Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'osobowość'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 141 wyników

  1. Witam Was, Mam na imię Regina, mam 22 lata. Mój problem tak naprawdę istniał od zawsze,ale dopiero teraz uświadomiłam sobie to wszystko. Miałam bardzo szczęśliwe dzieciństwo,ale moja osobowość i wychowanie stały się moim przekleństwem w późniejszym życiu. Nigdy nie miałam i nie mam znajomych,to znaczy są ale głównie wtedy kiedy czegoś potrzebują,jak chodzi o mnie samą to widzę irytację,dziwną złość jak ktoś mi towarzyszy. Bardzo mnie to boli. W szkole byłam poniżana,nie szanowano mnie,zawsze tak z boku,bałam się tam chodzić. Najbardziej gimnazjum. W pracy byłam na uboczu,nie traktowano mnie poważnie. W związku nigdy nie byłam,miałam relacje z chłopakami ale nie myśleli o mnie poważnie,zazwyczaj wykorzystywali ,byłam jako opcja, poniżali mnie. Zawsze zastanawiałam się co jest ze mną nie tak. Byłam rozmowna,miła,sympatyczna,pomocna,można było zawsze na mnie liczyć, nie obgadywałam nikogo i nie lubiłam się kłócić by nikogo nie urazić. Niby nikt nie miał mi nic do zarzucenia ale czułam i czuję że ludzi męczy moja obecność , wkurza, albo traktują mnie jak powietrze. Jestem super fajna jak są ze mnie różnego rodzaju korzyści. Bardzo mnie to wszystko boli. Kiedy ktoś dla mnie szczególnie ważny wykorzystał mnie i odszedł,ubliżając mi ( w sumie nie wiem nawet z jakiego powodu) pękłam w środku, Zdiagnozowano u mnie depresję. Od 5 miesięcy płaczę,mam myśli samobójcze, długo śpię bo wtedy czuję się dobrze,moja samoocena spadła do poziomu dna. Zaczęłam uświadamiać sobie,że musi być we mnie jakaś przyczyna (kiedyś myślałam że natrafiałam na nieidpowiednich ludzi) Schemat był podobny,reakcje na mnie podobne,gdzie się nie pojawiłam, Zaczęłam zgłębiać wiedzę w internecie ,czytać książki i znalazłam odpowiedzi na wszystkie pytania. Po pierwsze jestem wysoce nadwrażliwą osobą. Po drugie jestem osobą typu ,,zbyt miła,, i ,,grzeczna dziewczynka,, Mam problem z asertywnością,nie mam dystansu do siebie,mówię milutkim głosem,jestem zawsze wesoła nawet jak w rzeczywistości nie jestem,sprawiam wrażenie głupiej, i niekompetentnej,nie kłócę się,ciężko stawiam granicę,jak się wykłócę o swoje to potem mam koszmarne poczucie winy,doszukuje winy w sobie, do tego stopnia że potrafię przeprosić mojego oprawcę,tak bardzo chce być miła i lubiana że wychodzi efekt odwrotny od zamierzonego. Ludzie nie traktują mnie poważnie,olewają,nie liczą się z moim zdaniem,czasem kpią z mojej łatwowierności,wykorzystują chęć pomocy. Wiem,że inni nie przepadają za takimi ludźmi jak ja. Zdałam sobie sprawę jaka ja jestem słaba psychicznie,że dopóki się nie zmienię to nie dam sobie rady w życiu,czuję się jak takie popychadło,którym zawsze byłam : ( Bardzo bym chciała to zmienić i oduczyć się bycia tą zawsze cukierkową i grzeczną. Piszę do Państwa z prośbą o pomoc. Co mam zrobić , jakie działania wykonać by zmienić swoje nawyki i postępowanie? Od czego zacząć by zmienić choć trochę siebie i stać się asertywnym? Czy jest to w moim przypadku możliwe? Zapisać się gdzieś? Zmienić nawyki? Jeśli ktoś to przeczytał.... Jest mi bardzo źle, nienawidzę siebie za to jaka jestem i jak bardzo pozwoliłam sobą pomiatać, uważam się za kogoś bez jakiejkolwiek wartości. Pozdrawiam
  2. 1. Kim jesteś? Jestem studentem w wieku 21 lat. 2. W jakiej sytuacji pojawił się problem oraz jak długo trwa? Nie wiem czy jest to mój problem, prędzej mojego otoczenia. Dla mnie jest to po prostu... często uciążliwe. Co rozwinę trochę niżej. Bo tak, też potrafię czuć się źle, gorzej niż źle. Trwa odkąd pamiętam - nie wydaje mi się żebym kiedykolwiek był tego w pełni świadomy. Wszystko jednak rozwinęło (z całą pewnością) w okresie uczęszczania do gimnazjum - mam tu na myśli złe zachowanie. 3. Na czym Twoim zdaniem polega problem? Byłem w klasie maturalnej, kiedy pani psycholog (która stwierdziła mi zresztą PTSD) kazała mi przeczytać konkretną książkę. Trudne Osobowości H. McGrath i H. Edwards. Po przeczytaniu o osobowości socjopatycznej zacząłem się śmiać jak wariat - napotkawszy określenie kameleon, poczułem się tak, jakbym czytał kropka w kropkę o sobie. To było po prostu chore. 4. Jak sobie ewentualnie radzisz z problemem albo jak go znosisz? Na ogół dobrze. Cholerne potwory szybko zapominają o tym kogo zjadły. Zaspokajają tylko swoje podstawowe potrzeby. ... Bywają jednak momenty, kiedy szczerze siebie nienawidzę. Mam wtedy takie dziwne przebłyski, i za każdym razem stoję przed tym samym wyborem. Mogę zachowywać się jeszcze gorzej... albo próbować być "dobry". Niestety kompletnie nie radzę sobie z jakimikolwiek emocjami i wychodzę z założenia, że przeszkadzają mi myśleć. A bez ciągłego myślenia popełniam tylko więcej błędów. Jakby tego było mało, nie radzę sobie z błędami, bo nie potrafię doświadczać porażek. - I niby jakim tokiem myślenia mam to zwalczyć? Jestem w ślepym zaułku, to dla mnie błędne koło. Pół roku temu sam z siebie podjąłem próbę resocjalizacji, zastanawiając czy da jakiś efekt. Robiłem wszystko żeby wydobyć z siebie emocje, albo udawać przed samym sobą, że mam je w głowie. Nie udało się. Zaatakowałem przyjaciółkę ze zdwojoną siłą. Straciłem ważną dla mnie osobę i razem z nią cały "sens życia". W końcu kręci się tylko wokół innych. To co z tego? Znajdziesz sobie następną i szybko zapomnisz o poprzedniej. A może ja tak nie chcę. Właśnie w takich momentach jak ten, kiedy siebie nienawidzę, marzę o tym żeby tak po ludzku przestać kłamać. Marzę o tym, żeby stać żywą osobą z własnym charakterem, a nie bestią dostosowującą tylko do swojej ofiary. Marzę o tym, żeby uczucia do których lgnę jak potrafię, spętały mnie i sprawiły, że dla kogoś się zmienię. I czytam w tych wszystkich książkach - "trzymajcie się od nich z daleka!" Wydaje mi się, że mimo wszystko staramy być jak wszyscy. Chcemy być. I nie każdy z nas jest skończonym draniem, nie myślącym nigdy o uszczęśliwieniu czy chronieniu drugiej osoby. 5 Jakie ewentualnie masz pytania odnośnie problemu? Co mogę zrobić? Do kogo się udać? Na jaką terapię? Na jaki kurs? Nie wiem... Czy mogę przeczytać coś, co mi pomoże? Czy jest sens wracać do psychologa, psychiatry po sześciu latach leczenia... które powiem wręcz, że mi zaszkodziło? W sensie... słyszałem różne przykre historie, obserwowałem chore osoby, ich reakcje i to tylko dało mi niepotrzebnie jeszcze większą wiedzę o ludzkiej psychice. Ja nie wiem. Gdzie nie pójdę i czego nie zrobię, może być źle, bo wszystko zależy ode mnie - a zarazem nie zależy, bo nad sobą nie panuje. Myślę, że sedno wzmocnienia motywacji leży w zmianie sposobu myślenia... tylko jak mam tego dokonać? Czy w moim przypadku warto z pomocą specjalisty? Przed którym z kolei będę musiał, nie wiem, na głowie stanąć, żeby nie udawać odruchowo kogoś innego. Nie wiem. I frustruje mnie to. Pokonałem taki kawał drogi... dalej nie potrafię normalnie żyć i bywa, że mi się odechciewa. Będę wdzięczny za jakąkolwiek odpowiedź i z góry bardzo za każdą dziękuję
  3. Dzień dobry, mam taki problem-Pojawiła się obsesja na temat linii prostej, która uznałem za formę kształtu idealnego, i której istnienie było rozwiązaniem większości problemów; traktowalem ja jako swoja ulubiona rzecz (mimo iz istaniala tylko w mojej glowie) i ciagle się zastanawiałem czy jest możliwe aby takowa istniała, nie mogłem się na niczym skupić. Bałem się ze jest niemożliwa i ciagle zadręczałam się myślami o tym. Czy są to jakieś zaburzenia związane z chorobą/zaburzeniem psychicznym? Czy często zdarzają się takie problemy u innych ludzi? Czy i Wy mieliscie takie obsesje o prostej/figurach geometrycznych? Najgorsze jest to, ze nie wiem, czy prosta jest wynikiem zaburzenia choroby, czy tez ze inni ludzie tez o niej w taki sposob mysla i to cos powszechnego
  4. Witam, jestem 30letnią kobietą w prawie siedmioletnim związku. Ogólnie wszystko układa się raczej dobrze. Ale jeśli w grę wchodzą koledzy chłopaka to już się sprawa komplikuje. Traci wtedy głowę. Nawet nie wiem jak to określić. Daleko nie muszę szukać przykładu. Ostatnio umówił się z kolegami z pracy na takie męskie spotkanie. Nie miałam nic przeciwko ponieważ dużo pracujemy i rozumiem że chciał się rozerwać (nie koniecznie zawsze w moim towarzystwie). Umówili się na wieczór. Poszedł. Wszystko ok. Godzina 12 w nocy nic, 1,2 też cisza. Po czym dostaję wiadomość od jego kolegi, że mój facet to zasnął i że w ogóle nie puści go w takim stanie do domu. Super - pomyślałam. Zaufałam mu, a on jak zawsze to zaufanie nadużył. Wrócił o 8 rano do domu i oczywiście nie widział żadnego problemu. Zapytałam czy wyjaśniłby mi dlaczego się zachowuje tak nie odpowiedzialnie i czy nie pomyślał że ja całą noc nie spałam bo się martwiłam... odpowiedział: "przeciez jestem, nic mi sie nie stało". Ale skąd ja to mogłam wiedzieć przez całą noc??? Planujemy wspólnie przyszłość ale ja nie chce za każdym razem przeżywać tego samego kiedy on gdzieś sam wychodzi... Zabronić? To już w ogóle będzie jedna wielka katastrofa.... Proszę o pomoc. Nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak i przesadzam? Czy faktycznie jest to problem? Jak sobie z nim poradzić? Proszę o pomoc.
