Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'osobowość'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 81 wyników

  1. Witam. Jestem młodą dziewczyną, która według ludzi dookoła ma wszystko SUPER w życiu. Możliwe ze właśnie tak jest ale od długiego czasu tego nie czuje ani nie czuje szczęścia. Dlatego tez stwierdziłam że coś jest niedobrze. Dzieciństwo miałam raczej normalne jak na moje czasy. Mieszkałam często z dziadkami bo albo jeden albo drugi rodzic pracował za granicą. Przyjeżdżając rozpieszczali mnie zabawkami, słodyczami oraz wszystkiego co chce ( aktualnie mam 1stopień otyłości z czym mecze się od czasów przedszkolnych ). Problem bycia grubym dzieckiem/osobą był już od momentu, który mogę pamiętać czyli czasy przedszkolne. Czasy dorastania (liceum i studia) były dla mnie szczęśliwe bardzo bo niestety zaczęłam z sobą walczyć. Diety, Głodówki oraz wlewanie w siebie litrów wody... waga schodziła ale powoli. Następnie „genialny „ pomysł bulimi, który pomógł mi się pozbyć w ciągu roku około 25kg i to pozornie bez żadnych konsekwencji. Moje życie było podporządkowane tylko tej chorobie. Pozytywnymi aspektami mojego okresu dojrzewania była świadomość tego ze jestem chudsza i ze teraz ludzie będą mnie akceptować wiec zaczęłam się otwierać do ludzi. Poznałam cudownych ludzi, których znam do dziś i uważam ich za jedno z moich szczęść w życiu. Kolejny duży etap to już koniec studiów i zakochanie się w swoim przyszłym mężu. Jak w każdych związkach nie było kolorowo ale wiem i jestem pewna, że to jest ta moja miłość. To uczucie jest odwzajemnione wiec można powiedzieć, że ludzie dookoła maja racje, że życie mam bardzo pozytywne. Od 5 lat mieszkamy wspólnie za granicą (UK i Niemcy) gdzie musiałam pokazać na co mnie stać pod względem bycia dorosłą i samodzielną. Udało mi się ale w mojej głowie pojawiła się obserwacja, ze zostałam matką mojego faceta. Ciężko mi stwierdzić, że on też zaczął swoje starania w byciu dorosłym oraz głową rodziny. Czułam ze ja robie duże postępy w życiu a on jest pod moją opieką i jest mu z tym dobrze. Było mi ciężko zajmowaniem się swoimi jakimiś drobnymi problemami, jego dużymi problemami (szczególnie finansowe które ciągnę się już pare lat). Moim zdaniem on teoretycznie nie robił z tym nic i tak się ciągnie. Teraz jestem w 5 miesiącu ciąży co było wspólna decyzja i staraniami, mieszkamy na normalnym mieszkaniu, prace mamy pod nosem. Wiem ze jak urodzę dzidzie to pomimo tego ze w brzuchu mam tylko jedno maleństwo to stanę się matką dwójki. Od prawie 5 lat zmiany mojego przyszłego męża są raczej słabe (albo mam za duże wymagania). Czuje, że potrzebuje wsparcia konkretnego a nie kolejnych obietnic, które nie będą dotrzymane. Powinnam prosić dorosłego faceta aby stał się faktycznie dorosły i odpowiedzialny ? Nawet już nie prosić lecz błagać/grozić ?
  2. Witam! Zawsze myślałam, że jestem silna i dam sobie radę, ale od pewnego czasu zostało to wszystko zachwiane. Obecnie mam 25 lat. Pracuje i studiuje, ale zacznę od początku. Moja rodzina od początku była inna niż większość przeciętnych rodzin. Moi rodzice nigdy tak naprawdę się nie kochali, nie widziałam pomiędzy nimi miłości. Ciągle się kłócili. Mieszkaliśmy z Babcią, więc wielokrotnie wtrącała się w kłótnie między nimi, a także w kłótnie między mną a rodzicami. Jak byłam w okresie dojrzewania to konflikty pomiędzy moimi rodzicami, pomiędzy mną i rodzicami, a także pomiędzy rodzicami i Babcią tylko się pogłębiały. W szkole byłam lubiana, chociaż byłam zupełnie inna od wszystkich, w związku z tym miałam małą grupę znajomych. W wieku 14 lat mojej Mamie wypadł dysk, musiała iść do szpitala, a oprócz tego potrzebowała rehabilitacji. Mój wuja zachorował, a Babcia jako jego siostra pojechała do niego się nim opiekować (na 2/3 tygodnie, wracała, a po jakimś czasie znowu wyjeżdżała). Moje relacje z Tatą były bardzo specyficzne. Nie wiem nawet czy można to nazwać relacjami. Mój Tata mnie olewał, a ja będąc w gimnazjum jak większość osób zaczęłam ją olewać, doszło do sytuacji, gdzie miałam 6 zagrożeń i musiałam z tego wyjść. Był to moment, w którym wszystko się zmieniło. Zaczęłam się uczyć, zaczęłam przywiązywać do tego taką wagę, że na koniec gimnazjum miałam na świadectwie same 4. Ale sytuacja pomiędzy moimi rodzicami przyczyniła się do tego, że nauka oprócz hobby zaczęła być odskocznią i była ucieczką. Dla nie których komputer, dla mnie nauka. Potem poszłam do liceum. Tam zaczęłam mieć więcej znajomych, zaczęłam bardziej żyć, byłam pewniejsza siebie, ale również uciekałam w naukę. Konflikty w moim domu cały czas narastały, do tego stopnia, że zostawałam na wszelkie możliwe zajęcia pozalekcyjne, żeby tylko w nim nie przebywać. Moi rodzice się nienawidzili. Moja Mama zostawała dłużej w pracy, żeby tylko nie wracać, moja Babcia wyjeżdżała często. Ja miałam tę okazję, że poznałam chłopaka w moim wieku z innego miasta, więc w weekendy albo jeździła do niego albo on do mnie i było to jakiś odpoczynek. Z czasem okazało się, że mój Tata okradał mnie, moją Mamę i Babcię. Widziałam, że znikały mi pieniądze i mówiłam mojej Mamie i Babci, ale one mi nie wierzyły. Uważały, że kłamię albo, że mi się coś wydaję. Dopiero jak im zaczęło coś znikać (chociaż najpierw oskarżały mnie) to połączyły wątki. Po liceum, kiedy byłam już na studiach moi rodzice wzięli rozwód. Kontakt z moim Tatą był, jaki był, ale z czasem (po rozprawie o alimenty, którą wygrałam) całkowicie straciłam kontakt. Na ten moment wiem, że mój Tata ma nową rodzinę, ma dziecko i kobietę. Ja nie mam z nim kontaktu. Odzywa się tylko wtedy kiedy chodzi o pieniądze. (czyli kiedy przestanie mi płacić). Jemu zależy tylko na pieniądzach. Nigdy nie traktował mnie, jak swojego dziecka, córki. Jak byłam mała to też trochę mnie bił, ale w pewnym momencie przestał, jak widział, że będę w stanie się obronić. W tym okresie kiedy straciłam kontakt z moim Tatą, zerwał ze mną również mój chłopak. Miał problem z akceptacją tego, że studiuje, a on nie. Prawdą jest, że odległość też zrobiła swoje. Moja Mama poznała nowego mężczyznę, z którym była szczęśliwa i jest dalej, bo niedawno wzięli ślub. Ale wtedy kiedy potrzebowałam mojej Mamy to jej nie było. Jak ona przechodziła przez nowotwór, przechodziła przez operację na woreczek ja byłam na każde jej zawołanie. Obecnie skończyłam studia licencjacki i magisterskie, ale robię inżynierskie (zaocznie). Pracuję na pełen etat. Mam duży żal do moich rodziców. Mieszkam z moim Narzeczonym niedaleko Mamy i Babci (one mieszkają osobno, chociaż Mama mieszkała z Babcią ponad 40 lat, wyprowadziła się pół roku przede mną, ja przez pół roku mieszkałam jeszcze z moją Babcią). Jestem z nim szczęśliwa, planujemy ślub, ale boli mnie każde spotkanie z moja rodziną... Moja Mama nie może nawet zapamiętać jaki kierunek studiów skończyłam, co robię dalej. Moja Babcia ją popiera. Dlaczego? Ponieważ Babcia rozpieszczała bardzo Mamę i zawsze jest po jej stronie. Czuję się jak gorsza osoba, czuję się niedoceniona przez nie. Czuję się doceniona w pracy, na uczelni, przez Narzeczonego, ale nie przez moją rodzinę. Uważają, że w życiu miały trudniej. Zawsze to ja jestem ta gorsza. Ja jestem nieakceptowalna. One są wiecznie ofiarami. Dostrzega to wszystko nawet mój Narzeczony. Jak się z nim kłócę, albo coś jest nie tak między nami to zawsze chwalą jego i jego bronią. Ja jestem ta gorsza. On jest kochany i biedny, a ja jestem ta zła. Jak widzę rodzinę mojego Narzeczonego to mu zazdroszczę. Też pochodzi z rozbitej rodziny, ale innej. Na początku miałam wojnę z jego Mamą o wyprowadzkę, ale teraz jest ok. On jest doceniany i rozumiany. Ja jestem sama w mojej rodzinie... Czy mam za duże wymagania względem mojej rodziny? Chcę tylko szacunku i docenienia. Rozmowy na te tematy z moją Mamą i Babcią kończą się zwykle kłótnią..
