Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'dda'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 34 wyników

  1. We wtorek 23.07.2019], kot zaczął się zachowywać inaczej niż zwykle, jeden weterynarz na osiedlu [ja bezrobotny, brak oszczędności], tylko na to było mnie stać. Wizyta nic nie dała. W czwartek [25.07.2019] kolejna [matka dała pieniądze i dalej daje na utrzymanie kota] u innego poleconego, no i wyszło, że ma chłoniaka/białaczkę w stanie niezadowalającym. Jakieś zmiany w płucach, trochę płynu, potem wyszło też jak z sercem, nerki i wątroba w porządku, krew również. Na chwilę obecną stan stabilny i owszem cieszy mnie to, ale kot jest na lekach, jeżdżę do gabinetu, teraz raz na 1,5 tygodnia, wcześniej co kilka dni. Od 23.07 nie jestem sobą, 25.07 czyli w dniu kiedy dowiedziałem się co z kotem, ryczałem jak nigdy, albo inaczej mówiąc, nie przypominam sobie, żeby w ciągu ostatniego czasu coś takiego miało miejsce. Od razu po wyjściu z gabinetu zadzwoniłem do psychologa, Caritas ma placówki z darmową pomocą, dla takich jak ja. Poszedłem, znowu ryczałem i na kolejnych spotkaniach też, w domu tak samo. W ubiegłym roku chodziłem na spotkania do tego samego miejsca, ale przestałem, żałuję, dziś tej Pani nie ma już na miejscu i chodzę do innej. Nie wiem ile kot będzie żyć, nie chcę wiedzieć, bo to jeszcze bardziej mnie dobije, jeśli będzie to krótki okres, nawet jak by był długi, to i tak bym musiał odliczać i przygotowywać się do pożegnania. Co gorsze, będę musiał podjąć w końcu decyzję o uśpieniu go, kiedy jego stan na tyle się pogorszy i nie będzie się już nic dało zrobić. Wiem, że przy tym będę, następnie muszę jakoś załatwić kremację, transport i całą resztę, urnę... nie wiem czy dam to radę zrobić, już teraz płaczę. Jak nazwa tematu wskazuje, nie mam nic poza kotem. Żadnych znajomych, rodziny, co prawda matka jest i z nią mieszkam, ale to osoba której zawdzięczam swoje wszelkie problemy natury psychicznej. 31 lat i tkwię w tym samym miejscu, całe życie. Pani psycholog zasugerowała wizytę w szpitalu psychiatrycznym, dała namiary na psychiatrę [leki, jeśli nie chcę szpitala], ale olałem to, no i termin minął. Będę próbował w przyszłym tygodniu. Mam też namiar na jakiś numer 24/7. Kolejna rozmowa z psychologiem dopiero we wrześniu, cały miesiąc jestem pozostawiony sam sobie. Dziś wysyłałem CV, ale w Polsce niestety trudno znaleźć zatrudnienie dla osób takich jak ja, z cała gamą problemów natury psychicznej, więc jeśli będzie jakikolwiek odzew, to będzie cud, nie żebym informował kim jestem, ale dobrze wiemy, że presja, mobbing i cała masa tego typu podobnych jest normą w najgorszych pracach. Gdzie indziej nie mam po co aplikować. I tak to nędzne życie jakoś leci, brak wykształcenia, brak umiejętności, talentu i chęci. Zrobiłem to [wysyłanie CV, szukanie pracy] głównie z myślą o kocie, wszystko kosztuje, a tym bardziej w takich okolicznościach. Pijawki żerują na ludzkiej tragedii i płacić trzeba, sporo, dla mnie kwota rzędu 2 tysiące i więcej to kosmos. Nie mam pojęcia co robić ze sobą, samobójcze myśli oczywiście mam od wielu lat, czy się nasiliły trudno mi powiedzieć, bo priorytetem jest dla mnie kot i muszę o niego zadbać. Po babci, ani dziadku nie uroniłem łzy, na żadnym pogrzebie jakim byłem. Zdaję sobie sprawę z tego co tutaj piszę, może być trudno to pojąć, ale taka jest prawda. Kotek ma 8 lat+, więc swoje już przeżył, ale i tak mnie to boli, przez to jak jest. Zgon naturalny to jednak co innego. Fatalnie się czuję, w domu miałem Sulpiryd i łykam sobie codziennie po jednej sztuce, początkowo pomagało, w sensie otumaniało mnie, ale już przeszło. Dziś zacząłem drugi listek, jest tam 12 tabletek ogólnie. Lepiej jest rankiem, ale noc, ciemność mnie przeraża, nigdy tak nie było. Sam też nie wiem co dokładnie czuję, bo nigdy tak źle nie było, a wiem, mam tą pewność, będzie gorzej. W skrócie mogę to tylko opisać jako ciągły "stan zagrożenia", czy inny lęk, nie wiem, nie mam pojęcia.
  2. Dzień dobry, Mam 25 lat. Dorastałam w rodzinie z problemem alkoholowym, najpierw ojciec pił, później nowy partner mojej mamy. Od dzieciństwa mama nigdy nie miała dla mnie czasu, całymi dniami jej nie było. Na noc też często nie wracała... Zostawiała mnie i moja siostrę same gdy miałyśmy po kilka lat. W zasadzie najgorsze było to, że nie wolno nam było nic jeść z lodówki bez spytania o zgodę, a mamy nie było i nie wiedzieliśmy gdzie jest...Więc praktycznie nic nie jadłyśmy, w weekendy było to samo, tylko w weekendy trzeba było się jeszcze bardziej pilnować, bo był z nami zawsze pijany ojciec. Wtedy nie mogłyśmy nawet chodzić do toalety, robiłyśmy siku do wiaderka na zabawki, bo zamykał nas w pokoju i nie chciał wypuścić... Więc siedziałyśmy w zimnom, głodne, czekając aż mama kiedyś wróci... Gdy łapałyśmy za klamkę żeby wyjść przychodził i nas bił... Z własnego wyboru od wielu lat z ojcem nie mam kontaktu. W tej rozmowie chciałabym skupić się na matce. Gdy zostałyśmy z nią same (miałam wtedy ok 6 lat) miałam nadzieje, że coś się zmieni, ale było tak samo. Mam mówiła ciągle, że to wszystko przez ojca, tylko już z nim nie mieszkamy i nie mamy kontaktu to problemy powinny zniknąć skoro jak twierdziła "to jego wina". Później mama stopniowo zaczynała nas obwiniać (mnie i siostrę) z wszystko co się wokoło niej dzieje. Cokolwiek robiła nie chciała od nas żadnej pomocy, jak coś robiłyśmy będąc same w domu to później słyszałyśmy że źle to zrobiłyśmy i że "za taką pomoc to ona nam dziękuje". Nie chciała nam nic pokazać jak co robić. Często biła nas za źle wykonane zadania. Uczyłam się większości codziennym czynności u rodziców znajomych... wstyd było mi przyznawać że nie potrafię takich podstawowych czynności. Najgorsze było to, że nie chciała z nami rozmawiać, nawet byłam gotowa z nią rozmawiać jak wracała w nocy i kładła się na łóżku w pobliżu nas (byłyśmy w trzy w małym pokoju). Czasami zdarzało się że spędziła z nami popołudnie, ale tylko była w naszym otoczeniu, nic więcej, cały czas była nerwowa. Twierdziła, że to my mamy problem i wysyłała nas do psychologa. Najgorsze było to, że tam nie mogłam powiedzieć jak było w domu, bo jak mama twierdziła, by nas jej zabrano i miała rację... Więc nic nie mówiłam. I tak tam chodziłam przez wiele lat, dostawałam różne leki po których nie wiedziałam gdzie jestem i co robię, była senna. W szkole pytano mnie co się dzieje, nie mogłam nic powiedzieć... Jak miałam 9 lat często chodziłam w nocy po mieście, często straż miejska odprowadzała mnie pod blok i mówili że mam tam wrócić. Jak tylko robiło się cieplej na zewnątrz potrafiłam sobie siedzieć do pierwszej, drugiej rano siedzieć na placu zabaw, żeby nie wracać do domu, bo nie miałam po co tam iść. Gdy nauczyciele zaczęli na mnie naciskać, czemu ciągle chodzę taka nie wyspana z podkrążonymi oczami, że nie ma ze mną żadnego kontaktu, jestem wychudzona, prawie im powiedziałam co się dzieje, ale przypomniałam sobie, że nie będę miała gdzie wrócić jak coś powiem, wiec nadal siedziałam cicho. Po pewnym czasie przestałam chodzić do szkoły, bo nie mogłam wytrzymać ciągłych pytań na prawie każdej lekcji. Powtarzałam klasę. Dużo razy się przeprowadziłyśmy przez te parę lat, ciągle traciłam przyjaciół ze względu na zbyt dużą odległości nas dzielącą. W między czasie zamieszkał z nami nowy partner mamy, też pijący, w tygodniu mniej w weekendy dużo więcej. Później zaczęłyśmy słyszeć z siostrą, że "jesteśmy takie jak ojciec", bardzo nas bolały takie stwierdzenia... Gdy byłam w gimnazjum, bardzo często słyszałam, że nie dam rady skończyć tej szkoły, to samo było w szkole średniej. Mama była zaskoczona, że chcę iść dalej do szkoły i uważała, że "jeśli tak bardzo chcę to mam iść do zawodówki, bo może ją przynajmniej skończę". Poszłam do technikum, które ja wybrałam i je skończyłam mimo ciągłego mówienia mamy, że ta szkoła jest dla mnie za trudna. Nie rozumiem jej zachowania, bo sama miała magistra... Przejdę teraz do aktualnej sytuacji, mieszkałam przez dłuższy czas poza domem i w końcu byłam szczęśliwa. Mogłam sama decydować kiedy chcę iść spać, kiedy chcę coś zjeść czy się wykąpać, itp. Mogłam sama decydować co i kiedy robię, zaczęłam dużo lepiej dogadywać się ze znajomymi. Dużo więcej wychodziłam z domu, po prostu miałam chęci do życia. Mamę odwiedzałam, ale jeśli zaczynała mnie obrażać to starałam się zakończyć rozmowę i żegnałam się z nią na tyle spokojnie na ile potrafiłam. Niestety parę miesięcy temu musiałam opuścić to mieszkanie, a nie udało mi się znaleźć nic w tej cenie (na droższe nie mogłam sobie pozwolić). Myślałam, żeby iść mieszkać na pokój, ale mama zapewniała mnie, że się zmieniła i lepiej dogaduje się z partnerem (mniej pije). Uwierzyłam jej... Wróciłam do domu... Była wtedy w trakcie terapii ( na którą zapisała się gdy mnie nie było), później mi powiedziała, że dostaje leki "na poprawę humoru". Uwierzyłam jej, dałam kolejną szansę... Z początku rzeczywiście starali się oboje (mama i jej partner) być spokojniejsi. Niestety po pewnym czasie wszystkie ich zachowania powróciły, znowu byłam obwiniana o wszystko... Tak nagle wszystko wróciło, zamknęłam się w sobie, spotykając się z kimkolwiek nie miałam nic do powiedzenia. Z czasem przyjaciele też nie mieli o czym ze mną rozmawiać, wiec po prostu przestałam się z nimi spotykać, a oni też się do mnie nie odzywali. Szukałam w internecie co robić w takiej sytuacji i jednym ze sposobów który znalazłam, było mówienie tej osobie co czuję w takie sytuacji. Było mi bardzo trudno zacząć rozmawiać o uczuciach, w zasadzie nie wiedziałam co czuję, bo zawsze musiałam tłumić to w sobie... Po każdej kłótni myślałam nad tym co czuję. Po pewnym czasie zaczęłam o tym mówić, gdy kolejny raz słyszałam, że zrobiłam coś źle. Po pewnym czasie zobaczyłam, że się uspokajała, zaczynała mówić spokojniej. Niestety nadal często słyszę, że nie dam rady czegoś zrobić jeszcze zanim się za to zabiorę itp, ale teraz mówi to nie krzycząc, czasami nawet jest całkowicie spokojna. Jak tylko będę miała możliwość, chcę znowu wyprowadzić się. Będę widywać się z mamą, ale nie chcę tu mieszkać. Siostra mieszka poza domem i też nie planuje tam wracać. Od pewnego czasu widzi co przechodzę (bo sama przez to przechodziła) i pomaga mi, niestety mieszka w innym mieście więc nie widzimy się często. Gdy opowiadam jej o moich problemach widzę, że nie udało się jej uporać z tym wszystkim co sama przeszła, dlatego nie chcę jej zrzucać na głowę moich problemów, bo sama ma swoje... Aktualnie jestem przepełniona emocjami, nie potrafię sobie z nimi poradzić. Do innych ludzi zaczęłam wyrażać emocję nieadekwatne do danej sytuacji, wcześniej zatrzymywałam to wszystko w środku, teraz kiedy uczę się to wyrażać czasem nie potrafię sobie z tym poradzić... Wydaje mi się, że chyba staje się tzw. toksyczną osobą. Zapisałam się do psychologa, ale wizyta dopiero za parę miesięcy. Co mogę zrobić, aby przetrwać te kilka miesięcy? Jak sobie pomóc? Jest jeszcze jeden problem. Boję się zbliżyć do mężczyzn. Panowie z którymi się spotykałam, twierdzą, że nie angażuje się w związek. Staram się, żeby było dobrze, ale chyba mi coś nie wychodzi skoro taką odpowiedź słyszę...Pytałam, co mają na myśli, to zazwyczaj słyszę odpowiedzi "wiesz dobrze co mam na myśli" lub "skończmy ten temat". Zawsze skupiałam się na tym, żeby innym było dobrze. Czerpałam radość z tego, że ludzie w około mnie są szczęśliwi. Niestety często dawałam się przez to wykorzystywać innym. Dziękuję za doczytanie mojej długiej wypowiedzi do końca i proszę o wskazówki co robić, aby było lepiej, niż jest teraz. Zagubiona-zagubiona
  3. Witam. Piszę z takim problemem który mnie wręcz od jakiegoś czasu psychicznie męczy. Długo się z tym kryłem jednak nie mogę dłużej udawać że jest dobrze. Otóż od ponad 2-3 lat palę systematycznie i nałogowo marihuane. Na początku było to weekendowo z kolegami dla towarzystwa (1-2 skręty). Wyjechałem za granicę z moja narzeczoną za lepszym życiem i wtedy się zaczęło... Ciężka praca po 10-12 godz, kierowniczka uporczywa wręcz chora psychicznie (bez komentarza), i masę problemów na głowie. Jedynie co w takiej sytuacji mnie ratowało to zapalenie marihuany. Niestety odbija się to na moim podejściu do życia, nic mi się po prostu nie chce, wyłączam się z życia, wydaje masę pieniędzy które mógłbym przeznaczyć na coś bardziej pożytecznego, psują mi się relacje z ukochaną osobą która powiedziała mi prosto z mostu że jak nie przestanę palić albo przynajmniej tego nie ograniczę to mnie zostawi. Palę momentami po 2 gramy dziennie... Czasami popadam w paranoje i lęki nad którymi jeszcze kontroluje, próbowałem przestać palić jednak wytrzymuje max 2-3 dni i potem znowu biorę następnego grama ponieważ to "ciśnienie" w głowie i chęć zapalenia jest silniejsza od mojej silnej woli. Są takie dni że chce mi się płakać ponieważ chcę przestać już JARAĆ. Szukałem jakiś zamienników np. trawa z CBD lub specyfików "tabletek" na zaspokojenie głodu THC jednak w moi kraju gdzie mieszkam jest to drogie albo trudno dostępne. Proszę o pomoc ponieważ to już zaczyna mnie powoli przerastać. Pozdrawiam.
