Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'depresja'.

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

There are no results to display.

Blogs

  • Swobodne przemyślenia

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


About Me

  1. Mam 22 lata. Choruje na depresję, nikt z moich znajomych ani rodziny nic nie wie, chciałam przez to przejść sama także mój partner też o tym nie wiedział. Z moim chlopakiem jestem 4 lata. Gdy zaczęłam z nim być już prawdopodobnie miałam depresję z której on mnie wyciągnął na jakiś czas. Bardzo go kochałam i on mnie też, ale od około roku wszystko się zaczęło psuć, on nie miał dla mnie czasu, nie wspieral, mimo że nie widział o depresji to czułam się że nie obchodzi go nic bałam się mu powiedzieć mimo że czasem chciałam, rzadziej się widzieliśmy, rzadko kochaliśmy, nawet nie całowaliśmy się już jak dawniej. Moja depresja bardzo się pogłębiła przez ten rok mam straszne myśli, dręczą mnie, w głowie coś mi mówi żebym odeszła, żebym zakończyła swoje cierpienie. Czasem nie jestem w stanie wstać z łóżka, ciągle płaczę, a teraz już raczej nawet nie mam siły plakac, i wszystko kryje przed wszystkimi bo nie łatwo o tym mówić. Umówiłam się na wizytę do psychiatry bo miałam już myśli coraz częstsze, i wyobrażałam sobie swoją śmierć i to chyba byl już ostatni moment. Do wizyty jeszcze trochę czasu. Ale ja rozwaliłam sobie życie totalnie.. Mojego partnera naprawę kochałam, ale na koniec naszego związku nie widzieliśmy się około 10 dni i nie mieliśmy kontaktu, bo on twierdzi że pracował i nie miał czasu a ja specjalnie się nie odzywałam żeby zobaczyć kiedy on to zrobi, bo zawsze to ja się odzywałam. Przez te 10 dni nie mieliśmy kontaktu a ja dużo myślałam nad nami bo wtedy przez te dni bez kontaktu miałam bardzo ważna wizytę u lekarza i on nawet nie zapytał o to co mi lekarz powiedział, a na tej wizycie dowiedziałam się czegoś co sprawiło że załamałam się kompletnie. i zaczęłam pisać z kolegą ktorego mój partner nigdy nie lubił. On mi dał duże wsparcie zaczelam widywac się z nim, martwił się i był zupełnie inny niż w tamtym momencie ten mój. I stało się, zdradziłam mojego z tym kolega. Zerwałam z moim chlopakiem tłumacząc że to on rozwalił ten związek bo cierpiałam w tym związku. I nie spodziewalam się że on będzie o mnie walczyć ja myślałam że on uniesie się duma i mnie zostawi. I tu pojawił się problem bo przez tą depresję ja nie potrafię o niczym myśleć, nie umiem wyrażać uczuć, nie wiem co do kogo czuję i każda próba ogarniecia tego bałaganu kończy się na tym że tak mi źle z tym że się okaleczam. Ogólnie mój były bardzo się stara ale nie wie że go zdradziłam, a ten co się z nim przespałam też bardzo o mnie walczy, stara się, jest przy mnie i chce żebym dała mu szanse. A ja? A ja nie wiem. Nie wiem czy kocham któregoś. Czy coś chce. Po prostu przez to że mam myśli samobójcze ja uciekając od nich robię rzeczy których nie powinnam, ciągnie mnie do Niebezpiecznych rzeczy, i myślę nad tym czy depresja mogla się przyczynić do tej zdrady, bo ja nigdy nie byłam taka żeby zdradzić. A teraz ja mam taki bałagan w głowie.. Nie wiem co robić, muszę podjąć jakąś decyzję. Najlepiej chciałabym żeby wszyscy dali mi spokój.. Na ten moment nie wiem co czuje jestem w naprawdę okropnym stanie i boję się że minie dużo czasu zanim będę w stanie podjąć jakąś decyzję, że będę musiała poczekać na działanie leków itd. Bo ja strasznie boję się podejmować decyzji boję się że wybiore źle i do końca życia będę żałować. Wiem że jeśli wybiore tego kolegę to do byłego nie mam powrotu, a jeśli wybiore byłego to tamten też będzie cierpiał. Tak czy siak któryś będzie cierpiał przezemnie.zle mi z tym mam ochotę zrobić sobie krzywdę. Wiem jedno że z byłym wiem już jak było, wiem że mogę liczyć na przyszłość, że on chciał domu, rodziny, że zapewni mi dom, bezpieczeństwo i że zrobi wszystko żebyśmy mieli godne warunki, ale nie wiem czy go kocham czy nie, nie wiem czy to wina depresji czy nie i nie wiem czy on wybaczył by mi zdradę. A z tamtym sama nie wiem ciągnie mnie do niego, ale nie wiem czy to dlatego że to coś nowego że jeszcze nie wiem jak będzie i że nie ma między nami jeszcze przyzwyczajenia. Ale wiem że on zmieniał zawsze dziewczyny dość często mimo że widzę że na mnie mu zależy to i tak się boję, dużo osób mi go odradza że z nim przyszłości nie ma bo nie ma prawka, ma zakaz przez policję, prace zmienia jak rękawiczki, często robi bez umowy, i nie wiem czy taki facet to dobra pszyszlosc ale mimo to ciągnie mnie do niego i tłumaczę sobie ze może dla mnie byl by inny albo że nikt go nie zna z tej strony co ja bo nie wiedzą jak on się stara i jak na mnie patrzy. A z byłym rozmawiałam wczoraj i on myśli że to jego wina że ten związek się zakończył bardzo się stara i pierwszy raz widziałam łzy u mężczyzny i dopiero wczoraj zaczęły nachodzić mnie myśli że być może zrobiłam błąd.. Ale rano wstałam i znowu nic już nie wiem. Czy to wszystko może być przez depresję? To że nie wiem co czuje i że nie umiem podjąć decyzji i czy ona mogła się przyczynić do zdrady? To że ciągnęło mnie do niebezpiecznych sytuacji żeby wybić sobie chec odebrania sobie życia, może być powodem dlaczego zdradzilam? Czy depresja nie miała żadnego wpływu. Ja nie umiem ogarnąć swoich myśli, wiem jedno że jest mi tak źle że boję się czy dotrwam do wizyty. I walczę tak każdego dnia od ponad roku żeby jakoś żyć, żeby nic sobie nie zrobić, dopiero teraz zrozumiałam że to nie jest normalne i umówiłam się na wizytę, ale w tym czasie rozwaliłam sobie życie kompletnie i boję się że wyjdę na najgorsza, że oboje mnie zostawia i przestanę walczyć. Nie chcę tego zakryć choroba ale jeśli ona mogla się przyczynić to może choć trochę mnie zrozumia że ja nie jestem sobą. Bo tak się czuje jakbym nie była sobą. Kiedy robię coś niezgodnego z prawem też nie czuje się sobą dopiero po fakcie to widzę i się boje i mam wyrzuty sumienia które doprowadzają znowu do myśli samobójczych i wtedy żeby zagłuszyć te myśli znowu chce zrobić coś szalonego i tak koło się zatacza a ja jestem w coraz gorszym bagnie i chyba nikt mnie nie zrozumie. Potrzebuję pomocy
  2. Mam 27lat. Od 5 lat jestem w związku z człowiekiem za którego oddałabym życie. Ponad pol roku temu okazalo się że wpadł w hazard. Popadliśmy w dlugi, ogromne. Oczywiście na początku obiecywał ze z tym skonczy, że nie potrzebuje lekarza. 3 miesiące myslalam ze jest naprawdę dobrze. Mieszkamy za granicą, więc z każdym dniem mierzymy się z obca kultura i obyczajami, co samo w sobie jest już dość ciężkie. Nie wiedziałam gdzie szukać pomocy. Sądzę że mój partner popadł w głęboka depresję. Czasami przez dwa dni nic nie je i nie wstaje z łóżka. Nie widzi potrzeby żeby opłacać rachunków, których ja nie mogę opłacić, ponieważ prawo tego kraju mówi że placi je tylko właściciel domu, tak on jest właścicielem. Kilka tygodni temu potajemnie kiedy spalam wziął mój telefon i przegrał wszystkie oszczędności z konta które zbierałam na jego leczenie. W tej chwili nie stać nas na leczenie hazardu, nie jest ono refundowane. Jedynie psycholog ogólny może przeprowadzić mu 10tyg terapie na którą on nie ma zamiaru iść. 18 listopada mamy sprawę w sądzie, ze względu na nieopłacanych czynsz, przez co grozi nam eksmisja. Nie mamy pieniędzy na adwokata, na specjalistyczna terapie dla niego, nawet na jedzenie... nie wspomnę o wydatkach takich jak ubezpieczenie czy inne opłaty. Jestem w rozsypce. Nie wiem co robić. On nie ma siły wstać z łóżka, nie chce ze mną rozmawiać, a ja nie wiem jak do niego dotrzeć.
