Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'osobowość'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 121 wyników

  1. Jestem tu nowy i na wstępie zacznę, że nie miałem nigdy w zwyczaju wchodzić na tego typu fora, czy inne grupy dyskusyjne. Jednak jak to się mówi "tonący, brzytwy się chwyta" (nie żeby to forum, było tą brzytwą czy coś!). Postanowiłem jednak podzielić się ogólnie, jakoby szukając wsparcia czy też rady, a może i opadu szczęki. Od razu zaznaczam, że nie wiedziałem dokładnie w jakim dziale dać temat, ponieważ tyczy się wielu zagadnień jakby. Chodzę też do psychologa (ponad rok) i byłem nawet w szpitalu psychiatrycznym na obserwacji. Nie wiem co mi jest... i czy cokolwiek mi jest. Może po prostu niezbyt tu pasuję? A może wykoleiłem się z pociągu zwanego życiem? Zacznę jednak od początku. Postaram się krótko, bo opowieść ta niesłychanie długą jest. Mam 26 lat, kawaler. Nigdy nikogo nie miałem. Znajomych za bardzo też nie. Jakoś tak nigdy nie pasowałem do większości, którą spotykałem - chociaż bardzo chciałem. Jak to powiedział Einstein "Tylko życie poświęcone innym, warte jest przeżycia". Życie samotne jest trochę bez celu. Według mnie żyjemy dla innych, z innymi, wspieramy się, dbamy o siebie. Niestety całe swoje życie jedynie obserwowałem.... obserwowałem jak inni mają znajomych, chodzą razem, spacerują, chodzą na imprezy czy bawią się. Mnie to wszystko ominęło (czyt: imprezy, osiemnastki, większe spotkania towarzyskie). Czuję aż w kościach ten kryzys wieku średniego kiedy mnie dorwie przez te braki w doświadczeniach. Tak czy inaczej... rozpędziłem się trochę. Wróćmy nieco wcześniej do czasu kiedy miałem 19 lat. Rozpocząłem studia w większym mieście, gdyż sam pochodzę z małego miasteczka, gdzie nic nie ma. Niestety natłok nauki, ilość prac do pisania, stres związany z samotnością w tym miejscu (tak to chociaż siostrę miałem!) przyczyniły się do tego, że dostałem bardzo silnego załamania psychicznego. Potrafiłem leżeć w łóżku i krzyczeć do ściany. Zamykałem się też w szafie czy zamykałem i otwierałem drzwi. Nie kontrolowałem tego! To było straszne... po 2 tygodniach wziąłem się w sobie i postanowiłem wrócić na studia, nadrobiłem zaległości, ale ponownie wrócił natłok nauki i innych rzeczy, z którym nie dałem rady. Zrezygnowałem. Wróciłem do domu, gdzie przez ojca wyzwany zostałem od śmieci, debili... i lepiej by było żebym się nie urodził. I tak to trwało... płacz, ból serca i wieczne nękanie ze strony ojca, że jestem śmieciem. Zaczęły się stany lękowe, inne tego typu rzeczy. Po roku czasu postanowiłem zacząć inną szkołę, jednak drugiego dnia... cały stan ze studiów wrócił. Silny atak lęku i paniki. Mój umysł jakby nie działał. Miałem wrażenie, że zaraz jestem w stanie rzucić się pod samochód, byle tylko zakończyć to wszystko. Zrezygnowałem po raz kolejny... Dalej wyzywany, dalej niewiedzący co z sobą zrobić. I tak minął kolejny rok... potem udało się złapać na jeden kurs, było w miarę dobrze, staż... a po stażu znów pustka. Pojawiające się myśli o bezdomności, rozważania filozoficzne, główkowanie, burza mózgów. Mijały kolejne lata, a ja... siedziałem w miejscu. Widziałem jak ludzie w moim wieku prą naprzód. Osiągają sukcesy zawodowe, mają towarzysza życiowego, a ja siedziałem... i obserwowałem. Czułem się jakbym wykoleił się z pociągu życia. Mój pociąg uciekł... uciekli rówieśnicy... uciekali młodsi, a ja siedziałem na łące z boku i obserwowałem. Nie potrafiłem zebrać się w sobie, by móc coś zacząć... coś zrobić. Nie wiedziałem co. Mała miejscowość nie pomagała. Niewiele tu pracy, niewiele jest do robienia. Głównie fizyczne prace - a mimo, że jestem facetem to niestety niezbyt mi takie wychodziły. Nie było motywacji, pasji. Po czasie zaniknęły także marzenia. Wieczny strach przed zmianą. Wszystko to jest bardzo ogólne. Nie sposób wypisać wszystkich myśli, celów, idei jakimi się kieruję. Jedno wiem na pewno - chciałbym odmienić swoje życie. Niestety nie potrafię. Mała miejscowość jak wspomniałem - powoduje, że nie jestem w stanie robić tego co chciałbym robić, bądź do czego w jakimś stopniu się nadaje. Nawet mi się nie chce! Ilekroć mam przeglądać oferty pracy czuję jak dostaje palpitacji serca. Naturalnym wyjściem... zarówno od toksycznego ojca jak i ucieczki z tej wymarłej ziemi - byłaby ucieczka do większego miasta. Tak, to logiczne. Jednak nie potrafię tego zrobić samemu. Napada mnie irracjonalny strach. Mam go zarówno jak idę do sklepu, w relacjach z innymi, nie mówiąc już o rozpoczynaniu jakiejś pracy! Mam wrażenie, że gdybym mieszkał w większym mieście tak normalnie - to próbowałbym nowych studiów (już wcześniej) czy patrzyłbym na pracę (bo taka faktycznie jest i to cała masa różnych ofert w przeciwieństwie do mojego zadupia). No, ale podjęcie pracy wymaga wyprowadzki, a to zmiana życia o 180 stopni! Nie potrafię go zmienić nawet w 10 stopniach, a co dopiero obrót o 180. Równie dobrze mógłbym iść do zakonu, bo to też drastyczna zmiana (o czym też rozważałem, ale jednak zmiana to zmiana, mój strach mnie paraliżuje). Chciałbym być wśród ludzi... poczuć jak to jest z nimi przebywać, bawić się. Nie mam jednak z kim, a samotne poznawanie nowych ludzi jest jedynie przez internet i trafiam ludzi z niego tak jakbym był bombą atomową. Dookoła mnie - żadnych znajomości w promieniu 80km. Gdybym mieszkał w Krakowie czy nawet w Opolu miałbym już z 10 znajomych! Los mi chyba nie pomaga. Tak wiem, że to wszystko brzmi jak lament czy coś... ale czasem muszę się wygadać, a nie mam komu. A dzisiaj to już w ogóle tak się porobiło, że znowu mam te "gorsze dni". Muszę znaleźć jakieś rozwiązanie z tego marazmu. Zostanie tu gdzie jestem to dalsza katorga - Z drugiej strony nie ma tyle odwagi + lęki, by z niego samemu uciec - Potrzebna by była druga osoba - Takiej nie ma - Zostanie tu gdzie jestem to dalsza katorga... Następuje błędne koło, z którego nie potrafię uciec. Po tylu latach zatraciłem nawet większe marzenia, czy chęć tworzenia związku (bo uznaje, że się do tego nie nadaje już). Mimo wszystko staram się optymistycznie podchodzić do życia, no ale nie zawsze to wychodzi. A już zwłaszcza kiedy poznaje w internecie nowych znajomych... i niby jest fajnie... dopóki nie opowiem swojej historii. Wtedy nagle jest takie "Yyyyy..." No i niby dalej jest spoko, ale już to nie to samo. Potem ten temat powraca i z czasem wychodzi na to, że "jesteś żałosny", "jesteś debilem", "ogarnij się", "zmień coś". Jakby to było takie łatwe! Nie są w moim umyśle i nie wiedzą