  5. Żeby spełnić formalności: Jestem mężczyzną w wieku 25 lat i nie potrafię sobie poradzić z silnymi emocjami i problemami, które są przede mną stawiane... Moja partnerka (a może bardziej osoba, z którą się kiedyś przyjaźniłem, a teraz spotykam) boryka się z problemem zaniżonej samooceny i korzysta w tym z pomocy drugiego już psychologa. Około 10 lat temu zdiagnozowano u niej zaburzenia więzi. Obecnie mamy po około 25 lat, ona studiuje medycynę i jest najmądrzejszą osobą jaką znam, regularnie ćwiczy na siłowni i ma świetną figurę, jest ładna i stylowo się ubiera - często słyszy komplementy od płci przeciwnej, jest też bardzo zaradna i ma dość dużo znajomych. Skąd więc problemy z niską samooceną? Ona twierdzi, że przeze mnie. Chociaż staram się zawsze podkreślać jej niezbywalne atuty, to czasem jednak mam potrzebę przekazania jakby nie patrzeć niemiłej informacji o jej zachowaniach... Powiedzmy sobie wprost, mowa tutaj o zachowaniach uznawanych przeze mnie za toksyczne i obrzydliwe i nazywam je po imieniu, bo sam muszę przez nie korzystać z pomocy psychologicznej i nie sądzę, żeby można było je tolerować. Usłyszałem też, że za bardzo próbuję ją zmienić i nie daję poczucia akceptacji. To oczywiście nie było moim celem, bo ona mi poczucie akceptacji dawała... Tzn. do momentu aż celowo postanowiła mi je zabrać, żeby mnie ukarać - co może posłużyć jako wprowadzający przykład toksycznego według mnie zachowania. Może podam takich przykładów więcej: 1. Czasami ze swoim kolegą, który podobnie jak ona, gardzi "katolami" wyśmiewali moją byłą dziewczynę tegoż właśnie wyznania, aż doszli do momentu obrażania moich uczuć religijnych. Akurat wtedy jeszcze przejmowała się tym co mam do powiedzenia i przeprosiła za to, ale później sytuacja z wyśmiewaniem mojej ex powtarzała się. Według mnie jest to zachowanie płytkie, jakaś marna próba dowartościowania się czyimś kosztem i nazwałem to po prostu małostkowym. 2. Przed jej przyjazdem do mnie przygotowałem swój komputer (instalując próbny pakiet Office), żeby mogła zrobić coś na uczelnie i nie tachać swojego. Pożyczyłem go jej, a ja przygotowywałem nam w tym czasie obiad. Kiedy skończyła poinformowała mnie, że przeglądała moje prywatne wiadomości z byłą dziewczyną. Nie spodobało mi się to, ale nie miałem tam nic do ukrycia, więc nie robiłem z tego wielkiego problemu. Niestety, w kolejnych dniach ciągle kierowane były w moją stronę pretensje o to, że np. wysyłam partnerce te same zdjęcia, co ex (i to chodzi o zdjęcia jedzenia...). Sprecyzujmy, moja poprzednia relacja została zamknięta, mieszkamy daleko od siebie i nie widzieliśmy się ani razu odkąd jestem w nowej relacji, a kontakt mamy sporadyczny, a poruszane tematy to jedzenie, filmy i seriale. Zaczęło mnie to bardzo drażnić, bo w ogóle nie miała prawa przeglądać tych wiadomości bez mojej wiedzy ani zgody, a jeszcze rościła sobie na tej bazie jakieś pretensje. Kiedy zażądałem, żeby pokazała mi swoje wiadomości z jej byłym chłopakiem to niby pozwoliła, ale nie dała mi telefonu do ręki, a kiedy chciałem wejść w multimedia to go zabrała. No ja oczekiwałem raczej takiej samej dowolności w przeglądaniu treści jakie ona sobie dała, co powiedziałem wprost, a ona odmówiła. Od tego momentu absolutnie nie miałem ochoty słychać o żadnych ex i reagowałem złością kiedy wpychała w nasze rozmowy takie wątki. 3. W trakcie świąt kiedy miałem więcej czasu odkryłem, że partnerka, korzystając z okazji z pkt 2, korzystając z mojego laptopa usunęła moje wszystkie e-maile do i od niej, które były dla mnie bardzo ważne (były tam wyznania miłosne, chęć zmiany szkodliwych zachowań, otwartość na dialog i kompromisowość). Bardzo mnie to zdenerwowało, ale temat poruszyłem dopiero po świętach (nie spędzaliśmy ich razem, bo miała mnie zaprosić czego nie zrobiła, ani nie skorzystała z mojego zaproszenia), żeby nam ich nie psuć. Partnerka nie dość, że miała mi za złe, że unikałem rozmowy to jeszcze jawnie odmówiła przeproszenia za usunięcie moich wiadomości, bo uznała, że miała takie prawo, bo to były wiadomości z nią, bo kiedyś poprosiłem, żeby nie czytała wiadomości, które są dla niej raniące (dołowała się tym nie wiadomo po co), czym dałem jej przyzwolenie usunięcie ich na zawsze. No przykry absurd po prostu... 4. Ostatnio spotkała się ze swoją koleżanką (która jest bi, ale po 10-letnim związku z facetem) z liceum i poszły sobie potańczyć. Trochę ze sobą pisaliśmy i ona zaczęła się pytać czy może pocałować swoją koleżankę, a ja zacząłem się pytać dlaczego chce tak zrobić itd, nie dając na to żadnej odpowiedzi. Było już późno, więc się położyłem, a kiedy zadzwoniła powiedziała, że ją pocałowała i było super i w ogóle dziewczyny całują lepiej od chłopców. Doskonale wiedziałem, że to jej sposób flirtu i raczej nie miałem nic przeciwko temu pocałunku, o ile faktycznie taki miał miejsce. Następnego dnia dopytałem o szczegóły i dowiedziałem się, że właśnie jedzie do tej koleżanki, żeby zjadły razem śniadanie i spędziły wspólnie poranek. Wydało mi się to już trochę dziwne, no ale okej. Niestety później sprawiała wrażenie zakochanej w niej, opowiadała jak przytulały się i patrzyły na siebie w milczeniu, mówiła, że podobała jej się już w liceum, że ona odwzajemniła jej pocałunek i później zaczęła ją sama całować z językiem i na drugi dzień, kiedy były już trzeźwe to również, przypomniała, że od dłuższego czasu zastanawiała się czy nie jest BI, bo podobają jej się dziewczyny, tylko nie wiedziała czy potrafiłaby z taką być. Czarę goryczy przelała rozmowa, która wywiązała się po informacji, że ów koleżanka zaprosiła ją do siebie na weekend (mieszka w innym mieście), a ona zaczęła ją zachwalać, że całowała ją przy wszystkich, nie wstydziła się jej itd, na co ja odpowiadałem, że przecież ja też ją chciałem tak całować i również się jej nie wstydziłem (tylko niektórych sytuacji) i po mojej wiadomości "Czujesz, że masz wartość, bo przelizałaś się z koleżanką na imprezie?", która miała wyrazić moje oburzenie i niezrozumienie zaistniałej sytuacji otrzymałem, cytuję "Ja pierdole", "I znów zaczynasz", "Chcesz mi zniszczyć samoocenę", "Znów mnie atakujesz". Takich i podobnych zachowań można tutaj wymieniać dziesiątkami - potrafi zatajać prawdę, aż do momentu kiedy może jej użyć, żebym wyszedł na tego złego; bardzo często doszukuje się u mnie złych intencji; projektuje swoje obawy i schematy zachowań na mnie... Staram się to wszystko tolerować, cierpliwie tłumaczyć, ale naprawdę czasami rzucę niemiłym komentarzem albo przytykiem na temat jej przywary, co do której nie chce się nawet przyznać. Biorę pod uwagę, że ma pewne zaburzenia i nalegałem na wspólną wizytę u specjalisty, żebym po prostu wiedział nad czym możemy pracować, a co pozostaje zaakceptować, ale pomimo jej wcześniejszych chęci zaczęła mnie zbywać wymówkami. Próbując sięgnąć pamięcią do początku tego wszystkiego, dochodzę do wniosku, że ja chyba po prostu przyjąłem jej sposób przekazywania informacji, tj. tak jak coś czuję tak z siebie wyrzucam, bez zbytniego filtrowania, bez patrzenia czy może to być krzywdzące dla drugiej osoby. Właściwie myślałem, że właśnie o to jej chodzi, bo według niej związek powinien być spontaniczny, pełny emocji, "vibrant", a nigdy nie chciała porozmawiać na temat jej sposobu komunikacji wprost. Przez jej częste pytania "jesteś na mnie zły?" zacząłem odnosić wrażenie, że ona chce sprawić, żebym taki był, co miało być swoistą "grą wstępną". Niestety okazało się, że ona nie radzi sobie z tak przekazywanymi informacjami, bardzo bierze to wszystko do siebie (ale wtedy dlaczego zasypywała tym od dłuższego czasu mnie?), no i dowiedziałem się, że "rujnuję jej samoocenę". Ja zauważam, że coś tutaj jest nie tak, że ona powinna mieć po prostu poczucie własnej wartości, które nie będzie zachwiane przez jakiś żart, komentarz czy nawet uzasadnioną krytykę, a ona jakoś tak próżnie oczekuje atencji, komplementów i łechtania ego przez otoczenie, a jak coś/ktoś nie spełnia takiej funkcji, to jest to atak. Nie wydaje mi się też, żeby osoba z zaniżoną samooceną mogła zachowywać się w tak zuchwały sposób i z automatu odrzucać zdanie drugiej osoby, może to po prostu jakieś zachwiania? Zupełnie nie wiem jak sobie z tym poradzić, proszę o pomoc
  6. Ostatnio w swoim gabinecie spotykam wiele kobiet, które doświadczają na co dzień przemocy psychicznej ze strony partnera. Nierzadko idzie ona w parze z przemocą fizyczną i ekonomiczną. To nie jest łatwy temat, ale tak ważny, szczególnie dla kobiet, które już od dziecka są wychowywane na osoby miłe, skromne, usłużne i wręcz zaprogramowane, żeby w pierwszym rzędzie dbać o potrzeby swojej rodziny, a dopiero później, o swoje. Czym jest zjawisko przemocy psychicznej? Właściwie każda z kobiet może reagować w bardzo różny sposób na to, co usłyszy, doświadczy ze strony partnera. Podam w tym miejscu jedną z definicji. Przemoc psychiczna jest zachowaniem (lub jego zaniechaniem), którego intencją jest kontrolowanie, powodowanie cierpienia, naruszanie praw i dóbr osobistych ofiary przez osobę silniejszą. Zachowania, które klasyfikuje się w kategorii przemocowych to głównie: kontrolowanie kontaktów ofiary z rodziną lub znajomymi (tak telefonicznych, jak i osobistych), szkalowanie, szykanowanie i urąganie ofierze, wyzywanie, oskarżanie, a czasem również przedrzeźnianie i wyprowadzanie z równowagi, protekcjonalne, lekceważące, pozbawione szacunku postępowanie i/lub wypowiedzi w stosunku do ofiary przy osobach trzecich, grożenie partnerowi bezpośrednią napastliwością, niszczeniem rzeczy ofiary, wyładowywaniem agresji na przykład poprzez rzucanie przedmiotami, trzaskanie drzwiami czy kopanie w ściany, obarczanie ofiary winą za własne zachowania sprawcy, wywoływanie poczucia odpowiedzialności za relacje w związku i niekontrolowane emocje oprawcy. Przemoc psychiczną w związku ciężko dostrzec, a następnie wykazać i udokumentować. Ofiara jest zwykle niemal całkowicie podporządkowana sprawcy, zmanipulowana, odizolowana od społeczeństwa, przekona o byciu winną i nic nie wartą. Wyjście z takiego stanu jest bardzo trudne, dlatego od początku nie można ignorować zachowań, które mogą nosić znamiona przemocy lub po prostu nią być. Bardzo ważne jest natychmiastowe reagowanie na niżej wymienione zachowania nie tylko sprawcy, ale również ofiary. Często jest tak, że związek z osobą o zaburzonej osobowości przebiega według trzech głównych faz: idealizacji, dewaluacji i odrzucenia. Etap idealizacji polega na zachłyśnięciu się uczuciem miłości, błogości, na spędzaniu razem mnóstwa czasu, jednym słowem na sielance. I byłoby super, gdyby nie fakt, że my kobiety, często przymykamy oko na niepokojące sygnały w zachowaniu partnera, które zauważamy już na samym początku znajomości. Nie chcemy widzieć np. sporadycznych przejawów chamstwa, agresji czy zwykłego lenistwa, nieodpowiedzialności. Etap idealizacji to także czas, w którym zaburzony partner zbiera informacje o partnerce, poznaje między innymi jej słabe strony. A po co? Żeby w drugim etapie - dewaluacji – stopniowo wykorzystać tę wiedzę przeciwko partnerce. Stopniowo, bo gdyby wypalił z przemocą psychiczną od razu, na bank kobieta pogoniłaby takiego mężczyznę. Użyję tutaj plastycznej metafory – żaby, którą wrzuca się do gorącej wody. Jeśli żaba nagle ląduje we wrzątku, to szybciutko stamtąd ucieka. Jeśli natomiast żaba siedzi w wodzie, która jest stopniowo podgrzewana, to zostanie w końcu ugotowana. Przykre, ale tak się zdarza. Przemoc psychiczna boli najbardziej i trudno ją udowodnić, bo jest dostosowana do każdej kobiety, do każdego mężczyzny, najczęściej bardzo indywidualnie, bo każdy ma inne doświadczenia i słabe strony, ograniczenia. Choć rozmowa o doświadczaniu przemocy, jest trudna to jednak jest niezwykle ważna. Konieczne jest przełamanie tego tematu tabu i tajemnicy, które powodują lęk, wycofanie, a niejednokrotnie również wstyd. Jeśli Wy, drodzy czytelnicy, znajdujecie się w podobnej, do opisywanej przeze mnie, sytuacji, pamiętajcie, że to nie wy powinniście się wstydzić i że to nie wasza wina, że partner/parnterka wyładowuje się na Was. Szukajcie pomocy, nigdy nie ustawajcie w walce o lepsze jutro dla Was i dla Waszych dzieci.