  3. Witam Jestem chyba pierwszym człowiekiem na świecie który nie może dogadać się z psychologiem. Psycholog zapytał mnie czego oczekuję od niego a ja nic nie potrafiłem odpowiedzieć. Skoro nie potrafię odpowiedzieć na tak proste pytania muszę chyba oddać świadectwa ukończonych szkół i powtórzyć szkołę podstawową i dopiero korzystać z usług psychologa! Czy jest inna forma terapii niż psycholog?
  4. Witam. Jestem 23 letnia kobieta, mam 2,5 roczna córkę. Jeszcze przed jej narodzinami zostalam sama, była to moja decyzja. Po roku wiecznego siedzenia w domu poznałam faceta, z którym Jestem już 1,5 roku. Bylo cudownie, na każdym kroku udowadniał mi jak bardzo ważna dla niego Jestem, doceniał, prawił komplementy, sam bardzo nalegał na często spotkania. Potrafiliśmy przesiedzieć cala noc i rozmawiac. W ciągu tego naszego wspólnego życia zostawiał juz mnie z 4 razy. Powodem rzekomo bylo to że chce być sam, że ma problemy(duży kredyt, którego nie jest w stanie splacac), że ja nie zasługuje na niego, że to moja wina. Powod był co chwilę inny. Ja po rozstaniu za każdym razem wpadałam w straszna depresję. Nie jadłam, nie spalam, nie wychodziłam z łóżka, nie rozmawiałam, nie zajmowałam się dzieckiem. Teraz wydaje się że te burzliwe czasy są już za nami, ale.. No właśnie, ale.. Coraz częściej czuje się nie potrzebna, nie kochana, nie atrakcyjna. Milosc okazuje mi tylko wtedy kiedy cos sobie wypije, albo przy kims, jakby na pokaz. Mój partner zmienił się całkowicie. Ma problemy z tym że chce sie widywać częściej niż w weekendy(nie mieszkamy razem) kiedys był u mnie praktycznie non stop. Teraz ma wymówki że chce się wyspać, że jedzie do pracy, że ode mnie ma dużo dalej. Gdzie ja potrafie pojechać do niego w zrodku tygodnia mimo że muszę dużo wcześniej wstac I mam dużo dalej do pracy. Nie mowi ze teskni, że kocha, że jestem jego, że mu się podobam. Zawsze kiedy chce porozmawiać o nas jemu nigdy się nie chce gadac, a jeżeli już coś się uda to ja mowie a on nic, jakbym do ściany gadala. I mówi mi ze caly czas gadam jak to mi źle, że cały czas zyje tym co bylo kiedys. Jak nie mam mowic tego samego skoro mowie jasno czego oczekuje, bez rezultatów. On może wszystko, może wybierać kumpli zamiast mnie, może jezdzic gdzie chce a ja nie mogę się odezwać bo zaraz jest że się czepiam. Ja nie mam teraz żadnych znajomych, a wcześniej jak chcialam gdzies wyjsc to nie było mi wolno, bo tylko mi latanie w glowie. Czasem na prawde popadam w paranoje, czuje sie psychicznie strasznie. Nabylam wiele kompleksow, czuje się zle we własnym ciele. Kiedy wspomniałam mu raz o depresji zlał to, powiedział że sobie wymyślam. Często kiedy próbuję zacząć rozmowę a on mnie sprawia albo mi nie odpowiada, zaczynam płakać, z żalu, z bezsilnosci, z tęsknoty za tym jaki był kilka miesięcy temu. Wtedy słyszę czego buczysz, na ch***j wyjesz. Kiedys przytulił, pocieszył, nie kazał płakać, teraz wyje...Powiedział mi że to przez niektóre wydarzenia się zmienił, tylko że to on mnie zostawiał, i mimo tego jak mnie traktował ja nie zmieniłam swojego podejścia do niego. Ja tak jak na początku tak i teraz jestem czuła troskliwa, kocham go i staram sie o niego non stop tak samo, a on tego nie widzi, widzi tylko moje wady. Będąc z kolegami nie pisze do mnie, nie odbiera, mowi ze nie uzywa telefonu, przy mnie siedzi w nim non stop. Ode mnie przy nich nie może odebrać, przy mnie od nich od razu. Często mysle ze to nie ma sensu, ale na sama mysl że moge go stracic i czuc się jeszcze podlej łzy napływają mi do oczu. Niby zapewnia mnie, że mnie nie zostawi, ale to tylko słowa, nic poza tym. Zachowaniem pokazuje co innego. Jak już wspominałam nie mam znajomych, nie mam nikogo do kogo mogła bym wyjsc pogadac, on o tym wie, wie że jest jedyną osobą z którą moge porozmawiać, a raczej chyba nawet z nim nie mogę. Nie stać mnie na wizyty u psychologów, a sama już nie daje z tym wszystkim rady. Mimo tego, że z mojego punktu widzenia on nie traktuje mnie zbyt dobrze, to coraz częściej zarzucam wine sobie, często mysle o sobie zle, że jestem beznadziejna, bezwartościowa, że nie zasługuje na miłość, że nie potrafię nikogo przy sobie utrzymać. A ja chcialabym tylko odrobinę zrozumienia. Chciałabym żeby chociaż w połowie bylo tak jak kiedyś. Ale na każdą prośbę, na każdą rozmowę słyszę szybka odpowiedz. "Co ty myślałaś że cały czas będzie jak w bajce? Jak tak chcesz to znajdź sobie księcia na białym koniu" Wiem że to co napisałam może być dość nie spójne, ale mam w głowie straszny mętlik.Mam nadzieję, że da się coś z tego zrozumieć. Proszę o pomoc
  5. Witam. Mam 35 lat i jestem mama 2 dzieci oraz od ponad 14 lat jestem w związku małżeńskim. Od pewnego czasu ( nawet nie wiem jak długo) mam problem ze sobą. Wszystko mnie denerwuje, drażni w domu, już zadko kiedy się uśmiecham cały czas praktycznie chodze naburmuszona albo się awanturuje i to w zasadzie o nic. Ciągle krzycze po dzieciach że nic nie potrafią tylko balagania a wcale tak nie jest. Najpierw nawrzeszczeć że pół osiedla mnie słyszy a później płacze że tak się zachowałam i mi głupio ale nie mogę tego opanować. Czasami wpadam w furię rozwalam i niszczę już nawet rzeczy . Wstaję rano i z niczego wrzeszczę i robię awanturę każdemu dziecia, mężowi, mój mąż musi być bardzo cierpliwy i kochający mnie skoro to znosi a ja nie chce ich ranić. Coraz więcej się kloze z mężem nie kontrolujemy to czego mówimy a we mnie strasznie uderzają słowa tracę sens życia, uciekają moje pozytywne wartości czuje się nikim i płacze potem cały dzien. Dlaczego tak mam?
