Skocz do zawartości

Przeszukaj forum

Pokazywanie wyników dla tagów 'emocje'.

  • Szukaj wg tagów

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Szukaj wg autora

Typ zawartości


Forum psychologiczne i obyczajowe

  • Forum powitalne
    • Poznajmy się!
  • Forum wsparcia
    • Rozwój osobisty
    • Niełatwe przejścia
    • Problemy w związkach
    • Rozstania, rozwody, żałoba
    • DDA/DDD
    • Zaburzenia lękowe
    • Zaburzenia nastroju
    • Inne, psycholog online, psychoterapia Skype
  • Forum integracyjne
    • Hyde Park
    • Kultura i sztuka, hobby
  • Opinie o Ocal Siebie
    • Propozycje zmian
    • Opinie o usługach Gabinetu Ocal Siebie

Product Groups

Brak wyników do wyświetlenia.

Kategorie

  • Pliki od psychologa online

Kalendarze

  • Community Calendar

Kategorie

  • Artykuły

Blogi

Brak wyników do wyświetlenia.

Brak wyników do wyświetlenia.


Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki...


Data utworzenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Ostatnia aktualizacja

  • Rozpocznij

    Koniec


Filtruj po ilości...

Data dołączenia

  • Rozpocznij

    Koniec


Grupa


O mnie

Znaleziono 881 wyników

  1. Witam, Jestem 18 letnią uczennicą technikum i od jakiegoś czasu czuję się zagubiona. Prawdopodobnie to normalne w wieku dorastania, chociaż ostatnio w pewnym magazynie psychologicznym przeczytałam pewien artykuł, który się nazywał "sztuka znikania" czy coś takiego. W dużym skrócie polegał na tym, że swoją osobowość odepchnelo się na bok na rzecz zaspokajania potrzeb i oczekiwań innych. Poczułam, że ten opis dotyczy mnie w 100% a jakiś czas temu przestało mnie zadowalac moje hobby (rysowanie) tak jak przed pójściem do tego technikum (bo w nim czuję presję i potrzebę doskonalenia się w nim "na siłę" czy tego chcę czy nie i generalnie chyba uległam presji oceny ze strony otoczenia, w którym jest nacisk na "rozwój"). Nie potrafię się zmotywować do niego wiedząc, że już coś, co wydawało się być moje własne i prywatne, teraz jest pod czyimś okiem. Nigdy nie traktowałam tego hobby na poważnie mimo że rysowalam codziennie. Prawdę mówiąc chyba mało rzeczy traktowałam kiedykolwiek na poważnie i pokazywałam, że mi na nich zależy. Zawsze liczyło się zdanie rodziców, których opinia była wyżej niż moja własna i pod nich dostosowywalam moje potrzeby. Skończyło się na tym, że zdałam sobie sprawę, że nie potrafię stwierdzić co naprawdę mnie zadowala, a co nie i kim tak naprawdę jestem skoro potrafię założyć mnóstwo różnych masek i raz być taką a raz taką osobą pod wpływem innych. Nie wiem co jest moje własne, a co oczekiwaniami innych. Pytanie moje polega na tym, czy da się samemu sobie z tym problemem poradzić? Jeśli tak, to w jaki sposób?
  2. Jestem kobietą wieku 27 lat i chyba nie potrafię być sama . Odkąd wyprowadziłam się z domu, trafiam na toksycznych chłopaków. Mój pierwszy chłopak był uzależniony od amfetaminy. Szybko zrozumiałam, że nie tędy droga i udało mi się go zostawić po 10 miesiącach. Drugi mój chłopak to już bardzo długa historia byłam z nim ponad 6 lat. To była moja prawdziwa miłość. Niestety był uzależniony od marihuany i hazardu. Z pierwszym nałogiem szybko sobie poradziliśmy, po roku przestał palić. Drugi nałóg niestety trwał przez cały nasz związek, ale gdy nie grał, byliśmy naprawdę szczęśliwi. Doszło do momentu, że zaczął się do mnie nie ładnie odzywać i totalnie mnie ignorował i dzięki słowom obcej osoby udało mi się go zostawić. Dzięki czemu ocaliłam siebie i jego. Bo dopiero w momencie, gdy go zostawiłam, udał się na terapie i do tej pory nie gra z tego, co mi wiadomo, a minęło ponad pół roku. I niestety po tym związku poznałam kolejnego faceta, z którym jestem po dziś dzień, ale nie mogę zapomnieć o tym pierwszym. Cały czas jest w mojej głowie... Na początku znajomości z obecnym partnerem było cudownie. W końcu czułam się naprawdę szczęśliwa. Chłopak z pasjami chodzi po górach, jeździ na rowerze, uprawia milion sportów... Niestety bajka szybko się skończyła po pierwszej kłótni. Okazało się, że facet, który ma 37 lat, nie toleruje kobiet, które nie są dziewicami i chyba nigdy tego nie zaakceptuje. Wypomina mi cały czas moją przeszłość.. On jest osoba, która pochodzi z doskonałej rodzinny bez problemów, skończył najlepszą uczelnię, ma własną firmę i jak wcześniej wspomniałam, uprawia milion sportów. Ja jestem kobietą, która ma ciężką przeszłość i nie skończyła studiów i mieszkała 7 lat za granicą, żeby móc spełniać swoje pasje. Chciałam wrócić do Polski i w końcu mi się to udało, miałam milion pomysłów na nowy start, a znów wpakowałam się w gówno. Ten człowiek chce dla mnie dobrze dużo mi pomógł, jeśli chodzi o mój sposób mówienia i sposób na życie. Ceną tego wszystkiego jest odcięcie mnie od moich przyjaciół i rodzinny. Ja wiem, że moja rodzinna nie jest idealna.. Mama bezrobotna alkoholiczka, siostry niezaradne życiowo.. Drugą sprawą jest to, że on ode mnie za dużo wymaga... Muszą robić wszystko to, co on chce i w momencie, kiedy on chce... Pierwszym problemem jest to, że nie mogłam normalnie pracować.. Z jednej pracy kazał mi się zwolnić.. A z druga robił mi cały czas problemy np. że nie mogę rozmawiać z kolegami w pracy, że nie mam umowy o pracę, tylko umowę zlecenie i nie będę mogła wziąć l4, żeby nie pracować, tylko siedzieć z nim w domu...Po 3 tygodniach udało mu się to żebym tam nie pracowała, ale to dłuższa historia.. Drugą sprawą są wakacje, na których jestem . Wydałam wszystkie mojej oszczędności, aby wyjechać na wakacje marzeń do Azji na 3 miesiące. Każdy sobie myśli, że jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem... To nie jest prawda.. Każdy dzień na tych cudownych wakacjach to walka z tym człowiekiem, a moją psychiką... Nie nadążam za nim, interesują mnie inne rzeczy niż jego.. Nie chce uprawiać tych samych sportów co on.. I nie mogę się źle czuć... Bo on ma dosyć mojego narzekania.. Czy to jest problem ze mną ?? Czy z nim?? Powinnam się nie odzywać i próbować robić wszystko to, co on chce?? Ponieważ każdy marzy o takim życiu w wiecznej podróży . Ja przynajmniej o tym marzyłam . Czy po powrocie do Polski zająć się sobą i samemu do tego wszystkiego dojść?? Nie wiem co robić.. Nie wiem co myśleć.. Boje się cokolwiek robić według własnych myśli, bo mu się to nie spodoba..
  3. Hej.. Mam 23lata, za sobą wiele złych doświadczeń.. Moje życie jest jedynym wielkim nieporozumieniem..Starałam się żyć w miarę normalnie (miałam marzenia, chęci,pasję). Miałam w sobie radość, siłę, ale ona z czasem zanikała, to wszystko mnie przerasta.. Utknęłam..Poraz kolejny.. Doszło do tego, że aktualnie nie mam pracy, znajomych ( mam tylko psa). Mam za sobą kilka prób samobójczych..W zeszłym tygodniu chciałam znowu to zrobić.. Nie ma dnia bym nie myślała o śmierci..A z drugiej strony, jest gdzieś tam we mnie bardzo mała cząstka, że w końcu coś się zmieni, że znajdę prace (wytrwam w niej) i jakoś zaczne wszystko zmieniać i żyć.. Nie wiem, już co robić, jak pokierować życiem, jak myśleć by to tak bardzo nie przytłaczało, jak znowu odnaleźć sens i chęci..To wszystko jest ponad moje siły..
  4. Witam, jestem 21letnią studentką.Odkąd pamiętam, moje nastroje zmieniały się jak "za pstryknięciem palców". Już jako dziecko ze śmiechu mogłam w zaledwie kilka sekund przejść w atak płaczu, histerii, zdenerwowania. Łatwo jest mnie zdenetwować, czuję wtedy jakby mnie "paliło" od środka z nerwów. Przeszłam sporo w życiu, mama nie była zbytnio nigdy zainteresowana moją osobą, tata znalazł nową kobietę gdy miałam kilka lat. Nie myślę o tym, po części się z tym pogodziłam. Jestem zdania iż kiedyś założę swoją rodzinę, której dam ogrom miłości. Ale do rzeczy. Martwi mnie iż (bez większej zmiany w życiu osobistym) od około roku zmienność nastrojów pogłębiła się. Potrafię 2 dni być w "manii" nie wiem czy mogę tak to nazywać. Chciałabym robić wszystko, nie boje się niczego, "ryzykuję", potrafię wziąć kredyt i nawet nie wiem po co. Następnie kilka dni mam stany jakby depresyjne - czuję się pusta w środku, ogromne wyobcowanie, niezrozumienie...Boję się odrzucenia innych, czuję że nie pasuję do tego świata, nic nie ma sensu. I tak na zmianę, kilka dni najweselsza i najodważniejsza, następnie kilka dni chodzę "bez życia" po prostu egzystuję. Są też stany pośrednie, czyli z reguły normalny dzień z lekkimi napadami tryskającej energii albo nagłego smutku, ale chwilowe. CO MI DOLEGA? Męczy mnie i bliskich ta zmiana nastrojów, nigdy nie wiadomo na jaki dzień trafią oni i ja.
  5. Mam 32 lata, pracuje za granicą.Od 9 lat jestem w związku z kobietą która mnie dwa razy zdradziła. Ale jestem z nią nadal. Jestem Dda ale to chyba nie jedyny mój problem. Moja partnerka i jej terapeutka twierdzi że nic nie widzę, nie czuję krzywdy jaka wyrzadzili mi rodzice, że nasz związek rozpadal się przeze mnie bo wogole nie zauważam jej potrzeb. Dotarło do mnie, że ona ma rację, nie zauważam jej potrzeb ale też nie widzę swoich, od kiedy pamiętam żyje tylko po to żeby uszczęśliwić innych a ja nie potrzebuje niczego, nic nie czuje. Terapeutka mojej mojej partnerki twierdzi że mi nie da się pomóc bo jestem"betonem" i doradzila jej żeby mnie zostawiła jak najszybciej. Chciałem się dowiedzieć czy one mają rację, nie da mi się pomóc? Z tą terapeutka spotkałem się 3 razy na terapii małżeńskiej.