  3. Cześć, Długo zbierałem się w sobie żeby to napisać. Chyba jeszcze dłużej zastanawiałem się co napisać. I chyba od tego wypadałoby zacząć. Jestem pełen sprzeczności, ciągle mam wątpliwości. Gdy się nad czymś zastanawiam zawsze znajdę jakieś "ale". Poczynając od spraw światopoglądowych po najprostsze czynności dnia codziennego. Mam problem żeby obronić swoje zdanie, właściwie je argumentować. Wiem co myślę, ale nie potrafię tego przekazać, A za chwilę sam już nie jestem pewny tego co myślę, Nie wiem czy wynika to z braku pewności siebie czy z czegoś innego? Pracuję w zawodzie wymagającym myślenia logicznego, analizy faktów, danych. Radzę sobie nieźle, jestem dobry w tym co robię. I na tym koniec pozytywów. Jeśli chodzi o kontakty z ludźmi to one praktycznie nie istnieją. Są płytkie, powierzchowne, najczęściej rozmawiam na tematy związane z pracą lub bieżącymi wydarzeniami. Unikam rozmów bo jeśli mówię to co mi przyjdzie jako pierwsze do głowy to wychodzi to tragicznie. Jeśli zaś zaczynam się zastanawiać co powiedzieć to moje wątpliwości mnie blokują do tego stopnia, że wtedy już kompletnie nie wiem co powiedzieć, gubię się w swoich myślach. Tego nie powiem bo ją/jego mogę tym urazić, tamtego nie bo pomyśli sobie to i tamto, tego też nie bo odbierze to jako obgadywanie tego czy tamtego... Nauczyłem się kilku uniwersalnych, neutralnych "odzywek", lżej mi z tym, przynajmniej nie milczę, ale na dłuższą metę tak się nie da. Moje odpowiedzi są schematyczne, inni odnoszą wrażenie, że nie chcę z nimi rozmawiać i ich spławiam. A ja po prostu nie potrafię inaczej. Bardzo ciężko jest mi nawiązać jakikolwiek kontakt, ludzie mają mnie w najlepszym przypadku za dziwaka, często chama- poprzez te szczere, nieprzemyślane odpowiedzi (swoją drogą większość zapytana odpowie, że ceni sobie szczerość, a jak usłyszy trochę prawdy to jest drama...), albo w drugim przypadku za gbura z mniemaniem o sobie bo nie zamieni nawet kilku zdań tylko ucina temat. Z tego powodu coraz częściej już nie muszę unikać rozmów bo ludzie sami omijają mnie szerokim łukiem. Nie rozumiem ludzi- niech przykładem będzie chociażby ta szczerość. Nie potrafię się dogadać, ciężko mi odczytać intencje, przeczytać między wierszami, pociągnąć rozmowę, mówić w taki sposób, żeby inni nie odbierali tego osobiście. Moim problemem jest zbytnia bezpośredniość i "przenoszenie" pracy na pozostałe aspekty życia. Nie potrafię kłamać, udawać a z drugiej strony wiecznie coś analizuję, cały czas staram się przewidzieć przynajmniej ten jeden krok naprzód. W kontaktach z ludźmi jestem zamknięty, zimny, bez emocji- chyba że chodzi o złość, gniew, stres, strach. Nikogo nie biję, nie krzyczę, nie płaczę po kątach, ale też kompletnie nie potrafię ukryć, że np. jestem zdenerwowany czy na kogoś zły. Twardo stąpam po ziemi, zawsze staram się odnosić do faktów, raczej unikam takiego typowego gdybania. Nie potrafię rozmawiać "o niczym". Sam nie używam aluzji chociaż nie mam problemu z ich zrozumieniem. Ignoruję je, udaję że nie załapałem bo po prostu nie wiem jak zareagować. Ludziom wydaje się, że jestem idiotą i pozwalają sobie przy mnie naprawdę na wiele. A w środku jest człowiek, który rozumie, czuje, a pewne docinki naprawdę bolą. Nie potrafię jednak tego człowieka wywlec na zewnątrz. Podsumowując zraniony, mocno (chyba za mocno) uczuciowy, empatyczny i jednocześnie zimny i zamknięty, inteligentny idiota. Pełen sprzeczności, skrajności... To co w środku nijak ma się do tego jaki jestem na zewnątrz. Ciężko mi już tak to ciągnąć, chciałbym zmienić pracę, ale boję się wejścia w zupełnie nowe środowisko. Tutaj gdzie jestem ludzie są przynajmniej ze mną "obyci", w pewnym stopniu akceptują moje odchyły, po prostu jestem, robię swoje i nikomu nie przeszkadzam. Praca to w tym momencie jedyne co mnie trzyma z dala od pokoju bez klamek, jakiś sens w moim życiu. Wejście w nowe środowisko wiązałoby się z koniecznością "przyzwyczajenia" nowych osób do mnie, z kolejnymi docinkami, mnóstwem emocji i stresu... nie chcę i chyba nie potrafiłbym tego przeżyć kolejny raz. Od jakiegoś czasu szukam, czytam i chociaż jestem bardziej świadomy, chyba nawet jest trochę lepiej to jednak co raz to pojawiają się nowe wątpliwości, które powodują jeszcze większy mętlik w głowie. Niekiedy sam już nie wiem czy pewnych rzeczy sobie nie ubzdurałem, boję się żeby nie popaść w jakąś paranoję. Jestem kompletnie zablokowany i nie potrafię się otworzyć. To co myślę i jak reaguję na "bieżąco" kompletnie różni się od tego co robię i myślę po fakcie, kiedy już mogę złapać dystans. Nie potrafię tego dystansu, tego luzu złapać w obecności ludzi. Większość kontaktów z ludźmi, praktycznie wszystkie, które nie dotyczą pracy, to dla mnie ogromny stres, nawet odezwanie się do kasjerki w sklepie poza standardowym dzień dobry, dziękuję, do widzenia. Na zewnątrz sprawiam wrażenie żywego trupa, a w środku kotłuje się od myśli i emocji. Najgorsze jest to, że ten stres zaczyna odbijać się na moim zdrowiu fizycznym. Dla mnie to jest wyraźny sygnał, że jeśli teraz czegoś nie zrobię to mogę przegapić moment kiedy jeszcze można cokolwiek zrobić. Proszę, poradźcie mi co z tym zrobić, gdzie i jakiej pomocy szukać bo wiem, że sam sobie z tym nie poradzę.
  4. „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” to autentyczny dziennik ze szpitala psychiatrycznego. Rozpoczyna on cykl autobiograficznych książek o borderline Anki Mrówczyńskiej. To intymna i wstrząsająca opowieść o dwudziestosiedmiolatce z pogranicznym zaburzeniem osobowości. Przedstawia losy pogrążonej w depresji, nadużywającej alkoholu i okaleczającej się dziewczyny, mającej dość pracy na stanowisku robotnika. Nasilające się myśli samobójcze i kolejne dwie próby skłaniają ją do poszukania profesjonalnej pomocy. To, co udaje się jej dostać, nie wystarcza. Rozpoczyna terapię na Oddziale Dziennym Leczenia Nerwic. Stamtąd zostaje przeniesiona na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego. W szpitalu przez większość czasu zajmuje się spisywaniem swojego życia wewnętrznego. Swoją osobowość postrzega jako podzieloną na pięć części, gdzie każda z nich ciągnie na swoją stronę. W dziewczynie walczą ze sobą chęć życia oraz pragnienie śmierci. Czytając tę książkę przenosimy się do świata wewnętrznego narratorki. Poznajemy jej myśli, obawy, rozterki. Dzięki licznym analizom, spoglądamy na świat jej oczami. Ta lektura obudzi w czytelniku emocje, jakie kłębią się w osobie desperacko walczącej o swoje życie – ze sobą samym. Poznaj dylematy, z jakimi zmaga się ktoś, kto czuje silny przymus niszczenia siebie, choć tak bardzo kocha życie. Książka polecana, w szczególności studentom psychiatrii, psychologii i psychoterapii oraz początkującym klinicystom i lekarzom, przez magazyny "Charaktery", "Kwartalnik Psychiatra", "Psychiatria i Psychoterapia".
  5. Witajcie jestem dziewczyną mam 19 lat i stwierdziłam od jakiegoś czasu ze nie lubię być odbierna jak kobieta ( dobra jak kobieta mogę być ale nie lubię być odbierana jakoś bardzo kobieco) zauważyłam że nie lubię eksponowac swojej kobiecosc, zakładać jakieś bardzo kobiece stroje, sukienki itp jakoś źle mi z tym. Wole np być odbierana "bezplciowo" ale raczej czuje się kobieta i wiem ze nią jestem ale władnie to wszystko kaplikuje ten "sposób bycia". Nie jest to uwarunkowione raczej przez kulturę i traktowanie dziewczyn w społeczeństwie bo to mi nie przeszkadza, wydaje mi się ze to nie ma w sumie przyczyny tylko po prostu tak mam, jakceptacja szłam kiedyś z malutka Bratanica na spacer i gdy ludzie zatrzymywał się i pytali o nią myślą że ja jestem mamą było mi dziwnie. To też nie jest tak ze np nie lubię kobiecych rzeczy, sukienek itp bo osobiście chętnie bym sobie kupiła np wysokie szpilki albo zrobiła sobie piękne długie paznokcie ale wiem ze będę się w tym źle czuc.... wydaje mi się ze ja nie chce po prostu być odbierana przez środowisko kobieco.... gdyby była sytuacja podzielenia się rolami i ze np dziewczyny idą gotować obiad a chłopaki np nie wiem rabac drewno to wolalabym isc z chłopakami ( tak się czuje lepiej) ale czuje się dziewczyna. To mnie bardzo denerwuje bo chciałabym być kobieca polubić kobiecy tryb życia kobiecosc itp. Czy mogę coś zrobić żeby to zmienić i żeby lepiej poczuć się w tym " kobiecym świecie"
  6. Witam, mam na imię Magda i mam 33 lata, jestem rok po rozstaniu. Osoba, z którą byłam twierdzi i twierdziła wcześniej, że nie dopuszcza do siebie uczuć, w sensie, że nie umie przyjąć faktu, że ktoś ją może kochać. Nie potrafi przez to szanować czyiś uczuć tych pozytywnych, tak jakby nie dopuszczał, że zasługuje na dobro i miłość. Dla mnie to dziwne i nie wiem jak mam takie coś rozumieć i czy można mu pomóc? Czy to jest powiązane z dzieciństwem?- z tego co wiem dorastał w pełnej rodzinie i w kochającej atmosferze. Proszę o poradę
  7. Mam 34 lata i od kilku miesięcy jestem singielką - w dużym stopniu z własnego wyboru. Przez 4 lata byłam w związku z narcystycznym pedantem. Zostawił mnie na miesiąc przed ślubem. Potem związałam się z przyjacielem, który był dla mnie ideałem, pod względem charakteru, poglądów, byliśmy bratnimi duszami. Nikogo nigdy nie kochałam tak bardzo mimo że wiedziałam o nim wszystko...a w życiu zrobił wiele głupstw i złych rzeczy. Nie przeszkadzało mi to, bo wiedziałam, że to przeszłość i teraz jest innym człowiekiem. Wiedziałam, że jest socjopatą. Przyznał mi się do tego. Przeczytałam wiele książek na ten temat, rozmawiałam z psychologami, wiele osób mnie ostrzegało ale nie obchodziły mnie opinie innych ludzi, przecież go kochałam, znałam go lepiej niż oni. Po pół roku zaczął czepiać się wszystkiego, stwierdził że mi nie ufa, że jestem zazdrosna i zaborcza. Owszem zdaję sobie sprawę z moich problemów, próbuję sobie z nimi radzić ale prawda jest taka, że po kilku miesiącach przebywania w tej relacji mój stan psychiczny sięgnął dna. Po rozstaniu pojawiły się myśli samobójcze, byłam tak zmęczona, znudzona życiem, nic mnie nie cieszyło, nic nie miało sensu, straciłam wielu przyjaciół, znajomych, byłam sama a rozpaczliwie potrzebowałam kontaktu z ludźmi. Wszyscy w około mnie pocieszali, przyjaciele i rodzina. Dopiero jedna z koleżanek powiedziała mi pewnego dnia: przestań użalać się nad sobą! Naprawdę twoje problemy są z du..y wzięte! Są ludzie, którzy mają prawdziwe problemy i tak nie histeryzują! Co zrobiłam? Najpierw zaczęłam płakać, a potem jej podziękowałam. Uspokoiłam się, zaczęłam żyć od nowa. Wtedy zrozumiałam, że nie potrzebowałam użalania się nade mną tylko solidnego kopniaka w zad żeby wziąć się w garść. Czy to możliwe, że podświadomie wybieram ten typ faceta, toksyków, socjopatów, narcyzów? To ja zwykle robię pierwszy krok w stronę faceta, który mnie intryguje, jest wg mnie ciekawy. A zarówno były bokser, socjopata jak i chłopak z rodziny wojskowych, którego ojciec był alkoholikiem, a 10 lat starszy brat uciekł z domu w wielu lat 17, wydawali mi się interesujący. Do tego jeden i drugi byli bardzo inteligentni. Socjopata po kilku miesiącach uznał, że jestem dla niego niezwykle ważna jaka osoba, że nie potrzebuje przyjaciół, bo ma mnie i tyle mu wystarcza. Mówił to z premedytacją, bo dopiero teraz zaczynam rozumieć, że on znał mnie lepiej niż ja jego. Miało to na celu wzbudzenia we mnie poczucia własnej wartości, żebym poczuła się ważna, potrzebna. Wszystko żebym tylko nie odeszła, nie zostawiła go. I tak żerował na mojej naiwności i emocjonalności do czasu aż poznał inną dziewczynę, młodszą być może ładniejszą i mnie zostawił. Jestem teraz sama i bardzo się z tego cieszę. Odpoczęłam psychicznie i nie wiem czy kiedykolwiek zechcę wrócić do jakiegoś związku. Bo i po co skoro kolejny wybór będzie podobny. Żadni inni mężczyźni mnie nie pociągają. Oczywiście lubię gdy chłopak jest miły ale tylko jeśli jest ze mną na stopie koleżeńskiej. Nie widzę go w roli partnera życiowego. Naturalnie nie chodzi też o to żeby facet mnie bił, poniżał i wyzywał ale lubię złośliwych i inteligentnych facetów. Takich którzy wbijają szpileczki a wtedy ja mogę im się odpłacić. To podniecające i trochę jak gra wstępna. Dlaczego tak się ze mną dzieje? Czy w ogóle jestem w stanie stworzyć stały związek?