  6. Witajcie mam 34 lata. Jestem mężczyzną. Czuję się bardzo samotny, ale muszę opisać trochę więcej aby uwidocznić dlaczego tak jest nie wiem czy to kwestia pecha jakiegoś czy coś zupełnie innego ale nie układa mi się życie uczuciowe. Wcale. Uważam też, że jestem zbyt uczuciowy i przez to cierpię. Za każdym razem jak poznam dziewczynę to chcąc nie chcąc idealizuję ją i stawiam na piedestale. To nie jest dobre ponieważ robię wówczas wszystko by się jej przypodobać. To błąd. Wiem, że to błąd, ale nie umiem tego zmienić bojąc się, że ta relacja skończy się tak szybko jak się zaczęła. Lata samotności odcisnęły na mnie piętno i jak jakaś fajna dziewczyna zwraca na mnie uwagę to czuję się jakbym Boga za nogi złapał. Dawniej zakochiwałem się w dziewczynach które nie chciały mnie bądź nie mogły ze mną być. Wystarczyły mi 3 spotkania z nowo poznaną dziewczyną i tworzyłem już w głowie jej wyidealizowany obraz. Potem dziewczyna ucinała znajomość a ja cierpiałem bo nakładłem sobie do głowy, że to ta jedyna. Tak się toczyło to do czas aż w pracy poznałem moją kobietę. Pierwszą. Miałem wtedy 28 lat, a ona 23. Byliśmy razem rok. Był to toksyczny związek. Ona miała borderline i osobowość narcystyczną. Częste kłótnie. Poniżała mnie słownie a potem zdradziła. Zostawiłem ją w końcu. Czułem się dobrze po tym rozstaniu. Zeszło ze mnie napięcie. Potem zacząłem chodzić na tzw. speed dates. Poznałem dwie dziewczyny, ale nie czułem tej iskry i urwałem znajomości. Chyba nie byłem gotowy jeszcze na jakiekolwiek relacje z kobietami. Minęło 5 lat i dochodzimy do teraźniejszości. Żyłem sobie w tej samotności cały czas, ale nie dokuczała mi aż tak. Miałem swoje pasje itp. Przypadkowo spotkałem na ulicy dziewczynę, która uśmiechała się do mnie. Bardzo mi się od razu spodobała. Zwróciła na mnie uwagę piękna dziewczyna, to dla mnie szansa - takie miałem myśli. Zainicjowałem kontakt. Spotkaliśmy się pierwszy raz na spacerze. Na drugi zaprosiła mnie do siebie. Był od razu seks. Potem kolejne spotkanie. Miało być kino, ale zostaliśmy u niej i znów seks. Wtedy pojawił się u mnie problem jakiego nie doświadczyłem wcześniej - podczas stosunku zanikła erekcja. Zestresowałem się. Byłem załamany. Przeprosiłem ją i powiedziałem, że to nie jest jej wina, a mój gorszy dzień. Powiedziała, że nic się nie stało, ale atmosfera była bardzo słaba. Siedziała smutna. Ja też się nakręcałem i lamentowałem i w końcu ona kazała mi iść do domu. Powiedziałem jej że bardzo mi na niej już zależy. Nie odezwała się wcale. Po dwóch dniach napisała, że nie roztaczam poczucie bezpieczeństwa tylko poległem z byle powodu i że nie było dla niej problemem to, że nie dokończyliśmy seksu, a mój lament. Powiedziała, że już się więcej nie spotkamy. No i jestem załamany bo bardzo się nakręciłem znów. Myślałem, że coś zmieni się w moim życiu. Klapa totalna. Nie umiem przestać o niej myśleć. Straciłem chęci do czegokolwiek. Na siłę spotykam się ze znajomymi, ale nie pomaga. Szybko się znów zaangażowałem a tak naprawdę wcale się nie znamy. Nie zmienia to faktu, ze cierpię. co mam ze sobą zrobić? jakie sugestie? dziękuję
  7. Mam dopiero 22 lata i jestem w dwuletnim związku, który zaczął się szybko rozwijać, ponieważ po pół roku zamieszkaliśmy ze sobą. Nie ukrywam, że od pewnego czasu czuje się bardzo źle w tym związku. Nie mam ochoty wracać do domu, biorę wszystkie nadgodziny, nie mam ochoty się przytulać, o sprawach intymnych już nie wspomnę. Siedzę sama w pokoju, płacze, mam wahania nastroju, nie chce wgl z nim rozmawiać. Codziennie się kłócimy o pierdoły, On miał stanu depresyjne będąc ze mną na samym początku i trochę to na mnie wpływa. Nie wiem co mam zrobić, nie chce się rozstać, ponieważ boje się że to będzie błąd i boje się być sama, że nie dam sobie rady.
  8. Cześć. Mam 21 lat, studiuję zaocznie 3. rok administracji. Wybrałem ten kierunek bo uczelnia była blisko. Tylko dlatego. Pracuję w niesatysfakcjonującej mnie pracy, zwykła praca taśmowa. Boję się, że nie napiszę pracy a jeśli nawet napiszę to nic się nie zmieni. Żyję z dnia na dzień, nic mnie nie cieszy. We wszystkim na co spojrzę, czego się dowiem, co usłyszę doszukuję się drugiego dna, przyczyn takiego a nie innego stanu rzeczy. Krótko mówiąc jestem nadwrażliwy. Czuję, że straciłem 2 lata, za rok już 3 lata życia.
  9. Witam, mam 22 lata, mój problem zaczął się jakiś rok temu i ciągnie się do dziś. Mianowicie mam napady paniki jeśli chodzi o pracę. Nie potrafię podjąć żadnej pracy, ponieważ po chwili do niej nie wracam. Chce pracować i zarabiać, jednak mój stan psychiczny mi na to nie pozwala. Nie potrafię wyjść do pracy bez płaczu, w pracy potajemnie płacze, po pracy to samo. Nie potrafię kontrolować swojego zachowania, zaczynam używać wobec siebie przemocy, bicie się, gryzienie, rwanie włosów. Często podczas drogi do pracy mam chęć spowodować wypadek czy wejść pod auto, żeby tylko nie dotrzeć do pracy. Próbowałam pracy w różnych firmach na różnych stanowiskach i wszędzie dzieje się to samo. Nie radzę sobie ze sobą, nienawidzę siebie przez to. Rodzina uważa że to z lenistwa, ze nie chce mi się po prostu iść do pracy, wato nie jest prawdą. Nie mam u nikogo pomocy ani wsparcia. Chce udac się do specjalisty jednak nie wiem kogo wybrać. PSYCHOLOG CZY PSYCHIATRA? Z góry dziękuję, pozdrawiam.
