Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'kobieta'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 227 wyników

  1. Nie wiem do końca co robić i na czym stoję. Jakiś czas temu spotykałam się z chłopakiem. Bardzo mi na nim zależało, Byłam w nim zauroczona po uszy. Nasza relacja rozwijała się i byliśmy ze sobą dosyć blisko. Spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, mieliśmy wspólnych znajomych, zostawiliśmy u siebie na noc. Wszystko układało się jak w bajce, dopóki ja nie wyjechałam do pracy na 2 miesiące. Kontakt z dnia na dzień się urwał. Ja gdy próbowałam do niego pisać to czułam, że on nie chce mi odpisywać. Zresztą odsyłał mi odpowiedź na jakieś dwie wiadomości i później była cisza. Nie wiem do końca co się stało. Po powrocie do domu próbowałam się z nim spotkać. Najpierw zaproponował, że możemy się zobaczyć następnego dnia, ale gdy ja do niego napisalam wtedy, czy mogę wpaść na 5 minut, nawet nie wyświetlił mojej wiadomości. Nadal mam u niego swoje rzeczy i ciągle mi na nim zależy, ale nie wiem już jak postępować. Wydaje mi się, że może być w to zamieszany jego kolega, który był we mnie zakochany, bo dziwnym zbiegiem okoliczności , gdy tylko ja wyjechałam on zaczął do mnie pisać i dzwonić jak gdyby nigdy nic. Zastanawiam się, czy problem leży po mojej stronie i może nieświadomie coś zrobiłam.
  2. Mam bardzo prosty i jednocześnie dziwnie skomplikowany problem. Mam 22 lata, jestem studentką 3 roku i od liceum ż roku na rok (nie umiem określić początku ani przyczyny) nasila się we mnie poczucie, że nie żyje. Nie na zasadzie fizycznego nie życia, ale braku własnego życia, własnej tożsamości, marzeń, celów. Nic związanego ze mną sama nie przynosi mi spełnienia, emocji, czegokolwiek. Świetnie się motywuje i sprawdzam w sytuacjach, kiedy jestem potrzebna bratu, mamie, bratankom, przyjaciołom. Rolę osoby odpowiedzialnej pełnię naprawdę dobrze. Jednak jeśli mam się zmotywować, żeby zrobić coś co nie jest dla innej osoby, nawet jeśli czegoś chcę to nie potrafię. Z jednej strony sama siebie potrzebuję i chciałabym być obecna w moim życiu i dbać też o swój rozwój, swoje pasje (już dawno zapomniałam jak to jest mieć pasje i hobby poza byciem potrzebnym komuś) itp, ale nie umiem. Nie potrafię sama siebie wesprzeć w niczym do tego stopnia, że swój czas wolny spędzam w łóżku robiąc....nic. Nie chce tego, ale nie potrafię wyjść z tej pułapki. Chce zrobić wiele rzeczy, ale nie mam siły żeby siebie sama przekonać w ostateczności do zrobienia czegokolwiek. Może ktoś mi powie jak załapać kontakt ze swoim zyciem bo probuje już długo i tęsknię za nim. Przepraszam jeśli to brzmi zbyt zawile i proszę zignorować jeśli tak jest. Kiedyś musi być lepiej i bez pomocy z Internetu
  3. Witam, jestem po rozstaniu już ponad pół roku. Z moim byłym byliśmy ponad 3 lata razem. Małe sprzeczki i niedomówienia doprowadizly do rozstania. Nadal coś do siebie czujemy, oboje uważamy że się kochamy, ale jednak jest ta bariera, że nie potrafimy wrócić do siebie. O wiele łatwiejsze byłoby to wszystko do przejścia, gdyby nie to, że mój były po rozstaniu powiedział mi, że planował oświadczyny. Cały czas o nim myślę i nie potrafię dopuścić do siebie, że on mógłby być z inną kobietą. Tylko on zawsze mnie rozumiał i czuł wszystko to co ja czuję. I teraz bardzo ciężko pogodzić się z tym, że już tego wszystkiego nie będzie. Chciałabym zacząć wszystko od nowa, bez niego, ale nie potrafię. Mamy stały kontakt ze sobą i już nie wiem, czy nie odpisywać mu już na wiadomości, żeby jakoś to przetrwać, czy dalej w to brnąć. Zaznaczę też, że nie mam przyjaciół, koleżanek.. Nie mam z kim nawet wyjść, żeby odreagować, zapomnieć chociaż na chwilę o tym wszystkim. Jedynie co, to poznałam jakiś czas faceta, z którym się spotykam, ale przy nim też czuję, że jest ta bariera. Nie umiem się przy nim na maxa otworzyć. Ciężko mi komukolwiek zaufać. Bardzo często płaczę, zazwyczaj wieczorem przez natłok myśli. Ktoś miał podobną sytuację i chociaż trochę pomoże?
  4. Coraz więcej par uskarża się na kryzysy w związku i ma trudności z poradzeniem sobie z nimi. Zastanawiając się nad przyczyną kryzysów w małżeństwie czy związkach przychodzi mi na myśl pierwsze lepsze zakończenie bajek dla dzieci, gdy księżniczka i książę pokonują trudności, następnie pobierają się, celebrują to wydarzenie podczas wspaniałego balu, a potem „żyją długo i szczęśliwie”. I na tym bajka się kończy. Nie ma dalej opisu ich codziennego życia np. tego jak idą do pracy, biorą kredyt, wychowują dzieci, są zmęczeni, przeżywają stres i tak naprawdę dopiero się poznają w różnych sytuacjach. Odkrywają, że mają odmienne spojrzenie na różne zagadnienia np. podziału obowiązków czy wychowania dzieci, co może wynikać z ich doświadczeń życiowych w swojej rodzinie pierwotnej. Albo zauważają, że są w związku nie z jedną osobą ale też z częścią jej rodziny, która to w dodatku podejmuje decyzje. Spostrzegają, że cechy drugiej osoby, które w okresie wczesnej znajomości wydawały się atrakcyjne to w małżeństwie stają się nieznośne. O ile „szalony romantyk” zawrócił jej w głowie, to na co dzień wolałaby „pracowitego pragmatyka”. A on myśli, że szkoda, że „bezradna dziewczyna”, która wzbudziła w nim potrzebę opieki nie stała się „wspierającą żoną”. A w dodatku mają perspektywę spędzenia ze sobą przynajmniej 50 lat. (Nasze życie wydłuża się. Jak pokazują dane statystyczne średnia długość życia Polaków od 1950 roku wzrosła prawie o 20 lat.) Do tego wszystkiego otoczenie wokół nich się zmienia np. rynek pracy, przechodzą kolejne etapy życia (młodość, dorosłość, wiek dojrzały),trzeba sprostać nowym rolom społecznym (student, pracownik, rodzic, emeryt). Pojawiają się trudności zewnętrzne: problemy finansowe, bezrobocie czy choroba. Kryzys w związku może wystąpić na każdym jego etapie i mieć różne przyczyny, najczęstsze to: brak wiedzy o drugiej osobie, jej doświadczeniach życiowych, przekonaniach. Może to wynikać z krótkiego okresu znajomości przed sformalizowaniem związku. różnica między własnymi oczekiwaniami co do drugiej osoby a rzeczywistością. Niektóre cechy partnera na początku związku pasowały do oczekiwań ale z czasem okazało się, że są jeszcze inne, które wydają się nie do zaakceptowania. trudności w komunikacji np. błędna interpretacja intencji drugiej strony, nieumiejętność słuchania czy wyrażenia swoich emocji czy potrzeb, stereotypy dotyczące związków i ról z nim związanych czyli np. „kobieta ma się zajmować domem, a mężczyzna go utrzymywać”, odmienne przekonania na temat tego jak powinien wyglądać związek. Na przykład niektóre osoby mogą postrzegać małżeństwo w taki sposób, że wszystko robimy razem, wiemy o sobie wszystko, a inne zostawiają sobie i partnerowi prywatną przestrzeń. Jeśli w tym aspekcie osoby się różnią to mogą czuć się osaczone przez drugą osobę lub odrzucone. utrata zaufania spowodowana zachowaniem jednej strony, np. zdrada, wypalenie w związku z powodu rutyny, odmienne podejście do bliskości i seksu, choroba lub uzależnienie, odmienność kulturowa i wyznaniowa. To oczywiście nie wyczerpuje wszystkich możliwości. Natomiast na bazie tych przyczyn może rodzić się frustracja, która przeradza się w poczucie niezrozumienia, samotności, złości i nieszczęścia. Obniżony nastrój sprawia, że partnerzy zamykają się na siebie, okopują na swoich pozycjach, co przy deficytach w komunikacji przeradza się w konflikt. Może pojawić się bierna agresja czyli cynizm, pogarda lub agresja werbalna czy fizyczna. Tutaj należy odróżnić agresję od przemocy, która ma na celu podporządkowanie sobie drugiej osoby. Kiedy warto podjąć terapię par. Gdy obie strony konfliktu chcą ze sobą rozmawiać ale nie potrafią sobie radzić z emocjami i próby porozumienia się zawodzą, chcą poprawy relacji, komunikacji i nauczyć się skutecznie rozwiązywać problemy. Celem terapii jest to aby strony ze sobą porozmawiały w konstruktywny sposób, zrozumiały punkt widzenia drugiej strony, podjęły próbę rozwiązania konfliktu i samodzielne decyzje co do dalszego funkcjonowania związku. Terapia par czy małżeństw nie ma na celu utrzymania związku za wszelką cenę ani „naprawy” czy zmiany zachowania tylko jednej osoby. W trakcie może się okazać, że partnerzy zdecydują o rozstaniu. Dzięki terapii podejmą tę decyzję w pełni świadomie i będą mogli już w terapii indywidualnej przepracować proces zakończenia związku. Terapeuta jest osobą neutralną, nie przyjmuje punktu widzenia żadnej ze stron ani nie kieruje się własnymi przekonaniami. Nie doradza ani nie narzuca rozwiązań oraz nie podejmuje decyzji za partnerów. Terapeuta zaproponuje zasady skutecznego i bezpiecznego komunikowania się i w trakcie sesji będzie dbał o ich przestrzeganie. Pomoże zidentyfikować przyczyny i mechanizmy konfliktu, schematy zachowania partnerów oraz przedstawi możliwości zmiany. Dzięki temu partnerzy sami odnajdą wspólne wartości i obszary, które uznają za fundamenty ich związku oraz określą zasady jego funkcjonowania i podział ról. Kiedy wskazana jest inna forma terapii. Są sytuacje, w których terapeuta odmawia podjęcia się pracy z parą. Najczęściej jest to w sytuacjach gdy: istnieje decyzja o rozwodzie – wówczas terapeuta może zaproponować mediacje rozwodowe i terapię indywidualną z innymi terapeutami, partner lub oboje pozostają w podwójnych związkach – są to wskazania do terapii indywidualnej, między partnerami dochodzi do przemocy – terapeuta powinien przeprowadzić interwencję kryzysową, zgłosić przestępstwo ze względu na występujące zagrożenie życia czy zdrowia oraz zaproponować terapię indywidualną, w związku występuje choroba psychiczna lub uzależnienie czy współuzależnienie – są to wskazania do konsultacji psychiatrycznych w celu postawienia diagnozy oraz zaproponowania specjalistycznego leczenia w tym psychoterapii. Bardzo ważne jest aby partnerzy podczas terapii ujawnili jak najwięcej informacji o sobie i o występujących trudnościach. Terapeuta będzie wtedy w stanie zaproponować parze najlepszą formę wsparcia. Terapia par jak i małżeńska może odbywać się on-line.
