Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'depresja'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 337 wyników

  1. Witam. Byly partner bardzo gra na mojej psychice opowiada różne nie fajne historie związane ze mna swoim rowiesnikom po czym wychodze na miasto z znajomymi i widze ich wzroki usmieszki i jak rozmawiaja zapewne o mnie. Pod koniec zwiazku stalam się jakby inna osoba, uzależniona, kontakt juz mielismy slaby, a ja w panice ze stracę ukochana osobę upokarzalam się, wypisywalam pi setki wiadomosci, ale dostalam zero odezwu. Pewnie z tego tez sie smieja. Teraz juz jest lepiej. Jak sobie poradzic z rozstaniem?
  2. We wtorek 23.07.2019], kot zaczął się zachowywać inaczej niż zwykle, jeden weterynarz na osiedlu [ja bezrobotny, brak oszczędności], tylko na to było mnie stać. Wizyta nic nie dała. W czwartek [25.07.2019] kolejna [matka dała pieniądze i dalej daje na utrzymanie kota] u innego poleconego, no i wyszło, że ma chłoniaka/białaczkę w stanie niezadowalającym. Jakieś zmiany w płucach, trochę płynu, potem wyszło też jak z sercem, nerki i wątroba w porządku, krew również. Na chwilę obecną stan stabilny i owszem cieszy mnie to, ale kot jest na lekach, jeżdżę do gabinetu, teraz raz na 1,5 tygodnia, wcześniej co kilka dni. Od 23.07 nie jestem sobą, 25.07 czyli w dniu kiedy dowiedziałem się co z kotem, ryczałem jak nigdy, albo inaczej mówiąc, nie przypominam sobie, żeby w ciągu ostatniego czasu coś takiego miało miejsce. Od razu po wyjściu z gabinetu zadzwoniłem do psychologa, Caritas ma placówki z darmową pomocą, dla takich jak ja. Poszedłem, znowu ryczałem i na kolejnych spotkaniach też, w domu tak samo. W ubiegłym roku chodziłem na spotkania do tego samego miejsca, ale przestałem, żałuję, dziś tej Pani nie ma już na miejscu i chodzę do innej. Nie wiem ile kot będzie żyć, nie chcę wiedzieć, bo to jeszcze bardziej mnie dobije, jeśli będzie to krótki okres, nawet jak by był długi, to i tak bym musiał odliczać i przygotowywać się do pożegnania. Co gorsze, będę musiał podjąć w końcu decyzję o uśpieniu go, kiedy jego stan na tyle się pogorszy i nie będzie się już nic dało zrobić. Wiem, że przy tym będę, następnie muszę jakoś załatwić kremację, transport i całą resztę, urnę... nie wiem czy dam to radę zrobić, już teraz płaczę. Jak nazwa tematu wskazuje, nie mam nic poza kotem. Żadnych znajomych, rodziny, co prawda matka jest i z nią mieszkam, ale to osoba której zawdzięczam swoje wszelkie problemy natury psychicznej. 31 lat i tkwię w tym samym miejscu, całe życie. Pani psycholog zasugerowała wizytę w szpitalu psychiatrycznym, dała namiary na psychiatrę [leki, jeśli nie chcę szpitala], ale olałem to, no i termin minął. Będę próbował w przyszłym tygodniu. Mam też namiar na jakiś numer 24/7. Kolejna rozmowa z psychologiem dopiero we wrześniu, cały miesiąc jestem pozostawiony sam sobie. Dziś wysyłałem CV, ale w Polsce niestety trudno znaleźć zatrudnienie dla osób takich jak ja, z cała gamą problemów natury psychicznej, więc jeśli będzie jakikolwiek odzew, to będzie cud, nie żebym informował kim jestem, ale dobrze wiemy, że presja, mobbing i cała masa tego typu podobnych jest normą w najgorszych pracach. Gdzie indziej nie mam po co aplikować. I tak to nędzne życie jakoś leci, brak wykształcenia, brak umiejętności, talentu i chęci. Zrobiłem to [wysyłanie CV, szukanie pracy] głównie z myślą o kocie, wszystko kosztuje, a tym bardziej w takich okolicznościach. Pijawki żerują na ludzkiej tragedii i płacić trzeba, sporo, dla mnie kwota rzędu 2 tysiące i więcej to kosmos. Nie mam pojęcia co robić ze sobą, samobójcze myśli oczywiście mam od wielu lat, czy się nasiliły trudno mi powiedzieć, bo priorytetem jest dla mnie kot i muszę o niego zadbać. Po babci, ani dziadku nie uroniłem łzy, na żadnym pogrzebie jakim byłem. Zdaję sobie sprawę z tego co tutaj piszę, może być trudno to pojąć, ale taka jest prawda. Kotek ma 8 lat+, więc swoje już przeżył, ale i tak mnie to boli, przez to jak jest. Zgon naturalny to jednak co innego. Fatalnie się czuję, w domu miałem Sulpiryd i łykam sobie codziennie po jednej sztuce, początkowo pomagało, w sensie otumaniało mnie, ale już przeszło. Dziś zacząłem drugi listek, jest tam 12 tabletek ogólnie. Lepiej jest rankiem, ale noc, ciemność mnie przeraża, nigdy tak nie było. Sam też nie wiem co dokładnie czuję, bo nigdy tak źle nie było, a wiem, mam tą pewność, będzie gorzej. W skrócie mogę to tylko opisać jako ciągły "stan zagrożenia", czy inny lęk, nie wiem, nie mam pojęcia.
  3. Witam, mam 18 lat i odkąd pamiętam mam słabą psychikę, często jest mi smutno, chce mi się płakać i śpię w dzień. Miałam kiedyś myśli samobójcze oraz okaleczałam się. Chciałabym się dowiedzieć czy to mogą być objawy depresji?
  4. Mam 18 lat, jestem kobietą.Od kwietnia zmagam się z gwałtownymi i silnymi zmianami nastroju, jednak już rok wcześniej psychoterapeuta zdiagnozował u mnie stany depresyjne. Bardzo przeszkadza mi towarzystwo ludzi, wybieram ulice mniej uczęszczane przez ludzi, nie spotykam się z nikim, unikam wszelkiego kontaktu twarzą w twarz ze znajomymi. Ciężko mi wstać z łóżka czy chociażby przebrać się kiedy już naprawdę muszę wyjść z domu. Rozmowy z innymi mnie stresują, doprowadzają do płaczu, nie umiem spać w nocy, często się budzę lub mam problemy z zaśnięciem. Zdarzają mi się także niekontrolowane wybuchy płaczu lub złości i frustracji, nic nie sprawia mi przyjemności. Dużo czytam żeby odciągnąć się od negatywnych myśli, ale na nauce nie umiem się skupić. Mam także problemy z apetytem. Proszę o poradę.