  10. Nie za bardzo wiem od czego zacząć, bo mam wrażenie, że w każdym aspekcie mnie i mojego życia jest "coś nie tak". Ale zacznijmy: mam 23 lata, nie mam zbyt szczęśliwej i kochającej rodziny, co bardzo mnie boli. Zawsze byłam nieśmiała, ciężko nawiązywało mi się kontakty z ludźmi, żadna ze mnie dusza towarzystwa. Tak jest do teraz chociaż w związku z pracą i studiami naprawdę staram się i przełamuję, by jakoś w społeczeństwie funkcjonować. Dużo rzeczy mnie stresuje i to takich mało ważnych jak pójście do sklepu, zadzwonienie gdzieś itp. Mam też niskie poczucie własnej wartości. Uważam się za brzydką, nudną i beznadziejną osobę. Mam problem z wyrażaniem własnego zdania. Ostatnio jest mi szczególnie ciężko. Nic nie ma sensu, więc mogłabym leżeć i patrzeć w sufit bez końca. Jest tyle smutku we mnie i tyle do naprawienia, a ja nie mam siły już walczyć, próbować się zmienić... Mam wrażenie, że to trwa od dzieciństwa... Jakbym już była skazana na takie życie. Czasem bywa lepiej przez np. dwa tygodnie, a potem jest zjazd totalny i potem znowu całkiem pozytywny czas. Teraz czuję, że to nie tylko zjazd, a coś więcej, boję się, że z tego nie wyjdę, że już tak zostanie. Proszę o jakąkolwiek pomoc, może poukładanie trochę moich myśli za mnie i wskazówki co robić, od czego zacząć.
  11. Witam, mam 23 lata i ogromny problem ze sobą.. ponad miesiąc temu zamknęli w ZK mojego partnera. Od tego czasu mam okropne zawroty głowy, pisk w uszach, "zmuszanie" się do codziennego życia jak np. pójście do pracy, okropny ból głowy, brak chęci do życia. Wiem, że może to być spowodowane sytuacją mojego partnera, ale wydaje mi się że problem leży gdzieś głębiej. Ja już sama ze sobą nie potrafię wytrzymać... Jak idę gdzieś między ludzi to problem się nasila, dlatego uważam, że jest to jakieś zaburzenie psychiczne... Biorę jakieś aptekowe tabletki na uspokojenie, piję meliski itp. ale nic nie pomaga.. chciałabym znowu czuć, że żyję, bo naprawdę tak jak teraz się czuję jest bardzo uciążliwe chciałabym wyjść do ludzi bez lęku, zawrotów głowy, drgań mięśni i duszności... Nie wiem czy iść do specjalisty czy mogę sobie sama z tym poradzić. Proszę o pomoc.
  12. Cześć, jestem 21-letnią studentką bez większych powodów do zmartwień i brakiem konkretnego powodu mojego złego samopoczucia. Od jakiegoś czasu, ok 4/5 miesięcy, obserwuję u siebie spadek chęci i motywacji do jakichkolwiek działań. Czynności, które dawniej sprawiały mi przyjemność teraz są mi kompletnie obojętne, a wręcz nie mam na nie ochoty. Dawniej uwielbiałam przebywać wśród ludzi, imprezować i bawić się, a obecnie najlepiej w ogóle nie wychodziłabym z domu. Miewam lepsze i gorsze dni, ale coraz częściej dopada mnie uczucie otępienia i niezidentyfikowanego poczucia bezradności i bezsensu. Do tego dochodzą napady lękowe i ciągła troska o własne zdrowie. Wiem, że od zawsze jestem przewrażliwiona na swoim punkcie, ale nigdy nie hamowało mnie to przed wykonywaniem innych zadań. Napady lękowe związane z nagłym omdleniem, lub zasłabnięciem, dziwne bóle brzucha i ogólne złe samopoczucie. Od lat miewam też problemy ze snem, a w ostatnich miesiącach obserwuję ich nasilenie się. Kładę się zmęczona, a i tak nie mogę zasnąć i leżę do rana. Najgorsze jest to, że nie potrafię wskazać powodów, przez które mogłabym czuć się tak, a nie inaczej, bo w moim życiu nic się przez ten czas jakoś drastycznie nie zmieniło. Czy to może być oznaka depresji? Co powinnam w takiej sytuacji zrobić? Czy jest możliwe, by przyczyną było branie tabletek anty? Czytałam o nich i niektórzy faktycznie narzekali przy nich na złe samopoczucie, ale czy przez tak długi czas? Szukam przyczyny, by móc znaleźć rozwiązanie moich problemów, nim te nasilą się jeszcze bardziej.
  13. Mam problem z wyrażaniem emocji Mam 18 lat ,chodzę do technikum Kiedy jest mi ciężko myślę że lepiej by było wszystkim beze mnie o że jestem ciężarem i jak sobie nie umiem poradzić z tymi myślami zaczynam się ciąć, rany nie są głębokie . Co mogłabym zrobić żeby ten ból psychiczny przekładać inaczej niż na ból fizyczny ?
  14. Mam 34 lata, jestem samotny, pracujący, mieszkający, mężczyzna. Problem ciągnie się od szkoły, a konkretnie zaczęło się od lęku przed odpowiedźiami, mówieniem. Do dnia dzisiejszego, nie potrafię kogoś o coś zapytać. Większość mojego czasu w życiu to ciągle, smutek, płacz, żal do siebie o w szystko, brak zainteresowan, nic mnie nie cieszy, zastanawiam się po co się urodziłem. Chciałbym się nie raz zabić, ale nie potrafię tego zrobić. Często myślę że w niebie jest lepiej, ciągle martwie się o przyszłość, że jestem już stary na zmiany w życiu, żeby czymś się cieszyć. I nie wiem co robić, czy warto się męczyć i żyć dalej:(, ale brak mi już siły.
  15. Popadłem w marazm. W pewnym sensie rozleniwienie, brak inwencji, poczucie bezsensu, wypalenie, klapa itp. Może nie depresja - bo jestem w stanie wyjść z domu i wykonywać proste, debilne, odtwórcze prace. Ale to tyle. Natomiast nie chce mi się nic innego. Nie mam żadnych pomysłów. Czy to w biznesie, czy w twórczości; nie mam ochoty na żadne hobby, nie ćwiczę (co najwyżej czytam). Normalnie prowadzę kilka działalności, poza tzw. "pracą zawodową" (jestem w takim kraju, gdzie można i nie trzeba się przejmować urzędem skarbowym), piszę blogi, artykuły. I to mimo, że na codzień widzę bezsens egzystencji (praca, praca, g... z tego i "wyjazd") - poza tym, żeby dbać o dzieci. Ale zwykle działam, a efekty dają mi zadowolenie. Teraz - nic. Mam tak od powrotu z wakacji. Zwykle miewam trochę chandry w takich momentach, ale tym razem to już kolejny miesiąc. Napiłbym się, ale to niebezpieczne, bo to dałoby mi chwilowe zadowolenie i poczucie optymizmu i chciałbym to powtórzyć. Więc też nie piję. Za to jem. Na pewno poczucie bycia w kieracie ma tu jakieś znaczenie. Co ja tu k... robię? Po co? Żeby przewegetować? Do tego poczucie wieku (mam już tyle lat, na ile się wciąż nie czuję), upływu czasu - i co gorsza jego marnacji w debilnej, źle zorganizowanej i nudnej codzienności.