  8. Witajcie jestem młodą osobą 19 lat mój problem polega na tym ze ogólnie jestem meska. Zauważyłam że ogólnie nie jestem kobieca nie lubię jak ludzie odbierają mnie za kobieca. Np nie chce mieć męża dzieci ponieważ wtedy będę odgrywac damska rolę a ja wolę być jakby neutralna, nie lubię też jak ludzie mówią do mnie dziewczynka itp. Ogólnie kobiece zwroty. Ogólnie jak włożę sobie sukienkę szpilki to niby ok ale czuje się w tym i tak mesko. Tak naprawdę od 3 lat mama problem ze swoją tozsamosci plciowa i nie potrafię stwierdzić kim jestem to wszystko zaczęło się od obejrzenia filmu o osobie transseksualnej wydaje mi się ze przed tymi myślami wszystko było okej. Z jednej strony jak myślę kim jestem to nasuwa mi się w głowie ze kobieta ale mam wątpliwości właśnie dlatego ze jestem meska no i przejawiam takie zachowania jak wyżej. Co o tym myślicie może ktoś z was miał podobnie, czy da się coś zrobić żeby być i czuć się bardziej kobieco ?
  9. Witam wszystkich. Jestem wielce szczęśliwa, że udało mi się natrafić na to forum. Na imię mi Sylwia mam 26 lat i pochodzę z .. no właśnie.. rodzona na północy Polski, chowana po środku z domieszką kaszubskiej krwi. Od 10 lat przebywam na terenie UK. Jestem zaręczona z byłym wojskowym, który mimo iż młodszy ode mnie jest już weteranem. Jako dziecko interesowałam się psychologią, muzyką, medycyną i sztuką, teraz nastąpiły lekkie zmiany i psychologia poszła w bok a na to miejsce wstąpiła pirografia. ( relaksuje mnie w ciężkich momentach ) Żal po utracie zainteresowania psychologią jest wielki.. Na co dzień uchodzę za osobę otwartą, pewną siebie i przebojową. Nie boje się mówić otwarcie o problemach gdy jestem o nie zapytana ( No, chyba, że to rodzina i bliscy. Jest pewien opór by przyznać im się co do problemów.) Mam dwoje fantastycznych rodziców, którzy zawsze, mimo wszystko byli przy mnie i przeszli ze mną (o zgrozo) koszmar gdy byłam nastolatką.(Mimo iż oboje potrafią dać w palnik i zdarzają się awantury nie wyobrażam sobie bardziej fantastycznych ludzi od nich ) Posiadam również kotkę dachowca w odcieniu tak czarnym jak moje poczucie humoru- o imieniu Nuutti. Obecnie wraz z partnerem mieszkamy na wsi w Szkocji. Mój partner posiada PTSD z którym codziennie walczymy, depresja i brak pewności siebie czasem staje na przeszkodzie życiu. A ja? A ja nie wiem co ze mną nie tak, ale jest wiele. Poza genetycznymi skłonnościami do alkoholu i awantur jest coś czego nie znam a nie daje mi siedzieć spokojnie. Tak więc palę faję, patrzę w monitor i widzę tak wiele osób (po dogłębnym sprawdzeniu forum) które w pewnym stopniu mogą zrozumieć mój wewnętrzny problem. Witam was. Was wszystkich. Jest mi naprawdę ciepło na duszy wiedząc, że jesteście. Jako część forum jestem i ja dla was . Jako, że piszę nocą post ten kończę życzeniem dobrej i spokojnej nocy. Pozdrawiam wszystkich. Sylwia
  10. Mam 18 lat, jestem chłopcem, kolega - ten sam rocznik, co ja Wiem, że to niecodzienny przypadek... W wakacje założyłem konto na jednym z portali, gdzie piszę z ludźmi po angielsku w celu poprawienia tego języka. Poznałem tam wiele osób, jednym z nich był Ali. Szybko stał się moim ulubionym przyjacielem korespondencyjnym. Pisaliśmy bardzo dużo. Gdy byłem na wczasach, wysłałem mu nawet pocztówkę. Staliśmy się przyjaciółmi [a mam problemy z zaprzyjaźnianiem się], później on stał się nawet moim najlepszym przyjacielem. Pisaliśmy pół roku, ufaliśmy sobie. Nie wstydził się pokazać mi swoich piosenki [Ali śpiewa i gra na gitarze], byłem jednym z dwóch osób, którym powiedział nawet, kto mu się podoba [drugą był jego przyjaciel "niekorespondencyjny"], kiedyś mówił, że w jego szkole była impreza, ale o nie poszedł, bo nie umie tańczyć. Planowaliśmy nawet wspólne wakacje - miałem go odwiedzić. Pewnego dnia nagle zablokował mnie na IG, a ja nadal nie znam powodu. Odczekałem 2 dni, aby "nerwy mu przeszły", napisałem do niego na emaila, na tamtym portalu oraz z drugiego konta na IG, gdzie go przeprosiłem, jeśli zrobiłem coś złego. Zablokował on mnie jednak też na drugim IG. Poczekałem z miesiąc i postanowiłem ponownie spróbować. Wysłałem mu emaila, napisałem do niego na FB [nie korzystaliśmy z tego wcześniej] oraz w komentarzu pod prywatnym filmikiem na YT, do którego linka miałem tylko ja. Przeprosiłem go, powiedziałem, że zależy mi na kontakcie z nim, i napisałem, że jak mnie bardzo nie lubi, to niech chociaż powie mi, co złego zrobiłem. Nic nie odpisał, jednak usunął tamten filmik z YT, więc wiem, że to przeczytał. Wysłałem mu wiadomość, że wiem, że to widział i że go nie zabiję xd I nic. Za to później odczytał on moją wiadomość [wcześniej tego nie zrobił] na portalu, gdzie się poznaliśmy. Po prawie 2 tygodniach od czasu wysłania poprzedniej wiadomości spróbowałem jeszcze raz, lecz nie pisałem już o tamtym, tylko spytałem, czy spotykamy się w wakacje i zacząłem pisać o strajku nauczycieli w Polsce, aby była "luźna rozmowa". Zacząłem go też obserwować na FB, gdyby dostał moje wiadomości do spamu lub gdzieś indziej i nie wiedział, że go znalazłem. Jednak on mnie zablokował i nadal nie wysłał żadnej wiadomości. Wszedł na moje konto na portalu, gdzie się poznaliśmy, lecz - o dziwo - tam mnie na zablokował i nadal mam go w przyjaciołach. Chciałbym odzyskać kontakt z nim lub przynajmniej dowiedzieć się, dlaczego on go zerwał. Nie mogło to być zwykłe znudzenie się, gdyż byliśmy ze sobą zbyt zżyci. Możliwe, że mógł obrazić się przez mema, którego mu wysłałem dzień przed tym, jak zablokował mnie po raz pierwszy [mem przedstawiał szkieleta i napis "Gdy czekam na odpowiedź od mojego przyjaciela" {czy jakoś tak}], lub nie wyszło mu coś dziewczyną, w której był zakochany. Mogą być też inne powody, których nie znam... Na F3 zadałem mu anonimowe pytanie w "jego" języku, czy łatwo wybacza, a ten odpowiedział, że tak. Spytałem również, w jakich krajach oprócz tego, gdzie teraz mieszka [Ali jest imigrantem], ma przyjaciół i w jego odpowiedziach padła Polska. Co powinienem zrobić, chciałbym odzyskam kontakt lub chociaż dowiedzieć się, dlaczego on go zerwał? Po około miesiącu wysłałem mu SMS'a [numer wziąłem z IG] i napisałem, czy możemy zapomnieć o tym, co się stało i dalej być przyjaciółmi, że wiem, że to trochę niekomfortowa sytuacja, ale ja do niego piszę i przeprosiłem go. Powiedziałem mu, aby pomyślał, co by on czuł, jeśli jego najlepszy przyjaciel zerwałby kontakt. Postanowiłem go też sprowokować, aby coś odpisał [chcę znać chociaż powód] i napisałem, że jeśli nie chce rozmawiać, niech powie dlaczego, że mówił, że łatwo wybacza, więc o co chodzi, spytałem, czy chodzi o wakacje, że mówił, że jest odważny, czy się mnie boi i aby pokazał odwagę, mówiąc mi, czemu nie chcę rozmawiać. I nic. Z jednej ze stron dowiedziałem się, że możliwe, iż ma on zaburzenie borderline'a [mógł zerwać kontakt, gdy się zdenerwował - bo osoby z tym tak robią - lub - co też wyczytałem - taka osoba... czasami może zerwać kontakt, gdy kogoś lubi, gdyż boi się, że będzie bardzo cierpiała, jeśli to ona zostanie wystawiona] i powinienem mu powiedzieć, co czułem, gdy mnie zablokował. Napisałem to przyjacielowi [SMS, email oraz na stronę, gdzie się poznaliśmy]: "Cześć, wciąż jesteś zły? Byłem smutny, kiedy mnie zablokowałeś. Myślałem, że mem, który ci wysłałem, będzie śmieszny, zraniłem cię, ta? Byłem szczęśliwy, kiedy zaufałeś mi i powiedziałeś mi o /tu imię dziewczyny, która mu się podobała/, kiedy pokazałeś mi swoje piosenki, kiedy napisałeś do mnie, gdy nie mogłeś pisać nad morzem i chciałeś się ze mną spotkać. Kiedy mnie zablokowałeś, byłem smutny, bo straciłem przyjaciela, którego chcę odzyskać. Mam ponad 20 przyjacieli korespondencyjnych, ale ciebie lubiłem najbardziej. Mógłbym cię prosić o odpowiedź?" Odczytał on dzisiaj moją wiadomość [prawdopodobnie ok. godziny temu, bo wtedy nastąpiło jego ostatnie logowanie na tamtą stronę. Co powinienem teraz robić? Czekać ileś? Sądzicie, że nie odpowiada ze wstydu? Jakiś czas wrócił on na tamtą stronę i odczytał moją starą wiadomość do niego, zatem to chyba nie będzie tak, że mnie nie chce znać. Czy może miech minię około tydzień od tamtego momentu, napiszę do niego, powiem, że chcę zapomnieć o tamtym, co się zdarzyło, powiem mu, że jeśli naprawdę jest przyjacielem, niech ze mną piszę {coś takiego}, dopóki jeszcze chcę się z nim przyjaźnić, i rozpocznę pisanie na jakiś temat [prawdopodobnie zacznę mówić o grze]. Co o tym sądzicie?