  5. Dzień dobry. Jestem kobietą i mam 18 lat. Jestem osobą nieśmiałą i boję się kontaktów z obcymi ludźmi. Od ok. 7 miesięcy zaczęłam się bardzo zmieniać. Odczuwam duży niepokój głównie związany z moją przyszłością. Boję się że nie dam rady ułożyć sobie dobrego życia. Bardzo często nachodzą mnie "depresyjne" myśli, że jestem beznadziejna i nic nie warta. Stałam się znacznie bardziej zdenerwowana i zestresowana. Czuję w sercu coś w stylu ścisku, który utrzymuje się już przez długi czas. Bardzo męczy mnie niemożliwość do zrelaksowania się, niemożliwość do pozbycia się tego ścisku w sobie. Metody, które wcześniej działały relaksująco (głównie słuchanie spokojnej muzyki) już nie działają. Gdy próbuję odpocząć od razu nachodzą mnie myśli że nic nie robię i jestem beznadziejna, bo mogłabym zrobić pożyteczne rzeczy (głównie chodzi o projekty graficzne, które wystawiam na sprzedaż by trochę zarobić). Do tego doszedł ogromny brak motywacji do zrobienia czegokolwiek i niechęć do wychodzenia z łóżka, mimo że od zawsze byłam rannym ptaszkiem i nie miałam z tym żadnego problemu. Nie mówiłam o tym problemie nikomu, bo spodziewam się negatywnej reakcji i porównania do "kolejnej głupiej dziewuchy, która wymyśla sobie choroby psychiczne bo teraz jest na to moda". Obawiam się również podobnej myśli u psychologa przez to wstydzę się poprosić o pomoc. Czuję się już bardzo zmęczona sobą i nie wiem co się ze mną dzieje. Czy to nerwica? Czy może rzeczywiście jestem tylko tą głupią dziewuchą? Z góry bardzo dziękuję za poświęcony czas i odpowiedź.
  6. Hej, Mam 35 lat i od 10 lat jestem w związku małżenskim, mam prawie 5 letniego syna. W związku jesteśmy dłużej niż 10 lat, coś około 14 lat liczyć cały związek. Mój problem zauważyłem rok temu, może coś koło tej daty, ale teraz widzę że tak naprawdę był on wcześniej, jak bardzo tego nie wiem. Widzę że w tym czasie moja żona się ode mnie oddaliła. Jeśli chodzi o wspólne wyjścia to robimy je z synem i z żoną, raz na jakiś czas jezdzimy razem do różnych miejsc, na place zabaw, nie w okolicy, lecz dalej, na jakieś wycieczki. Jednak to jest puste wyjście, gdzie jedyną uwagę przyciąga tylko syn którym się zajmujemy. Oczywiście rozmawiamy, jednak to jest pusta rozmowa. Jednak zacznę tutaj od żony a potem opiszę siebie. Moja żona jest bardzo opiekuńcza kochająca syna, dokładną i pracowitą osobą. Założyła swoją działalność no po prostu osiągneła sukces życiowy. Jednak to wszystko odbiło się na związku, żona jest zapracowana, pracuje pół z domu pół w biurze(poza domem), podczas pracy w domu kontakt z nią jest ograniczony ze zwględu na ilość pracy którą posiada, czasami ma tyle pracy że mówi coś do swojego syna że mu zrobi jedzenie i tego nie pamięta, stawia syna i prace na pierwszym miejscu z czym oczywiście nie ma żadnego problemu ale mnie tam w ogóle nie ma, nie śpimy razem od czasu gdy się syn urodził, proóbowałem ją nakłonić do zakupu łóżka dla niego, co jest prawie że niemożliwe, przez to że nie śpimy razem to nie mamy w ogóle kontaktu między sobą, ona nie ma czasu na seks a że nie śpimy razem mi ciężko jest go zainicjować. Moja żona jest panią domu, ona podejmuje w większości decyzje z którymi potem moge się zgodzić lub wyrazić sprzeciw, oczywiście mam swoje zdanie, jednak tak jak w przypadku łóżka dla syna jest to nie moja decyzja. Rozmawiałem z nią już tyle razy że nie potrafię już tego zliczyć jeśli chodzi o zakup łóżka, w żaden sposób nie jest to rozpatrywane przez nią. Kiedyś przychodziłą do mojego pokoju razem przed snem oglądaliśmy filmy, coś tam rozmawaliśmy, kochaliśmy się. Potem doszło do tego że przestała to robić. To było może rok temu. Kim jestem, uczuciowa osoba, kocham bliskość drugich osób, lubię kontakt między ludzki. W związku byłem osobą która inicjowała bliskość, przytulała pierwsza. Pracuję również z domu jak i chodzę do pracy. Kocham mojego syna jak i moją żonę. Wiele razy to im mówię. Jestem typem który kocha swoją żonę nad swojego syna, nie wiem czy to dobrze, ale powiedziałem jej to kiedyś że ona zawsze będzie na pierwszym miejscu w moim życiu (ona uważa to za żart chyba), od zawsze uważam że syn kiedyś odejdzie a z żoną się żyje do śmierci. Oczywiście mam swoje wady typu że złoszczę się, jak jej mówię że najczęściej moje złości się z braku kontaktu z nią czy to chodzi o proste przytulania i poczucie miłości czy o zwykły seks (obecnie moje złości zamieniły się w obojętność). Zainicjowałem rozmowę o moim problemie, powiedziałem o co mi chodzi, starałem się wytłumaczyć czego mi brakuje w związku. Odpowiedź żony była że się zmieniła i nie będzie tak jak było 5 lat temu przed urodzeniem dziecka. Czuje jakbym w ogóle jej nie obchodził, oczywiście że mnie to złości, to już przeszło w lekką depresję, nic mi się nie chce, jestem smutny, nie potrafie się bawić z synem. Na początku się złościłem na brak seksu, brak kontaktu, brak spania, brak jej inicjatywy do jakichkolwiek relacji, uświadamiałem ją że brak seksu to jak dla mnie brak miłości, ona za to uważa że robiliśmy to za często (najczęściej było dwa razy w tygodniu, potem przeszło na raz w tygodniu, a obecnie chociaż nie zawsze jest raz na miesiąc). Wydaje mi się że przez to że pracuję spadło jej libido, nie widzi tego gdyż nie ma na to czasu. Ja natomiast planowałem odejść od niej już drugi raz. Za pierwszym razem byłem już przygotowany, zapakowałem się, jednak stwierdziłem że to nie jest rozwiązanie, oczywiście mieliśmy rozmowę na ten temat, obiecała że spróbuje się zmienić, minął miesiąc/dwa miesiące, nic się nie zmieniło, nadal pracuje mocno, nadal nie zwraca na mnie uwagi, nie planujemy powrotu do spania razem. Już mam ochotę naprawdę to zakończyć ze względu na brak miłości do mnie. Nawet dzisiaj wspomniałem czy mnie kocha, nie potrafi mi odpowiedzieć, dotego wczoraj chciałem skorzystać z jej telefonu i mi go wyrwała z ręki. Nie sądze by miała kogoś, bo ją już uświadamiałem że jeśli ma mi doprawiać rogi to lepiej będzie jak mi oszczędzi bólu i się rozstaniemy, kiedyś miała przyjaciela co z nim smsowała, od tego czasu mam poważny uraz z brakiem zaufania do niej, gdyż mocno to przeżyłem (według niej były to tylko smsy ja myślę że mogła się w pewnym sposób zadużyć w tej osobie, niby przestała ale kto go tam wie, wybaczyłem jej i po pewnym czasie urodził się nam syn). Nie wiem jak mam to widzieć, ogólnie mam już zaplanowane mieszkanie, martwi mnie mój synek gdyż to co się stanie to będzie związane z tym że ja odejdę od niego, mieszkanie jest mojej żony, zresztą nie sądze by sąd mi dał prawa opiekuńcze. Martwi mnie to kto się będzie nim zajmował jak mnie nie będzie, że to będzie moja wina że odszedłem i że nikt nie ma na niego czasu, gdyż jeśli jestem w domu i pracuję z domu to opiekuje się nim. Tak wiem że jest przedszkole gdzie moja żona nie często go tam wysyła. Może jest tutaj coś więcej do dodania jednak sam już nie wiem, trudno się o tym gada i jeszcze trudniej pisze. Nie wiem czy problem leży po mojej stronie czy po stronie żony. Według żony ja jestem osobą atakującą ją, że mi wszystko nie odpowiada, może i tak być bo ile można prosić o rozmawiać wciąż o tym samym, o braku miłości, z mojej strony moja żona nie słucha mnie i olewa wszystko co mówię, przez co myślę że zatraciłem się licząc że się zmieni, nie następuje dlatego mam ciągłe pytania, trochę pretensje że nic nie robi w tym kierunku. Czy jest tutaj coś co można zrobić bez rozmowy z nią z psychologiem rodzinnym? Bo nie wiem czy ona się zgodzi na to.