  16. Z góry tu przepraszam za wulgarny język - są jednak tutaj głównie przytoczone w cytatach. Nie za bardzo wiem, od czego tak właściwie zacząć... Ogólnie jestem dzieckiem z rozbitej rodziny - mój ojciec zostawił nas dla innej, gdy byłam małym dzieckiem. Teraz nie mam z nim kontaktu od około 11 lat (sama mam 22). Od kilkunastu lat mam ojczyma (którego normalnie traktuję jak ojca), z którym matka ma dwójkę dzieci. Ostatnimi czasy, a będzie to już kilka lat, nie mam w sobie za grosz chęci do życia, nic mi się nie chce, uważam, że moje działania, niezależnie od tego jakie - są po prostu bezsensowne. Kiedyś miałam w sobie tyle pasji... Kiedy dokładnie zaczęło się to psuć? Pewności nie mam, podejrzewam tylko, że zachowanie moich rodziców względem mnie mógł mieć na to spory wpływ, a także inne osoby, które spotkałam w swoim życiu. W domu praktycznie od zawsze były teksty typu "ucz się, bo skończysz na ulicy" - to raczej nic dziwnego, każdy rodzic chce dla swojego dziecka w końcu jak najlepiej, jednak... W moim domu, prócz tego, zawsze się groziło "jak nie zdasz/czegoś nie zrobisz, wypier**lę cię z domu". Do tej pory pamiętam, gdy w wieku może 11/12 lat faktycznie moja matka wyciągnęła torbę, wyrzuciła ubrania z szafy i kazała się pakować. Moimi sukcesami nie cieszyli się wcale, a gdy coś nie wychodziło, kończyło się na wyzwiskach - że jestem głupia, "poje***a", że w życiu nic nie osiągnę i że jestem nikim. Do tej pory siedzi mi w głowie jeden z jej tekstów, że "jestem jej wychowawczą porażką". Praktycznie od zawsze starałam się im zaimponować, do tego stopnia, że po jakimś czasie zgubiłam siebie i przestałam dbać o to, co JA bym chciała robić - ale nawet to im nie wystarcza. Widzę też jak traktują rodzeństwo, a mnie w ich wieku - gdy miałam problem, często wynikały awantury, gdy zaś któreś z nich ma - robią wszystko, nawet zapewniają wizyty do psychologa. Przykład z obecnej sytuacji: w tym roku miałam bronić licencjatu, a z racji, że w czerwcu zerwałam z narzeczonym po 5 latach związku, po prostu nie czułam się wystarczająco na siłach, by do tego podejść - uznałam więc, że przełożę sobie termin na koniec stycznia przyszłego roku (bo to ostatnia data według tego, co podaje moja uczelnia), chciałam też zacząć coś innego, w innym mieście, bo obecny kierunek mnie w ogóle nie zadowalał. Dużo razy mówiłam matce, że chcę tak zrobić, nie raz nawet siedząc ze mną przy stole, dopytywała, jakby miało to wyglądać, jakie papiery mam dać etc. i wydawało się, że nie widzi w tym problemu Nie wiem, co jej strzeliło, ale wymyśliła sobie, że całkiem chciałam rzucić te studia i zmarnować 3 lata. Zaczęły się krzyki i awantury z jej strony i groźby - jak się nie obronisz, wynosisz się z domu. Od tamtej pory się już do mnie nie odzywa. Nie dość, że w domu byłam dobijana, ucinano mi skrzydła, to w szkole też nie miałam wesoło. Na ogół byłam gnębiona, nie umiałam się dogadać z innymi. Jedynie miałam małą grupkę kumpli, którzy zaczęli mnie olewać, gdy spotkałam swoją pierwszą i w sumie najbliższą mi przyjaciółkę. Byłyśmy jak papużki nierozłączki i naprawdę była to osoba, której, a przynajmniej tak mi się wydawało, mogłam zaufać, byłam na każde jej skinienie. Po 3 latach przyjaźni skończyłyśmy w związku, nie trwał on jednak długo, bo się okazało, że mnie zdradziła - mimo to i tak starałam się ratować, chociażby naszą przyjaźń, jednak nic to nie dało. Bolało. Była to w końcu pierwsza osoba, której tak ufałam, która znała wszystkie moje sekrety, z którą spędzałam tyle czasu... Mój pierwszy, poważny związek z narzeczonym, o którym wspominałam wcześniej, zapowiadał się świetnie. Mimo iż cierpiał na depresję i nerwicę lękową, było między nami naprawdę dobrze. Pomogłam mu znaleźć pracę bliżej mnie, dałam dach nad głową - nie na długo, bo pracy nie umiał utrzymać. Wszystko zaczęło się zmieniać po 3 latach - zaczął wypisywać do innych dziewczyn, olewać mnie. Gdyby to były stricte przyjacielskie relacje, raczej nie miałabym nic przeciwko temu, więc dałam mu wtedy warunek, że albo przestanie filtrować z innymi, albo to koniec - obiecał, że przestanie. Jak można się domyślić, nie przestał. Przyłapałam go w sumie przez przypadek, ale nie odezwałam się nawet słowem. Tak naprawdę nie chciałam go stracić. Tak to trwało aż do czerwca br. Znalazłam w tym czasie dwójkę cudownych przyjaciół - którzy swoją drogą, obecnie bardzo mi pomagają. To właśnie wtedy zaczęły się kłótnie. Za poradą przyjaciół postanowiłam poważnie porozmawiać o zachowaniu partnera - jednak wynikła z tego awantura. Wtedy zerwanie stało jeszcze pod znakiem zapytania, ale czara goryczy przelała się, gdy mój ex zaczął mówić jak o (przepraszam za wyrażenie) szmacie. Powiedziało mi o tym dwoje wspólnych znajomych. Dlaczego tak mówił? Bo miałam swoich dwóch przyjaciół - tak, tych, którzy mi pomagali i im zależało, by było między nami dobrze. Wtedy uznałam, że to definitywny koniec. Jakby nie patrząc i tak opisała wszystko w naprawdę sporym skrócie. Gdybym miała opisywać wszystko w detalach, prędzej wyszłaby niewielka powieść autobiograficzna. Reasumując... ogólnie przez to wszystko czuję niechęć do życia, do siebie, do świata i innych ludzi. Czuję, że ja tu po prostu nie pasuję. Kolejne problemy tylko bardziej przybijają i przestaję sobie radzić nawet z najprostszymi czynnościami. Wszystko mnie po prostu zaczyna przerastać, z dnia na dzień coraz bardziej i bardziej....