  7. Witam, Żaden psycholog nie chce mi poświęcić czasu, a psychiatra ostatnim razem przepisał Egzyste... Bo usłyszał, że mam głęboką samoświadomość, stwierdzone nietypowe zaburzenie osobowości chodź po wszystkich lekturach uważam, że idzie to w kierunku shizo albo psyho ewentualnie border. Tak czy owak już kilku lekarzy usłyszało moją "historię", a w zasadzie 3 zdania, po czym otrzymywałem odpowiedź "nie ma na to czasu" i ciach recepta. Byłem również w szpitalu, jednak tam uruchamia się raczej "przetrwanie" niż leczenie tj. pobudka o 6:30, prochy, śniadanie czyli walka o chleb z wiaderka, prochy, gra w szachy bo nic innego nie było, jaranie w łazience, kolacja, prochy i spać. Parabola- trwa ok. 2 miesiące od progresu do regresu, zacznę od dobrych chwil jak ta kiedy to piszę. Zaczynam żyć pełnią życia, cieszy mnie wszystko bo wszystko jest piękne. Jestem duszą toważystwa, sypie żartami i jestem elokwentny. Widzę, że ludzie chcą ze mną przebywać w jednym pomieszczeniu, bardzo szybko relacje stają się głębokie i tematy stają się intymne, a w oczach widzę, że jestem czyimś może to duże słowa, ale mentorem. Decyzje są słuszne i konkretne, problemy się rozwiązują z niewielkim nakładem sił. Czuję że jest tak jak powinno być, czyli spontanicznie bez analizowania każdego kroku. Kiedy patrzę przed siebię i myślę gdzie bym określił położenie świadomości to jest ona w centrum ciała, tuż za oczami z lekką mgłą samoświadomości, piękne chwile. Ale potem świdomość zaczyna wchodzić na oczy, gubi się spontaniczność i zaczyna analizowanie każdego gestu i ruchu do tego stopnia, że kiedy kolega w pracy, rzuca hasło kupiłem auto renault, a ja patrzę i słucham uważnie co mówi i z ciekawości pytam o kolor swojego nowego forda.... Kłopotliwy stan to mało powiedziane przestaję myśleć i działam jak automat, jak robot mówię bez artykulacji, mimika sztywna, a nawet usłyszałem, że mam kpiący sposób mówienia, albo w rozmowie o śmierci osoby bliskiej... Uśmiechałem się.... Świadomość wychodzi przed ciało, jestem nieobecny, ignorant. Wszystko robi się nijakie, na problemy odpowiadam kpiną, przy czym język zaczyna się plątać bo mówię i myślę w jednym czasie. Życie nie ma sensu, wszystko jest płaskie i płytkie, rozmyślam każdy synonim każdego słowa, żeby się nie powtażać. Zniechęcam w kilku zdaniach, zaczynam ignorować wszystko i wszystkich co sprawia, że ludzie ignorują mnie. Zaczynam to analizować i głowić się, czemu tak robię, przecież krzywdzę innych, uderza we mnie moralność. Następnego dnia unikam tych osób, a na miłe słowa odpowiadam półsłówkami, żeby nie powiedzieć nic, żeby pogorszyć sytuację, co w zasadzie działa tak jak tego nie chcę. Łapię lekkiego doła, zastanawiam się co ze mnie za człowiek, przestaje mi zależeć na czym kolwiek, nawet na córce. Zamykam się w sobie, świadomość jest gdzieś koło lewego ucha i patrzy ze skosa. Włącza się głęboka analiza. Na tym zakończę ten etap wypowiedzi ponieważ część z przemyśleń to moje myślenie, a część mogła by kogoś tu urazić. Jestem po wielu próbach samobójczych, przedwczoraj miałem szczyt w którym zakupiłem 5m linki o średnicy 10mm, który wożę w samochodzie. Boję się, że kolejny może odebrać ojca mojej córki i partnera mojej partnerce. Dziś jest całkiem nie źle, a fakt że wpadłem na pomysł napisania na forum dodaje mi na tą chwilę.. nadziei, że coś to zmieni. Jeżeli ktoś to czyta, albo co ważniejsze chciałby spróbować swoich sił, to z góry przepraszam za wszystkie złe maniery, wybuchy, analizy, umoralnianie. Jeżeli ktoś chciałby mi pomóc, jakkolwiek to chętnie podzielę się tym co jak kolwiek by to nie zabrzmiało przeanalizowałem i wykłuciłem ze swoim wewnętrznym JA i chętnie podam wszystkie techniczne zagadnienia, które mogły by nakierować.. Od razu powiem, że to nie jest osobowość mnoga, a depresja wynika z problemu, ale nie jest problemem głównym. Wspomniana Egzysta, przymula mnie kiedy jest progres i dobija kiedy zaczyna robić się źle. Sposób pisania może sprawić, że nie piszę na poważnie, a na prawdę starałem się w każde słowo zaangażować. To moja determinacja. Proszę o każdą sugestię.
  8. Cześć, Parę słów o mnie. Mam 19 lat. W 2019 roku skończyłam szkołę średnią. Obecnie pracuję. Wprowadzę was w moją historię. Mam troje rodzeństwa, i od dziecka zawsze miała wrażenie, że jestem ta gorsza, często obrywało mi się od mamy o coś czego tak naprawdę nie zrobiłam. I w zasadzie to tak jest do teraz. Ale teraz doszło to, że słyszę też takie słowa od starszego brata, i najstarszego z rodzeństwa, który po śmierci taty mam wrażenie, że uważa się za "ojca". Byłam z reguły dobrą uczennicą, co pasowało mojej mamie, bo mogła się tym chwalić wśród rodziny. Ale kiedy w klasie maturalnej zaczął się mój trudny okres w życiu, to znaczy: nie miałam w ogóle ochoty się uczyć, chodzić do szkoły, miałam złe oceny, zagrożenia. Ale tak naprawdę sama nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Moja mama nawet nie zapytała sie mnie co sie dzieje ani nic, tylko były krzyki, że mam sie wziąć za naukę bo nie zdam matury, w sumie to mówili i wmawiali mi, że nie zdam jej. A dodam, że ją zdałam i jedyna z domu mam maturę. Ale wracając. Poszłam do szkolnej pedagog, rozmowy trochę pomogły, musiałam zrobić badania i wykazało ze mam nie dobór witamin więc je brałam, niby była poprawa, mogłam sie skoncentrować. Ale do tej pory sie zastanawiam, czy to czasem nie były pierwsze objawy depresji. Mam dni kiedy chce tylko spać, płaczę i na nic nie mam ochoty. Moja rodzina często na mnie krzyczała, że nic wiecznie nie robię, nie widzieli tego co robiłam. Zawsze coś nie pasowało. Nigdy nie czułam się kochana. Nie wyrobiłam sobie dobrej samooceny, od zawsze sądzę, że to ja coś źle robię. Na siłę tak naprawdę próbuje uzyskać ich akceptacje. Robię co mi każą oraz często robię coś sama z siebie, chodzi o czynności domowe. Usłyszałam nie raz, że wszystko trzeba za mnie robić, że widzę tylko czubek własnego nosa. Nie słyszałam chyba nigdy miłych słów, nie okazywano mi miłości, bynajmniej ja jej nie odczuwałam. Nawet jestem obwiniana o to, że choruje od 6 roku życia, że to ja sobie wymyślam i choruje. Moja mama nie poszła ze mną do specjalistów aby dowiedzieć sie czemu tak jest. Kiedy zachoruje, a jest tak do tej pory (lekarz mi robił dużo badać, które wychodzą okej, laryngolog też nic nie znalazł) to nie jednokrotnej słyszałam, że mam anginę bo jem "ciągle fast foody", cienko sie ubieram, ze spię po 8/9/10 godzin.. Tóż po zdaniu matury usłyszałam, że mam iść do pracy bo mama nie będzie mnie utrzymywać, gdzie brata przez 3 lata utrzymywała jak przestał chodzić do szkoły. Kupiła mi pierwsze auto i okazało się ze mam oddać jej pieniądze, brat sam sobie kupił dopiero czwarte auto. A za poprzednie nie musiał oddawać. Każdy dzień mieszkania z moją rodziną jest dla mnie wyzwaniem psychicznym. Zawsze miałam mocną psychikę, ale teraz widzę, że jest słaba. Nie umiem sobie sama poradzić. Zawsze chłopak musi mi poświęcić dużo czasu abym przestała płakać i myśleć ze to moja wina, kiedy mówią mi albo piszą co znów zrobiłam źle. Tak naprawdę przy nim mogę być sobą, chodź czasem się zastanawiam czy i przy nim nie udaję ze jest wszystko okej. Przez całe dnie chodzę uśmiechnięta, udaję że wszystko okej, Co oczywiście nie jest prawdą. Dopiero wieczorami, kiedy idę spać czasem płacze aby łzy ukoiły mój wewnętrzny ból. Nie chcę już mieszkać w domu, ale muszę nie mam gdzie sie przeprowadzić. Więc muszę się męczyć. Chłopak mi mówi, że mam sie stawiać kiedy mówią mi że coś zrobiłam źle albo w ogóle nie zrobiłam danej rzeczy. Ale kiedy to robię to okazuję sir to błędem bo nie prowadzi to do żadnego kompromisu, bo wychodzi na to, że i tak to ja robię źle, że właśnie widzę czubek własnego nosa nic więcej. Jestem teraz na utrzymaniu brata i jego dziewczyny bo zaczełam pracę i dopiero wezmę pierwszą wypłate. Co jest mi wypominane.. I mówione, że jeśli stracę pracę (poprzednią straciłam bo chorowałam) to od razu mam się wynieść z domu. Więc mam w głowie tego świadomość ze jestem na czyjeś "łasce" dlatego o nic ich nie proszę, jem tyle tylko aby się najeść, nie proszę ich praktycznie o nic. A dziś i tak usłyszałam, że mam o nic już nie prosić. Że mam mieszkać na ich warunkach, więc tak robię a i tak usłyszałam, że tak nie jest. I jak mi się nie podoba to droga wolna. Z chęcią bym sie wyniosła, naprawdę. Miałam kilka razy myśl aby zakończyć swoję życie, ale wiem, że mój chłopak mnie potrzebuję i jeśli wytrwam jeszcze rok to bedzie wszystko okej. Ale boję się, że do tego czasu moja psychika będzie mocno zniszczona. Nawet jak próbuje mieć "wywalone" na to co mówią to nie umiem, bo w końcu mnie to dopada. I wtedy znów szukam winy w sobie, może dlatego, że od dziecka tak mi mówiono. Mój każdy dzień to ciągła walka z samą sobą. Cały czas taki sam schemat: wstać, praca, obowiązki aby mieć spokój, i cały czas udawanie, że jest wszystko fajnie, a wieczorem płacz i użalanie się. Czy to naprawdę ja jestem ta zła? Czy wina też jest po drugiej stronie? Czy naprawdę jestem egoistką?