  7. Witam, mam na imię Magdalena i mam 24 lata. Jestem 5 lat po ślubie. Mąż jest ode mnie rok młodszy. Pobralismy się po tym jak zaszłam w pierwszą ciążę, obecnie mamy dwójkę dzieci 5 lat i rok. Kochamy się, przynajmniej tak mi się wydaje. Bo czasami mam wrażenie, że mąż już nic do mnie nie czuje. Ostatnio nagle zainteresował się była dziewczyna i jeszcze próbował to ukryć. Twierdzi, ze nawet z nią nie rozmawiał, że chciał tylko tak na jej profilu popatrzeć co u niej słychać. Nigdy wcześniej takiej sytuacji nie było. Kiedy zapytalam dlaczego, to powiedział tylko, że po prostu był ciekawy co u niej słychać, jak jej się życie układa. Zanim to zrobił podobno usłyszał jak jego siostra poruszyła jej temat ze swoim mezem. Czy to jest normalne, że nagle interesuje go życie byłej dziewczyny? Czy ja przesadzam przeżywając , że będąc ze mną on interesuje się innymi?
  8. Witam. Miłego 5 miesięcy po romansie moje 18 letniej dziewczyny. Poznała wówczas pewnego pana przez internet i w ciągu 2 miesięcy wyladowali w łóżku, oczywiście moim kosztem. Zapyacie dlaczego sobie nie radzę? Moja ukochana ma Bordeline. W trakcie tego ,,ataku" nie tylko mnie zdradzala, wyzywala, ponizala i manipulowala do granic możliwości, kiedy się dowiedzialem o zdradzie 20 marca wszystko się zmnienilo, powoli bo powoli ale zaczela się zmnieniac na lepsze ale nie czuję że to zamknięty rozdział bo znalazłem u niej nadal zdjęcia tego człowieka i przyznala że się jej śnił. Konsekwencje u niej są takie że brzydzi się swoim ciałem, gardzi swoją osobą i miewa czynności autodestrukcyjne, a ja z kolei nie czuję się mężczyzną. To wszystko jak mnie traktowała, co mówiła (dla przykładu śmiała się z rozmiaru wiadomo czego, opowiadala jak jej bylo źle ze mną, jak to jestem do niczego, śmiała się ze mnie i mojego wyglądu i caly czas gloryfikowala ,,przyjaciela"). Mam przez nią kompleks na punkcie penisa (mimo ze potem mówiła ze nie wie co w nią wstapilo, nie ufam jej, i co najważniejsze mam co trochę flashbacki z ich zdjeciami, scenami seksu i wyśmiewania mnie. Planujemy wspólną przyszłość i wybaczylem jej to wszystko ale wspomnienia mnie niszczą. Ona ma dodatkowo depresję i nie ma ochotę na seks a pewnie domyślacie się że gdy słyszę że nie ma ochoty z czym mi się to kojarzy. Szukam pomocy, dzwoniłem na telefony zaufania i nic to nie dało. Na ten moment nasz związek nie wygląda tak jak powinien i wiem to i ja i ona, dlatego daliśmy sobie tydzień przerwy na przemyslenie wszystkiego. Nie wiem co mam myśleć, co robić z życiem. Boję się że miłość mojej młodości wypalila się bezpowrotnie. Błagam was o pomoc.
  9. Dzień dobry, Mam 27 lat i mam problem. Od roku jestem pod ciągłym stresem związanym z pracą na etacie i otworzeniem swojej działalności, która wymaga dużej odpowiedzialności. Mam wrażenie, że to mnie przerosło. Na początku tego roku zaczęły mi się zawroty głowy i na moment tracenie świadomości. Na początku myślałam, ze to chwilowe bo stres, bo dużo pracy. Jednak doszło do tego, że zawroty pojawiały się prawie codziennie i nie tylko w pracy ale również przed snem, gdy już leżałam na łóżku. Przestraszona, że może coś jest nie tak z moim zdrowiem poszłam do neurologa. Zrobiłam rezonans, który zaleciła pani lekarz i okazało się, że wszystko dobrze. Dla własnego komfortu i sprawdzenia zrobiłam jeszcze morfologię, która również wyszła idealnie. Chyba świadomość tego, że badania wyszły bardzo dobrze, sprawiła, że zawroty ustały. Jednak mam wrażenie, ze pojawiło się coś gorszego. Od dwóch miesięcy pojawiają się u mnie dziwne stany lękowe, których nawet nie potrafię sama sobie wytłumaczyć. Podam dwa ostatnie przykłady. Tydzień temu byłam ze znajomymi na urlopie. Odcięłam się na ten czas od pracy i było wszystko dobrze. Jednak w noc przed wyjazdem obudziłam się i bardzo bolał mnie brzuch. Miałam mdłości i ból głowy. Do tego miałam wrażenie, że mam dużą temperaturę i pojawił się duży stres i lęk, ze mogę umrzeć. Doszło do tego stanu, ze obudziłam wszystkich w domku bo nie mogłam sobie z tym poradzić i nerwowo wszystkich prosiłam aby sprawdzili moje czoło czy nie mam temperatury. Po jakiejś godzinie z trudem usnęłam. Rano, gdy mieliśmy wyjeżdżać (ja byłam jednym z kierowców) bałam się, ze nie dojadę do domu. Bałam się prowadzić samochód. Szykując się cały czas płakałam. Nie rozumiem skąd ten lęk bo jeżdżę samochodem od dziesięciu lat dzień w dzień. Długie dystanse też nigdy nie były mi straszne, a to było raptem 200 km. Gdy wróciłam do domu wszystko wróciło do normy. Drugi przykład, z wczoraj. Cały dzień było wszystko dobrze. Była niedziela, więc pozwoliłam sobie na dzień lenistwa z książką. Jednak wieczorem miałam bóle głowy, stany lękowe, że coś jest ze mną nie tak. Cieżko mi opisać to uczucie. Mam wtedy wrażenie jakbym dosłownie stała na krawędzi życia. Ciężko mi się na czymkolwiek skupić. Mam przyspieszony puls, który ciągle sprawdzam. Boję się, że mam tak duże ciśnienie, że wybuchnie mi serce. Wiem, ze to jest strasznie irracjonalne, ale gdy mam takie stany to mam wrażenie, że naprawdę mogę umrzeć. Takie stany zdarzają mi się jakieś 2-3 razy w tygodniu. Mam wrażenie, że to przez ciągły stres i chyba po prostu mam za dużo obowiązków na głowie. Nie wiem jak sobie z tym radzić. Proszę o poradę czy to może być nerwica lękowa, ewentualnie jakaś inna choroba i jak mogłabym zacząć to leczyć, bo serio już jestem na skraju. Dodam jeszcze, że zawsze byłam osobą bardzo pozytywnie nastawiona do życia. Uwielbiałam poznawać ludzi, wychodzić z domu, żartować. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, jakby umarło we mnie życie. Nie mam ochoty wychodzić z domu na spotkania ze znajomymi, boję się poznawać nowych ludzi bo mam wrażenie, że źle mnie odbierają. W sumie ciągle jestem przymulona i bez życia.
  10. Cześć. Mam 24lata i od 16 roku życia byłam w związku przez 7lat. Na początku było świetnie, dogadywaliśmy się i lubiliśmy spędzać razem czas. Później on wyjechał na studia do innego miasta i widywaliśmy się tylko w weekendy ale mniejsza o to.. Nasze problemy pojawiły się rok temu gdzie cały rok byliśmy w związku na odległość. Pojawiły się niemiłe komentarze, czasami potrafił parę dni się nie odzywać. Rozstaliśmy się, aż na jeden dzień i do siebie wróciliśmy. Później mnie nie było w wakacje i znowu kłótnia i znowu nie wiadoma. Rozstaliśmy się oficjalnie w listopadzie, ale ciągle się spotykaliśmy, wyznawalismy uczucia. Zauważyłam, że moja koleżanka próbuje go związać ze swoją koleżanką i tak też się stało.. dwa tygodnie temu zadzownił do mnie i powiedział, że tęskni oraz kocha a dzisiaj dowiedziałam się, że jest w związku z tą właśnie dziewczyna. Wiem, że nie powinnam być zła i czuć tego co czuje ale w pewnym sensie czuję się oszukana(?) Mam wrażenie, że bawił się moimi uczuciami albo bawi się jej uczuciami i traktuję ją jak odskocznię albo coś nowego. Natomiast ja jestem sierotą i bardzo przeżywam rozstanie. Mam wrażenie, że na tym ucierpiała moja samoocena i wydaje mi się, że nigdy sobie nikogo nie znajdę.. jak poradzić sobie po rozstaniu? Udawać, że nie boli, że tak szybko znalazł sobie nową dziewczynę? Mam wrażenie, że on nie ma do mnie szacunku skoro po tak krótkim czasie znalazł sobie inną.. Mam trochę wrażenie, że napisałam chaotycznie ale nie mogę jeść ani spać. Czuję się wykończona psychicznie i odechciewa mi się żyć..
  11. Witam, a więc spotykam się od marca z facetem, którego znam od 8 lat. Jest po rozwodzie od lutego 2019 roku. Byl mną zainteresowany od dłuższego czasu, problem w tym, że teraz do tego wszystkiego rozwiodła się nasza wspólna znajoma, która do niego pisze. On niby twierdzi, że nic ich nie łączy i, że to tylko koleżanka, ale ja jestem zazdrosna, on o tym wie i go to denerwuje trochę. Nie wiem co robić, jak mam sobie z tym wszystkim poradzić, ponieważ nasze rozmowy sprowadzają się do zdania, że przesadzam i się za bardzo wszystkim przejmuje.