  4. Witam,Mój problem rozpoczął się jakieś 6 miesiący temu nagle, niespodziewanie. Często sprawdzałem czy gaz w domu jest zakręcony, czy drzwi zamknięte. Wydawało mi się to normalne jako znak odpowiedzialności. Jednak lampka zapaliła mi się nieco później, kiedy to pojawiły się we mnie myśli, że ktoś może opublikować moje kompromitujące (tak bynajmniej mi się wydaje) zdjęcia z przeszłości. Zacząłem prosić osoby, które je posiadają o ich usunięcie. Myśli te męczyły mnie dalej, że może ktoś ich wcale nie usunął, że dalej istnieją. Następnie miałem wrażenie, że moja koleżanka z pracy pokryjomu zrobiła mi zdjęcie. W tej chwili borykam się z problemem i mam obawy, że ktoś mi zrobił zdjęcie w toalecie publicznej w pracy. Byłem z tym u psychiatry i mam Servenon i Pernazin. Czy mogą to być objawy choroby? Np. zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne? Czy może po prostu mam taki charakter? A może to reakcja na faktyczne zdarzenia, które miały miejsce? Męczą mnie bardzo te myśli. Proszę o pomoc. Leki biorę od 3 tygodni i nie czuję zbyt poprawy. Mam 27 lat.
  5. Cześć, jestem studentem w wieku 23 lat. Niecałe trzy miesiące temu rozstałem się z dziewczyną po 5-letnim związku. Różniliśmy się pod względem charakteru – ona była impulsywna, ja nie lubiłem nigdy podejmować nieprzemyślanych decyzji. Moja partnerka była ode mnie dwa lata młodsza, więc związek zaczęliśmy, gdy byliśmy jeszcze bardzo młodzi. Początkowo układało nam się bardzo dobrze. Mieliśmy podobne poczucie humoru, podobny światopogląd, świetnie nam się spędzało razem każdą chwilę. Zauważyłem jednak, że z biegiem czasu nasza relacja stawała się coraz bardziej toksyczna. Zaczęło się niewinnie – spotykaliśmy się codziennie, więc przez to coraz częściej odmawiałem wyjścia ze znajomymi na rzecz codziennego spotkania z dziewczyną. Wtedy coraz bardziej zaczęło nasilać się trzymanie w złotej klatce. Z czasem zaczęły jej przeszkadzać dawne znajome – zaczęły się pierwsze chęci z jej strony, abym urwał z nimi kontakt (przystałem na to). Po upływie czasu widzę, jakie to było głupie. Gdy widziała, że jakaś znajoma wita się ze mną z uśmiechem potrafiła zacząć się denerwować, z wrogim nastawieniem wypytywać kto to jest, a nawet usunąć mi ją ze znajomych na facebooku. Mimo wszystko nadal ją kochałem. Największe problemy zaczęły się pojawiać, gdy wyjechałem na studia. Zaczęła się wtedy ciągła kontrola, wypytywanie kim jest ta nowa dziewczyna w twoich znajomych. Denerwowała się, gdy wychodziłem spotkać się ze znajomymi, a najbardziej, gdy mogły tam się pojawić inne dziewczyny. Zaczęła się nawet agresja z jej strony, werbalna i fizyczna. Gdy na sylwestra rozmawiałem sam na sam koleżanką (partnerka początkowo siedziała i rozmawiała z nami, lecz w pewnym momencie wyszła i wróciła po około 20 minutach), moja dziewczyna potrafiła zrobić straszną awanturę, zacząć mnie wyzywać czy nawet rzucić w moją stronę pełną puszką. W pewnym momencie żeby oszczędzić tych awantur zacząłem ukrywać informacje, które mogłyby wyprowadzić ją z równowagi. Przestałem ją informować o wyjściu z kumplami na piwo, żeby nie powodować kolejnych kłótni, zdarzało mi się ją nawet okłamać, że nigdzie nie byłem danego dnia. Wiem, że kłamstwo było złym rozwiązaniem, ale wtedy niestety nie widziałem lepszego. Pierwszy raz rozstaliśmy się w trakcie kolejnej kłótni o jakieś dziewczyny z uczelni. Po około miesiącu zaczęła prosić abyśmy wrócili do siebie. Nie chciałem jednak tego, tym bardziej, że od razu po rozstaniu zaczęła spotykać się z kimś innym. Po kilku miesiącach jednak dałem nam kolejną szansę. Początkowo było dobrze, ale nie mogłem znieść myśli, że związała się z kimś tak szybko po naszym rozstaniu. Wypominałem jej to, oddalałem się od niej. Rozstaliśmy się znowu po około pół roku. Rozstanie jednak pozwoliło mi wtedy pogodzić się tą myślą i chciałem dać nam kolejną szansę. Szybko wróciliśmy do siebie. Dawne problemy jednak nie zniknęły, ale jakoś żyliśmy razem przez kolejne kilka miesięcy. Mieliśmy w planach zamieszkać razem, gdy również ona zdecydowała się pójść na studia. W trakcie szukania mieszkania zdecydowała jednak, że powinniśmy się rozstać. Bardzo źle wtedy znosiłem rozstanie, czułem się uzależniony od niej. Po rozstaniu szybko znalazła sobie innego partnera na krótki okres czasu. Po upływie czterech miesięcy postanowiliśmy się spotkać. Porozmawialiśmy o tym, co nam przeszkadzało w sobie, chcieliśmy wrócić do siebie. Nadal ją kochałem po tym wszystkim. Powiedziałem jej, co musi się zmienić, ode mnie wymagała, żebym więcej jej nie okłamał w żadnej sprawie. Początkowo było zadziwiająco dobrze. Nie kłóciliśmy się, gdy powstawał jakiś problem to rozmawialiśmy. Po kilku miesiącach postanowiliśmy zamieszkać razem. Nadal było dobrze, ale stopniowo zaczęły wracać dawne problemy. Zaczęła sprawdzać znowu moje wiadomości, denerwować się, gdy jakaś dziewczyna napisała do mnie (wiadomości czysto zawodowe, związane z uczelnią). Wymagała ode mnie, żebym mówił jej, gdy jakaś do mnie napisze. Nie powiedzenie skutkowało kolejną kłótnią. Kłótnie stawały się coraz gorsze – wyzwiska, szarpanie. Starałem się być opanowany, ale w pewnym momencie zawsze dałem się w to wciągnąć. Z zewnątrz związek jednak wyglądał na idealny. Niejednokrotnie znajomi mi zazdrościli, gdy przychodząc do mnie widzieli, jak moja dziewczyna sama przynosi, z uśmiechem na twarzy, coś do jedzenia, co właśnie ugotowała. Gdy miałem wyjechać na praktyki na tydzień, do zespołu w którym byłem ja i trzech kolegów chciała dołączyć koleżanka z roku. Wynikła oczywiście kolejna awantura, usłyszałem, że jeśli do tego dopuszczę, to będzie koniec. Nie zgodziłem się więc, aby znajoma była w naszym zespole. W trakcie praktyk jednak znowu rozpoczęła kolejną kłótnię o to, że pierwszego dnia napiłem się z kolegami. Według niej uznała, że ją okłamałem, bo mówiłem wcześniej, że raczej nie będę tam pić. Ostatecznie usłyszałem, że nie mam do czego wracać. Wtedy zdecydowałem, że tak nie może być. Po moim powrocie porozmawiałem z nią i wyjaśniłem, dlaczego chcę się rozstać. Ona jednak podjęła już decyzję w trakcie kłótni przez telefon, więc dla niej ta rozmowa to była tylko niekonieczna formalność. Wyprowadziliśmy się ze wspólnego mieszkania, każdy poszedł w swoją stronę. Po rozstaniu spotkaliśmy się kilka razy żeby porozmawiać. Sam teraz nie wiem, czy to co czuję to właśnie miłość. Bardzo tęsknię za dobrymi chwilami. Żałuję, że nie udało nam się naprawić problemu zazdrości i braku zaufania, bo poza tymi kłótniami czułem, że jest to kobieta, przy której mógłbym żyć szczęśliwie i się rozwijać. Był to również mój pierwszy na tyle poważny związek. Istotnym do zrozumienia problemu może być też fakt, że wychowywałem się przy ojcu alkoholiku. Moja była dziewczyna natomiast w młodym wieku (kilka miesięcy przed tym, jak zaczęliśmy być razem) była w związku ze sporo starszym chłopakiem, który ją zdradził. Nie umiem sobie poradzić dobrze z tym wszystkim. Z jednej strony wiem, że nie potrafiliśmy żyć razem, a z drugiej uczucie tęsknoty jest czasem zbyt silne. Niejednokrotnie zastanawiam się, czy do niej nie napisać i nie umówić się na spotkanie. Po rozstaniu z nią rozmawiałem o tym, zaproponowałem, żebyśmy nie wracali do siebie, ale utrzymywali koleżeński kontakt z nastawieniem na naprawienie dawnych problemów. Nie wyraziła wtedy chęci mówiąc, że sama nie wie czego chce. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Od tamtego czasu minęły 4 tygodnie, przez który nie odzywaliśmy się do siebie. Mam nadzieję, że napisałem wszystko w miarę przejrzyście. Będę bardzo wdzięczny za wszelkie porady.