  9. Jestem w wieku 24 lat i obecnie przebywam na kursie wojskowym przygotowującym mnie do służby. Od zawsze pamiętam że wielu ludzi, w większości moi byli partnerzy, powiedziało mi że nie mam serca, nie współczuję, że jestem robotem. Czuję się kobieta ale zawsze byłam chlopczyca pod względem charakteru, wolałam relacje z mężczyznami, są one łatwiejsze dla mnie, bardziej proste i oczywiste. Nigdy nie lubiłam domyslania się, zawsze byłam szczera zawsze przedstawiałam sprawę jasno nie ważne jak byłaby trudna. Lecz właśnie z tego powodu jestem określana jako osoba bez serca. Potrafię wyłączyć emocje w ciągu sekundy kiedy tego chce. Po zerwaniu urośnie kilka łez i zajmuje się czynnościami codziennymi. Zauważyłam że ludzie przeżywają stresy egzaminy płaczą denerwują się myślą o przyszłości i co może pójść nie tak, lub też marzą i wymyślają. Ja przyjmuje rzeczywistość taka jaka jest i nie odczuwam tych problemów nie przeżywam nie trzymam się emocji, przyjaciele mówią mi że jestem po prostu silna ale od pewnego czasu zastanawiam się czy to nie we mnie jest problem. Zawsze trafiłam na problematycznych mężczyzn z problemami których próbowałam naprawić i zawsze to ja ich zostawiłam i zawsze oni płakali że ostatecznie nie mam serca i jak moge tak po prostu odejść z dnia na dzień. Nie potrafię stwierdzić czy to z nimi było coś nie tak czy jest ze mną. Zakończyła związek z przyjacielem o którym myślałam przez 4 lata który mnie dręczyl w trakcie kursu w wojsku za moje relacje z mężczyznami że nie odczuwam skruchy że nie chce się zmienić że siedzę z nimi w ławce że spędzam z nimi czas a nie z kobietami. I ja nie chcę tego zmienić pomimo że groził prosił płakał i blagal. Teraz to wieloletnie myślenie i w końcu związek z nim który zaczął się tak że zerwałam z poprzednim mężczyzna z którym byłam 2 lata z dnia na dzień i który załamał się psychicznie, mnie to nie obeszło za wiele bo nie byłam szczęśliwa. Według mnie. Każda moja historia kończy się tak sam, tak teraz uronilam kilka łez i wręcz już o tym zapomniałam. Czuję jakbym chowała to gdzieś w jakieś pudełko i to zamykała i wyrzucala albo jakbym w ogóle nie mogła poczuć tego i czuję się dziwnie że ludzie przeżywają rozstania miesiącami i latami i borykają się z emocjami a ja nie. Nie wiem na ile jest to wpływ charakteru otoczenia czy problemów psychologicznych i czy je mam i czy powinnam regularnie się widywać z psychologiem czy może jest ze mną wszystko w porządku. Zawsze chce poczuć się kochana i zawsze to daje ale kiedy przychodzi do jakichś trudności jestem całkowicie na nie zamknięta i na te złe uczucia jeżeli nie chce ich poczuć to ich nie poczuje bo tak zdecydowałam. Innym wydaje się to dziwne. A ja już nie wiem czy jest ze mną coś nie tak. Ogólnie potrzebowałbym chociaż krótkiej porady czy udać się po pomoc bo nie potrafię sama stwierdzić czy jest to w ogóle problem.
  10. Witam! Jestem Natalia. Mam 18 lat. Uczęszczam do liceum ( w tym roku czeka na mnie matura). Od zawsze byłam nieśmiałą i skrytą w sobie osobą w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa. Już za dziecka miałam małe stany lękowe. Czułam się postrzegana jako ta gorsza, w dodatku mama dużo przeklinała. U psychologa za dziecka byłam może z 3 razy. Mama traktowała nas nierówno, natomiast tata faworyzował bardziej mnie, lubi tą moją skromność i zawsze mówi że to ja coś osiągnę w życiu. Moja siostra już od małego zaczęła im stwarzać problemy, z bratem było podobnie. Jednak mama tego nie zauważała, uważała ich za świętych. Teraz jest trochę inaczej, zaczęłam się buntować ale nadal widzę to niesprawiedliwe traktowanie. Mimo tego kocham swoich rodziców nad życie i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Wiem, że te niektóre sytuacje z dzieciństwa odbiły się na mojej psychice jeszcze bardziej, trudno mi teraz nawiązać kontakt z moimi rówieśnikami, nie mówiąc już o jakiś wystąpieniach publicznych, czy rozmowa z przystojnym chłopakiem. Mam przyjaciółki które mimo mojej nieśmiałości lubią mnie za to jaka jestem. Ten fakt mnie bardzo pociesza. Lecz pomimo tego chciałabym zbudować pewność siebie, ośmielić się bo czuję, że do nich nie pasuje.
  11. Wszyscy mówią, że aby walczyć z samotnością należy poznawać nowych ludzi, wychodzić z domu. Podobno to takie proste. Ja tak prosto tego nie widzę. Co zrobić w sytuacji, gdy ze względu na prace przeprowadziło się do nowego miasta, gdzie nikogo się nie zna. Nie ma o czym iść zagadać. Mam podejść do kogoś i zapytać o ciekawe miejsca do zwiedzenia, dobry klub żeby się pobawić. Tylko z kim miałabym tam iść skoro nikogo nie znam. Jak ktoś powie, żeby iść samemu bo zawsze się kogoś pozna, cóż tak kolorowo nie jest. Na samotną osobę z reguły patrzą jak na dziwaka, bo skoro nikogo z nim/nią nie ma to znaczy że coś jest z tą osobą nie tak, nie jest wart zainteresowania. A może tylko mnie się to tyczy? Byłabym wdzięczna za inne opinie na ten temat, bo taka wegetacja, gdy nie ma się dla kogo żyć chyba większość się ze mną zgodzi jest tylko marnowaniem powietrza na świecie
  12. Czesc, Chcialabym zasiegnac opini na temat slow. Przetarlo sie takie przeswiadczenie, ze to dopiero dzialania maja swoja prawdziwa wartosc...jednak jak to jest z tymi slowami? Jakie one maja znaczenie? Nie wiem juz sama czy jestem przewrazliwiona (wiem, ze jestem, mam wiele zlych schematow myslowych), stad chcialam zasiegnac opini normalnej osoby. Czy slowa wypowiedziane w gniewie, zlosci maja znaczenie? Wiem, emocje ponosza, czasem powie sie cos za duzo, czasem robimy to celowo, czasami nieswiadomie. Jednak .... Kloce sie z partnerem. Zbyt czesto, zdecydowanie. Wiem, ze mamy problemy, razem i osobno. Oboje pochodzimy z rodzin dysfunkcyjnych, nie dostalismy zadnych dobrych wzorcow jako dzieci. I teraz widze pewien schemat...bo od wielu lat jest ciagle tak samo. Czy jezeli w zlosci, partner powie mi, ze spierdolilam jego zycie, ze sama mam wypierdalac z jego zycia, ze nie chce mnie znac, ze zniszczy mnie, ze teraz bedziemy pociagac za wszystkie sznurki (grozenie) itp. itd., a potem, kiedy emocje opadna...znow wracamy do swego rodzaju normalnosci, to czy to jest normalne? Czy on, nawet jesli go zranilam i bardzo cierpi, w co wierze, , nawet jesli on boi sie, ze moze mnie stracic, to czy wolno mu mowic takie rzeczy? Ja je slyszalam juz tyle razy, ze w nie po prostu uwierzylam z czasem. Ale nie jestem w stanie sie do nich przyzwyczaic, to daje boli. A on tlumaczy sie tym, ze robi to w zlosci, ze to nieprawda, ze przeciez wiem, ze on mnie kocha. Czesto tlumaczy, ze ja sama go sprowokowalam do takich reakcji. Ale czy on nie wiedzi jaki metlik robi mi to w glowie? Czy ja musze byc odpowiedzialna nawet za slowa ktore do mnie kieruje? Wiem, ze potrafie doprowadzic go do szewskiej pasji, jak nikt inny, ale czy to znaczy ze on ma zielone swiatlo do takich zachowan? Jak mu w koncu to wytlumaczyc?
  13. Jestem licealistką w wieku 17 lat. Odkąd zdradziłam mojego byłego chłopaka, czyli od 7 miesięcy ciągle się kłóciliśmy, on nie umiał mi ponownie zaufać, tym bardziej że co jakiś czas zdrady się powtarzały. Dzisiaj ze mną zerwał, nie chce mi uwierzyć w to że się zmieniłam a tym razem naprawdę się zmieniłam. Nie radzę sobie z tą sytuacją, mam silne myśli samobójcze. Jak mogę naprawić tą relację i pomóc jemu ponownie mi zaufać?