  11. Mam 29 lat. Jestem żonaty od 3 lat, ale nasz związek trwa już 12 lat. Mieszkamy ze sobą przynajmniej od 6 lat. Jak łatwo policzyć związek zaczął się jeszcze w liceum, gdzie nie do końca jest się dojrzałym człowiekiem. Od pół roku w mojej głowie panuje ogromne zamieszanie. Nie mogę przestać myśleć o swojej znajomej z pracy. Kiedy cokolwiek "robię" z Żoną, wyobrażam sobie jakby to było ze Znajomą (nie chcę tutaj podawać imienia - niech zostanie Znajoma). Nic pomiędzy Nami nie ma- dopóki nie odejdę od Żony chce być wobec Niej lojalny. Nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi na inne kobiety, ale od jakiegoś czasu zaczęło mnie drażnić zachowanie mojej Żony. Aktualnie nie potrafię odpowiedzieć sobie czy ją kocham. Zresztą gdy patrzę z perspektywy czasu nigdy nie potrafiłem odpowiedzieć ani Jej, ani sobie na to pytanie. Nikt nie jest idealny, (ja również), Żona nie jest w moim typie jeżeli chodzi o wygląd - ale całe życie powtarzano mi, że przecież nie to jest najważniejsze (teraz wiem, że jednak trochę ważne jest). Nie potrafię wymienić Jej zalet jeżeli chodzi o charakter. Zdecydowanie łatwiej wymienić mi wady. Wstyd przyznać, ale dla mnie największym Jej atutem było to, że ma bogatych rodziców. Ja nigdy nie miałem nic, więc była to dla mnie szansa i to przysłaniało mi przez całe życie Jej wady. Teraz, gdy już (przynajmniej tak mi się wydaje) trochę dojrzałem, zacząłem mieć inne potrzeby jak tylko bezpieczeństwo finansowe i święty spokój - Żona miała/ma jeszcze jedną zaletę (jak jeszcze mi się kiedyś wydawało, że to zaleta) - niewiele mówi, jest zamkniętą w sobie introwertyczką. Dodatkowo ma sporo kompleksów z powodu swojego wyglądu. Czasami siedzimy cały weekend przed TV, bo ona coś by chciała robić, ale wszelkie moje propozycje rozrywek odrzuca. Po przeprowadzce do innego miasta odizolowałem się od swoich przyjaciół, ponieważ Żona jest dodatkowo chorobliwe zazdrosna (nie tylko o kobiety.. WTF?!). Wszędzie snuje jakieś podejrzenia, a nigdy nie miała do tego powodów - 99% wolnego czasu spędzam z Nią. Nigdzie nie wychodzę z domu poza pracą. Aktualnie nie utrzymuję żadnego kontaktu ze znajomymi poza ludźmi z pracy. Ona również z nikim się nie przyjaźni. Czuję się odludkiem. Zawsze mówiliśmy sobie, że nie chcemy mieć dzieci, jednak powoli dojrzewa w Nas ta decyzja, ale... Mamy psa i niestety moja Żona jest bardzo wybuchowa (czasami nie panuje nad swoimi zachowaniami) jeżeli pies zrobi coś inaczej niż Ona chce - a chce być we wszystkim perfekcyjna i idealna. Ludzie mówią, że to dobry test przed podjęciem decyzji o dziecku - ja na ten moment czuję, że Ona nie nadaje się do wychowywania dzieci. Gdy zauważyła, że coś się ze mną dzieje, pewnego wieczoru rozpoczęliśmy tę trudną rozmowę - powiedziałem Jej o tym, że nie jestem pewien swoich uczuć, o niepewności co do dziecka itp. Nie mówiłem nic o Znajomej. Niestety rozpłakała się, wpadła w histerię, groziła, ze "coś" sobie zrobi, a ja nie miałem na tyle odwagi, żeby wyjść ze spakowaną torbą i nie wracać. Czułem, że bardzo Ją skrzywdzę i po długiej rozmowie stwierdziłem, że spróbujemy to naprawić. Od tej rozmowy minęły 3 miesiące. Widzę, ze Ona się stara, ja też próbuje, ale ciągle w głowie siedzi Znajoma.. Gdy tylko mam "zgrzyt" z Żoną próbuję to sobie zrekompensować wydawaniem pieniędzy i spełnianiem swoich "marzeń" - sprzęt hi-fi, lepsze auto, motocykl, aktualnie mam trochę kredytów na głowie + hipoteka. Żona o niczym nie wie poza hipoteką - mamy osobne konta, zarabiam całkiem nieźle po różnych awansach, więc myśli, że tyle zaoszczędziłem, żeby sobie na to wszystko pozwolić. Znajomej nigdy nie powiedziałem o swoich uczuciach. Czasami tylko rozmawiam z Nią o problemach z Żoną, bo zauważyła, że coś jest między nami nie tak. Ona jest sama, dogaduje się z Nią bez słów, jest bardzo atrakcyjną kobietą, mogę z Nią rozmawiać o wszystkim. Znamy się od 3 lat. Przejawia jakieś drobne zainteresowanie moją osobą, ale fakt, że jestem żonaty na pewno hamuje ją przed okazaniem uczuć - ostatnio nawet rozmawialiśmy o związkach i zapytałem ją czy kogoś szuka, a ona na to, że "ciężko kogoś sensownego znaleźć, a Ty już jesteś zajęty (śmiech)" po czym w dalszej rozmowie powiedziała, że nie okazuje na zewnątrz swoich uczuć. Wiem, że trochę się rozpisałem za co przepraszam. Jak wyjść z tej życiowej zagadki ? Czy dalej mam oszukiwać siebie i Żonę, że coś do Niej czuje i że to Ona jest kobietą mojego życia ? Czy nie będzie to dla niej większa krzywda niż odejście od Niej ?
  12. Witam, Jestem osoba dojrzala, ale mam pewne stare problemy, wynikajace z zaniedban afektywnych w dziecinstwie (czytaj patologia). Oczywiscie ma to wplyw na moje zycie obecne mimo terapii i przeczytanych ksiazek. Otoz ludzie, ktorzy mnie otaczaja sa raczej dosc narcystyczni, a ja czuje, ze wiecej daje z siebie. Tak bardzo ciezko mi zyc z poczuciem osamotnienia, ze sama zgadzam sie na takie wykorzystujace towarzystwo. I tak tkwie w nieszczesliwym zwiazku, z mezem, ktory chce uslyszec co mam do powiedzenia, ale on nie slyszy emocji ani uczuc. Probowalam kiedys byc sama bez partnera, ale tez bylo mi zle. Pozdrawiam serdecznie Zofia
  13. Przez pomyłke poprzednia wiadomosc wylalam niedokonczona, wiec tutaj napisze ja jeszcze raz. Jestem uczennicą liceum I mam 18 lat. Zawsze byłam zamknięta w sobie I introwertyczna, jednak po śmierci mojego dziadka w 2011 roku, kompletnie się załamałam. Płakałam praktycznie codziennie, choć nikt o tym nie wiedział. Od tego czasu często towarzyszy mi przygnębienie, samotność I niska samoocena. Raz jest lepiej, raz gorzej. Od kilku miesiecy ten stan się nasilił I jestem smutna codziennie, nie mogę się tego wyzbyć. Jestem strasznie wrazliwa, wszystko biorę do siebie, czuje się niezrozumiała I bezwartościowa.Czesto pragne sie odezwac, jednak obawiam sie, ze powiem cos nie tak I sie upokorze, wiec wole milczec. Bez przerwy chce mi sie spac, najlepiej bym tylko ogladala telewizje, jadla I nic poza tym. Z jednej strony chciałabym kontaktu z drugim człowiekiem, ale jednak nieustannie sie izoluje. Wiem, że nigdy raczej nie posunelabym sie do samobojstwa, choc miewam rozne mysli. Nie wiem juz co robic, bo powoli mam juz dosyc takiego stanu rzeczy.
  14. Witam mam jakiś problem ze sobą. Nie wiem nawet od czego zacząć, ale spróbuję opisać może kilka moich przemyśleń na mój temat. Za dzieciaka byłem często nazywany tym "inteligentnym, ale leniwym" miałem zawsze bez problemu 4ki i piątki ze wszystkiego, wszystko w zasadzie pamiętam co usłyszę, gorzej z tekstami czytanymi, dlatego jak nie było mnie na lekcjach to miałem jedynki z danego tematu i nigdy nie kwapiłem się ich poprawiać. Zadania domowe ignorowałem, na początku zapominałem o nich w godzinę po lekcji a w domu w ogóle nie myślałem o takim czymś, z kolei w gimnazjum i technikum zacząłem wymyślać sobie wytłumaczenia, że to głupie i nie będę poza szkołą uczył się jeszcze w domu! Teraz jestem dosyć wycofany społecznie i uwielbiam spędzać czas na komputerze. Mój problem? Brak podążania zaa czymkolwiek/brak motywacji/wszystko wydaje mi się bez sensu, bo da się przeżyć prawie nic nie robiąc... Zestawiając to teraz tak blisko ze sobą widzę bardzo logiczne powiązanie 😛 prawdę mówiąc pierwszy raz tak to sobie zestawiłęm i już nie żałuję , że tu piszę. Choćby sam dla siebie. Ale wracając do tematu - nic mi się nie chce, pracuję od czasu do czasu jak mnie ktoś zawoła na "fuchę", mieszkam bez rodziców, trochę się utrzymuję, chociaż czasami dostaję też coś od rodziców od tak... bo im zostało po opłatach, rzuciłem studia, "żyję sobie od dnia do dnia....", kilka razy miałem cięższy miesiąc - więc pożyczyłem pieniądze od przyjaciela i nie dokońca je oddałem, tj oddawałem póki mogłem, a jak mam gorszą sytuację to nie oddawałem i tak nadal nie oddałem wszystkiego a mijają już grube miesiące (ba! ponad rok), a oddałem połowę.. jak już coś mam to wydaję na potrzeby "zalegające - bierzace". Nie mam kompletnie motywacji do działania (byłem raz w zasadzie bezdomny(!) przez 2 tygodnie), kilka razy wynajmowałem pokoje/hotele i dawałem jakoś radę - teraz płacę tylko czynsz i przez to że poprzeczka jest nisko moja motywacja jest jeszcze niższa. Mam dziewczynę ii nie wiem, czy nie żyję częściowo z jej pieniędzy.. Tj wydaję bardzo mało i mam niskie potrzeby, ale wnoszę do naszego budżetu może z 1000zł/miesiąc, więc nie wiem.. Albo wychodze mniej więcej na 0 albo na -, ale chodzi tu głównie o to, że czuję się tak, że wychodze mniej więcej na 0 i kolejny raz to mi wystarcza, żeby porzucić wszelką większą motywację... Jestem cholernym minimalistą w stosunku do wymagań do siebie. Wszystko optymalizuję tak jak w grach wczytuje się jeden poziom 10 razy, żeby poświęcić jak najmniej surowców do osiągnięcia celu tak ja idąc po ulicy patrzę z daleka na to jakie pali się światło i przewiduję układ sygnalizacji na skrzyżowaniu tak żeby nie dojść do przejscia ani za szybko ani za późno, endorfiny dostaję jak dojdę do pasów idealnie w momencie zapalenia się zielonego ludzika. To samo przy kasie - pakuję się jedną ręką drugą wbijając pin z karty i zazwyczaj odchodze od kasy tak szybko jak tylko dostaję paragon, bo dawno już wszystko zaplanowałem, ale jak chodzi o dłuższe plany - to nie mam żadnego motora, na niczym mi nie zależy (życie jest zbyt skomplikowane dla mnie - chciałbym instrukcję z każdym punktem), a nie mam de facto hobby, które by mnie kręciło, pozbawiłem się poniekąd znajomych przeprowadzając się do innego miasta, choć ze dwa razy do roku jedziemy sobie gdzieś razem na wycieczkę. Można sie domyślić, że coś robię w tym czasie który tak konkrenie i skutecznie "oszczędzam" na każdym kroku. Nie wiem, czy to uzależnienie, czy po prostu kijowy sposób na życie, ale siedzę przed komputerem. Kiedyś w gimazjum byłem prawdopodobnie uzależniony od gier (całe nocki, poza szkołą w zasadzie cały czas na grach) W technikum powoli z tego wychodziłem, po 1 czułem, że nie mam siły grać w nocy, a po 2 niektóre gry zaczęły mnie nudzić, a nie docierają do mnie żadne nowe gry, bo nie są "takie jak te stare". Znalazłem sobie nowe "hobby" - youtube, fora, gazety online, chłonę wiedzę skąd tylko się da, lubię dowiadywać sie rzeczy i interesuję się informatyką, astronomią, muzyką, geografią, historią, biologią, chemią, matematyką, wieloma poddziedzinami informatyki, brońmi, w mniejszym stopniu samochodami i różnego rodzaju silnikami/maszynami, ale tylko jak chodzi o oglądanie, zbieranie wiedzy. Nic z tego nie chcę robić samemu, bo przecież są ludzie którzy już zrobili eksperyment, albo gdzieś byli i łatwiej po prostu zdobyć to doświadczenie i dowiedzieć się wsyzstkiego patrząc na nich. Miałem wykształcić się na informatyka. Nie wiem czy to pomysł rodziców, czy czyj, ale chyba sam go nie wymyśliłem. Ale przyjąłem i bardzo mi się podobał, podoba mi się pisanie programów i szukanie rozwiązań, które są bardzo optymalne UWIELBIAM optymalizację wszystkich moich programów, dopracowywanie ich tak, żeby nie było nawet jednej niepotrzebnej literki i żeby wszystko działało jak najszybciej. I tu kolejny problem... Nie przekonałem się do korzystania z bibliotek, bo po co - lepiej naucze się samemu jak to zrobić, bede wtedy wiedziął jak to działa. Unikałem bibliotek, wszelkich wspomagaczy chciałem wszytko napisać w C++ tak optymalnie jak tylko się da i porzuciłem każdy z dziesiątek projektów którymi się zajmowałem... Wypaliły mi się chęci do próbowania ponownie, bo czuję, że za każdym razem każdy projekt mnie przerasta. Nie mogę zrobić