  5. Gdy poznałam mojego partnera wiedziałam, ze ma dziecko. Nie miałam z tym problemu - do czasu. Świetnie się dogadywałam z jego synem, dopóki nie zaczęliśmy się starać o dziecko. Bardzo chciałam zajść w ciążę, jednak starania trwały pół roku. Czułam się gorsza, bo z byłą udało mu się za pierwszym razem. Potem poroniłam, było jeszcze gorzej. Wtedy udało mi się zajść w ciążę, ale byłam zazdrosna. Mąż opowiadał, jak cieszył się z pierwszego synka a ja wiedziałam, że z naszego dziecka wcale się nie cieszy. Moje uczucia jakoś ukierunkowały się na jego syna. Zaczęłam go obwiniać, być zazdrosna. Jego chciał, z niego się cieszył, a z mojego dziecka już nie. Później było tylko gorzej. Zauważyliśmy, że jego syn nie rozwija się prawidłowo. Podejrzewałam u niego autyzm. Mąż zapierał się, mówiąc że próbują mu wmówić chorobę jego dziecka, obwiniał mnie z kłótnie z byłą partnerką. Gdy urodziłam byłam zaborcza o córkę. Mąż niewiele się nią zajmował. Bolało mnie, bo wcześniej opowiadał jak wstawał w nocy do syna, do naszej córki jakoś mu się nie chciało. Jeszcze bardziej znienawidziłam jego syna. W międzyczasie ciągle kłócił się z byłą partnerką, obarczając mnie odpowiedzialnością. Zaczęło mi przeszkadzać, gdy jego syn przyjeżdżał do nas, gdy patrzył na moją córeczkę, podchodził do niej, oglądał... Nie mogłam znieść, gdy się później bawili. Czułam mdłości, gdy mąż robił im razem zdjęcia. Potem druga ciąża. Z każdym przyjazdem jego syna skręcało mnie w żołądku, z obawy, że mąż każe dotykać mu mojego ciążowego brzuszka. W wyniku kłótni z byłą partnerką nie widział syna pół roku. Wyżywał się na mnie, kłóciliśmy się dużo w tamtym momencie, ale było mi na rękę, że nie muszę go oglądać. Potem znów zaczął po niego jeździć. Kontakt z nim jest utrudniony. Matka go nie diagnozuje, ja widzę autystyka. Drażni mnie, gdy pół dnia gotuję obiad a na koniec on trzy godziny je, plując i właściwie zwracając to co ma w buzi do talerza. Mąż nie zwracał mu uwagi, za to na naszą córkę krzyczał z byle powodu. Wszyscy mamy się dostosowywać do tego dziecka, nasze zasady domowe, wg których wychowujemy nasze dwie córki na czas jego obecności zostają "naginane". To, ze musiałam się silić na uśmiech, miłe słowa do tego dziecka i udawać, że wszystko jest dobrze pogarszały tylko mój stan. Tłumiłam to wszystko w sobie. Powiedziałam mężowi, że trudno mi go zaakceptować w 100%, wydawało mi się, że zrozumie, wesprze, a wypomniał mi to przy pierwszej kłótni. Dlatego mój pogłębiający się problem tłumiłam w sobie, ukrywałam, udając, że nic się nie dzieje, co z kolei tylko pogarszało. Stało się to o tyle poważne, że gdy tylko słyszę, że mąż chce po niego jechać czuję mdłości na samą myśl, chodzę poddenerwowana, słabo sypiam, wybucham złością. Gdy widzę gdziekolwiek w sieci to samo imię wywraca mi się w żołądku. Nie potrafię wyjść z nimi na spacer. Nie potrafię czasem zmusić się na uśmiech w jego stronę. Mdli mnie, gdy słyszę, jak bawi się z moją córką, brzydzi mnie gdy dotyka jej rzeczy, jej zabawek. Boli mnie jego istnienie. Nie potrafię się pogodzić i rozważam rozwód z tego powodu. Chciałabym, żeby mąż był tylko nasz, żeby nie musiał marnować naszego czasu w weekend na niego. Żebym nie musiała sobie psuć niedzieli, na jego dziwaczne zachowania. Spędzanie czasu z nim to dla mnie tortura. Odliczam za każdym razem minuty do ich wyjścia, które i tak mąż stara się ograniczać do minimum, bo zazwyczaj większość dnia spędzają poza domem. Nie chcę już dłużej się tak czuć. Nie chcę też wychodzić z nimi na spacery, jeździć z nimi na wycieczki, ani spędzać z nimi czasu. Chcę tylko, pogodzić się z jego istnieniem, przestać nienawidzić go i czuć się jak intruz we własnym domu kiedy on jest tutaj. Chcę, żeby przestało mnie zżerać od środka, gdy bawi się z moimi córkami. Chcę po prostu zaakceptować go. Nie pokochać, ani polubić. Po prostu pogodzić się z tym, że on istnieje.
  6. Witam, wraz z rodziną podejrzewam u siostry mojego męża hipochondrię. "Choruje" ona od kilku lat na różne choroby, zanim zakończy leczenie jednej to pojawia się kolejna. Zaczęło się od leczenia kręgosłupa, problemy z jelitami, sprawami kobiecymi, po raka i chorobę serca. Przez te kilka lat pojawiła się u wielu specjalistów i wykonała wiele badań - oczywiście wszystko prywatnie. Wydała na to już kilkadziesiąt tysięcy. Żaden lekarz jednak nie zdiagnozował konkretnej choroby. Wysyłali ją na kolejne drogie badania, ponieważ nie wiedzieli co jej jest. Po jakimś czasie ona kończyła leczenie choroby, by zająć się inną. Ostatnio twierdzi, że ma chore serce z powodu duszności, które ją męczą (mimo tego, że była u kilku kardiologów- wszyscy zapewniali, że duszności spowodowane są stresem, kilka razy miała robione badanie EKG, które nic nie wykazało). Ciągle każe wozić się na SOR, ponieważ twierdzi, że się dusi i zaraz może dostać zawału. Na SORze dostaje leki uspokajające i wraca do domu. Ponadto muszę wspomnieć, że jest to osoba po 30tce, a tak naprawdę przepracowała w swoim życiu łącznie może rok. Cały czas twierdzi, że nie ma czasu na pracę, bo ciągle ma wizyty u lekarzy. Za wszystko płaci jej mąż i rodzice. Nie ma również dziecka, choć mówi, że chce mieć dziecko, ale boi się, że w ciąży może na coś zachorować. Niedawno zdałam sobie sprawę, że te "choroby" zaczęły się chwilę po narodzinach naszego syna. Wtedy też wyprowadził się mój mąż, a jej brat z ich domu rodzinnego do mojego domu. Choć nie wiem czy ma to jakikolwiek związek. Szczerze mówiąc wszyscy już rozkładamy ręce. Nie wiemy co robić. To strasznie męczy wszystkich dookoła. Ona nie chce iść do psychologa, a my uważamy, że to co się z nią dzieje jest na tle psychicznym. Jak możemy pokazać jej, że problem jest gdzie indziej i jak nakłonić taką osobę do terapii psychologicznej? Czy te "choroby" mogą mieć związek np z niechęcią podjęcia pracy lub chęcią bycia w centrum uwagi? Bardzo proszę o poradę.