  12. Witam wszystkich Jest to mój pierwszy post na tego typu stronie, jestem 19-letnią dziewczyną i odkąd pamiętam zmagam się z problemem odnośnie odczuwania emocji i budowania relacji. Kiedyś myślałam, że jest to "przejściowe", że każdy w życiu przechodzi taki etap. Już w szkole podstawowej zauważyłam, że od zawsze odstawałam od innych dzieci, byłam otoczona dużym gronem znajomych, ale nigdy nie potrafiłam zaangażować się w żadną przyjaźń i nigdy nie darzyłam nikogo szczególną sympatią. Wtedy nie było to jeszcze na tyle szkodliwe, ale kilka lat później zaczęły się pierwsze związki. Zawsze była to ta sama historia, pierwsze wrażenie, spędzenie czasu, bliskość z partnerem, chęć zaangażowania się, ale nadal brak jakiejkolwiek zażyłości emocjonalnej z mojej strony. Nagle zawsze szybko wkradała się oschłość i obojętność. Często kończyło się to złym zachowaniem z mojej strony, doszło nawet niejednokrotnie do zdrady, wszystko byleby cokolwiek nareszcie poczuć, chociaż na chwilę. Tak samo było z wieloletnimi "przyjaźniami", miałam wokół siebie lolajne, kochane osoby, które potrafiły mnie pokochać, dopiero z perspektywy czasu zauważam, że mieli zawsze dobre i szczere intencje. Niestety nie potrafiłam tego przyjąć, docenić. Boję się samotności, ale mimo to odcięłam się od wszystkich moich bliskich osób, bo nie potrafiłam dać im tego, co oni dawali mi, a zdecydowanie na to zasługiwali. Mimo tego, że spędzałam z kimś każdą wolną chwilę, z dnia na dzień urwałam kontakt, chciałam dać drugiej osobie możliwość "uwolnienia się", znalezienia w życiu kogoś bardziej odpowiedniego, nie potrafiłam spojrzeć drugiej osobie w oczy i przeprosić, nie mogłam nawet zmusić się do jakiegokolwiek poczucia winy. Dopiero po czasie z każdym takim zachowaniem czułam do siebie coraz większą nienawiść i obrzydzenie. Wiele razy w zwykłej, codziennej sytuacji, chociażby patrząc w lustro potrafię wpatrywać się godzinami w swoje odbicie i nie mogę wydusić z siebie chociażby jednej łzy, a właśnie na to mam nieraz ochotę i stale zadaję sobie pytanie dlaczego nie mogę być jak inni? Kiedy sytuacja powtórzyła się przy kolejnym i kolejnym, nawet kilkuletnim związku czy przyjaźni, postanowiłam odpocząć, zadbać o siebie, odciąć się od jakichkolwiek relacji, przestać ranić innych, spróbować pokochać przede wszystkim siebie. Szukałam w internecie na różnych forach ludzi o podobnych przeżyciach, w tamtym momencie zdałam sobie sprawę, że dłużej sama nie dam rady sobie z tym radzić. Aktulanie, po tych wszystkich wydarzeniach, które męczą mnie już od wielu lat, jestem na skraju załamania, zaczęłam często się upijać, czy chociażby odurzać żeby tylko na chwilę poczuć cokolwiek, przez co na drugi dzień czuję się jak bym była swoim największym wrogiem. Próbowałam już wszystkiego, ale nadal patrząc w lustro widzę człowieka, którym nigdy nie chciałam się stać i nie wiem jak sobie pomóc. Chciałabym w końcu obudzić w sobie jakiekolwiek emocje i po prostu być normalna. Od wielu lat rozważałam opcję pomocy psychologicznej, ale zawsze bałam się, że zostanę oceniona z góry, że inni tego nie zrozumieją? Mam świadomość tego, że sama nie poradzę sobie z tym problemem i potrzebuję pomocy, bo jeszcze całe życie przede mną, mam swoje plany i marzenia, które jeszcze kiedyś chce zrealizować. Wystarczy, że przegapiłam przez to wszystko najlepsze lata i najlepsze momenty w moim życiu.
  13. Witam ! Jestem mężatką od ponad 4 lat , znam swojego męża od prawie 9 lat , moi znajomi znają mnie jako miłą uśmiechniętą dziewczynę z głową pełną rozwiązań i pomysłów . Tak, nie wiedzą jednak że czasami głowa ta puchnie z powodu problemów których nie potrafię rozwiązać ... Zazwyczaj o swoich problemach mówiłam mamie bądź przyjaciółce to w nich czułam oparcie, lecz od pewnego momentu (czasie po zawarciu małżeństwa-czasie docierania się) zaczęłam dusić pewne kwestie.. Zacznę od początku , z mężem przed ślubem znałam sie 4 lata nie mieszkaliśmy ze sobą on mieszkał 50 km ode mnie , spotykaliśmy się w weekendy .. Z czasem przyszła decyzja o ślubie a z nią masa problemów , Na weselu mój M. prawie pobił się z moim rodzonym bratem mimo tego iż mój brat z natury jest bardzo spokojnym człowiekiem , tłumaczyłam sobie tą sytuacje jako napięcie ślubne , sytuacja jednorazowa , minęło kilka miesięcy a z nią 1 nieplanowany wyjazd do pracy za granice (oczywiście we 2) wiadomo ten kto był za granicą wie iż w weekendy zazwyczaj przychodzi "relaks" czyli niepohamowane picie alkoholu. Ja z natury spokojna preferująca tylko piwo typu 0% patrzyłam bokiem jak mój mąż wpija w siebie alkohol. Próbowałam zastopować te głupie zachowania, bez skutku , po odpowiedniej ilości spożytego piwa , mój mąż zaczął zachowywać się jak istny agresor , zaczął wyzywać mnie , poniżać , rzucać łożkiem(podnosił je do sufitu) i wszystkim tym co miał pod ręka , grozić że rozwali wszystko to , co stoi mu na drodze. Po czym uspokoił się i po zmniejszeniu adrenaliny zasnął. Tłumaczyłam sobie tę sytuacje : że jest z dala od rodziny być może w taki sposób próbował rozluźnić napięcie , wyjaśniałam mu jak zachowuje się po spożyciu , że boli mnie to jak zachowuje się w stosunku do mnie lecz bezskutecznie ... Mijały miesiące nadszedł koniec naszej zagranicznej pracy . Z dnia na dzień poznawałam zachowania jego i rodziny teściów. Mąż podjął pracę w miejscowej fabryce , zaczęły się imprezy integracyjne w pracy a ja drżałam niepokojem co nowego wydarzy się po imprezie , czy mąż wróci i nic złego po drodze nie przydarzy mu się , miałam tylko złudne nadzieję , po kolejnym spożyciu musiałam eskortowac męża gdyż nie był w stanie sam wrócić o własnych siłach , nie dosyć tego zaczęła sie bójka pomiędzy kolegami z pracy w której M. mój miał swój udział. Kolejna nieprzespana noc i rozmyślanie , dlaczego ja ? Spokojna dziewczyna ze wsi , wydaje się ułożona musi cierpieć z tego powodu ... Nie rozmawiam z nikim na temat tych wydarzeń , z chwilą przypomnienia o tym zazwyczaj łapie mnie niepokój. Co nowego przydarzyć może się jeszcze? Ile będzie trwał ten koszmar? Nadeszły święta a razem z nimi zapaliła się mi pomarańczowa lampka?! Dostaliśmy zaproszenie od teściów na 1 dzień Świąt , skorzystaliśmy z niego , lecz kilka spraw przejaśniło mi się , poznałam zwyczaje rodziny męża , okazało się w nich iż Mój teść po spożyciu alkoholu zachowuje się 100 razy gorzej od mojego męża lecz mimo tego iż znęcał się psychicznie nad moją teściową sądzę iż jeśli ktoś sprzeciwiłby mu się bądź zwrócił uwagę doszło by do rękoczynów bezbronnej spokojnej osoby. Mój mąż z reguły dominator (patrzący i biorący wzór z własnego ojca ) nagle zamilkł , tak po prostu wyszedł ze mną bez słowa , widziałam w nim kota wtulonego w swój ogon bądź psa z klapniętymi uszami . Na pytanie moje o zaistniała sytuacje odpowiadał nie wtrącaj się to nie twoja sprawa . Ogólnie krótko mówiąc , mąż z reguły jest dobrym człowiekiem bez alkoholu , lecz bardzo zamkniętym w sobie , bardzo wybuchowym . Nie potrafię z nim rozmawiać , ja radosna i uśmiechnięta osoba , nie umiem rozmawiać z mężem po 4 latach małżeństwa po każdej naszej kłotni zastanawiam się czy ma to sens . Nie potrafię dogadać się mimo tego iż mówie mu co leży mi na sercu ,on unosi się krzykiem , trzaska drzwiami badź próbuje mnie zakrzyczeć , jest dosyć impulsywny i nie panuje nad tym co mówi. Razi mnie to bardzo bo wiem że w glebi serca jest tam dobry człowiek ,pomocny , pracowity lecz nie potrafi komunikować . Bierze przykład z ojca , chce dominować -mnie gryzie to zachowanie , tyle nerwów.... Nie mamy dzieci lecz nawet pytanie o potomstwo przyprawia mnie o bol głowy . Obydwoje pracujemy zawodowo, zarabiamy dobrze lecz temat dziecka to temat tabu . Jeśli poruszę temat rozmawiać będe sama ze sobą .. powoli odpuszczam . Czasami rozmawiam z męzem o terapii lecz on wogole nie chce slyszeć o czymś takim, nie umie rozwiązywac naszych problemów we 2 , potrafi tylko skompromitowac mnie przy jego własnej rodzinie , mam wrazenie ze czuje wtedy radość że jest mi wtedy przykro ... Ja co raz bardziej zaczynam wycofywac się z tego związku... Nie wiem totalnie co mam robić , jak nauczyć się postępować z takim człowiekiem , prosze pomóżcie mi, doradźcie co w danej sytuacji zrobić , ja powoli tracę nadzieję w lepsze jutro , staram się rozmawiać lecz po każdej rozmowie nadchodzi wybuchowość i milczenie ze strony męża.. Proszę o poradę , Agnieszka !