co przeżywam! A przeżywam wiele... rozterek, problemów filozoficznych. Ja wiem czego potrzebuję... potrzebuję mistrza! Kogoś kto nauczy mnie jak żyć. Pragnę siedzieć pod wodospadem i nosić wiadra na kiju, unosząc się na desce nad rzeką. Takie wiecie... szkoła życia. Nie potrafię już żyć... czuję, że nie potrafię. Chciałbym, wyobrażam to sobie, ale... pojawia się strach, lęk, pojawiają się myśli natury filozoficznej w stylu "A może lepiej być bezdomnym? Wtedy się uwolnisz! Nie będzie domu więc nie będziesz miał do czego wracać, a wtedy będziesz mógł w końcu ruszyć w świat! Kajdany zostaną zdjęte". - Takie właśnie myśli mi towarzyszą. Nie potrafię się uwolnić. Zapuściłem korzenie w swoim mieście, którego gdzieś tam głęboko w serduszku "nienawidzę", chociaż wiem że nie powinienem używać takich słów. No, ale tak to czuje! Stałem się więźniem własnego ciała! A dusza chce lecieć! Chce tworzyć! Zmieniać świat na lepsze! Jestem kreatywną osobą... tak myślę. I myślę też, że wyobraźnia to najlepsze co mam. Piszę opowiadania, napisałem nawet dwie książki (ale ich nie wydałem, kurzą się na dysku). Stworzyłem liczne gry komputerowe 2D (za darmo, nie zarabiam na tym, bo kolejne schizy i poczucie "nie są na tyle dobre by je sprzedawać"). Nie wiem co bym chciał. Znaczy wiem, mistrza, ucieczki, pisałem o tym. Niczym bohater filmu "Wszystko za życie" uciec w dzicz i zostawić wszystko! A właściwie nie tylko filmu, bo taka postać istniała faktycznie i ten film to jakby jego biografia. No, ale z drugiej strony chcę być wśród ludzi, cieszyć się z nimi, bawić się... dwie skrajności. No i zastój. Ciężko to wytłumaczyć. Ciężko mi to wytłumaczyć. Wiele osób może mieć mnie za życiowego przegrywa. Chociaż patrząc z perspektywy innego świata, któż to wie. Może wcale tak nie jest? Niemniej jednak będąc na tym świecie wciąż się tak czuję. Czuję się jak przegryw, płynąc przez życie jak samotny żagiel - jak to śpiewał pan Andrzej Siewierski. Nie wiem już co robić, bo plan, który (w moim mniemaniu by mi pomógł) jest niemożliwy, gdyż wymaga udziału drugiej osoby. No wiecie, co by nie być samemu, mieć jakieś wsparcie, oparcie, by jakoś się żyło. Samemu dostanę znów ataku w wielkim mieście i co? I jeszcze pozabijam wszystkich! Nie no tak drastycznie raczej nie. Żartuje sobie. Ja zabawny jestem... chyba. No i takim oto sposobem, trochę opowiadając o sobie, trochę o przemyśleniach napisałem tą historię i ten post. Nie wiem co mam robić. Po prostu nie wiem. Jestem zagubionym samotnym żaglem. Chciałbym zmieniać świat, zostać kimś ważnym. By mi budowali pomniki! No, ale... jest jak jest. Taaak... rozpisałem się. Musiałem się wygadać obcym ludziom na forum. Na koniec przypomnę, że chodzę do psychiatry, do psychologa (a nawet te rzeczy były zmieniane i przeszedłem już przez kilku specjalistów). Obecnie trzymam się jednej psycholog od ponad roku, ale niezbyt tak mi pomaga to wszystko. Mam nawet wrażenie, że zapomina ona o tym o czym ze mną rozmawiała, wiele razy pytając się o to samo, a potem się dziwiąc. Nie dziwię się. W końcu ma wielu pacjentów, a moje wizyty raz na miesiąc, ale zastanawiam się czy w takim razie jest w tym szansa. Może jestem skazany na samotność? Ktoś musi! Dzisiaj na wizycie na moje kolejne rozmyślenia powiedziała, że może mnie zapisać na kurs grania na harmonijce. Siedzę tak i mówię... "Harmonijka? Jeżeli o muzykę chodzi wolałbym jakiś fortepian czy skrzypce", na co ona, że nie mamy takich rzeczy tylko harmonijka. Tak... harmonijka... niech ta rozmowa będzie dowodem na jakiej wymarłej ziemi mieszkam. I jak tu spełniać marzenia? Jak dokonywać czegoś wielkiego? Jeżeli znikąd pomocy, a lęki i dziwny strach wyżera cię od środka? Nie wiem już co robić (powtarzam się wiem!). Po prostu nie wiem. Zostać bezdomnym... to jest to. No przecież to takie oczywiste... Piszę wiec ten post w nadziei, że tutaj otrzymam jakąś radę (która będzie zgodna z moimi ideałami i przemyśleniami oczywiście!). Chociaż bardziej chyba liczę na cud. Na tajemniczy zbieg okoliczności, który wyrwałby mnie z tego bagna. Dziękuję za uwagę.
  2. Witam Czy to jest normalne, że jeszcze w tych czasach urażają mnie wulgarne słowa?
  3. Witam Mam na imię Piotr, mam 40 lat. W każdej dziedzinie, grupie ludzi jestem najgorszy. Było m. in. na praktykach ZSZ ale ukończyłem tą szkołę. Następnie zakończyłem edukację w LO dla dorosłych - egzaminy eksternistyczne dalej niepubliczną szkołę policealną - technik informatyk ale mało wiedzy wyniosłem z niej. Potem dopiero zdałem maturę na dop. Następnie spodobały mi się studia pielęgniarskie. poszedłem niestety do niepublicznej szkoły i tam znowu czułem się najgorszy. Niestety był problem z pracą po niej. Zacząłem uczyć się języka angielskiego (jeszcze podczas studiów) bo chciałem pracować w UK w jakimś szpitalu. miałem oferty ale podczas rozmów okazywało się, że mam jeszcze za słaby angielski. Mama wypatrzyła w ogłoszeniu (w kraju) ale z dala od domu i podjąłem nią. W pracy na bloku operacyjnym odpadłem, po miesiącu powiedzieli mi, że mam problemy z koordynacją a w tym zawodzie podobał mi się właśnie blok. szukanie pracy był w dalszym ciągu. W końcu znalazłem blisko ale było znowu niepowodzenie. Nie radziłem sobie bo trafiłem na OIOM a od ukończenia studiów minęło ok. 3lat. przeniesiono mnie na inny oddział ale oddziałowa okazała się SSmanką. Zwolniłem się po 1tyg. (miesięczne wypowiedzenie w tym L4). po dojściu do siebie dalej szukałem za granicą ale skoczyło mi się prawo wykonywania zawodu w UK. Było bardzo trudne wznowienie i zrezygnowałem szukania tam pracy. Zacząłem się uczyć j. norweskiego i międzyczasie (bo 40 na karku) zdecydowałem się na szkolę policealną - technik elektroradiolog i tam znowu byłem najgorszy w grupie. Jest mi ogromy wstyd, że jestem po studiach a byłem najgorszy później w szkole policealnej! Na ostatnim semestrze przerwałem naukę norweskiego. Niestety dzisiaj oblałem egzamin praktyczny bo nie doczytałem polecenia. Czuję się jestem po prostu głupi i du*a, nienadający się do niczego. Od dzisiaj już całkowicie przestałem wierzyć w siebie. Nigdzie nie podobam się ludziom. Za chwilę będę obchodzić niestety 41 urodziny. Czuję, że muszę oddać dyplom i świadectwa aż do III klasy szkoły podstawowej a za chwilę 50-tka. Przecież do teraz powinienem znać język angielski śpiewająco. Mam kłopoty ze słuchu z językiem. Nie nadążam z natychmiastowym przypominaniem słów? a podobno słownictwo miałem dobre. Aha, chodzę też na treningi karate i tam też jestem najgorszy! Nici z marzeń!!!