  6. Cześć. Mam na imię Aga i mam 24 lata. Ponad 4 lata temu przyjaźniłam się z takim jednym chłopakiem. Dogadywaliśmy się jak nikt inny. Byłam z nim nawet na weselu. Nigdy nic oprócz przyjaźni nie widziałam z jego strony. Ja przez pewien moment myślałam o tym żeby to było coś więcej, Ale mi przeszło, bo nie chciałam psuć tego co jest. Po jakimś czasie znalazłam faceta i wtedy z moim przyjacielem zaczęliśmy sie oddalać. Z czasem kontakt ukrócił się do zwykłego "cześć, co tam?" Gdzieś przypadkiem na mieście. Głównie ze względu na to, że mój ówczesny chłopak był zazdrosny i "widzial" co jest między nami. Po 3,5 roku się rozstaliśmy. Wchodząc do pubu od wejścia zobaczyłam właśnie mojego starego przyjaciela, za którym mimo wszystko ogromnie tęskniłam. Rozmawialiśmy cały czas! Jakbyśmy się kilka dni nie widzieli! Nikomu nie udało się przerwać nam rozmowy. Potem tańce, dalej rozmowy. Później przenieśliśmy imprezę dalej zostając tylko ja, On i nasz znajomy, który po czasie poszedł spać. Nadal dużo rozmawialiśmy. W pewnym momencie złapał mnie za rękę. Nie przeszkadzało mi to ani trochę. Po jakimś czasie mnie pocałował, później spojrzał w oczy powiedział mi że mnie kocha. Zapytałam tylko czy na pewno jest świadomy co powiedział, powtórzył to jeszcze raz. Spaliśmy razem u mnie. Nie uprawialiśmy sexu. Poranek był dosyć zabawny i miły. Później kontaktu nie było do następnego weekendu, gdy wyciągnęłam go na imprezę. Później na rozmowę. Sam na sam. Chciałam się zapytać o co w tym wszystkim chodzi, czemu się nie odzywa. Dowiedziałam się, że to się ciągnie od kilku lat, że nie potrafi być z kimś kogo nie kocha (dlatego przez ten czas był sam). Wyrzucił mi mój "zwiazek" który trwał miesiąc gdy się przyjaznilismy. Bardzo go wtedy podobno zranilam, mimo że tak na prawdę nie miałam o niczym pojęcia. Dowiedziałam się tak na prawdę, że ranilam go wiele razy. Po pytaniu czemu mi o tym wcześniej nie powiedział dowiedziałam się że nigdy nie znalazł odwagi żeby mi cokolwiek powiedzieć. I usłyszałam pytanie "dlaczego nie poczekałaś". Tylko... na co ja miałam czekać? Na coś o czym nie miałam pojęcia? Całowaliśmy się później znowu i rozeszliśmy do swoich domów (pod mój mnie odprowadzil i jeszcze pocalowal). Chciałam to wyjaśnić na spokojnie, bez imprezy, ale jedyne co usłyszałam to to że to nie ma sensu i żebym o tym zapomniała. A ja nie potrafię. Mimo, że mój były stara się o mnie jak nikt inny teraz, to ja cały czas jestem przy moim przyjacielu. Kontynuując. Kontakt zanikl, znowu widywalismy się tylko przelotem i jedyne co widziałam to duże zakłopotanie z jego strony. W sylwestra nie wytrzymałam i zadzwoniłam do niego z życzeniami. Pogadaliśmy i obiecał mi że spotkamy się jak najszybciej, żeby porozmawiać w cztery oczy. Ja trzy godziny później, nic nie myśląc, zadzwoniłam do niego i zapytałam czy właśnie w tym momencie chce się ze mną zobaczyć. Chciał. Przyjechał mój kierowca i zawiózł mnie prosto do niego. Dalej byla kłótnia, jedna wielka. Niczym stare małżeństwo. I oczywiście jeden główny wątek - jaka byłam okropna, czemu nie czekałam i dlaczego mu to zrobiłam. Faktycznie. Nie miał nikogo przez ten czas... na koniec spojrzał na mnie i powiedział mi że mimo wszystko bardzo się cieszy że tu jestem i żebym poszła z nim, nie chciałam, ale poprosił mnie żebym w końcu Zrobiła coś, o co on mnie prosi. Zgodziłam się, poszliśmy do niego i dużo gadaliśmy, całowaliśmy też... znowu! Kilka godzin później upewniajac się że się do mnie odezwie na drugi dzień, wsiadłam w samochód i pojechałam do domu. Odezwu jak można się domyślić- nie doczekałam się. Pisałam kilka razy, zazwyczaj nie odpisywał. Poprosiłam o rozmowę, też zero odzewu. Po jakimś czasie wściekła po tym jak wystawił mnie i moją znajomą napisałam mu długą wiadomość, ze juz wdsystko rozumiem i ze nie bede dalej naciskac, ze robilam to ze wzgledu, ze nie lubie niewyjasnionych spraw, a najbardziej z ludzmi na których mi zalezy. Dostalam opdowiedz po dwoch dniach, ze odezwie sie, ale teraz ma duzo pracy i po prostu nie ma kiedy. Jak mozna sie domyślić, nie doczekalam sie do tej pory... najgorsze jest to, ze moj były walczy o mnie jak nigdy a ja w jego towarzystwie nie moge myslec o nikim innym jak moj "przyjaciel". Co mam robić?! Pomocy!!!
  7. Cześć, mam na imię Oskar 22 lata, mam stałą pracę (przynajmniej tak mi się wydaje), do tego ją lubię o dziwo, mieszkam poza polska ponieważ w ojczystym kraju schrzaniłem wszystko co się dało. Zanim opisze swoje problemy opisze w skrócie jak wyglądało moje życie (?). Więc tak do 10 roku życia mieszkałem z obojgiem rodziców w niedużym mieście, a jedyne co z tego okresu pamiętam to awantury, imprezy taty i jeden wakacyjny wyjazd (to tłumaczę sobie wiekiem, luki w pamięci, choć może to moja podświadomość nie chciała nic z tego pamiętać). Pózniej moi rodzice się zaczęli rozwodzić Mama wyjechała do jednego z większych miast, po kilku tygodniach gdzie nie za bardzo widziałem co się dzieje przyjechała po mnie do szkoły i zabrała mnie do tego "nowego domu". Tu wchodzimy w następny okres 10-12 lat większość czasu spędzałem w szkole oraz u mamy w biurze, po tym czasie przeprowadziła się do "nas" moja starsza siostra (5 lat starsza). Z którą zamieszkaliśmy praktycznie sami, mama była u nas może 1 w tygodniu zrobić zakupy czasem rzadziej (to przekazywała mojej siostrze pieniądze na jedzenie w jakiś inny sposób). W tym momencie zaczęły się moje problemy ze szkołą oraz brakiem kontroli agresji oraz agresja wobec siebie. Do szkoły po prostu bardzo często nie trafiałem, wagarując samotnie, jakąkolwiek sprzeczka z siostrą powodowała u mnie krzyk, nie jednokrotnie niszczyłem coś w domu, lecz nigdy nie uderzyłem siostry (wiem głupia próba poprawienia opinii zewnętrznej ale uważam, ze to ważne), a agresja wobec siebie samego często była okazywana biciem siebie samego po twarzy, uderzaniem głową w ścianę. Idąc do pierwszej klasy gimnazjum trafiłem do tak zwanej "najgorszej" klasy, osoby kiblujące, ze złymi ocenami z zachowania z podstawówki, choć nie rozumiałem dlaczego bo miałem bdb oceny końcowe z przedmiotów oraz 39/40 pkt na egzaminie końcowym, szybko przestało mi to przeszkadzać, bo poznałem nowych kolegów, oczywiście za znajomych musiałem sobie wybrać śmietankę towarzyską składającą się z najgorzej zachowujących się osób w klasie. tu pojawiał się kolejny element używki, w ciągu pierwszych tygodni nowej szkoły zapoznałem się z alkoholem, papierosami oraz marihuaną. Oczywiście roku nie zaliczyłem posiadając obecność na poziomie 23%, choć tu znów oceny końcowe w przedziale 3-5 (większość 4 i jedna 6 z matematyki mojego konika) co śmieszne bo nie uczyłem się nic w domu, po prostu w jakoś mi wpadało do głowy, po drugim roku niezdanym w ten sam sposób, trafiłem do ośrodka socjoterapii. W nim spędziłem 2 lata i ukończyłem 2 lata gimnazjum ze średnią ocen 5,0, choć wtedy byłem wściekły na to, że jestem zamknięty to teraz uważam, ze byl to najbardziej obfity okres mojego rozwoju intelektualnego pod czujnym okiem na prawdę dobrych wychowawców chcących pomóc. tam też poznałem rugby które przez długi czas (3 lata) budowało moją wysoką samoocenę. Po wyjściu zawaliłem oczywście znów szkołę (znów przez nieobecności), tak dotarłem do wieku 18 lat kiedy obowiązek szkolny mnie już nie obowiązywał. W tym momencie pojawił się chyba najwiekszy spustoszyciel, amfetamina, mdma oraz mefedron, lekko mówiąc przebalowałem 2 lata pracując u mamy w sklepie by mieć za co imprezować. Przez cały ten okres moje napady agresji wyglądały tak samo, krzyki, niszczenie wszystkiego wokół siebie, autoagresja. Przez ten okres miałem kilka związków, wszystkie zakończone zdradą z drugiej strony (choć to zapewne spowodowane moją toksyczną zazdrością). Przez cały ten okres towarzyszył mi jeden przyjaciel, który też miał problem z ojcem alkoholikiem, choć leczącym się, nie raz wydwaliśmy się z nim w bójki w obronie jego mamy. Chwile po 20 urodzinach podjąłem decyzje wyjazdu za "chlebem" za granicę, na początku nie było zle ale po pewnym czasie znów wdałem się w towarzystwo biorące używki, przez co w pewnym momencie straciłem prace, przechodziłem 3 miesięczne załamanie i jakoś egzystowałem z oszczędności wychodząc z wynajmowanego pokoju tylko jeść, zapalić, korzystać z łazienki i tak dochodzimy do terazniejszości, gdzie większość czasu poza pracą spędzam w ww pokoju grając na komputerze, upijając się do dość poważnie, oglądając głupie filmy w internecie oraz seriale. Myślę, że to już czas by przejść do moich problemów, które zauważam. Problem z alkoholem, myślę, że picie sam ze sobą nie jest niczym normalnym ale podczas załamań spowodowanych ciągła samotnością nie potrafię się pohamować, równie często jak spożywanie alkoholu zdarza mi się zawijanie się w kulkę kołdrą i szarpanie się z nią, nie jednokrotnie cięcie się. Moja samotność jest spowodowana ze nie potrafię utrzymac kontaktu z osobami "normalnymi", choć mogę godzinami ich zasypywać ciekawostkami o swiecie, żartami czy po prostu gadką o wszystkim i o niczym nie potrafię utrzymać jakiś relacji dluższych niż tydzień za to ciągle przyciągam osoby które zażywają różne substancje psychoaktywne od których staram się uciec. Przejawy agresji bardzo często pojawiają się podczas grania (gram głównie w gry gdzie jest wysoka rywalizacja), często są spowodowane tym, że "mi nie idzie" czy moi koledzy z drużyny grają słabo co powoduje we mnie gotowanie się w sobie wiec znow mi idzie gorzej (zamkniete koło) i bardzo często wyżywam się na uderzaniu rękami w biurko bądz tak jak wczesniej autoagresją. Jedynym jak na razie działającym sposobem na tą agresje jest dla mnie słuchanie muzyki, które za to przekształca to w smutek i nienawiść do samego siebie i lęki, że nigdy w niczym sobie nie poradzę, w żaden sposób się nie rozwinę. Wiem, że wielu elementów może tu brakować a wiele elementów może wydawać się nie spójnych ale zawsze będę mógł coś dopowiedzieć jeśli będzie potrzebna jeszcze jakaś informacja. Choć pisanie tego spowodowało u mnie wiele łez. Co mogę zrobić by jakkolwiek poprawić swoje samopoczucie, może pozbyć się tego popjania, badz chociaż spokojnie zasnąć?
