Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'osobowość'.

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie
  • OcalSiebie's Forum

Product Groups

There are no results to display.

Blogs

  • Swobodne przemyślenia

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


About Me

  1. Witam, Przepraszam jeśli wybrałam złą klasyfikację, ale ciężko było mi wybrać dobrą kategorię kiedy sama nie wiem co tak naprawdę jest ze mną nie tak. Mam 19 lat, ale tak naprawdę nie wiem jaką część życia przeżyłam rzeczywiście "ja". Odkąd pamiętam wokół mnie było mnóstwo spięć, jako dziecko nieraz zostałam uderzona gdy zezłościłam rodziców ( np. śpiąc za długo w soboty) choć nie mam im tego za złe. Prawdziwy problem zaczął się jednak mniej więcej z początkiem gimnazjum czyli mniej więcej w wieku 13/14 lat kiedy zaczęłam gimnazjum. Poza paroma osobami nie znałam nikogo i nawet nie rozmawiałam z nikim przez pierwsze tygodnie. Później było trochę lepiej, ale pojawił się nowy problem. Mianowicie mój wychowawca lubił się wyżywać na mnie i często unosić głos do momentu płaczu z mojej strony. Takie sytuacje zdarzały się za każdym razem kiedy zwracałam uwagę, że na przykład nie możemy pojechać na wycieczkę danego dnia. Przy okazji w tym czasie trenowałam amatorsko piłkę ręczną. Miałam problem z wpasowaniem się i odczuwaniem szczęścia. Odkryłam wtedy po raz pierwszy, że szczerze lubię się krzywdzić. Nie ważne czy żyletką, tabletkami, słownie itp. Po prosu lubiłam to robić, bo czułam się w ten sposób dziwnie dobrze. Od tamtego czasu szczerze podchodzę do życia z myślą, że jeśli żyje to żyje, ale myśl zniknięcia wcale mi nie przeszkadza. Odkryłam także, że kocham pisać historie z ludźmi, bo kiedy opisuje życie danej postaci na chwile potrafię wyobrazić sobie, że sama nią jestem. Dochodząc do technikum zaczęłam poznawać siebie i świat tak naprawdę na nowo. Moi rodzice pracują zagranicą, więc na co dzień żyje z babcią, kompletnie nowi ludzie, których pierwszy raz w życiu spotkałam. Szczerze wizja nowego środowiska mnie niesamowicie przerażała i unikałam konfrontacji na początku, ale moi obecni przyjaciele mnie częściowo wyciągnęli z tej skorupy strachu przed ludźmi. Z płynącymi latami zaczęłam odzywać się do większego grona osób, ale coś co nigdy mnie nie opuszcza to ta autodestrukcja, która trwa gdzieś z tyłu głowy. Zauważyłam też, że uczucia, które przekazuje i to co mówię jest jakby nie moje mimo, że to moje ciało. Kiedy się śmieje, czy płacze czuje, że to robi mechanizm pilnujący, że tak trzeba robić a nie tak naprawdę "ja". Od miesiąca jednak zauważyłam, że nie jestem nawet zdolna do płaczu jeśli nei będę się zmuszać. Choć i to nieraz nie działa. Po prostu czuje jakby ktoś inny sterował moim życiem kiedy ja siedzę na widowni niemo krzycząc by przejąć ster. Czuje "coś i "nic" zarazem, jakbym była defektem życiowym.
  2. Witam , posiadam siostrę ma 23 lata twierdzi ze słyszy jak ktoś ją wola jesli coś jej sie powie to przekręca i dopisuje nie racjonalne historie Wchodzi każdemu w problem i próbuje go rozwiązać wymyśla historie lub zdarzenia które nie miały miejsca proszę o pomoc -
  3. Witam! Skąd się tutaj wziąłem? Forum znalazłem online, zaciekawiło mnie kilka wątków, postanowiłem dołączyć a teraz się czas przywitać ☺️ Trzydziestolatek z bogatą przeszłością różnego sortu, dziecko alkoholika, wychowany głównie przy Mamie i starszych siostrach. Dzisiaj mam problem z nerwami, ale nie to mnie tutaj zaciągnęło. Mam w sobie cechy osoby narcystycznej których do końca nie rozumiem, a bez tego nie potrafię znaleźć drogi jak się ich pozbyć. Twardy charakter, uparty jak dwa osły, zawsze na górze, zawsze lepszy... Co nie pomaga.. Mam nadzieję że znajdę tutaj pomoc by chociaż zrozumieć co mi siedzi w głowie. Pozdrawiam!
  4. Czasami dostęp do psychoterapeuty przyjmującego w gabinecie bywa utrudniony. Przeszkodą może być odległość od miejsca zamieszkania, częste podróże, nieregularny tryb pracy, wiele osób nigdy nie zdecyduje się na umówienie ze specjalistą w gabinecie z wielu powodów, ostatecznie również osoby mieszkające za granicą mają kłopot ze znalezieniem profesjonalnej, w języku polskim oraz odpowiednio płatnej terapii w kraju w którym przebywają. Takie trudności mogą spowodować przerwanie lub brak chęci podjęcia ciągłości procesu terapeutycznego. Na szczęście dziś można temu zaradzić, wybierając psychoterapeutę online. Terapia online zapewnia całkowitą dyskrecję i bezpieczeństwo. Sesje odbywają się za pomocą zabezpieczonego systemu służącego do wideo rozmów. Wystarczy wybrać termin w kalendarzu, poczekać na wiadomość e-mail i rozpocząć terapię przez internet. Jest nadal spora grupa osób, która zadaje podczas konsultacji psychologicznej, psychoterapeutycznej pytanie, czy terapia online może pomóc? Odpowiedź brzmi twierdząco. Czym różni się psychoterapia online od tradycyjnej terapii w gabinecie? Tak naprawdę jedyną różnicą jest to, że osoby znajdują się w dwóch różnych miejscach, każdy po swojej stronie kamery. Dobre łącze internetowe zapewni jakość dźwięku i obrazu, dzięki czemu komunikacja będzie tak samo dobra, jak w trakcie spotkania na żywo. Istotne jest także, by spotkania z psychoterapeutą przez internet były traktowane tak samo poważnie, jak tradycyjne sesje w gabinecie. By w pełni móc skorzystać z sesji, warto na czas jej trwania znaleźć miejsce wyciszone i oddalone od innych, tak, aby nic nie zakłócało spokoju potrzebnego do terapii. Efektywność formy terapii online została potwierdzona licznymi badaniami, a także setkami/tysiącami zadowolonych klientów, którzy z takiego rodzaju pomocy korzystali i korzystają nadal. Obecnie technologia pozwala na komunikację niewiele różniącą się od tej tradycyjnej. Dzięki niej możemy obserwować mimikę drugiej osoby, widzieć jej gesty, utrzymywać kontakt wzrokowy, wszystko odbywa się w czasie bieżącym. Relacja między klientem a psychoterapeutą nawiązana podczas terapii jest tak samo głęboka i ważna, jak ta nawiązana podczas spotkań w rzeczywistości. Do połączenia online najlepiej wybrać spokojne, ciche miejsce, które zapewnia pełną prywatność. Najczęściej osoby łączą się ze specjalistą z domu, jednak część potrafi rozmawiać z samochodu, biura lub innego miejsca. Ważne jest, aby mieć dobre połączenie internetowe z dostępem do kamery i mikrofonu wewnątrz lub na zewnątrz urządzenia. Może to być komputer, laptop i zazwyczaj po prostu telefon. Nie ma także przeszkód, by terapię odbyć w innym miejscu niż dom – jest to bardzo indywidualna kwestia niektórzy wolą w kawiarni, na spacerze w ciepłe dni, czy też innym spokojnym miejscu, gdzie można się skupić, pozbierać myśli, pobyć sam na sam z psychoterapeutą. Coraz większa liczba osób również chętnie korzysta z rozmów bez włączonej kamery, które uwalniają z napięcia i podwyższonego poczucia stresu podczas początkowej konsultacji z terapeutą. Gdy kamera jest wyłączona, osoby doświadczają mniejszego niepokoju przed oceną, rozpoznaniem, które jest dla nich ważnym aspektem. Zazwyczaj jest tak, że podczas konsultacji/psychoterapii online osoby są bardziej otwarte, chętniej i łatwiej mówią o trudach życia z którymi się zmagają, nawet więcej i bardziej szczegółowo niż podczas konsultacji w gabinecie stacjonarnym. Ich lęk zmniejsza się, niepokój co do wypowiedzenia bardzo prywatnych spraw jest dużo niższy. Czują się bezpieczniej i pewniej w relacji terapeutycznej. Efekty pracy jak pokazuje doświadczenie są skuteczne i bardzo zadowalające. Tak naprawdę najważniejsze jest rozpoczęcie samej pracy z terapeutą, usłyszałam podczas jednej sesji „cieszę się że w końcu zdecydowałam się na terapię, jestem już spokojniejsza po tej pierwszej konsultacji, ponieważ zaczęłam pracować nad tym, by poprawić jakość mojego życia.” Dokładnie - jest to samo sedno, już ostateczna forma wybranego komunikatora nie jest aż tak priorytetowa jak sam fakt, że nie jesteśmy sami ze swoim problemem, że cokolwiek się zadzieje, jest wsparcie w osobie terapeuty, jeśli od teraz pojawi się w życiu osoby problem, wiadomo co robić, ponieważ podczas rozmów z terapeutą jest to omawiane. O skuteczności terapii decyduje zatem nie forma terapii czyli stacjonarna lub online, tylko to, że mieliśmy odwagę poprosić o pomoc specjalistę i od teraz, gdy przyjdzie trudniejszy moment możemy go skonsultować, omówić, znaleźć rozwiązanie, by objawy choroby minimalizowały się, a dni w których pojawiają się kłopoty były coraz rzadsze, a ostatecznie dzięki terapii możesz pozwolić sobie żyć spokojnie w codzienności. Zapraszam serdecznie do wstępnej konsultacji terapeutycznej online, Agnieszka Janczewska.