  14. Witam.Jestem Magda,32 lata.Od 14 r ż chodziłam do psychologa.W wieku 16 lat zaczęli podawać mi leki psychotropowe. W rodzinie występuje CHAD (matka) i uzalenienie mieszane.Bylam 8 razy hospitalizowana.Podczas ostatniego pobytu opuściłam ośrodek z diagnozą CHAD stan mieszany.Diagnozy dokonało całe grono terapeytyczne z Profesorem na czele.Zaznacze ,że 8 hospitalizacji odbyło się na tym samym oddziale,a wyszłam w fazie mieszanym tylko ze względów finansowych szpitala jak mniemam.Nieważne.Wyjechałam za granicę.Odstawiłam wszystkie leki.Zakochałam się w kobiecie.Po pierwszym miesiącu planowałam skok pod pociąg w związku z czym wstrzymałam cały ruch pociągów z Londynu.Trafiłam do izolatki na dobę...Chyba chcieli mnie zamknąć w szpitalu.Powiedziałam,że to był błąd i nie chciałam się zabić...Tak wyszło.Nieważne.Przeżyłam kolejne 9 lat w UK .Partnerka otoczyła mnie miłością.Znalazłam pracę na kierowniczym stanowisku.Nie mogę narzekać.Wszystko jakoś płynnie minęło przez te 9 lat...ale od jakiegoś czasu czuję jakby powracający stan,problemy ze snem,brak apetytu,rozdrażnienie,chaos w głowie..Czy to możliwe,że CHAD tyle lat był nieaktywny? Czy to zwyczajny błąd w diagnozie..mam na myśli,np.zaburzenie osobowości borderline? Udaje,że jest ok,uśmiecham się-tak się robi tutaj/nie inaczej,bo nie wypada(jeb***etykieta)ale czuję,że mam ochotę iść i skoczyć z mostu.Boję się ,że tym razem nie będę potrafiła dłużej utrzymać kontroli nad samą sobą.I tak trudne jest samo pisanie tutaj.Kiedyś obiecałam sobie,że odetnę się od jakiejkolwiek psychologii.
  15. Mam na imię Piotr, mam 40 lat. W każdej dziedzinie, grupie ludzi jestem najgorszy. Czuję się jestem po prostu głupi i du*a, nienadający się do niczego. Całkowicie przestaje wierzyć w siebie. Nigdzie nie podobam się ludziom zwłaszcza młodym rocznikom. Czuję, że muszę oddać dyplom i świadectwa aż do III klasy szkoły podstawowej a za chwilę 50-tka.
  16. Witam Jestem Jacek, mam 31 lat. Opiszę moje życie w wielkim skrócie Do 7 roku życia wychowywałą mnie matka z ojcem, mama była położną w szpitalu, tata operatorem kamery w telewizji. Byłem bity przez wiecznie pijaną mamę, do dziś pamietam jak zrobiłem jej laurkę na dzień matki, ona robiła mi śniadanie, zwymiotowałem na talerz, wsadziła mi twarz w wymiociny a potem sprała mnie tak że powybijała mi zęby. Zawiozła mnie do sierocinca w Rabce prowadzonego przez siostry zakonne, powiedziała że idzie do dentysty i zaraz mnie odbierze, nie zrobiła tego, odebrała mnie babcia z dziadkiem i sąd przyznał im prawa opieki do mnie. Ojciec od dziecka mi powtarzał : mamusia nas zostawiła bo byłeś niegrzeczny Jako dziecko byłem typowym chłopcem, wojowałem, biegałem na przerwach, próbowałem grać w piłkę, gdy ktoś mi dokuczał to lałem go w mordę ale sam nigdy bez powodu nikogo nie uderzałem i nie atakowałem. Z czasem przez wychowywanie przez babcia zaczynałem stawać się typową pipką, w szkole śmiali się ze mnie że nie mam rodziców, ja wtedy nie broniłem się, płakałem po kątach, uciekałem ze szkoły, w pewnym momencie zaczęli się znęcać nademną, ojciec zgłosił to na policje, to pogorszyło wszystko, byłem konfident numer jeden. Zacząłęm się izolować, dostałem nauczanie indywidaulne, kolega (jeden z nielicznych) poczęstował mnie amfetaminą, zacząłem się czuć po niej normalnie, mój mózg działał na pełnych obrotach, zacząłem brać codziennie, miałem kilka zapaści przez amfetamine, zapisałem się do technikum, ale nie chodziłem do niej, szkoła nakazała mi pójście do psychologa, psycholog twierdził że mam depresje, ale ja go po prostu sprytnie okłamywałem, że siedziałem całymy dniami przed komputerem i naćpany czytałem różnego rodzaju fora elektroniczne (moja pasja) i konstruowałem zestawy głośnikowe. Zawsze mi się marzyły dobrej jakości komputery, elektronika, a pieniążków nie było, zacząłem oszukiwać ludzi na allegro, pieniądze przeznaczałem na zakup elektroniki i amfetaminy. Jednocześnie byłem cholernie zły dla mojej babci, wyzywałem ją, krzyczałem, gdy ona płakała i prosila bym nie ćpał i został w domu a nie szedł z kolegami to ja jej mówiłem : ty kurw...pierd.... itp Raz na zejściu próowałem wyskoczyć z okna, ojciec mówił : skacz pedale, skacz, Babcia mnie złapała, wezwała pogotowie, trafiłem na oddział psychiatrii dzieci i młodzieży, pamiętam jak stałem pod drzwiami i usłyszałem jak ojciec powiedział do lekarza czy można mnie np. ubezwłasnowolnić bym nie miał prawa do spadku po babci, proponował łapówkę, lekarz go wyrzucił z gabinetu. Ludzie z allegro zgłosili sprawę na policję, wyrok w sądzie, dostałem placówkę opiekuńczo wychowawczą od 16 do 18 roku życia za oszustwa i demoralizacje (nie kontynuowania obowiązku szkolnego) Trafiłem na jeden pawilon z bandytami którzy byli za ciężkie napady i rozboje, a ja za jakieś śmiesze oszustwa. Znęcali się nademną, w parenaście osób bili mnie, sikali na mnie, kopali, dusili, zgłosiłem to w końcu wychowawcy, wychowawca na policje. Zostałem wrogiem publicznym numer jeden. Po osiągnięciu 18 roku życia wyszedłem, wróciłem do Babci, niedługo potem zacząłem pracę, w ochronie, przestałem ćpać fetę sam z siebie bez niczyjej pomocy. nabrałęm dużo kredytów, ok 100 tyś, zapętliłem się, kupowałem rzezy o których zawsze marzyłem i wypełnić sobie nimi pustkę w sercu. Firma w której pracowałem zbankrutowała, przestałem spłacać kredyty, wpadłem w złe towarzystwo. W tym czasie ojciec namówił babcie na sprzedaż mieszkania które miało być dla mnie, sprzedała i za te pieniądze kupiła kamienice w w górach dla siebie, dla mnie, dla ojca i jego już chyba 5 żony. Gdy się tam wprowadziliśmy to znów wyczułem tą fałszywość w spojrzeniu ojca, nie chciałem być w tym mieszkaniu, raz przy świętach okazyjnie piliśmy alkohol całą ''rodziną'', nie dużo pół litra raptem na ponad 10 osób, symbolicznie po kieliszku albo po dwa. Ojciec nagle wstał i powiedział : znów się cwel...najeb... jak swoja matka ? Zrobiła się awantura, zacząłem płakać i krzyczeć : gdzie byłeś ch.u jak Cię potrzebowałem jako dziecko ? Uderzył mnie, ja mu oddałem, on się na mnie popatrzył, usłyszał że babcia wchodzi na piętro, a ten wtedy się położył na podłodze i zaczął krzyczeć : Ratunku, policja, napadł mnie gówniarz, po chwili wstał, zadzwonił na policje, gdy przyjechała to powiedział że go pobiłem, policjant powiedział że przecież nawet śladu nie ma i że jest śmieszny że na własnego syna dzwoni na policje. Zacząłem pracować w Krakowie z którego się wyprowadziłem, w serwisie, przez 4 lata codziennie dojeżdzłałem busem albo pociągiem 100 km w jedną stronę do pracy. Zakochałem się w dziewczynie, wkrótce zamieszkaliśmy razem w Krakowie w wynajmowanym mieszkaniu, zaszła w ciążę, wzięliśmy ślub, po urodzeniu dziecka zmieniła się o 180 stopni, nagle PiS, kościół, radio Maryja (taka rodzina, 3 braci ma, każdy jest księdzem) Po pół roku od ślubu rozstaliśmy się, ona z dzieckiem wróciła do matki, ja wylądowałem na ulicy, błąkałem się po ulicy, sprzedawałem wszystko co miałem żeby mieć na alkohol i papierosy. Nie płaciłem alimentów bo nie miałem z czego. Po roku poznałem pewnych poważnych ludzi z Krakowa, górna półka przestępców, zacząłem dla nich pracować w lombardzie, wyciągnęli do mnie rękę, pomogli mi, zrobili kursy. Przez 4 lata pracy u nich nauczyłem się oszukiwać, podrabiać, kombinować, pieniędzy mi nie brakowało, policja wielokrotnie mnie zatrzymywała, wiedziałem co mam mówić i jak się tłumaczyć, prokurator albo policja umarzali sprawę. Zacząłem inwestować w moje hobby, sprzęt audio, gramofony, CD, głośniki, akwarystyka. Poznałem w lombardzie kobietę, była z domu samotnej matki, miała 4 letniego syna, pokochałem ją, cały sprzęt sprzedałem żeby wynająć większe mieszkanie dla nas, chciałem dać temu dziecko i sobie rodzinę, uznałem w USC to dziecko jako swoje. Po paru miesiącach zaczeło się psuć, w awanturze zaczęła mnie okładać po ciele pięściami, pamiętam jak leżałem na podłodze i płakałem a ona mnie biła. Po kilku takich razach wróciła do matki Mi wtedy w magiczny sposób akurat na święta wpadło trochę kasy, ona wróciła wtedy do mnie, wyprawiłem święta, choinka, prezenty (ona nie kupia nic bo była bezrobotna, i jest do dzisiaj) Na sylwestra znikła z domu, zdradziła mnie i to ze swoim kuzynem, zaszla z nim w ciąże, dziecko urodziło się z niedorozwojem Podała mnie o alimenty, złożyłem do Sądu pozew o ustalenie bezskuteczności ojcostwa, wygrałem sprawę. Było ciężko ale się podniosłem, wyprowadziłem się, wpadło trochę kasy, odkułem się ze sprzętem który wcześniej sprzedałem Zacząłem ćpać kokainę, duże ilości, to był jedyny narkotyk po którym czułem się bogiem, brak zejścia, wygadanie, potrafiłem rozmawiać na inteligentne tematy na które myślałem że nawet nie mam pojęcia. Moje życie był wtedy na wysokim poziomie, kokaina, burdele, imprezy z poważnymi ludźmi z Krakowa, drogie zakupy. Postanowiłem coś zmienić, zwolniłem się z lombardu, zacząłem pracować w dużej firmie Audio, byłem odpowiedzialny za tworzenie aukcji, tłumaczenia opisów, sprzedaż sprzętu z najwyższej półki, były to sprzęty np. 120 tysięcy za gramofon. Poznałem kobietę, miała 11 letniego syna, szybko zamieszkaliśmy razem, okazało się że kobieta ta była chora psychicznie, prawdopodobnie przez jej przeszłość (amfetamina, aborcja, inne dziecko oddane do adopcji, była tak skrzywiona że mieszkając z rodzicami wmawiała rodzicom że to nie ciąża tylko wodobrzusze, po urodzeniu dziecko oddała