  7. Cześć. Mam 23 lata, jestem chłopakiem i zastanawiam się czy choruje na fobie społeczną czy po prostu jestem nieśmiały. Może udać by się z tym do psychiatry ? Od zawsze miałem problem z nawiązywaniem znajomości, z reguły zawsze byłem z boku, cichy, przy pierwszym spotkaniu zawsze bardzo się stresowałem, czy to przy bardziej WAŻNYCH okolicznościach. Jednak miałem wcześniej kilku znajomych. Ogólnie moja historia(nie wiem jak to nazwać) z „nieśmiałością” jest długa, ale może opiszę kilka sytuacji. Zaraz po skończeniu technikum miałem iść do pierwszej pracy, na wakacje. Znalazłem ogłoszenie napisałem CV i pojechałem autobusem na spotkanie. Już w samej komunikacji złapał mnie naprawdę ogromny ból brzucha i biegunka. Cały czas jechałem siedząc, trzymając się za brzuch. O niczym nie myślałem tylko o tym bólu. Ostatecznie zrezygnowałem i poszedłem do najbliższej galerii do toalety. Po tym jak zrezygnowałem ból minął. Często jak myślałem o przyszłej pracy obawiałem się, że będę musiał siedzieć i nie będę mógł w wyjść do toalety jak mnie rozboli brzuch. Gdy szedłem pierwszy raz na rozpoczęcie studiów to bolał mnie trochę brzuch. Minęła część oficjalna immatrykulacji, ale kazali nam zostać na godzinne przedstawienie. Budynek to była aula i nigdzie nie było toalet. Jak usłyszałem ze będzie to trwało jeszcze godzinę zaczął mnie równie mocno jak wtedy boleć brzuch i znowu te uczucie chęci pójścia do toalety. Nie słuchałem nawet to co mówił prowadzący tylko trzymałem się za brzuch i myślałem żeby jak najszybciej się to skończyło. Jak wyszedłem stamtąd, ból się skończył. Semestr studencki skończył się pod koniec czerwca 2019r, od tamtej pory siedziałem w domu. Ostatnio miałem iść do szkoły po papiery, bo coś tam rodzice potrzebowali. Gdy wsiadłem do tramwaju, zaczął mnie boleć brzuch, podjechałem 2 przystanki do centrum handlowego i wysiadłem w celu pójścia do toalety bo miałem uczucie, że się zaraz zdefekuję w spodnie. Wyszedłem z toalety i poszedłem 2km na pieszo nie chcąc mieć kontaktu z ludźmi w tramwaju, bojąc się o to, że jak znów zacznie mnie boleć brzuch to spotka mnie nieprzyjemna sytuacja w dodatku w obecności ludzi. Będąc w technikum czasami pisaliśmy rozprawki na polskim. Lubiłem rozprawki bo mogłem wyrazić swoje zdanie. Jednakże rozprawki pisaliśmy na 2 lekcjach + przerwa czyli łącznie 100-105minut. Wtedy też czasami łapał mnie ból brzucha i patrzenie na zegarek kiedy lekcja minie … Czasami nawet przestawałem pisać, bo nie mogłem tego znieść. Przepraszam z góry za szczegóły. Nie wiem czy to jest fobia społeczna czy co. Bóle zaczęły się jakoś od gimnazjum już przy odpowiedzi ustnej przy tablicy. Nie sądzę żeby to było z powodu złego odżywiania się. Jak siedzę w domu to nie boli mnie brzuch. (…) Gdy już kogoś bliżej poznam to brzuch nie boli. Po próbie pójścia do swojej pierwszej pracy poszedłem do psychologa. Pani powiedziała, że przesadzam i że powinienem się mniej stresować (To tak jakby powiedzieć osobie chorej na depresje żeby przestała być chora na depresje…) Pani psycholog ostatecznie przepisała mi tabletki Propranolol WZF na receptę i kazała mi wziąć jedną tabletkę jak będę szedł na rozmowę o prace. Oczywiście na rozmowę nie poszedłem, bo się bałem, że znów się zacznie… Później spytałem się kolegi siostry, która choruje na depresje czy zna te tabletki. Powiedziała, że kiedyś je miała te tabletki i że są bardzo słabe i nic nie pomagają. Nie wiem co mam z sobą zrobić. Czy iść znowu do psychologa czy do terapeuty czy psychiatry. Słyszałem, że to jest poważne i że leczy się to latami. Wcześniej zawsze mówiłem „ból minie”, ale takich sytuacji „stresujących” jest coraz więcej w dorosłym życiu… Mam dosyć niską samoocenę, „inną orientację” której rodzice nie akceptują, brak prawdziwych przyjaciół. Nie wiem czy to ma na to wpływ, ale wolałem napisać.
  8. Witam mam 27 lat na wstępie chciałem zaznaczyć że moja osobowość kwalifikuje się do kilku kategorii wiec wybrałem ta. Pochodzę z biednej patologicznej rodziny gdzie ojciec zamiast pomagać jest pasożytem i katem dla rodziny, psychicznym i fizycznym, czułem się dzieckiem gorszego sortu przez to ze starszy brat był lepiej traktowany oddemnie tzw. Dostawał mniejsze kary za te same przewinienia lub dużo lepsze prezenty lecz do sedna. Od zawsze byłem marzycielem ktory często wdawal się w bójki przeżywałem napady gniewu jestem dyslektykiem który jest targany hustawkami emocjonalnymi tym co często ma problem z bronieniem swoich racji. Mam trudny charakter nie jednokrotnie bywałem na bakier z prawem ,nie uczę się na własnych błędach trafiłem do więzienia wyszedłem w dałem się w toksyczna relacje która cudem udało mi się zakończyć bo kiedy na przykład próbowałem odejść partnerka dostawała histerii niszczył moje rzeczy jak samochód telefony targala się na własne życie a i potrafiła z rana gdy spałem uderzyć mnie łokciem w nos na pobudke (poznaliśmy się na tajski boksie) czy też wykonać scenę filmowa chłopców z ferajny (nie mam pojęcia czy oglądała ten film lecz zagra to) mając mnie w dosiadzie wymachujac mi żyletka przed okiem domagając się dowodów miłości (powiedz ze mnie kochasz lub potne ci twarz albo nie utne ci penisa i juz nigdy żadna cie nie zechce ). Tak czy inaczej przez te lata sporo problemów się nawarstwilo ,mniewałem gorsze stany z myślami samobójczymi wtedy właśnie zaczęłam interesować się sportem co chodź trochę usniezylo niektóre dolegliwości lecz z jedną nie umiem sobie poradzić a stoi na przeszkodzie do lepszego życia. Mam chroniczne problemy z koncentracja. Kiedy próbujesz poraz enty zrobic coś dobrze ale ci to nie wychodzi bo mózg odwarza ci przykre wspomnienia niczym cholerny magnetowid albo po prostu jesteś nie przytomny to nie dziwie się ze szef w pracy ma prawo do pretensji. Do tego nie jednokrotnie w sytuacjach zagrożenia jestem rozchwiany emocjonalnie, nie potrafię wyprowadzić celnej riposty a gdy gdy zagrożenie mija i nie czuje juz ze każdy mięsień jest spiety do granic możliwości nagle przychodzi mi kilka możliwości dobrej odpowiedzi. Trudno jest mi być asertywnym, popadam w skrajności każde zwrócenie komuś uwagi by dostrzegł moja racje to dla mnie wysiłek przez co mam kłopoty w kontaktach z rówieśnikami. Proszę o pomoc
  9. „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” to autentyczny dziennik ze szpitala psychiatrycznego. Rozpoczyna on cykl autobiograficznych książek o borderline Anki Mrówczyńskiej. To intymna i wstrząsająca opowieść o dwudziestosiedmiolatce z pogranicznym zaburzeniem osobowości. Przedstawia losy pogrążonej w depresji, nadużywającej alkoholu i okaleczającej się dziewczyny, mającej dość pracy na stanowisku robotnika. Nasilające się myśli samobójcze i kolejne dwie próby skłaniają ją do poszukania profesjonalnej pomocy. To, co udaje się jej dostać, nie wystarcza. Rozpoczyna terapię na Oddziale Dziennym Leczenia Nerwic. Stamtąd zostaje przeniesiona na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego. W szpitalu przez większość czasu zajmuje się spisywaniem swojego życia wewnętrznego. Swoją osobowość postrzega jako podzieloną na pięć części, gdzie każda z nich ciągnie na swoją stronę. W dziewczynie walczą ze sobą chęć życia oraz pragnienie śmierci. Czytając tę książkę przenosimy się do świata wewnętrznego narratorki. Poznajemy jej myśli, obawy, rozterki. Dzięki licznym analizom, spoglądamy na świat jej oczami. Ta lektura obudzi w czytelniku emocje, jakie kłębią się w osobie desperacko walczącej o swoje życie – ze sobą samym. Poznaj dylematy, z jakimi zmaga się ktoś, kto czuje silny przymus niszczenia siebie, choć tak bardzo kocha życie. Książka polecana, w szczególności studentom psychiatrii, psychologii i psychoterapii oraz początkującym klinicystom i lekarzom, przez magazyny "Charaktery", "Kwartalnik Psychiatra", "Psychiatria i Psychoterapia".