  5. Z całą pewnością jest to jedno z pierwszych pytań, które pojawia się u osób zainteresowanych pomocą psychoterapeutyczną czy psychologiczną. Tam gdzieś w środku wewnętrznie czują, że tak, z całą pewnością, ale te zawahania na ogół jak pokazuje doświadczenie zawodowe trwają bardzo długo. A to z reguły pogłębia jeszcze objawy, sytuację, problem, w tego typu sprawach czas nie jest sprzymierzeńcem, to znaczy im dłużej zwlekamy z podjęciem terapii, tym często objawy, skłonności, sytuacja problemowa staje się coraz trudniejsza. Przez wiele lat ogromna liczba osób korzystająca z terapii sama mówiła i nadal mówi o tym, że czekali z rozpoczęciem terapii tak długo – na ogół kilka lat. A gdyby pomyśleć jaki cenny jest czas i jak wielkie ma znaczenie w życiu, ile można byłoby już zrobić i być teraz w tym miejscu w którym się chce. Często osoby te mówią „gdybym tylko zaczęła terapię wcześniej”, „moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym nie czekał tak długo z podjęciem terapii”. No cóż, jak powiadają mądrzy nauczyciele – wszystko dzieje się w swoim czasie i tylko wtedy kiedy jest gotowość, więc nie cofajmy się już do tych zaprzeszłych decyzji. Najważniejsze, że ostatecznie osoby decydują się jednak podjąć terapię, jak pokazuje wieloletnia praca zawodowa jest to w sytuacjach, gdy problem lub choroba naprawdę jest już tak mocno uciążliwa, że osoby nie znajdują innych rozwiązań. Często bliscy z rodziny też stawiają ultimatum, lub radzą by ktoś podjął specjalistyczną pomoc. Zakładając, że terapia trwa zazwyczaj dłużej niż nam się wydaje na początku, z decyzją o podjęciu terapii też działa zasada im szybciej tym lepiej. Ale też lepiej późno niż wcale. W aktualnych czasach terapia jest bardzo szeroko dostępna, istnieje tak wiele jej form i nurtów oraz sposobów pracy nad sobą, pracy wewnętrznej. Właściwie to nie wiadomo gdzie ją rozpocząć tak wielki jest zakres usług. Zatem w porównaniu do odległych czasów, nawet na przestrzeni kilku lat, obecnie psychoterapia jest szeroko dostępna, online, w gabinecie, tekstowa, e-mail, głosowa, praca z ciałem, relaksacja, praca z oddechem, medytacja, kategorii i zakresu jest „od wyboru do koloru”. Wszystkie te wymienione służą rozwiązaniu sytuacji problemowej. W związku z tym dostępność jest i to duża, gdziekolwiek jesteśmy, pytanie tylko czy ja potrzebuję terapii? Dla mnie jako psychoterapeuty odpowiedź na to pytanie jest retoryczna, ale ja kształcę się ponad 16 lat w tym zawodzie. Postaram się jak najkrócej i najprościej wyjaśnić co mam na myśli. Tak moim zdaniem terapia jest dla każdego. Są jednak osoby, które nie potrzebują terapii, jak usłyszałam od autorytetu psychoterapii w Polsce wybitnego profesora, ale takich osób jest jak pokazują najnowsze badania około 10 % całej populacji planety. I teraz jeszcze trzeba się zastanowić nad jednym faktem, oni „nie potrzebują terapii” czyli ich stan nie jest na tyle trudny, by musieli korzystać z terapii, natomiast jest szereg osób, również w tej grupie, które chcą po prostu korzystać z terapii. I tutaj powoli zbliżamy się do sedna. Tak naprawdę terapia nadal mimo iż już współczesne czasy trwają długo jest uznawana za leczenie osób psychicznie chorych. Co jest podstawowym błędem w myśleniu społecznym, dlatego nadal osoby zastanawiają się czy podejmować terapię, przecież czują i wiedzą, że w większości nie są chore psychicznie, nie muszą przebywać w szpitalu psychiatrycznym itp. Co zatem z ogromną liczbą świadomych, oczytanych, chętnych szukania rozwoju w swoim życiu osób? Tak jak ja rozumiem terapię, którą prowadzę, to jest ona właśnie z korzyścią największą dla owych osób. Jakich? Dla osób które chcą poprawić jakość swojego życia, dla tych którzy chcą rozwijać się finansowo, zawodowo, dla tych, które chcą mieć lepsze relacje z rodziną, przyjaciółmi, partnerem, dziećmi, ze sobą, dla tych, którzy chcą więcej się uśmiechać, czuć częściej radość i szczęście. Kolejno dla tych którzy chcą mieć więcej czasu wolnego, odpoczynku, możliwości korzystania z uroków życia. Terapia idąc dalej pozwala spełniać marzenia, realizować swoje plany, poprawiać jakość zdrowia, odżywiania, jak widać powyżej, jest tak naprawdę procesem całościowym. Gdy zadajesz sobie pytanie, czy ja potrzebuję terapii?, odpowiedz też na kilka pytań pomocniczych: - czy jak wstajesz rano cieszysz się, że masz możliwość wykorzystania tego dnia w pełni, tak jak tego pragniesz? - czy w ciągu dnia odczuwasz radość z wykonywanych zadań, czynności, chwil? - czy myśli które pojawiają się w twoim umyśle są zazwyczaj wspierające, pozytywne, łagodne, życzliwe w stosunku do siebie i innych? - czy czujesz się dobrze, nie chorujesz, nie odczuwasz objawów symptomów z ciała? - czy otoczenie w którym przebywasz, twój dom to jest spokojne miejsce? -czy praca którą wykonujesz daje ci satysfakcję i odpowiednie wynagrodzenie”? - czy relacja rodzinna, partnerska, z dzieckiem, znajomymi sprawia ci dużo przyjemności? - czy realizujesz swoje pragnienia, spełniasz cele życiowe lub plany? - czy masz czas wolny, spędzasz go na łonie natury, czy odpoczywasz konstruktywnie w ciszy i zdrowych miejscach jak las, góry, morze, łąki, ogród? - czy czujesz że życie Twoje ma głęboki sens i jesteś wdzięczny, że możesz z niego korzystać? Jeżeli na większość pytań odpowiedziałaś/eś/ tak, to oznacza, że psychoterapia nie jest obowiązkowa:) natomiast zapewniam, że zawsze można czuć się jeszcze lepiej, zdrowiej, czuć jeszcze większą radość, szczęście, miłość, bywać i przebywać w miejscach które nastrajają każdego dnia wielką dobrą energią. To znaczy, że zawsze jest nad czym pracować, słyszę często od moich nauczycieli, że do końca dni warto się rozwijać i dążyć do tego, by być jak najlepszą wersją siebie. Dlatego tak, uważam, że terapia jest dla Ciebie i dla mnie i dla wszystkich innych osób, które pragną zaznać metaforycznie to ujmując „nieba na ziemi”. Zapraszam serdecznie osoby chętne do podjęcia psychoterapii, Agnieszka Janczewska
  6. Strach przed okazywaniem emocji często towarzyszy osobom zmagającym się z objawami lękowymi, nerwicowymi, psychosomatycznymi i nie tylko. Jest głównym podłożem objawów, dolegliwości, ataków paniki, lęku uogólnionego. Większa część osób nie ma świadomości, że na ogół za tak silnymi symptomami lękowymi i panicznymi stoi właśnie na ogół po prostu naturalny strach i obawa przed okazywaniem emocji. Lęk jest już według terminologii psychologicznej utrwalonym stanem, czyli trwa dłuższy czas lub nawet chronicznie. Strach i obawa jest biologicznie uwarunkowanym ważnym i prozdrowotnym procesem. Chroni nas w wielu ważnych momentach i doświadczeniach w życiu, wtedy szczególnie gdy informuje nas o zagrożeniu, o nie szanowaniu naszych granic, o braku troski w stosunku do siebie. Wtedy poprzez różnego rodzaju sygnały zdrowotne - niepokój, zawroty głowy, nudności, przyspieszone bicie serca itp., jakby „przemawia”, że aktualna sytuacja nie jest dla nas prozdrowotna, komfortowa, korzystna i należy możliwie jak najszybciej dokonać zmiany w tym zakresie. Jeżeli z wielu różnych powodów nie jesteśmy w stanie dokonać natychmiastowych zmian, ponieważ np. jest to praca, związek, rodzina, w których przypadku z dnia na dzień nie możemy tak po prostu sprawić, by funkcjonowały z korzyścią dla naszego zdrowia i dobrego samopoczucia, to strach, obawa przerodzić się może w lęk. Wtedy to częściej i dłużej odczuwamy albo objawy, albo niepokój, które nie są przyjemne, ponieważ nadal ciało daje nam sygnały, że nie została rozwiązana sytuacja problemowa. Gdy taki stan będzie się utrzymywał, może się nasilać i dodatkowo pojawiają się z reguły objawy psychosomatyczne – choroby oraz ataki paniki. Za te wszystkie doznania odpowiadają głównie emocje. Czyli należy najpierw spojrzeć na lęk jako strach przed okazywaniem emocji. Co to znaczy? Na przykład, gdy w pracy szef nie traktuje nas z szacunkiem i godnością, to pojawiają się pierwsze emocje (tak wynika z naturalnej konstytucji psychiki człowieka i dotyczy wszystkich bez wyjątku), są to na ogół smutek, rozczarowanie, żal. Odczuwamy je w środku – „wewnątrz siebie” i wszystko jest w porządku dopóki po prostu je przeżywamy, czyli np. płaczemy, jesteśmy przygnębieni, zamyśleni, spowolniali do momentu aż te emocje po prostu miną. Według badań, emocja utrzymuje się 1,5 minuty w umyśle, jeżeli jej nie zatrzymujemy, czyli nie kontynuujemy koncentracji na niej, przepływa naturalnie dalej, zanika. Ale w sytuacji kiedy zaczynamy nad nią rozważać, np. o tym w jaki sposób nas potraktował szef, zadawać sobie pytania dlaczego, powoli też czuć niechęć do niego itp. to zmieniamy już stan na zupełnie inny. Wtedy nie podążamy w kierunku okazywania emocji, tylko oceny innej osoby lub poczucia bycia ofiarą. Prawdopodobieństwo, że emocja przejdzie i poczujemy się lepiej wydłuża się. Dlatego też tak ważne jest, by nie bać się okazywania emocji. Ktoś powie, ale jak to, mam się rozpłakać przed szefem? Psychologia podaje następująco – jeżeli w danym momencie tak właśnie się czujesz, to tak. Wtedy „nie blokujemy„ tych emocji, one mogą naturalnie wypływać, a w związku z tym uniemożliwiają rozwój silnego lęku później. Jak to się dzieje? Jeżeli wielokrotnie w różnych sytuacjach życiowych, gdy odczuwamy emocje np. jeszcze innego typu, straty, żałoby, niechęci, bezsilności, a nie okazujemy ich, to w dłuższej perspektywie pojawią się objawy lękowe. Dzieje się tak, dlatego, że silna kumulacja nie wyrażonych emocji powoduje po prostu utworzenie się mechanizmu funkcjonowania z wybranymi emocjami, które zaliczają się do kategorii lęku/nerwicy/chorób psychosomatycznych. Metaforycznie to ujmując ten lęk jakby tworzy się z tych wszystkich nie wyrażonych emocji. Oczywiście jak większość osób mówi i słyszy się często spowodowane jest to głównie strachem przed oceną ze strony właśnie szefa, współpracowników lub innych osób. To powstrzymywanie się przed okazywaniem emocji kierowane jest strachem, że ktoś uzna nas cytuję słowa usłyszane od wielu - za „wrażliwych, nie radzących sobie, słabych”. Pamiętam ze studiów psychologicznych jedną z ważniejszych teorii emocji, że z emocjami ludzkimi się nie dyskutuje – to znaczy są jakie są, po prostu, naturalne i spontaniczne. Nie można dyskutować, podważać, oceniać i analizować emocji innych ludzi, można je po prostu uszanować lub nie. Jeżeli ktoś coś czuje, to tak jest. Nasuwa to w takim razie pytanie, co jest ważniejsze? Czy zdrowie, dobre samopoczucie, życie, czy strach przed okazywaniem emocji. Jeżeli ten strach trwa zbyt długo jest przyczyną znanych nam zaburzeń, lęku uogólnionego, ataku paniki, nerwicy, objawów psychosomatycznych, natręctw. Na razie tutaj oczywiście rozważamy teoretyczne zagadnienie, by przejść do praktyki i nauczyć się bez obaw i z pewnością siebie, przekonaniem mówić i wyrażać emocje. Do tego potrzeba praktyki i nabytych we wcześniejszym życiu umiejętności. Jeżeli ktoś nie miał możliwości uczenia się poprzez obserwację od swoich bliskich, rodziny pochodzenia prawidłowych wzorców, to nie ma ich wiele niestety w swoich zasobach. Gdy osoba w przeszłości nie mogła swobodnie wyrażać emocji, to ten proces uwalniania emocji został „zablokowany” - dlatego powstała choroba. Wobec tego, na szczęście wszystkiego można się nauczyć, nawyki i wzorce zmienić, ale w tym przypadku potrzebny jest specjalista psychoterapii, który pomoże ukierunkować osobę i pomóc jej najpierw zacząć mówić o emocjach, następnie bezpiecznie bez oceny je przeżyć, zaakceptować, a kolejno nauczyć się i próbować zacząć je bardziej pewnie okazywać w różnych sytuacjach społecznych. Już poprzez samą relację z terapeutą mamy możliwość nauczyć się mówić i okazywać emocje, przecież czymże innym jest właśnie proces terapeutyczny. Zatem nie bez powodu uważa się od początków powstania nauki psychologii, że relacja z terapeutą jest sytuacją modelującą – to znaczy uczymy się najpierw w bezpiecznej przestrzeni z terapeutą wyrażać emocje, mówić o nich i mieć poczucie, że to jest w porządku, ponieważ terapeuta nigdy nie ocenia i nie neguje tego co czuje dana osoba (mówię o moim modelu pracy). Poprzez to doświadczenie terapeutyczne następnie wynosimy wnioski i naukę do tego, by później kontynuować to doświadczenie w relacji z innymi, czyli śmielej i odważniej reagować emocjami w sytuacjach życiowych. Podsumowując okazywanie emocji jest procesem zdrowia i świadczy o właściwym funkcjonowaniu jednostki.