  6. Witam, Z góry przepraszam, bo zapewne będzie długo, ale postaram się w skrócie. Mam prawie 22 lata. Studiuję dziennie kierunek ścisły, pracuję jako korepetytorka, aby zarobić trochę pieniędzy, ponieważ plan nie pozwala na znalezienie jako takiej pracy dorywczej. Długo zbierałam się, aby prosić o pomoc, mam nadzieję, że w końcu dojrzałam do tej decyzji. W moim domu finansowo było przeciętnie, gdy miałam ok 16 lat ojciec zaczął zarabiać dużo więcej. Gdy byłam dzieckiem pamiętam nawet coroczne wakacje, morze, góry i na zmianę. Pamiętam również, że kilka razy byłam na sankach, miałam zwierzątka, później psa, a później nawet dwa. Gdy miałam 14 lat urodziła mi się siostra. W szkole byłam raczej lubianym dzieckiem, nie miałam problemów z rówieśnikami, ponieważ podchodziłam do wielu rzeczy z dystansem. Pamiętam również wódkę, którą nieraz czułam od ojca, pamiętam siniaki na ciele mamy, krzyki i awantury. Pamiętam, że kazano mi być cicho wyrzucano mnie do innego pokoju, nieraz oberwałam jako małe dziecko. Byłam wielokrotnie szarpana, jednak bez śladu na ciele. Mama wyżywała na mnie swoje frustracje, niejednokrotnie za nic dostałam w twarz, wyszarpywała mnie z pokoju gdy ojciec był w pracy, wrzeszczała, wyzywała, wyrzucała z domu. Gdy byłam w gimnazjum niejednokrotnie pakowałam walizki i próbowałam uciekać, a jedyne gdzie uciekłam to w samookaleczenia i nieudane próby samobójcze, nikt o tym nie wiedział, sama umiałam się od tego powstrzymać. Gdy byłam w liceum rodzice wybudowali dom, ojciec narobił długów na swoją nieudaną kancelarię, zaciągneli kredyty na budowę, a mimo to potrafili to spłacać, bo dziadkowie w tym pomagali. Prosiłam o pomoc, żeby powstrzymali ich, żeby się rozeszli, nie chciałam żyć w tym alkoholu i przemocy, ale mimo błagania nie otrzymałam nawet rozmowy. W gimnazjum trzymałam małą siostrzyczkę w rękach i uciekałam do pokoju, przytulałam ją tak żeby nie musiała chociaż tego słyszeć, sama czując się bezradna. Kilka miesięcy przed maturą mama zachorowała na raka. Patrzyłam jak cierpi, wtedy zaczęłyśmy się nawet dogadywać, ale ojciec się nie zmienił. Gdy nie miała już włosów, a siostra była wieksza, ten człowiek potrafił chwycić jej głowę szarpać, bić. Powiedziałam dość, nauczyłam się w miarę ich rozdzielać, obrywając przy okazji, ale było warto, ona miała dosyć cierpienia. Na pierwszym roku studiów, gdy relacja między mną i mamą się poprawiała, straciłam ją bezpowrotnie. Podczas choroby co weekend wracałam i pomagałam, ale słuchałam że nic nie robię i do niczego się nie nadaję. Po jej śmierci przez kolejne pół roku opiekowałam się siostrą, domem. Miałam na głowie wszystko, znosiłam picie ojca i jego awantury. Przez całe życie był na tyle inteligentny by nie pić przed pracą, musiał mieć pieniądze, mieć władzę. Słuchałam codziennie, że to nie jest mój dom, byłam wyrzucana, ale olewałam jego słowa. Choć już wtedy potrafiłam tylko płakać sama. Miesiąc po śmierci mamy znalazł sobie kobietę, nie było to również łatwe, szczególnie, że szybko ją sprowadzał do domu, moja siostra nie mogła tego początkowo znieść. W międzyczasie dowiedziałam się o wielu dolegliwościach, o tym że nie będę mogła zajść w ciążę, że muszę mieć odpowiednią dietę i leki. Czułam się zależna, on mnie utrzymywał, a ja co weekend pomagałam. Dopóki siedziałam cicho na jego zachowanie i picie, było dobrze. W grudniu zeszłego roku bez powodu doszło do awantury, pierwszy raz zupełnie na poważnie zaczął mnie bić i szarpać oraz wyrzucił mnie z domu, piętro niżej był znajomy rodziny oraz ta kobieta, wołałam o pomoc gdy wyrywał mi włosy, nikt nie zareagował. Zabrałam tyle ile mogłam i wyniosłam się do babci do mieszkania, w którym mieszkaliśmy wcześniej, powiedziałam dość. Dlaczego piszę... od pewnego czasu mam ataki lękowe, kołatanie serca, nagły stres, bez powodu. Sytuacja spadku jest bardzo skomplikowana, na tyle, że może wyrzucić mnie i babcię na bruk. Ciekawym jest fakt, że nie czuje się kompletnie winny, wysyła mi pieniądze, jednak wystarczają one tylko na cześc opłaty za mieszkanie, dlatego udzielam korepetycji, często śpię 3 godziny, aby wyrobić również ze studiami i obowiązkami wobec babci. Nie uważam, że moje życie jest najgorsze, ale czuję, że wszystko mocno się odbiło na mojej psychice. Kiedyś interesowałam się psychologią, dostrzegam u siebie objawy dwubiegunówki, depresji, sama nie wiem. Albo nie potrafię wyjść z łóżka, albo mam tyle radości co niejedna osoba. Nie wiem co robic, gdzie się skierować o pomoc, ponieważ nie chcę żyć w ciągłej niepewności czy następnego dnia nagle kupię stos tabletek i je zażyję czy znów nie wstanę z łóżka. a może wręcz odwrotnie. Chiałabym żyć bez bólów somatycznych ciągłego płaczu, odbierania opinii w sposób negatywny. Jak znaleźć pomoc gdy każda jest płatna? Jak sprawić żeby ojciec nie odebrał mi wszystkiego i zostawił chociaż to mieszkanie babci? Przecież będzie miał poza tym jeszcze dwie działki i dom prywatny... a ja muszę odłożyć na mieszkanie na wakacje (gdzie ubiór, dojazd, utrzymanie samochodu), ponieważ musze wtedy robić darmowe praktyki i nie będę miała możliwości pracy czy korepetycji. Czy powinnam się z nim rozmówić? Miał dowieźć resztę moich rzeczy, bo jego lafirynda się wprowadza (tego sie dowiedziałam od siostry). Wiem, że nie mam szansy na normalną rodzinę, wesele, a co najważniejsze jakiekolwiek wsparcie, które mają inni... na normalne święta, rozmowę. Nie chciałabym żeby mi wysłał trochę pieniędzy co miesiąc, gdy nawet nie mam ojca. Gdy teraz to czytam, wygląda jakbym wyolbrzymiała, ale nawet w rodzinie, która na pierwszy rzut oka jest nawet bogata, idealna, wychodzi największe zło. Nie mamy kontaktu z resztą rodziny, bo moi rodzice również to zniszczyli. Boję się tam pojechać, nie jestem na to gotowa. Nie chcę mieszkać również u babci, wszystko działo się w obu miejscach, a ja mam tylko ciągłe koszmary o lasach z wisielcami, o tym, że ktoś mnie śledzi. Płacz, śmiech, łóżko, lęk, radość, zmęczenie. Tak mogę opisać moje emocje, na zmianę, już nie wiem kim jestem. Kiedyś pisałam powieści, malowałam, próbowałam grać na gitarze kolegi. Teraz nic mnie nie interesuje, a co najgorsze nie mam siły by żyć . Co powinnam zrobić?
  7. Witam, mam 24 lata. Od zawsze mój ojciec był alkoholikiem. Jakieś 8 lat temu wraz z siostrą i mamą wyprowadziłyśmy się. Ojciec pół roku temu zachorował na raka. Od operacji nerki mieszka u mojego przyjaciela w mieszkaniu ponieważ nie ma swojego. Załatwiam mu wszystkie sprawy. Lekarzy, ubezpieczenie, załatwiam sprawy w urzędach, próbuje kupic mieszkanie. Ojciec nie docenia tego. Krzyczy na mnie, nie szanuje. Nie mogę go tak zostawić bo się boje. Że umrze, że narobi mojej mamie kłopotów bo nie maja rozwodu, że przyjdzie do mnie do pracy i zrobi mi awanturę. Chce żeby to sie wszytko jakoś ułożyło ponieważ nie umiem nikogo tak zostawić na pastwę losu. Nie mam w nikim wsparcia. Czy jest jakiekolwiek rozwiązanie żeby mogła normalnie żyć i przestać sie wstydzić swojej rodziny? nie chcę nikogo krzywdzić. pomocy
  8. Mam 34 lata. Mieszkam od 2 lat za granicą z partnerem, którego bardzo kocham. Teoretycznie wszystko układa się, mam dom i pracę, ale wciąż mam czarne myśli, nieustannie towarzyszy mi poczucie, że coś jest ze mną nie tak. Dotyczy to zarówno mojego wyglądu jak i zachowania. Nie akceptuję swojego wyglądu bardzo często, mimo, że wszyscy mówią mi, że wyglądam dobrze. Mam również problem w relacjach z ludźmi. Można to nazwać skrajną nieśmiałością, w rezultacie bardzo często unikam kontaktu z ludźmi, szczególnie w sytuacjach luźnych, społecznych. Kontakty zawodowe wychodzą mi dość dobrze choć często towarzyszy mi brak sertywności, odwagi, aby walczyć o siebie. Rodzaj napięcia psychicznego, myśli, że coś jest nie tak lub że zdarzy się coś złego - towarzyszy mi prawie nieustannie. Przez pewien czas próbowałam "zaleczać" to napięcie alkoholem. Jak można się spodziewać - efekt był odwrotny, po chwili relaksu doznaję następnego dnia silnego lęku, stanów depresyjnych. Zdarzało mi się również przesadzić, upić się i usnąć - jakbym chciała nie czuć już nic. Staram się więc alkoholu unikać, bo boję się, że mogę zniszczyć w ten sposób budowane na nowo życie. Staram się działać. Pracuję na różnych polach, ale mierzenie się z codziennymi sprawami wydaje mi się coraz trudniejsze. Coraz rzadsze i trudniejsze jest też odczuwanie radości. Mimo, że dostrzegam piękno, słońce, czuję co jest ważne i wartościowe to mój umysł jakby spycha te myśli rysując przede mną negatywne wizje. Mam problem z jedzeniem. Zdarzają mi się napady bulimii, zdarza mi się nie jeść wcale, mam wtedy takie poczucie, że "nie zasługuję na jedzenie". Przeważnie jem normalnie i zdrowo, inaczej nie mogłabym funkcjonować, jednak jedzenie zawsze jest dla mnie jakimś ciężkim tematem. Czasem zaniedbuję siebie. Jakby specjalnie wprowadzam się w stan skrajnego wycieńczenia, bo tylko wtedy czuję, że mam prawo o siebie zadbać. Jak byłam dzieckiem, w moim domu były różne problemy. W domu był alkohol, były też bardzo raniące relacje. Ojciec, który potrafił powiedzieć najokrutniejsze rzeczy jak był zły, a potem udawał, że nic się nie stało jak humor mu się poprawił. Jako dziecko byłam też wciągana w kłótnie między rodzicami. Często, zdarzało mi się usłyszeć: "to wszystko twoja wina", "do niczego się nie nadajesz", "jesteś pasożytem"... Chciałabym podjąć terapię, wiem, że jest mi potrzebna. Wydaje mi się jednak, że nie znam jeszcze języka kraju w którym mieszkam wystarczająco dobrze, aby szukać pomocy psychologicznej tu. Próbowałam terapii online, po angielsku, ale nie dobrze pracowało mi się z psychologiem z drugiego końca świata. Rozważam inne możliwości. W tym momencie potrzebuję zobaczyć światełko w tunelu, uwierzyć w to, że nie jestem na drodze do kompletnego zatracenia, że można to jeszcze odwrócić jakoś... W ciężkich momentach wydaje mi się, że mój umysł jest po prostu tak ukształtowany, jakby zaprogramowany na autodestrukcję. Potrzebuję wiary w to, że można to zmienić, że będę mogła żyć kiedyś szczęśliwie.
  9. Witam, Mam 41 lat i jestem ponad rok po rozwodzie. Chodzę na terapię od ponad 2 lat. W obecnej sytuacji wiem że żyłem w toksycznym związku. Wiem też że mam syndrom DDA. Staram się jakoś żyć lecz czuję że mam depresję. Problem zaczął się jakieś 9 lat temu jak moja ex-żona dostała depresji poporodowej. Nie zdawałem sobie sprawę z problemów jakie dotknęły moją rodzinę ( mam dwie córki ). To tak w dużym skrócie. Tak jak pisałem chodzę na terapię ale nie za bardzo ona pomaga ( od 1,5 miesiąca psycholog choruje lub mi coś wypada ). Stan jaki mam obecnie to chciałbym wrócić do byłej żony lecz ona nie zmieniła się i byłoby dla mnie to zabójcze. Żyje z inną kobietą i wiem że ranię ją mocno bo wydaje mi się że ona czuje że chętnie bym wrócił do ex. Znalazłem nowego psychologa w Legnicy ( Panią psycholog ) i będę zaczynał jakąś nową terapię. Szukam jakiejś pomocy / porady gdzie można udać się na jakąś terapię lub coś innego w okolicy Legnicy. Myślę aby na weekend majowy gdzieś wyjechać daleko i pobyć sam ze sobą ( chociaż jest to dla mnie trudne ).