  8. Dzień dobry, Mam na imię Damian, niedawno ukończyłem 18 lat. Jestem uczniem w klasie maturalnej. Mam stosunkowo dużo "nietypowych" zainteresowań w porównaniu do moich rówieśników. Mowa tutaj chociażby o polityce, filmoznawstwie dokumentalnym czy też akwarystyce. Poznawanie nowych ludzi nie jest dla mnie rzeczą stresującą, jednakże czuję się znacznie lepiej w swoim zamkniętym środowisku. Od około 5 lat zmagam się z czymś w rodzaju uczucia odrzucenia. Sam nie wiem jak prawidłowo to nazwać. Mam wrażenie, że ludzie podchodzą do mnie z dystansem i niechęcią. Jak to teraz piszę wydaje mi się to abstrakcyjne, ale najmniejszy incydent zbiera w mojej głowie multum czarnych myśli. Jeżeli tylko przyjaciółka chociażby wyświetli i nie odpisze na wiadomość nagle zaczynam myśleć - no tak, po co by miała ze mną rozmawiać przecież na pewno ma wielu lepszych znajomych. Pewnie pisze teraz z tym i tym to co jej po mnie, albo - tylko wszystkich zanudzasz i nikomu nie chce się z tobą rozmawiać. Często pojawiają się wydarzenia, które przeczą mojemu krytykowi i budują pewność oraz poczucie wartości, jednakże po jakimś czasie problem wraca. Sytuacja tego typu ma miejscu prawie że wyłącznie w kontaktach z płcią żeńską. Nie ukrywam, że jest to dla mnie kwestia problematyczna. Od ponad 2 lat nie byłem w żadnym związku. Na myśl o zagadaniu do dziewczyny po prostu odpuszczam, nigdy tego nie zrobiłem. Zbyt bardzo boję się odrzucenia przez nią - przecież jesteś taki i siaki, a ona jeżeli ci się podoba to pewnie też innym, lepszym. Po co ty jesteś jej potrzebny. Ogarnia mnie strach na myśl, że dziewczyna powie nie chociażby dlatego, że ma chłopaka. W głowie mam jej obraz szydzącej ze mnie razem ze swoimi koleżankami. Nigdy nie byłem u psychologa i raczej ograniczam się do korzystania z porad online. Żeby zmieniać swoje nastawienia i myślenia słucham wiele podcastów, motywacyjnych prelekcji i to pomaga, ale nie zawsze. Najlepszym antidotum na ten problem jest przeżycie wspaniałego dnia ze znajomymi, jako dusza towarzystwa, lecz wiadomo... raz dzień jest udany, a raz gorszy. Być może ktoś zmagał się z podobnym problemem, proszę podzielcie się swoimi odczuciami. Zależy mi na wyjściu z tego, bo to mnie po prostu ogranicza. Z góry dziękuję.
  9. Witam, Zwracam się z problemem dotyczącym związku, ale zacznę od początku. Mój chłopak ma 27 lat, a Ja 23. Jesteśmy razem 3,5 roku , mieszkamy od 2. Ogólny stan związku oceniam na dobry, wiadomo kłótnię również się zdarzają. Główną sprawą z jaką się zwracam jest fakt, że mój chłopak od zawsze miał dobry kontakt z kobietami i lubi ich towarzystwo co akurat rozumiem, ale jakiś czas temu odkryłam, że pisze z różnymi innymi, nawet nie znajomymi. Zwróciłam mu uwagę w tej sprawie i sądziłam że jakoś to wytłumaczy, ale wyparł się że z nikim nie pisze i że nie potrzebnie jestem zazdrosna. Odpuściłam ale trzymałam rękę na pulsie i wiem, że kontynuuje te znajomości. Aczkolwiek za każdym razem wypiera się tego, gdy proszę o pokazanie skrzynki skoro nic w niej nie ma wzbrania się tłumacząc, że to jego własność i nic nie będzie pokazywał co jeszcze bardziej mnie irytuje. W związku nie zaszły żadne zmiany, wciąż jest kochany, czuły i poświęca mi swoją uwagę. Natomiast nie podoba mi się fakt, że cały czas te relacje trwają a mnie w jakiś sposób jednak okłamuje. Bardzo naciska na mój rozwój zawodowy z czym mam trochę problem i trochę go to irytuje. Ostatnio zapytałam co sprawia, że jest podniecony to odpowiedział, że ciemna skóra i ciemne włosy- tak się składa, że jest bladziochem z brązowymi włosami. Pewność siebie też bardzo go kręci, a tak jak moja pewność siebie i samoocena są bardzo niskie. Zadałam pytanie co Ja tu z Tobą robię skoro jestem przeciwieństwem tego co lubisz, odpowiedział: bo dobra z Ciebie dziewczyna, kochana… Trochę mnie to zasmuciło, zwłaszcza, że bardzo go kocham i powiedziałam mu również, że na samym „bo dobra z Ciebie dziewczyna” nie stworzy się związku na całe życie. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć i czy to jest czas by sobie odpuścić i odejść czy jednak walczyć ?
  10. Nie wiem co mam ze sobą zrobić ojciec zniszczył mnie psychicznie, prowadzi średniej wielkości przedsiebiorstwo w ktorym pracuje. Nie wiem jak mam sprecyzować swój problem. Czuję się bardzo niedoceniony i niezrozumiały przez niego. Jak wychylam się przed szereg lub robię coś nie po jego myśli to traktuje mnie jak śmiecia, nie miałem tych problemów do puki nie przestałem ćpać, wszystkie moje życiowe wybory krytykuje np. To z jaką chodziłem dziewczyną, na kogo oddałem głos na wyborach, jaki kierunek studiów wybrałem no doslownie każdy, do tego bez powodów słyszę teksty pratycznie teksty typu "jak ja umrę to ty z głodu zdechniesz" a siedzę z nim jeszcze tylko dlatego że mama cały czas mówi że kiedyś będzie lepiej....... Do tego mam problem z samym sobą ze względów czysto ambicjonalnych bo podnioslem sobie wysoko poprzeczkę i przez wymysły ojca jak zacząłem się realizować nie byłem wstanie tego zrobić bo musiałem pracować u niego bez wiekszych korzyści, a nie potrafilem odmówić bo jestem miękką faja..... Mam dużo znajomych ale przez ojca czuje się mega samotny, smutny, zdolowany, zdemobilizowany czuje się jak bym był jakąś niemota życiową, obiecałem sobie ze jak skończę studia to od niego odejdę ale to jeszcze kilka lat i ta myśl mnie przeraża
  11. Jestem Karolina mam 21 lat, mieszkam w Łodzi ponieważ przeprowadziła się do chłopaka jakoś na początku września. Odkąd zostałam Zostawiona przez 1 chłopaka którego traktowała poważniej jakoś 6 lat temu zamknęłam się w sobie, bałam się że ktoś mnie zrani nie byłam w stanie rozmawiać z rówieśnikami, strasznie mało się odzywałam. Nie miałam nikogo kim bym mogła porozmawiać rodzicom nie udałam, ojca się bałam. Z czasem kiedy rozwijała się u niego choroba był agresywny i naciskał strasznie na mnie bardziej niż wcześniej. Matka całymi dniami pracowała. Bez przerwy chodziłam zdołowana, miałam myśli samobójcze, nie miałam chęci do życia, wszystko zamykałam w sobie. Gdy byłam z chłopakiem w tamtym roku 1 raz od dawna poczułam to co wtedy zależało mi na nim i zależy nadal bardzo. Momenty były kiedy czułam się trochę ograniczana bo sprawdzał mi telefon był zazdrosny o każdego praktycznie . Nie wiem dlaczego czasami nie kontrolowałam emocji i byłam zimna i kiedy pytał czy kocham To mówiłam że nie mimo ze serce czyli inaczej. Nie wiem czemu tak mówiłam to działo się tak nagle bez konkretnego powodu w losowych momentach. Jego to bolało i przez to się związek rozwalił mamy przerwę. W tym tygodniu dostałam mandat miałam problemy w pracy i jeszcze znowu mi się uaktywnił ten chłód tego dnia jak wracałam z pracy i zapytał czy kocham, czy chce żebym wróciła. Nie wiem czemu odpowiedziałam nie.Nie chciałam tego jak go nie było w domu coś we mnie pękło rozpłakałam się, okaleczałam się znowu mimo ze tego nie robiłam pół roku.Czuje się złe sama w domu nie umiem spać przy zgaszonym świetle, słyszę dźwięki które nie wiem skąd pochodzą, boje się, nie wiem co zrobić, tęsknię za nim chce to naprawić, chce żeby wrócił .Czuje się tu jakby ktoś chciał mnie jeszcze skrzywdzić, nie czuje się bezpieczna, widzę coś czego nie ma. Co mi jest? jak naprawić moje relacje z nim? Mamy przerwę ponieważ powiedział ze oboje musimy wyleczyć się z depresji. Jak zlikwidować ta chłodność która z niewiadomego powodu się u mnie pojawia?
  12. Mam 30 lat. Od pół roku jestem mężem kobiety z borderline. Jest to moja wieloletnia miłość. Nasze relacje zaczęły sie pogarszać niedługo po ślubie. Stan żony się pogorszył, ma coraz większe leki. Zaczęła sie okaleczać i sięgnęła po marihuanę. W związku z tym psycholog odmówił jej pomocy i zapisania na grupę terapeutyczną, a także pomocy indywidualnej. Bardzo martwię sie o jej zdrowie. Jej stan się pogarsza. Potrafi nie spac 2 lub 3 noce. Żona często mi mowi, że nie chce byc ze mną i że niszcze ją i jej spokoj. Ja nie umiem jej uspokoić i wyprowadzić z transu. Chociaż znam ją wiele lat to nie potrafię tego zrobić. W chwilach desperacji grożę jej wezwaniem karetki, a czasem odejściem. Wiem, ze to zła droga ale czasem nie umiem inaczej. o pomoc. Co mogę zmienić w sobie, żeby jej nie krzywdzić? Jak uspokajać żonę? Jak wyprowadzać ja z transu? Jak pomóc jej i gdzie mamy szukać pomocy?