  7. Cześć, jestem mężczyzną 19 lat. Mam pytanie odnośnie tego co się ze mną dzieje. A więc tak... ostatnio miałem taką sytuację, wstałem rano do pracy, poszedłem na autobus i chciałem kupić bilet miesięczny. Podszedłem do kierowcy, pytam się czy mogę kupić bilet miesięczny, prosi mnie o 150zł, a ja dałem mu... 400zł!! On mówi że dałem mu za dużo a ja na niego się patrzę i nie czaję o co chodzi, takjakbym w ogóle nie myślał, za chwilę pokazuje mi 400zł które mu dałem, i wiecie co powiedziałem i zrobiłem? Powiedziałem że nie mam jak dać inaczej i wyciągnąłem jeszcze 100zł z portfela (XD) On się nadal na mnie patrzy jak na debila, pokazuje mi 400zł i dopiero wtedy ogarnąłem, że dałem mu 400zł a bilet kosztuje 150zl, od kilku lat kupuje bilet u tego przewoznika więc nie wiem co ja w ogóle odwaliłem... mam jeszcze kilka innych sytuacji, w których jakbym łapał zwieche i totalnie nie myślał nad tym co się dzieje, i nie ogarniał tego co się do mnie mówi. Na początku się z tego śmiałem, ale teraz jakiś wstyd czuję. Czy to wynika z tego, że nieuważnie słucham? Czy Jest coś ze mną nie tak?
  8. Cześć. Zauważyłem ostatnio, że mam problem. Zdałem sobie z tego sprawę ostatnio dzięki osobie bliskiej, która to zasugerowała. Odkąd pamiętam mam problem, że raz się czuję jedną osobą, a raz drugą, ale pozostaje przy tym świadomy, ale czuję się jakbym był inny. Np. jednego dnia/ tygodnia chcę coś robić i to robię przy tym nie patrząc na konsekwencje i ogólnie nie przejmuje się tym, ale innego czuję się jakbym nie był w tamtym momencie sobą i np. żałuję, że coś zrobiłem nawet jeśli nic nie odwaliłem. Potem znowu nie chcę czegoś robić przez jakiś czas potem to robię i znowu żałuję. Tak jakbym co jakiś czas tracił świadomość normalnego siebie. Byłem pewien, że to normalne, ewentualnie od nerwicy, ale zacząłem się "bać", że to coś więcej. Też np. ostatnio pokłóciłem się z kolegą i powiedziałem i zrobiłem coś czego obecnie bym nie uczynił i niechodzi tu o nerwy, gdyż moje zadanie o tym zmienia się co parę dni. Byłbym wdzięczny za odpowiedź jakąś.
  9. Witam wszystkich! z mężem znamy się ponad 10 lat, 7 jesteśmy małżeństwem. Mamy dwójkę dzieci. Ja od zawsze byłam osobą wysoko wrażliwą, empatyczną, przejmowałam się problemami ludzi, których nawet nie znam. Zawsze bardzo analizowałam każdy spór z kimkolwiek, zawsze dążyłam do zgody byle tylko się z nikim nie kłócić. Bardzo źle znoszę gdy ktoś na mnie krzyczy. Wtedy tracę wszystkie argumenty; mam dosłownie uczucie jakby ktoś na mnie wylewał wiadro gorącego błota, taka brudna. W tej chwili mam tylko ochotę zamknąć się w pokoju i płakać. Nie potrafię nawet rozmawiać przy krzyku i jednocześnie wstydzę się łez wiec uciekam. Osoby z którymi pracuję, znajomi postrzegają mnie jako osobę pewną siebie, zabawną, wyluzowaną - tak też chcę się czuć. Problem w tym, że mam wrażenie, że mąż „podcina mi te skrzydła”. Piszę teraz bardzo subiektywną ocenę: mąż jest osobą bardzo zapatrzoną w siebie, w swoje potrzeby. W kontaktach z ludźmi nie dostrzega ich emocji, często swoimi żartami (które nie brzmią jak żarty) sprawia przykrość wiej osobom, nie raz doprowadzając do konfliktów. Przykład: nasza wspólna znajoma niedawno rozstała się z chłopakiem. Wiedziałam, że jest to dla niej „temat tabu” i celowo nie nawiązywałem do tego. Natomiast mąż przy każdej możliwej okazji to robi i wypytuje. Gdy znajoma mówi „nie chce o tym rozmawiać” to on „ale dlaczego? Jak mi wyjaśnisz to przestane pytać”. Gdy ja mu zwracam uwagę, że ktoś może nie chcieć rozmawiać na jakiś temat to on na mnie krzyczy, że będzie rozmawiał z kim chce i o czym chce i on nie rozumie jak ktoś może o czymś nie chcieć rozmawiać. Zadaje bardzo intymne pytania, nawet mojej rodzinie: o pieniądze, o związki, o jakieś tajemnice. Nie widzi w tym nic nie na miejscu. Przed każdym wyjazdem do rodziny czy znajomych to już odczuwam stres co on znowu powie. Kolejna sprawa: życie codziennie z nim bywa naprawdę ciężkie. Uważam, że naprawdę w życiu nam niczego nie brakuje: mamy cudowne dzieci, fajny dom, pieniędzy też nam nie brakuje, oboje jesteśmy zdrowi i mamy naprawdę super rodziny. Mam wrażenie, że z powodu braku problemów on szuka ich w życiu codziennym. Ja (od zawsze) gdy napotkam problem to pierwsza myśl: jak go rozwiązać, on natomiast: kto jest winien?! (nigdy nie on). Gdzie dla mnie to nigdy nie ma znaczenia. Przykład: mówię mu, że szukam swoich kolczyków. On zamiast pomóc mi szukać to chodził za mną i wrzeszczał, że powinnam pilnować swoich rzeczy. Gdy on coś zgubi ja wstaje i pomagam mu szukać bez żadnego negatywnego uczucia. On jest osobą, która bardzo szybko wpada we wściekłość. Nie mówię tu o agresji fizycznej, tylko słownej. Gdy coś go zdenerwuje to nie liczy się ze słowami, z tym gdzie jest, kto to słyszy. Nie raz zrobił mi sceny w sklepie, na przykład: powinnam zrobić listę zakupów zgodnie z tym jak są ulokowane produkty żeby iść po kolei i POWINNAM WIEDZIEĆ gdzie co leży w sklepie. Strasznie na mnie krzyczał przy ludziach, że teraz trzeba się gdzieś cofać. Byłam wtedy w połowie ciąży tak na marginesie. Dodam też, że on kiedyś będąc w tym samym sklepie dzwonił do mnie gdzie leżą brokuły bo to logiczne, że jeśli dałam na listę to mam wiedzieć gdzie to jest. Po prostu często nagle wymyśla jakieś „oczywistości” czy „zasady” i twierdzi, że wszyscy tak robią, tylko ze mną jest coś nie tak. Często też w rozmowach z innymi ma bardzo pogardliwy ton, jakby uważał się za lepszego a wszyscy inni to idioci. Kolejna kwestia: on jest totalnie uzależniony od telefonu. Ma nawet grę w którą potrafi grać po kilkanaście godzin dziennie (!). Stwierdził nawet, że nie mam od niego wymagać, że nagle ma coś zrobić bo nie może przerwać gry (!!!). Dla mnie to jest totalna abstrakcja. Tłumaczę mu, że z dwójka dzieci nie da się wszystkiego planować i będą sytuacje nagłe. Za każdym razem gdy on gra a ja mówię, że ma zrobić to czy tamto to mówi w minutach za ile czasu to zrobi i oczywiście przy tym wzdycha. Kiedyś córka gdy miała kilka miesięcy i płakała. Powiedziałam, żeby poszedł zrobić mleko a ja ją uspokajałam. To on musiał grę dokończyć a potem poszedł. Czy tylko dla mnie to jest nie do pomyślenia?! Kolejny problem: gdy on czegoś nigdy nie robił lub czegoś nie lubi robić to po prostu ma to zrobić ktoś inny. On nie będzie się tego uczył albo jemu się nie chce. A gdy już coś robi to wyżywa się przy tym na mnie, że czemu ja tego nie zrobię. On nie widzi, że trzeba coś posprzątać, coś komuś pomóc, zainteresować się jedzeniem (np. odwiedziny u rodziców/teściów - on tylko je, a żeby sam zrobić to nie, tylko siedzi na kanapie i gra. W moim domu to wtedy palę się ze wstydu a u teściów gdy zwracają mu uwagę to on nie odrywając wzroku od telefonu mówi, że przecież nikt mu nie musi nic robić, on nic on nikogo nie potrzebuje: tylko, że nie na tym polegają relacje rodzinne). I dodam, że ja już tego nawet nie komentuję, bo wtedy on znowu się na mnie wydziera, że ja się go czepiam i w takim razie on nigdzie nie musi jeździć. Wracając do tego, że nie widzi emocji i jest egocentryczny. Była sytuacja, że pojechałam z dwójką dzieci na weekend do rodziny, on został w domu (przecież musiał odpocząć po ciężkim tygodniu chwili pracy i grania do nocy). Nasze dziecko zachorowało, musiałam jechać do szpitala. Na szczęście po konsultacji wróciliśmy do domu, ale i tak sytuacja była poważna. Ja od dwóch dni prawie nic nie jadłam ze stresu. On przyjechał (podejrzewam, że gdybym sama nie napisała to nie wiem czy by tak było). Gdy ja usypiałam drugie dziecko on przyszedł i spytał gdzie jest pasta do zębów bo się skończyła. Powiedziałam, żeby spytał moją mamę. To wściekł się, że jestem niepoważna, że nie wiem gdzie co leży w domu jak tu mieszkałam (nie mieszkam od 13 lat). Popłakałam się z tego stresu i bezradności i mu mówię, że dopiero wróciłam ze szpitala z dzieckiem a on mi robi takie wyrzuty. To on dalej brnął, że ja jestem nienormalna bo jak mogę takich rzeczy nie wiedzieć. Gdy ja mu mówiłam, że to jak on się teraz zachowuje jest po prostu skandaliczne to on tylko „ok, jeszcze coś? Bo duszno w tym pokoju i chce wyjść”. Tego typu sytuacji jest wiele. Inna kwestia: hipokryzja. Jak już pisałam: on tworzy jakieś dziwne zasady, natomiast one inaczej obowiązuje mnie i jego. Przykład: jego rodzeństwo miało do nas przyjechać w sobotę a nagle napisali, że będą w niedziele i to nam pasuje. Oczywiście, nie ma problemu. Gdy moje rodzeństwo zaprosiło nas w niedziele (siostra się przeprowadza i w sobotę robiła zakupy w meblowym) to mój mąż się obraził, że jego nikt o zdanie nie zapytał w jaki dzień dzień bo (teraz wjeżdża ta zasada) niedziela jest od odpoczynku a nie od spotkań a moja siostra powinna zrobić zakupy w tygodniu po pracy a nie w sobotę. Ja poszłam z dziećmi na spotkanie a on został w domu sam bo powiedział, że moja rodzina go nie szanuje (?!). Gdy powiedziałam, że z jego rodzeństwem kwestia niedzieli była inna to nagle powiedział, że z moimi to by się napił drinka to musi być sobota a ze swoimi by się nie napił (??!!). Moja rodzina nigdy nie powiedziała nic złego na jego temat, nigdy nie zrobiła mu nic na złość. Wręcz przeciwnie. Bardzo go lubią. On często podkreśla jak wiele rzeczy go nie obchodzi. Na kilku komunikatorach mamy swoje rodzinne grupy gdzie mamy kontakt codziennie. Każdy pisze co u niego. On najczęściej tego w ogóle nie czyta lub tylko wyzywa, że musi wyciszyć bo ciagle ktoś pisze jakieś głupoty. Kiedyś była rozmowa, że rodzice remontują dom i żeby założyć grupę to będziemy tam wysyłać pomysły/linki do zakupów/itp. Męża nie było przy tej rozmowie i sama mówię, żeby jego nie dodawać. Dwa tygodnie później