do adopcji) Zaczęły się awantury, potrafiła mnie tak prowokować że potrafiła patrząc na mnie zrzucać płyty wynylowe ze stojaka i je rozbijać mówiąc wtedy : oooo, co to Ci sie dzieje Kubusiu ? Płytki Ci się rozbiają ? Do tego ciągłe kłamstwa, brała ode mnie pieniądze mówiąc że potrzebuje kasę na zastrzyki na anemie (1500 zł za serie zastrzyków), okłamywała tak i mnie i matke i ojca (obydwoje leczeni psychiatrycznie na schizofrenie), mieszkała z nimi w kawalerce z dzieckiem i całym zwierzyńcem. W pewnym momencie wylądowała w szpitalu psychiatrycznym, zaburzenia osobowości na tle narcystycznym i mitomania, odwiedzałem ją codziennie, starałem się pomóc. Rozstaliśmy się, mieliśmy wynająć wspólne mieszkanie, gdy miała wrócić do mnie to kłamała np. : wysyłała mi zdjęcia spakowanych walizek i mówiła że czeka aż będzie mieszkanie i się wprowadzi, straciłem w ten sposób kolejne mieszkanie, a na odchodnę jak przyszła po resztę swoich rzeczy to zabrała mi 5 tysięcy z szafki. Po jakimś czasie odezwała się do mnie że chce mi oddać pieniądze które mi ukradła, zaprosiłem ją na nowe mieszkanie, powiedziała : idź do ogródka zapal, ja przygotuje kase, wyczułem podstęp i włączyłem ukrytą kamerę, po powrocie do mieszkania nogi mi się ugięły, ona na podłodze w kałuży krwi z wbitym nożem w udo, ona wtedy wyciągnęła telefon i powiedziała : a teraz Cię kurw... zniszczę. Zadzwoniła na 112, zgłosiła gwałt i próbe zabójstwa. Gdy przyjechała policja to nim zdążyłem dobrywieczór powiedzieć to już byłem skuty, ale wytłumaczyłem że jest kamera za firanką, jak zobaczyli nagranie to od razu wezwali pogotowie z psychiatryka, zabrali ją na szycie nogi a potem do psychiatryka. Nasza znajomość się zakończyła wtedy. Dostalem tylko wezwanie na policje po odbiór noża zabezpieczonego wtedy podczas tego incydentu, sprawa umorzona. Firma w której pracowałem zamknęła oddział, wróciłem więc do lombardu ale innej firmy niż w tej w której pracowałem. Pracowalem tam rok, dostałem propozycje przeprowadzki do Nowego Sącza i objęcia wyższego stanowiska, wiedziałem żę nic mnie nie trzyma, zgodziłem się, dwa dni później mieszkałem w Sączu. Po paru miesiącach (wrzesień 2019) poznałem na FB kobietę, pisaliśmy i rozmawialiśmy całymi godzinami, pokochałem ją, wprowadziła się do mnie w listopadzie, znalazła pracę spędzaliśmy ze sobą każdą możliwą chwilę, byłem z nią szczęśliwy, 8 listopada oświadczyłem się jej, ona przyjęła zaręczyny. Były dziwne sytuacje między nami, nie chciała mnie przytulać, gdy płakałem to stała i się patrzyła, doszło do tego że zacząłem pić, ona spała a ja zamykałem się w łazience i piłem. Gdy w wigilje postawiłem pierwsze w swoim życiu żywe drzewko i kupiłem prezenty i przygotowałem kolacje wigilijną to chciałem się z nią podzielić opłatkiem, ona powiedziała : chyba żartujesz, to głupota....owszem jestem ateistą tak jak ona ...ale ten opłatek to dla mnie miłe wspomnienia po prostu ....i lubię tą tradycje. W drugi dzień bożego narodzenia znalazłem rozmowy w których flirtowała ze kolegą do którego wysyłałą gołe zdjęcia, kazałem jej wypierniczać z mieszkania. Wpłaciłem jej na konto 2000 zl, pojechała do Krakowa, ona zamiast iść do hotelu to poszła do knajpy i wylądowała u swojego byłego w łóżku. Jej były cały czas pisał z jej matką i jej matka wiedziała gdzie ona jest, ja nie wiedziałem, szukałem ją, jej matka kłamała że jest w knajpie cały czas, nawet nad ranem mi napisała że ją właśnie obudzili kelnerzy w knajpie ....matka i narzeczona nie wiedziały że ja cały czas pisze z jej byłym ....i on sam mi napisał : Człowieku szanuj się, i ona i jej matka cały czas kłamią, mnie też okłamywały, daj sobie z nią spokój, ona do mnie sama się wepchała bo mówiła że nie ma w ogóle pieniędzy ani gdzie spać ... Wróciła po jednej dobie, przysięgała że nic nie było między nimi, ja wtedy chciałem w to wierzyć i piłem jeszcze więcej. Kilka razy gdy ona była pijana po kłótniach to zaczynała mnie bić po twarzy pięściami, nie oddałem jej nigdy, raz ją tylko odepchnałem i przycisnąłem do podłogi żeby się uspokoiła, potem jak byłem w pracy to mi pisała na FB że mnie przeprasza za to itp itd. 31 grudzień ... Piliśmy dużo, poszliśmy na rynek w Nowym Sączu, nagle po pijaku przyznała mi się że mnie zdradziła, i nie powinienem być zły bo co to za różnica dla mnie skoro to i tak jej były i tak z nim spała i tak z nim spała wcześniej już Wybuchłem wtedy płaczem, zwyzywałem ją, ona zaczęła mnie kopać, uderzyłem ją z otwartej ręki w twarz, ona poszła na dworzec i pojechała do Krakowa, wróciła po parunastu godzinach. Gdy wróciła to ja leżałem w łóżku i płakałem, poszliśmy się razem kąpać do wanny, piliśmy razem alkohol, nagle zasnąłem, o 3 w nocy się obudziłem a jej i jej kota już nie było. Jej matka mi napisała że jest ciężko pobita i że zgłoszą to na obdukcje i policje. Że niby posiniaczona cała, a ja mówię że to nie realne skoro byliśmy w klubie, przecież tam jest monitoring to będzie widać że tylko raz w twarz ją uderzyłem, ale fakt faktem, o 12 w nocy podniosłem ją na ręce na środku parkietu bo chciałem ją podnieść do góry i się razem wywróciliśmy, może stąd siniaki na kolanach i rękach, nie wiem. 3 stycznia podczas mojej nie obecności (byłem w pracy) narzeczona z matką przyjechały do mieszkania które wynajmowane było tylko na mnie, zabrały wszystkie rzeczy, nawet te co kupiłem za moje pieniądze, mam na to faktury itp itd. Jej matka zaczęła mnie gnębić, że jestem potworem, dnem itp itd, piłem coraz więcej, zapisałem się więc na terapie AA by nie zdechąć z tego gówna. Przestałęm pić 7 stycznia, narzeczona napisała 10 stycznia : słuchaj, przez Ciebie straciłam pracę, mam depresje i powinieneś spłacać moje raty skoro tak bardzo mnie kochasz, ja pracować nie jestem w stanie przez to co mi zrobiłeś, powiedziałem że obecnie nie mam z czego, i całości nie dam rady spłacać. Jej matka zmieniła front, zaczęła pisać że widzi że terapia pomaga, że bardzo się cieszy, że uda się naprawić ten związek ale musimy dojść do siebie, a drugiego dnia : Ty potworze zniszczyłeś moją córkę gnoju ! Dzień później wiadomość od narzeczonej : Słuchaj, albo mi pomożesz albo będe musiała iść na obdukcje (10 dni po zdarzeniu obdukcja...) Nie odpisałem, zaczęła się wojna .... Jej matka zaczęła wysyłać zdjęcia siniaków na twarzy (nagle zrobiły się dwa siniaki) do moich znajomych na FB i pisać : zobacz jakiego masz kolegę, to bandyta A do mnie napisała wiadomość że albo im dam 20 tysięcy złotych albo zgłoszą do prokuratury i na policję sprawę o znęcacnie się psychiczne i fizyczne przez dwa miesiące, ja mówię, jakie znęcanie niby ? Przecież u nas nigdy nic się nie działo, właściciel mieszkania mieszka za ścianą i nic nie słyszał, policji nigdy u nas nie było, widywaliśmy się ze znajomymi, jaki do cholery znęcanie ? Skąd ? Jak ? Napisałem do narzeczonej wprost, czy zgłosiły sprawę gdzieś bo ja też się wtedy będę bronił, jej matka do mnie wtedy napisała że ona nigdy by tego nie zrobiła bo nie chce problemów. Co chwilę mówiła co innego... Moja psychika zaczęła pękać, poszedłem do prawnika, prawik powiedział że tu nie było żadnego znęcania, co najwyżej wzajemna agresja a za wtargnięcie do mieszkania i przewłaszczenie mienia mogą te kobiety odpowiedzieć karnie, widział rozmowy z tymi kobietami i te zdjęcia siniaków, powiedział że w jej ocenie to jest makijaż, a że jej matka jest ewidetnie zaburzona psychicznie i żebym w ogóle nie wdawał się z nia w dyskusje. Skontaktowałem się wtedy z byłymi partnerami narzeczonej, każdy napisał : ona i jej matka są spierd.....umysłowo, człowieku uciekaj ! Znajomi tej kobiety powiedziały że ona zawsze miała tendencje do zdradzania, że jadła psychotropy i popijała je wódką, że przespała się nawet z narzeczonym siostry swojego byłego faceta gdy ten byl w USA. Znajomy z policji mi sprawdził że ona na depresje leczy się od 6 lat i miałą dwie próby samobójcze nim jeszcze się nawet znaliśmy, a z kolei jej matka to pielęgniarka z zakazem wykonywania zawodu i wyrokiem w zawieszeniu, uzależniona lekomanka podrabiała recepty, leczona psychiatrycznie, od paru lat na rencie z tego powodu. Te wszystkie sytuacje spowodowały że siadła mi psychika, miałem próbe samobujczą, wylądowałem u psychiatry, przepisał mi lek, TRITTICO. trochę mnie to wyciszyło ale pojawił się kolejny problem. Pracodawca chce mi dać umowę o pracę na pełną kwotę, gdy tak się stanie to komornik zabierze mi prawie wszystko co zarobie, zostawi 670 zł, sam wynajem to 1200 zł, skąd wezmę na to pieniądze ? Miałem kolejną próbę, zwiększono mi dawkę, otrzymałem dodatkowy lek, Convival Chrono na bazie kwasu waproinowego, po to aby ustabilizować moje emocje, ale to wszystko mi nie pomaga, to nic nie daje . Prawdopodobnie mam osobowość Bordeline, DDA, Politoksylomanie ale to tylko podejrzenia póki co, na chwile obecną mam stwierdzoną silną depresje ze stanami lękowymi Chcę tylko jednego, chce by ta kobieta wróciła do mnie, kocham ją, żadnego rozstania nie przeżywałem tak jak tego, chce ją odzyskać, moje życie bez niej jest pozbawione sensu... Co mam zrobić ? Ostatnio szukałem w internecie Cyjanku, ja już nie chce żyć, jestem sam na tym świecie, nie mam nikogo, jestem sam w obcym mieście, chcę się obudzić z tego koszmaru, niech to się w końcu skończy.... Proszę pomóżcie mi bo ja już nie daję rady, i przepraszam że napisałem wszystko chaotycznie, ale chciałem szybko napisać jak najwięcej informacji.