  10. Witam, jestem 25 letnią kobietą i od pewnego czasu cierpię na zupełną bezsilność. Nie wiem nawet jak mam opisać mój stan. Wszystko zaczęło się od śmierci rodzica. Następnie gdy zaczęłam sobie z tym w jakikolwiek sposób radzić, próbować nie myśleć pojawił się inne problemy. Mam kochającego mężczyznę i zaczęłam szukać dziury w całym, opowiadać mu całą swoją, nie zawsze dobrą przeszłość. Nie chciałam tego robić ale czułam silną potrzebą wewnętrzną, czułam tzw uścisk w żołądku i roztrzęsienie gdy wiedziałam, że on czegoś może nie wiedzieć. Gdy jeden paskudny temat wyszedł mi z głowy, przychodził następny. Następnie zaczęły się problemy w pracy. Wszystkie problemy zaczęły mnie przygnębiać i wszystko przestało mnie cieszyć. Ostatnim czasem mieliśmy ochotę z Ukochanym trochę się wyluzować i poszliśmy do baru na kilka drinków. Niosło to za sobą takie konsekwencje, iż po prostu nie pamiętam co się działo i bałam się, że zdradziłam Ukochanego. Mój Ukochany zapewniał mnie, iż nic takiego absolutnie nie miało miejsca i cały czas kontrolował sytuację, że nie odstępował mnie na krok. Chwilowo uwierzyłam, ale następnie później przypominam sobie twarzy jego brata, który po prostu przechodził i przywitał się z nami. Wmówiłam sobie, że to na pewno z nim go zdradziłam, chociaż nawet nie miałam podstawy aby tak myśleć, żadnej i nie mogę się pozbyć tego typu myśli. CO mam w tej sytuacji zrobić? Nie potrafię się na chwilę obecną cieszyć niczym. Uprzejmie proszę o pomoc w tej sprawie i rady abym wiedziała co robić dalej.
  11. Witam, moim problemem jest moje małżeństwo. Od 6 lat jestem w związku małżeńskim mam dwoje dzieci. Mąż uważa że starszy syn (6l) jak to on mówi "nie da się lubić" syn jest super dzieckiem. Ma chumorki i swoje zagrania jak inne dzieci, bywa marudny , zrzedliwtly czasami ciężko zlto wytrzymać stara się stawiać na swoim (najczęściej chodzi o granie na kom lub oglądanie yt) nie ma tego nie wiadomo ile pół godziny dziennie, bajki ograniczone a mąż ciągle się go czepia. Syn jest bojacy, kazd wysokość go przeraża. Ja go rozumiem bo sama nie jestem zwolenniczką wysokosci. Mąż się z niego nasmiewa, wyzywa od dziewczynek itd. Z tego powodu jest dużo kłótni. Syna porównuję do siebie powtarza ciągle " ja w jego wieku robiłem to i to a on nie potrafi" ciągle obarcza mnie wina ze syn jest taki nie poradny. Mąż chce wszystkich kontrolować a jak coś nie wyjdzie to moja wina. Ciągle coś się dzieje.. Ja już nie mam siły jak mu tłumaczyć że szyb potrzebuje ojca a nie tyrana. To jest jeden problem a jeszcze jest drugi. Mieszkamy u rodziców męża mamy dwa małe pokoje i reszta wspólna. Mąż nierozmawia z matka już rok, poklocili się jak robiliśmy remont w pokoju bo tesciowej coś nie pasowało że tv duży kupiliśmy w końcu a patrzylismy przedtem w 16cali tv. I meble zmieniliśmy i wg. Mąż zapalony gospodarz chce odziedziczyc gospodarstwo i z tego cała afera że on z tad nie pójdzie a ode nie wymaga dziwnych rzeczy. Chcę zebym z teściową nie rozmawiała, ciągle się o to awanturuje, przyjedzie ktoś przeszkadza że usiądę i porozmawiam jak człowiek kiedy dzieci pójdą do kuchni czy co kolwiek. Według niego najlepiej by było żebym z nikim nie rozmawiała tylko z nim. Taka kłótnia była wczoraj, przyjechała jego bratowa i rozmawiałam, z nią w kuchni ( oczywiście mąż jej nie lubi jak wszystkich że swojej rodziny) jak to zobaczył że jeszcze jest teściowa zrobił A wanture mi i się nie odzywa. Zaraz nie chce jesc nie przychodzi na sniadania czy obiady, sam czasem wezmie coś po cichu żeby nikt nie widział a tak to nie będzie nikt jadł, lhbj się wtedy napić jak się jakiś problem, ciągle uważa że on ma rację i niikt inny. Nawet podczas takiej kłótni ktroa trwała kilka dni bo się nie odzywał a jak on się nie odzywał nie chodziłam i go nie prosiłam. Później sprawdzam jego telefon a on czytał o opowieszeniu się czy to boli, jak wygląda taka śmierć itd. Już drugi raz to zauważyłam. Zapytany o to nic nie odpowiada. Nie niewiem co. Zkim zrobić. Nie chcę się wyprowadzić od rodziców a ja już dłużej z nim nie mogę wciąż w kłótni zycc....:(
  12. Hej, zastanawiam się czy mogę już mieć depresję czy to jeszcze nie to? Od zawsze miałam problemy natury psychologicznej; śmierć rodzica gdy byłam bardzo mała, nieodpowiednie zachowanie, lęki, nerwice natręctw. Gdy miałam 14 lat zdiagnozowali u mnie nastroje depresyjne. Od kilku lat cierpię na bardzo silną cancerofobię i jatrofobię. Pomimo świrowania na wieść, że komuś z bliskich się coś dzieje (a nawet i nie dzieje, ale idzie do lekarza) obawiałam się, że może mieć raka. Niespełna rok temu, najbliższa mi osoba usłyszała tę diagnozę (zresztą nie pierwsza w rodzinie, ale pierwsza tak młoda). Były to tygodnie horroru dla mnie, dla naszych bliskich i nawet nie jestem w stanie wyobrazić, jakie były dla tej osoby. Okazało się, że był to dość wczesny etap choroby, co lekarze potwierdzali, że to świetna wiadomość i teraz będzie trzeba być tylko pod opieką lekarza. I choć była to wspaniała wiadomość, że zdiagnozowano to wcześnie, każdy mój dzień to zmartwienia. Moje fobie tylko się nasiliły, stają się nie do wytrzymania dla bliskich. Nie ma dnia bym o tym nie myślała i nie ma dnia, bym się nie bała. Nie ma dnia, kiedy nie pojawiają mi się w głowie myśli "a co, jeśli to nie koniec? Co jeśli coś przeoczono? Co, jeśli to gdzieś się ukryło?". I nie jestem w stanie przekonać sama siebie, że wyniki zaprzeczyły temu. Dla mnie każde badanie ( w tym kierunku lub jakimkolwiek innym, to dodatkowy stres). Niedawno odkryłam, że już mnie nic nie cieszy. Uśmiecham się, potrafię żartować i się śmiać, ale rzeczy które tak lubiłam, które tak kocham po prostu są tymi rzeczami, które lubię. Nie mam na nic ochoty. Niedawno skończyłam studia, myślałam że tytuł do którego tak dążyłam, dla którego tak wiele poświęciłam i ulga, że jednak się udało, mnie ucieszy - tak się nie stało. Poczułam ulgę, że to koniec stresów związanych z nauką, ale nie poczułam radości. Rok temu straciłam trójkę przyjaciół i choć pozostali bardzo mnie wspierają i lubię spędzać z nimi czas, to nie jest już jak kiedyś. Nie cieszę się na te spotkania, nie odliczam czasu do tego czasu by się spotkać. I szczerze to jest mi obojętne czy spędzę ten czas sama czy nie. Nigdy nie miałam problemu ze spędzaniem czasu sama (lubiłam to zawsze, a zresztą - mój charakter jest trudny do zniesienia). Nie potrafię też się relaksować, nie potrafię nie myśleć o problemach lub uwalniać się od stresu w inny sposób. Ciągnę to tak długo, dopóki się nie uporam z problemem. A jaka jestem ja? Jestem podręcznikową osobowością typu D, jestem nieustanną pesymistką i jak wspomniałam na początku - moje lęki się pogłębiają. Jedyne sny jakie mam - to koszmary lub w jakiś sposób niepokojące. Od dziecka zdarza mi się lunatykować. Sporadycznie, ale zawsze. Nie lubię ludzi i choć nie cierpię na fobię społeczną to nie znoszę przebywać w tłumach i w miejscach, gdzie tych ludzi jest sporo. Nie mam cierpliwości i sympatii do obcych. Naprawdę chciałabym wiedzieć czy mam depresję czy cierpię na jakieś inne choroby psychiczne.
