawidziłem go jeszcze bardziej), była obecna przemoc wobec mojej mamy i dwóch starszych sióstr. Gdy miałem 9 lat mój ojciec wyjechał na kilka lat za granicę, jednak problemy trwały dalej. Jedna z moich starszych sióstr wpadała w złe towarzystwo, cięła się, brała narkotyki, awantury, przemoc i problemy ciągnęły się dalej, w domu często bywała policja, a mój ojciec ma założoną niebieską kartę. Przemoc dopadła mnie również w szkole, ze strony rówieśników, miałem trudności z nauką (przez te wszystkie czynniki w wieku 13 lat wpadłem w nałóg (masturbacja i pornografia), mimo to zdałem maturę i, z przymusu ojca tyrana, rozpocząłem studia, na kierunku historia (interesowałem się nią niemal przez cały okres szkolny), jednak nie dawałem sobie tam rady, nie miałem zapału do nauki, i po semestrze rzuciłem studia. Byłem zdruzgotany, bo był to również czas gdy odrzuciła mnie dziewczyna, i czułem się bardzo samotny. Siostra nakrzyczała na mnie, że jestem nieporadny i wygoniła mnie z mieszkania, a ojciec robił w domu awantury z powodu moich studiów. Poszedłem do pracy, w której również mnie gnębiono, mimo to wytrwałem 3 miesiące. Pogodziłem się z rodzicami, i wróciłem do domu, by rozpocząć nowe studia. W okresie między studiami, rozpocząłem walkę z nałogiem, i niestety nie dawałem sobie rady. Za pieniądze zarobione w hotelu rozpocząłem psychoterapię, miałem stwierdzoną nerwicę, objawy somatyczne, oraz refluks, wywołany nerwami. W sierpniu miałem wypadek samochodowy, miesiąc później, po imprezie na której nadużyłem alkoholu, dostałem IBSU, i do dzisiaj mam problemy gastryczne. Jestem obecnie na drugim roku studiów administracja, trudności z nauką trwają dalej, wyszedłem z nałogów, lecz od tej chwili, stałem się bardzo wrażliwy, i to jak ludzie mnie traktują boli mnie dużo bardziej. Od kilku miesięcy mój ojciec wrócił do domu, i mam bardzo duże trudności w przyzwyczajeniu się do jego obecności. Gdy policja zatrzymała mnie do kontroli, i mu o tym powiedziałem, zaczął wyzywać mnie od debili, tumanów, dałnów, i powiedział że lepiej abym się nie urodził, słyszę to bardzo często. Ciągle próbuje mnie kontrolować, gdzie jestem, z kim wychodzę, wyżywa się na wszystkich, w dodatku często wywala wszystko z szafek. Dwa miesiące temu rzuciła mnie dziewczyna (związek trwał 1.5 miesiąca, rozpoczęliśmy go po 3 tygodniach znajomości, ale bardzo się zaangażowałem, i przełamałem swój mechanizm odrzucania. Dziewczyna również miała problem, jest bardzo podobna do mnie, również niezwykle wrażliwa, ambitna, inteligentna, zamknięta w sobie, oraz nękana przez rówieśników), w dodatku jej przyjaciółka nie akceptowała naszego związku, i podczas imprezy, gdy tylko usiadła obok mnie, i ona to zobaczyła zabierała ją ode mnie, gdy wyszedłem na chwilę ze znajomymi, i wróciłem, ta pokazała mi palcem gdzie mam usiąść, wściekłem się i powiedziałem jej " że nie mam nic do ich przyjaźni, ale żeby się nie wtrącała między nas"), zabrała moją dziewczynę i inną koleżankę. Następnie w dniu Walentynek, jej przyjaciółka chciała zoorganizować imprezę, na którą mogli przyjść wszyscy ze swoimi partnerami, a moja dziewczyna nie mogła zabrać mnie ze sobą. Na trzy tygodnie