  10. Witam, Jestem 23 letnim(w czerwcu skończę 24) mężczyzną, studentem stanu wolnego. Jak zacząłem pisać to mi wyszedł mega długi referat więc napisałem w punktach ale nadal wyszło bardzo długo, nie wiem jak to wszystko bardziej streścić, przepraszam. W sumie to i tak bardziej niż na radę liczę że wyrzucenie wszystkiego z siebie mi jakoś pomoże bo poza jedną osobą, której już w moim życiu nie ma - nie potrafię być z nikim do końca szczery i nigdy nawet w internecie nie pisałem nigdy o swoim życiu prywatnym, prawie zawsze wszystko w sobie zawsze trzymałem. - czuję się kompletnie żałosny - ojciec alkoholik i hazardzista od zawsze ale znaczący wpływ na życie od gimnazjum bo wtedy zaczął mocniej pić i grać, bywało że w liceum mama z siostrą jeździły do dziadków im pomagać bo schorowani a ja zostawałem z nim i go pilnowałem albo chodziłem po niego do lokalu z grami, kosztem życia towarzyskiego - oddaliłem się w gimnazjum od wszystkich i zamknąłem w sobie, od tamtego czasu zawsze czułem się krok z tyłu za wszystkimi pod wieloma względami i tak mam do dziś. - liceum trochę lepiej, sam po alkoholu nawet 2 najbliższym kumplom powiedziałem o nim ale na trzeźwo nie potrafiłem z nimi gadać(nie miałem problemu z alkoholem ani nic, dziś też nie mam ani z żadnymi używkami, strasznie się ich boję i bardzo rzadko piję ale też nie mam wielu okazji), na zewnątrz byłem takim pajacem trochę i nadal jestem, zawsze obracającym wszystko w żart, wygadanym i beztroskim, jakoś sobie towarzysko radziłem w samej szkole, miałem z kim rozmawiać, ale poza szkołą z mało kim gadałem. - poznałem w liceum dziewczynę, zakochałem się mocno, była jedyną osobą z którą rozmawiałem na trudne tematy(w tym o ojcu) na trzeźwo, nikt mnie tak nie rozumiał, sama miała podobne problemy. Dostałem jak jej wyznałem uczucia na początku studiów kosza i jej się nie dziwię bo wtedy byłem beznadziejny(nadal jestem ale się trochę ogarnąłem pod względem wyglądu, chociaż nadal jestem brzydki i zawsze będę(blizny po trądziku, brzydka twarz, rozstępy z okresu dojrzewania, garbaty nos, w gimnazjum mnie trochę przez to gnębili i do dziś to czuję swoją brzydotę jak niektórzy ludzie na mnie patrzą. Jakoś się tym nigdy bardzo nie przejmowałem ale na pewno jakieś kompleksy z tyłu głowy mam). Wtedy jeszcze nawet były jakieś dziewczyny(słownie 2), które się mną interesowały ale ja nimi w ogóle bo byłem sfiksowany na punkcie tej, której nie mogłem mieć i zepsułem tak sobie szanse. - do dziś nie przestałem o niej myśleć, codziennie jest moją pierwszą i ostatnią myślą chociaż wiem, że to żałosne a kontakt sam zerwałem lata temu, żadnych innych dziewczyn w moim życiu od tamtej pory nie było, nigdy się nawet nie całowałem bo mam ją ciągle w głowie i nawet jakby jakimś cudem jakaś była zainteresowana to by nie wyszło przeze mnie ale tym jakoś bardzo sobie głowy nie zaprzątałem nigdy, bardziej tym że nie mogą być z tą jedną konkretną osobą - pierwszy rok był najgorszy, uwaliłem pierwszy rok studiów i musiałem powtarzać, prawie nie wychodziłem z domu, stałem się potwornym leniem(zawsze trochę byłem leniem bo nigdy nie musiałem się uczyć i jakoś zdawałem a we wczesnych etapach nauki nawet miałem niezłe oceny), trochę myśli samobójczych ale nie jakichś poważnych(częściej typu „chciałbym już umrzeć” niż „chciałbym się zabić”) bo byłem niewierzący i zawsze myślałem że lepiej żyć nieważne jak źle by nie było bo potem nic nie ma(strasznie zazdroszczę wierzącym i chciałbym wierzyć ale nie potrafię). - kolejne lata też słabo, nigdzie nie pracowałem(najdłużej 2 tygodnie, ciągle sobie powtarzałem że skończę studia to się napracuję), codziennie o niej myślałem, na studiach ledwo zdawałem z roku na rok ale się w sumie prawie niczym nie przejmowałem, rodzice nie wywierali jakiejś presji większej, mam wspaniałą mamę która widziała co się ze mną dzieje i mi odpuszczała trochę, miałem swoje ucieczki od rzeczywistości(komputer, muzyka, seriale) - ostatni rok nawet się chyba pogodziłem, że nie będę już nigdy z dziewczyną w której jestem zakochany, nawet polubiłem życie, miałem rzeczy które lubiłem robić(muzyka i komputer głównie), byłem nawet wesoły ale trochę zaczęło mnie wszystko nudzić, przestałem grać w jakiekolwiek gry, tylko siedziałem jak zombie i słuchałem muzyki przed kompem ale nie byłem jakoś bardzo nieszczęśliwy, to był na pewno mój najlepszy rok odkąd dostałem tego kosza i od czasu podstawówki chyba - mimo, że ostatni rok był spoko to jednak przyszłą w lutym sesja na semestrze dyplomowym, miałem sporo zaległości i starałem się nadrabiać co mogłem ale tak próbując wszystkiego na raz prawie wszystko uwaliłem, jakoś bardzo się tym początkowo nie przejmowałem, od początku chciałem powtarzać sem. Dyplomowy. - dostałem odmowę powtarzania i zaczął się strach, najpierw że mnie wyrzucą i 4,5 roku inżynierskich na marne albo że przeniosą na zaoczne i będę musiał kolejne 1,5 studiować i płacić a ja nawet sobie nie wyobrażałem iść do pracy bo się tego strasznie bałem(wiem, że to żałosne i nienawidzę siebie za to jaki jestem leniwy). Jednak myślałem, że jak już będę wiedział na czym stoję to mi przejdzie, zacząłem się też mocno zastanawiać nad tym kim chcę zostać i co chcę robić w przyszłości – nic nie wymyśliłem, nie mam żadnego pomysłu ciągle a czas ucieka, nie będę miał już motywacji na kolejne studia na pewno, jestem za słaby. - potem pojechałem złożyć podanie o przeniesienie na zaoczne i się okazało, że dziekan zmienił decyzję i pozwolił mi powtarzać dyplomowe, na początku myślałem super – strach przejdzie itp. Ale zaczęło być jeszcze gorzej. - o tamtej pory ciągle myślę o swojej przyszłości, porównuję się do rówieśników, którzy już kończą drugi stopień studiów a ja dopiero pierwszy i nie wiadomo czy kiedykolwiek go skończę, którzy mają już auta, mieszkają sami, dziewczyny, boję się że nie pozaliczam zaległości bo zostały mi najtrudniejsze przedmioty z całych studiów, boję się że nigdy ich nie skończę, że nawet jak skończę to nie znajdę pracy bo tak długo robiłem inżyniera boję się co będę robił w przyszłości, że utknę w jakiejś pracy 8 godzin dziennie za marne pieniądze, której nienawidzę bo nic nie umiem i nie znajdę lepszej bez studiów, boję się że nie będzie mi się nic chciało już zawsze, jestem wyprany z ambicji i nie wiem co chcę robić w życiu, nic nie już tak naprawdę nie cieszy, kiedyś naprawdę lubiłem sobie pograć w gry, czekałem tylko aż wrócę do domu i to dawało mi jakąś chęć do życia chociaż. - Jeszcze 2 tygodnie temu miałem świadomość tego wszystkiego ale w ogóle się tym nie przejmowałem a teraz jakby coś we mnie pękło kompletnie. Myślę o odległej przyyszłości nawet emeryturze, boję się że nigdy nie pójdę do pracy i umrę z głodu, o tym, że nic nie ma sensu bo i tak wszyscy umrzemy, boję się że kiedyś będę musiał żyć na własną rękę, że będę sam całe życie, że umrę sam a najbardziej się boję, że te wszystkie myśli nigdy nie przejdą i całe życie całymi dniami będą mi już towarzyszyły - ciągle o tym myślę od piątku, chcę mi się prawie ciągle płakać, cały się trzęsę, myśli samobójcze się trochę pojawiają, nadal myślę że raczej tego nie zrobię ale jest coraz gorzej z dnia na dzień, ciągle się trzęsę cały, boli mnie brzuch i klatka piersiowa prawie cały dzień, tylko na kilka minut potrafię przytłumić myśli ale i tak do nich wracam po chwili. Powiedziałem już najlepszemu kumplowi i mamie, że coś jest nie tak, ale wszystkiego nie mówiłem. To trwa już 2 tygodnie i 2 tygodnie się zbieram do napisania tego, nigdy nie czułem się tak źle przez tak długo, nawet jak dostałem tego kosza to nie miałem tak, że całymi dniami bez przerwy o tym myślałem, wtedy potrafiłem włączyć grę na kompie i się od tego uwolnić a teraz nie mam nic już bo nic mnie nie interesuje prawie, nie chcę mi się nic. Zmuszam się co rano żeby wstać i coś jeszcze załatwić na uczelni z przepisaniem ocen, chodzę też na rehabilitacje barku co rano ale to tyle. W domu tylko siedzę i próbuję nie płakać, mama dała mi jakieś tabletki na uspokojenie ale nie pomagają. Nie wiem co mi jest, czy to jakiś chwilowy kryzys i samo przejdzie czy powinienem iść do lekarza, na terapeutę mnie nie stać bo jestem żałosnym leniem a z NFZ podobno czeka się pół roku i na czytałem się że różnie z nimi bywa, boję się brać leków na głowę ale najbardziej się boję że mi to nie przejdzie. Naprawdę mimo problemów zawsze byłem racjonalną osobą myślę i mimo że o tym wszystkim co teraz już zdarzało mi się myśleć, miałem tego świadomość ale zawsze po chwili przestawałem i sobie tym nie zaprzątałem głowy. Jak sobie radzę? Chodzę na tą rehabilitacje barku(miałem przez okres studiów przygodę z siłownią, bardzo mi pomagała na głowę, trochę ograniczała lenistwo, lubiłem ją, chodziłem 2 razy po pół roku ale za każdym razem kontuzja barku i musiałem przestać, teraz jakaś mocniejsza i już pół roku mnie ciągle boli) więc wstaję co rano (przez cały okres studiów nie było okresu w którym wstałbym tyle razy na 8 takim żałosnym leniem jestem) ale pozałatwiałem dużo rzeczy na tej uczelni, prawie wszystko co na razie mogłem, nawet napisałem maila żeby zobaczyć się z promotorem i coś zrobić do pracy dyplomowej, napisałem do innego prowadzącego czy nie ma może jakichś ofert praktyk żebym teraz zrobił w końcu praktyki bo nadal ich nie mam jako że nie pracowałem w ogóle. Chcę znaleźć pracę może ona mi ogarnie te myśli jak sobie nią zawalę głowę ale z drugiej strony boję się pracować. Szukam pomocy – powiedziałem że coś nie tak ze mną przyjacielowi i mamie, zacząłem czytać o chorobach psychicznych, o kryzysie wieku młodego, depresji, dystymii. Próbuję sobie wszystko racjonalnie tłumaczyć i mam już wszystkie odpowiedzi - wiem, że jestem młody, mam czas, muszę się zmotywować, nie powinienem się oglądać za rówieśnikami, wiem że jestem żałosnym leniem i ludzie, którzy mieli w życiu dużo gorzej potrafią radzić sobie dużo lepiej ode mnie(to też mnie mocno przybija) itp. ale i tak ciągle wracam do tych myśli Co mi jest, czy to depresja, dystymia czy tylko chwilowe załamanie nerwowe? Czy powinienem iść do lekarza czy poczekać?
  11. Desperat

    To i owo.