  14. Witam, jestem studentką, mam 22 lata, a problem z niską samooceną mam w sumie od zawsze. Tak naprawdę problem z samooceną nie jest jedynym problemem z którym się męczę w życiu, jednak jakieś 4 lata temu po rozmowie ze szkolnym psychologiem doszłam do wniosku, że moje postrzeganie siebie i swoich umiejętności powoduje inne problemy. Zaczynając od ogromnych problemów ze stresem, kiedy nawet dwa dni przed np sprawdzianem/egzaminem nie mogę jeść, wymiotuję i źle się czuję, a kończąc na problemach w związku. Ten sam szkolny psycholog zasugerował, że to wszystko mogło się przyczynić do stanów depresyjnych z którymi chyba jeszcze walczę. "Chyba" ponieważ przez długi czas nic się nie działo, jednak jestem w takim momencie w życiu że pokłóciłam się ze swoją partnerką i po raz pierwszy od dawna czuję, że to wszystko do mnie wraca. Nigdy nie wyniosłam swoich problemów poza krąg bliskich przyjaciół i gabinet psychologa szkolnego. Teraz jak się zastanawiam to nie wiem nawet dlaczego. Może jakbym to zrobiła pewne rzeczy wyglądałyby inaczej... Do liceum nie postrzegałam tego wszystkiego jako problem. Przecież każdy czasem nie może na siebie spojrzeć, każdy czasem się denerwuję, prawda? Problemy jakie mam ze stresem dokuczały mi od zawsze. Już w podstawówce miałam problemy z pisaniem sprawdzianów i kartkówek. Wtedy to wszystko objawiało się złym samopoczuciem dzień czy dwa wcześniej, a podczas samego piania praktycznie zapominałam wszystko czego się nauczyłam w domu. Często było tak, że godzinę przed sprawdzianem mogłam praktycznie wyrecytować zawartość notatek, a po dostaniu kartki nie pamiętałam najprostrzej rzeczy. W gimnazjum wyglądało to bardzo podobnie, natomiast w liceum znajomi z klasy próbowali nauczyć mnie luźniejszego podchodzenia do sprawdzianów. W pewnej części im się udało, jednak takie rzeczy jak próbne matury kończyły się u mnie zawsze tak samo: ogromny stres, problemy żołądkowe, a podczas odpowiadania zdarzało mi się nawet rozpłakać. Sesje na studiach dla mnie to prawdziwy koszmar. Na pewno nie pomagało mi to, że w pewnym momencie już zaczęłam podchodzić do pisania z nastawieniem, że przecież i tak nic nie będę umieć, więc po co w ogóle się starać? Problem ze stresem jest dla mnie wyjątkowo trudny do opanowania, ponieważ wiem że wiąże się z tym jak postrzegam siebie, bo w końcu "i tak nic nie umiem", "nie dam rady tego zaliczyć" czy "po co w ogóle się starać jak to nie wyjdzie?". Podejrzewam, że ten problem ma gdzieś korzenie jeszcze jak byłam małym dzieckiem, kiedy rodzice i dziadkowie powtarzali mi że nic nie umiem, do niczego się nie nadaję itd... Praktycznie nigdy nie umiałam o siebie zadbać i nie tylko jeśli chodzi o wygląd ale i o zdrowie. Od zawsze uważam się za beznadziejną osobę, która tylko się łudzi że coś osiągnie w życiu... Może też dlatego tak łatwo jest mi postawić dobro innych ponad swoje. Od zawsze w towarzystwie byłam tą, która zawsze pomoże, ma dobrą radę na wszystko. Dla przyjaciół byłam i jestem gotowa zrobić dosłownie wszystko. Raz jak usłyszałam, że przyjaciółka zerwała z chłopakiem, byłam gotowa pójść do niej, w samej piżamie, w środku nocy i w środku zimy. Czasem a nawet często to przyjaciele musieli mnie powstrzymywać żebym nie zrobiła czegoś głupiego. Przez bardzo dług czas nie chciałam nawet myśleć żeby pójść do psychologa czy poprosić kogoś żeby mi pomógł. W domu zawsze słyszałam od mamy, że problem z samoocena to nie jest żaden poważny problem, a od taty, że też się z tym zmaga i jakoś żyje. Dlatego też stwierdziłam, że ludzie mają poważniejsze problemy i skoro można z tym żyć to muszę się tego nauczyć. Do pani psycholog poszłam w momencie kiedy miałam myśli samobójcze i kiedy tak naprawdę przyjaciółka na siłę zaciągnęła mnie do gabinetu. Od tego momentu pojawiałam się w gabinecie regularnie przez kilka miesięcy głównie żeby móc się wygadać z rzeczy, których nie chciałam mówić nikomu innemu. Doszłam do wniosku, że niska samoocena przeszkadza mi też w relacjach z przyjaciółmi, ponieważ często łapałam się na myślach, że przyjaźnią się ze mną na chwilę, na pewno niedługo znajda sobie kogoś lepszego ode mnie. Panicznie bałam się zostać sama. Te myśli tak naprawdę nigdy się nie skończyły, bo nawet kiedy weszłam w związek bałam się, że moja partnerka pozna kogoś i uzna że z tym kimś będzie szczęśliwsza. Często mi powtarzała że tylko ze mną chce być i nie mam się o co martwić. Dalej mi powtarza, że jestem wartościowa i piękna, ale jakoś nie mogę w to uwierzyć. Tak naprawdę przed poznaniem jej nie mogę sobie przypomnieć nawet tak małej rzeczy, że przed wyjściem z domu uznałam, że ładni wyglądam. Zawsze opisywałam się jak przysłowiowy potwór i nie widziałam w tym nic złego. Po prostu brzydka dziewczyna, która zawsze będzie sama i jest na tyle beznadziejna, że nie zasługuje nawet na trochę szczęścia. Ostatnia rzeczą jaką chciałam poruszyć która zatruwa mi życie już długi czas jest to, że uważam się za odpowiedzialną za wszystko co złego spotyka mnie i moich bliskich. Każdy problem w związku jest z mojej winy, każda kłótnia tylko i wyłącznie przeze mnie... Nie wiem jak się tego oduczyć. Nie wiem co mam zrobić. Przeszukałam już chyba cały internet w poszukiwaniu złotych rad, które jakoś mogłyby mi pomóc, ale niestety nic nie pomogło. Dalej są dni, kiedy nie umiem spojrzeć na swoje odbicie w lustrze czy nie potrafię powiedzieć nawet pół dobrego słowa na swój temat. Chciałabym się zapytać od czego mogłabym zacząć walkę o swoją samoocenę? Niestety mieszkam z rodzicami i nie pracuję, więc nie mam funduszy na wizytę u psychologa, jednak z początkiem roku akademickiego mam zamiar podjąć jakieś zatrudnienie i wtedy zdecydować się na terapię. Do tego czasu chciałabym jednak spróbować popracować nad sobą w domu i czy mogłabym prosić o radę jak zacząć...
  15. Witam wszystkich na forum. To mój pierwszy post także prosił bym o wyrozumiałość. Z góry dziękuję. Jestem Pablito( 38 lat), mąż z 12 letnim stażem i synem w wieku 10 lat. Postaram się teraz nakreślić mój problem. A mianowicie... Z moją żoną jestem w związku od 18 lat, później był ślub a po dwóch latach urodził się Nasz syn. W związku raczej nigdy nie dochodziło do większych sprzeczek, raczej byliśmy zgodni. Jeśli chodzi o czynności intymne powiem tak, szału nie było nigdy, choć bywały okresy bardzo wzmożonej aktywności. Jak urodził się Nasz syn to wiadomą sprawą jest, że dziecko czasami dla Naszej wygody (przynajmniej tajk mi sie kiedyś wydawało) braliśmy do łóżka.. karmienie nocna i ogólnie szybsza i sprawniejsza opieka nad noworodkiem. Dziecko rosło i rosło spało nawet przez jakiś czas w łóżeczku, choć czesto się zdarzało , że wchodziło do naszej sypialni. Za jakiś czas mniej więcej w wieku około 3 lat już zupełnie się przeniosło do Naszego łóżka.. osobiście mi zawsze to przeszkadzało, bo wiadomo każdy mężczyzna potrzebuje trochę bliskości z kobietą, jednek słowa żony zawsze były takie same.." a co ja mam zrobić? " . Ja dziecko odnosiłem do jego łóżka lecz po kilku godzinach jęczenia i grymaszenia finalnie i tak wracało do Naszego. W początkowym okresie dochodziło nawet do tego że potrafiłem kłaść się koło jego łóżka na ziemi i czekać aż zaśnie itd. Trwało to i trwało lecz finalnie i tak się budził i wracał do Naszego łóżka (nie wiem nawet kiedy i jak mogłem dopuścić do tego, ale niestety wyszło jak wyszło). Czas mijał, dziecko rosło i w trójkę było mi już niewygodnie. Pewnego dnia się zdenerwowałemi i poszedłem spać do pokoju na dół i tak już przeszło 5 lat... Moja małżonka oczywiście nic sobie za bardzo z tego nie robiła więc zacząłem się przyzwyczajać do tej sytuacji i sam odpuściłem starania. Jak się domyślacie zapewne Nasze pożycie małżeńskie jest zerowe, tak właśnie nie pamiętam już kiedy uprawiałem ostatni raz seks z moja żoną.. 5..może 6 lat temu hmm, sam nie wiem. Ale tu nie o sam seks chodzi. Mam wrażenie, że mój dorastający syn jest bardzo pokrzywdzony. Nie ma w nim tej ikry do życia.. Zrobił się taki "synuś mamusi". Syn ma swój pokój , swoje łóżku które z biegiem lat się zmieniało bo wiadomo dziecko rośnie, ale nigdy tak naprawdę z niego nie korzystał. Nie chcę mu sprawić krzywdy tym zaistniałym faktem spania z matką, ale szczerze nie wiem jak wybrnąć z tej sytuacji. Moja żona nic sobie z tego nie robi kompletnie. Śpi z nią w jednym łóżku i jest ok. Chciałbym wrócic do wspólnego łoża małżeńskiego, ale obawiam się że za bardzo się w tym zagmatwałem i sam sobie z tym nie poradzę. Wchodzę chyba powoli w okres takiej wegetacji.. Bardzo proszę o pomoc