przed Walentynkami, wyjechałem do Warszawy odpocząć, lecz sytuacja z Walentynkami nie dawała mi spokoju, i przeżywałem bardzo silne napięcie ( nie masturbowałem się, już od kilku tygodni, przy dziewczynie zerwałem z nałogiem), i nie mogłem spać. Po powrocie z Warszawy, i kilkudniowej wizycie mojej dziewczyny, u tejże przyjaciółki, spotkałem się z nią, i widziałem że coś jest nie tak. Powiedziała mi że ogarniają ją jakieś lęki, że to wszystko za szybko się dzieje, i coś się w niej zamyka. Było coraz gorzej, a w Walentynki, często zaglądała w telefon, i pisała ze swoją przyjaciółką. Powiedziała mi wtedy, " że widzi jak głębokim uczuciem ją darzę, ale nie potrafi tego odwzajemnić, i chciała zerwać ze mną po Walentynkach, abym nie spędzał ich sam".) Po rozstaniu mimo że minęły dwa miesiące jestem bardzo zdruzgotany, w dodatku sytuacja w domu, mam bardzo duży opór, aby podporządkować się ojcu, i skończyć te studia. W dodatku sytuacja z koronawirusem, też nie ułatwia tego. Chciałbym prosić was o opinię, ponieważ rozważam ponowne rzucenie studiów, i przeprowadzkę do innego miasta, tyle lat znosiłem ten dom, ale mam dość, aby uciec z tego domu, i zacząć swoje życie na nowo, (już tego próbowałem i wiem że nie jest łatwo, mimo to jestem osobą odpowiedzialną, systematyczną, i wytrwałą)
  18. Dzień dobry! Jakiś czas temu pojawiła mi się w głowie luźna idea o stworzeniu portalu dla psychologów, psychoterapeutów oraz coachów. W związku z tym prosiłbym was o wypełnienie tej krótkiej ankiety. Nic was to nie kosztuje, a mi zdecydowanie wszystko ułatwi (; https://docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLSfXk0AQH-Hzxy12NYCeQWXSVznh3iOUrxsD52T4OhWqk4AYjw/viewform?usp=pp_url Pozdrawiam
  19. Cześć, jestem studentką drugiego roku, mam prawie 21 lat, staram się powoli budować własną markę. Odkąd pamiętam boję się chorób, a sama myśl o pójściu do szpitala napawa mnie przerażeniem. Gdy byłam młodsza i ktoś w domu chorował, nawet był przeziębiony, omijałam te osoby szerokim łukiem. Gdy u mnie samej pojawiają się objawy nawet głupiego przeziębienia, strasznie panikuję i obsesyjnie sprawdzam u siebie wszystkie objawy. Mam skłonności do szukania objawów w internecie, a później szukam ich u siebie. Jeszcze do niedawna nie przeszkadzało mi to tak bardzo, nawet coraz lepiej mi szło panowanie nad tym wszystkim, odwiedziłam w szpitalu chorego członka rodziny. Odkąd zaczęła się epidemia to moje postępy zniknęły. Nie jestem w stanie pójść na spacer bez ogromnej guli w gardle, każdy krok dalej od domu sprawia, że brakuje mi oddechu. Jestem świadoma tego, że strach jest irracjonalny, ale nie potrafię się go pozbyć. Ciągle coś mnie boli, brzuch, ręka, noga, coś jest nie tak, w przeciągu ostatniego tygodnia miałam u siebie podejrzenia najróżniejszych chorób, w tym średnio co dwa dni nieszczęsnego koronawirusa. Jest mi bardzo ciężko, bo kocham podróżowanie i działanie, ale nie mogę po prostu przebić się przez barierę własnej głowy i obawiam się, że przez dłuższy czas tej bariery nie przełamię. Coraz częściej mam ataki lęku, występujące w najróżniejszych sytuacjach, choćby podczas rodzinnego obiadu. Czy można z tym jakoś walczyć?