coś napomknęłam, że w grupie o remoncie. On zdziwiony i zrobił wielką awanturę mojemu szwagrowi (który tworzył te grupę), że jego nie dodał i przy okazji też ubliżając a mi powiedział, że nie życzy sobie ich u nas w domu i nasze dzieci nie mają się z nimi widywać (!!). Ja mu oczywiście mówiłam, że przecież jego nigdy nic nie interesuje i to ja nie kazałam go dodawać do grupy. Dla niego to był po prostu tylko argument żeby kolejny raz ubzdurać sobie, że KTOŚ GO NIE SZANUJE. On też często źle wypowiada się o mojej rodzinie. Mówię to tylko mi. Twierdzi, że moje siostry są niedojrzałe bo jeżdżą na kilkudniowe festiwale i wydają na to dużo pieniędzy (to jeden z przykładów). Gdy on sam większość dnia spędza na telefonie. I tu wrócę do początku mojego postu: ja źle znoszę krzyki, napiętą atmosferę. On z kolei nie potrafi czegoś spokojnie wyjaśnić tylko musi nakrzyczeć i wyjaśnić coś już/natychmiast. Nie ma możliwości „pogadamy o tym na osobności/w domu”. On potrafi mi naubliżać przy rodzinie czego ja nie cierpię. Dlatego nawet gdy coś mi nie pasuje, on powie coś nie na miejscu to ja się nie odzywam byle szybko zakończyć dyskusje i żeby on nie ciągnął tematu co robi nagminnie (najczęściej jego celem jest to, by ktoś mu przyznał rację lub chce rozmawiać na tematy bardzo kontrowersyjne, nie na miejscu, drażliwe dla rozmówcy). Mam wrażenie, że nie ma w sobie krzty empatii, gdzie ja mam jej zbyt wiele. I zdaje też sobie sprawę, że on tak też został wychowany (co potwierdza jego rodzeństwo): gdy tylko coś się denerwował to jego mama zaraz mu nadskakiwała, gdy czegoś nie lubił robić to rodzice robili za niego. A gdy coś zrobił to i tak robili za niego bo zrobią to lepiej. Mąż też przyznał, że z tego powodu ma problem z tym, żeby robić nowe/nieznane rzeczy skoro i tak ktoś to zrobi lepiej. Mnie rodzice wychowali tak, żebym w każdej sytuacji potrafiła sobie poradzić. Ja bardzo rzadko proszę o pomoc. Zawsze myślę, jak coś zrobić sama. Z kolei mąż - co ktoś może zrobić za mnie. Przykład: ja potrafię jednocześnie zająć się dwójką dzieci, gotować obiad i sprzątać. Mąż jak siedzi z jednym dzieckiem to nie jest w stanie podnieść się i wziąć butelki. Ja muszę skądś przyjść i mu podać. W związku z czym mało interesuje go życie rodzinne. On nie wie gdzie co leży w domu, jeszcze do niedawna nie wiedział gdzie są jakie ubrania dzieci. Robi w tej kwestii niewiele ale wymaga ode mnie perfekcji właśnie w rzeczach które ja robię bo on nie lubi/bo on nie wie jak to zrobić. Również tego tupet czasem doprowadza mnie do szału. Przykład: będąc już wysoki w ciąży myłam podłogę. On bez żadnej krępacji przeszedł sobie i gdy wyraziłam swoje niezadowolenie to tylko powiedział, że przecież on mi nie kazał sprzątać, po co to robię. Pewnie wielu z Was myśli: co ja z nim jeszcze robię skoro jest taki niedojrzały. On ma też naprawdę wiele zalet, ale nie będę ich wymieniać bo nie to jest tematem postu, a poza tym ja nie chce iść na łatwiznę i się rozstać tylko chcę to naprawić. Potrzebuję porady w kwestii: - jak mam z nim rozmawiać by nie eskalować jego złości? Zwłaszcza przy innych osobach? - jak mu wytłumaczyć by przestał zadawać ludziom niewygodne/drażliwe pytania? (Ludzie z uprzejmości nie mówią mu, że coś jest nie tak, dlatego on twierdzi, że tylko ja się jego czepiam) - jak znosić jego ciągłe hipokryzje, gdzie mi po prostu brakuje czasem argumentów na jego absurdy - jak nauczyć go, żeby wychodził ze swojej strefy komfortu bez obwiniania mnie - jak radzić sobie z problemami gdzie on zamiast mi pomóc to zajmuje się obwinianiem mnie Często po prostu mam poczucie, że żyję pod jednym dachem z dwójką małych dzieci i jednym nastolatkiem, w fazie buntu, któremu trzeba tłumaczyć, że innych ludzi się szanuje i życie w rodzinie polega na relacjach a nie przejeżdżaniu do kogoś na weekend i leżeniu z telefonem na kanapie. Przepraszam, ale nie potrafiłam ująć tego krócej a jeszcze i tak to nie wszystko
  10. Hejo, od dwóch lat jestem w związku z chłopakiem. Jest o 5 lat starszy a przede mną miał jeszcze jedna dziewczynę ale z tego co mi opowiadał to ledwo mieszkali razem bo non stop wyjeżdżałam. Więc mogę powiedzieć że to jego pierwszy jak i mój, poważny związek. Od samego początku były sprzeczki o drobne rzeczy. Ale jakoś dochodziliśmy do siebie. Obydwoje wiemy że żadne z nas nie miało łatwo w życiu i mamy w sobie rzeczy z którymi pomorze nam tylko specjalista. Ale zaczynam czuć że moje "różowe okulary" blakną. Nie spędza dużo czasu w domu a gdy się widzimy to mam wrażenie że tylko jemu jest dane się wygadać. Potrafię słuchać o jego pasjach, a on gdy mu opowiadałam o pomyśle na tatuaż szybko stracił mną zainteresowanie ( mimo że to nasze wspólne zainteresowanie ) Czuję że daje z siebie więcej niż bym dostawała. A gdy mu to mówię, odpowiada mi tym samym, że ja go nie słucham. Nie chce z nim zrywać, boję się tego. Boje się że w tedy stracę szansę na prawdziwy związek. Wiem że nigdy by mnie nie skrzywdził, czy to fizycznie czy poprzez zdradę. Dobrym ojcem też by był. Tylko brakuję mi uwagi z jego strony i nie wiem jak mu to w końcu wytłumaczyć
  11. Dzień dobry a w sumie dobry wieczór Czy powie mi ktoś, o co tu chodzi? Jestem Krzysiek, mam 28 lat i jestem strasznie zdezorientowany swoją osobą. Całe moje dotychczasowe, 28 letnie życie w moim odczuciu jest pasmem niepowodzeń, złych decyzji, problemów, które sam sobie funduje i to świadomie, ale zacząłem sobie z tego zdawać sprawę, a właściwie coś zaczęło kiełkować w mojej głowie jakieś 6 miesiecy temu, że kurde Krzysiu musisz stawić sobie czoła bo dobrze wiesz, że sam kierujesz źle swoim życiem i toniesz, robi się bardzo nie dobrze a właściwie cały czas nie jest. Kulminacja nadeszła u mnie jakieś dwa dni temu. Jestem czy byłem gościem, który był/jest cwaniakiem, zawsze na wszystko ma odpowiedź, manipuluje ludźmi, idzie do celu po trupach, nie zważając czy to rodzina czy obca osoba, a celem jest zawsze jakaś uciecha głównie marihuana od 2013r pale codziennie, od czasu jak wyszła pandemia zaczalem sobie jeszcze do jointa kupować setkę i piwo i też codziennie, nie byłem pijany, że nie wiedziałem co robię, miałem po prostu fazke i humorek, ostatnie 4 miesiące doszły do tego jeszcze twarde narkotyki - wszystko robię codziennie od czasu gdy napisałem daty i jestem świadomy tego że mam problem, że odplywam, proszę sobie nie myśleć, że siedzę w domu, nie pracuje, kradnę i ćpam i pije od rana do nocy. Codziennie chodzę do pracy, myje się, wizualnie jestem normalnym 28 letnim gościem, na pozór uśmiechnięty i bez problemów z kobietą, dwójka synów. Dzieci również zadbane, grzeczne, kobieta również pierwsza klasa. Gdybym jeszcze z tego dążenia do celu po trupach miał pieniądze, albo kupił coś synowi, cokolwiek to może i by nie naszła mnie taka refleksja i dalej bym zyl w swoim wyimaginowanym świecie gdzie wszyscy są źli, wszyscy chcą dla mnie źle ale ja z tego oprócz długów i problemów nie mam nic, jak ktoś wyciągał do mnie rękę to za każdym razem miałem wrażenie, ze chce mnie w jakiś sposób poniżyć, upokorzyć, pokazać, że jestem gorszy. Mam 6 letniego syna swojego z krwi kosci i serca i drugiego synka 11 letniego z serca, czyli syn mojej partnerki, którego również traktuje jak syna. Mój syn jest z 7 letniego związku, który zakończył się jakieś 5 lat temu, jak młody miał około 2 lat. Poznałem 4 lata temu kobiete, z która aktualnie jeszcze (ale już ledwo) jestem, jest cudowną kobieta, kochana, wyrozumiała, wzięła mnie takiego jakim byłem, praktycznie nagiego, z jedną torba ubran, z tymi wadami, długami, przy niej i dzięki niej stanąłem na nogi, czułem, że ktoś mnie mocno pokochał i bezwarunkowo, czułem, ze mnie nie ocenia i rozumie albo chce zrozumieć a ja to wykorzystałem. Zupełnie świadomie, z pełną premedytacją to wykorzystałem na swoją korzysc. Teraz w moich oczach, sam przed sobą jestem katem, człowiekiem, który nie zasługuje nawet na śmierć, powinienem się męczyć do końca, żebym zapamiętał. Wracając do tematu, była kochana, pomocna, uczynna, wyrozumiała, tolerancyjna, co nie chciałem to mi ogarniała. Chciałem żeby mi pozyczyla od swojego taty 5tys na motocykl - pyk, dwa dni później mam kasę, chciałem żeby wzięła dla mnie 5tys pożyczki - pyk, telefon w rękę, Vivus i Krzysiu ma co chciał, w łóżku też świetnie, nigdy lepiej nie miałem, po prostu magia, wtedy naprawdę patrzyłem na tą kobietę jak na kobietę, która nie ma wad w ogóle, wiedziałem co przeszla w życiu, jak ja traktowali partnerzy, miała połamaną szczękę przez nich, cała poobijana, przypalanie fajkami, alkohol, narkotyki była traktowana gorzej niż szmata, zdradzana, ja to wszystko wiedziałem od niej a i tak ja wykorzystałem z pełną premedytacją tylko wtedy jakoś wypieralem chyba z siebie to, że ja ranie i wykorzystuje celowo chociaż teraz wiem, że to było celowo, nie rozumiem siebie. Czerpałem jakąś wewnętrzna satysfakcję jak za mna biegała, płaszczyla się, przepraszała, było mi lepiej w środku jak udowodniłem jej, że coś jest jej wina a ona cały czas była dla mnie, cały czas mi pomagała, miałem co chcialem, płakała a ja czułem się wtedy lepiej, bylem perfidny i pewny siebie, że mam ją wokol palca, wiedziałem to. Wykorzystywałem ja jak najgorszy bydlak, osobę, która dała mi serce na dłoni z dnia na dzień ja po prostu zgniotlem. Byłem świadomy, wiedziałem ale jakoś sobie zawsze tłumaczyłem swoje zachowanie głupotami, które były tak naciągnięte, żebym mógł uspokoić swoją głowę. Tą kobietą mimo tego wszystkiego była ze mną, czułem ta miłość, zawsze stała po mojej stronie a ja z niej zrobiłem swój worek treningowy. Nigdy jej nie uderzyłem tylko i az przemoc werbalna, dlaczego ja czerpałem z tego jakąś satysfakcję? 