  17. Dzien dobry, Zaczne od tego ze mam 19 lat i jestem w klasie maturalnej.Moje dzieciństwo nie było latwe ponewaz kiedy miałam 10 lat rodzice się rozstali,nie umiałam sobie z tym poradzić,mlodsza siostra zachorowala,mama znalazła partnera którego na początku nienawidziłam. Mieszkam z mama,ojczymem mlodsza siostra i od niedawana z rok młodszym przyrodnim bratem (synem ojczyma).Odkad pamiętam mama od zawsze dużo ode mnie wymagala,bylam objeta strasznym rygorem i niedocenieniem.Nic się nie zmienilo.Na 18-ste urodziny dostałam od mamy i ojczyma jej stary samochod ponieważ mama kupila nowy,ja się o niego nie prosiłam nie blagalam po prostu uznali ze mi go dadza bo zdałam prawo jazdy i „chcieli i ulatwic zycie”,niestety po kolejnym pol roku czyli jakos w marcu mama z ojczymem zaczeli mi mowic ze jeśli nie znajde pracy wezma mi samochod,wysylali mi pare ofert dziennie i naciskali abym w weekendy kiedy nie ide do szkoły chodzila do pracy,po prostu mnie szantażowali.Nie umieli tego uzasadnić bo nie brałam od nich zadnych pieniędzy,zresztą nigdy ich nie dostawałam ponieważ co miesiąc tata przelewa mi 500zl,mi pieniędzy nie brakowało ale zdaniem mojej mamy i mojego ojczyma musiałam isc do pracy.Prace weekendowa znalazłam,cieszyli się bardziej niż ja.W tygodniu kiedy mama z ojczymem sa w pracy i wracam ze szkoły codziennie sprzątam dom i gotuje obiady,w weekendy chodze do pracy wiec spotkania z chłopakiem i znajomymi w te dni odpadają,zostaje jedynie spotkanie w tygodniu,jednak kiedy chce wyjść z domu mojej mamie to nie odpowiada bo jestem w klasie maturalnej i mam się uczyc,moje wychodzenie z domu określa jako „szwędanie się” i nie raz mówi ze musi się z tego powodu mnie wstydzić bo „ciagle mnie nie ma”(zazwyczaj wychodzę z domu jeden dzień w tygodniu i widuje się w tedy z chłopakiem,dla mojej mamy najlepiej by było gdybym z pracy chodzila do szkoły i ze szkoły do pracy.Od kiedy wprowadzil się mój przyrodni brat zaczelam zauwazac zalezna roznice miedzy traktowaniem nas.moj brat nie musi chodzic do pracy,daja mu pieniądze na jego potrzeby,ja w jego wieku musialakm kupować sobie swoje szampony i srodki higieniczne z pieniędzy które przelewal mi tata,jednak on na nic nie ma nacisku,każdy skacze tak jak on chce.Wysiadam psychicznie,robie wszystko,sprztam gotuje ucze się bo przecież chodze do szkoły,chodze do pracy a i tak jestem niewystarczająco dobra corka,nie chce mi się wracac do domu,placze jak mam wracac bo wiem ze i tak uslysze narzekanie na moja osobe.Chcialam porozmawiać z mama jednak kiedy tylko poruszam temat zaczynam plakac i moja mama z ojczymem komentują ze rozmawiać nie umiem,ze sobie nie poradzę,ze z takich powodow się nie placze ze jeszcze dużo gorsze rzeczy mnie w zyciu spotkają wiec o rozmowie z nimi nie ma mowy.Od jakiegoś czasu kłuje mnie w klatce piersiowej co jakiś czas do takiego stopnia ze zginam się w pol bądź musze wstrzymać oddech,mam tez uderzenia duszności i ciepla,boje się odzywac w jakikolwiek sposób do rodzicow wole zrobić swoje „obowiązki „ i zamknąć się w pokoju.Dzisiaj powiedziałam mamie ze chce zapisac się do lekarza ale uslyszalam ze co znowu wymyślam,powiedziałam ze mam take a nie inne problemy i ze może to nerwica bądź po prostu jakies stadium innej choroby na co odpowiedziala ze musze zwolnic tempo zycia bo mam szkole prace i zamiast odpoczywać wole wyjść spotkać się ze znajomymi i to tego wina .Nie zdaje sobie sprawy ze to z powodow rodzinnych i domowych się tak czuje,jestem niezrozumiana,niedoceniona,ciagle czuje się zle i slabo psychicznie kiedy znajduje się w domu,wszystko po prostu robie zle,mam dość nie wiem co mam robic. co zrobić zeby poczuć ulgę?chciec wracać do domu i poczuć ze jestem potrzebna?
  18. Nie za bardzo wiem od czego zacząć, bo mam wrażenie, że w każdym aspekcie mnie i mojego życia jest "coś nie tak". Ale zacznijmy: mam 23 lata, nie mam zbyt szczęśliwej i kochającej rodziny, co bardzo mnie boli (od dziecka słuchałam/słucham kłótni rodziców, awantur). Zawsze byłam nieśmiała, ciężko nawiązywało mi się kontakty z ludźmi, żadna ze mnie dusza towarzystwa. Tak jest do teraz chociaż w związku z pracą i studiami naprawdę staram się i przełamuję, by jakoś w społeczeństwie funkcjonować. Dużo rzeczy mnie stresuje i to takich mało ważnych jak pójście do sklepu, zadzwonienie gdzieś itp. Oczywiście mam też niskie poczucie własnej wartości. Uważam się za brzydką i nudną osobę. Mam problem z wyrażaniem własnego zdania. Jakimś cudem znalazłam chłopaka, ale od roku (związek trwa 3) mam coraz więcej wątpliwości, czy ja go naprawdę kocham, a może tylko lubię jako przyjaciela? Może jest mi po prostu z nim wygodnie? Ostatnio jest mi szczególnie ciężko. Nic nie ma sensu, więc mogłabym leżeć i patrzeć w sufit bez końca. Jest tyle smutku we mnie i tyle do naprawienia, a ja nie mam siły już walczyć, próbować się zmienić... Mam wrażenie, że to trwa od dzieciństwa... Jakbym już była skazana na takie życie. Czasem bywa lepiej przez np. dwa tygodnie, a potem jest zjazd totalny i potem znowu całkiem pozytywny czas. Teraz czuję, że to nie tylko zjazd, a coś więcej, boję się, że z tego nie wyjdę, że już tak zostanie. Proszę o jakąkolwiek pomoc, może poukładanie trochę moich myśli za mnie i wskazówki co robić, od czego zacząć.
  19. Kobieta, lat 39. Jestem DDA, pochodzę z rozbitej rodziny i byłam wykorzystywana seksualnie. Odkąd pamiętam toczę walkę z demonami przeszłości. Z maską na twarzy biegnę przez gęsty las, lecz ciągle obijam się o smutek, niechęć, myśli samobójcze, depresję, lęk, strach i łzy. Żyję dla innych by choć przez chwilę poczuć się potrzebną i tą "kochaną". Pojawił się oczywiście alkohol pod postacią przyjaciela który zawsze jest i rozumie. Czuję że, przegrałam tą walkę. W szponach depresji topię się we własnych łzach, jak zawsze gdy nikt nie patrzy. I nienawidzę siebie jeszcze bardziej za to że, jestem zbyt słaba by żyć i zbyt słaba by to życie zakończyć. Czy to już jest koniec? Droga bez powrotu? Mam dzieci...lecz coraz trudniej mi wstać.
  20. Witam, Mam 41 lat i jestem ponad rok po rozwodzie. Chodzę na terapię od ponad 2 lat. W obecnej sytuacji wiem że żyłem w toksycznym związku. Wiem też że mam syndrom DDA. Staram się jakoś żyć lecz czuję że mam depresję. Problem zaczął się jakieś 9 lat temu jak moja ex-żona dostała depresji poporodowej. Nie zdawałem sobie sprawę z problemów jakie dotknęły moją rodzinę ( mam dwie córki ). To tak w dużym skrócie. Tak jak pisałem chodzę na terapię ale nie za bardzo ona pomaga ( od 1,5 miesiąca psycholog choruje lub mi coś wypada ). Stan jaki mam obecnie to chciałbym wrócić do byłej żony lecz ona nie zmieniła się i byłoby dla mnie to zabójcze. Żyje z inną kobietą i wiem że ranię ją mocno bo wydaje mi się że ona czuje że chętnie bym wrócił do ex. Znalazłem nowego psychologa w Legnicy ( Panią psycholog ) i będę zaczynał jakąś nową terapię. Szukam jakiejś pomocy / porady gdzie można udać się na jakąś terapię lub coś innego w okolicy Legnicy. Myślę aby na weekend majowy gdzieś wyjechać daleko i pobyć sam ze sobą ( chociaż jest to dla mnie trudne ).