    Wpis długi, chociaż to i tak ogólnie skrót. Mam nadzieję, że Pan Rafał nie zamknie tematu i ktoś cokolwiek tutaj doda od siebie głębszego. Wystarczy już deja vu. Z jednej strony chciałoby się wypisać listę pytań, z drugiej dodać coś od siebie. Połączenie obu powinno być odpowiednie. 1. Zdajecie sobie Państwo tutaj zebrani, że nie jesteście w stanie każdego uratować i spotkania z wami, psychoterapie, leki i wszystko inne jest niczym "bajdurzenie kołczów od samorozwoju"? Dlaczego wasze środowisko nie zjednoczy się i nie rozpocznie jakiejś akcji/kampanii odnośnie eutanazji? Lepsze to niż samobójstwo, które w sporej mierze bywają dramatyczne. Spokojna śmierć, w dobrych warunkach to komfort. Mikstura do wypicia i spać, zgon, koniec. Ja obecnie jestem na etapie, kiedy. Nie, czy i jak, tylko kiedy. Odkładam ten dzień, odnalazłem dziś to forum i pomyślałem, że dobrze by było coś napisać, póki jestem jeszcze w stanie to zrobić. Otrzymać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania u źródła. Najbardziej prawdziwe odpowiedzi, a nie mydlenie oczu. Swoje doświadczenia mam, wiedzę, przemyślenia i doświadczenia z szarlatanami [psychiatrzy/psycholodzy] też. Moje negatywne podejście pewnie już zostało zauważone, ale każde spotkanie z następnym "specjalistą" sprawia, że moja ogólna opinia o tym towarzystwie jest coraz gorsza. Przez te wszystkiego lata doszedłem do wielu wniosków, zastanawiam się czy osoby po drugiej stronie działa to tak samo? Czy może stosujecie te same techniki ze studiów/szkoleń. 100 różnych osób, jednakże to samo podejście za każdym razem. Bardzo łatwo wyczuć czy jest się chcianym, czy też nie. Ja czuję się jak klient, tak niestety jest, haj$ się musi zgadzać. Co prawda w Caritasie mogłem pochodzić te 7/8 spotkań za darmo i pogadać, ale już taki psychiatra niestety liczy sobie 100zł za wizytę. Wcześniej spotkania były godzinne, ale to się skończyło. 30 minut, ponaglanie bo inni czekają. Kilka słów, recepta, 100zł, spieprzaj dziadu i następny, biznes się kręci. Ja tam nigdy nie przychodziłem po leki, bo to nie jest mi potrzebne i w żaden sposób nie zmieni mojego położenia, chodziłem tam jedynie przedstawić swoją historię. Mój błąd, usłyszałem również "ja wiem, że jest ciężko, wszystkim jest". U psychologa w Caritiasie pojawiłem się przypadkiem, ale już po jakiś czasie chęci minęły. Głupoty, bzdury i inne takie. Na co to komu? Równie dobrze można by iść do wróżki, niech powróży z kart, czy z popatrzy w kulę. Ja nie widzę różnicy, strata czasu. Co może pomóc, wiele rzeczy, ale żadnej z nich nie oferuje psychiatra/psycholog i to jest problem. W żarcie mi ktoś kiedyś powiedział, żebym do prostytutki poszedł pogadać i jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiała, uważam, że taka 1 wizyta [nigdy wcześniej nie byłem] warta by była więcej niż wszystkie moje spotkania z szarlatanami. Czymże jest samobójstwo, jeśli nie ucieczką? Ja się naprawdę dziwie wam, ludziom, którzy niby mają pomagać nam/mi, a nie znają podstawowych zwrotów, mechanizmów. Czasem się tak zastanawiam, czy was nie powinno się naprowadzić na odpowiedni tok rozumowania, jakoś edukować. Kto jest bardziej oderwany od rzeczywistości i kto większe problemy, ja, czy może jednak wy? Bardzo dokładnie pamiętam kiedy pojawiły się u mnie myśli samobójcze, dlaczego, w jakich okolicznościach. Rodzice po rozwodzie, ojciec alkoholik [brak kontaktu]. Matka zaczęła znęcać się nade mną psycho-fizycznie w okolicach mojego 8 roku życia i ciągnęło się to dosyć długo. Spowodowało to również spustoszenie w moim umyśle, a kto wie, może i przez to rozwinęły się u mnie problemy zdrowotne. Teraz mam 31 lat. W szkole zgłaszane, ale wiadomo, wszystko zamiecione pod dywan i tak było prawdę powiedziawszy przez zdecydowaną ilość mojego życia. Problemy istniały, ale nie było rozwiązania. Żałuję jedynie tego, że nie zdecydowałem się na bardziej radykalny krok. Jestem dosłownie w tym samym miejscu, dosłownie i mój obecny wiek nie ma tu nic do rzeczy. Wiadomo, że lepiej by było z kimś porozmawiać, ale ja wiem, że was na nic nie stać i nie jesteście mi w stanie pomóc, więc po co. Będąc młodszym miałem jedno marzenie, wyjazd do USA i USMC, albo USArmy, wyjechać i zostawić to wszytko za mną, jednakże z racji moich schorzeń wątpię, aby to było możliwe, niemniej jednak miałem wtedy motywację. W szkole nauczali języka niemieckiego, a ja w wolnym czasie skupiałem się na angielskim. FCE B i TOEIC L&R Gold, te dwa certyfikaty udały mi się zrobić. Dyplom Technik Informatyk, Licencjat Ratownik Medyczne, prawo jazdy B, C niestety nie. To wszystko na przestrzeni tych 31 lat mojego życia, z tym, że coraz trudniej mi szło, gdyż niestety zdałem sobie sprawę, że moje marzenie nie jest możliwe do spełnienia, a nawet jeśli to będzie ogromny niesmak, bo będę w USA niczym Meksykanin. Świat mi nie runął, stało się to o wiele wcześniej, za co powinienem podziękować matce. Co taki ktoś jak ja ma teraz zrobić? Ja całe życie powtarzałem, że pomoc jest warta więcej niż wszystko, jeśli jest realna. A żadna osoba waszego pokroju, nie oferuje realnej pomocy, wy jedynie powtarzać potraficie wyuczone regułki. Pomoc, wyciągnięcie ręki, coś co istnieje, jakaś możliwość. To się liczy. Trafienie 6 w lotto. Ostatnio na spotkaniu nawet narysowałem wykres. Powtarzam, samobójstwo to ucieczka, to racjonalny wybór. Chcę się męczyć? Nie. Szukałem wyjścia? Tak. Udało mi się? Nie. Zgon. Tak to działa. Ja rozumiem, że waszym zadaniem jest zmuszanie ludzi do życia, niezależnie od wszystkiego, ale to nie na tym polega. Warto by było się czasem postawić po tej drugiej stronie. Na studiach miałem kolegę W, alkoholik, mieszkał w domu rodziców na piętrze. Pracował na skupie węglą, wiocha jakaś. Chodził na imprezy do remizy i ogólnie korzystał z życia. Ja taki nie jestem. Chcę czegoś innego, ale nie wiem jak to zdobyć, pominąwszy to, iż nie mam kompletnie motywacji do niczego. W tym miejscu warto dodać 1 punkt. Powiem tak, łatwiej by mi się żyło w buszu, ale pokroju innych ludzi, t.j. takich ludzi jak ja. Nie byłoby zazdrości, ani nic, tylko spokój, wszyscy bylibyśmy tacy sami. Internet niby jest dobre, ale czy faktycznie tak jest? Człowiek mogę cały świat zwiedzać, patrzeć na ten przepych, na bogactwo, widzieć ten dobrobyt, potem niezależnie od tego czy chce, czy też nie, będzie się porównywać. Ja jestem nędzarzem. Potem dochodzi kolejna kwestia, po co się starać i robić cokolwiek, skoro i tak nigdy nie dogonię kogoś kto urodził się w USA w bogatej rodzinie, rozwiniętym mieście, do tego jest w pięknym i zdrowym ciele. Psycholog cały czas starał się mi podciąć skrzydła i sprowadzał na ziemię. Ja tak, a ona wspak. Całe życie patrzyłem w niebo, a ona podawała najgorsze przykłady. Ja jestem tego świadomy, ale co w związku z tym, że "inni mają gorzej"? To ma być rozwiązanie wszystkich moich problemów? Teraz bardziej w skrócie: 1. Spełnienie fizyczne [seks]. 2. Spełnienie zawodowe. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam jak to szło do końca. Ogólnie wiadomo, że trzeba mieć w życiu cel i tylko takie życie ma sens, jeśli człowiek się realizuje, do czegoś dąży i widzie owoce, ale najważniejsze są możliwości! Polska jest nie tylko burdelem Europy, ale także Meksykiem i nie bez powodu ma taką opinię na świecie. Nie ma innego wyjścia, no nie ma. Pozostaje się męczyć, albo co, grać w Lotto, a potem, zgon. Wy niestety nie widzicie tego, albo nie chcecie tego dostrzec. Problemy natury psychicznej, to nie tylko efekt tego, że coś tam się dzieje w głowie, tylko efekt otoczenia w jakim się żyje. Zajmujecie się skutkami, a nie przyczynami. Dlatego nie potraficie ludziom pomóc. Jeśli przy krwawieniu bym zmieniał jedynie opatrunek, to bym pewnie zdechł za jakiś czas. Tylko przyczyny są ważne, ale wiadomo, lepiej iść na łatwiznę, po co się wysilać. Ludzie mają nędzne życie, nie są w stanie zmienić swojej sytuacji i po prostu im odbija po jakimś czasie. Samobójstwo to racjonalny wybór i w waszym interesie powinno być walczenie o prawo do godnej śmierci.
  12. Witam. Mam 26 lat, od 4 lat mieszkam za granicami kraju , jestem tu samotny , od kilku miesięcy nie mam żadnych relacji z ludźmi , powierzchowne rozmowy typu co u Ciebie co u mnie no i oczywiście kłamstwa , że wszystko jest okey. Uśmiechnięty , pozytywny , przyjacielski lubiany przez innych ( to opinie ludzi otaczających mnie w pracy, na treningach , w sklepach ) A w środki totalnie złamany , zagubiony chłopak , który nie wie jak poskładać wszystko w całość. Jestem DDA , pochodzę z rodziny , w której wiecznie było dużo alkoholu , przemocy , nienawiści. Z bratem byliśmy bici przez ojca , nasza matka tez. Miał on problemy z alkoholem , mama również , nigdy o nas nie dbano . w tym chorym świecie musiałem zadbać o siebie i brata. Nie było łatwo , ojciec potrafił bić mnie przy kolegach za to ze zjadłem za dużo chleba. W szkole ze mnie szydzili , wyśmiewali mnie . Gdy poszedłem do gimnazjum chciałem to zmienić , zacząłem trenować , po to by się bronic. Oglądałem filmy na Youtube i trenowałem w domu sztuki walki , sam . Po czym rozpocząłem gimnazjum i zaczęły się bojki. Walczyłem ze wszystkimi , którzy byli przeciwko mnie ,którzy szydzili śmiali się, nigdy nie przegrałem. Po rozpoczęciu gimnazjum matka wyjechała za granice. Miałem 14 lat. Do tej pory byłem wzorowym uczniem, wzorowe zachowanie , średnie nie schodzące poniżej 4,75. Gdy wyjechała matka pogorszyłem się w szkole , zainteresowała się tym pani dyrektor , po zaciągnięciu przez nią informacji , była zmuszona poinformować kuratorów , sady o tym , ze wraz z bratem powinniśmy pójść do domu dziecka. Dziadkowie się nami zaopiekowali. Jednak mój charakter zaczął się kształcić w nieodpowiednim kierunku , dojrzewanie okres buntowniczy , bylem nie do zniesienia . Skończyłem 18 lat i dziadkowie wyrzucili mnie z domu , trafiłem na ulice. Ojciec nadal pil , matka nie wróciła , zostałem ze wszystkim sam . Zaczęły się problemy z alkoholem , zacząłem palić papieros w wieku 18 lat, palę do teraz, chociaż staram się je rzucić. Alkoholu już nie nadużywam , poradziłem z nim sobie. W wieku 19 lat poznałem dziewczynę , byliśmy ze sobą 4 lata , czułem , ze się wszystko układa , ze będzie okey miałem prace , wynająłem mieszkanie . po 4 latach przyszła nam na świat córka. kiedy córka miała pół roku , wyrzuciłem je z domu. Kłóciliśmy się nie potrafiliśmy się dogadać , miałem podejrzenia o zdrady nigdy jednak tematu nie poruszyłem ,wszystko trzymałem w sobie , aż pękłem i zakończyłem związek. Zaczęły się ponowne problemy z alkoholem , bojki , 40 papierosów wypalanych dziennie , litry kawy czułem się coraz gorzej . Znalazłem prace za granica , zostawiłem wszystko i wyjechałem ,tak od 4 lat jestem w Holandii. Kontaktów z córka nie mam od czasów wyjazdu . A z rodzina utrzymuje kontakty sporadycznie , jednak dużo im pomagam finansowo, z bratem staram się utrzymywać kontakt. Mój brat ma 23 lata jest alkoholikiem (kilka miesięcy temu miał pierwszy atak epilepsji ) moja mama również jest alkoholiczka , ojciec zmarł 3 lata temu. A ja mam mnóstwo długów , przez niespłacone kredyty żyję w ciągłym stresie i obwiniam się za wszystko co wydarzyło. Staram się uprawiać sport (od 3 lat trenuje Tajski boks- kilka ostatnich miesięcy mam przerwę) żeby sobie z tym wszystkim poradzić i staram się dawać sobie nowe cele o których zapominam, bo inne myśli biorą gore. Od kilku miesięcy nie wychodzę z domu , jedynie , praca zakupy , zmuszam się do wszystkiego , czuje się jakby wszystko ze mnie wyszło , brak siły, energii . Mam w sobie dużo determinacji , dlatego jakoś jeszcze funkcjonuje. Ostatnio jednak jest dużo gorzej , czuje ze mój stan się pogarsza. Prawdę mówiąc mógłbym pisać i pisać . Potrzebuje pomocy. czy to może być depresja ? czy powody mojego samopoczucia mogą mieć podłoże w dzieciństwie ? czy powinienem tam wrócić ( w przeszłość ) i spojrzeć na to jeszcze raz ? Marze o odniesieniu sukcesu i poczuciu spełnienia, ale moje myśli ciągnął mnie na dno . Pozdrawiam Serdecznie.
  13. Idąc z duchem czasu i wychodząc naprzeciw Państwa oczekiwaniom uruchomiłem nową usługę. Jest to porada psychologiczna przez e-mail: https://ocalsiebie.pl/porada-psychologiczna-email/ Masz kłopot w życiu osobistym, problem obyczajowy lub ściśle psychologiczny? Chcesz wiedzieć, co możesz zrobić żeby sobie pomóc i dowiedzieć się jakie są potencjalne rozwiązania? Zapytaj psychologa przez e-mail!
  14. Mam 20 lat i jestem DDA. Ostatnio zauważyłam że coraz częściej sięgam po alkohol. Rzadko kiedy zdarza mi się tydzień bez alkoholu nie potrafię powiedzieć nie. Codziennie pije energetyki i palę papierosy. Wychodzę często na imprezy na których moje zachowania są czysto patologiczne. Powodują wstyd i sama nie pamiętam często co robiłam. Nigdy nie byłam w zdrowej relacji z mężczyzną, głównie opierają się na kontakcie fizycznym. Moji znajomi zaczynają odczuwać wstyd że względu na moje zachowanie. Przez ostatnią imprezę zakończyła 9 letnią przyjaźń bo osoba powiedziała że nie ma ochoty być kojarzona z moją osobą
  15. Jestem 28 letnią mężatką. Nie wiem od kiedy trwa ten stan ale czuję, że regularnie się pogarsza od kilku lat. Dwa lata temu pilam i brałam narkotyki, prowadziłam często w takim stanie z nadzieją na śmierć. Cierpiałam na anoreksję bo chciałam się zaglodzic na śmierć. Boję się swoich myśli, boję się, że mogę zabić siebie i że mogłabym "zabrać ze sobą" swoje dziecko. Kocham je ale nie radzę sobie z emocjami, samotnością, odrzuceniem. Dziecko praktycznie wychowuje sama ale nie poradzę sobie jako samotna matka (kwestia finansowa). Nie mam znajomych, nie potrafię budować relacji, boję się odrzucenia więc kończę znajomości szybko. Mieszkam na wsi i nie ma tu dokąd pójść, nie ma parku, basenu, czegokolwiek. Od dwóch tygodni cierpię na bezsenność, nie wiem co czuje. Czasem wydaje mi sie, ze emocje mnie przepelniaja a czasem, mam wrażenie że jestem martwa i pusta w środku i nic mnie nie dotyczy, nic mnie nie dotknie. Nieustannie mam poczucie zażenowania, bezradności. Jestem bardzo wyczulona na krytykę, zwlaszcza niekonstruktywna. Nic mnie nie cieszy od lat, nie widzę dla siebie przyszłości. Czuję, że jestem niezaradna życiowo i jest mi źle, że sprowadziłam na ten swiat syna i ma taką matkę. Przeraża mnie to. Przeraża mnie praktycznie wszystko. Kiedyś byłam zupełnie inna. Na problemy reaguje agresją (nie adekwatnie dużą i zakupami). Na ogół nie kupuje sobie nic, ani wody ani batonika (bo szkoda) ale potrafię wydać ot tak 500 zł na głupstwo bez którego mogłabym żyć. Proszę o pomoc bo boję się, że długo już nie wytrzymam, że zrobię coś tak głupiego i nie odpowiedzialnego co skończy się tragedia. Potrzebuję pomocy...