3 lata byłem gnojem, 3 lata czułem, że mam koło siebie osobę, która skoczy w ogień za mną, która dla mnie potrafiła odmówić coś synowi potraktowałem w taki sposób? Zrozumiałem to pół roku temu, podczas pierwszej poważnej rozmowy w której otworzyłem oczy i zaczęło to wszystko we mnie kiełkować. Dlaczego ja TeraZ tak w pełni uświadomiłem sobie jakim jestem człowiekiem? Dlaczego byłem tak pyszny, zadumany w sobie i żyjący w tym moim idealnym świecie dla mnie, że każdy kto mi coś daje to chce mnie zjechać? Dlaczego tak bardzo kocham moich synów, chce dla nich jak najlepiej a myślę o sobie? Dlaczego zamiast pieniądze, z jakiegoś dodatkowego zarobku przeznaczyć na młodych ja wydaje na siebie i od mojej partnerki wymagam i obwiniam, że czegoś nie mają podczas gdyby nie Ona to nie byłoby nic w lodówce bo ja bym tylko palił, pił ćpał, fakt, że kobieta pali ze mną codziennie od 2,5 roku no i twarde tez w sumie tak jak ja, ona może nie codziennie twarde ale 5/7 dni, chociaż ostatnie 3 dni nie brała twardych, to też nie jest tak, że wszystko szło na dragi ale 4/5 na pewno, w domu zawsze jest jedzenie, pełna lodówka, nie chodzimy głodni, nie brakuje jedzenia, faktem jest, że w domu był i jest narkotyk a w szufladzie brak majtek i skarpetek, o czymś bardzo złym to świadczy. Dzieci mają wszystko, nie żyjemy w biedzie ale ja wolę odmówić sobie kupna bielizny żeby kupić "humor i zapomnienie". Dlaczego miałem w swoim mniemaniu zawsze rację, każdy zły? Dlaczego zawsze siebie tłumaczyłem? Dlaczego ja wiedząc, że moja kobieta jest taka cudowna i kochana dla mnie, że wreszcie mam cudo przy sobie ja to tak perfidnie wykorzystywałem i się nad nią znęcałem? Dlaczego czerpałem z tego korzyść? Nie rozumiem siebie, kocham strasznie moje dzieci i kobietę na zabój, dziećmi mam super relacje, a wolę narkotyki niz ich przyjemności? Wracając do 3 lat katorgi mojej kobiety, to nie było codziennie, to było w jakiś odstępach niedługich czasowych takie mocne moje akcje a codziennie prawie jakąś szpilka wbita, jakąś spina, musiałem codziennie pokazać, że to ja jestem góra, ciągle wiedząc, że to ja jestem tym złym a i tak zwlaalem winę na nią, wprawialem w poczucie winy, dlaczego? Dlaczego ja jestem taka świnia? Dlaczego myślałem, że mam honor, zasady, szanuje kobiety a tak się zachowywalem? O co tutaj chodzi? Teraz od ponad pół roku, od tej rozmowy poważnej pierwszej jak zdałem sobie sprawę jak ja traktowałem, jak naprawdę zrobiłem rachunek sumienia i pierwszy raz stwierdziłem, że to ja byłem tym katem a nie ona, że to ja się zachowywlem jak śmieć w stosunku do niej i wyraziłem skruchę bardzo czuje to jak się ona czuła i jest to zrozumiałe i ciesze się w sumie, że Terac ja cierpię i codziennie płacze, że czuje, że się zmieniła, że już nie jest dla mnie tylko, że mogę ją stracić, straciłem ta pewność siebie złudną. Stała się moim odbiciem i ja to rozumiem w pełni, nie wytrzymuje nerwowo, płacze, mecze się, nie wiem co robić, jak wpłynąć, przestała mi ufać ale to wszystko rozumiem, w sumie i tak w porównaniu do tego jaki ja byłem wtedy dla niej to ona jest pikuś. Tylko niech mi ktoś powie, dlaczego ja taki byłem, dlaczego tak się zachowywalem? Po co to robiłem? Przecież ta dziewczyna mi dała tyle miłości, której nigdy nie odczułem od nikogo, pokochała bezwarunkowo, no może oprócz synka a ja tak się Zachowałem? Jakim ja jestem człowiekiem? Dlaczego jestem przesiąknięty takim szlamem do szpiku? Ja wiem, że robię coś źle ale i tak to zrobię byle zdobyć to co chce. To, że jestem uzależniony to wiem, głównie od marihuany, marihuanę chce palić i lubię i z tego rezygnować bym nie chciał, piwo i twarde, konkretnie kryształ chce wyeliminować, mówię, że niemkusze tego bo nie czuję potrzeby ale zawsze kombinuje i jest to moja pierwsza myśl. Chciałbym zrozumieć siebie, dlaczego taki jestem czy byłem, o co tutaj chodzi? Od pół roku chce iść do lekarza ale ciężko zrobić mi pierwszy krok dlatego postanowiłem tutaj napisać. To co tutaj napisałem to jest opis czasu, w którym skrzywdziłem osobę, która dała mi serce na dłoni i miłość. Ogólnie urodzenia w moim życiu jest średnio. Mama była ze mną w ciąży to tata mimo, że bardzo mnie kochał, przypalal mamie papierosy na ręce, do 9 roku życia jedyne wspomnienia pozytywne jakie mam z mamą to jak szedłem zapytać do banku czy przyszła renta i zupa szczawiowa a z tatą wyjazd na rowery zebrać właśnie szczaw na zupę. Nic więcej dobrego nie pamiętam. Pamiętam za to, że tata był mocnym alkoholikiem, że miał cugi podczas których widziałem wszystko czego nie powinienem widziec. Duszenie mamy, że wisiała w powietrzu, rzucanie talerzami, popielniczkami, wyzwiska, krzyki, wybijane szyby raz mama raz tata, dobijanie się do drzwi pijanego ojca, alkohol, krew, pamiętam jak mama tatę nożem pocięła bo by ja zabił prawdopodobnie, widzę mojego ojca jak lezy przewieszony przez wanne jak nieżywy, cały we krwi właśnie po tej akcji, pamiętam jak chyba 6 letni ja podnosiłem mojego tatę w stanie agonalnym, osikanego z ziemi i Teraz jak jestem dorosły to sobie uświadomiłem, że to było dla mnie normalne wtedy, nic takiego, nie tylko ja tak ojca zbierałem. Pamiętam jak spał w jakiejś altanie na działkach bo został wyrzucony z domu bo był w cugu i znów zadymy. Pamiętam jak mama piła, chyba z bezradności. Jak byłem u kolegi po jakiejś awanturze u mnie w domu i przyszła po mnie, totalnie pijana, że spadła ze schodów i znów musiałem podnosić. 7 letnie dziecko. Jak mój tata robił awantury to ja musiałem bronić mamę, to ja również krzyczałem, wyzywałem, panikowalem, bałem się,wariowalem, uderzyłem tatę. Mojemu tacie mogę zarzucić wszystko dosłownie ale nie mogę zarzucic mu tego, ze mnie bił albo krzyczal na mnie. Nigdy od niego nie dostałem i nigdy na mnie nie nakrzyczał. Czy pijany czy trzeźwy do mnie nigdy nic. No i jak miałem 9 lat, był 19 grudnia, awantura w domu, przyjechała po nas siostra żebyśmy święta spędzili z nią. No i tam pojechaliśmy a rano na drugi dzien obudził mnie krzyk siostry, przed oczami cały czas mam twarz mojej mamy jak ja znaleźliśmy jak nie żyje, miałem 9 lat, 4 dni przed wigilia. Rok później pojechałem do taty na długi weekend i nie miał czucia w ręce, do lekarza miał dopiero chyba właśnie po weekendzie. Poszliśmy do domu, ja na dwór, po powrocie do domu do spania i rano 10 letniego chłopaka obudzily jęki i dziwne ruchy mojego taty. Dostał wylewu prawej strony, znowu musiałem sobie radzić, biegać kombinować i co najważniejsze zrozumieć o co mu chodzi. Później wiadomo karetka szpital rehabilitacja, powoli zaczal już się ogarniać, dużo ćwiczył, zaczynał zarzucać noga, trochę ruszać reka i idąc do lekarza się wywrócił, złamał zebra i znowu karetka i szpital no i w szpitalu wykryli raka płuc i w miesiąc ten rak go wykończył. A bo jak zmarła mama to wziela mnie moja siostra do siebie bo tata nie był w stanie mnie utrzymać bo pił. No i od tamtej pory czułem się bardzo źle, wyobcowany, czułem, że jestem niżej od dwóch synów mojej siostry, wydawało mi się, że dostaje mniej jedzenia od nich, że jestem gorzej traktowany, ze mnie oceniają, nie miałem swojego miejsca a przynajmniej wtedy tak to czułem, byłem buntowniczym dzieckiem, rozrabialem dużo, sprawiałem problemy wychowawcze i zaczęli mnie przerzucać od siostry do brata i tak ciągle, najdłużej byłem u brata 3 lata chyba a tak to po kilka miesięcy tu i tu. Słyszałem tylko ciągle, że jestem nie dobry i sobie ze mną nie radzą, często było tak, że nim mnie przerzucili to słyszałem jak się sprzeczają u kogo mam być. Wybiła moja 18 i poszedłem na swoje i w sumie od tej pory, jak poczułem pieniądze, bo miałem rentę dość wysoka po tacie 2,500zl, nie musiałem pracować bo kasa co miesiąc to nie nauczyłem się pracy i do 25 roku życia najpierw było obżarstwo a pozniej marihuana, nałogowo codziennie od 19 roku życia. Pierwszy raz zapaliłem jak miałem chyba 14 lat czy 15 lat. Jak miałem 17 lat to poznałem dziewczynę, z którą mam tego mojego super synka ale związek też się rozpadł przeze mnie. Partnerka z którą aktualnie jestem na tą chwilę nad sobą nie panuje, nad nerwami, ona w tym momencie jest prowodyrem do którego nic nie dociera, zobaczyłem swoje odbicie w niej, chyba stworzyłem w niej to zło, bo nie była taka. Kocham ją, chciałbym pokochać siebie i dowiedzieć się dlaczego jestem takim człowiekiem? Jak mam sobie poradzić? Wiem o tym wszystkim złym co robiłem, wiem jakim jestem paskudnym człowiekiem, jak bardzo skrzywdziłem, obarczalem dotarło to do mnie wreszcie, że ja byłem świadomy tego wszystkiego a i tak to robiłem. Wypieralem z głowy, że to jest źle chociaż o tym wiedziałem, wiedziałem, że krzywdzę ale jakaś przyjemność podświadomie czułem chyba. Nie wiem co mam robić, czuje, że tracę grunt pod nogami, że odpływam w narkotyki, nie wiem już co było moim wyobrażeniem czy tym co chciałem zobaczyć a jakie ktoś miał na prawdę intencje, dlaczego taki jestem skoro jestem tego świadomy? Dlaczego świadomie wolę kupić jakąś używkę sobie, chociaż wydaje mi się, że jej nie potrzebuje bo często biorę na siłę, żeby poczuć wreszcie ten stan, żeby nie myśleć i sobie wyluzować, ja wiem, że boje się stawić czoła życiu na trzeźwo chyba i potrzebuje chyba endorfin sztucznych. Przeciez ja mam dom, kobietę dzieci, kurde dobre w miarę życie, jakoś sobie radzę, dlaczego jestem taki niewdzięczny i zły z premedytacją dla kogoś kto mnie kocha? Dlaczego wiem a i tak w to brnę? Może być to trochę pomieszane, jakiś wątek zaczęty inny nie skończony ale proszę o wyrozumiałość, jestem w ciężkiej świadomej sytuacji psychicznej, chciałbym więcej przekazać ale nie jestem w stanie wszystkiego opisac, niech mi ktoś pomoże..