  13. Witam, od jakiegoś czasu prowadzę podwójne życie i mam już tego dość, mój ojciec zdradzał moją mamę nagminnie ja obiecałem sobie ze taki nie będę jednak niestety mi się nie udało. Mam 32 lata jestem mężem i ojcem, pracuję na wysokim stanowisku niczego mi / nam w życiu materialnym nie brakuje, Moja mama zmarła 5 lat temu tata w zeszłym roku, będąc w żałobie po tacie w sierpniu poznałem 20 letnią dziewczynę / kobietę na jednym z portali społecznościowych, bardzo mnie zaintrygowała mamy bardzo podobne zainteresowania słuchamy tej samej muzyki ogladamy te same seriale i te same książki czytamy ogolnie poczułem sie przy niej młody, potrzebny, interesujący i bardzo dobry w łóżku moje ego po prostu windowało pod sufit za kazdym razem, mieszkamy daleko od siebie Ja Kraków Ona Warszawa jednak ciągle wymyslałem nowe wymówki przed żona żeby tam jechać, żonę bardzo zaniedbałem i nawet juz chciałem sie przeprowadzić do tamtej do Warszawy znaleźć tam pracę mieszkanie dla nas obojga i zostawić swoje rodzinne życie. Byłem na to zdecydowany w 100% bo jak mi sie wydawało była zemną w 100% szczera. Jednak zdarzył sie 1 weekend kiedy nie odbierała odemnie telefonu to dało mi do myslenia ze cos jest nie tak pojchałem do niej w nastepny weekend, zostawiła właczonego facebooka i jak sie okazało cały ten weekend spedziła ze swoim byłym facetem de facto też sporo starszym z którym była 2 lata, przyznała sie ze to nie 1 raz a 4 odkąd sie znamy i był jeszcze 1 chłopak z ktorym sie całowała. Totalnie mnie to załamało nakrzyczałem na Nią , ona błagała na kolanach żebym nie odchodził że bardzo mnie kocha że jestem pierwszym któremu to sama powiedziała, zablokowała jego numer przy mnie obiecała że więcej tego nie zrobi, ale musi sobie wszystko sama przemyśleć czy chce walczyć o moje zaufanie totalna zmiana zdania najpierw płacz i trzymała drzwi żebym nie wyszedł a pozniej musimy sobie zrobić przerwę. Serce mi sie rozsypało na kawałki jak w liceum i nie wiem dlaczego to przecież jeszcze gówniara jak ja sie mogłem w to dać wciągnąć. W tamtym momencie pomyslałem sobie o żonie że jest mi wierna kocha mnie mimo wszystko a ja zrobiłem cos tak głupiego. Jednak i jedno i drugie bardzo boli jestem w totalnej rozsypce. Prosiłbym aby ktoś mi wytłumaczył dlaczego tak robię? dlaczego jestem kimś takim czuje się totalnie zagubiony i samotny dziekuje za pomoc
  14. Witam Mam 21 lat. Jestem studentem studiów zaocznych a zarazem pracuje - jednoosobowa działalność dla innej firmy. Moim problem jest miłość do osoby, którą pokochałem a nie mogę z być z powodu rodziny partnerki. Poznaliśmy się 3 lata wcześniej. Nigdy wcześniej nie zwracała na mnie uwagi. Jednak kiedyś własną nieśmiałość przemogłem i napisałem do niej. Ona była już po kilku nieudanych związkach. Jedni traktowali ją jak zabawkę inni jak ,,przejściowa miłość". Natomiast ja byłem w jednym wcześniej związku i pragnąłem kogoś obdarzyć swoim uczuciem. Jednak była to ostania klasa liceum a my poznaliśmy się we wakacje. Do tego również byłem nie traktowany poważnie jako kandydat na chłopaka. Szybko minęły wakacje a po wakacjach przyszedł czas na studia. Ja nie mogłem wyjechać z powodu sytuacji finansowej w mojej rodzinie - jednak zacząłem pracę oraz studia zaoczne w mieście mojej ukochanej. Gdy wyjeżdżała na studia byliśmy już związkiem. W czasie kilku początkowych miesięcy nie spotykaliśmy się często gdyż jest to miasto oddalone daleko od naszego miejsca zamieszkania. Jednak dzwoniliśmy i pisaliśmy do siebie a gdy przyjeżdżała jeździliśmy gdzie się tylko da i miło spędzaliśmy czas. Jednak na weselu na które razem poszliśmy zaczęła się zazdrość o kogoś na kogo nawet nie zwracałem uwagi. Gdy wracaliśmy do domu już ze sobą nie rozmawialiśmy. W niedługim czasie odwiedziłem ją. Wynajmowała pokój w mieszkaniu gdzie wokół były same ,,rywalki" jak to określała. Szczególnie zazdrosna była o jedną z nich. W niedługim czasie jednak miałem według jej słów przeprowadzić się na stałe obok niej. Chociaż nie miałem środków do życia ani gdzie pracować- jednak uległem i pojechałem - przez co moja rodzina mnie znienawidziła. Przez dwa kolejne miesiące zazdrość urosła do tego stopnia że miałem wychodzić z wspólnej kuchni i nie patrzeć na daną osobę. Przez to zaczęły się bardzo duże kłótnie. Zapewniałem i próbowałem przekonać do siebie moją dziewczynę ze ją prawdziwie kocham. To jednak nie wystarczało i wielokrotnie musiałem coś ,,udowodnić". Przez wybuchowy temperament partnerki kłótnie były bardzo głośne a z czasem również przepychanki się zaczęły. Z biegiem czasu ja również zacząłem coraz bardziej być zazdrosny - gdyż dziewczyna często jak sama mi wyznała robiła to specjalnie abym poczuł się tak samo jak ona. Zacząłem się bać o miłość. Bez wsparcia mojej rodziny, z pensją ledwo wystarczającą na przeżycie gdzie często już nie miałem za co kupić pomogła mi zawsze. Nigdy się ode mnie nie odwróciła. Jednak ja sam zacząłem coraz bardziej się bać. Moja dziewczyna wykazywała zainstalowanie obiema płciami. Często to było specjalne abym nie czuł się za pewnie a czasem po porostu z ochoty. Przez to również zacząłem się bać nie tylko o konkurencję męską ale i żeńską. Moje strachy wychodziły z dzieciństwa kiedy musiałem przyjmować leki na astmę przez co też mój metabolizm zmienił się - mimo nie jedzenia i tak tyłem. Jednak zawsze próbowałem nie być otyły. Po 3 miesiącach mieszkania w tym samym mieście już przyszła choroba przewlekła - zapalenie pęcherza z którego jednak do tej pory mimo ponad 2 lat moja kobieta się nie wyleczyła. Próbowałem pomóc, wyręczałem chodząc to po leki czy zakupy czy inne zachcianki. Czułem się w obowiązku pomocy tej osobie. Z czasem jednak zaczęła inna rzecz wychodzić - brak jakiejkolwiek ochoty na całowanie mnie czy czułości. Na początku związku było to tak płomienne że nawet nie wiedziałem że tak może być. Ale po ponad pół roku dziewczyna zaczęła unikać moich pocałunków. Dodatkowo stres związany ze studiami bardzo dużo wniósł negatywnych skutków i emocji. Oboje zaczęliśmy przelewać problemy z pracy czy ze studiów czy życia czy choroby na siebie. U mnie dawna choroba związana z bólem kolan odnowiła się przez co wielokrotnie w czasie spaceru czy wyjścia do galerii mówiłem I wręcz stękałem z bólu. We wakacje pracowałem bardzo ciężko fizycznie na budowie a potem wyjechałem na prawie 3 miesiące do Niemiec aby mieć lepszy start. W tym czasie byłem tylko raz u mojej dziewczyny gdyż odległość nie pozwalała na dłuższy okres spędzenia czasu ze sobą. Kiedy nadszedł październik wynajelismy pokoje obok siebie w tym samym bloku w którym wcześniej była jednak na innym piętrze przez co nie spotykaliśmy osób o które była zazdrosna na pierwszym roku. Moje problemy czy jej związane z ciągłym bólem odsuwały nas w kwestii bliskości. Jej ochota po przyjeździe całkowicie zeszła do zera - powodem jak się okazało niedawno były prawdopodobnie policystyczne jajniki. Na 2 roku w lutym znaleźliśmy okazję do wynajęcia własnego mieszkania tylko dla nas dwoje. Dzięki pomocy jej rodziców - również w stosunku co do mnie mogliśmy razem zamieszkać. Pragnę wspomnieć że jej rodzice pomogli mi czy to w transporcie moich rzeczy na pierwszy rok czy w kwestii pożyczenia pieniędzy. Na drugim roku dzięki staraniom jej mamy jej szwagier załatwił mi pracę w dużej firmie. Zapożyczyłem się u jej taty na kupno samochodu który dług miałem spłacić kiedy będę już ustatkowany. Zacząłem pracę i zacząłem dostawać pensję o której mogłem pomarzyć wcześniej. Gdy się już przeprowadziliśmy do mieszkania zaczęły się kłopoty. Zacząłem coraz bardziej być zazdrosny (Szczególnie o kolegę z grupy o którego chciała wręcz bym był zazdrosny już w pierwszym roku), zacząłem przynosić problemy z pracy do domu, wielokrotnie miałem jej za coś złe jednak próbowałem nie wybuchnąć tak jak ona. Zacząłem jej taktykę, którą kiedyś stosowała. Po miesiącu takiego wzajemnego niezrozumienia w czasie kłótni kilka razy dała mi w twarz. Wreszcie nie wytrzymałem i również uderzyłem ją w twarz - jeden raz. Po tym zajściu rodzice kazali jej się wyprowadzić i wynająć inne mieszkanie co też zrobiła. Straciłem zaufanie jej rodziców. Jednak wiedziałem o zdradzie jakiej dopuścił się ojciec. Mimo tak wielu zalet i wychwalania go wiedziałem co zrobił gdyż to na samym początku zostało mi powiedziane. Przez to moja dziewczyna jak i przez to jak ją traktowali wcześniejsi partnerzy - nie ufała mi. Po wyprowadzce jednak po kilku dniach porozmawiałem z mamą i wyjaśniłem wiele rzeczy. Pragnę jeszcze dorzucić to że w rodzinie jej zawsze byłem oceniany na głos ze jestem niewystarczająco wysoki ( chociaż mam kilka centymetrów więcej) a dodatkowo jak mama rozmawiała z moją dziewczyną to powiedziała słowa zeby tak samo jak ona nie robiła i nie