  16. Jesteśmy 7 lat po ślubie i 14 w związku. Mieszkamy 12 lat w Londynie. Mąż jest DDA, a ja miałam fantastyczne dzieciństwo. Jednak mój ojciec 13 lat temu zbankrutował i od tamtej pory nie pracuje. Utrzymuje go mama i przez 10 lat pomagaliśmy im z bratem. Żyliśmy z mężem przez 10 lat na tykajacej bombie. Pomagaliśmy finansowo jego i moim rodzicom i braciom. Straciliśmy w ten sposób równowartość ok dwóch mieszkań. Mamy dwóch wspaniałych synków. Nasze problemy odbiły się na ich wychowaniu i relacji z mężem. Niejednokrotnie chcieliśmy się rozwieść lub pozabijać. Większość kłótni była przy dzieciach. Chcemy ratować związek i pomóc dzieciom odzyskać balans psychiczny. Starszy ma prawdopodobnie autyzm, który ujawnił się ok 3 roku życia. Młodszy 15-miesięczny stał się agresywny. Bije, ciągnie za włosy, łatwo się denerwuje. Starszy nie ma kolegów. Trudno mu nawiązywać kontakty. Bawi się sam, choć próbuje z innymi, ale barierą jest język angielski. Mimo iż go rozumie, nie odpowiada innym tylko powtarza co mówią. Podejrzewany jest zespół Aspergera. Od roku synek chodzi do angielskiego przedszkola. Chcę mu pomóc. Chcę mu znaleźć kolegę w jego wieku do zabaw. W Angli dzieci bawią się obok a nie razem. Jest trudniej tu wychować dzieci, szczególnie w Londynie. Od czego zacząć??
  17. Ze względu na rozwój technologii informatycznej coraz popularniejszą formą pomocy psychologicznej jest kontakt ze specjalistą za pośrednictwem Internetu. Po pomoc przez komunikator do rozmów wideo można w dzisiejszych czasach umówić się z internistą, lekarzem psychiatrą, a także z psychologiem i z psychoterapeutą. Stąd popularność usługi, którą określa się zamiennie jako terapia online czy psychoterapia internetowa. Psychoterapia przez Skype depresji Jednym ze skutecznych sposobów leczenia depresji jest psychoterapia poznawczo-behawioralna, o której bardzo dużo pisaliśmy tutaj oraz w tym miejscu. Istnieją twarde dowody, że ta metoda może nie tylko spowodować poprawę, ale także nauczyć klienta zapobiegać nawrotom choroby. Innymi słowy, badania naukowe potwierdzają efektywność psychoterapii poznawczo-behawioralnej w zakresie obu tych celów. Psychoterapia przez Skype nie jest zaledwie internetowym odpowiednikiem terapii prowadzonej w gabinecie. To byłoby marnowanie potencjału, który drzemie w możliwościach dostarczanych przez sieć i fakt, iż ma się styczność z komputerem. Osoby korzystające z usług takich jak terapia online w Gabinecie Ocal Siebie otrzymują materiały do samodzielnej pracy w formie elektronicznej – formularze, kwestionariusze psychologiczne, materiały video i audio. Otrzymują także dostęp do obszernej bazy artykułów i wskazówek – nie muszą zatem kupować sterty książek czy udawać się do biblioteki. Poza tym psycholog online dostarcza pisemny raport z przebiegu każdego spotkania, zawierający informacje o temacie sesji, analizę, praktyczne porady oraz zalecenia i inne istotne wskazówki. Zapobiega to zjawisku znanemu jako dryf terapeutyczny. Spotkania i cała współpraca mają konkretną strukturę sprzyjającą zdrowieniu i realizacji protokołu terapeutycznego, o którym wiadomo, iż jest pomocny, skuteczny. Klient otrzymuje też od swojego psychoterapeuty tzw. prace osobiste („prace domowe”), które wykonuje się między spotkaniami, by zwiększyć efektywność terapii. Tego typu prace do samodzielnego realizowania stanowią z reguły zapowiedź tego, o czym będzie dana sesja psychoterapeutyczna. Dzięki temu klient wie, czego się spodziewać, czuje się bezpieczniej, a poza tym wie, co konkretnie ma robić między spotkaniami, by terapia okazała się jak najbardziej wydajna. Objawy depresji Terapia online i leczenie depresji Osoba chorująca na depresję częstokroć potrzebuje kompleksowej pomocy. W trakcie psychoterapii przez Skype realizowany jest standardowy protokół terapeutyczny przeciwko depresji, o którym wiadomo z badań klinicznych, iż jest efektywny. Oprócz tego psychoterapia miewa okresowo charakter wspierający, a także dotyczy problemów współwystępujących, które mogą utrudniać zdrowienie lub zwiększać ryzyko nawrotu choroby w przyszłości. Na przykład na depresję bardziej podatne są osoby z bardzo niskim poczuciem własnej wartości, a także te, które doświadczyły poważnej krzywdy oraz Dorosłe Dzieci Alkoholików (DDA). Zrozumiałym jest zatem, że oprócz oddziaływań terapeutycznych wymierzonych bezpośrednio w depresję, zasadne jest też rozwiązanie innych problemów – realizacja programu typowego dla pomocy psychologicznej takiej jak terapia DDA. Nie chodzi też jedynie o złagodzenie objawu depresji polegającego na poczuciu bezwartościowości, ale na wzmocnieniu poczucia własnej wartości danej osoby, by była bardziej odporna na tego typu dolegliwości i umiała sobie z nimi samodzielnie radzić. Bywa, że depresja jest podtrzymywana przez inne poważne problemy psychologiczne, które wymagają rozwiązania, jeśli ma nastąpić rzeczywista i trwała poprawa – przykładem mogą być uzależnienia. Psychoterapia przez Skype – jak to wygląda „Terapia online? Na czym polega, jak przebiega, jak to się odbywa, jak wygląda taka psychoterapia?” – pytają osoby, które jeszcze z takich usług psychologa nie korzystały. Klient umawia się z psychologiem rezerwując termin przy pomocy formularza rezerwacji. O ustalonej porze specjalista nawiązuje kontakt z klientem poprzez program do rozmów wideo – najczęściej Skype, który zapewnia bezpieczne, szyfrowane połączenia. W tym momencie rozpoczyna się trwająca do około 50 minut konsultacja diagnostyczna lub sesja psychoterapii, gdy już trwa leczenie. W tym czasie omawiane jest samopoczucie klienta, bieżące sprawy i ewentualne trudności, poczynione postępy; rozlegle omawia się także realizację pracy osobistej, która z reguły przygotowuje do tego, o czym ma być sesja. Jeśli na przykład spotkanie miało dotyczyć pracy nad depresyjnym sposobem myślenia, terapeuta mógł prosić o lekturę artykułu na temat tzw. zniekształceń poznawczych i ustalenie, które z nich pacjent dostrzega często w swoim rozumowaniu. To ważne, gdyż charakterystycznym symptomem depresji są nasuwające się samoczynnie przygnębiające przemyślenia (tzw. myśli automatyczne), z którymi należy odpowiednio postępować, by nie pogarszały lub nie podtrzymywały negatywnego nastroju. Jeżeli natomiast spotkanie miało dotyczyć treningu rozpoznawania negatywnej, nadmiernie surowej mowy wewnętrznej i zastępowania jej życzliwym, wspierającym dialogiem wewnętrznym, terapeuta może prosić o uzupełnienie kilkunastu sentencji na temat sposobu myślenia obecnego w różnych sytuacjach. Przykładem ćwiczenia, które może być użyte, jest trening odpierania tzw. Okrutnego Krytyka Wewnętrznego. Nierzadko elementem psychoterapii jest tzw. biblioterapia (słowo to jest połączeniem wyrazów „biblioteka” oraz „terapia”) – klient musi przeczytać artykuł, fragment książki lub ulotkę bądź broszurę informacyjną, by mieć istotne dla przebiegu sesji informacje. Czasami lekturą jest ulotka samopomocowa, zawierająca listę praktycznych wskazówek lub konkretne zalecenia na temat tego, jak radzić sobie z określoną dolegliwością. Jak widać, choć zasadniczo sesje psychoterapii najczęściej trwają do około 50 minut, proces zdrowienia nie ogranicza się do samych spotkań z psychoterapeutą. Sesje są kluczowe, ale bardzo istotne jest też to wszystko, co dzieje się między konsultacjami – stosowanie świeżo poznanych technik w codziennym życiu, przygotowywanie się do spotkań, trening umiejętności nabytych w ich trakcie. Ponadto, terapeuta jest do dyspozycji klienta na co dzień, gdyż terapia online to również możliwość wspierającego kontaktu ze specjalistą za pośrednictwem prywatnego, dwuosobowego czata tekstowego (wiadomości tekstowe często wymieniane są także przez Skype). Psychoterapeuta zwykle przynajmniej raz na dobę w dni robocze jest w stanie odpowiedzieć na ewentualne pytania, refleksje czy rozterki klienta, którymi on się dzieli pisząc do swojego terapeuty. Pacjenci cenią sobie takie wsparcie i lubią możliwość kontaktu ze specjalistą, gdy poczują taką potrzebę. Sprzyja to dobrym relacjom, które we współpracy jaką jest psychoterapia, stanowią jeden z ważniejszych czynników, decydujących o pomyślności całego procesu. Psychoterapia przez Skype: umów się z psychologiem, terapeutą. Potrzebna jest wstępna darmowa porada psychologa? Sprawdź, jak ją uzyskać. Wybrane cechy psychoterapii poznawczo-behawioralnej
  18. Mój mąż jest DDA. Po 7 latach bycia razem wzięliśmy ślub. Po 3 od ślubu przyszedł na świat nasz ukochany i wyczekiwany syn. Od jego narodzin nasz związek się rozsypał. Tuż po narodzinach mąż zachowuje się jak furiat. Ciagle się kłociliśmy, wyzywaliśmy, groziliśmy sobie. Mamy zupełne inne podejście do wychowania. Mąż chce dyscypliną, krzykiem, groźbami, karami. A ja spokojem, opanowaniem, bez bezsensownego zabraniania wszystkiego. Chcę ratować ten związek. Ostatnio jest lepiej mąż się w końcu otworzył, złagodniał, nie krzyczy, nie wyzywa. Byliśmy w Polsce ( mieszkamy 12 lat w Londynie) i odwiedziliśmy jego ojca, który po 2 dniach wyrzucił nas z jego domu. Mąż zrozumiał, że musi się w końcu odciąć od patologicznej i toksycznej rodziny. Jednak to nie wystarczy. Potrzebujemy terapii, bo nasze problemy odbiły się na naszych synach i ich musimy ratować. Od czego zacząć i jak to zrobić? Czy jest szansa na taniego psychologa przez internet? Mąż późno wraca z pracy i jedyny dzień wolny ma w niedzielę, więc to chyba najlepsza opcja.. Obecnie mamy dwóch synków prawie 4 lata i 15 miesięcy.. Pozdrawiam!