  20. Na wstępie chciałbym prosić was wszystkich o dystans, tolerancje i wyrozumiałość. Zmagam się z czymś z czym tak naprawdę... nie wiem. Nie wiem co to jest, nie wiem w jaki sposób to wyleczyć ani kogo poradzić się w tych czasach jeśli chodzi o takie schorzenia. Mam nadzieję że zainteresuję tym wiele osób jak i pokażę że jednak nie warto robić niektórych rzeczy. Wyleję tutaj też wiele prywatnych informacji dlatego proszę o zrozumienie. Więc może przejdę do rzeczy.. Nie każdy ma w życiu kolorowo jak doskonale wiecie. Ja niestety zaliczałem się do tego grona. Ojciec alkoholik, bez pracy.. bezradna matka która ledwo wiąże koniec z końcem, a po samym środku tego wszystkiego - Ja. Któregoś dnia mama postanowiła odrzucić dotychczasowe życie, zabrała mnie ze Sobą, jak najdalej od ojca który wiecznie nas bił, wyzywał, ośmieszał i oczerniał na wszelkie możliwe sposoby. Zamieszkaliśmy u dziadków. Ojciec przestał się nami interesować i odzywać się do nas, mama znalazła pracę, a Ja mogłem w spokoju kontynuować szkołę. Nastał czas że zamieszkaliśmy sami, we dwoje w wynajętym mieszkaniu. Układało się całkiem dobrze. Niestety ciężko było finansowo. Starałem się pomóc mamie na wszelkie sposoby aby jakoś żyć, nie czuć głodu i mieć w co się ubrać. Obracałem się w dość chaotycznym choć ciekawym gronie który zawsze w jakiś sposób pomagał mi w trudnych chwilach. Niestety przy nich popadłem też w różnego rodzaju nałogi typu papierosy, alkohol, marihuana czy amfetamina. Zasmakowało mi to. Zasmakowało mi takie życie. Czułem się w tych momentach wolny od wszelkiego stresu, wolny od jakichkolwiek rozterek, problemów.. Byłem Bogiem we własnym świecie. Trwało to dość długo. W końcu uświadomiłem Sobie, że w tej całej, trwającej długi czas euforii, zapomniałem o najważniejszej osobie jaką wtedy miałem, o mojej Mamie. Nie mogłem patrzeć na to jak zaharowuje się i płacze wieczorami przez to co się z nami dzieje. Że nie może pogodzić się z tym że cały system Ją zawiódł. Że nie może Sobie poradzić z tym, że nie daje rady sama na nas zarobić, nas nakarmić i opłacić mieszkania. Postanowiłem że rzucę szkołę.. Mój bardzo dobry przyjaciel, któremu wiodło się o wiele lepiej, znalazł pracę za granicą, w Holandii. Bardzo Sobie chwalił tamtejsze państwo, jedzenie, pracę i rozrywkę. Postanowiłem że do niego dołączę. Pracę zdobyłem przez biuro pracy które oferowało właśnie takie prace, jak i zakwaterowania po same ubezpieczenia zdrowotne. Bardzo chciałem pomóc mamie dlatego postanowiłem że porwę się z motyką na słońce. Nigdy nie byłem za granicami naszego Państwa. Była to moja pierwsza taka podróż. W planach miałem dojazd do wyżej wymienionego kolegi, zamieszkania z nim i pracy w tej samej firmie. Zabrał mnie bus i wyruszyliśmy. Jechaliśmy dobre 12h. Gdy dotarłem do biura które znajdowało się w samym centrum Holandii, okazało się że wcale nie zostanę przewieziony do mojego przyjaciela i nie będe mógł z nim pracować. Powodu nie otrzymałem.. Dostałem inną pracę, inne lokum. Byłem w otoczeniu ludzi których nie znam. Byłem zdany tylko i wyłącznie na Siebie z 50 Euro w kieszeni. Dostałem pracę w pobliskim magazynie. Była to miła praca i poznałem dużo super ludzi, lecz tak naprawdę w głowie miałem tylko to by być z moim przyjacielem. Walczyłem z biurem około miesiąca by mogli mnie przydzielić do jego pracy i kwatery. Wolny czas spędzałem paląc świeżą marihuanę, próbując holenderskich smaków jakie posiada tamtejsza kuchnia i zwiedzając okolicę. W końcu biuro pozytywnie rozpatrzyło moją sprawę. Nadszedł czas kiedy spotkam się z