  4. Witam, Jestem 18 letnią uczennicą technikum i od jakiegoś czasu czuję się zagubiona. Prawdopodobnie to normalne w wieku dorastania, chociaż ostatnio w pewnym magazynie psychologicznym przeczytałam pewien artykuł, który się nazywał "sztuka znikania" czy coś takiego. W dużym skrócie polegał na tym, że swoją osobowość odepchnelo się na bok na rzecz zaspokajania potrzeb i oczekiwań innych. Poczułam, że ten opis dotyczy mnie w 100% a jakiś czas temu przestało mnie zadowalac moje hobby (rysowanie) tak jak przed pójściem do tego technikum (bo w nim czuję presję i potrzebę doskonalenia się w nim "na siłę" czy tego chcę czy nie i generalnie chyba uległam presji oceny ze strony otoczenia, w którym jest nacisk na "rozwój"). Nie potrafię się zmotywować do niego wiedząc, że już coś, co wydawało się być moje własne i prywatne, teraz jest pod czyimś okiem. Nigdy nie traktowałam tego hobby na poważnie mimo że rysowalam codziennie. Prawdę mówiąc chyba mało rzeczy traktowałam kiedykolwiek na poważnie i pokazywałam, że mi na nich zależy. Zawsze liczyło się zdanie rodziców, których opinia była wyżej niż moja własna i pod nich dostosowywalam moje potrzeby. Skończyło się na tym, że zdałam sobie sprawę, że nie potrafię stwierdzić co naprawdę mnie zadowala, a co nie i kim tak naprawdę jestem skoro potrafię założyć mnóstwo różnych masek i raz być taką a raz taką osobą pod wpływem innych. Nie wiem co jest moje własne, a co oczekiwaniami innych. Pytanie moje polega na tym, czy da się samemu sobie z tym problemem poradzić? Jeśli tak, to w jaki sposób?
  5. Witam, Jestem samotną, kobietą mam 34 lata, całkiem dobrą pracę, którą można powiedzieć, że lubię. "Samotna" u mnie nie oznacza tylko braku partnera, ale ogólnie braku ludzi, z którymi miałabym jakieś pozytywne relacje na głębszym poziomie, nawet już nie tylko przyjaciół ale choćby koleżanek do wyjścia do kina, na spacer, czy po prostu pogadani o wszystkim i niczym. Rok temu zmieniłam pracę, miasto. Wiem, ze nowe znajomości nie zawsze udaje się łatwo nawiązać, ale odkąd pamiętam zawsze u mnie było podobnie: niby każdy jest miły, niby wszystko fajnie, dogadujemy się ale nie czuć nigdy, że jest to głębsza znajomość, a z reguły nawet ta płytka relacja szybko się kończy. Jeszcze kilka tygodni temu znów myślałam, że udało mi się nawiązać jakieś koleżeńskie relacje, fajnie się rozmawiało, dobrze się wspólnie bawiliśmy na imprezie, a teraz chociaż nic się nie wydarzyło wszyscy nagle się odcięli. Zazwyczaj tak miałam z ludźmi, ze dopóki ja nawiązywałam kontakt to jakaś relacja, znajomość się trzymała, ale tylko kiedy inicjatywa wychodziła z mojej strony. Po pewnym czasie już mi się to znudziło i dopóki się nie przekonam, ze komuś na mnie nie zależy, staram się nie angażować. Może ktoś powiedzieć, że to napędza błędne koło, ale nie chcę ciągle być wykorzystywana i ciągle się starać nie dostając nic w zamian. Zazwyczaj jeszcze im bardziej się starałam tym miałam wrażenie, że mniej zależy innym na mnie. To samo w sumie dotyczy też kontaktów z facetami.Wszystko to sprawiło, że teraz zamiast z kimś miło spędzać czas siedzę sama w domu i to piszę. Nie chcę tak żyć, bo takie życie nie ma sensu. Z resztą to nie życie tylko pusta i bezsensowna wegetacja. Czy ja na prawdę mam takiego pecha do ludzi czy to ze mną cos jest nie tak. Jeśli ze mną to co? Nie jestem osobą konfliktową, chyba z dużą pewnością mogę powiedzieć, ze miłą, czasem zbyt dobrą dla innych, staram się zawsze wszystkim pomagać, lubię pożartować, potrafię też przeprosić jeśli zrobię cos nie tak i przyznać się do błędu
  6. Mam 30 lat. Od pół roku jestem mężem kobiety z borderline. Jest to moja wieloletnia miłość. Nasze relacje zaczęły sie pogarszać niedługo po ślubie. Stan żony się pogorszył, ma coraz większe leki. Zaczęła sie okaleczać i sięgnęła po marihuanę. W związku z tym psycholog odmówił jej pomocy i zapisania na grupę terapeutyczną, a także pomocy indywidualnej. Bardzo martwię sie o jej zdrowie. Jej stan się pogarsza. Potrafi nie spac 2 lub 3 noce. Żona często mi mowi, że nie chce byc ze mną i że niszcze ją i jej spokoj. Ja nie umiem jej uspokoić i wyprowadzić z transu. Chociaż znam ją wiele lat to nie potrafię tego zrobić. W chwilach desperacji grożę jej wezwaniem karetki, a czasem odejściem. Wiem, ze to zła droga ale czasem nie umiem inaczej. o pomoc. Co mogę zmienić w sobie, żeby jej nie krzywdzić? Jak uspokajać żonę? Jak wyprowadzać ja z transu? Jak pomóc jej i gdzie mamy szukać pomocy?