go tak, żebym był z niego zadowolony. Wiem doskonale w czym problem i że nie powinno się tak pucować do perfekcji wszystkiego co się robi. Program powinien działać. I tyle. Ale ja z każdego robię dzieło sztuki, które musi być idealne, nieskażone błędem. Gdy grałem w gry - oczywiście ta sama sytuacja - nawet często zdarzało mi się przeczytać cały poradnik do gry (nie dlatego, że gra się instalowała, albo jeszcze jej nie miałem - gra była już odpalona) i wymyśleć idealną strategię, tak, żeby grając w nią pierwszy raz już działać tak optymalnie jak tylko się da. Znowu odbiegam od problemu i trochę zacząłem głupio się przechwalać. Czy czuję się dobrze? Tak, zazwyczaj tak. Ale zacząłem mieć problemy z ... świadomością? czystością umysłu? Jestem jakby zmulony, nie mam siły się na niczym skupić, szybko się rozpraszam, chociaż gdy zdaży mi się jakaś zagwozdka to potrafie skupić ogromną ilość szarych komórek na wyjaśnieniu jej w logiczny dla mnie sposób (na wszystko, na każdą otrzymaną informację mam swoją "teorię"(w potocznym tego słowa rozumieniu), staram się dopasowywać gdy dostaję nowe infomracje i nie okopywać się w światopoglądach, choć pewnie czasami mi sie zdaża że nie stosuję swoich zasad, ale znowu - gdzie ja bładze z tematem...) Mam problemy z pracą, bo wszystko gdzie pracowałem mnie nudziło. Staram się zawsze wykonywać swoje obowiązki robić to tak optymalnie jak się da i nie dawać z siebie ani za dużo ani za mało. Tak żebym ani ja ani nikt dookoła nie miał mi nic do zarzucenia. Ale z jednej pracy zrezygnowałem po roku z powodu zbyt niskiego wynagrodzenia - nie negocjowałem, po prostu uciekłem... robota była na czarno - z innej pracy mnie wyrzucono po 2 tygodniach, ale powiedzmy, że trochę zbyt ambitną sobie wybrałem. W 3ciej pracy mnie oszukano na 2 wypłaty, tak więc znowu nie zarobiłem dużo i po prostu nie chce mi się już szukać nowej pracy. Mam to gdzieś, czasami ktoś mnie zawoła na fuchę i coś zarobię więc z głodu nie umieram ani nie żyję na czyjś koszt. Nienawidzę cwanych pracodawców i staram się być tak uczciwy na ilę potrafię się postarać. Inni pracują przy szefie a gdy go nie ma opierdalają się, a ja cały czas pomalutku pracuję w moim tempie i gdy pojawia się szef to nie przyspieszam. Mam wyjebane na to co o mnie myśli, bo z głodu nie umieram, ale staram się uczciwie pracować, a tutaj taka jedna firma mnie oszukała (pracowałem na umowie) ii .. nie chce mi się nawet sprawy do sądu pociągnąć... Byłem w pipie i wysłałem kontrolę nie animową, ale szef okłamał ją, że wypłatę dostałem i poinformował, że tak w ogóle to zamyka firmę i .. nic więcej z tym "fantem" nie zrobiłem... Chociaż przygotowałem sobie pozew ( po 4 miesiącach ) Widzę że ludzie do okoła coś robią, sam marzę o dużej firmie i zajmowaniu się zarządaniem. To chyba moje marzenie... Rządzenie innymi ludzikami jak w strategiach turowych, dbanie o zadowolenie, produktywność i zyski. Jeszcze bardziej marze o tym, żeby zarządzał ktoś inny a ja byłbym tylko kapitalistą, który po prostu zarabia, bo ma i stara się wybrać dobrze gdzie zainwestować. No i tak. Potrzeba pracy. Problem chyba polega trochę na tym, że staram się szukać tylko "złotych okazji" kupić za "10 monet" i sprzedać za 25, a gardzę okazjami gdzie można za 10 dostać 11... Jak można już zauważyć jestem bardzo leniwy i trochę niemoralny(?) a może właśnie moralny... Staram się nikogo nie oszukiwać i uważam, że moralność ze strachu przed prawem to nie moralność, ale z drugiej strony raczej staram się czuć jakbym nigdy nikogo nie oszukał, a jak już to na to zasługiwał, bo mam zaburzone postrzeganie rzeczywistości... Proszę.. Nie wiem o co, o jakąś diagnozę? Co mam robić, żeby dążyć w stronę odpowiedzi? Czy jestem uzależniony od komputera? Wydaje mi się że nie za bardzo, (bo jak pracowałem przez rok w 1 miejscu, to spędzałem około godziny dziennie na komputerze i nie zaniedbywałem moich potrzeb (snu jedzenia) na rzecz komputera) ale w sumie może to po prostu jedyne co lubię robić gdy nie mam pracy, a tej nie mam - bo "TO" robię... Siedzę przed kompem i zbieram wiedzę, a czasami gram (teraz akurat nie gram, ale zdarzają mi się raz na miesiąc "fale" gdy gram z 1-2 dni w jakiś stary tytuł (8-10h/dzień) ). Naprawdę, to nie jest tak, że oglądam graczy albo głupie vlogi, ja oglądam o budowie silników rakietowych, o działaniu przekładni mechanicznych o reakcjach chemicznych... Tego wszystkiego jest tak dużo, że chyba nigdy nie dowiem się o wszystkich ciekawostkach... Nie wiem czy to chore. Aha - mam też chyba problem z ludźmi... Nie lubię zaczynać interakcji. W windzie nigdy nie powiem pierwszy do widzenia, ale to akurat uważam za bezsensowną formułkę, Ogólnie nie inicjuje za dużo interakcji, poza wypadkami gdy występuje jakaś niepisana zasada, w sklepie miłym głosem się witam, tak samo jak wszędzie gdzie załatiwam jakąś sprawę i potem bardzo konkretnie opisuję w jakim celu przybyłem (oczywiście nie w sklepie ale już np w banku, czy urzędzie...) . Staram się być dobrym rozmówcą (chociaż z reguły 65% czasu słucham a 35 mówię).. W sumie co innego było z poznaną dziewczyną, bo chyba spodobało jej się to jak dużo opowiadałem historii z mojego życia, więc tutaj akurat więcej ja opowiadałem. No ale na ogół bardzo unikam inicjowania interakcji, chociaż lubię porozmawiać ze starszą osobą która np do mnie sama zagada. Nie lubię wychodzić z domu, nie lubię zajmować czasu ludziom i szybko się irtytuję/rozpraszam - gdy coś mi nie idzie idealnie. Przepraszam za takie długie wypociny, ale mam nadzieję, że było to w miarę ciekawe jeśli przeczytałeś aż dotąd . Mogę coś jeszcze o sobie opowiedzieć. Trochę widzę jak mógłbym próbować rozwiązać moje problemy i słyszałem o powiedzeniu "po prostu działaj" (przyznam że to działa), ale nie wiem... Jestem leniwy/głupio się tłumaczę/unikam kompletnie wysiłku i tak omijam każde rozwiązanie, które mogłoby mi pomóc. FIN
  15. Mam 30 lat, jestem kobietą, jestem samotna, nieśmiała, bezrobotna, wykształcenie - matura. Problem pojawił się od 13 roku życia, od momentu dojrzewania psychicznego. Właściwie od 6 roku życia pojawiły się pierwsze symptomy. Konkretnie chodzi o moment pierwszego pójścia do szkoły podstawowej i zetknięcia się z rówieśnikami oraz pierwszego pójścia do gimnazjum i zetknięcia się z prawie dorosłymi rówieśnikami. Mój problem polega na tym, że po pierwsze żyję w ciągłym strachu przed jakimkolwiek kontaktem z obcymi ludźmi, przed działaniem z ludźmi i współpracą oraz własną inicjatywą wśród ludzi, a po drugie żyję na koszt osób, które mnie kochają i uzależniłam się od pasożytowania. Z problemem sobie nie radziłam od 13 roku życia do dziś. Do psychologa się nie zgłosiłam, ponieważ nie chcę opowiadać o swojej rodzinie, którą kocham ani z nimi wspólnie ani samej nie chcę o nich opowiadać psychologowi. Boję się również, że psycholog zaleci wizytę u psychiatry, a ten zaleci mi branie leków bo się boję leków działających na psychikę. Problem spowodowała moja reakcja na rówieśników w szkole, którzy swoim zachowaniem wobec mnie uświadomili mi, że oni są bardziej rozwinięci ode mnie w każdej sferze życia, że są zaradni, przedsiębiorczy, inteligentni i przebojowi. Odczułam, że są lepsi ode mnie. Z natury jestem wrażliwa, grzeczna, lękliwa i naiwna, ale też uparta i oceniająca. Z wychowania jestem rozpieszczona. Moją reakcją był strach, wycofanie się, zablokowanie i użalanie nad sobą. Poczułam się dużo gorsza od większości ludzi na świecie. Mimo to miałam jeszcze optymistyczne nastawienie co do dalszej mojej przyszłości. W wieku 13 lat całkiem je straciłam i pogrążyłam się w załamaniu bo agresywne zachowanie moich rówieśników wobec mnie sprawiło, że poczułam, że nie potrzebnie się urodziłam. Od tamtej pory żyję z poczuciem przeszkadzania obcym ludziom, a jednocześnie jestem uciążliwa dla mojej rodziny, która tak bardzo się nade mną lituje, więc nigdy mnie do niczego nie zmuszała. Nie wyrażam siebie i swojego zdania w niczym. Aby poczuć się chwilowo lepiej bardzo często wspominam chwile kiedy byłam bardzo szczęśliwa, a było to do 6 roku życia. Wspominam chwile spędzone z rodziną i bawiąc się sama oraz z innymi dziećmi, niektóre były z rodziny, ale większość to były nowo poznane dzieci. Czułam się wtedy w pełni akceptowana przez wszystkich. W ogóle lubię wspominać czas spędzony z rodziną do okresu ukończenia 20 roku życia bo od tego czasu pasożytuję na nich i to sprawiło, że nawet czas, który razem z nimi spędzam jest dla mnie trochę drażniący bo czuję, że ich wykorzystuję, że z niczym sobie nie radzę, a nie mam odwagi i motywacji tego zmienić i wiary w powodzenie tej zmiany. Przez to oddaliłam się od nich i od wielu lat czuję się samotna. Ale w ten sposób się asekuruję przed czymś jeszcze gorszym co by mogło według mnie nastąpić. Podbudowuję swoje ego myśląc o tym jaką fajną, zdrową psychicznie i fizycznie normalną według mnie osobą byłam do 13 roku życia. Siłę daje mi też uczucie mojej rodziny do mnie, które jest niezmienne. Uzależniłam się od tego bo tylko i aż to mam, to jest stałe i mogę się na tym zawsze oprzeć, to jest przyjemne, ale nie daje mi to aż takiej mocy, aby z tego powodu uwierzyć w swoją własną moc sprawczą i w siebie. Nie wiem jak stopniowo lub jednym trafnym wielkim krokiem zmusić samą siebie na siłę do działania, którego się boję i jestem też zbyt leniwa. Nie wiem jak poczuć, że nie powinnam się bać i jak poczuć, że dam radę się obronić przed każdym zagrożeniem psychicznym. Jak przestać się bać, że nawet gdy poczuję się zraniona to mnie to nie dobije bo od 13 roku życia cokolwiek nieprzyjemnego mnie spotyka to powoduje coraz większe moje załamanie. Sama sobie nie radzę i tylko dlatego, że psychicznie pomaga mi cała moja rodzina to po czasie dochodzę do siebie. Podejrzewam, że zaleceniem będzie konieczna terapia, ale może dzięki tej darmowej poradzie od psychologa będę w stanie się do tego przekonać, spojrzeć na sytuację z innej perspektywy, a nie tylko na zasadzie, że jak nie pójdę to będzie jeszcze gorzej. Chciałabym się dowiedzieć jak poczuć, że sama sobie mogę zaufać i że mogę w pełni liczyć sama na siebie. Jak uwierzyć w to, że dam sama sobie radę z rzeczami, z którymi normalny dorosły zdrowy człowiek powinien sobie sam radzić. Jak uwierzyć, że mogę i mam prawo dążyć w życiu do celów, które wydaje mi się na tą chwilę, że dałyby mi szczęście, ale ludzie nie uważają tak samo np uczelnie na które się nie dostałam, oferty lub inicjatywy gdzie się zgłaszałam i zostałam odrzucona. Jak mimo porażek i niechęci ze strony innych dalej iść za głosem serca i dążyć do realizowania swoich celów, które mimo wszystko gdzieś nadal w środku odczuwam? Nie widzę w swoim życiu żadnej sytuacji, która dałaby mi podstawy do pewności, że bez przymusu z żadnej strony, bez konieczności, bez niczyjej pomocy, sama swobodnie mam możliwość żyć tak jak chcę, mam możliwość sama osiągnąć to czego chcę bo nie chcę żyć tak jak nie chcę i jeszcze być w tym zdana tylko na siebie. Wybieram już mniejsze zło i życie tak jak nie chce, ale z pomocą innych żeby zyskać przynajmniej ich uczucie do mnie. W przeciwnym wypadku nie miałabym nic tylko same obowiązki i bezcelowe bezsensowne życie. Więc i tak nie realizowałabym się wcale, tylko mierzyła się codziennie z nieciekawą rzeczywistością, aby za wszelką cenę przetrwać, jak zwierzę. Przez mój brak życiowego doświadczenia jestem dziecinna co także denerwuje innych ludzi, gdy maja ze mną styczność. Dlatego na razie nie widzę dużych perspektyw. Z góry dziękuję za poradę, pozdrawiam!