  12. Guest

    Brak sensu życia

    Cześć , Mam na imię Monika mam 30 lat. Jestem w długoletnim związku (11lat) Związek generalnie jest związkiem szczęśliwym. Ale nie mam nigdy zadnego zaangażowania drugiej osoby. Ja zawsze byłam osobą aktywną mająca chęć wyjścia do ludzi , na rower siłownie . Od pewnego czasu nie mam na to ochoty ponieważ nie chce robić tego sama. Moja druga połówka jest domatorem . Znalazłam teraz nowa pracę kolejna ale praca ta nie sprawia mi satysfakcji . Moja pasja jest gotowanie i w tym chciałabym się realizować. Ale z uwagi na brak doświadczenia a także niskie zarobki nie mogłam podjąć pracy w tym zawodzie . Mam również problem zalkoholem dzięki niemu potrafię wstać z łóżka iść do pracy zrobić cokolwiek myśleć i działać bardziej pozytywnie . Nie potrafię rozstać się ze swoim partnerem uważam że to nie on do końca jest problemem .uważam że zmarnowałam swoje życie
  13. Witam. Mam 37 lat , pracuję i próbuje rozkręcić swój własny biznes, jestem teraz niezależny finansowo ( wcześniej bywało różnie). Mój problem polega na tym, że moja trzy lata młodsza siostra czasami traktuje mnie jak członka rodziny drugiej kategorii. Wygląda to mniej więcej tak: Kiedyś jak nie miałem pracy zaproponowała mi jakiś czas po tym jak urodziła pierwsze dziecko żebym robił za niańkę ( mam podejście do dzieci) a ona będzie mi płacić, zgodziłem się ale za darmo, miałem tylko u niej mieszkać za granicą a w międzyczasie poszukać sobie pracy. Siostra poszła na zwolnienie, więc zacząłem szukać pracy, ale wtedy się zaczęło, że to robię nie tak, to tamto nie tak. W końcu nie dało się wytrzymać, wróciłem do Pl. Za dwa lata rozstała się z mężem, no i znów płacz że pomocy potrzebuje, żebym przyjechał. Nie chciałam za bardzo, ale pojechałem, okazało się że nie potrzebnie, a ona dopytywała ile jeszcze mam zamiar u niej mieszkać. Wróciłem znów do Pl. Teraz i ona mieszka w Pl , ja zapomniałem o wszystkim i było ok . Ale ostatnio zauważyłem że jeżeli potrzebuje pomocy to odzywa się do mnie a jak jakiś wypad na dyskotekę czy nad wodę to młodszego brata zabiera. Ostatnio zabrała wszystkich ode mnie z domu oprócz mnie. Tak mi się przykro zrobiło że głowa mała. Powiedziałem że to mnie boli to się obraziła że robię jakieś wypominki.... Co mam zrobić żeby te relacje były normalne? Dodam że z pozostałym rodzeństwem ona się dogaduje.
  14. Dzień dobry, mam na imię Kasia, mam 22 lata. Zanim przejdę do wiadomości, przedstawię tylko krótką historię choroby. Od 2016 roku leczę się na depresję, a 2 lata temu zdiagnozowano u mnie PTSD w połączeniu z zaburzeniem osobowości typu borderline. Mam za sobą próby samobójcze i dwa pobyty w szpitalu. Od dwóch lat uczęszczam na regularną terapię i mam również kontakt z psychiatrą. Przyjmuję fluwoksaminę i interwencyjnie benzodiazepiny. Ostatnio mam dość mocny "zjazd". Próbowałam się trzymać w ryzach ze względu na sesję - studiuję psychologię na specjalizacji klinicznej, wczoraj zdałam ostatni egzamin. Zaliczenia za mną. Wszystko na tip top, jednak nie ja. Nie moja dusza, nie moje ciało. Narzeczony dołożył swoje, zabolało niemiłosiernie....I pękłam, rozsypałam się, nie chciałam już żyć, czuć tego bólu, który zgniata mnie każdego dnia. Chwyciłam za sznurek od spodni i powiesiłam się na klamce. Jednak jak widać jestem tu dalej... W zupełnej anhedonii...Nie mam siły płakać, myśleć, czuć... Mając zaciśnięte gardło, nie mogąc złapać oddechu, gdy moje oczy się przymykały, a ciało słabło, myślałam, że wszystko zaraz zniknie, że położę temu kres. Nie będę już czuła bólu i lęku, moje ciało nie będzie już brudne i naznaczone przez tego, który mnie skrzywdził, nie będę miała już ciała, nie będzie nic... Wtedy wszedł do pokoju partner. Zdjął mi z impetem sznurek z szyi i ze złością przeniósł mnie na łóżko. Noc była bardzo ciężka, spłycony oddech przez ból krtani nie jest najmilszy, wciąż czuję dość silny ból, jednak to da się przezwyciężyć, nie mogę sobie tylko poradzić z tym, że jestem z tym sama... Bardzo bym chciała by ktoś teraz ze mną był. Potrzebuję tego bardzo... Partner nie odzywa się do mnie od wczorajszej nocy. Czuję się zupełnie sama z tym wszystkim. Nie wiem co robić...
  15. Witam, ostatnio pewna osoba z tej strony mi pomogła może tym razem będę tak samo. A więc mój problem polega na za mocnym martwieniem się do tego stopnia że jakoś od 2 lat mam problemu że snem zasypiam ale budzę się w nocy, przerabiałam tabletki na receptę po których też się budziłam, a spowodowane jest to stresem Mam 26 lat rodzice nigdy nie okazywali mi miłości, więc jej nie umiem za bardzo ale do setną moja matka ma długi na 120 tys o których wiem, stresuje mnie to bardzo pomimo że mam swój dom to i tak myślę co Bd z rodzinnym, każda najmniejsza rzecz doprowadza mnie analizowania itp Czasem aż mam siebie dosyć staram się nad tym panować i pomaga jedynie sluchanie muzyki do psychologa nie chce isc nie trafiałam nigdy na dobrego, gdy miałam 16/17 lat zaczęłam chodzić bo nie potrafiłam wyjść do ludzi i się ciełam, Za dzieciaka wujek który mieszka do dnia dzisiejszego molestował mnie gdy zrozumiałam to że robił źle nikt z rodziny nie staną w mojej obronie moja matka stwierdziła że kłamie, jestem strasznie zniszczonym człowiekiem ale staram się siebie naprawić... Nie wiem jak martwienie się tym wszystkim strasznie męczy, na ogół jestem osobą uśmiechniętą rozmowna i to bardzo pomocną ale w środku czuje żal do rodziny a nie mogę się odciąć.... Chciałabym uwolnić głowę od tego wszystkiego ale nie potrafię, mam nadzieję że ktoś przeczyta to wszystko i mi coś doradzi
  16. Życie jest wykrzyknikiem nie znakiem zapytania - to zasada mojego postępowania. Sama zawsze o to dbam by moje życie nie miało czarno białych barw. Nie czekam aż w życiu lepiej mi będzie. Kto idzie na łatwiznę nigdy szczytów nie zdobędzie. Wiara w siebie - bez niej w świat nie ruszę, tylko się w drobiny rozkruszę. Takiego jestem zdania i Nigdy się nie poddaje, mym wrogom satysfakcji nie daje. Jak upadam szybko wstaje i porażki nie opłakuje. Biedny jest człowiek który nadziei nie ma. To ona napędza żagle marzeń na niepowodzeń oceanie i nie pozwala na zrezygnowanie. Gdy moje marzenia celami się stają nabierają wielkiego znaczenia bo wyznaczają kierunek nie łatwy do spełnienia. Z dnia wczorajszego naukę wyciągam, dzisiaj na 100 procent żyje i na jutro mam nadzieje.
  17. Witam , z tej strony Dawid 32 lata, Chciałbym spytać o narzędzia do pracy nad złymi nawykami ? Nie mam cierpliwości do stawiania małych cegiełek , a jednak bez tego się nie obędzie … Jak pracować nad wypełnianiem postanowień żeby te małe cegiełki się pojawiały ?? Mam dużo czasu a za tym idzie wiadomo dużo postanowień.. lepsza forma (siłownia), nauka nowego języka , podróże , ale jak przychodzi moment odpoczynku po pracy to już ciężko wstać z kanapy. Chciałbym popracować nad cierpliwością , wypełnianiem postanowień ( konsekwencja w działaniu ) ale od czego zacząć ?
  18. Witam. Mam 20 lat, a mój chłopak ma 22 lata. Jesteśmy razem ponad 4 lata, jest to mój pierwszy poważny związek, dlatego potrzebuje opinii czy mój chłopak zachowuje się normalnie i po prostu przesadzam? Mianowicie, mój chłopak ma bardzo ciężki charakter, jest strasznie zazdrosny. Doszło do sytuacji gdzie się kłóciliśmy tylko dlatego, że przywitałam się ze starym znajomym na mieście. Niedawno skończyłam szkołę i zaczynam szukać pracy, otóż tutaj również pojawił się problem, ponieważ każdą ofertę pracy, którą znajdę muszę skonsultować z moim chłopakiem, co więcej on musi tę pracę zaakceptować. Jakiś czas temu, gdy znalazłam dorywczą pracę i opowiedziałam o niej mojemu chłopakowi, on stwierdził, że oszalałam i nie pójdę do pracy, gdzie jest tylu chłopaków (praca kelnerki w restauracji). Nie mogę też wyjść z koleżankami do clubu, czy pojechać do większego miasta na zakupy bo przecież go zdradzę. Dodam, że nigdy nie dałam mu powodów do zazdrości. Gdy, mimo jego zakazu chcę gdzieś wyjść pojawia się z jego strony szantaż, że jak wyjdę to wyrzuci mnie z mieszkania (mieszkamy razem od około 2 lat). Widzę, że coś jest nie tak, ale nie chcę stracić chłopaka, chciałabym mu pomóc, wiem też, że on nie miałby nic przeciwko, żeby udać się na wizytę np. do psychologa, ale nie wiem od czego zacząć. Czy tutaj rzeczywiście jest problem, czy sobie to po prostu wmawiam?
  19. Witam. Temat zakładam z czystej ciekawości i prosiłbym o wasze wypowiedzi czy też interpretację tego co napiszę.Przeczytałem ostatnio biografię Madonny i zastanawia mnie czy ta piosenkarka nie cierpi na coś pod względem psychologicznym.Zakładamy roboczo,że to co jest opisane w książce to w 100% prawda.Proszę,żebyście odpowiadali w podpunktach tak jak nakreślam sytuację. 1.Będąc w wieku nastoletnim już lubiła szokować i chciała być w centrum uwagi.Mówi,że po śmierci matki była zła na Ojca,że ożenił się po raz drugi więc robiła wiele,żeby zwrócić na siebie uwagę lub go w jakiś sposób ukarać,że śmiał się związać z inną kobietą.Już w szkole wywołała skandal wykonując wyzywający taniec bodaj przed meczem kosztkówki.Robiła wiele by zdenerwować Ojca.Jak to interpretować? 2.W wieku 14 lat zaczęła współżycie ze swoim chłopakiem.Wiadomym jest,że coś takiego powinno pozostać słodką tajemnicą nastolatków szczególnie gdy ma się religijnego Ojca a sam fakt seksu z nieletnią grozi więzieniem.Ją to bawiło.Potrafiła żartować przy chłopaku,że powie o tym Ojcu czym przyprawiała lubego o zawał serca.Bawiło ją,że ktoś może mieć przez nią kłopoty. 3.Jej początki w Nowym Jorku były ciężkie-głodowała,mieszkała po norach w najgorszych dzielnicach,została nawet zgwałcona-o dziwo nie przeżywa tego jakoś bardzo.Ot stało się,nauczka na przyszłość.Jej byli wspominali,że lubiła zawsze ostry seks.Kochała się jak mężczyzna-mocno,zachłannie,energicznie.Czy może mieć to jakiś związek z gwałtem? Jeden wspominał,że po zbliżeniu potrafiła skulić się na drugim końcu łóżka i zapłakać. 3.Jest bezwzględna i lubi łamać zasady.Zmieniała chłopaków jeżeli to było w jej interesie,łamała im serca jeżeli miała z tego korzyści.Seks to dla niej narzędzie.Jej pierwsza menadżer znając jej charakter postawiła warunek-żadnych romansów z członkami kapeli.Prześpisz się z kimś-on wylatuje z zespołu.Specjalnie zaciągnęła do łóżka chyba perkusistę by wyrzucono go z zespołu bo wolała w jego miejsce swojego nowego chłopaka.Z praktycznie każdym kto posunął jej karierę naprzód miała romans. 4.Nie szanuje uczuć innych i lubi ich podpuszczać i prowokować,nawet publicznie.Będąc żoną Seana Penn'a potrafiła na jego oczach flirtować i innym albo czynić głośne uwagi w towarzystwie,że jest nudziarzem i marudą.Twierdzi,że zrobiła wszystko,żeby jej ślub był tajemnicą a i tak fotografowano ją z helikoptera i robiła wokół siebie szum.Bawi ją jak ktoś się przez nią wścieka i awanturuje. 5.W filmie dokumentalnym "W łóżku z madonną" opowiadając o swojej matce...wiła się na jej nagrobku.Po tej scenie jej brat był tak zniesmaczony,że nie brał już udziału w tym filmie.Popularnośc można zyskać również na grobie bliskich. 6.Scena z tego samego dokumentu.Bierze za ręce tancerzy i odmawia,krótką modlitwę o pomyślny występ.Występ na którym za chwilę będzie symulować na scenie masturbację.To tak samo jakby kibole prosili o boską opatrzność bo zaraz będą okładać kogoś maczetą.Nie wiem jak to skomentować. 7.Po latach dowiaduje się,że lada dzień wyciekną jej nagie akty za które zarobiła parę groszy biedując w Nowym Jorku.Boi się,że to zaszkodzi jej karierze,płacze koleżance w ramię po czym po chwili...uśmiecha się i stwierdza,że to w sumie lepiej,będzie jeszcze więcej szumu wokół niej.Nic z tego nie rozumiem. 8.Co chwila zmienia partnerów.W ogóle nie potrafi stworzyć trwałego związku jakby nie szanowała męzczyzn.Swoje pierwsze dziecko chciała mieć sama-szukała tylko kogoś kto ją zapłodni-i tak też się stało.Po co jej mąż a dziecku Ojciec.Mężczyzna musi być tak samo ambitny i bezwzględny jak ona.Inaczej jest dla niej nieudacznikiem.Sprawia wrażenie jakby nie szanowała nikogo.Swego czasu podczas tras koncertowych spośród tancerzy wybierała sobie kochanka a kiedy tournee się kończyło zostawiała go a cały zespół był wymieniany na nowy.Często przyznaje,że jest zła na matkę że zmarła i na Ojca że ją "zdradził",żeniąc się jako wdowiec z inną kobietą.Traktuje to jako zdradę i porzucenie jej.Cxyżby dlatego powielała te zachowanie w dorosłym życiu? Zaangażować kogoś i porzucić? Czy na podstawie tych faktów można wysnuć jakieś wnioski co do jej osobowości?