  17. Witam mam strasznie dziwny problem nie wiem jak mam to odebrać ale streszczę się.. Mianowicie jestem Hetero od 3 lat jestem w szczęśliwym związku z moją partnerką ale od niedawna coś się stało że nie mogę utrzymać oczu jak rozmawiam z jakimś kolegą moje oczy uciekają na jego krocze.. Czuję się strasznie ponieważ nie chce się tam patrzeć ale mimo wszystko to robi się jakoś samo, oczywiście nie patrzę tam z powodu tego że mnie to interesuje bo tak nie jest nie czuję pociągu do facetów... Ale gdy walczę z tym to chyba jest widoczne bo widzę jak zachowuje się np. Mój kolega lub inny mężczyzna ... Robi się dziwnie i niezręcznie :/... Nie wiem co mam myśleć obrzydza mnie to dosyć mocno.. Jeszcze raz zaznaczę, że nie patrzę tam z powodu pociągu czy cokolwiek co jest związane z seksualnośćią, ponieważ lubię tylko Kobiety. Bardzo proszę o pomoc bo oszaleje przez to zamykam się w sobie co raz bardziej a co za tym idzie dostaje na głowę!
  18. Mam podejrzenie zaburzenia Borderline. Pół roku temu zdradziłam mojego chłopaka, potem zdrady się powtarzały, on za każdym razem się o tym dowiadywał, bo sprawdzał ogłoszenia towarzyskie. Teraz już naprawdę z tym skończyłam ale tak skrajnie zniszczyła jego zaufanie, że dzisiaj na każdą próbę rozmowy on zaczął reagować agresją, chcę skończyć z moim życiem, bo bez sensu żyć skoro i tak nikt mnie nigdy nie pokocha i nigdy nie będę przez to szczęśliwa
  19. Dzień dobry wszystkim, Mam na imię Piotrek. Niebawem skończę 33 lata. Od roku jestem w związku z rok młodszą kobietą, od około 6 miesięcy mieszkamy razem. Poniżej opiszę Wam swoją sytuację, liczę na to, że znajdę "wyjście z sytuacji". Jak już wspomniałem w obecnym związku jestem od około roku, moja partnerka jest rok młodszą rozwódką co mi jednak nie przeszkadza, wiedziałem o tym od samego początku gdy zaczęliśmy się spotykać, więc świadomie wszedłem w tą relację. Źródłem problemu nie jest jej stan cywilny a osobowość jaka wszyła w trakcie naszego związku. Do momentu kiedy zamieszkaliśmy razem nic nie wskazywało na taki stan rzeczy. W mojej ocenie jest strasznym cholerykiem, osobą o temperamencie z jakim się jeszcze nie spotkałem. W zasadzie nie ma dnia żeby nie było krzyków i awantury z jej strony. Powiem szczerze, że ostatnio nabrało to takiego rozmachu, że zacząłem unikać sąsiadów. Mieszkamy w bloku, czasem słychać jakąś kłótnie z innego mieszkania więc mam świadomość jak to się niesie. Kłótnia, choć bardziej nazwałbym to awanturą, gdyż staram się panować nad emocjami i nie podnosić głosu, o dziwo od dłuższego czasu staram się nie odpowiadać agresją na agresję i uwierzcie mi, że dość trudno jest mnie wyprowadzić z równowagi. Jak już wspomniałem awantury są codziennie. I to o wszystko. Ostatnim tematem przewodnim który ciągnie się od około miesiąca jest moja praca w delegacji w miejscowości oddalonej o około 150 km. Nie jest o typowa delegacja na drugim końcu kraju czy zagranicą, że człowiek wyjeżdża i wraca dopiero za kilka tygodni lub miesięcy. Wygląda to tak, że 1-2 razy w tygodniu nocuje w domu + do tego weekendy. Generalnie rzecz ujmując taki sam charakter pracy miałem gdy się poznaliśmy, później przez okres około 6 miesięcy byłem na miejscu, około 15 km od domu. Temat mojej delegacji jest na ten moment numerem jeden. I ustalmy fakt, gdy już nocuje poza domem, w lokalizacji której pracuje to nie jest to żaden hotel tylko specjalnie na te potrzeby wynajęty dom gdzie razem z innymi pracownikami kadry nadzoru budowy mamy zapewnione warunki mieszkalne. Sami mężczyźni, żeby była jasność. Agresja jaka z tego tytułu przemawia przez moją partnerkę powoli sprawia, że zaczyna to mi ciążyć na psychice. Wyzwiskom i krzykom nie ma końca, za równo przez telefon jak mi osobiście gdy wracam. Bywa i tak, że przyjadę do domu i dosłownie po godzinie mam ochotę wracać z powrotem tylko po to aby mieć święty spokój. Nie rozumie charakterystyki mojej pracy, odpowiedzialność jak i branży, nie przyjmuje do wiadomości faktu, że czasem fizycznie nie mam możliwości wrócić do domu ze względów ekonomicznych jak biorąc pod uwagę zmęczenie po kilkunastu godzinach pracy, co w dużej mierze przekłada się na bezpieczeństwo samej podróży. W jej ocenie, ja jak i moi współpracownicy którzy są zarówno starsi jak i młodsi, mają rodziny i dzieci jesteśmy dziwkarzami i kurwiarzami. Ciężko jest wyperswadować, że nie wszyscy mają przywilej pracy od 8.00 do 16.00 w jednym stałym miejscu. Fakt, faktem, sam mam stanowisko umysłowe, jednak charakter tej branży zmusza do pracy poza jednym stałym miejscem zamieszkania. Frustracja i arogancja sięga ostatnio takie poziomu, gdzie słowa: "pierdol się, wypierdalaj, spierdalaj itp" są na początku dziennym. To co najbardziej mnie wręcz przeraża to pewnego rodzaju amok w jaki jest stanie sama się wprowadzić, widzę wtedy coś dziwnego w jej oczach jakby zupełnie inną osobę, jakby te oczy nie były jej. Ciężko mi to nawet opisać. Nie kontroluje wtedy ani czynów ani słów. Niezależnie od pory dnia czy nocy są krzyki, wyzwiska, trzaskanie drzwiami, drzwiczkami z mebli, krzyki aby się pakować i wypierdalać, na groźbach i szantażach kończąc. I za każdym takim razem gdy w spokoju chce zabrać i wyjść z mieszkania aby ustabilizować sytuację, aby dać jej ochłonąć, kolokwialnie mówiąc zejść z oczu, to chwilę później jest lawina smsów bądź połączeń, że mam w tej chwili wracać do domu. Lub wybieganie za mną wręcz prawie boso, nakazywanie by ją przytulić. Czasem odnoszę wrażenie, że mieszkanie jest miejscem gdzie może pozwolić sobie na wszystko, jakby było jej azylem, ale gdy tylko opuszczam ten azyl mięknie i staje się wręcz potulna jak baranek. Do momentu aż z reguły z powrotem nie wejdziemy do mieszkania. Taki stan rzeczy potrafi nie raz powtórzy się 2 lub 3 razy za noc. Nie wiem skąd u takiej osoby tyle energii na taką złość i agresję bo ja przeważnie po takich wieczorno-nocnych ekscesach na drugi dzień "chodzę do tyłu". To jest oczywiście tylko jedna z licznych sytuacji o które moja partnerka wybucha. Jest tego naprawdę cała masa. Od nie tak odłożonej rzeczy do lodówki, po nie tak jak trzeba rozwieszone pranie na suszarce. Potrzebuję porady jak rozmawiać z cholerykiem, w jaki sposób przedstawiać swoje argumenty w kwestiach w których ewidentnie taka osoba nie ma racji, ale upiera się przy swoim i nie widzi innego rozwiązania. Czy to już czas aby dla własnego komfortu psychicznego po prostu "się z takiego życia wypisać"? Przyznam szczerzę, że czasem nie widzę innego rozwiązania aby się z tego uwolnić.
  20. Witam, mam 24 lata jestem świeżo po studiach. Mój partner jest starszy ode mnie 5 lat. Jesteśmy ze sobą ponad 5 lat a od 4 lat mieszkamy razem. Od początku związku rozmawiamy o tym, że on chce umrzeć. Od dziecka myśli o śmierci, miał ciężkie dzieciństwo ponieważ był bardzo emocjonalny od zawsze. Pochodzi z dobrej rodziny, którą zdążyłam poznać, nie widzę w niej jakiś odchyłów nawet wydaje mi się że jest podobna do mojej. Nasze przejścia są podobne a od kiedy się znamy rozmawiamy o wszystkim z czym musieliśmy się zmagać. Czasami czuję, że znamy się na wylot a czasami jakby wcale. Na początku związku z jednej strony był piekielnie zazdrosny przez co zrezygnowałam ze wszystkich znajomości a z drugiej mówił że jest złym materiałem na męża, że nie nadaje się do związku i że potrafi tylko ranić a ja powinnam odejść. Jest wybuchowy, nieprzewidywalny, potrafi być bezwzględny. Czuję że w środku jest dobrym człowiekiem gdyż nie radzi sobie z tym, jak kogoś zrani. Zawsze żałuje krzywd wyrządzonych innym a nawet potrafił się przez to okaleczać. Jest też czuły, opiekuńczy i życzliwy oraz zabawny, potrafi wszystkich rozśmieszać oraz bije od niego dobra energia. W naszym związku nie było wielu poważnych kłótni ponieważ ja zawsze potrafiłam ustąpić na rzecz związku a on nie dawał mi powodów do zazdrości ani wątpliwości. Jedynym problemem było to, że regularnie przejawiały się rozmowy o śmierci, narkotyki i alkohol które to jedynie potęgowały. Byłam osobą, która ściągała go kompletnie pijanego z parapetu i zapewniała, że ma dla kogo żyć ale czułam się też bezsilna wobec tego problemu. W naszym związku przeplatały się chwile dobre i piękne z tymi tragicznymi. Wiele razy był o krok od pójścia do psychologa lecz nigdy tam nie trafił bo gdy zaczynało być dobrze nie chciał rozmawiać o problemie. Nie wiem co dokładnie siedzi mu w głowie ponieważ ciężko jest mi to wszystko zrozumieć. Nie zmierzyłam się z pragnieniem śmierci od dziecka i nie czułam nigdy, że tak byłoby dla wszystkich lepiej. Myślałam, że jestem jedynym powiernikiem jego problemów egzystencjalnych. On twierdzi, że jego najbliżsi przyjaciele znają problem lecz nic z tym nie robią gdyż znają go i wiedzą że nie da się mu pomóc. Czuję, że ostatnio robi się to wszystko bardziej poważne a sam fakt że jestem niewiele zmieni. Sam też zaczął poważnie myśleć o wizycie u psychiatry ale twierdzi, że nie wie czy zdąży. Wpiera mi też że będzie mi lepiej z kimś innym i jeszcze ułożę sobie życie, ponieważ on nigdy nie będzie dla mnie wystarczający. W dodatku obecnie z przyczyn losowych mieszkamy w osobno. Nie wiem co robić proszę o pomoc.