moim przyjacielem. W między czasie opowiadał mi o różnego rodzaju atrakcjach które mają u Siebie. O grach, ciągłych libacjach, bez stresowym życiu i super pracy. Byłem bardzo podekscytowany. I w końcu dotarłem.. Byliśmy naprawdę szczęśliwi widząc Siebie nawzajem. Oczywiście mój przyjazd uczciliśmy solidną dawką marihuany i super towarzystwa. Praca w firmie w której oby dwoje byliśmy zatrudnieni była bardzo przyjemna. Wydawało mi się że mam wszystko czego potrzebuję. Jednak był w tym wszystkim jeden dzień który musiał to wszystko zniszczyć. Popalając marihuanę, papierosy czy pijąc alkohol, zawsze mówiłem Sobie że nigdy w życiu nie wezmę do ust żadnego rodzaju tabletek, pigułek itp. Podobał mi się stan po marihuanie, chciałem trwać tylko w tym i poprzysiągłem Sobie że nigdy nie wezmę niczego innego. Pewnego dnia, leżąc w łóżku i odpoczywając, budzi mnie jakiś cały obśliniony i zmasakrowany koleś który namawia mnie na wzięcie tzw '' pigsy '' . Stanowczo odmówiłem, usuwając szkodnika z pomieszczenia w którym się znajdowałem. Po chwili przyszedł drugi koleś który proponował mi dokładnie to samo lecz był bardziej nahalny i bardziej przekonujący od swojego poprzednika. Nie wiem co we mnie we mnie wstąpiło w tym momencie, nie wiem czym się kierowałem ale.. przekonał mnie. Złamał totalnie moje ego i moją barierę. Wziąłem 1 tabletkę, była różowa i z tego co pamiętam, mówili na nią '' Rolex '' . Nie zapiłem nawet jej niczym, poprostu wziąłem do ust, i połknąłem. Zszedłem na dół.. zacząłem grać z kolegą na konsoli. Nie było mi dosłownie nic. Czułem się tak jakbym w ogóle nic nie wziął. Spytałem kolegi obok czy też brał po czym odpowiedział że tak tylko troszkę więcej ode mnie. Spytałem ile, odpowiedział mi że 6 tabletek. Byłem w szoku. Ten człowiek wyglądał jak by nie zażył kompletnie nic. Mijały kolejne minuty a Ja nadal czułem się doskonale. Poczułem suchość w ustach i postanowiłem napić się wody ( wyżej napisałem że nie zapijałem tabletki zadnym płynem) . Był to największy błąd jaki zrobiłem. W ciągu kilku sekund po wypiciu wody dostałem potężnych halucynacji, zachwiania równowagi i tzw '' burzy w głowie '' . Nie wiedziałem co się dzieje. Miałem duszności, słyszałem głosy. Chciałem żeby ta męka się już skończyła. A to się dopiero zaczęło.. Resztkami sił wyszedłem na podwórze gdzie ukląkłem na kolana i złapałem się za głowę. Spędziłem w tej pozycji jakies 4-5 godzin bez ruchu. Nie mogłem zwymiotować, choć próbowałem nie raz. Nie mogłem zrobić dosłownie nic, zostało mi tylko czekać aż stracę przytomność albo zginę. Mój przyjaciel był w tym momencie po za domem jak i reszta domowników. 2 jełopów którzy dali mi te tabletki wyglądali jeszcze gorzej niż Ja. W pewnej chwili zrobiło mi się lepiej. Starałem się wstać lecz miałem bezwładne nogi od tak długiego okresu klęczenia na bruku. Po 20-30 minutach krew doszła do moich kończyń i mogłem wstać. Natychmiast wszedłem na górę i bez zastanowienia położyłem się do łóżka. Zasnąłem z dużymi trudnościami, ale jednak się udało. Od tego dnia nic już nie było takie jak było wcześniej. Moje samopoczucie znacznie się pogorszyło. Nie czułem się już nigdy tak dobrze jak kiedyś. Po kilku dniach od tego incydentu miałem uraz kolana ( chociaż nie wiem czy ma to jakikolwiek związek z całą sprawą ). Rzepka w kolanie przemieściła się dosłownie pod moje kolano.. Ból straszny a jeszcze gorsze nastawienie jej z powrotem. Zabieg, usztywnienie całej nogi i dobre 3-4 tygodnie spędzone w łóżku. W między czasie kiedy tak leżałem bardzo dziwnie się poczułem, bardzo słabo, było mi duszno. Czułem że zaraz zemdleje. Po chwili jednak puściło. Niestety nawracało z powrotem, i znów puszczało. Nie jestem w stanie opisać dokładnie jak się wtedy czułem. Było mi poprostu bardzo słabo, czułem że poprostu, padnę, zemdleję.. lecz jednak nie dochodziło do takich sytuacji. Brzmi to dziwnie.. dość fikcyjnie. Lecz wszystko to jedna wielka prawda. Napady omdleń miałem przez dobre 2 tygodnie po kilka godzin dziennie. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Przyszedł jednak taki dzień że poczułem się troszkę lepiej. Omdlenia ustały. Byłem bardzo zadowolony że moje cierpienia się skończyły. Postanowiłem wrócić do pracy. Po okresie około 3 miesięcy postanowiłem wrócić do Polski. Pomóc mamie w codziennych obowiązkach, podzielić się tym co zarobiłem. Dać mamie troszkę swobody od codziennej rutyny. W między czasie dalej popalałem marihuanę i papierosy, zdarzało się wypić jakieś piwo ale nic więcej. Czułem się dobrze i nie miałem już żadnych omdleń itp. Po powrocie do domu wszystko było w porządku. Moja mama była ze mnie zadowolona, jak i z pieniążków które otrzymała na życie. Ja postanowiłem że nie wrócę już na razie za granicę i będę się dalej uczyć. Tak postanowiłem, tak zrobiłem. W między czasie wróciłem do starych znajomych i dalej popalałem samą trawkę. Jeśli chodzi o zdrowie, czułem się bardzo dobrze. Po powrocie z Holandii i incydencie z '' pigsą '' minął rok. Poznałem piękną kobietę, byliśmy w związku i bardzo się kochaliśmy. ( kochamy do tej pory, została moją narzeczoną ) . Jest abstynentką, nie pije, nie pali i nie używa żadnego rodzaju środków odurzających. Pewnego dnia postanowiliśmy odpocząć od miastowego zgiełku i udać się na piękną, dużą, słoneczną polanę za miastem. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. W międzyczasie wjechaliśmy do sklepu. Kupiłem Sobie napój energetyczny. Gdy byliśmy na miejscu, doszliśmy na polanę i cieszyliśmy się razem wspólnie spędzanym czasem, wypiłem puszkę energetyka, po czym odpaliłem połowę jointa który schowałem na później. Wypiłem, spaliłem.. czułem się świetnie. Tak samo jak moja narzeczona. Po jakiś 30 minutach jednak nie poczułem się za dobrze. W myślach miałem tylko jedno.. TO ZNOWU WRÓCIŁO. Upadłem.. zacząłem mdleć i słabnąć. Narzeczona zabrała mnie do samochodu, dała wody, opiekowała się jak mogła. Uczucie które mi towarzyszyło w tym czasie było dosłownie takie samo jak w Holandii. Byłem bardzo słaby i przestraszony całą sytuacją. Poczułem się troszeczkę lepiej, powiedziałem narzeczonej by zabrała mnie do domu. Tak zrobiła. Odstawiła mnie do domu gdzie czekała na mnie moja mama. Gdy spostrzegła mnie w drzwiach była przerażona. Byłem cały blady, bez sił do życia. Moja kobieta pojechała do Siebie, a mną zajęła się mama. Od tej pory było już tylko gorzej. Znów miałem powroty zasłabnięć i omdleń. Bywało że nie ustawały, i dręczyły mnie po 12 godzin. Cały czas w kółko, omdlenie i zaprzestanie, ponowne omdlenie i zasłabnięcie i zaprzestanie omdlenia.. Objawy utrzymywały się przez dobry miesiąc. To było piekło. Jedno wielkie piekło.. W szpitalach doktorzy rozkładali ręce, nikt nie mógł nic ze mną zrobić. Podawali mi kroplówki, magnezy, różnego rodzaju leki ale to nic nie dawało. Jedynie gasiło omdlenia na jakiś czas. Miałem robiony szereg badań które nic nie wykazały. U kardiologa wszystko w porządku, u neurologa tak samo, krew i mocz w normie. Nikt nie mógł nic zrobić. W końcu pojawił się doktor który podszedł do mnie i mojej mamy i chciał dowiedzieć się więcej o mnie i tym co mi dolega. Opowiedziałem mu