  7. Dzień dobry, mam na imię Mikołaj i w tym roku będę miał 23 lata. Studiuję informatykę. Jestem spokojną osobą, której ciężko nawiązywać znajomości. Od 5 lat zmagam się z depresją (maniakalno-obesyjną). Mój problem polega na tym, że nie mogę zadowolić się tym co posiadam. W wieku 19 lat skończyłem szkołę średnią i wybrałem się na studia. Od samego początku planowałem iść na informatykę. Interesuję się tym i jej nauka sprawia mi satysfakcję. Niestety.. z powodu słabych wyników maturalnych nie dostałem się na nią. Wybrałem, więc matematykę, którą też lubię. Niestety lub stety po jednym semestrze zdałem sobie sprawę, że to nie to i zrezygnowałem. W następnej turze letniej, rekrutacyjnej postanowiłem złożyć dokumenty na inną uczelnię, na kierunek informatyka. Nie zostałem przyjęty. Nie poddałem i się i obiecałem sobie, że poprawię maturę i uda mi się dostać na jedną z lepszych uczelni w kraju. Miałem niestety mało czasu, bo lekko ponad pół roku (wrzesień-maj). Zacząłem więc intensywną naukę. Dzień w dzień po 8 godzin, a czasem i więcej. Sam uczyłem się fizyki. Od zera. Uczyłem się też matematyki. Udało mi się poprawić matematykę rozszerzoną na prawie 90%, a fizykę rozszerzoną 53% (nie byłem z tego zadowolony, ale pocieszałem się, że to niezły wynik, biorąc pod uwagę fakt, że uczyłem się jej od zera, kompletnie samemu). Wyniki te nie pozwoliły mi się dostać na wymarzone uczelnie. Dostałem się natomiast na uczelnię, na którą składałem dokumenty już we wcześniejszych turach. Teraz znajduję się właśnie tutaj i teraz. Znów nie czuję satysfakcji z tego gdzie jestem. Nie mam ochoty się uczyć. Mimo ze jestem na kierunku, który mnie interesuje, w mieście, w którym mam ukochaną dziewczynę i najlepszego przyjaciela (te aspekty trzymają mnie w "kupie"). Mimo wszystko nadal nie czuję się spełniony i chcę spróbować napisać maturę jeszcze raz. Jednak gdy pomyślę, że nawet jak mi się uda, to będę musiał zaczynać od zera w wieku 23 lat, kiedy to moi rówieśnicy już mają tytuły magistrów i zakładają rodziny, a ja próbuję po raz kolejny zaspokoić swoją ambicję. Proszę doradźcie. Nie wiem co robić i jak sobie radzić z samym sobą. Każda rada będzie mile widziana. Z góry dziękuję.
  8. Witam. Jestem z dziewczyną od około półtora miesiąca - wiem że mało, Oboje mamy po 20 lat. Przyjaźniliśmy się przed związkiem rok czasu z przerwami, pragnę zaznaczyć że podczas przyjaźni dziewczyna bardzo mi się podobała lecz nie odwzajemniała tego do mnie - do czasu. Problem polega na tym, że dziewczyna zdążyła przez ten czas zakochać się we mnie na zabój, cały czas prawi mi komplementy, pokazuje swoją miłość itp itd, bardzo jej na mnie zależy i cały czas to udowadnia i pokazuje, ostatnio nawet zaczęła mówić że mnie kocha - a ja nie wiedziałem co odpowiedzieć i czułem, że gdy jej nie odpowiem na to mogłaby to źle znieść, dlatego powiedziałem że też ją kocham . Bardzo ją lubię, fajnie spędza mi się z nią czas, bardzo mi się podoba, zależy mi na niej, generalnie wszystko super, tylko strasznie gubię się w swoich uczuciach. Nigdy nikogo nie kochałem, nie byłem w prawdziwym związku i po prostu nie wiem co czuje. Gdy mieliśmy kilka gorszych chwil w związku bardzo się tym przejmowałem i czułem, że gdybym ją teraz stracił nie byłoby mi przyjemnie, a z drugiej strony nie czuję "tego czegoś" gdy z nią jestem. Zastanawiam się czy problem tkwi we mnie, w mojej psychice, podejrzewam że po prostu nie potrafię kochać, albo potrzebuje się przyzwyczaić do bycia z kimś ponieważ zawsze byłem sam i do tego przywykłem i po jakimś czasie zacznę to czuć. Podkreślam, że bardzo brakowało mi bliskości, nie chciałem być sam, a po znalezieniu dziewczyny nie poczułem się wcale lepiej, nie wypełniło to tej "pustki" w życiu. Zależy mi na niej i bardzo się boję że nigdy jej nie pokocham i złamie jej serce. Jeżeli chodzi o mój stan psychiczny, czy o moją sytuację w rodzinie, jakieś przeżycia które mogłyby być powodem problemu z uczuciami, to nie miałem nigdy żadnych problemów. Jestem bardzo pozytywną osobą z kochającej rodziny a w tej chwili czuje się bardzo zagubiony. Prosiłbym o jakieś porady, czy też może w jakimś stopniu wyjaśnienie mi tego co czuje.
  9. Partner, z którym mieszkam, domaga się ode mnie dziecka. Ja mam lat 27 i zadnej chęci. Boję się go jednak zostawić, bo wyprowadzka do niego była pierwszą dojrzałą decyzją i boję się z nim rozstać bo będę czuła się tragicznie, że go zawiodłam i że sama sobie w życiu nie poradzę (jestem z domu dziecka). A mieć dziecko również się boję bo nie znoszę dzieci, nie mam za grosz instynktu macierzyńskiego, zostanie matką zawsze kojarzyło mi się z obciachem i zamiast rozczulenia aż mnie szlag trafia na widok noworodków. Mieszkamy razem we Wrocławiu już kilka lat i boję się że tak fajnego faceta już nie znajdę, a z drugiej strony mam ochotę podróżować, zaznać jeszcze czegoś w życiu, jestem też strasznie ciekawa innych ludzi (w tym, nie ukrywajmy, mężczyzn) i nie chcę się zamknąć w domu z dzieckiem na lata. Nie mam też ochoty być w ciąży, rodzić, i dzielić życie rodzinne z jego matką i siostrami, których szczerze nie znoszę. A jednak czuję się do tego w jakiś sposób zobowiązana wobec osoby która poświęciła mi bardzo dużo. Mam wrażenie że wszystko to jest w jakiś sposób toksyczne, że każdy mój wybór będzie zły, że jestem nieodpowiedzialna, a z drugiej strony nie chce mi się wierzyć że życie to jedno wielkie pasmo wyrzeczeń na rzecz innych i działania wbrew sobie. Nie wiem już jak na to patrzeć, nie wiem co naprawdę powinno się dla mnie liczyć :(