brała faceta z biednej rodziny bo sama wiązała przez to koniec z końcem ale dzięki wieloletniej pracy mają bardzo dobre warunki. Te słowa mi zostały przekazane przez dziewczynę nie bezpośrednio od mamy. Po ponad tygodni zaczęliśmy znowu wspólnie spędzać czas. Jednak obiecałem że nie oddam jej. Problem był w tym że nie było sposobu na kłótnie pomiędzy nami. Strzelanie drzwiami rzucanie rzeczy i przekleństwa. Nie mieliśmy nigdy sposobu ma to aby inaczej zacząć rozmawiać. Ja zawsze próbowałem rozwiązać jak najszybciej aby nie było cichych dni natomiast dziewczyna z domu wyniosła że można i tydzień do siebie się nie odzywać a wcześniej wykrzyczeć wszystko co najgorsze. Potem dostałem drugą szansę. Moja dziczyzna ponownie próbowała mnie pogodzić z jej rodziną. W tym samym czasie ja do swojej nie odzywałem się gdyż to miała być nauczka żeby traktowali mnie poważnie. Na początek nowego roku akademickiego ponownie zamieszkała u mnie. Ja wcześniej spłaciłem dług wobec ojca aby być fair. Jednak coraz bardziej zaczął nam doskwierać problem braku hormonów. Zaczęły się kłótnie o to. Jednego dnia mówiła że chce coś z tym zrobić bo sama źle się czuje ze sobą a kolejnego już że nie są one potrzebne. Przez pół roku jednak nie mogła dodzwonić się do własnego lekarza. A przez te miesiące o to kłóciliśmy się. Ja osądzałem ją że nie chce bliskości alb o nawet sama z siebie mnie całować a w drugą stronę byłem oskarżany że nie przytulam częściej i nie jestem bliski. Przez te prawie 3 lata nie poszliśmy na imprezę - raz że zdrowie nie pozwalało a dwa byliśmy tak o siebie zazdrośni. Jednak za to próbowaliśmy czy to na spacer czy na wspólne zakupy wyjść. Z czasem w naszym związku w połowie trwania wspólnie zaczęliśmy mówić sobie co powinniśmy ubrać czy jak wyglądać. Ja miałem wyglądać dokładnie tak jak chce i włosy w ten sposób prycięte jak ona chce gdyż inaczej był problem. Z czasem i ja zacząłem to robić w stosunku co do niej. Gdy zrobiła paznokcie takie jak mi przeszkadzały, ogolilem zarost taki jak się jej podobał. Jednak gdy bardzo skróciła włosy a ja na to źle zareagowałem i tak samo jak ona w stosunku co do mnie - bardzo ją obraziłem i doszło potem do tego że kilka razy znowu mnie uderzyła za to że jej było przykro. Dlatego złapałem ręce i mocno trzymałem za nadgarstki przez co nie mogła mnie uderzyć. Gdy w weekend pojechała do rodziców wszystko powiedziała i dostała nakaz że ma znaleźć mieszkanie i nie dać się gdyż jestem ,,psycholem" I tylko chce krzywdy ich córki. We własnej rodzinie ja razem z braćmi byliśmy surowo wychowani. Przewinienia były karane że któryś rodzic uderzył. Jednak nie chciałem skrzywdzić mojej dziewczyny lecz też zatrzymać jej agresję bo nie chciałem pozwolić aby mnie uderzała kolejne razy. Wielokrotnie gdy się kłóciliśmy gdy dalej była w nerwach potrafiła rzucić we mnie jakimś przedmiotem. Przez prawie miesiąc wielokrotnie rozmawialiśmy o tym co nas poróżniło i czemu tak czy inaczej się zachowywaliśmy. Jednak gdy przyszedł nowy rok przyjechała aby się przeprowadzić. Jej ojciec pojechał na policję aby ,,mieli na mnie oko bo jestem zwyrodnialcem,który pastwi się nad jego córką. Kilka dni po przeprowadzce napisałem e-mail wyjaśniający wiele rzeczy które nie zostały dopowiedziane. Przez ten e mail zostałem ponownie już formalnie zgłoszony że dręczę córkę. Wyrywało mi się aby powiedzieć ojcu skąd tak córka stała się nieufna wobec mężczyzn lecz nawet gdy na mnie krzyczał nie powiedziałem bo zawsze to byl temat tabu w rodzinie. Siostry dodatkowo potęgują wrogość w stosunku co do mnie bo to ja cały czas jestem toksycznym człowiekiem. Z jej wiadomości wiem że nie jest dalej w stanie wytworzyć niechęci do mnie. Jednak zgadza się z rodziną i blokuje wszystkie formy kontaktu. Ja sam przez te półtora miesiąca zacząłem zastanawiać się nad zachowaniem, własną samoocena, i tym co czuje a co być nie powinno. Pragnę dodać że mimo tylu problemów czy to pieniężnych czy chorobowych dalej próbowaliśmy iść razem choć było cholernie ciężko. Ale nie zrezygnowaliśmy nigdy. Aż do teraz. Dla drugiej osoby nic nie znaczy to że ja też widzę swoje minusy i działam. Byłem na kilku wizytach u psychologa i przyznaję były one pomocne. Jednak też doszedłem do wniosku że w związku zmienić mogą dwie osoby ale co do siebie samego to nikt inny nie zrobi tego jak ja sam. Proszę o rady, coś co pomoże uratować i przetrwać ten kryzys Tak jak mówiłem rodzina zabrania wręcz kontaktu natomiast moja rodzina po ponad 2 latach wreszcie zaczęła akceptować ją. Co robić? Jak zacząć? Nie wiem już co mam robić bo tę osobę tak mocno pokochałem. Przeszła ze mną a ja z nią tak wielkie problemy których młodzi w tym wieku nie mają. Wiem że zawsze mogłem na nią liczyć czy to w mniejszych codziennych problemach czy w wielkich. Nigdy mi pomocy nie odmówiła. Jednak teraz jestem bez jakiejkolwiek ruchu. Mam zakaz kontaktu do jej rodziny czy jej spotkania jej, czy to przy uczelni czy pod jej blokiem. Nikt z rodziny nie chce mnie wysłuchać gdyż twierdzą że to ja tylko uderzyłem a kobieta ma prawo też uderzyć. Jednak ja z tym się nie zgadzam bo sądzę że obie strony nie mogą siebie uderzyć czy cokolwiek. Proszę o pomoc. Z tego co wiem każdy jej podsuwa czy to filmiki czy to strony jak toksyczna osobą jestem, gdzie poznać nowego faceta... Moje serce pragnie dalej miłości jednak tyle rzeczy się stało że nawet nie mogę czy to porozmawiać i wyjaśnić czy cokolwiek. Proszę o rady, pomoc. Cokolwiek. Sam jestem jak bez cząstki siebie bez niej i próbuje zmienić siebie na lepsze ale pragnę to dla osoby którą kocham całym sercem. Jeszcze raz proszę o jakąkolwiek pomoc
  15. Dobry wieczór, Postanowiłam poszukać porady na forum ponieważ korzystałam z wizyty u psychologa ale niestety mam wrażenie, że nikt nie potrafi znaleźć przyczyny problemu a ostatnia psycholog już w ogóle jedynie mnie dobiła, w ogóle nie czułam, że chce mnie wysłuchać jak czas zbliżał się do końca zbyła mnie jednym zdaniem, które niestety nie było zbyt trafione. Mam dość nietypowy i wstydliwy dla mnie problem. Mam bardzo niewłaściwe i toksyczne relacje partnerem. Głównie chodzi o to że czepiam się go praktycznie wszystkiego bez żadnej konkretnej przyczyny, robię awantury. Potrafię uciec ze sklepu czy jego domu kiedy wydaje mi się, że coś powiedział źle. Wiem, że brzmi to okropnie ale nie panuję nad sobą wtedy zupełnie, chce po prostu dać upust swoim emocjom kiedy czuję się zraniona chociaż często wyolbrzymiam problemy. Nie czuję się dziecinna, chociaż wiele osób pewnie tak by mnie nazwało czuję, że mam ze sobą problem, nawet bardzo duży. Potrafię też nawet zrywać z partnerem (kilka razy się zdarzyło) a później tego żałować. Zastanawiam się czy to nie przez niewłaściwe budowanie relacji z rodziną w dzieciństwie, nie miałam łatwego dzieciństwa, czułam się niejednokrotnie odrzucana i myślę, że to jest kwestią tego, że chcę żeby ktoś był ze mną mimo wszystko.. Pozdrawiam.
  16. Witam Mój problem polega na zachowaniu mojego męża, który bardzo szybko zaczyna się złości- nieadekwatne do danej sytuacji. Jesteśmy małżeństwem 3 lata. Mamy 14 miesieczne dziecko. Mąż jest troskliwy. Ja z córeczką zawsze jesteśmy na pierwszym miejscu. Problem pojawia się w sytuacji gdy ja lub inna osobą z którą akurat mąż rozmawia, mamy inne zdanie na dany temat. On nie rozumie, że każdy moze miec inny punkt widzenia na tę samą sprawę. Nie umie rozmawiać, tylko próbuje krzykiem powiedzieć swoje. Jak on to mówi "nikt nie będzie robił z niego glupka". Obraża w trakcie takiego krzyku, przeklina. Widać że sa to słowa nieprzemyslane. Mówi wszystko co mu ślina na język przyniesie. Najgorzej jest z moją mamą. Oni zupełnie się nie dogadają. On na nią strasznie krzyczy, aż mi jest przykro. Ale jemu się wydaje że to on jest skrzywdzony. Moja mama też nie jest bez winy, ponieważ porównuje go do innych, że nikt do niej tak się nie odzywa jak on. Że powinien się zmienić. Ona chciałaby np. zeby siedział z nami jak zjeżdża się rodzina- rozmawiał. Niestety mąż nie lubi takich spotkań. Woli iść do pokoju obok i siedziec sam, leżeć, odpoczywać. W jego rodzinie nie bylo takich spotkań. Bardzo rzadko się odwiedzali ( chodzi mi o ciotki, wujkow). Moja mama chciałaby idealnego męża dla mnie - w swoim mniemaniu idealnego. Ona ma męża ( mój tato) nalogowego alkoholika. Cale Zycie narzekała jak to źle ma w życiu z nim, ale trwa do tej pory w tym małżeństwie. Mama chciałaby, żeby to mąż się zmienił, bo to on ma problemy emocjonalne, z nerwami. Ale wydaje mi się że ona też powinna coś zrobić. Mężowi ogólnie wydaje się, że on wcale nie krzyczy. Ja mam wrażenie, że on za bardzo bierze wszystko do siebie, robi problem tam gdzie go nie ma, tak jakby myślał, że każdy chce to obrazić. Przeinacza fakty, dopowiada sobie, co dana osoba na pewno chciała zrobić lub powiedzieć. Nie wiem jak mam z nim rozmawiać, jak sprawić żeby się dogadywal z mamą. Co powiedzieć mamie, że też musi zmienić trochę podejście Aha- mieszkamy osobno,nie z mamą. Tam przyjeżdżamy w odwiedziny z dzieckiem. Choć mąż powiedział że już tam nie pojedzie nigdy. Bardzo proszę o pomoc co robic, jak się zachować. Pozdrawiam i z góry dziękuję.