  19. Czasami podejrzewam, że paradoksalnie najsilniej potrafią kochać ci, którzy w przeszłości byli miłości pozbawieni. To właśnie takie osoby mają ogromną potrzebę związku, w którym uczucie jest niezwykle żywe i silne. Jest to na swój sposób urzekające i szlachetne. Ktoś taki zdolny jest do akceptacji drugiego, nieidealnego przecież człowieka na niebywale głębokim poziomie. Niestety, jest pewien haczyk. W pakiecie z pragnieniem maksymalistycznej miłości jest często wyniesiona z chaotycznej przeszłości dezorientacja. W rezultacie takie osoby niekiedy powierzają swoje serce niewłaściwym ludziom, którzy na taki dar bynajmniej nie zasługują. Rezultat jest taki, że przeszłość odtwarza się w teraźniejszości – emocjonalne unieważnienie powtarza się, a czasami ponownie ma też miejsce jakiś dramat z powodu łączenia się w parę z toksycznym partnerem. Nic dziwnego, że metaforycznie o takim problemie mówi się, iż jest to „kochanie za bardzo” lub „podatność na zranienie”. Jeśli kogoś temat ten intryguje, polecam artykuł kobiety kochające za bardzo
  20. Witam, Jestem 25 letnią kobietą. Mam jednak syndrom DDA i byłam wychowywana w rodzinie, która borykała się z problemem alkoholizmu. Zarowno mój ojciec jak i moja matka pili. W domu były również inne problemy: bieda, przemoc, zdrady, agresja. Mimo, że jestem już dorosła, a problemy alkoholowe moich rodziców już nie wplywają na mnie tak bardzo jak kiedyś nadal czuje skutki ich picia. Całe życie byłam osobą skrytą i zamknietą. Całym życiem rządził strach, balam się ludzi, relacji, podejmowania ważnych decyzji. Unikałam konfrontacji w szkole, w kontaktach z rówieśnikami, w miejscach pracy. Pozwalałam się źle traktować innym. Jednak w domu, w stosunku do rodziny jestem zupełnie inna, jestem samolubna, kłótliwa i uparta (nie są to cechy z których jestem dumna). Jestem też zarówno w domu jak i poza nim nałogową kłamczuchą. Niemal zawsze, w każdej sytuacji jestem egoistką, martwie się o swój komfort, swoją reputacje itp. Chce aby każdy mnie lubił, dlatego dopasowuje się do środowiska, jestem dwulicowa itp. Z drugiej strony bardzo długo odrzucałam ludzi. Udawałam, że ich lubie, że chce im pomóc, jednak w rzeczywistości, w środku myślałam tylko o tym jak się wyplątać z nieszczerych obietnic. Bylam jednak bardzo samotna, marzyłam o grupce przyjaciół i chlopaku. Bardzo długo miałam depresje i chciałam umżeć, twierdząc że nie zasługuje na życie, gdyż je marnuje - nie korzystałam z życia, siedziałam w domu oglądając telewizor itp. Wyszłam jednak z tego i zaczęłam nad sobą pracować. Od kilku lat staram się, żeby moje relacje z ludzmi były szczere. Widzę jednak, ze wiele niezdrowych zwyczajów pozostało. Nadal w nowych środowiskach potrafie być dwulicowa, nie lubie siebie. Brak mi Jakiejkolwiek wiary we wsłasne umiejetności. Zaczynam jednak nową pracę i chcę najlepszą możliwą wersją samej siebie. Chce być pewna siebie. Chcę siebie polubić. Chce, żeby mężczyzna z którym jestem był ze mną szczęsliwy. Czasami zauważam, że jestem nadmiernie zazdrosna, choć często mówi i pokazuję że mnie kocha, potrafie być zazdrosna o każdą kobietę na którą spojrzy. Chce byc pewna siebie. Nie chce aby takie rzeczy mi przeszkadzały. Proszę o poradę, co zrobić, żeby zaakceptować samą siebie, jak uwierzyć we własne możliwości, jak uwierzyć, że jestem czegoś warta? Dziękuję za wszelkie odpowiedzi
  21. Jestem bezrobotną kobietą w wieku 27 lat. Problem istnieje od zawsze,ostatnio się nasilił. Jestem dda, nie mam siły do prostych czynności, boję się wychodzić z domu, mam problemy w relacjach z innymi, nie potrafię się skoncentrować i nie pamiętam co ktoś do mnie mówił. Odczuwam głęboki smutek i gniew. Nie mam celu w życiu. Boję się ludzi. Czuję się głupia i bezwartościowa. Mam napady lęku i paniki. Nie radzę sobie z tym stanem, zmuszam się do robienia niektórych rzeczy, resztę odpuszczam. Czy w ogóle mogę jeszcze normalnie żyć?
  22. Witam, Piszę tutaj, bo nie daję sobie rady z własnymi myślami. Ciężko mi to opisać tak, żeby było zrozumiałe, więc przejdę od razu do rzeczy. Jestem osobą DDA, wychowywałem się z ojcem alkoholikiem, którego stosunkowo niedawno udało mi się wraz z mamą eksmitować z domu. Od dziecka miałem problemy z logicznym myśleniem, podejmowaniem zaplanowanych działań, co skutkowało wieloma problemami związanymi z nauką, relacjami ze znajomymi, ogólnie zawsze odstawałem. Dzisiaj jako już w zasadzie dorosły człowiek ciężko mi jest odnaleźć się w rzeczywistości. Mieszkam z mamą, wszystkie rachunki płacę w zasadzie sam (mama ma dużo zobowiązań i wychodzi prawie na 0), praca jaką wykonuje jest pracą fizyczną, nie daje mi ona żadnej satysfakcji, zarobki są mocno przeciętne, szanse na rozwój prawie żadne a ludzie niby w porządku, ale bardzo przyziemni, czym bardzo mocno przesiąkłem przez 4 lata. Firma ta, dała mi dobitnie do zrozumienia, że nie ma żadnych szans na rozwój, podwyżkę w najbliższym czasie. Oprócz tego studiuje kierunek inżynieryjny, kierowałem się przy wyborze tylko perspektywami na przyszłość, w żaden sposób mnie nie kręci temat studiów. Przechodząc do meritum : Czuje się przytłoczony wydatkami jakie na mnie spadły co generuje strach przed utratą stabilizacji (zmianą pracy), w moim regionie to skakanie z jednego bagna w drugie, jedynie dojazd do większego miasta paredziesiąt km... jestem rozdarty pomiędzy wyborem a) zacisnąć zęby i trwać w tym co jest w tej chwili, skupiając uwagę tylko na ukończeniu studiów i rozwijaniu swoich umiejętności (kursy itd) lub b) zaryzykowac i spróbować czegoś innego. Wiem, że to z pozoru zero-jedynkowy problem, ale dla mnie, osoby która żyła wiele lat w stresie i niepewności, stabilność jaką mam w tej chwili daje ulgę, choć czuje stres i poczucie wstydu, że muszę pracować w takim charakterze, ponieważ wiem, że stać mnie na więcej. Boje się tego, że strace grunt pod nogami. ps. przepraszam jeżeli temat wydaje się chaotyczny. Proszę jedynie o rady.
  23. Nurtuje mnie taka jedna kwestia. Ludzie dziwią się kiedy mówię że nie chcę mieć dzieci a ja szczerze mówiąc sama nie wiem czemu tak mam. Właściwie trudno mi powiedzieć czy to jest tak że ich nie lubię bo raczej aż tak źle nie jest. Mimo to jakoś inaczej się przy nich czuje i wtedy utwierdzam się w przekonaniu że macierzyństwo nie jest dla mnie. Czy to jest część syndromu DDA?
  24. Witajcie, Widzę, że forum jeszcze nie jest zaludnione ale spodobały mi się tematy artykułów i treść jednego z nich, dlatego postanowiłam się tu uzewnętrznić. Nigdy w życiu nie byłam w tak wielkim psychicznym dole, jak teraz. Posypało się wszystko i pierwszy raz w życiu, nie mam sił, aby się odbić. Zawsze te siły miałam a w niejednym dole już byłam.. 3 miesiące temu odszedł mój mężczyzna, po 4 latach przerywanego związku (przerywanego rozstaniami). Tym razem oboje wiemy, że rozstanie jest ostateczne. Początkowo gorąco zabiegał o to, abyśmy przekształcili ten niezdrowy związek w zdrową przyjaźń, ale miesiąc po miesiącu ochota na to mu coraz bardziej przechodziła. Czuję, że jestem mu już coraz bardziej obojętna, kontaktuje się ze mną już chyba tylko z poczucia przyzwoitości. Nie ma co mu się dziwić, jako że jestem osobą cierpiącą na wybitne poczucie odrzucenia, często na mocno wydumanych podstawach. 2 tygodnie temu odszedł mój tata. Tata, który długo chorował na raka, a przed chorobą był alkocholikiem. Choroba nie wpłynęła na jego zmianę osobowości (jak to bywa w filmach), pozostał zasklepiony w swojej skorupie do samego końca... Mimo to, Tata zawsze dawał mi poczucie bezpieczeństwa finansowego, zawsze w tej jednej dziedzinie od początku do końca, w razie wypadku, mi pomagał. Moja biologiczna mama zmarła, gdy miałam 2 lata, macocha 1,5 roku temu powiedziała, abym przestała ją nazywać matką bo już nią nie jest. Mamy tragiczne stosunki, ona nie jest zbyt dobrą osobą, delikatnie rzecz ujmując. Do tego straciłam pracę, gdzie miałam całkiem fajne stanowisko i niezłe zarobki, jednocześnie zmieniając mieszkanie na droższe, na które teraz w zasadzie już mnie nie stać. Przez lata toksycznego związku, z dosyć otwartej osoby, zamieniłam się w jakąś mega introwertyczkę, nie udaje mi się odbudować zaniedbanych relacji. To moja wina, wiem. Pewnie pierwsze co Wam przyjdzie do głowy, to abym poszła na terapię. Otóż jestem na terapii już prawie dwa lata, mimo tego rozpieprzyłam swój związek i w zasadzie znalazłam się w tym miejscu, w którym jestem teraz.... Ponadto byłam już na innych terpiach na przestrzeni dorosłego zycia... Dwóch innych po ok. rok czasu. Mój terapeuta chyba nie do końca ogarnia tematy, jest bardzo młody. Ja mam 33 lata i w tym momencie, nie widzę światełka. Choć zawsze miałam w sobie świało, naiwność, wiarę w lepsze jutro. Czuję się jak śmieć, prawdę mówiąc, choć wiem, że nim nie jestem. Nie jestem też typem samobójcy, nie mam tej odwagi w sobie. Aktualnie mam parę dni wolnego przed podjęciem nowej pracy, miałam gdzieś pojechać bo wykańczam się siedząc tu sama, ale na myśl o wyjeździe zaczyna mnie ogarniać panika. więc pewnie zawalę i to.. choć sił mi brak i spać po nocach nie mogę. Czuję się nie do końca dobrze, tak się żaląc.. zawsze lubiłam o sobie myśleć w kategoriach silnej kobiety, mimo wszystko. Ale prawda jest taka, że zaczynam bać się własnego cienia i czuję paraliż przed podjęciem jakiegolwiek kroku. Wszędzie czai się zagrożenie, ryzyko spieprzenia, bycia zranioną, poczucie zmęczenia i bezsensu tej walki z samą sobą. Próbowałam już jogi, medytacji, ceremonii szmańskich, ustawień Hellingerowskich, mantr, afirmacji, tańca.... Terapii. i NIC. tak źle jeszcze nie było. Być może należę do tych nieodwracalnie złamanych ludzi? Co zrobić, aby wykrzesać, mimo braku sił, braku sensu i wiary, jakiś czynnik, który pomoże mi powstać?