  10. Trzy lata temu przeżyłam rozstanie z osobą którą kochałam. W momencie w którym odeszła nie poczułam kompletnie niczego choć gdzieś we mnie te emocje były, ale nie mogłam ich wyrazić co tym bardziej pogrążalo mnie w melancholii, poczuciu winy. Od tamtej pory mam problem z emocjami. Rok po tym rozstaniu weszłam w swój pierwszy związek. Trwał on ponad rok i przez ten czas wmawiałam sobie pewne uczucia, wierzyłam ze to miłość choć tak naprawdę nie czułam za wiele (nie tylko do tej osoby, ogólnie). Od tego wydarzenia sprzed 3 lat moje możliwości odczuwania i przeżywania emocji jakby się ograniczyły. Często mam poczucie bycia w takiej emocjonalnej pustce. Od jakichś dwóch lat niej byłam prawdziwie przygnębiona choć przez ten czas zdarzały mi się przykre sytuacje. Mam wrażenie jakbym wciąż była emcojonalnie zablokowana, jakby te emocje które pokazuje na zewnątrz Nie były do końca szczere, ale wymuszone. W ostatnim czasie ten brak emocji zaczął obejmować nie tylko sferę towarzyska ale również naukową. Nie jestem w stanie myśleć o przyszłości z jakimiś emocjami. O przeszłości pdoobnie - żadne wspomnienia Nie wywołują juz we mnie silniejszych emocji. Jest jeszcze jedna sprawa która mnie nurtuje. Takie emocje i uczucia wobec rodziców zniknęły u mnie jeszcze gdy byłam w szkole podstawowej. Zaczęłam się od nich izolować, dystansować. Nie potrafię z nim rozmawiać na głębsze tematy dotyczącej mojej osoby i mojego życia gdyż czuje się wtedy skrępowana. Osoba którą kochałam zastąpiła mi w pewnym sensie również ta miłość rodzicielską. Po jej odejściu emocje zniknęly, a pojawiła się pustka. Nie potrafię nawiązać głębszy relacji uczuciowych. Mam ważne dla mnie osoby ale nie czuję do nich zbyt wiele. Te uczucia są płytkie, czasem wymuszone. W dzieciństwie i okresie dojrzewania byłam wrażliwa, bardzo emocjonalna osobą, która wręcz nie radziła sobie z kontrolowaniem tych emocji. Nie potrafilam wyrażać swojej złości wobec kogoś jeśli ten ktoś mnie zdenerwował. Swoją złość odreagowywałam na sobie bo zbyt bardzo bałam się odejscia kogoś dla mnie ważnego gdybym mu ta złość okazała. Często tłumilam w sobie negatywne emocje i nadal to robie jeśli już się w ogóle jakieś pojawia. Gdy byłam w gimnazjum przeżyłam 7miesięczny stan depresyjny po stracie przyjaciółki. Obecnie również czuje się nie do życia. Jednakże nie czuję jakiegos głębokiego smutku, jestem w stanie jakoś funkcjonować choć to wyciszenie emocji sprawia że do wielu spraw nie mogę się zmobilizować. Czuje obojętność na myśl o tym ze zawalam obowiązki lub nic nie robie. Czasem potrafię spędzic większość dnia na tzw nicnierobieniu bo kompletnie brakuje mi motywacji. Przez to nie robie wielu rzeczy na studia, opuszczam zajęcia i nic wobec tego nie czuję (żadnych wyrzutów sumienia). Zastanawiam czy to jest lenistwo czy może mi nie zależy. Borykam się z tym problemem związanym z emocjami tak naprawdę od wczesnego dzieciństwa tyle ze na różnych etapach mojego życia ten problem przybiera różne formy. Co może być powodem opisanego przeze mnie problemu i co można z tym zrobić?
  11. Trwa to 2 lata. Sama nie rozumiem moich uczuc. Zwiazek fantastyczny. Dostaje dużo czulosci i uwagi czy to jesteśmy we dwoje, czy w troje (z dzieckiem) czy w towarzystwie. Dziecko od pierwszego spotkania lubi spedzac czas ze mna. A ja na pokaz manifestuje swoje dobre intencje. Nikt ode mnie nie wymaga ani zajmowania się dzieckiem ani kupowania mu czegokolwiek. Mam chec, to kupuje jej rozne rzeczy oraz organizuje czas wolny (nie chca z nia w domu siedziec przez weekend, to znajde jakas aktywnosc). A za plecami, jak partner pyta mnie o zdanie, to mowie, ze to kopia jego zony (zona go zdadzala i oklamywala), intelektualnie tez cieniutko, bo nie radzi sobie z matematyka. Zostawi cos w domu, rękawiczki, ksiazke do szkoły, ja to wiedze, ale nic jej nie mowie. Nie pokazuje tego, ale ciesze się w myślach jak jej w szkole nie idze, jak stroi fochy przy tacie. Milo mi jak do mnie przyjdzie, przytuli się, narysuje cos, ale później (w myślach!) zycze jej jak najgorzej. Mam dobre relacje z rodzicami. Mój tata zaopiekowal mnie emocjonalnie i finansowo. Nie mam czego czy kogo zazdroscic temu dziecku. Inne dzieci w rodzinie lubie i nie krytykuje. Troche się zaczelam od niej odsuwać. Jak ma byc u nas, to wlasnie na ten czas rezerwuje sobie jakies spotkania, wyjscia itd. Ale partner zauwazyl, ze troche ja unikam i ona tez pyta a kiedy wroce, a kiedy cos razem porobimy. Opieka naprzemienna 10-15 dni w miesiacu, nasz wiek 30+, ona 10. Razem mieszkamy. Nie mam swoich dzieci i nie chce ich mieć. Nigdy nie chciałam. Jak mam to dziecko tolerować? Racjonalizuje, pocieszam się, ze niedługo przejdzie pod pelna opieke matki (matka pozwala na wszystko i traktuje ja jak malucha, u taty sa zasady, porządki, limity na elektronikę), ale i tak czuje do niej niechęć.
  12. Witam. Ostatnimi czasy zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Mieszkam z mężem, jego babcią, mamą oraz bratem. Naokrąglo wydaje mi się ze jestem oceniana. Robię wszystko w wielkiej panice. Wydaje mi się ze wszyscy są przeciwko mnie i np. Dlatego nie chcą jeść mojego jedzenie. Wydaje mi się tez ze spędzając więcej czasu z moimi dziecmi chcą mi je zabrać na swoją stronę albo biorą mnie za złą matkę. Mam ciągle wrażenie ze szepczą za plecami i obgadują mnie ze wszystko robię nie tak. Przez co jest gorzej i gorzej. Czuje się jak najgorsza, czuje ze nie mam swojego miejsca. Wciąż chce mi się płakać. Gdyby nie dzieci zwinelabym się w kłębek gdzieś w kacie usiadła i płakała chociaż ostatnio miewam tez tak ze nawet jeśli rozrywa mnie tak nieograniczony smutek od środka ja nie mogę się rozpłakać a wydarzy się coś błachego to wybucham.. trzęsę się nad wszystkim i może z tego wszystkiego niepotrzebnie mówię wiele rzeczy w złym tonie. Co mam ze sobą zrobić żeby być chociażby na nich obojętna?
  13. Dzien dobry, mam dziadka w wieku 90 lat. Mieszka razem z babcia. Ostatnio nie rozmawiaja ze soba i dziadek jest przygnebiony, smutny, podejrzewam depresje. Moje pytanie brzmi: jak rozmawiac z osoba ktorej nie zostalo zbyt duzo zycia tzn, jak pocieszyc podniesc na duchu, dziadek choruje, jest po operacji nogi, wiecej lezy niz chodzi. pocieszac go ? wspominac fajne chwile w jego zyciu? co mowic, jak go przygotowac do odejscia. Ogolnie to cale zycie byl zdrowy i aktywny dopiero od 2 lat jest gorzej.