całą historię ze szczegółami. Kazał mojej mamie wyjść i zostaliśmy sami. Do tej pory nie wiem w jakiej dziedzinie specjalizował się ten doktor ale polecił mi jedną ze swoich lekarstw, czyli pracę.. Kazał pracować. Pójść do pracy, przebywać z ludźmi, rozmawiać i skupiać się na pracy. Poczułem się troszkę jakby Sobie ze mnie zażartował, ale mówił zupełnie poważnie. W tamtej sytuacji ciężko było znaleźć pracę, tym bardziej że cały czas miałem napady omdleń. Ale w końcu się przełamałem i się udało. Poszedłem do pracy i tak jak powiedział pan doktor, rozmawiałem i przebywałem z ludźmi. Rzuciłem wszystkie używki. Poczułem się naprawdę doskonale. Od tamtego momentu było już tylko lepiej. Zacząłem zarabiać, szkoły niestety nie ukończyłem ale aktualnie to nadrabiam ucząc się w szkole średniej, zamieszkałem z moją narzeczoną, kupiłem pierwszy samochód, pierwsze zwierzątko. Moje życie w końcu nabrało sensu. Wróciłem jedynie do papierosów. Nie powodują że mdleje. Jest jednak w tym wszystkim pewien niesmak. Poświęciłem się pracy i szkole.. mojej Kobiecie. Zapomniałem w tym wszystkim o Sobie. Mija tak już 4 rok mojej abstynencji. Czasami próbuję chociaż posmakować piwa czy jakiegoś drinka w towarzystwie. Ale nie mogę, od razu zaczynam się źle czuć. Nie mogę dotknąć dosłownie nic oprócz papierosów. Jaki jest morał i puenta tego wszystkiego.. Życie to nie zabawka, narkotyki to nie zabawki a zdrowie to nie klocki lego które jak się rozleci to można od tak odbudować. Żałuję w swoim życiu wiele rzeczy i bardzo chciałbym cofnąć czas żeby to wszystko naprawić by czuć się teraz inaczej, ale już nie mogę. Chciałbym chociaz w towarzystwie kiedykolwiek napić się czegoś mocniejszego w niedużych ilościach. Z tąd moje pytanie do was wszystkich. Czy jest coś lub ktoś kto może mi pomóc ? Bym jeszcze kiedykolwiek mógł wypić chociaż drinka we własne urodziny czy sylwestra? Czy można zrobić coś żeby naprawić mój błąd z przed 4 lat bym znowu poczuł się normalnie ? Za razem dziękuję wszystkim tym którzy to przeczytali i zrozumieli. Mam nadzieję na dojrzałe komentarze i poważne wypowiedzi. Pozdrawiam wszystkich.
  21. Dzień dobry. Jestem 35 letnią żoną i matką 2 dzieci. Odkąd urodziłam pierwszego syna borykam się z depresją, nerwicą lękową i nerwicą natręctw (w 2016r uczestniczyłam w terapii grupowej oraz brałam leki citabax20). Brak pomocy ze strony najbliższych, "zerwanie" z dotychczasowym życiem i zamknięcie w domu z małym dzieckiem wywołały depresję. Denerwowałam się na syna...Gdy miał 3 lata zaczęłam diagnozować Go w kierunku autyzmu , sama bez pomocy męża. To mnie złamało zupełnie. Zaczęłam miewać napady paniki w domu i w miejscach publicznych. Obwiniałam się że to moja wina, że byłam i jestem złą matką. Że za dużo krzyczałam a za mało kochałam. Byłam z tym wszystkim sama. W 2016r zaszłam w kolejną ciążę. W ciąży nawrót depresji, chciałam poronić ze strachu o dziecko, o to czy dam radę. Po porodzie nerwica natręctw - obsesyjne mycie rąk, ciała mojego i synka. Strach przed chorobami bakteriami itd...zdołałam w miarę sama z tym się uporać. Niestety nie do końca. Nie mam wsparcia w mężu. Chodzę przemęczona i niestety cała opieka nad synami i dom należy do moich obowiązków. Synków kocham nad życie a mimo to krzywdzę ich krzykiem, brakiem cierpliwości i czasu dla nich. Potrzebuję terapii ale nie potrafię znaleźć w ramach NFZ lub darmowej. Na prywatną mnie nie stać. Chciałabym także zacząć ponownie brać leki i poczuć spokój i chęć życia. Teraz czuję niechęć do siebie jako do matki, jako kobieta poprostu nie istnieję.