  16. Witam, Jestem 22 letnią studentką. Od dłuższego czasu jestem osobą skrytą i małomówną w relacjach twarzą w twarz, jednak w rozmowie pisanej, jestem dużo bardziej otwarta. Myślę, że wtedy łatwiej mi ukierunkować swoje myśli oraz tok rozmowy. Z tego powodu rozstałam się z partnerem, który w związku stawia przede wszystkim na rozmowę, jednak postanowiliśmy dać sobie szansę. Nie chciałabym, żeby skończyło się tak samo, dlatego zastanawiam się co mogę zrobić żeby być bardziej otwarta i z większą łatwością przychodziły mi rozmowy na żywo.
  17. Dzień dobry Jestem już skrajnie zdesperowany, ale muszę gdzieś podzielić się tym co przeżywam. Dzielę się z Wami, bo nie mam z kim. Nawet nie wiem czy ktokolwiek to przeczyta, ale tak czy siak myślę że potrzebne jest mi takie uzewnętrznienie. Mam 24 lata. 556 znajomych na facebooku i żadnych przyjaciół w życiu. Po prostu nikogo, nie mam się do kogo odezwać. Właśnie ostatnio to do mnie dotarło. Nie wiem jak pokierowałem swoim życiem, że doszedłem do takiego punktu w swoim życiu, że mamy czerwiec, przepiękną pogodę za oknem, a ja siedzę "sparaliżowany" w łóżku i po prostu płaczę z bezsilności. Jestem dużo bardziej delikatny i emocjonalny niż powinienem. W listopadzie poznałem wspaniałą dziewczynę. Od razu uderzyło mnie silne zauroczenie i najpiękniejsze było w tym wszystkim, że ona też to czuła. Nigdy żadna kobieta nie okazała mi takiego zainteresowania. To doprowadziło mnie do pozytywnego szaleństwa, wkręciłem się w tę relację bardzo mocno. Na tyle, że po dwóch miesiącach ona miała mnie już dość i rozstała się ze mną. Uczyniłem ją głównym celem w swoim życiu, osaczyłem ją i sprawiłem, że całe uczucie szybko z niej wyparowało. Teraz mijają już cztery miesiące od rozstania, a ja cały czas o niej myślę. Po rozstaniu zaproponowała mi przyjaźń. I w sumie zgodziłem się, bo bardzo ją lubię i pomimo tego co zaszło i tak świetnie się dogadujemy. I tak było, w pewnym momencie uznałem nawet, że "chyba się pogodziłem". Ale ostatnio zaczęła flirtować z innym facetem. Wiem o tym, bo pracujemy razem. To już dla mnie za wiele i złożyłem wypowiedzenie z pracy, która była jedyną rzeczą, która jakoś mnie ostatnio trzymała przy życiu. Nie mogę oglądać tej "zakochanej pary" na codzień. I wpędza mnie w kompleksy, że ten gość który o nią zabiega jest ode mnie 5 lat młodszy, tak naprawdę jest jeszcze dzieckiem. I mimo to z łatwością zajął miejsce, za które ja oddałbym wszystko. To mi pokazuje jak bardzo "atrakcyjnym" facetem stałem się w jej oczach. Co zabawne - powiedziała mi kiedyś, że wpadłem jej oko, bo bardzo ją zainteresowałem swoją energią i pewnością siebie. Zabawne w kontekście tego postu, który właśnie piszę. Nie wiem jak to się stało, że była w stanie odnieść takie wrażenie. Ale przyznam, że po tym jak już zaczęliśmy się spotykać to istotnie - wpłynęło to bardzo pozytywnie na moją samoocenę. Ale teraz jestem dla niej tylko zapłakanym 24-letnim dzieciakiem, więc to nieważne. Tęsknię za nią i jestem jej wdzięczny, bo bardzo mi pomogła przez ten czas, w którym się znamy. Wcześniej przez kilka lat miałem problem z uzależnieniem od hazardu, ona pomogła mi z tego wyjść po prostu swoją obecnością. Poczułem, że jest ktoś dzięki komu wszystko nabiera sensu i dla kogo warto się w końcu ogarnąć. To jest bardzo dobra i ciepła dziewczyna, może dlatego tak mi szkoda, że "nas" już nie ma. Na szczęście pomimo tego, że nie jesteśmy razem, ja dalej nie gram. Jedna dobra wiadomość w tym wszystkim. Idąc dalej. Nie mam przyjaciół. Ba, nie mam za bardzo nawet znajomych. Jedyne moje życie towarzyskie to obecnie już bardzo rzadkie spotkania z moją ex bądź też ewentualnie jakieś spontaniczne wyjścia "na piwo" ze znajomymi z pracy, ale nie odpowiada mi to towarzystwo, bo oni piją, żeby się upić. Ogólnie wydaje mi się, że jestem osobą stosunkowo "łatwą w obsłudze". Co jest dla mnie trudne - to na pewno nawiązywanie kontaktów. Ale jak już ktoś zostanie moim znajomym to z łatwością potrafię rozmawiać. Z wyglądu też nie mam za bardzo nic sobie do zarzucenia. Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale taka jest prawda, nakreślam tylko swoją sytuację. Mimo wszystko nie potrafię nawiązywać długotrwałych relacji i ich utrzymywać. To doprowadza do momentu, kiedy jestem po prostu sam. Doprowadza do desperacji i tego, że "ogłaszam się" na instagramie w stylu "chce ktoś gdzieś wyjść?" lub zakładam konta na portalach randkowych tylko po prostu by z kimś pogadać. Ale ani tu ani tu nie ma odpowiedzi. Jeszcze kilka lat temu, mimo tego że moje życie było ogólnie było dnem z powodu uzależnienia i właściwie permanentnego braku pieniędzy to czułem się chyba lepiej. Miałem więcej energii. Teraz mam pieniądze, ale nie mam co z nimi zrobić. Nie mam gdzie wyjść. Miałem pasje, interesowałem się głównie sportem, ale byłem otwarty na wszelkie aktywności. Teraz albo pracuję, albo siedzę w domu w łóżku i nie mam ochoty po prostu robić nic. Nawet nie chce mi się siedzieć i oglądać filmów, seriali, żeby jakoś zapchać wolny czas. Tylko przeglądam internet bez żadnego sensu. Wiem, że to złe i nie chcę, ale nie mam wewnętrznej siły do tego, by się do czegokolwiek zebrać. Jedynym jasnym punktem w moim życiu ostatnio to był ten króciutki związek. Wtedy miałem po prostu 100 razy więcej energii. Dla i z J. mogłem i chciałem robić wszystko, miałem milion pomysłów. Teraz nie mam nic. Nie mogę pogodzić się z tym, że źle ulokowałem uczucia i że nam nie wyszło. To mnie chyba ostatecznie dobiło. Nie mam skończonych studiów (przez lata problemów z nałogiem ciężko było mi się na tym skupić), właśnie rzucam pracę, w której radzę sobie dobrze i mam perspektywy rozwoju, ale po prostu moje serce nie wytrzymuje tego co widzę tam obecnie. Wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem, jestem dobry dla ludzi - nie znoszę chamstwa i uważam, że za dużo tego w codziennym życiu. Życzę wszystkim jak najlepiej, unikam konfliktów, lubię się uśmiechać. Mam coś tam w głowie, w życiu nie określiłbym się jako "głupi". Ale mam też sporo wad - kompleksy, użalanie się, brak motywacji, brak życia towarzyskiego, brak tak naprawdę chęci do życia. Czuję, że to kim jestem teraz to nie jestem prawdziwy ja. Prawdziwy byłem, kiedy byłem z J., wtedy czułem się świetnie i byłem szczęśliwy. Chciałbym znaleźć tę energię sam z siebie, nie przez obecność jakiejś innej osoby. Mam cichą nadzieję, że wszystko kiedyś się ułoży i będę szczęśliwy, ale nie umiem, nie mam siły i pomysłu jak do tego dążyć. Najbardziej w tym wszystkim dobija mnie, że po prostu teraz nie mam w swoim życiu nikogo komu mogę o tym wszystkim powiedzieć i doprowadziło mnie to do momentu, w którym piszę ten post. No cóż, to wszystko. Troszkę mi lepiej. Pozdrawiam i życzę miłego wieczorku
  18. Witam, byłem w związku przez 8 lat,był to mój drugi związek w pierwszym związku to ja byłem fundamentem podporą i dawałem z siebie wszystko co tylko mogłem a partnerka nie dawała nic od siebie w drugim związku w którym byłem 8 lat było odwrotnie nie dawałem nic od siebie,to partnerka wszystko robiła i o wszystko zabiegała ja myślałem że tak właśnie wygląda związek ale wziąłem się za lekturę i teraz już wiem na czym polega prawdziwa relacja partnerska ,byliśmy zaręczeni i wyjechałem do pracy na 7 miesięcy do Szwecji w celu zarobkowym chciałem zarobić na wesele w trakcie kiedy byłem w Szwecji moja nie doszła żona z początku utrzymywała ze mną normalnie kontakt,po miesiącu już ten kontakt zmalał aż pewnego dnia powiedziała mi że już jest szczęśliwa że jak wyjechałem zaczęła wchodzić na portale i szukała miłości której nigdy ode mnie nie dostała,a ja nie wierzyłem byliśmy przecież zaręczeni,usłyszawszy to że ja i ona to już temat zamknięty nie patrząc na konsekwencje wziąłem line i próbowałem się powiesić,gdyby nie pojawił się mój kolega w odpowiedniej chwili to by mnie już wśród żywych ludzi nie było Drugą swoją partnerkę bardzo kochałem kocham dalej powiedziałem że będę o nią walczył a ona mi na to że pójdzie na policje za stalking więc się wycofałem powiedziałem że kocham ją bardzo ale zależy mi na tym aby była szczęśliwa wiem dziś że to co było między nami nie można było nazwać związkiem,miałem wszystko w dupie obwiniam się o to że to wszystko moja wina że to ja ją wepchnąłem w ramiona nowego partnera,ale kocham ją bardzo na zabój nie wiem jak mam sobie z tym poradzić nie wiem czy to tak wypada zerwać zaręczyny przez telefon???były między nami chwile piękne ale były również kłótnie,gdyby nie kochała nie przyjęła by przecież zaręczyn Prawdziwa miłość niby wszystko przetrzyma i wybaczy a ja tylko potrzebowałem od niej jednej szansy na to aby pokazać że się zmienię dla nas,powiedziała mi że już mnie nie kocha że mnie nienawidzi można tak w ciągu jednego miesiąca tak zmienić podejście do drugiego człowieka,powiem jeszcze że zauroczyła się samą rozmową przez telefon z nowym facetem Nie potrafię sobie z tym poradzić w pierwszym związku nie zawiniłem w drugim tak na całej lini przyznałem się jej do tego i prosiłem tylko o szanse pokazania ile dla mnie znaczy nie dostałem jej. Nie potrafię sobie z tym poradzić moja miłość do niej jest tak silna że chciałem sobie odebrać życie,mam taką depresje że niby jest prawie lato a ja cały chodziłem trzęsłem się jak by było mi zimno,nie jadłem nic 4 dni. Nie wiem co mam zrobić jak zapomnieć skoro kładę się do łóżka zamykam oczy widzę swoją Anię dodam jeszcze że mam syndrom środkowego dziecka