  21. Witam, mam 26 lat i postaram się opowiedzieć o moim problemie który niszczy mnie od środka. Nie wiem jak zacząć więc zacznę od początku. Gdy wracam wspomnieniami do dzieciństwa to pierwsza sytuacja, która przychodzi mi do głowy to gdy ojciec rzucił mną o grzejnik i straciłem kilka zębów. Nie miałem wymarzonego dzieciństwa i od małego uczestniczyłem w przemocy domowej. Ojciec pił i znęcał się nad moja matka i na mnie. To trwało dość długo. Zostawiał mnie samego w domu i chodził pić gdy na siedziałem przerażony w pustych ścianach. Takich sytuacji było wiele. Gdy poszedłem do szkoły podstawowej w klasie szybko wyczuli, że jest ze mną coś nie tak i tak przez kolejne lata stałem się gnębiony. Nie tylko w szkole na podwórku było to samo. Nigdy nie potrafiłem się obronić ani komuś sprzeciwić. Był okres w którym wylądowałem w domu dziecka na szczęście nie na długo. Mama zrobiła wszystko żeby mnie stamtąd wyciągnąć. Jakoś przetrwałem tą szkołę. Później było gimnazjum trochę się pozmieniało, robiłem wiele głupich rzeczy żeby tylko zwrócić na siebie uwagę i przypodobać się tym którzy mogliby gnębić a nie być gnębionym. Ale dalej nie potrafiłem się obronić gdy ktoś mnie zaczepił. Nigdy nie miałem za wielu znajomych raczej do teraz jestem typem samotnika który nie potrafi utrzymać znajomości. Mam kilka znajomych z którymi od czasu do czasu pogadam ale raczej nie można mówić o żadnej przyjaźni. Jestem zamknięta osoba która nie lubi poznawać nowych osób. Nigdy nie wiem o czym mam rozmawiać a jak staram się porozmawiać z kimś kogo dopiero poznałem to się stresuje i znów nie wiem co mam mówić. Teraz gdy mam te 26 lat nie radzę sobie z emocjami. Od kilku dni te emocje wychodzą w postaci płaczu. To emocje rządzą mną nie ja nimi. Nie wiem jak sobie z tym radzić. Myślę tylko o negatywnych rzeczach, porównuję się ciągle do innych i to zawsze ja jestem ten gorszy. Nie widzę u siebie mocnych stron. Nie mam pewności siebie i poczucia własnej wartości ale mam dziewczynę przy której odkryłem swoją zepsuta głowę. Jest przeciwieństwem mnie. Otwarta, towarzyska lubi poznawać nowych ludzi. I w tym jest kolejny problem. A właściwie ja robię problemy które są tylko w mojej głowie ponieważ tworzę niestworzone historie. Urajam sobie rzeczy przez które ona musiała przechodzić. Nie raz walczyła za nas dwoje bo ja po raz kolejny wmawiałem jej, że mnie zdradzi. Zrywałem, wracałem i tak kilka razy. Jesteśmy razem półtorej roku a ja dalej mam fazy, że pozna kogoś lepszego i mnie zostawi. Potrafiłem zrobić kłótnie o to, że spojrzała na kogoś. Czuję w sobie niepokój i strach gdy tylko rozmawia z innym facetem. Nie wiem co jeszcze napisać, że boję się ludzi, że dalej nie potrafię się obronić i panikuje. Jestem mi ciężko z samym sobą, nie lubię własnego życia i to jaki jestem. Ostatnie dni polegają na użalaniu się nad sobą i płaczu. Czuję się czasami bezsilny. To byłoby na tyle. Pewnie wielu rzeczy nie napisałem ale teraz nie przychodzi mi to do głowy.
  22. Życie jest wykrzyknikiem nie znakiem zapytania - to zasada mojego postępowania. Sama zawsze o to dbam by moje życie nie miało czarno białych barw. Nie czekam aż w życiu lepiej mi będzie. Kto idzie na łatwiznę nigdy szczytów nie zdobędzie. Wiara w siebie - bez niej w świat nie ruszę, tylko się w drobiny rozkruszę. Takiego jestem zdania i Nigdy się nie poddaje, mym wrogom satysfakcji nie daje. Jak upadam szybko wstaje i porażki nie opłakuje. Biedny jest człowiek który nadziei nie ma. To ona napędza żagle marzeń na niepowodzeń oceanie i nie pozwala na zrezygnowanie. Gdy moje marzenia celami się stają nabierają wielkiego znaczenia bo wyznaczają kierunek nie łatwy do spełnienia. Z dnia wczorajszego naukę wyciągam, dzisiaj na 100 procent żyje i na jutro mam nadzieje.
  23. Witam, zwracam się z prośbą o pomoc do Państwa. Wiem, że nikt nie odpowie mi jednoznacznie na moje pytania i wątpliwości, bo to ja muszę podjąć ostateczną decyzję, ale chciałbym, byście Państwo mi w tym pomogli. Jestem w związku z mężczyzną. Poznaliśmy się kilka lat temu przez Internet - trzymały nas kontakty internetowe, ale któregoś razu postanowiliśmy spotkać się na żywo. Od tego czasu poczuliśmy coś do siebie i zaczęliśmy się spotykać. Mieszkaliśmy oddaleni od siebie wiele kilometrów. Pewnego razu doszło między nami do zbliżenia po którym wyznał mi, że jest zarażony wirusem HIV. Wybiło mnie to kompletnie z równowagi. Męczyłem się, analizowałem, myślałem. Nie wiedziałem co mam dalej zrobić. Poczułem się oszukany, ale też czułem, że to osoba na której mi zależy. Z upływem spotykania się uznaliśmy, że będziemy razem, potem on się przeprowadził, tu znalazł pracę - robił to wszystko dla mnie. W międzyczasie odkryłem, że korzysta z aplikacji randkowej (gdzie kiedyś prosił, by nigdy tego sobie nie robić). Na pytanie o aplikację odpowiedział, że to dla kolegi, że nic złego nie robił i usunął przy mnie konto. Zamieszkaliśmy razem, tzn. on wprowadził się do mieszkania, które wynajmuję wraz z przyjaciółką. Generalnie wszystko się układało. W grudniu wyjechał do rodziny na święta i od tamtego czasu zaczęła mi kiełkować w głowie myśl o tym, by się rozstać. Zacząłem odczuwać chęć skorzystania z portali randkowych, poznawania nowych osób, spotykania się z nowymi osobami. Zaczęło mi przeszkadzać wspólne mieszkanie, rozmawianie, bliskość jakakolwiek. Na próbę przytulenia czy pocałunku reagowałem i reaguję niechęcią, złością. Chciałbym poczuć wolność i robić to, na co mam ochotę. Obecnie w związku ograniczyłem kontakty z przyjaciółmi i znajomymi z uwagi na partnera. Próba spotkania się z przyjacielem kończyła się na kłamstwie - mówiłem, że jadę do pracy, bo inaczej byłaby awantura i gniew ze strony partnera. Gdy stoję pod blokiem zastanawiam się czy będziemy się tego dnia kłócić, czy będziemy rozmawiać. Kilka dni temu partner poprosił mnie o rozmowę i zapytał co się dzieje i jakie są obecnie moje oczekiwania. Nie potrafiłem jednoznacznie się określić. Chciałbym najpewniej odejść i wrócić do tego, jak funkcjonowałem wcześniej. Odzyskać radość życia, radość z pracy i zadowolenie z wolności. Gdyby nie wspólne mieszkanie już dawno bym rozwiązał ten związek, jednak martwię się o to jak sobie poradzi, gdy to zakończę - czy znajdzie mieszkanie, co dalej z nim będzie. Czasami gdy rozmawiamy wyczuwam tę bliskość - rozumiemy się czasami bez słów. Obecnie kontakt ograniczyliśmy do minimum - rozmawiamy tylko z konieczności. Nie ma między nami żadnej czułości ani bliskości. Nie chcę go krzywdzić i chcę dla niego jak najlepiej. Mam mętlik w głowie czy to ze mną jest problem, czy wszystkie niejasności ze związku ciągną się za mną - ciągle powracam myślami do tej aplikacji, do tego zatajenia prawdy o wirusie. Boję się jego reakcji na wieść o rozstaniu, że mógłby zrobić sobie lub mi jakąś krzywdę. O swoim byłym partnerze wypowiada się bardzo negatywnie i mówił, że chciałby mu zniszczyć życie (wydaje się to być pustą obietnicą). Proszę Was bardzo o pomoc. Co zrobić w tej sytuacji? Pozdrawiam.
  24. Dzień dobry, mam na imię Mikołaj i w tym roku będę miał 23 lata. Studiuję informatykę. Jestem spokojną osobą, której ciężko nawiązywać znajomości. Od 5 lat zmagam się z depresją (maniakalno-obesyjną). Mój problem polega na tym, że nie mogę zadowolić się tym co posiadam. W wieku 19 lat skończyłem szkołę średnią i wybrałem się na studia. Od samego początku planowałem iść na informatykę. Interesuję się tym i jej nauka sprawia mi satysfakcję. Niestety.. z powodu słabych wyników maturalnych nie dostałem się na nią. Wybrałem, więc matematykę, którą też lubię. Niestety lub stety po jednym semestrze zdałem sobie sprawę, że to nie to i zrezygnowałem. W następnej turze letniej, rekrutacyjnej postanowiłem złożyć dokumenty na inną uczelnię, na kierunek informatyka. Nie zostałem przyjęty. Nie poddałem i się i obiecałem sobie, że poprawię maturę i uda mi się dostać na jedną z lepszych uczelni w kraju. Miałem niestety mało czasu, bo lekko ponad pół roku (wrzesień-maj). Zacząłem więc intensywną naukę. Dzień w dzień po 8 godzin, a czasem i więcej. Sam uczyłem się fizyki. Od zera. Uczyłem się też matematyki. Udało mi się poprawić matematykę rozszerzoną na prawie 90%, a fizykę rozszerzoną 53% (nie byłem z tego zadowolony, ale pocieszałem się, że to niezły wynik, biorąc pod uwagę fakt, że uczyłem się jej od zera, kompletnie samemu). Wyniki te nie pozwoliły mi się dostać na wymarzone uczelnie. Dostałem się natomiast na uczelnię, na którą składałem dokumenty już we wcześniejszych turach. Teraz znajduję się właśnie tutaj i teraz. Znów nie czuję satysfakcji z tego gdzie jestem. Nie mam ochoty się uczyć. Mimo ze jestem na kierunku, który mnie interesuje, w mieście, w którym mam ukochaną dziewczynę i najlepszego przyjaciela (te aspekty trzymają mnie w "kupie"). Mimo wszystko nadal nie czuję się spełniony i chcę spróbować napisać maturę jeszcze raz. Jednak gdy pomyślę, że nawet jak mi się uda, to będę musiał zaczynać od zera w wieku 23 lat, kiedy to moi rówieśnicy już mają tytuły magistrów i zakładają rodziny, a ja próbuję po raz kolejny zaspokoić swoją ambicję. Proszę doradźcie. Nie wiem co robić i jak sobie radzić z samym sobą. Każda rada będzie mile widziana. Z góry dziękuję.
  25. Witam Czy to jest normalne, że jeszcze w tych czasach urażają mnie wulgarne słowa?

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.