  14. Witam, jestem 28 letnią kobietą, od 3 lat mężatką - w związku w sumie 7 lat. Mąż ma problem z motywacją i powiedział mi ostatnio, że zrozumiał, że jeśli ja go nie będę popychała do działania, to on nie będzie w stanie nic osiągnąć. Wymaga ode mnie takich prostych rzeczy jak choćby obudzenie go z rana, czy pilnowanie żeby zajmował się tym, czym faktycznie chce, a sam nie może się do tego zmotywować(dał mi liste). Należy tutaj dodać że jestem osobą uległą, a mąż ponad przeciętnie inteligentną, dominującą i nie umiejącą spojrzeć na siebie krytycznie(od 7 lat nie usłyszałam nigdy słowa "przepraszam"). Potrafi się czepiać takich rzeczy jak np. to że w nieodpowiedni sposób został obudzony(paranoja) . Mam wrażenie, że zrzucił na mnie odpowiedzialność za siebie, żeby umyć ręce od swoich niepowodzeń i braku działania, choć nie twierdze że robi to świadomie. Do tego na każdym kroku wytyka mi błędy, kiedy robię to czego chciał, ale nie tak jak on by to sobie wyobrażał- dla mnie sytuacja jest mocno niekomfortowa, bo nie czuje się naturalnie robiąc to, o co on mnie prosił. Oczywiście to tylko jedna z sytuacji, jest ich więcej. Sytuacja mnie przerasta, czuje się nieszczęśliwa i winna, że nie jestem tym kogo on potrzebuje. Czuje się bezwartościowa, mam wrażenie, że jakbym znikła to nic by to nie zmieniło. Nie potrafię spojrzeć na sprawę z dystansu, a czuje, że tego mi trzeba. Jak poradzić sobie w tej sytuacji żeby wilk był syty i owca cała?
  15. Witam, post będzie długi więc uprzedzam Jestem krzysztof, mam 30 lat, poruszam się na wózku inwalidzkim - porażenie mózgowe, skończyłem studia, do niedawna wszystko było ok. zauważyłem problemy z emocjonalnymi lękowmi reakcjami na własne fantastyczne wyobrażenia,, mam wrażenie że jest to powiązane z nadmiarem masturbacji, czy to mo\liwe? W pewnym momencie swojego życia kiedy problem narastał doszedł do mnie strach, że sam doprowadzę się do autodestrukcji psychicznej, że jestem w stanie to zrobić, nie stwierdzano u mnie żadnych chorób itd, byłem u lekarza i stosowałem antydepresanty, ale one wzmacniały to, co powinny łagodzić, po przerwaniu terapii czuję się lepiej, niż w jej trakcie. Ale z powodu stresu wracałem często do masturbacji, która uspokajała na chwilę, ale pozbawiała mnie kontroli później O co chodzi? Co powinienem zrobić? Boję się utraty kontroli nad własnym stanem psychicznym, wmówienia sobie choroby, urojenia, czytałem wiele o tym, że to niemożliwe, ale wyrobiła się we mnie lękowa reakcja na same wyobrażenia abstrakcyjnych rzeczy związanych z szaleństwem, wiem, że boję się popaść w owo. To co się dzieje nie powinno mieć w ogóle miejsca, wcześniej miałem silną psychikę i właśnie dlatego, że ekstremalnie dobrze potrafiłem żyć w rzeczywistości, czułem że nic mi nie gro\i, byłem bardzo silnym i racjonalnym człowiekiem, Szukam potwierdzenia, że autosugestia do tego stopnia nie jest możliwa, i że musi istnieć czynnik fizyczny, bo gdyby człowiek mógł tak się zniszczyć wyobraźnią, gatunek ludzki wyginąłby na etapie jaskini. Podejrzewam u siebie mgłę mózgową
  16. Witam Mam na imię Piotr, mam 40 lat. Mimo wieku nadal mieszkam z rodzicami, jestem kawalerem. Bardzo czuję potrzebę przytulania się. Zżyty jestem z Mamą i czasem lubię się Ją przytulać. Okazyjnie (nie na siłę) do innych ludzi (przeważnie kobiet) np. przy składaniu życzenia świątecznych. Lubię też jak ktoś mnie przytuli. Przytulać też uwielbiam zwierzęta (koty). Przytulanie NIE podnieca mnie seksualnie. Kiedyś psycholog spytał mnie co czuję przy przytulaniu, czemu lubię to robić a ja za Boga nie potrafiłem się wypowiedzieć. Mam pytanie czy to jest normalne w tym wieku? Czę sto czuję, że nie mam do kogo się przytulić.
  17. Cześć. Za chwilę skończę 21 lat i w tej chwili przebywam za granicą. Rok temu miałam wszystko. Rodzinę, chłopaka, plany, byłam na świetnych studiach, no i też chorobę, której nikt nie potrafił zdiagnozować, rodzina mi nie wierzyła (w dużym skrócie - silne bóle głowy, problemy z sercem i pamięcią, a to wszystko powodowało u mnie myśli samobójcze). W marcu tego roku rzuciłam dosłownie wszystko. Najpierw studia, które były wyłącznie marzeniem mojej matki, potem wzięłam się za leczenie i w końcu dobrano mi odpowiednie leki do, jak się okazało, nerwicy, następnie rozstałam się z chłopakiem po 2 latach związku, a na koniec wyjechałam z mojego toksycznego, rodzinnego domu (na ten temat szkoda się rozpisywać). Jestem teraz za granicą ze starszą siostrą, która również wdała się w rodzinę i teraz tylko czekam aż ucieknę jeszcze od niej. Zanim to wszystko się wydarzyło, nie miałam ochoty żyć, potrafiłam ciągle płakać, każdy dzień był dla mnie torturą, a z łóżka wychodziłam tylko gdy musiałam. W tej chwili czuję się lepiej, nie czuje się źle sama ze sobą, nie mam kompleksów, po lekach niczym się nie przejmuję i jestem spokojna. W czym problem? Mam jakiś wstręt do ludzi, nie chcę z nikim rozmawiać, z rodziną nie gadam w ogóle, nie lubię wychodzić na miasto, dodatkowo jestem całkowicie obojętna na wszystko i to w takim stopniu, że samą mnie to przeraża, ale nadal czuję się z tym dobrze, choć wiem że nie powinnam. Nic mnie nie obchodzi. Mam też wrażenie, że nic nie czuje. Do nikogo, ani niczego. Do rodziny, do jakiegokolwiek faceta, do żadnego człowieka. Całe życie marzyłam o tym, żeby stworzyć dom, jakiego ja nie miałam. Przed wyjazdem mój przyjaciel, którego znam całe życie wyznał mi swoje uczucia, i powiedział że mam wracać we wrześniu, bo wie że teraz muszę odpocząć, potem wynajmiemy coś razem, pójdziemy na studia jakie ja chcę, i stworzymy powoli właśnie taki dom. I mimo tego, że on byłby idealnym partnerem pod każdym względem, i jest jedynym facetem, któremu mogę zaufać (przez to, co działo się w rodzinie trzymam się od każdego chłopaka z daleka) ja czuję jedną wielką niewiadomą. Po prostu nie wiem. Czy wracać i ryzykować przyjaźń, bo może stanę się normalna i mi to przejdzie, albo będę udawać, czy jechać w świat, bo co chwile ciągnie mnie w nowe miejsce, gdzie zupełnie nikt mnie nie zna. I nie mówię tu tylko o związku, ja kompletnie nic nie wiem. Nie umiem opisać tego uczucia. Niby mam swoje marzenia, powinnam wiedzieć czego chcę ale... jednak nie wiem. Ta pustka jest straszna, ale nie wiem co ją powoduje. I czuję że zaczynam wariować. Wiem tylko jedno, jeśli nie odejdę od siostry, to boję się że coś jej w końcu zrobię. Nigdy nie byłam agresywna, ale ona to człowiek nie do życia, non stop pije, pali, przeklina jak szewc, jakby mogła to przespałaby się z każdym, i drze się nade mną że nie jestem taka sama. Nieraz mi było za nią wstyd, ale nie da się z nią porozmawiać...