  19. Mam od tego roku 18 lat, jestem chłopcem. Jeśli już znasz początek, przeczytaj ostatni akapit. Wiem, że to niecodzienny przypadek... W wakacje założyłem konto na jednym z portali, gdzie piszę z ludźmi po angielsku w celu poprawienia tego języka. Poznałem tam wiele osób, jednym z nich był Ali. Szybko stał się moim ulubionym przyjacielem korespondencyjnym. Pisaliśmy bardzo dużo. Gdy byłem na wczasach, wysłałem mu nawet pocztówkę. Staliśmy się przyjaciółmi [a mam problemy z zaprzyjaźnianiem się], później on stał się nawet moim najlepszym przyjacielem. Pisaliśmy pół roku, ufaliśmy sobie. Nie wstydził się pokazać mi swoich piosenki [Ali śpiewa i gra na gitarze], byłem jednym z dwóch osób, którym powiedział nawet, kto mu się podoba [drugą był jego przyjaciel "niekorespondencyjny"], kiedyś mówił, że w jego szkole była impreza, ale o nie poszedł, bo nie umie tańczyć. Planowaliśmy nawet wspólne wakacje - miałem go odwiedzić. Pewnego dnia nagle zablokował mnie na IG, a ja nadal nie znam powodu. Odczekałem 2 dni, aby "nerwy mu przeszły", napisałem do niego na emaila, na tamtym portalu oraz z drugiego konta na IG, gdzie go przeprosiłem, jeśli zrobiłem coś złego. Zablokował on mnie jednak też na drugim IG. Poczekałem z miesiąc i postanowiłem ponownie spróbować. Wysłałem mu emaila, napisałem do niego na FB [nie korzystaliśmy z tego wcześniej] oraz w komentarzu pod prywatnym filmikiem na YT, do którego linka miałem tylko ja. Przeprosiłem go, powiedziałem, że zależy mi na kontakcie z nim, i napisałem, że jak mnie bardzo nie lubi, to niech chociaż powie mi, co złego zrobiłem. Nic nie odpisał, jednak usunął tamten filmik z YT, więc wiem, że to przeczytał. Wysłałem mu wiadomość, że wiem, że to widział i że go nie zabiję xd I nic. Za to później odczytał on moją wiadomość [wcześniej tego nie zrobił] na portalu, gdzie się poznaliśmy. Po prawie 2 tygodniach od czasu wysłania poprzedniej wiadomości spróbowałem jeszcze raz, lecz nie pisałem już o tamtym, tylko spytałem, czy spotykamy się w wakacje i zacząłem pisać o strajku nauczycieli w Polsce, aby była "luźna rozmowa". Zacząłem go też obserwować na FB, gdyby dostał moje wiadomości do spamu lub gdzieś indziej i nie wiedział, że go znalazłem. Jednak on mnie zablokował i nadal nie wysłał żadnej wiadomości. Wszedł na moje konto na portalu, gdzie się poznaliśmy, lecz - o dziwo - tam mnie na zablokował i nadal mam go w przyjaciołach. Chciałbym odzyskać kontakt z nim lub przynajmniej dowiedzieć się, dlaczego on go zerwał. Nie mogło to być zwykłe znudzenie się, gdyż byliśmy ze sobą zbyt zżyci. Możliwe, że mógł obrazić się przez mema, którego mu wysłałem dzień przed tym, jak zablokował mnie po raz pierwszy [mem przedstawiał szkieleta i napis "Gdy czekam na odpowiedź od mojego przyjaciela" {czy jakoś tak}], lub nie wyszło mu coś dziewczyną, w której był zakochany. Mogą być też inne powody, których nie znam... Na F3 zadałem mu anonimowe pytanie w "jego" języku, czy łatwo wybacza, a ten odpowiedział, że tak. Spytałem również, w jakich krajach oprócz tego, gdzie teraz mieszka [Ali jest imigrantem], ma przyjaciół i w jego odpowiedziach padła Polska. Co powinienem zrobić, chciałbym odzyskam kontakt lub chociaż dowiedzieć się, dlaczego on go zerwał? Po około miesiącu wysłałem mu SMS'a [numer wziąłem z IG] i napisałem, czy możemy zapomnieć o tym, co się stało i dalej być przyjaciółmi, że wiem, że to trochę niekomfortowa sytuacja, ale ja do niego piszę i przeprosiłem go. Powiedziałem mu, aby pomyślał, co by on czuł, jeśli jego najlepszy przyjaciel zerwałby kontakt. Postanowiłem go też sprowokować, aby coś odpisał [chcę znać chociaż powód] i napisałem, że jeśli nie chce rozmawiać, niech powie dlaczego, że mówił, że łatwo wybacza, więc o co chodzi, spytałem, czy chodzi o wakacje, że mówił, że jest odważny, czy się mnie boi i aby pokazał odwagę, mówiąc mi, czemu nie chcę rozmawiać. I nic. Co powinienem zrobić, czemu on tak zrobił? ! Z jednej ze stron dowiedziałem się, że możliwe, iż ma on zaburzenie borderline'a [mógł zerwać kontakt, gdy się zdenerwował - bo osoby z tym tak robią - lub - co też wyczytałem - taka osoba... czasami może zerwać kontakt, gdy kogoś lubi, gdyż boi się, że będzie bardzo cierpiała, jeśli to ona zostanie wystawiona] i powinienem mu powiedzieć, co czułem, gdy mnie zablokował. Co powinienem zrobić i jak? Co wy sądzicie?
  20. Mój przyjaciel ma 20lat, nie radzi sobie sam z sobą, wielokrotnie pisał, że już nie chce żyć. Ma dziewczynę której przestał okazywać uczucia, bo pojawiła się u niego jakaś bariera, okazało się, że dochodzi między nimi do szarpania, On sam nie rozumie dlaczego ponosi go agresja, mówił że starał się to zmienić wielokrotnie, ale nie udaje mu się i nie wie już co robić, uważa się za najgorszego na świecie, ale kocha ją, jednak nie chce iść do psychologa, mam wrażenie, że się boi chciałabym mu pomóc. Ostatnio zerwała z nim ale zapewne do siebie wrócą, jak mu pomóc, czego mu nie mówić żeby nie pogorszyć sytuacji? Czy jest w stanie sam dojść do źródła problemu? Jak przekonać go, że mimo wszystko zasługuje na szczęście? Nie skreśliłam go, bo to tylko człowiek, a przyczyna zachowania siedzi u niego głowie, ale bardzo chce im pomóc a nie mam na tyle wiedzy...
  21. Od 2 lat jestem w związku na odległość. Widzimy się mniej więcej co 2 tygodnie. Czuję, że przez ostatni rok bardzo się zmieniłam i poważniej podchodzę do wielu kwestii. Od dłuższego czasu zraża mnie zachowanie partnera, a dokładniej jego poczucie humoru, przez co nasze sprzeczki krążą głównie wokół jednego tematu. Nie radzę sobie z tym, męczy mnie to. Kiedy wchodzi przeglądać żarty w internecie, gotuję się w środku i jest mi jakoś przykro. Taka sytuacja była w kinie i u niego w domu, wtedy miałam ochotę wyjść i nie wracać. Dzień w dzień odwiedza te strony i w wypowiedziach stosuje tandetne słownictwo/teksty z memów. Może chce się popisać albo to stało się już jego stylem życia. Przykłady: dzieci nazywa gówniakami, inne kobiety dupami. Jest tego naprawdę dużo. Im częściej się przebywa w konkretnym towarzystwie i otoczeniu, tym szybciej potem przejmuje się tę naturę i mam wrażenie, że on w to wsiąknął. Zwróciłam mu uwagę, byłam z nim całkowicie szczera, opisywałam swoje uczucia zamiast wytykać go palcami. Tłumaczył że odkąd posiada komputer, siedzi w sieci i jest to dla niego odstresowaniem. Dużo gra w gry komputerowe, dlatego też obawiam się o wspólną przyszłość. Nie widzę tam nas, widzę tylko jego i wirtualny świat. Czasem myślę, że byłoby łatwiej, gdybym była sama. Potrafię się śmiać z naprawdę głupich rzeczy, ale to mnie tak bardzo drażni i odpycha od niego... Choćbym chciała, nie jestem aktualnie w stanie spojrzeć na niego jak na mężczyznę. Pół roku temu obiecał, że nie będzie utożsamiał się z gimnazjalistą, a jednak wciąż nic się nie zmieniło. Martwię się o naszą relację, czy ktoś mógłby coś doradzić?
  22. Nie jestem pewien czy wybrałem dobry dział na forum. Jeśli nie to przepraszam. Dzień dobry 😊 Mam problem i nie wiem za bardzo co zrobić. Problem jest następujący. Uważam, że jestem 14-latkiem w ciele 24-latka. Nie będę opisywał historii całego swojego życia i przyczynach takiego stanu rzeczy (miałem do czynienia z uzależnieniem od hazardu, nie chciałem tego pisać, żeby nie sprowadzać wszystkich moich problemów do nałogu, bo mimo wszystko chyba nie to jest przyczyną), ale mam ogromne problemy z kontrolą emocji, z pewnością siebie. Często zdarza mi się płakać, również przy innych ludziach, w autobusie, nawet czasem w gdzieś w ukryciu w pracy. Ostatnio spotkałem się z byłą dziewczyną i nawet przy niej mi się to zdarzyło. Domyślcie się jak to żałośnie musiało wyglądać, co ona o mnie pomyślała i jak ja się z tym czuję. Miałem w życiu dwie dziewczyny i obie zostawiły mnie po krótkim czasie, bo byłem po prostu nie do zniesienia. Słusznie uważały, że są silniejsze ode mnie i nie mogą być w takim związku. Dlaczego zostały w ogóle moimi dziewczynami? Bo jak wszystko było ok, było „lovestory” to byłem zupełnie innym człowiekiem. Pogodnym, wesołym, z ogromną energią do życia. Miałem wrażenie, że nie chodzę po chodnikach, tylko się nad nimi unoszę Co jest zabawne? Że ta druga, którą szczerze pokochałem związała się ze mną, bo imponowała jej moja... pewność siebie i że wydawałem się interesującym człowiekiem. A jak pojawiała się codzienność, problemy, to stawałem się tą najgorszą wersją siebie. Rozstanie z tą drugą dziewczyną przeżywam już czwarty miesiąc, mimo że byliśmy razem tylko dwa. Tak, wiem, komedia, ale połączyło nas coś specjalnego, coś czego nie poczułem nigdy wcześniej, no i ona ma duży udział w tym, że rzuciłem nałóg. Tym bardziej mnie boli, że w jej oczach nie jestem materiałem na faceta, że pozostawiłem po sobie takie wrażenie, którego już nie wymażę, ale nieważne, wróćmy do mnie. Nie jestem pewny siebie, mam niskie poczucie własnej wartości, boję się nowych rzeczy, nowych znajomości. Nie wydaje mi się, że jestem interesującym człowiekiem, nie mam przyjaciół, nie mam wielu znajomych, nie mam za bardzo pasji, którymi mogę zająć się w wolnym czasie. Kiedyś bardzo chętnie oglądałem i uprawiałem różne sporty (głównie piłka nożna, tenis). Teraz mi się nawet nie chce oglądać. Nie lubię swojej pracy. Nie wiem tak naprawdę po co żyję i czasem mi się po prostu nie chcę. Większość wolnego czasu spędzam w internecie. Najgorzej, że mimo wszystko mam trochę oleju w głowie i widzę patrząc na siebie z boku jaką osobą obecnie jestem i w jaki dołek wpadłem. Jestem świadomy wszystkich swoich wad i może przez to to wszystko boli jeszcze bardziej. Brak mi siły, by to wszystko przezwyciężyć. Niszczyłem swoje związki swoimi emocjami i już w trakcie ich trwania wiedziałem, że to niszczę, że to się rozpada, ale mimo wszystko nawet to nie pozwoliło mi wziąć się w garść. Chęć wypłakania się wygrywała z myślą "ogarnij się i będzie fajnie". Jestem jak dziecko, które musi się komuś wypłakać nad tym jak ma ciężko w życiu. Mimo, że w sumie tak naprawdę często nie ma aż tak ciężko, wymyślam sobie problemy i to jest śmieszne. Mam wrażenie, że żeby jakieś chore wewnętrzne "ja" było zaspokojone to zawsze muszę mieć jakiś problem, nad którym trzeba płakać i się smucić. I być może ktoś odpisze coś w stylu „masz prawo do swoich emocji”, „nie bój się płakać”. Na to od razu odpowiem, że jakbym czuł się dobrze z tym kim teraz jestem to bym tu nie pisał. Nie ma nic złego w łzach, kiedy naprawdę już jest źle trzeba zrzucić gdzieś ten ciężar. Ale nie ma nic normalnego w płakaniu codziennie, bądź co kilka dni w wieku 24 lat. Przynajmniej według mnie i nie chcę taki być. Gdzie mogę uzyskać jakąś pomocną dłoń? Czy ja kwalifikuję się na jakąś terapię i jak i gdzie ewentualnie się na nią dostać? Bo jednorazowa wizyta w niczym mi chyba nie pomoże, a jeśli chodzi o więcej to nie mogę sobie pozwolić na płacenie po 100+ złotych za wizytę. Dzięki bardzo za ewentualne odpowiedzi i życzę wszystkim miłego dnia.