  22. Witam jestem 20 letnia studentką dietetyki, która prosi o pomoc bo czuję, że dłużej sobie psychicznie nie poradzę... 7 lat temu zmarła moja mama na zawał serca, gdzie w wieku 13 lat dość mocno to przeżyłam. Rok później w wyniku wypadku zmarła babcia, która zastępowała mi mamę. Od tamtej pory nie mogę sobie poradzić. Tata, który jedynie mi został w ogóle się nie interesuje co się u mnie dzieje, gorzej nawet, że o wszystko mnie oczernia, wyzywa, miesza z błotem. Nie mamy ze sobą dobrego kontaktu, nie wie co się u mnie dzieje, często pije alkohol. Jestem zdana tylko na siebie , nie mam żadnych przyjaciół i czuję powoli brak sił do życia... Oprócz tego, że nie mam się komu wyżalić co się dzieje ze mną to w domu wykonuje większość obowiązków ze względu na sytuację... Czuję, że zaczynam tracić siły i nie wiem już co robić. Często płacze i umiem przesiedzieć cały dzień w pokoju. Nie wiem czy to jest depresja czy to stres pourazowy związany z tym co trafiło mi się w tak młodym wieku. Staram się nie poddawać ale juz chyba nie umiem, nawet studia nie przynoszą mi radości. Nie wiem co robić i co jest nie tak. Proszę o pomoc
  23. Hej, nazywam się Klaudia mam 22 lata od roku cierpię na ataki lęku,paniki. Chodzę do psychologa (NFZ) w obecnej chwili oczywiście jest to niemożliwe bo koronawirus. Moja psycholog stwierdziła że to nerwica lękowa. Dodam, że nie pracuje w tej chwili. Nie mam zajęcia ciągle czytam coś w internecie, najczęściej o chorobach. Miałam mieć jutro pierwsza wizytę i psychiatry w celu przepisania leków na sen bo oczywiście nie mogę spać a raczej boje się usnąć. W dodatku w ciągu ostatnich lat dużo się działo w moim życiu zaczęło się od rozwodu rodziców, ciężkiego rozwodu długotrwajacego nie mam kontaktu z ojcem od tego czasu później miałam problemu w szkole, byłam zagrożona, później umarł mi dziadek z którym byłam bardzo blisko (zmarł na raka i nie chciał się leczyć). W tamtym roku zaczęły mi doskwierac bóle w klatce wysoki puls. Kilka razy pogotowie EKG,echo wszystko super. Odwiedziłam kardiologa wszystko dobrze. Później zaczęłam mieć problemy z równowaga, kręciło mi się w głowie. Kilka wizyt prywatnie u neurologa wszystko dobrze. Potem bałam się że mam SM. W międzyczasie miałam problemy z układem pokarmowym. Zaczęło mnie boleć po jednej stronie podejrzewałam raka trzustki, przeszłam badania i USG wszystko super. Wyniki krwi też super. Zaczęły mnie bólec piersi bałam się że mam raka piersi. Ogólnie mówiąc odwiedziłam praktycznie wszystkich możliwych specjalistów. Wydałam dużo kasy. Wszystko super. Był moment że czułam się super. Ale od jakiego miesiąc miewam ogromne problemy ze snem. Potem zaczęłam mieć problemy z pamięcią i koncentracją. W tej chwili boje się że mam chorobę psychiczną (moje objawy zgadzają się że wszystkim co przeczytam w internecie od schizofrenii, cyklofrenii i hipohondrii) boje się że zamkną mnie w szpitalu. Nie mam wsparcia w najbliższych nawet mój chłopak ma mnie dość z powodu tego że ciągle mówię o swoim zdrowiu ciągle narzekam że coś mi jest. Ostatnio czuje się strasznie zagubiona, zmęczona i taka jakbym nie była sobą. Czuje się jakbym przegrała życie , że nie czeka mnie nic dobrego. Boje się o siebie i o to że coś mi się stanie i zabiorą mnie do szpitala psychiatrycznego mimo że nie mam widocznych objawów to czuję się źle psychicznie sama ze sobą. Momentami czuje się taka wyłączona. Boje się że to nie nerwica lekowa a coś gorszego a moja psycholog źle mnie zdiagnozowała. Masakra nie mogę normalnie funkcjonować, pracować ani planować. Boje się że chłopak mnie zostawi bo on chce mieć rodzinę, dzieci a ja się boje jedynie o siebie i swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Czy przy hipochondri można sobie wmawiać też choroby psychiczne bo przez fizyczne już przebrnęłam?