  16. Ostatnio w swoim gabinecie spotykam wiele kobiet, które doświadczają na co dzień przemocy psychicznej ze strony partnera. Nierzadko idzie ona w parze z przemocą fizyczną i ekonomiczną. To nie jest łatwy temat, ale tak ważny, szczególnie dla kobiet, które już od dziecka są wychowywane na osoby miłe, skromne, usłużne i wręcz zaprogramowane, żeby w pierwszym rzędzie dbać o potrzeby swojej rodziny, a dopiero później, o swoje. Czym jest zjawisko przemocy psychicznej? Właściwie każda z kobiet może reagować w bardzo różny sposób na to, co usłyszy, doświadczy ze strony partnera. Podam w tym miejscu jedną z definicji. Przemoc psychiczna jest zachowaniem (lub jego zaniechaniem), którego intencją jest kontrolowanie, powodowanie cierpienia, naruszanie praw i dóbr osobistych ofiary przez osobę silniejszą. Zachowania, które klasyfikuje się w kategorii przemocowych to głównie: kontrolowanie kontaktów ofiary z rodziną lub znajomymi (tak telefonicznych, jak i osobistych), szkalowanie, szykanowanie i urąganie ofierze, wyzywanie, oskarżanie, a czasem również przedrzeźnianie i wyprowadzanie z równowagi, protekcjonalne, lekceważące, pozbawione szacunku postępowanie i/lub wypowiedzi w stosunku do ofiary przy osobach trzecich, grożenie partnerowi bezpośrednią napastliwością, niszczeniem rzeczy ofiary, wyładowywaniem agresji na przykład poprzez rzucanie przedmiotami, trzaskanie drzwiami czy kopanie w ściany, obarczanie ofiary winą za własne zachowania sprawcy, wywoływanie poczucia odpowiedzialności za relacje w związku i niekontrolowane emocje oprawcy. Przemoc psychiczną w związku ciężko dostrzec, a następnie wykazać i udokumentować. Ofiara jest zwykle niemal całkowicie podporządkowana sprawcy, zmanipulowana, odizolowana od społeczeństwa, przekona o byciu winną i nic nie wartą. Wyjście z takiego stanu jest bardzo trudne, dlatego od początku nie można ignorować zachowań, które mogą nosić znamiona przemocy lub po prostu nią być. Bardzo ważne jest natychmiastowe reagowanie na niżej wymienione zachowania nie tylko sprawcy, ale również ofiary. Często jest tak, że związek z osobą o zaburzonej osobowości przebiega według trzech głównych faz: idealizacji, dewaluacji i odrzucenia. Etap idealizacji polega na zachłyśnięciu się uczuciem miłości, błogości, na spędzaniu razem mnóstwa czasu, jednym słowem na sielance. I byłoby super, gdyby nie fakt, że my kobiety, często przymykamy oko na niepokojące sygnały w zachowaniu partnera, które zauważamy już na samym początku znajomości. Nie chcemy widzieć np. sporadycznych przejawów chamstwa, agresji czy zwykłego lenistwa, nieodpowiedzialności. Etap idealizacji to także czas, w którym zaburzony partner zbiera informacje o partnerce, poznaje między innymi jej słabe strony. A po co? Żeby w drugim etapie - dewaluacji – stopniowo wykorzystać tę wiedzę przeciwko partnerce. Stopniowo, bo gdyby wypalił z przemocą psychiczną od razu, na bank kobieta pogoniłaby takiego mężczyznę. Użyję tutaj plastycznej metafory – żaby, którą wrzuca się do gorącej wody. Jeśli żaba nagle ląduje we wrzątku, to szybciutko stamtąd ucieka. Jeśli natomiast żaba siedzi w wodzie, która jest stopniowo podgrzewana, to zostanie w końcu ugotowana. Przykre, ale tak się zdarza. Przemoc psychiczna boli najbardziej i trudno ją udowodnić, bo jest dostosowana do każdej kobiety, do każdego mężczyzny, najczęściej bardzo indywidualnie, bo każdy ma inne doświadczenia i słabe strony, ograniczenia. Choć rozmowa o doświadczaniu przemocy, jest trudna to jednak jest niezwykle ważna. Konieczne jest przełamanie tego tematu tabu i tajemnicy, które powodują lęk, wycofanie, a niejednokrotnie również wstyd. Jeśli Wy, drodzy czytelnicy, znajdujecie się w podobnej, do opisywanej przeze mnie, sytuacji, pamiętajcie, że to nie wy powinniście się wstydzić i że to nie wasza wina, że partner/parnterka wyładowuje się na Was. Szukajcie pomocy, nigdy nie ustawajcie w walce o lepsze jutro dla Was i dla Waszych dzieci.
  17. Jestem 20 letnia kobieta. Od roku leczę żołądek, zdiagnozowano juz zapalenie żołądka które zostało wyleczone a teraz zdiagnozowana została dyspepsja. Jest to dla mnie o tyle trudne ze czuje paniczny lek przed wymiotowaniem. Przez cała ta sytuacje boje sie napić alkoholu czy zjesc czegoś na mieście, ponieważ przez ciagle mdłości boje sie ze zwymiotuje. Przez to wszystko zaczynam bać sie wyjsć do ludzi czy przebywania w miejscach innych niż moj dom. Często zdarza mi sie płakać, ponieważ czuje bezsilność przez chorobę. Chve teraz zacza studia ale boje sie ze nie będę mogła skupić sie na niczym innym niż problemy żołądkowe. Sama juz nie wiem czy te wszystkie problemy nie są spowodowane bardziej moimi myślami i gorszym stanę psychicznym czy serio problemami z żołądkiem. Powoli mam juz tego wszystkie dość i nie wiem ile jeszcze dam radę tak pociągnąć.
  18. Morgana

    Witam

    Witam serdecznie, mam 43 lata, jestem DDA ze wszystkim tego konsekwencjami i krzywdami doznanymi, dziecko bohater, obecnie trudno powiedzieć, w terapii, choć nie wiem czy jestem uleczana naprawialna. mam kłopoty z niewybaczoną krzywdą i wszystko pamiętam i złością na wszystkich z wielkim poczuciem zalu zazdrości i chyba uzależniona od użalania sie.
  19. Dzień dobry Mam 28 lat. Ze swoją partnerką jesteśmy razem prawie od 11 lat. W tym czasie przechodziliśmy przez kilka kryzysów, ale wychodziliśmy z nich obronną ręką. Obecna sytuacja między nami nie napawa optymizmem. Miesiąc temu zakochała się w swoim szefie. Sytuacja między nimi rozwijała się w sposób otwarty przez 4 dni. Wcześniej przez pewien czas coś do niego czuła, sama nie potrafiąc tego nazwać ani zrozumieć. Kiedy doszło między nimi do rozmowy na ten temat od razu się pocałowali. W ciągu czterech dni wyznawali sobie miłość, planowali dziecko, wspólne mieszkanie po pewnym czasie oraz współżycie w momencie gdy zakończą swoje dotychczasowe związki. Zostawił dla niej kobietę z dwójką małych dzieci. Prawie wszystko do czego między nimi doszło działo się wyłącznie w pracy. Z racji tego, że znamy się tak długo i dobrze, mając wypracowaną komunikację nie tylko werbalną nie potrzebowałem wiele czasu, aby zorientować się że coś jest nie tak. Pytałem nie uzyskując odpowiedzi więc sprawdzałem lokalizację swojej partnerki i dwukrotnie udałem się w miejsce gdzie była z pewnym opóźnieniem. Bardzo dużo rozmawiała przez telefon, często wychodziła w tym celu z domu. Po tych czterech dniach powiedziała mi że się zakochała. Moją pierwszą reakcją było rzucenie w nią pierścionkiem zaręczynowym, który nabyłem zanim przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, w którym chciałem abyśmy zaczęli nowy etap w życiu. Dużo rozmawialiśmy o tym w jaki sposób do tego między nimi doszło. Minęło dosłownie kilka dni i gotów byłem jej wybaczyć. Dzięki wspólnym rozmowom szczerym tak, jak nigdy wcześniej przeżyłem swego rodzaju katharsis pod wieloma względami. Zrozumiałem, że w pewnym sensie popchnąłem ją do tego. Gdy zaczęliśmy razem mieszkać 6 lat temu byłem strasznie niezaradny życiowo. Nie potrafiłem gotować, mieliśmy sporo kłótni o obowiązki domowe lecz w ostatnich dwóch latach mocno się to zmieniło. Jest bardzo zżyta z matką (wychowała się bez ojca) i ona bardzo nam pomagała. W momencie gdy miała ciężką sytuację finansową pomoc uzyskiwała od niej. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu wydaje mi się, że zrobiłem się wygodny i tam gdzie potrzebne było wsparcie ode mnie dostawała je od matki. Bardzo długo zwlekałem z oświadczynami; każda kobieta tego pragnie, a zachowałem się jak stereotypowy facet twierdząc, że to niewiele zmieni, bo i tak żyjemy jak rodzina. Miała pretensję o mój brak ambicji na płaszczyźnie zawodowej i wykonywanie pracy fizycznej mimo predyspozycji do czegoś więcej. Odbierałem to jako ataki zamiast jako troskę i dobrą wolę. Wpędziło mnie to w pewnego rodzaju kompleksy, nie czułem się doceniany, ale nie wiem czy byłoby co doceniać. Oświadczyłem się jej w domu, w chorych okolicznościach lecz nie był to akt desperacji czy zatrzymania jej na siłę tylko coś co chciałem zrobić i nigdy bym sobie nie wybaczył nie robiąc tego. Wiele z tych kwestii, które jej we mnie przeszkadzały zmieniłem w sobie w ciągu ostatnich 2-3 lat. Gotowałem, obowiązki domowe nie były dla nas problemem, zajmowałem się "męskimi sprawami" w domu. Wiem jednak, że nie zmieniłem wszystkiego, co było problemem. Myślę, że to wystarczające powody aby deficyty w związku wypełniać gdzieś indziej. Wychowała się bez ojca i potrzebowała go, a w pewnym sensie zamiast tego miała we mnie synka Postanowiliśmy spróbować odbudować nasz związek, oznajmiła to temu drugiemu, powiedział jej całkiem dojrzale, że jeśli będzie chciała z nim być uczyni go najszczęśliwszym facetem na świecie, a jeśli ułoży jej się ze mną to ustrzegą się przed błędem oraz że będzie na nią czekał. Zrozumiałem też kim ona tak naprawdę dla mnie jest. To ta jedyna i wiem, że gotów jestem dla tej relacji do poświęceń oraz że jej dobro potrafię postawić ponad swoim. Nie olśniło mnie lecz zyskałem świadomość, że tak jest od bardzo dawna tylko sam tego do końca nie wiedziałem i nie uzewnętrzniałem tego. Wcześniej opisałem co zrobiłem źle w naszym związku lecz nie podjęlibyśmy próby gdyby wyglądał on wyłącznie tak. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Nasza relacja rozwijała się powoli, ale dzięki temu sprawdziliśmy się na wielu płaszczyznach i mamy tak solidne fundamenty pod założenie rodziny, że z pewnością żadne z nas już nigdy w swoim życiu nie będzie miało możliwości takich stworzyć osobno. Mamy takie cechy charakteru, że nasze dzieci otrzymałyby pełne i wyjątkowo dobre wychowanie ponieważ uzupełniamy się w tym. Potrafimy porozumiewać się bez słów, wiemy o sobie wszystko. Każde z nas miało własną przestrzeń na swoje pasje. Uwielbiamy spędzać ze sobą czas, nawet nie robiąc nic spektakularnego przez 11 lat żadne z nas nigdy nie powiedziało że się nudzi. Zawsze mieliśmy o czym ze sobą rozmawiać. Bardzo wiele nas różni lecz nie ma kwestii w której mielibyśmy odmienne zdanie i nie potrafili dojść do kompromisu. Szczerze się kochamy i żadne z nas nie wyobraża sobie przyszłości bez drugiego. Zrozumiałem swoje błędy, postanowiłem je naprawić oraz zadośćuczynić. To było kosztowne, ale w pełni jej zaufałem uprzedzając, że stoję przed nią zupełnie nagi i nie mam niczego co obroniłoby mnie przed kolejnym zranieniem. Usłyszałem zapewnienia, że do niczego nie dojdzie i uprzedzenia, że będzie potrzebowała czasu aby on wyszedł jej z głowy. Przystałem na to. Zostałem mocno zraniony patrząc na to na chłodno postąpiłem nieco irracjonalnie, ale lepiej i szlachetniej nie mogłem postąpić. Paradoksalnie ta sytuacja bardzo podniosła moje własne poczucie wartości. Dowiedziałem się o sobie, że potrafię kochać, wybaczać i stawiać cudze dobro nad własnym oraz że jestem dobrym człowiekiem. Zrównany ziemią został mój ogląd na to jak widzi mnie partnerka i kim dla niej jestem. Wziąłem sprawy w swoje ręce. Zacząłem ją adorować, dbać, kupować kwiaty, karmić. Starałem się jak nigdy dotąd. Nie było to sztuczne czy wymuszone, wynikało z potrzeby serca lecz z pewnością kosztowało mnie dużo więcej ze względu na niecodzienne okoliczności. Postanowiłem zrobić jej niespodziankę. Umówiliśmy się po jej pracy w centrum, spakowałem jej walizkę zabierając wszystkie niezbędne jej rzeczy, leki oraz książkę którą aktualnie czytała i zabrałem ją na weekend nad morze. Opiekowałem się nią, było miło lecz widziałem, że jest w jakiś sposób zblokowana. Było bardzo dużo chwil bliskości lecz głównie z mojej inicjatywy. Po pewnym czasie zacząłem się irytować, że nie ma oporów z braniem czegokolwiek ode mnie gdy sama niewiele inicjuje. Odparła, że nie będzie niczego robić na siłę i nieszczerze, że potrzebuje czasu. Uszanowałem to mając jednak ogromną potrzebę zaczepienia się o coś z jej strony, co pozwoli mi przeć do przodu. Gdy tam byliśmy uwierzyła, że może nam się udać, dostrzegła moją zmianę, jednak całkiem słusznie nie wiedział na ile będzie ona trwała. Ja wiem, że jest trwała i nie jestem masochistą. Mam świadomość co się wydarzyło, co do tego doprowadziło i nie zmieniając się sam zafundowałbym sobie prędzej czy później podobną sytuację. Zbyt na nią naciskałem mówiąc, że teraz jej ruch. Podsumowując ten wyjazd uważam go za bardzo udany dla nas jednak spodziewałem się czegoś więcej. Po powrocie do codziennego życia jakoś sobie radziliśmy choć nie wydarzyło się nic przełomowego poza tym, że przespaliśmy się ze sobą. Cztery dni później mieli w pracy imprezę z okazji czyichś urodzin i zostałem tam zdradzony. Wróciła pijana, poszła spać. Czułem, że coś jest nie tak i następnego ranka sprawdziłem jej historię wyszukiwania, w której od razu po wyjściu do pracy widniały hasła potwierdzające ten czyn. Gdy wróciła powiedziała mi o tym. Powiedziała że od razu to przerwała, zrozumiała że to był błąd i że to ze mną chce być. Przeprosili się za to uznając, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Zrozumiała, że źle postąpiła zostawiając mu uchyloną furtkę i oznajmiła że nie chce ze mną próbować tylko być nie zostawiając rzeczy samym sobie. Tej sytuacji nie jestem w stanie sobie jakkolwiek zracjonalizować, lecz wiem że nadal chcę z nią być i walczyć o to, co jest między nami. W całej tej sytuacji obydwoje przechodzimy przez różne skrajne i silne stany emocjonalne gdzie przez moment mówiłem jej, że łatwiej byłoby jej być z nim ze względu na to. że nie wnosiliby do tej relacji wzajemnego żalu. Prawie cały czas o tym wszystkim rozmawialiśmy, bardzo się tym zbliżyliśmy i wiele się sami o sobie dowiedzieliśmy jednak po tych rozmowach nie zaszły wielkie zmiany w naszej relacji, a po moich wypowiedziach aby z nim była wycofała się do takiego podejścia jak gdy byliśmy nad morzem. Wiem, że ten facet cały czas siedzi jej w głowie, ale to słabnie. Chciałbym, żeby zmieniła pracę, ale wiem jaką daje jej to satysfakcję i możliwość rozwoju oraz że nie znalazłaby czegoś podobnego. Zapewnia, że są w stanie utrzymywać relacje wyłącznie zawodowe, tak też między nimi było do momentu zdrady. Ma wątpliwości co do jego osoby i twierdzi, że na co dzień w stosunkach zawodowych się w nich umacnia. Nie do końca wierzy w jego intencje. Nie mogę tego na niej wymusić. Kiedy to będzie wyłącznie moje decyzja prędzej czy później spotka się z żalem i próbami idealizowania go choćby wyłącznie dlatego, że ten kontakt jest zakazany. Nie do końca rozumiem jak codzienny kontakt może nie mieć wpływu na ich zażyłość emocjonalną nawet gdy ograniczą się do spraw służbowych. Mam świadomość, że ta historia z boku może wyglądać z mojej strony desperacko i heroicznie. Jednak ważniejsze są odczucia subiektywne. Nikt z nami nie przeszedł tyle co my razem przez 11 lat i nikt przez to nie będzie w stanie pojąć jak bardzo cenimy sobie tę relację i miłość oraz co ona dla nas znaczy. To nie jest tak, że nie wyobrażam sobie bez niej życia. Liczę się z tym, bo nic nie jest nam dane raz na zawsze. Dowiedziałem się o sobie jak dobry potrafię być i wiem, że w takiej sytuacji przekierowałbym to na siebie a w dłuższej perspektywie czasu na kogoś innego z kim chciałbym się związać. Moje stanowisko racjonalnie i emocjonalnie jest spójne. Miałem mylną wizję takiej sytuacji. Myślałem, że rzucimy się sobie w ramiona, przeprosimy wzajemnie i stanie się to punktem wyjścia do dalszych starań. Być może źle do tego podchodzę chcąc z jej strony wszystko od razu. Może lepiej będzie jeśli w odpowiedni sposób sobie to przerobimy tak, aby nie musiało to wracać. Oznajmiłem, że nie będę czekał na zmiany w nieskończoność i kiedy się wypalę odejdę. Myślałem żeby wyjechać na jakiś czas, ale obawiam się że mogłoby to nam zaszkodzić. Problem nie tkwi w tym, że ona nic nie robi. Stara się, spędzamy razem dużo czasu, próbuje sprawiać mi przyjemność, fizycznie jesteśmy ze sobą blisko. Tylko znając się tak dobrze widzę też kontekst tych gestów i brak przekonania. Wiem, że są to doświadczenia, które w dłuższej perspektywie czasu można przekuć w coś dobrego i stworzyć niejako nowy związek. Udaliśmy się na terapię dla par. Póki co odbyło się jedno spotkanie, które nie przyniosło przełomu. Psychoterapeutka dużo z nas wyciągnęła, ale to było wszystko to o czym już rozmawialiśmy i obydwoje byliśmy później z siebie zadowoleni, że nie mamy żadnych problemów z komunikacją. Powtarzałem tam, że chciałbym z jej strony więcej jednak została mi zwrócona uwaga na to, że nie potrafię wymienić konkretnych czynów, które miałyby spowodować przełom. Zamiast tego operuję emocjami, które chciałbym przez nie czuć. Po kilku dniach uświadomiłem sobie, że tak naprawdę czuję przełom w momentach kiedy widzę, że ona jest ze mną szczęśliwa. Chcę starać się dążyć do tego by te momenty przerodziły się w coś ciągłego, ale wiem że może być już za późno. Zmieniłem się. Stałem się lepszym człowiekiem, miałem już cztery rozmowy o pracę, odnowiłem wiele towarzyskich kontaktów. Nie robię tego dla niej lecz dla siebie, robi mi to dobrze. Co powinienem począć w takiej sytuacji? Chciałbym wszystko zaraz, ale wiem że nie powinienem naciskać bo przynosi to odwrotny skutek i zraża ją do mnie. Jednak nie chcę zostawiać rzeczy samym sobie. Być może faktycznie spokojna i długofalowa odbudowa związku wyjdzie nam na dobre, bo wszystko sobie przepracujemy, ale nie wiem jak długo wytrzymam nie będąc niczego pewien.