  18. Cześć, jestem 19-letnią studentką. I od dawna mam problem z emocjami. W takim sensie, że już od podstawówki miewam okresy, gdy mój humor jest tragiczny i nie znajduje siły na jakiekolwiek działania. Zauważyłam, że od miesiąca znów utrzymuje mi się podobny stan przez co omijam zajęcia i tracę czas. Bywa, że potrafię spędzić cały dzień wypruta z emocji, apatyczna, z bólem głowy i brakiem chęci do działania,ale mam też takie dni, gdy jestem raz wesoła, a raz smutna, apatyczna i zła na wszystko dookoła. Boję się odrzucenia i czasami odnoszę wrażenie po fakcie, że nieświadomie mogę kogoś szantazowac emocjonalnie. Odnoszę wrażenie, że moje relacje bywają niestabilne pod tym względem, że często są kłótnie. W jednej chwili kogoś kogo uwielbiam potrafię zmieszać z błotem i znienawidzic by później znowu uwielbiac. Nie mam pojęcia, co to może być i jak sobie z tym radzić, żeby mieć stabilniejsze i może trochę weselsze życie.
  19. Witajcie. Mam na imię Michał i mam 24 lata. Mam ostatnio problem w związku, a raczej problem sam ze sobą. Jestem ze swoją dziewczyną od ponad 3 miesięcy. Nie umiem jej pocieszyć kiedy jest jej smutno. A ostatnio często jej się to zdarza z powodu jej problemów na studiach z zaliczeniami. Oczywiście powtarzam jej, że da sobie radę i żeby wierzyła, że się uda. Ale mam wrażenie, że to nie wystarcza. Kiedy ona jest smutna to i ja się załamuję i czasami doprowadzam się do płaczu choć mężczyznom nie wolno płakać. Ostatnio mi powiedziała, że nie mogę się szybko załamywać albo i nawet w ogóle. Że muszę być twardy i nie mogę płakać. Prosiła mnie, żebym jak najszybciej to zmienił. Boję się, że jak nie uda mi się szybko tego zmienić to mnie zostawi, a ja nie chcę się z nią rozstawać. Ona jest dla mnie najważniejszą osobą. Proszę, pomóżcie!
  20. Witam. Mam problem z partnerem 28 letnim. Mamy 5 miesięcznego synka. Partner jest nim zachwycony, potrafi pałac bardzo duża euforia do synka, do mnie. Ale nagle potrafi się wszystko odmienic i nas nienawidzi, a dokładnie mnie... Najgorzej jak wypije... Nie potrzeba wiele wystarcza 2/3 piwa, i wpada w trans. Pierw potrafi się śmiać zwłaszcza wsrod ludzi, a jak zostajemy w zaciszu domowym po czasie zmienia się w potwora. Choć przy ludziach też się zdarzyło. Zaczyna mnie wyzywać, pluć na mnie, bić... Wtedy wychodzi, zaczyna bardzo dużo pić i wraca w środku nocy dobija się, a ja się go boję. Jego siostry mówiły że kiedyś za ofiary robił swoich rodziców oraz jedną z sióstr... Szukał kogoś słabszego, nad kim ma władzę, wtedy go znizy do samej ziemi, obraża od najgorszych, a na sam koniec mówi, że to ta osoba jest winna. Że on nie zaczął tylko ktoś inny. Ja jestem bardzo zmęczona opieka nad dzieckiem, ponieważ mały jest bardzo wymagający. Zazwyczaj on to rozumie, pomaga mi, ale dziś miał pretensje jak ja mogę być wiecznie zmęczona... Czemu to ja chce spać (mimo że była już 21), zaczął mnie obrażać, wyzywać, pluc, rzucać parowkami które sobie zrobił... Widział że i ja i dziecko płaczemy to jakby to go bardziej rajcowalo, jakby nabieral sił, że znalazł ofiary, że jesteśmy słabsi i nie możemy nic zrobić... Uciekł z domu, bo miała przyjechać jego siostra... Ja nie wiem już czy on jest chory psychicznie, myślałam o rozdwojeniu jaźni, zwłaszcza, że przed tą afera się śmiał i mówił że chce mi się oświadczyć, że chce mieć jeszcze jedno dziecko... Jeżeli to choroba psychiczna to jak nakłonić taka osobę do leczenia? Co zrobić? Jak powiem mojej rodzinie to będą kazali mi od niego odejść, ale on potrafi być bardzo dobry. Czy może to tak alkohol działa? Wystarcza 2 piwa, by przypomniały mu się chwilę jak pił kiedyś ze swoimi znajomymi i może wtedy jemu źle że założył rodzinę i chce do nich wracać? Tylko czemu chwilę wcześniej mówi jak mnie kocha i nasze dziecko... Bardzo proszę o pomoc, czy ma sens być z kimś takim i pomoc jemu z chorobą? Jak to zrobic? Wiem że mój syn nie może się tak wychowywać i być narażony na przemoc i taka sytuacje patologiczna w domu, lecz wiem że dziecku jest potrzebny ojciec i wiem jak oni potrafią się razem bawić, śmiać razem i się przytulać... Ostatnio jak nasz syn się rozchorowal to szybko z pracy wracał by z nami iść do lekarza i nam pomóc w domu. Ogólnie on tak ma że przynajmniej raz w miesiącu jemu coś odbija i zmienia się w potwora kiedyś było to czesciej ponieważ pił sporo... Bardzo proszę o pomoc
  21. Okej, posiłkując się wskazówkami na stronie: Jestem 25 letnią studentką. Boję się o tym napisać, ale chcę wiedzieć, czy powinnam udać się do specjalisty. NIGDY, nikomu o tym nie wspominałam. Nie pamiętam od kiedy, chyba okres gimnazjum-liceum. Zaczęłam czuć, że mam w głowie jeszcze jedną mnie. Jakby część mnie, która chciałaby wyjść i ujawnić swoją ekspresję, przez strój, zachowanie, etc. Jakoś nad tym panowałam, choć nie zawsze się dawało. Generalnie niewiele pamiętam z tamtego okresu. Mam jakby luki w pamięci i ogromny problem z chronologią. Z biegiem czasu, tych "mnie" pojawiło się więcej. Wcześniej myślałam, że to jakieś moje cechy, których nie chcę i że każdy tak ma. Często zmieniałam styl i sposób zachowania, ale otoczenie uznawało, że po prostu tak mam i że to normalne, że człowiek eksperymentuje z wyglądem. Fajnie, ale kilka lat temu zaczęło być to coraz bardziej uciążliwe. Robiłam różne rzeczy, które w danym momencie wydawały mi się ok, a potem zmieniałam sposób postrzegania wszystkiego i już wcale "okej" nie było. Miałam podejrzenie ChAD ze względu na zmieniający się stan zdrowia, tj. raz depresja, a zaraz potem poczucie bycia cholernie atrakcyjną laską, czy też uduchowioną miłośniczką lasu - obie bez depresji, w pełni sił. Na początku była tylko jedna "ja", skrajnie różna ode mnie. Ponoć to normalne, każdy ma jakieś swoje "alter ego". Od kilku (8?) lat, jest ich łącznie 4 (dzisiaj specjalnie liczyłam, wystraszyłam się, kiedy to do mnie dotarło, dlatego zdecydowałam się napisać). Zrobiłam tabelę w Wordzie i spisałam cechy każdej tej "mnie" z osobna. Nie jest fajnie, bo to wygląda jak różne osoby. Kiedy np. pojawia się "miłośniczka natury", automatycznie mam ochotę farbować włosy na blond i zmieniam styl na etniczny. Potem sexbomba ubiera się na rockowo i chodzi jak cholerna gwiazda estrady. Generalnie każda wygląda inaczej. Jest tomboy (lesbijka), sexbomba i laska z wieczną depresją. Jedna jest ekstrawertyczką, druga wręcz przeciwnie. Jedna ma fobie i lęki, których reszta nie ma. Nie jestem głupia, widzę, jak to wygląda. Dzisiaj znajoma, z którą gadam "z doskoku" powiedziała mi, że nie wie skąd u mnie te zmiany zachowania, ale czasami zachowuję się, jak inny człowiek. Od lat pracuję nad sobą, ze względu na stany depresyjne, problemy z emocjami etc. Sytuacje "kryzysowe" w moim życiu: rozwód rodziców, śmierć ukochanego dziadka, zaburzenia odżywiania, gwałt, molestowanie, nadopiekuńcza mama, członek rodziny z Alzheimerem (agresja - 6 lat dzień w dzień, bałam się wracać do domu) i związek z osobą z borderline. Moje pytanie brzmi, czy coś sobie wmawiam i po prostu każdy ma w sobie jakieś wersje siebie, czy też powinnam udać się do specjalisty? Bo nie powiem, trochę się dzisiaj wystraszyłam.