  25. Dorosłe Dzieci Alkoholików i uporanie się z urazowym dzieciństwem Poradzenie sobie z poczuciem, które pojawia się w odpowiedzi na doświadczenie krzywdy, nie jest zadaniem łatwym, ale możliwym i godnym wysiłku. Artykuł wyjaśnia na czym polega ten proces i dlaczego warto się w niego zaangażować. Egzystencja z poczuciem krzywdy Ludzie niekiedy idą przez życie niejako po śladach wyznaczonych przez krzywdy doznane w przeszłości. Ludzki los płynie natenczas korytem psychicznych blizn. Teraźniejszość rozwija się w cieniu minionych zranień. I choć nie jest to podróż donikąd, bo żadna taką nie jest, to jednak nie towarzyszy jej głębokie poczucie sensu. Ciężar doświadczeń zdaje się przytłaczający, przemierzanie kolejnych tygodni, miesięcy i lat nie dystansuje od bólu, a na horyzoncie nie widać ukojenia. Człowiek jest w ruchu, ale tak naprawdę pozostaje zatrzaśnięty w swoim cierpieniu, które odpuszcza mu tylko na chwilę, by nawracając dokuczać ze wzmożoną siłą. Nieprzepracowane poczucie krzywdy pozostaje aktualnym problemem niezależnie od tego, ile czasu minęło od zranienia. Problemem, który domaga się podjęcia kroków zaradczych i działań naprawczych. Problem zaprzeczania doznanej krzywdzie Niekiedy poczucie krzywdy bywa niejako zamrożone nawet przez bardzo długi okres czasu. Nie znaczy to bynajmniej, że doświadczenia krzywdy nie było – poszkodowany po prostu nie dopuszcza do siebie takiej wizji. Przyjęcie jej do wiadomości i uznanie, że zostało się ofiarą nie jest z różnych względów sprawą łatwą. Dla jednych to problem, ponieważ w ich odczuciu oznacza przyznanie, iż nie byli wystarczająco silni. Innych przeraża perspektywa ponownego przeżycia cierpienia, które towarzyszy przyglądaniu się zranieniom i określaniu szkód. Potrzeba odwagi, by uznać, iż coś głęboko dotknęło oraz aby spojrzeć w oczy własnym demonom. Potrzeba determinacji, żeby chcieć zmierzyć się z trudnym procesem kojenia poczucia krzywdy. Potrzeba szczerości, by wskazać, kto był sprawcą, a nierzadko bywa to niesłychanie trudne. Ciężko jest powiedzieć „zraniła mnie matka”, „skrzywdził mnie ojciec”, „żona spowodowała moje cierpienie”, „mąż zadał mi ból”. Stwierdzenia takie podważają iluzję porządku osobistego danego człowieka. Rzecz w tym, że ta iluzja i tak musi zostać pokonana, bo krzywda burzy wewnętrzny ład i stawia przed koniecznością budowania go od nowa. Trzeba będzie poukładać pewne pojęcia od początku, skoro zranienie nadeszło ze strony tych, którzy powinni być wsparciem. Kiedy podpora przestaje pełnić swoją funkcję, zapada się wewnętrzny świat. Naprawa tego stanu rzeczy to wyzwanie i słusznie jawi się jako trudny proces. Jest on jednak konieczny, więc unikanie go odwleka to, co niezbędne, i wydłuża całą historię cierpienia. Sens uzmysłowienia sobie poczucia krzywdy Dopiero po świadomym uzmysłowieniu sobie poczucia krzywdy następuje głęboka refleksja nad doznanymi zranieniami i określanie poniesionych strat. Poczucie krzywdy pozwala je oszacować tak samo jak ból pozwala rozpoznać miejsce, w którym ciało choruje. Temu właśnie służy to poczucie – między innymi pozwala się zorientować, co w człowieku zostało naruszone podczas doświadczenia krzywdy. „Jeśli nie uleczysz rany, która cię boli, będziesz krwawić na tych, którzy cię nie zranili.” – Autor nieznany Oszukiwanie samego siebie, że krzywdy nie było, jest w istocie życiem w kłamstwie. Ponura maskarada może być na tyle przekonująca, że człowiek sam zaczyna w nią wierzyć. Wtedy problemy życiowe i kłopoty w relacjach, które są następstwem krzywdy, jawią się jako niezrozumiałe albo upatruje się ich przyczyn w niewłaściwych czynnikach. A skoro tak, trudniej jest tym trudnościom zapobiegać. Stają się nieodłączną częścią teraźniejszego bytu danej osoby, choć ich prawdziwe powody pozostają ukryte i mają korzenie sięgające do momentu, gdy zaistniało doświadczenie krzywdy. Żyje się we mgle stale wracając do tych samych miejsc, w których nieodmiennie czeka na człowieka cierpienie. Nie mając wiedzy o motywach i mechanizmach problematycznego postępowania trudniej jest schodzić ze śladów wiodących do emocjonalnego bólu. Z poczuciem krzywdy można także starać się po prostu egzystować. Da się z nim żyć. Wtedy jednak człowiek ma tendencje do tego, by się znieczulać, bo nawracający ból bywa bardzo dokuczliwy. Skłania to do nałogów oraz do silnych, dramatycznych przeżyć, którymi osoba stara się zagłuszyć echa zranień. Znieczulenie niekiedy oznacza w praktyce nieczułość, niewrażliwość, obojętność, a nawet sadyzm lub samoudręczenie. Człowiek otumaniony tak naprawdę nadal pragnie coś czuć – może wobec tego sięgać po drastyczne rozwiązania, które krzywdzą jego lub innych, tak czy inaczej skazując go na poczucie osamotnienia. Oszacowanie strat po doświadczeniu krzywdy Nie ma mowy o radykalnym akceptowaniu przeszłości lub odpuszczeniu win, jeśli właściwie nie wie się, co stara się uznać lub co i komu darować. Właśnie dlatego tak istotne jest rzetelne rozstrzygnięcie, jakie zostały spowodowane szkody. Można je pogrupować w trzy kategorie. Pierwsza kategoria to straty, czyli wszystko to, czego w wyniku doświadczenia krzywdy człowiek został pozbawiony. Druga kategoria to ciężar, czyli bagaż, który w następstwie doświadczenia krzywdy dana osoba ze sobą niesie. Trzecia kategoria to rozstrój, czyli pomieszanie pojęć, utrata punktów odniesienia, a zatem chaos, który powstał w wyniku zburzenia wewnętrznego ładu, porządku osobistego danego człowieka w rezultacie doświadczenia krzywdy. Konsekwencje doświadczenia krzywdy w dzieciństwie Dorosłych Dzieci Alkoholików Dzieci, które były świadkami przemocy małżeńskiej lub, co gorsza, same były ofiarami jakiejś formy przemocy (na przykład fizycznej lub psychicznej) częściej w przyszłości doświadczają problemów związanych ze zdrowiem psychicznym. Z większą dozą prawdopodobieństwa takie dzieci już jako dorosłe osoby będą sięgały po używki oraz same stosowały przemoc wobec własnych partnerów życiowych. Część osób, które były w dzieciństwie świadkami lub ofiarami jakiejś formy przemocy mogły także jako dzieci doświadczać wzmożonego niepokoju, złego samopoczucia, depresji, miewać koszmary senne, samemu wobec siebie stosować przemoc, a także doświadczać fizjologicznych dolegliwości, będących objawem silnego stresu. Następstwa długo trwającego okresu krzywdzenia U części osób, które żyły w środowisku pełnym przemocy przez dłuższy czas, mogą pojawić się bardzo poważne problemy psychologiczne takie jak: ostra reakcja na stres, zespół stresu pourazowego (PTSD), zaburzenia adaptacyjne, depresja i inne. Trudności te wystąpić mogą zwłaszcza u osób, które są na nie genetycznie podatne. Szczególnie dolegliwe bywają następstwa przewlekle niezaspokajanych potrzeb dziecka, które są dla niego krytycznie ważne. Brak wystarczającej dozy właściwie wyrażanej miłości rodzicielskiej skutkuje trwałym deficytem w tym kontekście. Osoba może czuć się niekochana, nie akceptować siebie, nie darzyć samej siebie miłością własną albo – gdy więź z rodzicami była niewłaściwa – wchodzić w krzywdzące relacje i nie wychodzić z nich pomimo złego traktowania i braku perspektyw poprawy. U niektórych kobiet dochodzi do wykształcenia mechanizmów charakterystycznych dla podatności na zranienie, które dodatkowo podsycane są opisanymi dalej trudnościami w zakresie samokontroli i uciekania w fantazje. Nie liczenie się z granicami, odrębnością bądź prywatnością dziecka oraz brak poszanowania dla jego autonomii może spowodować, że trudno mu w przyszłości będzie odkryć i zaakceptować własną indywidualność oraz podejmować suwerenne decyzje. Natomiast całkowite zlekceważenie wyznaczania dziecku pewnych granic, przyzwalanie by „wychowywało się samo” może z kolei sprawić, że stanie się nadmiernie niezależne w stopniu utrudniającym mu tworzenie zgodnych, partnerskich relacji z innymi osobami. Dorosłe Dziecko Alkoholika może żyć z głębokim przeświadczeniem o własnej niekompetencji i przez to przyjmować bierną postawę wobec problemów. Jeśli dziecko nie ma poczucia, że spełnia wymagania rodziców, bo są oni wiecznie zajęci własnymi sprawami lub narzucają mu nierealne standardy, by zrekompensować sobie własne porażki, ono w końcu przyjmuje, że zawiodło rodziców, nie jest wystarczająco dobre. Dziecko wychowujące się w nękanej przez problem alkoholowy rodzinie, która funkcjonuje odmiennie w zależności od tego, czy rodzic pił czy jest trzeźwy, może mieć trudność ze zdefiniowaniem własnej tożsamości. Skoro wszystkie zasady zmieniają się jak w kalejdoskopie, a środowisko permanentnie lub okresowo pogrążone jest w chaosie, dziecku trudno się w tym wszystkim połapać. Ciężko odnaleźć samego siebie dorastając w warunkach bezplanowości – w zamęcie, w którym nic nie jest pewne. Niektórym Dorosłym Dzieciom Alkoholików ten nieład tak wchodzi w krew, że stale egzystują w dramacie – idą przez życie mimowolnie siejąc w nim ferment. W rodzinie, w której występuje problem alkoholowy, potrzeby dziecka mogą być traktowane jako mniej ważne. Niepisaną i sztywną zarazem regułą jest, że dziecku nie wolno stwarzać problemów, by nie pogarszać już i tak ciężkiej sytuacji. Nie wolno zatem zakłócać spokoju wyrażając emocje ani zawracać głowy swoimi oczekiwaniami chociaż są to przecież w istocie prawa każdego małego człowieka. Nic więc dziwnego, że tak wielu Dorosłym Dzieciom Alkoholików niezwykle trudno jest mówić o swoich uczuciach i potrzebach, co ze zrozumiałych względów nie ułatwia im budowania satysfakcjonujących relacji. Znoszenie skrajnie trudnych sytuacji, które mogą występować w rodzinach dysfunkcyjnych, wywiera na dziecku ogromną presję, by udawało, że nic się nie dzieje. Rzeczy nie do zniesienia trzeba przecież jakoś wytrzymać, by przeżyć. Zablokowane przeżycia emocjonalne odbijają się jednak na funkcjonowaniu człowieka w jakiś sposób znajdując w końcu prędzej czy później ujście. Czasami wytrenowana w ten sposób zdolność blokowania przeżyć staje się nawykiem, przez co Dorosłe Dzieci Alkoholików mogą tolerować niebywałe obciążenia – przynajmniej do czasu, aż blokady w jakimś punkcie pękną. Emocje nigdy nie przechodzą bez echa. O ile dziecko ma pewien wpływ na siebie, wie co się z nim dzieje i może w jakiś sposób kierować sobą, w przyszłości raczej również będzie zdolne do normalnej dozy samokontroli. W rodzinie z problemem alkoholowym działania nie zawsze prowadzą do tych samych skutków i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. To jak życie przy tykającej bombie, która w każdej chwili może wybuchnąć. Aby odnaleźć się w takich warunkach trzeba się niesłychanie (jak na możliwości dziecka) kontrolować. A kiedy już dochodzi do zapłonu, następuje totalny chaos, po którym pijący rodzic nierzadko znowu narzuca sobie i otoczeniu żelazną dyscyplinę na pewien, trudny do oszacowania czas. W rezultacie Dorosłe Dzieci Alkoholików miewają różne problemy z kontrolą – sztywnieją, gdy jest okazja do luzu, zwłaszcza w intymnych relacjach kontrolują nadmiernie i są przesadnie odpowiedzialne, by nie czuć niepokoju bądź uciekają w fantazje albo mają ogromną trudność z zachowaniem samokontroli. Ta ostatnia ewentualność czyni je szczególnie podatnymi na nałogi. Terapia DDA i warunki uporania się z poczuciem krzywdy Kojenie poczucia krzywdy często przypomina ciężką przeprawę. Można próbować radzić sobie z tym w pojedynkę, ale zdecydowanie lepiej mieć wsparcie. Zwłaszcza specjalisty wykwalifikowanego w niesieniu pomocy psychologicznej. Najpierw należy zadbać o to, by ustało doświadczenie krzywdy, i zatroszczyć się o bezpieczeństwo poszkodowanej osoby. Czasami ludzie są ranieni całymi latami. Uporanie się z poczuciem krzywdy, wynikającym z minionych doświadczeń, musi zostać poprzedzone rozwiązaniem bieżących bolesnych spraw. W następnej kolejności można przystąpić do nadrabiania zaległości w zakresie tego, czego człowiek został pozbawiony. Jeśli nie jest to możliwe, konieczne jest określenie sposobów radzenia sobie z własnymi deficytami. W zależności od rodzaju ubytków, potrzebne może okazać się również odżałowanie tego, co człowiek stracił przez doświadczenie krzywdy, ponieważ po niektórych zranieniach musi nastąpić żałoba. Zasadne może okazać się również skontaktowanie się z innymi, niż smutek i żal, emocjami takimi jak poczucie bezradności, lęk czy gniew, oraz rozplątanie nie dających spokoju węzłów poczucia winy i wstydu. Proces ten ma służyć wentylacji tych emocji, ale i opanowaniu umiejętności radzenia sobie z nimi w konstruktywny, bezpieczny sposób, oraz asertywnego wyrażania ich. Poza tym pomaga w odzyskaniu łączności z samym sobą, z własnymi potrzebami. Bardzo istotna jest też nauka umiejętności, których nie opanowało się w następstwie krzywdy polegającej na zaniechaniu lub zaniedbaniu, gdy rodzic nie przekazał ich swojemu dziecku. Nie mniej ważna jest nauka radykalnego akceptowania, co jest praktyką, lekcją do stałego przerabiania, a nie jednorazowym aktem, i pozwala dostrzegać oraz uznawać stan faktyczny zamiast spostrzegać go przez pryzmat poczucia zranienia lub z pozycji ofiary. Kolejną sprawą jest rozpoznanie ciężaru krzywdy i odpowiednie z nim postępowanie. Zależnie od formy takiego bagażu konieczne są różne strategie radzenia sobie z nim. Czasami są nim destrukcyjne przekonania, które trzeba przepracować. Ewentualnie problematyczne schematy funkcjonowania wymagające korekty lub zastąpienia innymi. Mogą to być dolegliwości, z którymi trzeba nauczyć się żyć lub problemy psychiczne bądź zaburzenia, które należy leczyć. Może to być balast negatywnych myśli o sobie i własnym życiu, którego trzeba się pozbyć, żeby zrobić miejsce dla nowych zapatrywań na swój temat w celu odzyskania poczucia własnej wartości. Często nieodzowne jest poszukiwanie nowych interpretacji na temat przeszłości, w tym całego kontekstu doświadczenia krzywdy, a nawet jej samej. Radzenie sobie z ciężarem w określonych przypadkach może polegać na praktyce uważności w celu na przykład ograniczenia „emocjonalnych wstrząsów wtórnych”, pojawiających się w odpowiedzi na nawracanie wspomnień krzywdy. I wreszcie koniecznym jest zwieńczenie poprzednich kroków czyli odzyskanie wewnętrznego ładu. Regulacja wywróconych do góry nogami lub poustawianych w poprzek znaczeń. Przyjęcie systemu wartości, który pozwala nadać życiu sens. Odnalezienie siebie poprzez: ograniczenie chaosu, wyznaczanie granic, oddzielenie przeszłości od teraźniejszości, pragnień od potrzeb, kaprysów od celów, życzeń od możliwości, planów od marzeń, ograniczeń od wad. Zależnie od obranego systemu wartości człowiek dokonuje też ostatecznej decyzji o tym, w jaki sposób będzie odpuszczał winy sprawcom swojego cierpienia. Określi również nową, spójną narrację osobistą, która nada egzystencji konkretny kierunek i głębokie znaczenie, a dzięki temu ułatwi satysfakcjonujące spożytkowanie reszty czasu, jaki został mu dany. Obserwuj mój fanpejdż. Potrzebujesz dodatkowych wskazówek? Skorzystaj z darmowej porady na forum. Możesz też umówić się na płatną sesję z psychologiem online przez Skype.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.