  21. Dzień dobry. Mam na imię Ola i mam 21 lat. Ostatnio czuję, że "przegrywam" życie, marnuje czas, nie robię nic ciekawego. Całe wakacje mogę podsumować graniem w gry i oglądaniem Netflixa. Bardzo chciałabym wyjść z kimś na dwór, porobić coś szalonego, ale prawda jest taka, że nie mam znajomych. Nwm jak ich znaleźć, mam kilku na studiach, ale oni mieszkają w innej części Polski. Chciałabym dużo podróżować, alr nie mam z kim, a sama się boję. Dodatkowo mam problem ze swoim wizerunkiem. Nie akceptuje siebie. Nie umiem poradzić sobie z napadami obżarstwa, potrafię jeść chipsy aż do momentu w którym poczuję się bardzo źle, wypijam kubek mięty i gdy tylko poczuję się lepiej od razu sięgam po kolejną paczkę. Czuję się gruba i nieatrakcyjna. W dodatku mam problemy z nieśmiałością, potrafię nic nie mówić, jedynie się uśmiechać pokiwać głową i zaśmiać się na głos, żeby ludzie wiedzieli że umiem wydać z siebie jakiś dźwięk. Myślę, że to dlatego że boję się opini innych. Z rówieśnikami dogaduję się lepiej, nieswojo czuję się wobec starszych osob lub mężczyzn, szczególnie tych atrakcyjnych. Nie wiem czym to jest spowodowane. Nigdy nie byłam w związku, nie miałam nawet bliższej relacji, nigdy się nie całowałam. Może trochę boję się tej bliskości, ale czekam na kogoś naprawdę fajnego i wartościowego, tylko jak ma mnie pokochać, skoro sama siebie nie kocham. Najgorsze jest to, że bardzo chciałabym porozmawiać z kimś, a szczególnie z psychologiem, ale moi rodzice nie rozumieją problemu. Nie dadzą mi pieniędzy na wizyty u specjalisty, dlatego piszę to wszystko tutaj, bo bardzo się cieszę, że pomoc tutaj jest darmowa! Dziękuję za poświęcony czas i Pozdrawiam, Ola
  22. Witam. Mam 32 lata. Choruję na depresję od kilkunastu lat. Leczę się psychiatrycznie i chodzę do psychologa/terapeuty od kilku lat. Po traumatycznym dla mnie wydarzeniu, od dwóch lat próbuję się usamodzielnić, kupić mieszkanie i wyprowadzić się od rodziców. Zadanie to jest dla mnie trudne, ponieważ cierpię na prokrastynację. Mam zaburzenia lękowe, więc kupno próby szukania mieszkania kończą się fiaskiem. Ponad pół roku temu miałem na oku fajne mieszkanie. Oczywiście nie potrafiłem podjąć decyzji, ponieważ pojawiały mi się lęki związane z okolicą. Później kiedy mieszkanie zostało sprzedane, moja sytuacja psychiczną znacznie uległa pogorszeniu, przez odwrócenie sytuacji i poczuciu żalu, wyrzutów sumienia. Poczucie straty, itd. W między czasie oglądałem inne mieszkania, ale zawsze coś mi nie pasowało. W tym tygodniu znalazłem kolejne mieszkanie, które spełniało większość moich oczekiwań z wyjątkiem jednego. Za blisko rodziców. Wystarczy się wychylić z okna i widać blok i okno tego mieszkania. Poszedłem obejrzeć. Samo mieszkanie super. Ale ta bliskość... Czułem lęk, że za blisko rodziców, że nie po to chcę się wyprowadzić od rodziców, żeby mieszkać 300 metrów dalej. Odpowiedź sprzedajacemu miałem dać pod koniec tygodnia. Oczywiście z moja prokrastynacją było to dla mnie nie możliwe. Jak zwykle cząłem projektować w myślach, analizować wszystkie za i przeciw. (Mam tak za każdym razem, gdy muszę podjąć jakąś decyzję. To jest nie do wytrzymania.) Wiadomo, że teraz sytuacja na rynku nieruchomościami jest kiepsko, nie ma mieszkań, a jak jakieś się trafi to szybko znika. Po dwóch dniach coraz bardziej byłem przychylny decyzji na tak, bo mieszkanie dla mnie idealne. Dzisiaj zadzwoniłem do sprzedającego i okazało się, że mieszkanie zostało sprzedane. Zaczął się dramat. Sytuacja analogiczna do tej sprzed ponad pół roku. Zacząłem odczuwać Żal, poczucie straty. Winię siebie za to, że nie zdecydowałem się na kupno. Wiedziałem, że dziś jest ciężko i mieszkania szybko idą. Teraz czuję lęk, że taka okazja się już nie trafi. To było moje mieszkanie, tak czuję. Nie potrafię sobie tego wybaczyć. Leżę cały czas w domu, nie potrafię nigdzie wyjść. Dlaczego przed podjęciem decyzji, czuję lęk, wymyślam sobie argumenty przeciw, które jeszcze bardziej wzbudzają u mnie lęk. Natomiast kiedy tracę coś co mogło być przepustką do normalnego życia, sytuacja się odwraca i czuję ogromny Żal, poczucie smutku straty i to do takiego stopnia, że zadręczam się myślami, co by było gdyby. Dopiero po fakcie dostrzegam co straciłem. Teraz czuję, że taka okazja się nie trafi. Mam już dosyć poszukiwań, mam już dosyć mieszkania z rodzicami, mam już dosyć swojego życia, bo to nie jest życie tylko. Nie ma dnia abym nie odczuwał jakich kolwiek lęków. Nie potrafię normalnie funkcjonować, stoję w miejscu. Jak mam się usamodzielnić, już nie mówię o poznaniu partnerki i założeniu rodziny. (Chociaż w tym wieku zaczynam w to wątpić.) Jak mam to zrobić skoro poepłaniam te same błędy. Jestem już sfrustrowany. Teraz mam poczucie, że moje plany legły w gruzach, już nigdy nie będę na swoim, już nigdy się nie ożenię, bo jak tu przyprowadzać kobietę do mu, w którym mieszkają rodzice? Zero prywatności, zero intymności. Nam 32 lata, a nie mogę poczuć się jak mężczyzna i mieć swoje życie. Nie mogę przez to, że choruję na depresję, na prokrastynację, na lęki... Już nie mam siły. Już nie wytrzmam kolejnej jesieni. Chcę już się usamodzielnić, wyprowadzić się do nowego mieszkania, nawet jeśli miałbym być resztę życia sam (na co się zapowiada). Chcę poczuć, że wreszcie żyję, tu i teraz. Już nie chcę czekać. Niestety to już koniec jestem przekonany, że taka okazja się już nie trafi. Czuję się podle. Mam wstręt do siebie. Nic mnie nie cieszy, nic nie sprawia przyjemności. Żyję z dnia na dzień, nie wiem na jak długo, bo już nie mam psychicznie sił. Nie mam przyjaciół Kiedyś miałem dziewczynę, ale postanowiła ale mnie odejść. Bardzo to przeżyłem, ale to już temat na inną rozmowę. Czuję lęk, zazdrość, że inni w mim wieku mają rodziny, a ja? Ja jestem czarnej d...e. Moje życie to pasmo porażek. Temat z mieszkaniem to tylko przykład, bo takich sytuacji jest wiele, non stop. Nie umiem sobie tego mieszkania wybaczyć. Chodzę to terapeuty, ale nie czuję poprawy. Jestem osobą wierzącą i tylko wiara powstrzymuje mnie przed zakończeniem. Jednak obawiam się, że kiedyś wiara, to może okazać się za mało.