  13. Witam, Jestem tu nowa. Mam bardzo poważny problem z którym nie mogę sobie dać rady. Otóż mam męża i dwoje dzieci dotychczas stanowiliśmy wspaniałą rodzinę i było wszystko w porządku. Nastąpiły pewne zmiany w życiu. Kiedy parę lat wstecz wprowadziliśmy się do jego rodziców było jakoś do czasu w porządku, póki nie jego ojciec zaczął wszystkich ustawiać z nas według jego widzi mi się. Jest on typowym narcyzem co jest to wielkim bólem. Do teściowej nic nie mam. Poszło w końcu o to, że zabrał dziecku piłkę bo go denerwowało granie. Więc gdy poszłam odebrać pikę to wtedy się zaczęło a zarazem szybko skończyło, teść powiedział Spier…….. Mąż oczywiście nic z tego sobie nie zrobił bo powiedział,że on nie będzie się kłócił i tyle. Potem wyjechał do Niemiec a mnie i dzieci potem ściągnął. Nie mieszkaliśmy długo bo niestety nie zaaklimatyzowaliśmy się, wróciłam z dziećmi. Mam swój dom rodzinny który stał od jakiegoś czasu pusty, wiec pomyślałam żeby go trochę odremontować i wprowadzić się, żeby nie mieszkać z teściami. I tak też było. Mieszkaliśmy przez cztery lata do póki nie głupia sprawa , która tak naprawdę była śmieszna i jest do dziś. Poszło o piec węglowy, był silny stres i byłam sama z dziećmi. Wkrótce okazało się, że trudno muszę się wyprowadzić, mąż w tym niewielkim odstępie czasu też zjechał bo tak ja stwierdziłam że na dwa domy się nie da. I tak też się stało. I znowu wróciliśmy do teściów, z myślą że nie będzie takich sytuacji jakie miały miejsce podczas mieszkania pod jednym dachem. Ale niestety był spokój przez rok czasu. Teraz jest znowu od nowa to samo. Chodzi,, podsłuchuje, ciężko cokolwiek zrobić wspólnie bo on jest najmądrzejszy, my wszyscy jesteśmy głupcy i nic nie potrafimy. Ja się już nawet nie podejmuje żadnych tu prac, bo co bym nie zaczęła robić to zaraz będzie sprawdzał i robił oględziny czy to tak jest czy źle według niego. Mam też dość gotowania w jednym garnku obiadów. Męczy mnie to okropnie. Mąż oczywiście mówi, żeby to olać. Ale pytałam się go a jak ty byś się czuł gdybyś był u mojej rodziny? On no głupio. Więc co teraz zrobić. Znowu dom mój rodzinny stoi pusty i tyle zrobiłam rzeczy w nim, odwaliłam kuchnie, łazienkę, mam niewielkie podwórko i teraz rozpaczam że czemu ja tak postąpiłam. To moja głupota i chwile nieprzemyślanej decyzji wpłynęła na taki teraz o to rozwój sytuacji. Rozważam powrót choćby dlatego iż może faktycznie tam jest moje i nasze miejsce żeby mieć spokój, co chcę to zrobię a co nie to nie. Nie będziemy zależni od teściów bo trzeba się podporządkowywać. Mam szacunek do nich. Ale niestety od dłuższego czasu oddalamy się bo on oczywiście znowu stoi po stronie rodziców więc już sama nie wiem co mam zrobić. Żyje w strasznym stresie, boje się o siebie, nie przebywam w większości tutaj tylko tam u siebie w domu lub na mieście spędzam czas, bo w tedy się nie stresuję, nie myślę - cieszę się że jestem z daleka od nich. Stwierdziłam że lepiej się szanować na odległość niż być w takiej sytuacji. Tak naprawdę mamy zero prywatności, intymności, coś kolwiek powiedzieć to tylko poza domem. Nie wiem winie się za to, że tak postąpiłam. Ale myślę że to jest do uratowania. Nie chciałabym aby rodzina nasza się rozpadła. Jest nas 6 osób i wszyscy jesteśmy różni. Ale niestety nikt nikogo nie będzie ustawiał wedle siebie. Ja takiego czegoś nie trawię. Rozmawialiśmy na temat, żeby się wyprowadzić i na razie jest pół na pół ale sądzę, że mąż się wstydzi tego że znowu się trzeba wyprowadzić . I jak to powiedzieć im. Nie wiem co mam zrobić. Może nie miałabym się nad czym zastanawiać, tylko działać brać sprawy w swoje ręce i nie czekać ale nie wiem jestem po prostu załamana. Dotychczas się cieszyłam życiem tym co mam a teraz tylko smutek, płacz i ten lęk, że nie podołam temu wszystkiemu. Czy ktoś mi może coś doradzić ? Chociaż namiastkę jakiejś dobrej rady żebym się wzmocniła i nabrała sił. Pozdrawiam.
  14. Dzień dobry, Mam 25 lat. Dorastałam w rodzinie z problemem alkoholowym, najpierw ojciec pił, później nowy partner mojej mamy. Od dzieciństwa mama nigdy nie miała dla mnie czasu, całymi dniami jej nie było. Na noc też często nie wracała... Zostawiała mnie i moja siostrę same gdy miałyśmy po kilka lat. W zasadzie najgorsze było to, że nie wolno nam było nic jeść z lodówki bez spytania o zgodę, a mamy nie było i nie wiedzieliśmy gdzie jest...Więc praktycznie nic nie jadłyśmy, w weekendy było to samo, tylko w weekendy trzeba było się jeszcze bardziej pilnować, bo był z nami zawsze pijany ojciec. Wtedy nie mogłyśmy nawet chodzić do toalety, robiłyśmy siku do wiaderka na zabawki, bo zamykał nas w pokoju i nie chciał wypuścić... Więc siedziałyśmy w zimnom, głodne, czekając aż mama kiedyś wróci... Gdy łapałyśmy za klamkę żeby wyjść przychodził i nas bił... Z własnego wyboru od wielu lat z ojcem nie mam kontaktu. W tej rozmowie chciałabym skupić się na matce. Gdy zostałyśmy z nią same (miałam wtedy ok 6 lat) miałam nadzieje, że coś się zmieni, ale było tak samo. Mam mówiła ciągle, że to wszystko przez ojca, tylko już z nim nie mieszkamy i nie mamy kontaktu to problemy powinny zniknąć skoro jak twierdziła "to jego wina". Później mama stopniowo zaczynała nas obwiniać (mnie i siostrę) z wszystko co się wokoło niej dzieje. Cokolwiek robiła nie chciała od nas żadnej pomocy, jak coś robiłyśmy będąc same w domu to później słyszałyśmy że źle to zrobiłyśmy i że "za taką pomoc to ona nam dziękuje". Nie chciała nam nic pokazać jak co robić. Często biła nas za źle wykonane zadania. Uczyłam się większości codziennym czynności u rodziców znajomych... wstyd było mi przyznawać że nie potrafię takich podstawowych czynności. Najgorsze było to, że nie chciała z nami rozmawiać, nawet byłam gotowa z nią rozmawiać jak wracała w nocy i kładła się na łóżku w pobliżu nas (byłyśmy w trzy w małym pokoju). Czasami zdarzało się że spędziła z nami popołudnie, ale tylko była w naszym otoczeniu, nic więcej, cały czas była nerwowa. Twierdziła, że to my mamy problem i wysyłała nas do psychologa. Najgorsze było to, że tam nie mogłam powiedzieć jak było w domu, bo jak mama twierdziła, by nas jej zabrano i miała rację... Więc nic nie mówiłam. I tak tam chodziłam przez wiele lat, dostawałam różne leki po których nie wiedziałam gdzie jestem i co robię, była senna. W szkole pytano mnie co się dzieje, nie mogłam nic powiedzieć... Jak miałam 9 lat często chodziłam w nocy po mieście, często straż miejska odprowadzała mnie pod blok i mówili że mam tam wrócić. Jak tylko robiło się cieplej na zewnątrz potrafiłam sobie siedzieć do pierwszej, drugiej rano siedzieć na placu zabaw, żeby nie wracać