Skocz do zawartości

potrzeba11

Użytkownik
  • Zawartość

    4
  • Rejestracja

Reputacja

0 Neutralna

O potrzeba11

  • Ranga
    Debiutant
  1. Przemyślałam sobie to wszystko jeszcze raz. Zamierzam udać się do psychologa. Dziękuję za pomoc tutaj na forum i proszę o zamknięcie tego wątku. Pozdrawiam.
  2. Dziękuję za odpowiedź. Najbardziej w życiu przeszkadza mi strach przed ludźmi i nie potrafię się zmusić i pokonać go np dla mojej rodziny. Gdyby nie to, że to oni tworzą relację ze mną to w ogóle by tych relacji między nami nie było. Mam z nimi dobre relacje, ponieważ to oni mnie kochają. Boję się ich stracić, bo na nich oparłam swoje życie, ale boję się też stwierdzić, że ja nie czuję nic. Od wielu lat nie odczuwam w ogóle żadnych pozytywnych emocji. Jestem egoistką, ale czuję też strach przed zmianą tego stanu. Boję się odpowiedzialności, obowiązków i życia. Boję się ryzyka i nowości. To jest paniczny strach. Nie umiem sobie sama poradzić z pokonaniem go. Boję się tego co powie o mnie psycholog bo się boję prawdy na swój temat. Zabrnęłam w ślepą uliczkę i panicznie boję się z niej wyjść. Kiedy trochę byłam zmuszana przez okoliczności żeby zmierzyć się z realiami to psychicznie nie umiałam z tego wybrnąć. Boję się, że w końcu stracę kontakt z rzeczywistością i będę musiała resztę życia spędzić w szpitalu psychiatrycznym. Nie potrafię zaakceptować trudnych dla mnie rzeczy, a jak muszę to sobie z tym nie radzę i zaczynam całkiem tracić kontakt z rzeczywistością. Nie wiem jak się zmusić i mimo to kompletnie nie zwariować. Boję się przyjmować środki działające na psychikę. Znam osoby, które przyjmują leki na depresję i z żywotnych smutnych ludzi stali się ospali, jakby lekko upośledzeni i tak samo jak wcześniej nieszczęśliwi. Ciężko na to patrzeć, gdy znało się ich wcześniej jak mieli mnóstwo energii, siły, a po lekach stali się wrakami, którym jest wszystko jedno co się z nimi stanie. Rozumiem, że to konieczne, ale nie chcę sama się do czegoś takiego zmuszać. Może w moim przypadku też należy zastosować lekarstwa. Nie wiem jak się odnieść do wypowiedzi powyżej bo jestem świadoma, że należy już podjąć jakieś kroki, ale jedyne na co potrafiłam się zdobyć to napisanie tutaj. Mam postawę roszczeniowej ofiary, zgadzam się. Lubię to bo bezpiecznie się w tym czuję. Wszystkiego innego nie jestem psychicznie w stanie na ten moment dokonać. Wiem, że tylko specjalista może mi pomóc, ale nie umiem się do niego zgłosić i przejść przez strasznie dla mnie trudną terapię. Nie umiem przestać myśleć tylko o sobie. Nie mam poza sobą i swoim komfortem innego celu w życiu. Nie mam miłości do kogoś, przez którą zobaczyłabym inne osoby. Skrzywdziłam w życiu tylko osoby, które mnie kochają, ale mimo to nie umiem pokochać. Nie mam prawa się na nikogo obrażać nawet gdybym chciała bo jestem winna. Może tylko jakieś tragedie sprawią, że się opamiętam i zmienię punkt widzenia. Może, gdy bliscy zaczną odchodzić to dotrze do mnie jaka jestem głupia. Nie wiem. Dziękuję za zainteresowanie. Jak nikt nie zechce już nic tu napisać i mój wątek będzie przeszkadzał innym to proszę o zamknięcie go.
  3. Jeżeli dostałabym odpowiedź od specjalisty to bardzo prosiłabym tylko o formę pisemną tutaj na forum, a nie w postaci filmiku na Youtube. Bardzo długo zastanawiałam się zanim napisałam ten post i wykazałam się ogromną odwagą, jak na siebie, dzieląc się dość prywatnymi informacjami z życia. Bardzo potrzebuję tej porady, ale jeżeli ma ona być w formie filmu to podziękuję i przepraszam za fatygę. Serdecznie dziękuję.
  4. Mam 30 lat, jestem kobietą, jestem samotna, nieśmiała, bezrobotna, wykształcenie - matura. Problem pojawił się od 13 roku życia, od momentu dojrzewania psychicznego. Właściwie od 6 roku życia pojawiły się pierwsze symptomy. Konkretnie chodzi o moment pierwszego pójścia do szkoły podstawowej i zetknięcia się z rówieśnikami oraz pierwszego pójścia do gimnazjum i zetknięcia się z prawie dorosłymi rówieśnikami. Mój problem polega na tym, że po pierwsze żyję w ciągłym strachu przed jakimkolwiek kontaktem z obcymi ludźmi, przed działaniem z ludźmi i współpracą oraz własną inicjatywą wśród ludzi, a po drugie żyję na koszt osób, które mnie kochają i uzależniłam się od pasożytowania. Z problemem sobie nie radziłam od 13 roku życia do dziś. Do psychologa się nie zgłosiłam, ponieważ nie chcę opowiadać o swojej rodzinie, którą kocham ani z nimi wspólnie ani samej nie chcę o nich opowiadać psychologowi. Boję się również, że psycholog zaleci wizytę u psychiatry, a ten zaleci mi branie leków bo się boję leków działających na psychikę. Problem spowodowała