  23. Witam. Mam 32 lata. Choruję na depresję od kilkunastu lat. Leczę się psychiatrycznie i chodzę do psychologa/terapeuty od kilku lat. Po traumatycznym dla mnie wydarzeniu, od dwóch lat próbuję się usamodzielnić, kupić mieszkanie i wyprowadzić się od rodziców. Zadanie to jest dla mnie trudne, ponieważ cierpię na prokrastynację. Mam zaburzenia lękowe, więc kupno próby szukania mieszkania kończą się fiaskiem. Ponad pół roku temu miałem na oku fajne mieszkanie. Oczywiście nie potrafiłem podjąć decyzji, ponieważ pojawiały mi się lęki związane z okolicą. Później kiedy mieszkanie zostało sprzedane, moja sytuacja psychiczną znacznie uległa pogorszeniu, przez odwrócenie sytuacji i poczuciu żalu, wyrzutów sumienia. Poczucie straty, itd. W między czasie oglądałem inne mieszkania, ale zawsze coś mi nie pasowało. W tym tygodniu znalazłem kolejne mieszkanie, które spełniało większość moich oczekiwań z wyjątkiem jednego. Za blisko rodziców. Wystarczy się wychylić z okna i widać blok i okno tego mieszkania. Poszedłem obejrzeć. Samo mieszkanie super. Ale ta bliskość... Czułem lęk, że za blisko rodziców, że nie po to chcę się wyprowadzić od rodziców, żeby mieszkać 300 metrów dalej. Odpowiedź sprzedajacemu miałem dać pod koniec tygodnia. Oczywiście z moja prokrastynacją było to dla mnie nie możliwe. Jak zwykle cząłem projektować w myślach, analizować wszystkie za i przeciw. (Mam tak za każdym razem, gdy muszę podjąć jakąś decyzję. To jest nie do wytrzymania.) Wiadomo, że teraz sytuacja na rynku nieruchomościami jest kiepsko, nie ma mieszkań, a jak jakieś się trafi to szybko znika. Po dwóch dniach coraz bardziej byłem przychylny decyzji na tak, bo mieszkanie dla mnie idealne. Dzisiaj zadzwoniłem do sprzedającego i okazało się, że mieszkanie zostało sprzedane. Zaczął się dramat. Sytuacja analogiczna do tej sprzed ponad pół roku. Zacząłem odczuwać Żal, poczucie straty. Winię siebie za to, że nie zdecydowałem się na kupno. Wiedziałem, że dziś jest ciężko i mieszkania szybko idą. Teraz czuję lęk, że taka okazja się już nie trafi. To było moje mieszkanie, tak czuję. Nie potrafię sobie tego wybaczyć. Leżę cały czas w domu, nie potrafię nigdzie wyjść. Dlaczego przed podjęciem decyzji, czuję lęk, wymyślam sobie argumenty przeciw, które jeszcze bardziej wzbudzają u mnie lęk. Natomiast kiedy tracę coś co mogło być przepustką do normalnego życia, sytuacja się odwraca i czuję ogromny Żal, poczucie smutku straty i to do takiego stopnia, że zadręczam się myślami, co by było gdyby. Dopiero po fakcie dostrzegam co straciłem. Teraz czuję, że taka okazja się nie trafi. Mam już dosyć poszukiwań, mam już dosyć mieszkania z rodzicami, mam już dosyć swojego życia, bo to nie jest życie tylko. Nie ma dnia abym nie odczuwał jakich kolwiek lęków. Nie potrafię normalnie funkcjonować, stoję w miejscu. Jak mam się usamodzielnić, już nie mówię o poznaniu partnerki i założeniu rodziny. (Chociaż w tym wieku zaczynam w to wątpić.) Jak mam to zrobić skoro poepłaniam te same błędy. Jestem już sfrustrowany. Teraz mam poczucie, że moje plany legły w gruzach, już nigdy nie będę na swoim, już nigdy się nie ożenię, bo jak tu przyprowadzać kobietę do mu, w którym mieszkają rodzice? Zero prywatności, zero intymności. Nam 32 lata, a nie mogę poczuć się jak mężczyzna i mieć swoje życie. Nie mogę przez to, że choruję na depresję, na prokrastynację, na lęki... Już nie mam siły. Już nie wytrzmam kolejnej jesieni. Chcę już się usamodzielnić, wyprowadzić się do nowego mieszkania, nawet jeśli miałbym być resztę życia sam (na co się zapowiada). Chcę poczuć, że wreszcie żyję, tu i teraz. Już nie chcę czekać. Niestety to już koniec jestem przekonany, że taka okazja się już nie trafi. Czuję się podle. Mam wstręt do siebie. Nic mnie nie cieszy, nic nie sprawia przyjemności. Żyję z dnia na dzień, nie wiem na jak długo, bo już nie mam psychicznie sił. Nie mam przyjaciół Kiedyś miałem dziewczynę, ale postanowiła ale mnie odejść. Bardzo to przeżyłem, ale to już temat na inną rozmowę. Czuję lęk, zazdrość, że inni w mim wieku mają rodziny, a ja? Ja jestem czarnej d...e. Moje życie to pasmo porażek. Temat z mieszkaniem to tylko przykład, bo takich sytuacji jest wiele, non stop. Nie umiem sobie tego mieszkania wybaczyć. Chodzę to terapeuty, ale nie czuję poprawy. Jestem osobą wierzącą i tylko wiara powstrzymuje mnie przed zakończeniem. Jednak obawiam się, że kiedyś wiara, to może okazać się za mało.
  24. Witam. Jestem 42 letnim mężczyzną. Od 20 lat żonaty. Dwoje dzieci 18 lat syn i 12 lat córka. Postanowiłem odejść od żony, lecz mam taki problem że mam strach-lęk przed przyszłością. Boję się co będzie dalej, czy dam sobie sam radę i wogóle. Jak z tym walczyć?
  25. Cześć. Jestem 33l kobietą. Mam 9letniego syna, wraz z mężem (od 11lat żyjemy na "kocią łapę" ale nienawidzę słowa konkubent). Mam stwierdzone zaburzenia depresyjne oraz nerwicę lękową, fobię społeczną. Nie wiem, kiedy się zaczęło. Muszę dodac,ze zazywam leki uzalezniajace (zaczelam brac na wlasna reke) przeciwbólowe- Tramal. Nie potrafie ich odstawić. Chce pomocy ale nie chce aby rodzice wiedzieli o tym uzaleznieniu. Wiem,ze jestem dorosła. Ale nie emocjonalnie... a rodzice chorują. Chcę zyc dla siebie i syna, zaczac pracowac i wychodzic z domu bez problemu. Podam moje codziennie zmagania i problemy -apatia Uciążliwy stres Brak apetytu Niezdolnosc do pracy Zero blizszych znajomych Ciągle martwienie się Niska samoocena Kompleksy (podobno bez powodu) Czarne scenariusze, najczesciej przed snem (śmierć bliskich lub chec napisania listu pozegnalnego) Mysli samobójcze Brak wsparcia rodziny (albo nie wiedza jak, albo bagatelizują i mówią "ogarnij się/nie denerwuj się szkoda zdrowia) oraz twierdzenie, ze depresja itp nie istnieje, ludzi powaliło a mi sie "nie chce" pracowac i wmawiam sobie głupoty. Mieszkam w malym miasteczku, na wizyte u psychiatry czeka sie okolo rok. A prywatnie najblizej 30km. Nie mam auta, nawet kogo poprosić o dojazd, no i mam problemy finansowe. Nieduże , ale są... Pomaga mi obecność synka, moje dwie kotki, malowanie pejzaży, pomaganie innym. I marzenia. Gdzie mogę zadzwonić/znaleźć kogoś, kto mi pomoże. Województwo mazowieckie, dokladnie północne Mazowsze.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Create New...

Important Information

Używając strony akceptuje się Terms of Use, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.