do domu, bo nie miałam po co tam iść. Gdy nauczyciele zaczęli na mnie naciskać, czemu ciągle chodzę taka nie wyspana z podkrążonymi oczami, że nie ma ze mną żadnego kontaktu, jestem wychudzona, prawie im powiedziałam co się dzieje, ale przypomniałam sobie, że nie będę miała gdzie wrócić jak coś powiem, wiec nadal siedziałam cicho. Po pewnym czasie przestałam chodzić do szkoły, bo nie mogłam wytrzymać ciągłych pytań na prawie każdej lekcji. Powtarzałam klasę. Dużo razy się przeprowadziłyśmy przez te parę lat, ciągle traciłam przyjaciół ze względu na zbyt dużą odległości nas dzielącą. W między czasie zamieszkał z nami nowy partner mamy, też pijący, w tygodniu mniej w weekendy dużo więcej. Później zaczęłyśmy słyszeć z siostrą, że "jesteśmy takie jak ojciec", bardzo nas bolały takie stwierdzenia... Gdy byłam w gimnazjum, bardzo często słyszałam, że nie dam rady skończyć tej szkoły, to samo było w szkole średniej. Mama była zaskoczona, że chcę iść dalej do szkoły i uważała, że "jeśli tak bardzo chcę to mam iść do zawodówki, bo może ją przynajmniej skończę". Poszłam do technikum, które ja wybrałam i je skończyłam mimo ciągłego mówienia mamy, że ta szkoła jest dla mnie za trudna. Nie rozumiem jej zachowania, bo sama miała magistra... Przejdę teraz do aktualnej sytuacji, mieszkałam przez dłuższy czas poza domem i w końcu byłam szczęśliwa. Mogłam sama decydować kiedy chcę iść spać, kiedy chcę coś zjeść czy się wykąpać, itp. Mogłam sama decydować co i kiedy robię, zaczęłam dużo lepiej dogadywać się ze znajomymi. Dużo więcej wychodziłam z domu, po prostu miałam chęci do życia. Mamę odwiedzałam, ale jeśli zaczynała mnie obrażać to starałam się zakończyć rozmowę i żegnałam się z nią na tyle spokojnie na ile potrafiłam. Niestety parę miesięcy temu musiałam opuścić to mieszkanie, a nie udało mi się znaleźć nic w tej cenie (na droższe nie mogłam sobie pozwolić). Myślałam, żeby iść mieszkać na pokój, ale mama zapewniała mnie, że się zmieniła i lepiej dogaduje się z partnerem (mniej pije). Uwierzyłam jej... Wróciłam do domu... Była wtedy w trakcie terapii ( na którą zapisała się gdy mnie nie było), później mi powiedziała, że dostaje leki "na poprawę humoru". Uwierzyłam jej, dałam kolejną szansę... Z początku rzeczywiście starali się oboje (mama i jej partner) być spokojniejsi. Niestety po pewnym czasie wszystkie ich zachowania powróciły, znowu byłam obwiniana o wszystko... Tak nagle wszystko wróciło, zamknęłam się w sobie, spotykając się z kimkolwiek nie miałam nic do powiedzenia. Z czasem przyjaciele też nie mieli o czym ze mną rozmawiać, wiec po prostu przestałam się z nimi spotykać, a oni też się do mnie nie odzywali. Szukałam w internecie co robić w takiej sytuacji i jednym ze sposobów który znalazłam, było mówienie tej osobie co czuję w takie sytuacji. Było mi bardzo trudno zacząć rozmawiać o uczuciach, w zasadzie nie wiedziałam co czuję, bo zawsze musiałam tłumić to w sobie... Po każdej kłótni myślałam nad tym co czuję. Po pewnym czasie zaczęłam o tym mówić, gdy kolejny raz słyszałam, że zrobiłam coś źle. Po pewnym czasie zobaczyłam, że się uspokajała, zaczynała mówić spokojniej. Niestety nadal często słyszę, że nie dam rady czegoś zrobić jeszcze zanim się za to zabiorę itp, ale teraz mówi to nie krzycząc, czasami nawet jest całkowicie spokojna. Jak tylko będę miała możliwość, chcę znowu wyprowadzić się. Będę widywać się z mamą, ale nie chcę tu mieszkać. Siostra mieszka poza domem i też nie planuje tam wracać. Od pewnego czasu widzi co przechodzę (bo sama przez to przechodziła) i pomaga mi, niestety mieszka w innym mieście więc nie widzimy się często. Gdy opowiadam jej o moich problemach widzę, że nie udało się jej uporać z tym wszystkim co sama przeszła, dlatego nie chcę jej zrzucać na głowę moich problemów, bo sama ma swoje... Aktualnie jestem przepełniona emocjami, nie potrafię sobie z nimi poradzić. Do innych ludzi zaczęłam wyrażać emocję nieadekwatne do danej sytuacji, wcześniej zatrzymywałam to wszystko w środku, teraz kiedy uczę się to wyrażać czasem nie potrafię sobie z tym poradzić... Wydaje mi się, że chyba staje się tzw. toksyczną osobą. Zapisałam się do psychologa, ale wizyta dopiero za parę miesięcy. Co mogę zrobić, aby przetrwać te kilka miesięcy? Jak sobie pomóc? Jest jeszcze jeden problem. Boję się zbliżyć do mężczyzn. Panowie z którymi się spotykałam, twierdzą, że nie angażuje się w związek. Staram się, żeby było dobrze, ale chyba mi coś nie wychodzi skoro taką odpowiedź słyszę...Pytałam, co mają na myśli, to zazwyczaj słyszę odpowiedzi "wiesz dobrze co mam na myśli" lub "skończmy ten temat". Zawsze skupiałam się na tym, żeby innym było dobrze. Czerpałam radość z tego, że ludzie w około mnie są szczęśliwi. Niestety często dawałam się przez to wykorzystywać innym. Dziękuję za doczytanie mojej długiej wypowiedzi do końca i proszę o wskazówki co robić, aby było lepiej, niż jest teraz. Zagubiona-zagubiona
  15. Witam . Mam 35 lat jestem matka 2 dzieci i żona . Od jakiegoś czasu tracę chęć do życia . Jest mi wszystko obojętne , nie wychodze już do pracy bo mi się nie chce i siedzę w domu . Mąż pracuje za granica tak ze raczej jestem sama . Czuje się niepotrzebna , wydaje się mi ze jestem problemem i wszystko robię zle , towarzyszy mi lek (wystrasze się nawet swojego cienia ) częste migreny skojarzone . Nawet nie potrafię opisać problemu . Najlepiej jak by mnie nie było to może i problem by się skończył . Nie ma mi kto doradzić nawet . Upadam .
  16. Męzczyzna 19 lat moje problemy zaczeły się rok temu jak zerwała ze mną dziewczyna , bardzo mocno to przeżyłem ,brałem leki na depresje -SSRI (asertin 50) które przestałem stosować bez wiedzy lekarza 2 msc temu . Od roku nie potrafie się odnalezc na tym świecie , wszystko wydaje się takie inne , przez ten rok stałem sie zupełnie innym człowiekiem niż byłem wczesniej przykładowo nie boje się brać narkotyków (których obecnie nie biore) a kiedyś nigdy w życiu bym nie spróbował , jest mi obojętne większość spraw (czy przeżyje , uzależnie się) dodam ze raz byłem przez narkotyki w szpitalu . Świat stał sie szary , nie mogę sie już zakochać , pasja nie sprawia mi przyjemności (sprawiała przed rozstaniem) , nie rozumiem ludzi , wkurza mnie to wszystko delikatnie mówiąc , cały ten 21 wiek (te łatwe dziewczyny, ludzie którzy cie oceniają a nie próbują zrozumieć i wiele wiele innych) . Podchodze z wielkim dystansem do ludzi , czuje że mogą mnie oszukać . wiem że to objawy depresji ale czuję ze ona(depresja) awansowała w zupełnie inny poziom , poziom nienawiści do świata . Nie wiem jak sobie pomóc i czy już taki będę na zawsze..