moja reakcja na rówieśników w szkole, którzy swoim zachowaniem wobec mnie uświadomili mi, że oni są bardziej rozwinięci ode mnie w każdej sferze życia, że są zaradni, przedsiębiorczy, inteligentni i przebojowi. Odczułam, że są lepsi ode mnie. Z natury jestem wrażliwa, grzeczna, lękliwa i naiwna, ale też uparta i oceniająca. Z wychowania jestem rozpieszczona. Moją reakcją był strach, wycofanie się, zablokowanie i użalanie nad sobą. Poczułam się dużo gorsza od większości ludzi na świecie. Mimo to miałam jeszcze optymistyczne nastawienie co do dalszej mojej przyszłości. W wieku 13 lat całkiem je straciłam i pogrążyłam się w załamaniu bo agresywne zachowanie moich rówieśników wobec mnie sprawiło, że poczułam, że nie potrzebnie się urodziłam. Od tamtej pory żyję z poczuciem przeszkadzania obcym ludziom, a jednocześnie jestem uciążliwa dla mojej rodziny, która tak bardzo się nade mną lituje, więc nigdy mnie do niczego nie zmuszała. Nie wyrażam siebie i swojego zdania w niczym. Aby poczuć się chwilowo lepiej bardzo często wspominam chwile kiedy byłam bardzo szczęśliwa, a było to do 6 roku życia. Wspominam chwile spędzone z rodziną i bawiąc się sama oraz z innymi dziećmi, niektóre były z rodziny, ale większość to były nowo poznane dzieci. Czułam się wtedy w pełni akceptowana przez wszystkich. W ogóle lubię wspominać czas spędzony z rodziną do okresu ukończenia 20 roku życia bo od tego czasu pasożytuję na nich i to sprawiło, że nawet czas, który razem z nimi spędzam jest dla mnie trochę drażniący bo czuję, że ich wykorzystuję, że z niczym sobie nie radzę, a nie mam odwagi i motywacji tego zmienić i wiary w powodzenie tej zmiany. Przez to oddaliłam się od nich i od wielu lat czuję się samotna. Ale w ten sposób się asekuruję przed czymś jeszcze gorszym co by mogło według mnie nastąpić. Podbudowuję swoje ego myśląc o tym jaką fajną, zdrową psychicznie i fizycznie normalną według mnie osobą byłam do 13 roku życia. Siłę daje mi też uczucie mojej rodziny do mnie, które jest niezmienne. Uzależniłam się od tego bo tylko i aż to mam, to jest stałe i mogę się na tym zawsze oprzeć, to jest przyjemne, ale nie daje mi to aż takiej mocy, aby z tego powodu uwierzyć w swoją własną moc sprawczą i w siebie. Nie wiem jak stopniowo lub jednym trafnym wielkim krokiem zmusić samą siebie na siłę do działania, którego się boję i jestem też zbyt leniwa. Nie wiem jak poczuć, że nie powinnam się bać i jak poczuć, że dam radę się obronić przed każdym zagrożeniem psychicznym. Jak przestać się bać, że nawet gdy poczuję się zraniona to mnie to nie dobije bo od 13 roku życia cokolwiek nieprzyjemnego mnie spotyka to powoduje coraz większe moje załamanie. Sama sobie nie radzę i tylko dlatego, że psychicznie pomaga mi cała moja rodzina to po czasie dochodzę do siebie. Podejrzewam, że zaleceniem będzie konieczna terapia, ale może dzięki tej darmowej poradzie od psychologa będę w stanie się do tego przekonać, spojrzeć na sytuację z innej perspektywy, a nie tylko na zasadzie, że jak nie pójdę to będzie jeszcze gorzej. Chciałabym się dowiedzieć jak poczuć, że sama sobie mogę zaufać i że mogę w pełni liczyć sama na siebie. Jak uwierzyć w to, że dam sama sobie radę z rzeczami, z którymi normalny dorosły zdrowy człowiek powinien sobie sam radzić. Jak uwierzyć, że mogę i mam prawo dążyć w życiu do celów, które wydaje mi się na tą chwilę, że dałyby mi szczęście, ale ludzie nie uważają tak samo np uczelnie na które się nie dostałam, oferty lub inicjatywy gdzie się zgłaszałam i zostałam odrzucona. Jak mimo porażek i niechęci ze strony innych dalej iść za głosem serca i dążyć do realizowania swoich celów, które mimo wszystko gdzieś nadal w środku odczuwam? Nie widzę w swoim życiu żadnej sytuacji, która dałaby mi podstawy do pewności, że bez przymusu z żadnej strony, bez konieczności, bez niczyjej pomocy, sama swobodnie mam możliwość żyć tak jak chcę, mam możliwość sama osiągnąć to czego chcę bo nie chcę żyć tak jak nie chcę i jeszcze być w tym zdana tylko na siebie. Wybieram już mniejsze zło i życie tak jak nie chce, ale z pomocą innych żeby zyskać przynajmniej ich uczucie do mnie. W przeciwnym wypadku nie miałabym nic tylko same obowiązki i bezcelowe bezsensowne życie. Więc i tak nie realizowałabym się wcale, tylko mierzyła się codziennie z nieciekawą rzeczywistością, aby za wszelką cenę przetrwać, jak zwierzę. Przez mój brak życiowego doświadczenia jestem dziecinna co także denerwuje innych ludzi, gdy maja ze mną styczność. Dlatego na razie nie widzę dużych perspektyw. Z góry dziękuję za poradę, pozdrawiam!

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.