  24. Na łamach starej wersji strony pod adresem http://ocalsiebie.nazwa.pl/blogs niektórzy klienci publikowali opinie o usługach psychologów Gabinetu Ocal Siebie. Załączam je poniżej i jednocześnie pozostawiam temat otwarty na wypadek, gdyby ktoś chciał coś dodać lub napisać własną opinię.
  25. Witam, Na wstępie krótko o mnie. Mam siedemnascie lat( wiem że forum jest od 18 lat lecz proszę nie usuwać mojego posta ani profilu, proszę to dla mnie bardzo ważne), od niecałego roku diagnozuję u siebie derealizację, nie wiem, nie jestem pewny, nie jestem lekarzem. Często mam stan odrealnienia, niepełnej świadomości. Jest to wrażenie jakbym oglądał film z mojego życia a nie jakbym żył. Wszystko wydaje się bez sensu, towarzyszy mi uczucie niepokoju, lęku i strachu. Stany nastały wraz z zakończeniem zeszłorocznych wakacji, stres związany z nową szkołą (liceum). W październiku straciliśmy razem z ukochaną dziewictwo, czym początkowo się stresowałem i miałem różne irracjonalne obawy, że się coś popsuje w naszym związku gdy zaczniemy uprawiać seks lecz wręcz przeciwnie. Od tamtego czasu również niesamowicie się stresowałem i bałem miesięcznego wyjazdu mojej dziewczyny, który odbył się w lutym. Cel wyjazdu jeszcze bardziej potęgował mój strach, moja dziewczyna (16 lat) wyjechała sama do Grecji do pracy. Jest modelką a ja mam złe nastawienie do modelingu, dowiedziałem się po wspólnej rozmowie ,że ona również uważa tak samo jak ja i wraz z zakończeniem kontraktu (sierpień- jej siedemnaste urodziny) rezygnuje z tej pracy. Byłem na jednej wizycie u psychiatry. Zleciła mi badanie EEG którego wyniki będę miał prawdopodobnie jutro. Na kolejne spotkanie miałem przyjść wraz z wynikami. Od paru tygodni mam problemy z oddechem, mianowicie nie jestem zdolny do wzięcia pełnego oddechu plus do tego dochodzą trudności z ziewaniem i częste ziewanie (problemy z ziewaniem mam odkąd pamiętam. Muszę się bardzo skupić ,a że jestem strasznym sensorykiem, przy ziewaniu muszę mieć pewność że nikt nie dotknie moich stóp. wiem że to głupie ale mam tak). Czytałem że może to być nerwica. Jak się stresuję często moje nogi "latają", drżą. Po tym miesięcznym wyjeździe mojej dziewczyny widzieliśmy się zaledwie 4 razy i nagle jak grom z jasnego nieba przyszła epidemia. A myślałem że luty to było piekło, nie wiedziałem co nas jeszcze czeka. Już luty zniosłem z trudem. Moja dziewczyna jest ze mną i mnie wspiera i wie o moich dolegliwościach. Przytłacza mnie też obecna sytuacja na świecie i to iż nauczyciele zadają irracjonalne zadania i nie dość że musimy sami opracowywać nieznane nam tematy to mamy zadawane zadania DO DOMU. To są właśnie moje problemy z którymi jest mi trudno się zmagać. Szukam pomocy na tym forum.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.