  17. Witam gorąco wszystkich. Zacznę od początku. Kilka miesięcy temu rozstałem się z dziewczyną po 6 letnim związku. Przez praktycznie cały związek mieszkaliśmy razem - byliśmy szczęśliwi, ale szwankowała jedna rzecz, która zadecydowała o tym, że mnie zdradziła, więc się rozstaliśmy. Mimo, że święty nie byłem, to bardzo to przeżyłem - bezsenne noce, huśtawki nastroju, ciągłe myśli krążące wokół niej, użalanie się nad sobą, generalnie jeden wielki kłębek smutku i żalu. Dochodziłem do siebie wiele czasu (mam wrażenie, że nadal to robię), ale starałem się żyć normalnie. Chodziłem do pracy, byłem otwarty na nowe znajomości. Po ok. 2 miesiącach po rozstaniu poznałem dziewczynę, z którą zacząłem się spotykać i tutaj zaczyna się mój problem. Aktualnie jesteśmy świeżo upieczoną parą, ale ja nie jestem w stanie normalnie funkcjonować w tym związku. Zresztą normalny nie byłem od początku znajomości. Mój problem polega na tym, że nagminnie chcę jej uwagi. Ciągle sprawdzam czy napisała, jeżeli nie mam z nią kontaktu parę godzin zaczynam się denerwować, ciągle o tym myślę (nieustannie) i znowu sprawdzam czy napisała i tak w kółko. Nie mogę się skupić w pracy, w domu, w ogóle wyluzować. Gdy się do mnie odezwie przechodzi, jak poświęci mi tyle uwagi ile wymagam (ciągłej?), to zaczynam znowu odżywać, po czym nie widzimy się 1-2 dni i znowu się zaczyna (uprzedzę, że nie myślę on tym, że mnie zdradza). Generalnie kontakt mamy codziennie, ale dla mnie jest to tak jakby za mało... Chcę, żeby mnie adorowała, żeby na każdym kroku pokazywała mi, że jej zależy, ale związki tak nie wyglądają i nie na tym polegają - doskonale o tym wiem, ale... Nie jestem w stanie tego sobie wbić do głowy, często z tej bezsilności po prostu płaczę, chodzę zdołowany, biorę leki na uspokojenie. Jak z tym walczyć? Chcę funkcjonować normalnie, chce żeby normą było to, że nie mamy kontaktu 24/dobę, a ona mnie non stop nie adoruje. Mam dość stresującą pracę, często jak mam w niej problem, to myśl o tym, że nie zaproponowała spotkania albo nie napisała boli jeszcze bardziej. W ogóle jak mam jakiś problem, to znowu myślami wjeżdżam na nią. Jej, jak ja to czytam to wydaje się takie idiotyczne, a ja przez ten idiotyzm nie mogę normalnie funkcjonować od wielu tygodni. Z moją byłą miałem świetny kontakt jak byliśmy razem. Często do siebie dzwoniliśmy, pisaliśmy praktycznie non stop. Po prostu jestem przyzwyczajony do czegoś takiego, ale co zrobić żeby się od tego odzwyczaić? Jak zająć myśli? Jak przestawić swoje myślenie, że ciągły brak kontaktu jest normalny? Myślałem, żeby iść do psychologa, ale boję się, że mnie w duchu wyśmieje...
  18. Witam. Moja historia długa dość... Mam 35 lat, jestem od 10 lat mężatką. Przed ślubem mieliśmy raz rozstanie, potem się znów zeszliśmy. Miał być taki dobry, nie skrzywdzić mnie, stać za mną murem. Były sygnały tzn.intuicyjnie czułam, że może to nie jest dobry kandydat...ale przecież on mnie kochał, a ja miałam dość huśtawek emocjonalnych i złamanego serca. Chciałam spróbować podejść do związku inaczej, rozsądniej. Nie był emocjonalny, był raczej skryty, spokojny, opanowany no i mnie kochał. Spotykałam się z nim długo zanim pokochałam, zanim mieliśmy swój "pierwszy raz". Niestety przyszły mąż nie był idealny, ale nie chciałam wyjść na wybredną babę tym bardziej, że przecież miłość jest tylko w filmach (a ja o takiej marzyłam). Bywałam też zaborcza i robiłam kłótnie gdy on mnie okłamał np z paleniem papierosów. Niby nic a dla mnie działało jakbym miała się rozsypać...bo obiecał, że nie będzie palić. To tylko przykład. Zawsze wybaczałam i wierzyłam, że się zmieni. Tak bardzo nie chciałam być sama, tym bardziej, że on w oczach wszystkich taki cudny, wierzyłam, ze mnie kocha. A ja jego. Był ślub...wprowadziłam się do domu jego rodziców. Bo duży, a u mnie miejsca brak. Bo mama cudowna i wtrącać sie nie będzie bo sie nimi nie interesuje. Szybko okazało się, że teściowa pije - dużo pije. Udawałam, że nie widzę, ale zaczęły się podsłuchiwania, kontrole, sprawdzanie garnków (niby wpadała zobaczyć co dobrego gotuję, a potem obmawiała mnie, a ja myślałam że w dobrej wierze przychodzi, pochwalić szczerze), wyzwiska, kłamstwa, nachodzenie podczas nieobecności męża. Mąż kilka razy próbował z nią i teściem rozmawiać, potem było tak, że sam po piwie z nimi wojny prowadził niby by mnie chronić. Z czasem nic nie pomagało...gdy mówiła, że mnie wyzywała, ze wydzwaniała do moich rodziców z oskarżeniami, że sypiam ze swym ojcem (tata był sparaliżowany) to nie słyszałam nic jak tylko, że ona taka jest i nic z tym nie zrobię. Kilka razy się pakowałam - zawsze mnie wyzywał od wariatek, że rozwalam ich dom. Jestem emocjonalna wiem, nawet bardzo...z czasem z bezsilności krzyczałam, wtedy dopiero wyzywana od wariatów byłam. Nie miałam wsparcia, bezpieczeństwa, zawsze trzeba było udawać... popadłam w depresję, wdałam się w romans...na chwile odżyłam. Wiem - źle zrobiłam, ale ja wpadłam jak w jakiś nałóg, który dawał mi sens, że jeszcze istnieję . Po tym mąż się zmienił - ale piwa nadal w domu były choć przestałam się o to kłócić. Nie siedział po piwnicy, był w domu, jeździliśmy wszędzie, ale tez było wino, piwo itp. Niby normalne ale nienormalne. Zaufałam mu. Zdecydowaliśmy się na 2 dziecko. Po tym jak mnie raz wyzwał jak kiedyś, chciałam zapomnieć o dziecku...okazało się, że było za późno. 2 ciażę zostałam sama. Bez wsparcia, spokoju, sama, zapłakana i zrezygnowana. Mąż co wieczór w piwnicy przy piwie/. Niby tylko 2...ale wiem, że było więcej. Do dziś tak jest...czasem do domu przyjdzie ma 1 piwo, a potem znika w piwnicy bo ma kolejne. Odbija mi się to na nerwach, na dzieciach. Uważa, że to ze mną jest źle a on jest w porządku. Na zewnątrz ideał...każdy go ma za fajnego męża i ojca. Zalety? pomoże w domu, czasem jest przy dzieciach, czasem zrobi zakupy...ale nie ma dnia żebym miała pewność, czy czasem nie pił już piwa. Bo faceci pija jego zdaniem. Owszem - ale w normalnej ilości i są w domu a nie w piwnicy. Po powrocie ze szpitala z córką, która się urodziła zrobił zupę i znikł...wrócił wypity. Ze szczęścia. Nie umiem...nie umiem mu wybaczyć. Ciągle zawodzi. Ja stałam się kimś kim nigdy nie chciałam być. Mamą na tabletkach uspakajających, płaczącą, zawiedzioną i nie kochającą siebie. A swoją wartość uzależniam od niego. Cały czas mi wbija, że to moja wina wszystko... wiem, że potrafię być okropna, ale staję się taka jak widzę, że znów kłamie. Że znów zawiódł. Popadam potem w depresję, moje myśli krążą tylko wokół niego z pytaniami dlaczego? nie umiem się skupić na dzieciach, pracy...na drodze. Być może jestem tą kobietą kochającą za bardzo... mam za sobą już bulimie 15 lat temu, terapię... co jeszcze? Czasem modlę się by to wszystko sie skończyło. Nie potrafię stworzyć domu. Chciałam, on też mi obiecywał dom pełen miłości ..że nie będzie pił jak mama, że nie będzie siedział w piwnicy jak tata... A teraz jestem dla niego wariatką, psychiczną głupią babą, popier...ą, idiotką itp. Ale z piwnic choćby dla dobra dzieci nie zrezygnuje. A ja naciskam i dalej próbuje tłumaczyć i mieć nadzieję. Moja starsza ccórka to widzi wszystko. Martwię sie o nią, że będzie kiedyś tak cierpieć jak ja. Nie ma spokojnego domu. A ja walczyć chciałam z wiatrakami czyli z alkoholizmem teściowej, z mężem...chyba z wszystkimi wokół. Próbowałam wszystkiego żeby udowodnić, że zasługuję na miłość, że jestem dobra. Uśmiechałam się choć serce krwawiło i dusiłam się. Co nie zrobię to zawsze moja wina. Ciągle słyszę, że wszyscy mnie przeciwstawiaja...
  19. Witam. Jestem z dziewczyną od około półtora miesiąca - wiem że mało, Oboje mamy po 20 lat. Przyjaźniliśmy się przed związkiem rok czasu z przerwami, pragnę zaznaczyć że podczas przyjaźni dziewczyna bardzo mi się podobała lecz nie odwzajemniała tego do mnie - do czasu. Problem polega na tym, że dziewczyna zdążyła przez ten czas zakochać się we mnie na zabój, cały czas prawi mi komplementy, pokazuje swoją miłość itp itd, bardzo jej na mnie zależy i cały czas to udowadnia i pokazuje, ostatnio nawet zaczęła mówić że mnie kocha - a ja nie wiedziałem co odpowiedzieć i czułem, że gdy jej nie odpowiem na to mogłaby to źle znieść, dlatego powiedziałem że też ją kocham . Bardzo ją lubię, fajnie spędza mi się z nią czas, bardzo mi się podoba, zależy mi na niej, generalnie wszystko super, tylko strasznie gubię się w swoich uczuciach. Nigdy nikogo nie kochałem, nie byłem w prawdziwym związku i po prostu nie wiem co czuje. Gdy mieliśmy kilka gorszych chwil w związku bardzo się tym przejmowałem i czułem, że gdybym ją teraz stracił nie byłoby mi przyjemnie, a z drugiej strony nie czuję "tego czegoś" gdy z nią jestem. Zastanawiam się czy problem tkwi we mnie, w mojej psychice, podejrzewam że po prostu nie potrafię kochać, albo potrzebuje się przyzwyczaić do bycia z kimś ponieważ zawsze byłem sam i do tego przywykłem i po jakimś czasie zacznę to czuć. Podkreślam, że bardzo brakowało mi bliskości, nie chciałem być sam, a po znalezieniu dziewczyny nie poczułem się wcale lepiej, nie wypełniło to tej "pustki" w życiu. Zależy mi na niej i bardzo się boję że nigdy jej nie pokocham i złamie jej serce. Jeżeli chodzi o mój stan psychiczny, czy o moją sytuację w rodzinie, jakieś przeżycia które mogłyby być powodem problemu z uczuciami, to nie miałem nigdy żadnych problemów. Jestem bardzo pozytywną osobą z kochającej rodziny a w tej chwili czuje się bardzo zagubiony. Prosiłbym o jakieś porady, czy też może w jakimś stopniu wyjaśnienie mi tego co czuje.