  20. Mieliście kiedyś tak że byliście nie zadowoleni ze swojego życia ale nie widzieliście co zmienić? Właśnie jestem na tym etapie, wiem ze chce zmiany ale nie mam pomysłu jak to zacząć Chciałabym poznać siebie, jaka tak naprawdę jestem. Co lubię co mnie cieszy itp mieć więcej motywacji do zmiana swojego ciała przez które mam kompleksy ale mam za mało motywacji Jak zdobyć chęć i motywację do zmiany jakieś pomysłu ?
  21. Witam, facet z którym jestem od dwóch lat nagłe stał się mną mniej zainteresowany. Poświęca na spotkania tylko jeden dzień w tygodniu bo tłumaczy to nawałem pracy, obiecał po mojej interwencji że to zmieni rezygnując z dodatkowych obowiązków z czasem, nie oddzwania gdy mówi że zadzwoni, na wszystko inne ma czas np ostatnio na spacer późnym wieczorem. Czuję chłód od niego, nie jest w stanie nic dla mnie przełożyć, zmienić a nawet powiedział że nie chce bym przez niego i jego zachowanie płakała więc może nie jest mężczyzną dla mnie. Jak się zachować?
  22. Witam, proszę was o pomoc w temacie - jak zrozumieć relacje z mężczyzną ? - Oto krótka historia - spotykamy się od 2 lat, wszystko było wspaniale do czasu aż brakło jego zainteresowania a mianowicie - spotykamy się tylko raz w tygodniu (na początku było trzy razy) bo od dwóch miesięcy on nie ma czasu bo coś niby zawsze wychodzi, najważniejsza dla niego w życiu jest rodzina, praca a później związek - to mi powiedział, komunikując mu że potrzebuje jego uwagi i zainteresowania do budowania związku on twierdzi ze jest pewny w stu procentach naszego związku że się nie rozpadnie i wszystko jest ok. Wg. mojej opinii nie jest a on na to ,,ja Cię na siłę nie trzymam jak narzekasz i ciągle Ci się coś nie podoba - mam już dość tego ciągłego narzekania'' Zauważyłam tez że nie darzy do czułości na co dzień, nie łapie mnie za rękę, nie przytula itp. Nie wiem jak mam się zachowywać, jak postępować by wrócił i był jak kiedyś. Bardzo się zmienił - twierdzi ze ta zmiana wynika z kolejnego etapu związku - ale jakiego ? że sie oddalamy ? Ciągle powtarza że nie ma czasu, jest zapracowany od ponad miesiąca. Proszę o pomoc jak mam postępować bo o niczym innym nie myślę i o niczym innym nie potrafię rozmawiać ponieważ boję się utraty związku który budowaliśmy
  23. Mam 21 lat. Pół roku temu zdiagnozowano u mnie osobowość unikającą, fobię społeczną oraz zaburzenia depresyjne. Aktualnie nie korzystam z pomocy specjalisty, ponieważ lęk jest na tyle niedokuczliwy, że potrafię w miarę normalnie funkcjonować, jeśli chodzi o zwykłe codzienne życie, obowiązki. Natomiast jeśli chodzi o relacje – nie jest najlepiej. Mam taki problem, że nie potrafię się z nikim zaprzyjaźnić, każda znajomość staje się powierzchowna albo po prostu często całkowicie się wycofuję, uważając, że nie zasługuję na uwagę i obecność drugiego człowieka, i że sama nie mam nic specjalnego do zaoferowania. Wydaje mi się, że brakuje mi jakiejś bliskiej, przyjacielskiej relacji, ale lęk przed odrzuceniem, niezrozumieniem jest zbyt wielki. Problem pojawia się również podczas prób nawiązywania i podtrzymywania relacji internetowych, a nawet jest wówczas bardziej uciążliwy, bo łatwiej można zniknąć i trudniej powstrzymać się od ucieczki, zerwania znajomości i odzyskania komfortu. Może to dziwne, ale często boję się wymieniać z kimś swobodnie wiadomości, stresuję się, kiedy muszę szybko zareagować, odpowiedzieć. Dotyczy to również konwersacji z osobami, które znam w realnym życiu. Ma ktoś może pomysł, co mogłoby mi pomóc w budowaniu relacji tak, aby czuć się w nich bezpiecznie i nie obawiać się tak bardzo braku akceptacji?
  24. Witam wszystkich na forum. To mój pierwszy post także prosił bym o wyrozumiałość. Z góry dziękuję. Jestem Pablito( 38 lat), mąż z 12 letnim stażem i synem w wieku 10 lat. Postaram się teraz nakreślić mój problem. A mianowicie... Z moją żoną jestem w związku od 18 lat, później był ślub a po dwóch latach urodził się Nasz syn. W związku raczej nigdy nie dochodziło do większych sprzeczek, raczej byliśmy zgodni. Jeśli chodzi o czynności intymne powiem tak, szału nie było nigdy, choć bywały okresy bardzo wzmożonej aktywności. Jak urodził się Nasz syn to wiadomą sprawą jest, że dziecko czasami dla Naszej wygody (przynajmniej tajk mi sie kiedyś wydawało) braliśmy do łóżka.. karmienie nocna i ogólnie szybsza i sprawniejsza opieka nad noworodkiem. Dziecko rosło i rosło spało nawet przez jakiś czas w łóżeczku, choć czesto się zdarzało , że wchodziło do naszej sypialni. Za jakiś czas mniej więcej w wieku około 3 lat już zupełnie się przeniosło do Naszego łóżka.. osobiście mi zawsze to przeszkadzało, bo wiadomo każdy mężczyzna potrzebuje trochę bliskości z kobietą, jednek słowa żony zawsze były takie same.." a co ja mam zrobić? " . Ja dziecko odnosiłem do jego łóżka lecz po kilku godzinach jęczenia i grymaszenia finalnie i tak wracało do Naszego. W początkowym okresie dochodziło nawet do tego że potrafiłem kłaść się koło jego łóżka na ziemi i czekać aż zaśnie itd. Trwało to i trwało lecz finalnie i tak się budził i wracał do Naszego łóżka (nie wiem nawet kiedy i jak mogłem dopuścić do tego, ale niestety wyszło jak wyszło). Czas mijał, dziecko rosło i w trójkę było mi już niewygodnie. Pewnego dnia się zdenerwowałemi i poszedłem spać do pokoju na dół i tak już przeszło 5 lat... Moja małżonka oczywiście nic sobie za bardzo z tego nie robiła więc zacząłem się przyzwyczajać do tej sytuacji i sam odpuściłem starania. Jak się domyślacie zapewne Nasze pożycie małżeńskie jest zerowe, tak właśnie nie pamiętam już kiedy uprawiałem ostatni raz seks z moja żoną.. 5..może 6 lat temu hmm, sam nie wiem. Ale tu nie o sam seks chodzi. Mam wrażenie, że mój dorastający syn jest bardzo pokrzywdzony. Nie ma w nim tej ikry do życia.. Zrobił się taki "synuś mamusi". Syn ma swój pokój , swoje łóżku które z biegiem lat się zmieniało bo wiadomo dziecko rośnie, ale nigdy tak naprawdę z niego nie korzystał. Nie chcę mu sprawić krzywdy tym zaistniałym faktem spania z matką, ale szczerze nie wiem jak wybrnąć z tej sytuacji. Moja żona nic sobie z tego nie robi kompletnie. Śpi z nią w jednym łóżku i jest ok. Chciałbym wrócic do wspólnego łoża małżeńskiego, ale obawiam się że za bardzo się w tym zagmatwałem i sam sobie z tym nie poradzę. Wchodzę chyba powoli w okres takiej wegetacji.. Bardzo proszę o pomoc
  25. Witam, mam 21 lat. Jestem żonaty od pół roku i mam cztero miesięczną córeczkę. Problem pojawił się już w gimnazjum. Problem trwa do dnia dzisiejszego, aczkolwiek nie tak intensywnie, jak do 18 roku życia. Okres podstawówki był piekłem dla moich rodziców jak i nauczycieli. Byłem grubym, złośliwym dzieciakiem który zawsze chciał być w centrum uwagi, popisywał się przed dziewczynami dręczeniem innym, kłamałem bez skrupułów byle by wyjść z sytuacji cało. Byłem i w sumie jestem wiecznie niezadowolony. Dręczyłem psychicznie i fizycznie słabszych, byłem wraz z kolegom osobom, która dręczyła całą klasę chłopaków, wyśmiewaniem, wyzywaniem, kopaniem, byle by czuć władze i być fajnym. Zawsze znalazł się ktoś mocniejszy, wtedy odczuwałem strach, ale mimo to nie dawałem tego po sobie poznać. Zawsze myślałem o sobie że nie podobam się żadnej dziewczynie ze względu że byłem dosyć gruby, głupi charakter, żyłem śmiechem ceną urazu rówieśników, przez co do czasu zawodówki nie zgadałem do żadnej dziewczyny. wszystko co napisałem, zaczęło się w czwartej klasie podstawówki, kiedy do tego czasu byłem poniżany, wyśmiewany, bity przez dosłownie każdego i potrafiłem się tylko skarżyć. Udowodniłem w czwartej klasie że potrafię sie obronić, wtedy zaczęła się moja władza, gdzie każdy sie przede mną chował z chłopaków z klasy a ja miałem jednego przyjaciela, z którym rządziłem. Jak chodziłem do klasy 1-3 przeżywałem sytuacje duszenia, wycierania twarzy o ścianę bloku. Do tego również dochodził brak szacunku od ojca, jakby mógł to zabronił by mi wszystkiego, kazał mi chudnąc, wyzywał mnie, widział tylko młodszego brata. Pamietam jak okazywał mi uczucie tylko po alkoholu, do tego stopnia że sam go prosiłem żeby wypił, w skrócie, czułem się dla niego przeszkodą. nic mi się nie udawało, grałem w piłkę w klubie, jedyny grzałem ławę na meczach i wszyscy się ze mnie śmiali. Tylko potrafiłem być kozakiem w szkole przed słabszymi a jak już do mocniejszych zadarłem to zawsze dostawałem wpierdziel i do mamy na skargę a mama do rodziców, całą winę zawałem na kogoś a sam prowokowałem. Na tym skończę, wydaje mi się że to jest kluczowe w moich obecnych problemach. Nadszedł okres gimnazjum, jako jedyny poszedłem do obcych osób z moim przyjacielem z którym trzymałem, specjalnie nas przenieśli bo się bali kontynuacji. Wtedy się uspokoiłem, stałem się grzeczny na lekcjach, poznałem „gangste” kolegów, przed którymi zacząłem udawać kogoś lepszego. Doszło do tego że wraz z moimi nowymi przyjaciółmi dla pokazu wykończyłem psychicznie mojego przyjaciela, tak o, żeby być fajnym przed nowymi kolegami i żeby nie być lamus. Kiedy udało sie mu zmienić klasę, całe zło przeszło na moja osobę. Wyśmiewanie, wyzywanie ale nie aż tak, bo po części sie mnie bali, wykorzystywali to że wtedy już nie potrafiłem sie postawić bo wiedziałem że dostanę po pysku, nawet wtedy aż do dziś, nie potrafiłbym uderzyć nikogo w twarz, w sumie zawsze sie bałem kogoś uderzyć, nigdy nikomu prosto w twarz nie dałem z pieści, jedynie w samoobronie potrafiłem rozwalić wargę łokciem koledze, czy jak zostałem zmuszony to popychałem, lekko kopałem ale konfrontacji