  20. Mam 35lat z mężem od 17lat razem, dwoje dzieci 8 i 12lat. Dwa lata temu rozstaliśmy się (mieszkaliśmy osobno) lecz po 4 miesiącach pozwoliłam mu wrócić, mieliśmy umowę, on tą umowę niedawno zerwał, znowu jestem w tym samym punkcie. Dałam się nabrać, jestem objęta pomocą psychologiczną. Czy dzieci powinny znać powód naszego rozstania? Mój mąż mnie okłamuje, ma koleżanki, o których ja się dowiadywałam przypadkowo. Znalazłam kiedyś smsa świadczącego o zdradzie. Dwóm kolejnym powiedział że je kocha. To jest tak pogmatwane, że długo by opowiadać.... Nie powiedziałam do końca prawdy dzieciom dlaczego się wtedy rozstaliśmy. Obawiałam się że chłopcy go znienawidzą. Chyba to był błąd, bo teraz mąż opowiada dzieciom że ja go zdradzam.... co nie jest prawdą, gdy wychodzę biegać on mówi do starszego syna: no mama idzie się spotkać z kolegą, słyszałam też jak mówił synowi żeby poszedł któregoś dnia za mną to się przekona, że mama kogoś ma. Syn mu chyba nie wierzy. Dzieci mają ze mną dobry kontakt mimo słów które słyszą z jego ust. Mąż pokazuje dzieciom, że on jest ten dobry a ja zła. Na drugi dzień udaje jak by się nic nie stało. Ja stosuję metodę szarego kamienia jest on dla mnie obojętny. Jego zazdrość jest tym większa im częściej robię coś dla siebie. PS Może ktoś z państwa napisze artykuł dla rodziców, jak pomóc dzieciom przetrwać rozwód, kłótnie, słowa które ranią, ciężko jest nam samym to przechodzić a co dopiero dzieciom gdy chodzi o osoby, które kochają i są dla nich najważniejsze.
  21. Witam, odkryłem ostatnio romans mojej połówki - narzeczonej i niby tylko skończyło się na rozmowach i zdjęciach. Ciężko to zweryfikować i nawet chciałbym w to wierzyć ale po co się tym głowić jak już same te wiadomości są obrzydliwe. Najgorsze jest to że mamy dziecko i do miesiąca mieliśmy wziąć ślub. Wolałbym opisać całą sytuację w prywatnych wiadomościach z psychologiem niż wyrzucać to w tym miejscu. Sytuacja jest na tyle wyjątkowa, że obawiam się o możliwość połączenia tej sprawy bezpośrednio z nami. Zależy mi na rozmowie jak najszybciej muszę oczyścić sobie myśli z emocji i podjąć decyzję, a jest strasznie ciężko ze względu na dziecko. A muszę też pracować, a samo myślenie o tym przyprawia mnie dosłownie o mdłości i paraliżuje nie wspominając o huśtawkach nastroju i kotłującej się złości.
  22. Witam, troche dziwnie pisać o takich sprawach na forum, bo dotychczas sądziłem ze są one niepotrzebne lub jakimś dziwnym odrealnionym światem. Od ostatniego czasu nasiliły się w moim domu problemy na tle rodzinnym. "Żałuje, że Cie urodziłam" takie słowa usłyszałem ostatnio od mojej matki w trakcie rozmowy, teksty w stylu, że jestem nikim, zerem, zginę bez niej, że jestem totalnym dnem bez zainteresowań i jej porażką życiową stały się ostatnio codziennością. Nie ukrywam że często zdarza mi się zapomnieć lub wykonać polecone zadania poza czasem lub przeciągać je długi czas. Początkowo sądziłem ze problemy te są spowodowane toksycznością ojca z którym miałem słabe relacje przez naprawdę długi czas, bywał agresywny lub oschły ale przypuszczałem ze taki ma charakter. Teraz po jego odejściu i rozstaniu się z matką dostrzegam wyostrzanie się podobnych zachowań u mnie jak niegdyś jego, a jego nastawienie po odejściu zmieniło się o 180 stopni gdzie z oschłego dziada stał się przyjemną osobą z którą mogę spokojnie porozmawiać i doradzić się w pewnych sprawach, jakbym rozmawiał całkowicie z innym człowiekiem. Często jestem krytykowany przez matkę i nigdy chwalony a jeśli już to na zasadzie " no nie sądziłam ze cokolwiek takiego jesteś w stanie robić". Pozornie proste sprawy jak odkurzenie dywanu stał się problemematyczne gdyż mam je zrobić dosłownie wraz z poleceniem matki, a jakiekolwiek spóźnienie z tym zadaniem np o godzinę gdyż byłem zajęty, kończy się awanturą i jej samodzielnym wykonaniem danej rzeczy argumentując to że nie będzie się prosić. Jestem młodym człowiekiem bez większych nałogów, nie odwalam żadnym chorych akcji ani nic z podobnych rzeczy. Zarzucanie mi ciągle bycia człowiekiem bez ambicji i pasji stało się jej argumentem każdej nawet najmniejszej potyczki. Ciągle studiuje, rozwijam się na wielu frontach jak informatyka, cały czas próbuje tworzyć coś nowego ( uczę się malować, pisze, tworze amatorsko muzykę) lecz dalej zostaje beznadziejnym idiotą. moje poprzednie zainteresowania jak np terrarystyka, sport czy turnieje szachowe przynosiły taki sam efekt. W ostatnim czasie zostałem nawet posądzony że w czasie egzaminów za dużo się uczę i mogę zrobić sobie przerwę pracując na ogródku, pisanie pracy semestralnej trwało pod ciągłą presją - " długo to jeszcze będziesz pisał" " ile można do cholery pisać pracę semestralną"- praca okazałą się jedną z najlepszych na moim kierunku lecz to nie był żadny powód do dumy ze strony matki. Próba rozmowy kończy się tak samo awanturą lub milczeniem z jej strony gdy łamie jej argumenty lub poglądy bo nie będzie rozmawiała z kimś kto tylko prawi swoje filozofie. Nie ukrywam że mam swoje wady i negatywne cechy ale już nie wiem czy to ja jestem aż tak złym człowiekiem który nie zasługuje na życie. Swoje działania argumentuje moim dobrem i dbaniem o moją przyszłość bo przecież ona pracuje, gotuje, sprząta a ja tylko opierdalam się całe dni na komputerze ( na który wchodzę najczęściej po godzinie 22 w celu spędzenia czasu ze znajomymi grając lub rozmawiając). Nawet gdy pracowałem ( miałem pracę wyjazdową gdzie np nie było mnie 24h w domu), był problemy że nie ma nie w domu. Nie pracuje - znajdz pracę, nie ma dziewczyny - znalazłbyśsobie dziewczyne, pracuje- nie ma cię w domu lub skup się lepiej na studiach, mam dziewczynę- tylko byś do niej jeździł. Nie jest całkowicie zainteresowana tym co robię w życiu i co chciałbym robić, podsuwa mi tylko swoje propozycje na zagospodarowanie przyszłości w odpowiedni i dostatni wgl niej sposób. Wcześniej radziłem sobie z takimi rzeczami będąc uległym przez kilka dni ale po ostatnim teksie o żałowaniu mojego rodzenia całkowicie się załamałem i nie mam pojęcia co już ze sobą zrobić. Może ktoś miał podobną sytuacje i chciałby podzielić się jakimiś przeżyciami lub radami bo psychicznie powoli wysiadam
  23. Dzień dobry, jestem 24 letnia kobietą, która jest za miła. Kiedy kłóce się z swoim chłopakiem, on potrafi sie długo gniewać, natomiast mnie wszystko szybko przechodzi. Nie umiem trzymac na swoim . Stawiam sobie zalozenia, że nie będę się poddawać mu, a jednak kiedy tylko jest okazja do rozmowy jestem mila i przyjaźnie nastawiona. Wtedy powstaje stres, z jedenj strony chciałabym mu odwzajemnić odpowiednie uczucie, np adekwatna niechęć, jednak nigdy mi nie wychodzi, staje się uległa. Co zrobic aby tak sie nie działo, że nie umiem utrzymac swojego zdania wzgledem drugiej osoby, choc wiem że na wszytsko potrzeba czasu, chciałabym to zalatwic odrazu- co jest nie możliwe, bo nie wpłyne na druga osobę, więc się mu poddaje, zamiast stawić asertywnie mu czoła. baardzo prosze o pomoc
  24. Witam. Jestem w szczęśliwym związku z dziewczyną od 3 lat. Pierwszy raz trafiła do szpitala psychiatrycznego 4 lata temu przez swojego byłego chłopaka. Po wyjsciu ze szpitala po pół roku poznała mnie i się zakochalismy w sobie. Czasami wspominała o byłym ale podobno jej przeszło. Jakis czas temu trafiła do szpitala po raz drugi. Miała Nawrot choroby. Diagnoza: schizofrenia. Przez dwa tygodnie rozmawialiśmy ze sobą, mówiła że mnie kocha ale 2 czerwca napisala mi ze już nie mozemy być parą. Tylko chcę się przyjaznic. Później straciłem kontakt do wczoraj. Wczoraj rozmawialiśmy przez telefon i powiedziała mi ze ona nadal kocha bylego i ze nie może ze mną być tylko chcę się przyjaznic. Z tym ze jej chłopak w ogóle jej nie kochał i ma ja gdzieś. Przez tyle lat w ogóle się nie odezwał. Szukam pomocy co mam robić? Czy jest szansa na to że wróci do mnie? Ona ma nadzieję ze on do niej wróci a on nie wróci do niej. Bo ma juz ulozone życie. A ja pomoglem Jej wyjść z choroby i bardzo Ja kocham. Mieliśmy mieć dzieci razem i brać ślub w przyszłości. Proszę o pomoc
  25. Czasami człowieka blokuje coś przed przemianą. Może to wynikać z tego, że w jej następstwie oddalałby się od własnej tożsamości, bo zmiana niejako nadeszłaby z zewnątrz. Łatwiej o metamorfozę, kiedy w istocie jest ona pojednaniem ze sobą. Zwłaszcza mężczyźni nie tyle zmieniają się, co odkrywają siebie. Kobiety częściej raczej siebie odnajdują pośród rozproszenia serwowanego im przez wszechobecne dyrektywy na temat tego, kim mają być. Wspólnym mianownikiem kobiet i mężczyzn jest to, że w pędzie za aprobatą gubią bezcenne wewnętrzne korzyści. Paradoksalnie, wszechobecne maski przypominają, że najważniejsze jest to, co niewidoczne. Kanał na YouTube | Fanpejdż CIEKAWOSTKA: Męski blog Refleksje mężczyzny prowadzi psycholog online.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.