  20. Witam serdecznie, Postaram się krótko opisać mój problem, chociaż w głowie mam milion myśli... Jestem kobietą, mam 33 lata, mężatką i matką. Mój problem zaczął się wraz z romansem w pracy, który trwał 8 miesięcy. Dlaczego romans? Jestem w trudnym związku, tkwie w nim tylko i wyłącznie ze względu na dziecko. Rok temu wzięliśmy ślub po 8 latach związku i od tego momentu wszystko się posypało... Szukałam miłości i wsparcia poza małżeństwem, na siłę chciałam się poczuć kochana... I znalazłam (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Miałam romans z chłopakiem o 9 lat młodszym ode mnie. Planowaliśmy wspólną przyszłość, wspólne mieszkanie. To były najpiękniejsze chwile w moim życiu, bo czułam, że jest on moją bratnią duszą. Zwolniliśmy się z pracy, żeby nie wzbudzać już podejrzeń wszystkich dookoła. Mieliśmy rozpocząć nowy etap w życiu. Wszystko było ok aż do momentu, kiedy stwierdził, że z dnia na dzień przestał mnie kochać. Dla mnie był to cios prosto w plecy, bo nie spodziewałam się tego. Rozmawialiśmy o tym i postanowił, że spróbujemy jeszcze raz. Po czym po tygodniu zrobił dokładnie to samo i urwał kontakt. Zawalił mi się cały świat, poczułam się jak śmieć, który trzeba wyrzucić, wpadłam w depresję. Błagałam go, żeby nie odchodził, on był głuchy na moje prośby. Za jakiś czas okazało się, że mogę być w ciąży, więc napisałam do niego i spotkaliśmy się parę razy. Chciałam, żeby został w moim życiu jako przyjaciel, pomimo, że nie chciał wziąć odpowiedzialności za to dziecko. Kiedy okazało się, że to fałszywy alarm, odciął się ode mnie po raz drugi. I teraz już sobie z tym kompletnie nie radzę. Kocham go nadal, chociaż wiem, że jest narcyzem i był dla mnie dobry tak długo, jak długo byłam mu potrzebna. Straciłam sens życia, mam depresję, nie śpię, nie jem, nic mnie nie cieszy. Coraz częściej myślę, żeby ze sobą skończyć. Żyję z czlowiekiem, którego nie kocham, a ten, którego kocham, nie chce mnie znać. Mam podkopane poczucie własnej wartości, jestem nikim. Wierzę, że kiedyś do mnie wróci i tylko to trzyma mnie przy życiu, chociaż nie wiem, jak długo... Nie mam z kim o tym porozmawiać, bo nikt o tym nie wie i chcę, żeby tak zostało. Jak odnaleźć sens życia i przepracować to wszystko? Mam już swoje lata, dużo w życiu przeszłam, a nigdy niczego tak nie przeżywałam, jak teraz...
  21. Witam wszystkich. Chciałam się zapytać czy borykaliście się z taką sytuacją: Kiedy byłyście/liście singlami pragneliscie i plakalyscie wrecz o prawdziwa, obustronna milosc, po czym gdy ona przyszla i sie rozwijala a zaangazowanie roslo w pewnym momencie spieprzaliscie jak najdalej i zrywaliscie znajomosc, po jakims czasie dochodzac do wniosku ze te zerwanie znajomosci to byl blad i znowu zaczynacie tesknic i pragnac i blagac o milosc. Po 1.5 roku plujecie sobie w brode za wlasne debilstwo jakie odstawiliscie. I umieracie z tesknoty a jakze. Bo ja wiem ze to musi byc nienormalne, chyba. Ale czy jest wogole taka przypadlosc w psychologii i ja sie skutecznie leczy? Z gory jak zawsze dzieki za odpowiedz i za wytlumaczenie "łopatalogicznie" o co kaman. Kot w butach.
  22. Hej! Piszę ten post będąc w wielkim stresie, niepewności tego co robię, trzesac się więc przepraszam jeżeli to co napisze na dole będzie eh ciężkie do przeczytania i pogmatwane. Przychodzę tutaj z nadzieją na jakąkolwiek pomoc ale zacznijmy od tego że się przywitam. Jestem 20 letnim chłopakiem który aktualnie pracuję jako barista i stara się utrzymywać w miare możliwości sam od 19 roku interesuje się nieco psychologia, światem kawy, nieco technologia i paroma mniej ważnymi rzeczami. Przechodząc do tematu dlaczego wgl tutaj jestem eh no więc tak moja psychika od 16 roku życia zaczęła podupadac a stało się tak w związku z moją wyprowadzka do Niemiec. Na początku było fajnie, nowy kraj, inni ludzie ale po czasie zacząłem zauważac jak przestaje się odnajdowac w nowym środowisku ale jakoś to bagatelizowalem i mówiłem sobie heeej po czasie będzie lepiej póki co to olej! Większość dni spędzałem grając z dziewczyną (związek na odległość gdy miałem 16 lat znaliśmy się już 3 lata a byliśmy razem 2) zacząłem się powoli odsuwać od każdego czy to rodziny czy znajomych w szkole ale nie od właśnie mojej dziewczyny która sprawiała mimo wielu kłótni że czułem się tylko lepiej ze sobą a może mi się tylko wydawało nie jestem pewien. Czas jakoś leciał, rodzice się klocili coraz częściej przy moim młodszym bracie i starałem się ich uspokajac, pogadzac, zabierać brata jak najdalej od ich kłótni bo doskonale wiedziałem jakie to niezdrowe gdy widzisz gdy dwie osoby które kochasz kłócą się, przeklinaja, krzyczą na siebie a wiedziałem to po tym bo gdy moja mama klocila się z biologiczym ojcem czułem wielki ból w środku wiedząc że nic nie mogę zrobić tylko patrzeć na to wszystko. Kłótnie moich rodziców się nasilaly z czasem aż do czasu wyprowadzki do większego mieszkania gdzie się zaczyna największą przepaść mojej osoby. Mimo że rodzice klocili się już rzadziej to ja zacząłem się stawać coraz bardziej "A społeczny." powoli zaczynałem unikać szkoły wagarujac i mając ochotę tylko gdzieś się położyć na polanie I zasnąć słuchając muzyki zapominajac o tym jaki ból sprawia mi przebywanie wokół ludzi i jak bardzo się ich boję z nie wiadomo jakiego powodu nagle. Często chodziłem na polany, gdzieś do lasu i kladlem się czekając aż będę mógł wrócić do domu by rodzice myśleli że byłem w szkole. Zbliżały się moje 18 urodziny i w tym momencie przestałem sobie dawać radę z zazdrością o moją dziewczynę. Związek stał się toksyczny bardziej przeze mnie i moją niekontrolowana zazdrość. Uważałem że jak gdzieś pójdzie to znajdzie kogoś lepszego, zostanę bez niej a stała się ona na tyle ważna osoba w moim życiu że nie potrafiłem sobie tego wyobrazić I tak oto doprowadziłem do tego że zacząłem ja straszyć że ja zostawię byle by tylko nie wychodziła i tak też robiła. Sama się bała już chyba wychodzić widząc jakie ogromne kłótnie robię za każdym razem jak gdzieś wychodzi.. Stwierdziłem że pójdę dla niej i dla samego siebie do psychologa szkolnego bo widzę że nie daje sobie powoli rady z tym wszystkim ale zanim to nastąpiło moja dziewczyna poszła do kolegi o którego byłem jak o nikogo innego strasznie zazdrosny eh wiecie przystojny bogaty śmieszny i taki ja który czuł się jak zwykły śmieć nie potrafiący jej dać czegokolwiek. Moment w którym powiedziała że do niego idzie to był moment w którym zwariowalem i słyszałem jak w mojej głowie mówią dwa głosy jeden mówiący bym się zabił bo nic sobą nie reprezentuje i tak na swoją dziewczynę nie zasługuje po tym co ona dla mnie robi a drugi głos powoli gdzieś ucichajacy mówił bym się uspokoił ale poczułem jak oddałem się głosowi który kazał mi to skończyć i straciłem panowanie nad tym co robię.. Umylem się, powiedziałem rodzicom że wychodzę idę się przejść i zacząłem zmierzać ku torom gdzie miałem zakończyć swój żywot. Zacząłem się zegnac z każdym na facebooku a gdy się zblizylem do torów marzyłem gdzieś w środku by dziewczyna pojawiła się obok i mnie przed tym powstrzymała ale tak się nie wydarzyło. Położyłem się na torach i leżąc chwilę,placzac wyczekujac na pociąg zadzwoniła do mnie Monika na Skype bym tego nie robił a po chwili rodzice od których odebrałem telefon i słyszałem w głosie mamy zrozumiałe pretensje co ja robię i bym wrócił do domu. Tak jak myślałem Monika nie dała sobie rady i do nich napisała do czego się potem przyznała bo po prostu przestała sobie dawać ze mną radę eh nie dziwie się jej. W domu czekał mnie opierdol, krzyki ale potem też przytulenie I w pewien sposób zrozumienie(?) przez chwilę poczułem że mogę coś z tym wszystkim zrobić I wziąć się za siebie ale niestety trwało to tylko chwilę. Następnego dnia kiedy udałem się do psychologa szkolnego wszystko zaczęło wracać do "normy" znowu zacząłem unikać kontaktu z ludźmi z klasy i przebywać jak najdalej od większych skupisk ludzi bo czułem się eh spokojniej w pewien sposób. Po jakimś czasie psycholog wysłał mnie do terapeuty która przypisala mi leki już nie pamiętam nawet nazwy w każdym razie nic mi zbytnio nie dawały (możliwe że placebo ale nie wiem) moja psychika I samoocena ciągle spadały w dół i gdzies po drodze miałem około jeszcze 3 prób samobójczych. Pomyślałem ej zaczęło się to od tego kraju może wrócę do Polski ciekawe co rodzice na to! Eh zostałem skrzyczany I zwyzywany od debili bo powiedziałem że w Polsce dokończę naukę i napisze maturę ale we mnie nie wierzyli i powiedzieli że ja nie dam rady napisać polskiej matury bo jestem ładnie mówiąc głupi. Była jedna osoba która mnie wspierała w tym co chciałem zrobić I to była właśnie moja dziewczyna z którą jako jedyna kontakty ludzkie mi jak na