  17. Witam, Mam 25 lat. Moje problemy z samą sobą zaczęły się już we wczesnym dzieciństwie. Pochodzę z rodziny, w której był alkohol, przemoc fizyczna i psychiczna. Sądziłam, że po rozwodzie rodziców i wyprowadzce z domu do innego miasta na studia, będę wiodła nowe, spokojne życie, ale nie. Jestem w 6-letnim związku, mój partner ma problem z uzależnioniem od gier komputerowych. Z roku na rok zaczęło mi to coraz bardziej przeszkadzać, bo mam wrażenie, że zamiast iść do przodu stoimy w miejscu. On w każdą naszą sprzeczkę i kłótnie angażuje osoby trzecie, zwłaszcza swoją mamę co z kolei pogorszyło nasze relację. Wiem, że partnerowi na mnie zależy, ale nie umie tego okazać. Zauważyłam u siebie, że nie panuje nad swoimi emocjami w trakcie kłótni, rzucam wyzwiskami, zdarzało mi się rzucać przedmiotami. Moje relacje z jego mamą pogorszyły się do takiego stopnia, że czuję się zaszczuta. Otwarcie szuka mu na siłę nowej partnerki i o wszystkie nasze niepowodzenia obwinia mnie. Raz próbowała umówić swojego syna na randkę ze swoją koleżanką z pracy. Czuję, że powoli na sytuacja zaczyna mnie przerastać... Mam wrażenie, że wszyscy myślą, że go unieszczesliwiam i chcą się mnie za wszelką cenę pozbyć. Ja też się czuje nieszczęśliwa, czego już nikt nie zauważa. Nie wiem co robić.. Przychodziły mi już do głowy myśli, spakowania się i wyjazdu za granicę.
  18. Mam 18 lat, od kilku miesięcy przestałam uczęszczać na terapię ze względów finansowych, dlatego piszę tutaj. Od kilku lat przyjaźnię się z jedną dziewczyną, ale gdy ta znalazła sobie chłopaka, poczułam się zagrożona. Nie umiem tego wytłumaczyć... Czuję się przez nią porzucona, bo oprócz niej nie mam nikogo. Praktycznie się nie spotykamy, a gdy ze sobą piszemy, to tylko wtedy, kiedy się kłócimy. Dziś była wybuchła jedna z takich kłótni, obie nie wytrzymałyśmy i napisałyśmy wszystko co czułyśmy, nie wyszło to na dobre, bo prawdopodobnie nasza przyjaźń się skończyła. Zaczęłam się strasznie trząść, jakby z zimna i rzeczywiście - czułam zimno. Wszystko ustało kiedy wzięłam lek na uspokojenie. Przed tymi wydarzeniami był jeszcze czas kiedy dosłownie nie miałam siły wstać z łóżka i zaczęłam płakać przez to, że jem śniadanie, tak po prostu... Czuję się źle pisząc to tutaj mimo, że ta strona właśnie od tego jest, ale jednak uważam, że i tak nikogo nie będzie to obchodzić, albo ktoś powie, że wyolbrzymiam lub chcę aby mi coś "zdiagnozowano". Nie jest tak. Nie wiem jak mam sobie z tym poradzić. Liczę na szybką odpowiedź. Pozdrawiam
  19. Hej mam 25 lat. Jestem mężczyzną. Razem z narzeczoną jesteśmy 8 lat. Mamy bardzo trudny okres. Od 7 miesięcy są same kłótnia A od 3 jest w ciąży i to jeszcze bardzie pogorszyło nasze relacje. Nie potrafię już znaleźć sensu dalszego istnienia. Próbuje naprawiać związek robić kompromisy, leczy co 2 dzień słyszę od niej że nie staram się dla niej. Cały czas jak krzyczy używa przeklens i wyzwisk. A za kilka godzin przychodzi i mówi że nic się nie stało bo ja tylko nerwy ponoszą. Zaczęła od dłuższego czasu mówić mi że nie zobaczę dziecka bo dla niej się nie nadaje jako ojciec. Przy wizycie na badanie przyszłego naszego dziecka mówi przed drzwiami że ja tam nie wiem że bo moja obecność ja denerwuje. Zaczyna opowiadać innym zmienione wersje naszych kłótni nie mówiąc o tym że zaczęła mnie w czasie kłótni bic. Nie wiem czy że mną już jest coś nie tak. Pytanie mam czy dalej można naprawić ten związek? Czy jest na to szansa i w jaki sposób bo do narzeczonej czuje uczucie ale to już nie miłość.
  20. Jestem młodą, 26 letnią dziewczyną z depresją, która trwa już prawie rok. Przeżyłam dwuletni związek z narcyzem, oczywiście z przerwami na jego uciechy z innymi kobietami, a ja ciągle nie mogę z tego wyjść. Przeszłam już przez wszystko co gwarantują ludziom narcyzi i chciałabym pozbyć się z glowy mojego oprawcy, ponieważ inaczej nie uda mi się wrócić do normalnego życia. Gdybym miała opisywać ile krzywd mi wyrządził nie wystarczyłoby na to miejsca. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale z nim tez nie bo wiem, że mnie kiedyś zniszczy. Proszę o pomoc, może jakieś rady jak wyjść z takiego bagna kiedy stoi się w nim już po uszy?
  21. Jestem doktorantką i mam 25 lat. Mam również niedoczynność tarczycy. Od ostatnich 3 lat żyję w ciągłym stresie. Najpierw działałam w kole naukowym, które prowadziłam, a teraz staram się prowadzić moje badania na doktorat. Dotyczą one ludzi i wymagają cierpliwości. No, ale od początku. Od ostatnich miesięcy mam wrażenie, że nasilił mi się stres. Jestem w sytuacji, kiedy nie wiem czy w przyszłym roku akademickim będę miała stypendium i tak będzie co roku, a wiem, że jeśli będę zmuszona pójść do pracy to nie będę miała czasu by skończyć doktorat. Dodam, że ostatnie zmiany prawne sprawiły, że mam maksymalnie 5 lat by to skończyć, nie mam już szansy przedłużać tego jak moi poprzednicy. Mam wrażenie, że żyję w zamkniętym kole i muszę być produktywna 24h/7, bo inaczej ktoś inny będzie miał wystarczająco osiągnięć by mieć stypendium. Badania przez to wydają mi się niepełne i że nie wychodzą mi. Każda porażka, każdy dzień kiedy nie mam czegokolwiek w czasie okresu badawczego daje mi wrażenie, że marnuje ten czas. Dodam, że jestem na samym początku doktoratu. Każdego dnia boję się, że to mi się nie uda, że nie dam rady zrobić wszystkiego i zostanę bez finansów. Ostatnio przeżyłam coś jakby atak paniki, ale nie wiem czy to było to. Czasami mam wrażenie, że popełniłam błąd podejmując taki wybór w życiu. Czasami chcę leżeć w łóżku i nie wstawać. Po prostu leżeć i czekać, aż wszystko minie. Najgorsze jest to, że badania przestały sprawiać mi radość. Radość poznawania i opisywania nowego zagadnienia. Mam wrażenie, że to jest bezsensu co robię. Wiem, że to wszystko musi brzmieć infantylnie, bo przecież sama sobie wybrałam to, ale ja się w tym odnajduje, a przynajmniej bardzo to lubiłam - zajmowanie się nauką, ale teraz mam wrażenie, że sama sobie przyszykowałam szubienice wchodząc w tak stresującą serię sytuacji. Nie wiem, co robić.