  22. Witam, Jestem mężczyzną, mam 27 lat. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że znalazłem się w sytuacji, w której nie wiem co robić, ponieważ czuję że doszedłem do "ściany". Odkąd sięgam pamięciom czułem się inny niż reszta ludzi. Stopniowo z wiekiem i zdobywanym doświadczeniem w relacjach z ludźmi to przekonanie się we mnie utrwalało i rosło, mimo, że w rodzinie byłem traktowany jak normalny człowiek i tak się czułem, to gdy wychodziłem poza rodzinę czułem się jak odmieniec i dziwak. Zawsze byłem nieśmiały i cichy, a przynajmniej tak byłem odbierany. Słyszałem, że żyję w swoim własnym świecie i poniekąd faktycznie tak było, zawsze miałem bardzo ograniczone grono osób z którymi miałem dobry kontakt. Przeważnie paraliżował mnie strach gdy obca osoba coś do mnie mówiła. Łatwo można się domyślić więc jak wyglądały moje relacje z płcią przeciwną. . Ogólnie w liceum nie miałem kolegów, wylądowałem poza nawiasem klasy, nie brałem udziału w żadnych społecznych aktywnościach z nikim nie rozmawiałem. Zrozumiałem, że mam problem dopiero w wieku 17 lat kiedy to w wakacje po drugiej klasie liceum przez dwa tygodnie nie wstawałem z łóżka, mimo że byłem fizycznie zdrowy, nie miałem na to siły, po prostu leżałem, tak przypłaciłem szkolny stres (z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, ze był to EPIZOD DEPRESYJNY). Po tym epizodzie wylądowałem u pani psycholog, ale skończyło się na jednej wizycie ponieważ nie wierzyłem że może mi pomóc i nie byłem wówczas w stanie się otworzyć przed nikim. Jakoś wróciłem do siebie i żyłem dalej, miewałem wzloty i upadki, mogę powiedzieć że swoich życiowych wyborów dokonywałem po najcieńszej linii oporu, byłem jak liść niesiony przez wiatr. Tak doszedłem do swojego 27. roku życia. Borykam się z tymi samymi problemami jakie miałem od zawsze, problemy w relacjach, duża nieśmiałość, problemy z emocjami (czuję się ich niewolnikiem), mam ogólne uczucie bycia dziwnym człowiekiem, czuję że jestem tak odbierany przez innych ludzi i co gorsza sam tak o sobie myślę. Chciałbym się dowiedzieć, co mogę z tym zrobić, jak sobie pomóc, żeby to wszystko, żeby życie mniej bolało, żeby ustabilizować swoje emocje i zobaczyć przyszłość w jasnych barwach. Przede wszystkim czy jest szansa na lepszą przyszłość, na zerwanie z przeszłością, na zmianę tego jaki jestem i jak bardzo sam siebie krzywdzę.
  23. Czy są tutaj osoby które cierpią na osobowość typu borderline?
  24. Jestem 18 letnią kobietą. Od kilku lat mam problemy z swoim zmiennym nastrojem. Mój problem zaczął już się ok. 4 lata temu. Byłam wesoła i pełna energii przez cały dzień a wieczorami dopadały mnie myśli samobójcze i umiałam obwiniać się o całe zło wyrządzone na świecie. Często miałam wrażenie że ktoś próbuje czytać moje myśli przez co starałam się jak najmniej myśleć o niekomfortowych dla mnie sprawach. Po okresie 3 lat to minęło ale ostatnio zaczęło do mnie powracać. Często mam również wrażenie że coś mnie obserwuje. Chociaż myślę że to paranoja z dzieciństwa ponieważ gdy miałam ok 6 lat często miałam takie wrażenie. Jednak głównym powodem jest to że bardzo często słyszę głosy. Nie słyszę ich z otoczenia ale znajdują się w mojej głowie. Szczerze nie wiem co o tym myśleć. Nie wiem czy to ważne ale w wieku 13 lat miałam bulimię.
  25. Nie jestem psychologiem, ale czuję, że osoba która jest mi od pewnego czasu bliska może mieć ze sobą problem i stąd moje pytanie, aby w razie czego moc jej pomóc. Poznałam mężczyznę. Czarujący, bardzo otwarty, po 2 tygodniach znajomości miałam wrażenie, że znam go pół życia. Dużo mi o sobie opowiadał i o swoim trudnym dzieciństwie (ojciec alkoholik, zdrady matki, on jako dziecko na zgodę w małżeństwie, które dawno nie istniało). Po miesiącu znajomości czuję, że trafiłam na kogoś kto o mnie zadba i na prawdę się zakochał. Widujemy się codziennie. Jest dużo czułości, miłości, bliskości i czuję że to nie jest udawane. Ale jest także coś co mnie dziwi bo mówi mi także o tym, że czuje się bardzo samotny i dużo cierpi w samotności. Że nie chce mu się często żyć. ma milion pomysłów na minutę co do swojego życia i praktycznie niczego nie wprowadza w realia Stracił prawo jazdy jadąc pod wpływem alkoholu. Palił dużo marihuany. A mimo tego kiedy spędzaliśmy razem czas był pełen optymizmu. Ale nie to jest najgorsze, w pewnym momencie stwierdził, że to między nami to tylko chemia i nic poważnego z tego nie będzie pomimo tego, że jeszcze 2 dni wcześniej mówił mi że mnie nigdy nie zostawi i będzie się mną opiekował itp. Mieliśmy zerwać kontakt, niestety to się ciągnie już pół roku a ja już mam dość. Czuje, że w nim drzemią 2 osoby. Ostatnio zapytał, czy nie zamieszkamy razem a następnego dnia powiedział mi, że mam się w nas cytuję: nie wkręcać, bo on się boi że mnie skrzywdzi. O co chodzi? Czy to może być borderline?

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.