tamte standardy wychodziły DOBRZE. Powiedziala że kupi mi bilet i to ogarniemy eh (trochę już jestem zmęczony pisaniem tego haha) ogarnęła bilet a ja zacząłem udawać że wszystko jest okej przy rodzicach i się niby pogodzilem z ich decyzja ale tak na prawdę powoli się zbliżał mój wyjazd. W ostatni dzień pobytu w Niemczech wszystko spakowałem i powiedziałem rodzicom że wyjeżdżam. Dawno nie zostałem tak zwyzywany, powiedzieli bym nigdy więcej im się nie pokazywał na oczy a nawet dostałem groźbę śmierci a młodszy brat powiedział mi bym zdechł w tej Polsce (najprawdopodobniej był nastawiany przeciwko mnie od kiedy im powiedziałem że wgl coś takiego chce zrobić) wziąłem walizkę, plecak, bilet I ruszyłem w drogę jakieś 20km pieszo do pociągu hah to była podróż! Walizka 20kg a plecak około 5. Moje ręce były tak czerwone przez następny tydzień że ojoj. W Polsce dobity tym jak bardzo zostałem Wydziedziczony przez własną rodzinę nie dawałem sobie rady psychicznie ale parlem na siłę do przodu. Ogarnąłem z pomocą dziewczyny pokój do wynajęcia, prace jakąkolwiek i zacząłem się utrzymywać sam. Psychika się nie polepssala, płakałem szefowi z pracy a dziewczyna uważała że przesadzam już i bym wziął się w garść i zamiast by mi to pomogło to tylko dobiło mimo że chciała na pewno dobrze ale też była zmęczona tym wszystkim patrząc na to że u niej w rodzinie też nie było "ciekawie" przyjechała do Polski w marcu ( mieszkała w Irlandii) spędziliśmy cudowne chwilę razem ale po jej wyjeździe wszystko zaczęło się walić między nami znowu kłótnie, mój nieustanny dołek smutku który zaczynał ja wkurwiac i cóż w maju powiedziała że chce przerwy od związku ale możemy być przyjaciółmi póki co ale chce "odetchnąć' ja nwwet nie po roku od kiedy się wyprowadziłem zacząłem wyć w poduszkę starając się zaakceptować ten fakt wiedząc że ja tak nie potrafię. Utrzymalismy kontakt przez około 2 miesiące i po pewnej klotni odezwałrm się pisząc przepraszam na co nie odpowiedziała a tylko wstawila zdjęcie z chłopakiem który ja przytul a ona się usmiechala. Moje życie w tamtym momencie się zapadło. Napisałem jej ostatnia pożegnwlna wiadomość i zablokowałem. Następny miesiąc był walka ze sobą by nie oszalec z tym jednym głosem w mojej głowie. Chciałem się zabić i rozmyślalem skąd wziąć broń by zrobić to szybko. Eh jeżeli ktoś na doczyta do tego momentu niech odpisze błagam. Nie wiem czy jest sens kontynuować bo możliwe że piszę takie długie bzdety o swoim życiu w nikt nie doczyta. W razie pytań do tego co już napisałem proszę pytać bo wiem jakie to może być skomplikowane ale na prawdę nie pisze tego myślac w pełni sprawnie
  23. Trzy lata temu przeżyłam rozstanie z osobą którą kochałam. W momencie w którym odeszła nie poczułam kompletnie niczego choć gdzieś we mnie te emocje były, ale nie mogłam ich wyrazić co tym bardziej pogrążalo mnie w melancholii, poczuciu winy. Od tamtej pory mam problem z emocjami. Rok po tym rozstaniu weszłam w swój pierwszy związek. Trwał on ponad rok i przez ten czas wmawiałam sobie pewne uczucia, wierzyłam ze to miłość choć tak naprawdę nie czułam za wiele (nie tylko do tej osoby, ogólnie). Od tego wydarzenia sprzed 3 lat moje możliwości odczuwania i przeżywania emocji jakby się ograniczyły. Często mam poczucie bycia w takiej emocjonalnej pustce. Od jakichś dwóch lat niej byłam prawdziwie przygnębiona choć przez ten czas zdarzały mi się przykre sytuacje. Mam wrażenie jakbym wciąż była emcojonalnie zablokowana, jakby te emocje które pokazuje na zewnątrz Nie były do końca szczere, ale wymuszone. W ostatnim czasie ten brak emocji zaczął obejmować nie tylko sferę towarzyska ale również naukową. Nie jestem w stanie myśleć o przyszłości z jakimiś emocjami. O przeszłości pdoobnie - żadne wspomnienia Nie wywołują juz we mnie silniejszych emocji. Jest jeszcze jedna sprawa która mnie nurtuje. Takie emocje i uczucia wobec rodziców zniknęły u mnie jeszcze gdy byłam w szkole podstawowej. Zaczęłam się od nich izolować, dystansować. Nie potrafię z nim rozmawiać na głębsze tematy dotyczącej mojej osoby i mojego życia gdyż czuje się wtedy skrępowana. Osoba którą kochałam zastąpiła mi w pewnym sensie również ta miłość rodzicielską. Po jej odejściu emocje zniknęly, a pojawiła się pustka. Nie potrafię nawiązać głębszy relacji uczuciowych. Mam ważne dla mnie osoby ale nie czuję do nich zbyt wiele. Te uczucia są płytkie, czasem wymuszone. W dzieciństwie i okresie dojrzewania byłam wrażliwa, bardzo emocjonalna osobą, która wręcz nie radziła sobie z kontrolowaniem tych emocji. Nie potrafilam wyrażać swojej złości wobec kogoś jeśli ten ktoś mnie zdenerwował. Swoją złość odreagowywałam na sobie bo zbyt bardzo bałam się odejscia kogoś dla mnie ważnego gdybym mu ta złość okazała. Często tłumilam w sobie negatywne emocje i nadal to robie jeśli już się w ogóle jakieś pojawia. Gdy byłam w gimnazjum przeżyłam 7miesięczny stan depresyjny po stracie przyjaciółki. Obecnie również czuje się nie do życia. Jednakże nie czuję jakiegos głębokiego smutku, jestem w stanie jakoś funkcjonować choć to wyciszenie emocji sprawia że do wielu spraw nie mogę się zmobilizować. Czuje obojętność na myśl o tym ze zawalam obowiązki lub nic nie robie. Czasem potrafię spędzic większość dnia na tzw nicnierobieniu bo kompletnie brakuje mi motywacji. Przez to nie robie wielu rzeczy na studia, opuszczam zajęcia i nic wobec tego nie czuję (żadnych wyrzutów sumienia). Zastanawiam czy to jest lenistwo czy może mi nie zależy. Borykam się z tym problemem związanym z emocjami tak naprawdę od wczesnego dzieciństwa tyle ze na różnych etapach mojego życia ten problem przybiera różne formy. Co może być powodem opisanego przeze mnie problemu i co można z tym zrobić?
  24. Mojego męża poznałam na portalu randkowym, od początku czułam, że coś z tego będzie. Zarówno ja, jak i on byliśmy po ciężkich związkach. Tu zaczyna się całe sedno sprawy. Mąż rozstał się z poprzednią partnerką prawie trzy lata temu. Była od niego o prawie dekadę starsza, chorowała na chorobę dwubiegunową. Biła męża, wyzywała, krytykowała, a na koniec zostawiła samego w wynajętym mieszkaniu i wpędziła w długi - koszmar. Po tej sytuacji mąż załamał się, nie uczęszczał na uczelnię ani do pracy. Kobieta ta ma bardzo mocną osobowość, zawodowo śpiewa. Kiedy poznaliśmy się z mężem dużo opowiadaliśmy sobie o poprzednich związkach, widziałam, że potrzebował komuś się zwierzyć z tego, co tam się działo, pokazał mi nagranie jednej z ich kłótni. Kiedy zamieszkaliśmy razem okazało się, że mąż miał jeszcze u siebie jakieś jej stare dokumenty, na komputerze pliki z nią związane. Na początku starałam się go zrozumieć - wyprowadził się z poprzedniego mieszkania szybko, nie przeglądał rzeczy, które ze sobą zabrał, ale z czasem zaczęło mnie to boleć. Przy kłótniach zdarzało mu się powiedzieć, że jestem podobna do niej, że to też zły związek... Bardzo się boję, przez to, że ta kobieta ciągle gdzieś się przewija mam takie poczucie, że może jestem gorsza od niej, skoro mimo takiego upływu czasu wciąż gdzieś tam w tle jest. Co więcej, pół roku przed tym, jak poznaliśmy się z mężem, a ponad dwa lata po tym, jak mąż rozstał się z tą kobietą, spotkali się i uprawiali seks. Nie umiem tego zrozumieć, obawiam się, że nie radzę sobie z tym. Boję się, że może mimo wszystko uczucia męża do tej kobiety nie zniknęły? A może to ja przesadzam i zamiast zastanawiać się nad czymś takim powinnam pomóc mężowi uporać się z traumą?
  25. Witam ponownie. Bede pisac krotko zwiezle i na temat. By nie zasmiecac i nie tworzyc zbednego balaganu i chaosu. Tak jak powyzej. Jako osoba mloda 20+ ktora nie obcowala jeszcze ze wszystkim i ktora pochodzi z rodziny w ktorej seks i nieczystosc to tabu. Moje watpliwości: 1.) Wiadomo o biologii uczono wszystkiego ale nie o tematach na pograniczu psycho- seksuo- bioogii. Do rzeczy: odczuwanie orgazmu a okres. Czy odczuwanie orgazmu moze w jakis sposob zaburzyc cykl mc czy owulacje? Czy przyspiesza, opoznia okres? W necie tyle tego tych teorii niedomowien nawijania makaronu na uszy a zanik lub brak rzetelnej wiedzy. No wlasnie jak to jest? 2.) Seks analny (prezerwatywe). Mam ibs (od 7r.z, typ biegunkowo- papkowaty, na 2tyg przed kresem tryb mieszany) lecze sie jestem "sterylna" i moj tz rowniez. Higiena na wysokim poziomie raz w roku ogolna kontrola swego ciala tzn profilaktyka, badania. Czy w moim przypadku (chore jelita) seks analny odpada? Czy moze mi zaszkodzic, czy moge odczuwac bol x2 razy bardziej niz normalna zdrowa kobieta? Pomysl, chcica i inicjatywa na ten seks poszla z mojej strony. 3.) Czy to wogole normalne i zdrowe gdy przezywajac orgazm mysli sie o slodkich perwersjach? Tzn wytrysku na twarz czy kilkukrotnych orgazmach jeden po drugim? Czy majac ochote na to i pozniej robiac to nie jest sie brudnym ponizonym (wiadomo wg czesci spoleczenstwa jest to zle niemoralne i nie akceptowane a kobiete ktora ma takie fantazje zachcianki i chce sie kochac troche inaczej niz klasycznie po bozemu, traktuje sie jak panne lekkich obyczajow jak szmate czy k...we? Z gory jak zawsze dziekuje za pomoc 😌

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.