  22. Mam na imię Piotr, mam 24 lata . Mam problem ze swoja osobowością. Miałem nawet myśli samobójcze. Miałem ojca alkoholika, bił mnie w dzieciństwie. Gdy miałem 9 lat powiesił się. Gdy byłem nastolatkiem byłem molestowany przez przyjaciela rodziny . W średniej szkole byłem cichym chłopcem. Nie mam zbyt wielu znajomych , i ciężko mi poznać nowych. W towarzystwie nie gadam nic , chyba że wypije w tedy jestem śmielszy. Mam ataki lęku , pocą mi się ręce , drży mi głos, serce bije mocniej gdy mam rozmawiać z ludźmi. Chciałbym w końcu mieć więcej pewności siebie , rozmawiać z ludźmi bez przemyślenia tego co powiem. Poznać jakąś dziewczynę i być w końcu sobą . A nie całe życie siedzieć pod maską. proszę o poradę.
  23. Cześć, jestem studentką, mam 23 lata. Sprawa jednak nie dotyczy bezpośrednio mnie - od dwóch lat jestem w szczęśliwym związku ze wspaniałym młodym mężczyzną (również student, lat 22), który jest naprawdę osobą do rany przyłóż. Jednak od kiedy zaczał swoją przygodę z pierwszą pracą, coś zaczeło w nim pękać. Każdego dnia z dużą niechęcią wychodził do pracy, po poworcie na każą czynność "było mu szkoda czasu", którego miał niewiele bo po poworocie musiał zrobić podstawowe rzeczy z wizją tego, że niedługo trzeba się już położyć bo jutro znowu trzeba iść do pracy.. Trwało to kilka miesięcy, próbowałam z nim rozmawiać, proponować żeby zaczał po pracy robić coś co lubi, coś co sprawia mu przyjemność i na co nie będzie mu szkoda czasu, jednak to nie zadziałało. Następną próbą była propozycja zrezygnowania z pracy (na co mógł sobie pozwolić bo jeszcze studiuje i mieszka z rodzicami) - zrezygnował, zaczał mieć więcej czasu ale kolejnym problemem stało się pisanie pracy dyplomowej - wtedy ona zaczeła zabierać mu mnóstwo czasu i trzeba sie było na niej skupić i to go stresowało. I tak cały czas coś się pojawiało a ja już miałam coraz mniej pomysłów jak mu pomóc. Teraz zaczał praktyki w firmie na której mu zależało- to dopiero sam początek, a on już ma dosyć. Jest zmęczony, nie chce tam chodzić, nie ma motywacji do niczego.. Jest świadomy sytuacji, wie jak to wygląda i że "normlany człowiek" nie powinien tak mieć, trochę go to przeraża ale nie wie jak sobie z tym poradzić, co z tym zrobic.. A ja tylko stoję z boku, wysłuchuje i staram się wpierać jak tylko mogę ale naprawdę nie mam pomysłu jak, a takie nastawienie do życia też wpływa na mnie i zaczyna mnie to martwić. Czy ktoś z was słyszał o podobnym przypadku? Wie może od czego zacząć, co robic, jak mu pomóc? Z góry bardzo dziękuję za wszelkie rady i pomysły, bardzo mi na nim zalezy, chce dla niego jak najlepiej ale też nie chce zaszkodzić złymi radami czy próbami ratowania sytuacji. Pozdrawiam serdecznie
  24. Cześć, jestem Agata i mam 20 lat. Choruję na dystymię, depresję i mam stwierdzoną osobowość schizoidalną. Mam problemy rodzinne i chciałabym niedługo wyprowadzić się z domu. Jednak najpierw muszę mieć stałą pracę, żeby mieć stały dochód. Czuję się już wykończona mieszkaniem z rodziną (przemoc psychiczna, awantury, kiedyś była przemoc fizyczna ze strony ojca). Czuję że już dłużej tego nie wytrzymam... wstępnie planuję wyprowadzkę na początek sierpnia, ale jeszcze nie wiem czy to się uda (praca). Jestem z Lublina. Czy jest tu może ktoś, kto ma podobnie? Niby mam koleżankę, ale najpierw wymagała ode mnie niemal ciągłego kontaktu, spotkań po 3-4 razy w tygodniu, codziennych rozmów przez telefon (osoby z moją osobowością potrzebują mało kontaktu z innymi ludźmi. To było o wiele za dużo). Jednak po jakimś czasie naszej znajomości zaczęła ciągle szukać sobie chłopaka przez internet, narzekać ze nie może nikogo poznać. Ostatnio poznała jakiegoś i już się do mnie nie odzywa. Uważam, że to nie w porządku jej strony, tym bardziej ze zawsze jak wcześniej któryś ją zawiódł leciała od razu do mnie z płaczem. Nie zależnie jak się czułam ani co mi akurat wypadło musiałam się z nią czym prędzej spotkać u ją pocieszać. Czuję się co najmniej nie ważna w takiej relacji i chyba nie chcę jej dłużej ciągnąć. Dla mnie to bez sensu. Mam wrażenie, że po prostu spotkania ze mną służyły do zapełniania jej wolnego czasu, bo nie lubi spędzać go sama. Że spotykała się że mną z nudów... ja osobiście lubię spędzać czas sama. Mam też silną potrzebę bycia w grupie osób o podobnych do moich zainteresowaniach (zwierzęta, pomoc zwierzętom). Działam w takich organizacjach, niestety bardziej na odległość, bo w moim mieście praktycznie nic takiego się nie dzieje moim marzeniem jest własna organizacja dla zwierząt i mam zamiar je spełnić jeśli piszę w niewłaściwym dziale, proszę o informację, to mój pierwszy post na forum. Mam też problem, bo bardzo potrzebuję terapii, a mojego terapeuty za tydzień ma nie być. Co gorsza, potem w sierpniu ma go nie być przez aż 3 tygodnie a ja potrzebuję wsparcia, mam bardzo zły nastrój, nic mnie nie cieszy i nie mam wogóle siły nawet żeby rano wstać z łóżka. To w połączeniu z problemami rodzinnymi jest nie do wytrzymania. Szczerze mówiąc, nie wiem już co robić. Koleżankę poznałam na terapii na oddziale dziennym. Na początku mówiła że cieszy się że mnie poznała. Trochę pomogła mi się pozbierać po innej relacji, która była dla mnie niedobra. Szczerze mówiąc lepiej czułam się kiedy nie miałam żadnych relacji, ale kiedy jeszcze byłam na oddziale i byłam w grupie. Teraz, prawie 2 miesiące po wypisie z tamtąd czuje się okropnie.
  25. Czesc, jestem Gosia, za 2 tyg koncze 29 lat. Od 3 lat mieszkam za granica, wyjechalam aby sfinansowac studia i zmienic swoje zycie. Ciezko mi opisac na czym dokladnie polega problem. Skonczylam studia magisterskie, mam dobra prace, cudownego partnera, jednak czuje sie niesamowicie nieszczesliwa, nie potrafie spac, biore tabletki nasenne, w pracy ciezko mi zmusic sie do czegokolwiek, na najmniejszy stres reaguje wrecz paralizem lub atakiem paniki, nie potrafie komunikowac sie z ludzmi, nie mam ochoty na jakiekolwiek spotkania towarzyskie, w zasadzie poza chlopakiem nie mam tu nikogo. Pracuje w malej firmie i mieszkam na wsi, nie ma tu zbytnie mozliwosci poznania ludzi. Myslalam ze ruch mi pomoze, zaczelam cwiczyc, zapisalam sie na silownie ale wymaga to ode mnie niesamowitego przymusu. W pracy patrze na zegarek, dzien ciagnie sie niesamowicie, w domu wypatruje magicznej 22 aby wziac tabletke i polozyc sie spac. Weekendy spedzam w lozku, nie moge zmobilizowac sie na wyjscie, nie mam nawet gdzie i po co. Nie widze sensu w zyciu, kazdy dzien jest walka. Nie wiem co sie dzieje, kazdego dnia wypalam sie, nie moge odnalezc sensu zycia, powodu.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.