  23. Ostatnio w swoim gabinecie spotykam wiele kobiet, które doświadczają na co dzień przemocy psychicznej ze strony partnera. Nierzadko idzie ona w parze z przemocą fizyczną i ekonomiczną. To nie jest łatwy temat, ale tak ważny, szczególnie dla kobiet, które już od dziecka są wychowywane na osoby miłe, skromne, usłużne i wręcz zaprogramowane, żeby w pierwszym rzędzie dbać o potrzeby swojej rodziny, a dopiero później, o swoje. Czym jest zjawisko przemocy psychicznej? Właściwie każda z kobiet może reagować w bardzo różny sposób na to, co usłyszy, doświadczy ze strony partnera. Podam w tym miejscu jedną z definicji. Przemoc psychiczna jest zachowaniem (lub jego zaniechaniem), którego intencją jest kontrolowanie, powodowanie cierpienia, naruszanie praw i dóbr osobistych ofiary przez osobę silniejszą. Zachowania, które klasyfikuje się w kategorii przemocowych to głównie: kontrolowanie kontaktów ofiary z rodziną lub znajomymi (tak telefonicznych, jak i osobistych), szkalowanie, szykanowanie i urąganie ofierze, wyzywanie, oskarżanie, a czasem również przedrzeźnianie i wyprowadzanie z równowagi, protekcjonalne, lekceważące, pozbawione szacunku postępowanie i/lub wypowiedzi w stosunku do ofiary przy osobach trzecich, grożenie partnerowi bezpośrednią napastliwością, niszczeniem rzeczy ofiary, wyładowywaniem agresji na przykład poprzez rzucanie przedmiotami, trzaskanie drzwiami czy kopanie w ściany, obarczanie ofiary winą za własne zachowania sprawcy, wywoływanie poczucia odpowiedzialności za relacje w związku i niekontrolowane emocje oprawcy. Przemoc psychiczną w związku ciężko dostrzec, a następnie wykazać i udokumentować. Ofiara jest zwykle niemal całkowicie podporządkowana sprawcy, zmanipulowana, odizolowana od społeczeństwa, przekona o byciu winną i nic nie wartą. Wyjście z takiego stanu jest bardzo trudne, dlatego od początku nie można ignorować zachowań, które mogą nosić znamiona przemocy lub po prostu nią być. Bardzo ważne jest natychmiastowe reagowanie na niżej wymienione zachowania nie tylko sprawcy, ale również ofiary. Często jest tak, że związek z osobą o zaburzonej osobowości przebiega według trzech głównych faz: idealizacji, dewaluacji i odrzucenia. Etap idealizacji polega na zachłyśnięciu się uczuciem miłości, błogości, na spędzaniu razem mnóstwa czasu, jednym słowem na sielance. I byłoby super, gdyby nie fakt, że my kobiety, często przymykamy oko na niepokojące sygnały w zachowaniu partnera, które zauważamy już na samym początku znajomości. Nie chcemy widzieć np. sporadycznych przejawów chamstwa, agresji czy zwykłego lenistwa, nieodpowiedzialności. Etap idealizacji to także czas, w którym zaburzony partner zbiera informacje o partnerce, poznaje między innymi jej słabe strony. A po co? Żeby w drugim etapie - dewaluacji – stopniowo wykorzystać tę wiedzę przeciwko partnerce. Stopniowo, bo gdyby wypalił z przemocą psychiczną od razu, na bank kobieta pogoniłaby takiego mężczyznę. Użyję tutaj plastycznej metafory – żaby, którą wrzuca się do gorącej wody. Jeśli żaba nagle ląduje we wrzątku, to szybciutko stamtąd ucieka. Jeśli natomiast żaba siedzi w wodzie, która jest stopniowo podgrzewana, to zostanie w końcu ugotowana. Przykre, ale tak się zdarza. Przemoc psychiczna boli najbardziej i trudno ją udowodnić, bo jest dostosowana do każdej kobiety, do każdego mężczyzny, najczęściej bardzo indywidualnie, bo każdy ma inne doświadczenia i słabe strony, ograniczenia. Choć rozmowa o doświadczaniu przemocy, jest trudna to jednak jest niezwykle ważna. Konieczne jest przełamanie tego tematu tabu i tajemnicy, które powodują lęk, wycofanie, a niejednokrotnie również wstyd. Jeśli Wy, drodzy czytelnicy, znajdujecie się w podobnej, do opisywanej przeze mnie, sytuacji, pamiętajcie, że to nie wy powinniście się wstydzić i że to nie wasza wina, że partner/parnterka wyładowuje się na Was. Szukajcie pomocy, nigdy nie ustawajcie w walce o lepsze jutro dla Was i dla Waszych dzieci.
  24. Witam, od dłuższego czasu borykam się z pewnymi narastającymi problemami. Niestety nie jest to tylko moja subiektywna opinia. Zdają się one natury fizyczno-psychicznej. Pozwolę sobie podzielić je na dwie grupy. Fizyczne: Od około 2 lat mam problemy z wysypianiem się. Spanie zarówno 6 jak i 10 godzin skutkuje tym samym, czyli notorycznym zmęczeniem. W ciągu dnia mógłbym bez problemu położyć się spać i zasnąć w przeciągu 10 minut. Odkąd pamiętam zawsze byłem bardzo aktywnym człowiekiem i bardzo często zdarzało się, że zasypiałem dopiero koło 1 lub 2 w nocy (było to spowodowane lękiem przed ciemnością oraz "gonitwą myśli" i dosyć mocno nacechowanym negatywnymi zdarzeniami życiem). Przez około pół roku miewałem regularne bóle głowy w praktycznie każdej możliwej okolicy oraz bóle klatki piersiowej. Bóle te nieraz były porównywalne do sytuacji, w której ktoś wbijał mi igłę pod skórę, (znam ten ból, gdyż miałem uraz głowy w młodości zakończony 3 szwami na skórze głowy). To są jedne z najbardziej niepokojących mnie oraz żonę fizycznych objawów, które udało mi się samemu zarejestrować. Psychiczne (tutaj niestety lista jest dłuższa): Pierwsze co rzuciło mi się w oczy i co również zauważyła moja żona (chociaż ja sam nie wiem od kiedy) to ogólnie wzmożona agresja pomimo mojego ogólnego chłodu emocjonalnego (zawsze byłem raczej bardzo spokojnym człowiekiem). Ja sam również zauważyłem, że częściej popadam w stan wzmożonej agresji emocjonalnej (chodzi o to, że czasem bardzo szybko wpadam w tzw. "szał"), który mija po około 10 sekundach i jak gdyby nigdy nic rozmawiam dalej. Mam ogrmone problemy z koncentracją a raczej jej brak, do tego dochodzi strasznie słaba pamięć. Utrudnia mi to funkcjonowanie na tyle, że gdy zakupiliśmy nowy ekspres do kawy, to mały wycinek instrukcji musiałem przeczytać jakieś 5 razy, żeby zapmiętać kolejność obsługi owego urządzenia. Strasznie źle się czuję (jakby to nie zabrzmiało), gdy nie mam o czym myśleć, dostaje wtedy jakiegoś wewnętrzengo dyskomfortu. Zauważyłem również skłonności mocno pedantyczne, które sprawiają mi problemy na tyle, że ciężko mi czasem nawet wyjść na spacer nie poprawiając co chwilę nogawki, aby była "idealnym" odbiciej tej drugiej. Dodatkowo dochodzi do tego notoryczna zmiana sposobu zachowania oraz poglądaów na dany temat. Sprawia mi to problem w nauce, gdyż jakikolwiek czynnik wskazujący na brak perspektywy dla danej dziedziny, której się uczę powoduje, że momentalnie odpuszczam sobie naukę w tym kierunku i zaprzestaje wykonywania jakikolwiek kroków, aby to rozwinąć. Odczuwam też (choć znacznie mniej niż kiedyś) brak przywiązania do jakiejkolwiek grupy społecznej. Ciężko mi się z czymkolwiek lub kimkolwiek utożsamić. Przez te wszystkie stany emocjonalne ciężko uświadczyć mi na dłużej jakiejkolwiek przyjemności z wykonywanej czynności i sytuacji, w której się znajduje. Te stany fizycznie jak i psychiczne niejednokrotnie potrafią się zmienić o 180 stopni na bardzo krótki czas i niejednokrotnie występują w parach z podziałem na wzmożoną i obniżoną aktywność. Odczuwam również brak pewności siebie oraz brak pewności co do nabytych przeze mnie umiejętności. Oczywiście to nie wszystko. Dodam, że byłem już kiedyś u psychiatry w momencie bardzo ciężkiego okresu dla mnie jakim była śmierć mojej matki na raka piersi (prawie 2 lata temu). Stwierdzono u mnie chroniczne zaburzenie osobowości, natomiast ja uznałem, że nie do końca jest to trafna diagnoza.
  25. Cześć, Mam 27 lat, jestem pracującą osobą, mamą, mam kochającego mężczyznę i staram się realizować w życiu. Mój problem bardziej się opiera o relacje z innymi ludźmi, rodziną, przeszłością, nie wiem jak to rozwiązać. Nie radzę sobie ze samą sobą, za dużo analizuje, myślę, a jak przychodzi co do czego, najpierw działam, a potem rozmyślam m.in.: Czy dobrze zrobiłam? Czy dobrze powiedziałam? Czemu ludzie tak ciągle są negatywni do mnie? Czemu ja nie mogę być szczęśliwa, tylko ciągle marudna lub smutna? Jestem do niczego, nie daje sobie już rady. Czemu to do mnie wraca? Czemu nie zadbasz o to żeby dobrze wyglądać? Fajnie by było kupić sobie karnet na siłownie, wyglądać wysportowana , taka ładna i ładnie ubrana. I wiele, o wiele za dużo pytań, przemyśleń, które doprowadzają mnie do szału, smutku, rozpaczy, bólu głowy i kilka dni niechcianych dni, przez które wzdycham, patrząc w niebo. Patrzę jak mija dzień, jak gram na facebook'u... Często wtedy się kłócę, mam wiele nieporozumień się z kimś albo z bliskimi. Kiedy to się dzieje, idę coś kupić, czasami to kosmetyk a czasami używki, czasami kawa, ciasteczka itp. itd. Ręce opadają. I mam dość samej siebie, po prostu dość i Końca nie widać... Czy koś mi podpowie, w którą stronę iść?

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.