poważnej od zawsze sie boje, nie rozumiem dlaczego. Przez cały okres gimanazjum po szkole spędzałem całe dnie przed komputerem, tylko o tym myślałem na ostatniej lekcji. Robiłem wszystko żeby pograć, generalnie do 16 roku życia żyłem praktycznie przed komputerem, poza lekcjami. Od pierwszej klasy gimnazjum miałem już kompleksy co do swojego ciała, ogólnego wyglądu, charakteru. Miałem się za zero z głupim charakterem, brzydką twarzą, brzydkim ciałem, grubasem, który tylko ma życie w internecie. w końcu przyszedł dzień pod koniec 3 gimnazjum. Skręciłem poważnie kostkę, po czym cały miesiąc spędziłem przed ps4 i komputerem. Przez miesiąc sporo przytyłem, ponad 5kg. Przyjaciele nagle odeszli, zostałem sam z sobą. Postanowiłem z dnia na dzień że sprzedaje komputer za co kupiłem modnego wtedy iPhone 7, siłownie i zacząłem ćwiczyć od poniedziałku do niedzieli utrzymując dietę niskowęglowodanową i ćwicząc codziennie po 2-3h. Przez trzy miesiące z grubasa, zmieniłem się w dosyć umięśnionego gościa, z dosyć dużymi bicepsami, idealnym tricepsem, małym brzuchem, wielką klatą i ciemnej karnacji, pięknej cery chłopakiem, który jeszcze wtedy nie był tego świadom. Nie pamiętam dokładnie, ale jakoś od końca czerwca, do dnia zakończenia szkoły nie uczęszczałem na zajęcia, już wtedy ćwicząc miesiąc. Kiedy wróciłem do szkoły na zakończenie roku wszyscy na mnie patrzyli z podziwem, dziewczyny się pchały żeby mnie wziąć do tańca, kiedy Jeszcze nie byłem świadomy że od zawsze miałem ładna twarz, ale nie umiałem dobrze o siebie zadbać przez internet. Chłopak przeciętnie ubrany, z długimi włosami, nigdy nie ułożonymi. Z telefonem za 200zł, otyły i brzydki przyszedł po 2 miesiącach z najnowszym telefonem firmy Apple, ubranym w markowe ubrania, modnie dobrane, umięśniony, chudy i z idealną, ciemną cerą. Jeszcze wtedy nie byłem świadomy że coś takiego osiągałem aż do 1 zawodówki. Wszedłem do szkoły z myślą że dalej jestem najgorszy, brzydki i tylko że mam szpan rzeczami. Nie potrafiłem w ogóle rozmawiać z dziewczynami, nawet się z nimi przywitać przez swoją samoocenę, słaby charakter i strach już wtedy przed opinią wszystkich. Kiedy się dowiedziałem że jestem top1 najprzystojniejszy chłopak z całej klasy to byłem w szoku. Każda dziewczyna z klasy patrzyła na mnie jak w obrazek. Zauroczyłem sie wtedy w dziewczynie która była fejmem, myślałem ze nie mam szans, była wtedy w związku z przystojnym, bardzo popularnym chłopakiem a mimo to, poznała mnie i z powodu mojego wyglądu zauroczyła sie wr mnie do tego stopnia, że rzuciła swojego chłopaka, z którym była 2 lata i to on jej dał popularność. Kiedy poznała mój słaby charakter to po dwóch tygodniach się domyśliła, wcześniej twierdząc że mnie nauczy komunikacji. Ja nie rozmawiałem z żadna dziewczyna tak blisko jak z nią, proszę sobie wyobrazić jaki zawstydzony byłem w każdym zdaniu, po tygodniu jej wypowiedziałem słowa „kocham cię” nie świadomy jak poważne słowa wypowiedziałem. Rozstaliśmy sie, będąc nadal w jednym towarzystwie. Cierpiałem przez to pół roku, robiłem wszystko żeby do mnie wróciła, jeździłem na przystanku po jej praktykach, kupowałem kwiaty i słodycze ale mój słaby charakter przegrał wszystko. po tym wszystkim w końcu zmieniłem towarzystwo, tam poznałem dziewczynę, która zakochała się przede wszystkim w tym co mam środku i że nie jestem jak każdy, że mam w sobie to coś. Chodziła ze mną do klasy, jeszcze wtedy nie zwracałem na nią uwagi, a ona od początku po cichu się we mnie podkochiwała, ale na wszelki sposób, nie potrafiła tego po sobie poznać. Aż w końcu poznałem jej charakter i bezgranicznie się w niej zakochałem a miłość trwa do dziś, ale ja już zmieniłem się w potrwa, o tym napisze już w innym temacie. Razem z nią, bez świadomości o ryzyku, przed wyznaniem miłości weszliśmy w kontakt z narkotykami. Ja od początku mówiłem że chce spróbować amfy, bo z tego co czytałem, dała by mi to, czego mi brakuje w moim niedowartościowanymi życiu. Tak się stało, pierwsze zażycie okazało się najlepszym uczuciem w moim życiu, nagle potrafiłem normalnie rozmawiać z ludźmi, nie bać się na ulicy, rozmawiać tak bardzo logicznie że niektórzy nie rozumieli jak z dnia na dzień mogłem tak zmądrzeć. Zażywałem wtedy przez 2 miesiące amfe, po czym odwzajemniłem miłość do mojej żony, rzuciliśmy z dnia na dzień, bez żadnego problemu, zaczęliśmy żyć pierwsza miłością, motylami w brzuch aż w końcu pierwszy etap miłości się skończył i zaczęły się nuuudy. Wszedł alkohol co weekend, przez 2 lata, upijanie się, żeby funkcjonować społecznie i mieć kolegów. Straciłem wszystkich, bo w końcu okazało się że to tylko kumple do picia. Wróciłem znowu do amfy, tym razem przez 5 miesięcy zażywania amfy co weekend przez 3 miesiące trwania a przez ostatnie dwa co 2-3dni z ciągami bez snu, nawet 3 dniowym. Zawsze byłem ten co wymiękał już psychicznie przy drugiej dobie nie spania i wtedy dziwiłem się że ja zachowuje normalność a każdy dookoła jest na wielkiej fazie. Nigdy nic po tym sobie nie wkręcałem, zawsze starałem się zachować normalność, żeby nikt mnie nie rozpoznał w pracy czy z osób z miejsca zamieszkania. Twierdziłem ze moi znajomi mają coś nie tak z głowa, ze potrafią się tak nakręcać w głowie. Tak naprawdę ile bym nie zażył to nigdy mną nie miotało, potrafiłbym nawet pod wpływem leżeć w spokoju, w bezruchu i myśleć. Wtedy już nie działało to na mnie jak na początku, pobudzenie z lekką euforią w tle, przez jakiś czas i zachowanie czystej świadomości. Nigdy nikt się po mnie nie skapnął. Po tych 5 miesiącach wyjechałem za granice. Rzuciłem znowu z dnia na dzień, tym razem zastępując to marihuaną w której nigdy nic nie widziałem aż do czasu zapalenia „tej prawdziwej” i tak od roku już pale dzień w dzień z dwoma przerwami tygodniowymi i teraz już półtora tygodnia nie pale, zrozumiałem ze coś jest ze mną nie tak, dosłownie, ale nie potrafię zrozumieć przez co dokładnie i dlaczego. Przechodząc do sedna, mój stan psychiczny na dzień dzisiejszy: lęk społeczny w porównaniu do tego, co pisałem wyżej poprawił się bardzo. Wydaje mi się, że najwiecej nauczyła mnie praca z ludźmi od 3 lat. Kiedyś byłem słabym pracownikiem, dzisiaj jestem jednym z najlepszych, uważanym za poukładanego, dobrego, odpowiedzialnego, dojrzałego, miłego i pomocnego człowieka. Nie wiem czy udaje, ale jak wracam do domu to jestem całkowitym przeciwieństwem, to też w dziale o związku. co 3-4 tygodnie zażywam amfe, zawsze kiedy zażyje, czuje się normalny. uspokaja mnie to, zaczynam „trzeźwo myśleć” jak mam problem ze skupieniem (też od zawsze) tak wszystko potrafię dobrze przemyśleć i wymyślić. W skrócie, zmieniam się w kogoś, kim chciałbym być. Mądrego, bez lęków, bez problemu z wypowiadaniem się. Myśle co mówię w przeciwieństwie do trzeźwości i pod wpływem trawki. Nie zapominam się, dopóki jestem pod wpływem to wszystko dokładnie pamietam. Nie stresuje się, gdzie ten stres doskwiera mi na codzień a przede wszystkim pozbywam się kompleksów, gdzie już nie są tak intensywne, ale nie potrafię się rozebrać przed swoją żoną i mam wyższa samoocenę ogólnie. Przez to Wszystko, wydaje mi się że cały ból przekładam wyzywając się na mojej żonie. Nie chce już specjalnie jej docinać, próbować ją zmieniać na swoje upodobania, niszczyć psychicznie Za to ze kiedyś byłem słaby a dziś jestem o wiele silniejszy i to teraz ja czuje sie tym nr 1 w związku, jestem pewny siebie. Ja na miejscu mojej żony już dawno bym odszedł z takiego związku. Żyjemy tylko Kłótniami, tylko przez to że ona skonczyla z wszelakimi używkami a ja dalej w tym tkwię a ona mi zabrania. Padają takie słowa że później jak sobie przypominam to chwytam się za głowę, a robie to tylko po to, żeby mieć z tego satysfakcję, że ja potrafię tak wkurzyć a kiedyś nie potrafiłem. Dodam jeszcze że dziadek zawsze dręczył babcie fizycznie i psychicznie, rodzice twierdzą ze mam To po nim a sam mnie uczył za dziecka jak dopierdzielić i nie szanować babci. Jeszcze wiele bym napisał, ale nie wierze że ktoś to do końca przeczyta. BŁAGAM O POMOC bo już nie potrafię ze sobą żyć, nienawidzę siebie i uciekam w używki, marihuanę żeby o tym jie myśleć a amfe żeby czuć się kimś kim chciałbym być. skupienie leży, pamięć krótkotrwała leży, koncentracja leży, uczucia i emocje leżą. nie raz chciałem iść do psychiatry ale nie potrafiłbym mu tego powiedzieć, nawet sobie nie wyobrażam rozmowy w cztery oczy z obcą osoba, o swoich najskrytszych problemach, nie potrafiłbym złożyć nawet sensownego zdania, chyba żebym poszedł pod wpływem amfy. Wole napisać anonimowo, w tym zawsze byłem odwazny, w internecie. Nie ufam nikomu, w podstawówce chodziłem do psychologa, który później powiedział wszystko swojemu mężowi (nauczyciel wf) a ten wyśmiał mnie z moich problemów przy całej klasie. I tak wtedy kłamałem psychologa i robiłem z siebie niewiniątko aż w końcu teraz mam za swoje złe czyny nauczkę. dodam jeszcze ze mam napady agresji jak nie zapale, byle co mnie irytuje ale tylko i wyłącznie jak czuje swobodę, czyli w domu. Jakby się wyzywam za to co mnie stresuje w pracy ale nie jestem tego jakby świadom, sam nie wiem. Nie radzę już sobie z tym. Wydaje mi się ze to trawka, nie czuje żadnej zmiany po tych półtora tygodnia a raczej bym powiedział że jest tylko gorzej. czy ja mam jakieś adhd czy add od dziecka? To by wyjaśniało działanie fety na mnie.
×
×
  • Create New...

Important Information

Używając strony akceptuje się Terms of Use, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.