Skocz do zawartości
Anonim1995

Rozstac się czy nie? Być w małżeństwie nie kochając?

Polecane posty

Witam, 

 

Postanowiłem wreszcie (po 8 mies.) podzielić się swoją historia, gdyż chyba chce, aby spojrzał na nią ktoś postronny i może nie podjął za mnie decyzję, ale nakierował mnie na jakiś tok myślenia, bo na ten moment mam totalny mętlik w głowie. Od dłuższego czasu wybieralem się nawet do psychologa, ale terminy jakie są za każdym razem mnie oddalały od tego pomysłu. Z góry także przepraszam za długi post, ale zawsze uważałem, że lepiej napisać szczegółowo niż pominąć pewne, na pierwszy rzut oka, nieistotne sprawy. Zacznę zatem od początku... 

 

Aktualnie mam 25 lat, wydawało się, że normalny facet jak każdy, po studiach i ogarnięty (zawsze staralem się za takiego uchodzić i być może to mnie zgubiło). 

 

Przez całe swoje życie miałem kilka związków, z których coś zawsze wynosiłem. Pierwszy był, gdy miałem 16-17 lat, zakochałem się, skakałem nad nim i gdy się zakończył po 6 mies płakałem jak mały bóbr. Zakończył się z dnia na dzień a powodem było "nie pasujemy do siebie". Teraz z perspektywy czasu cieszę się, że się zakończył i nawet nie uważam go za związek tylko coś co miało go przypominać. 

 

Ja osobiście, gdy był on na wykończeniu strasznie go przeżywałem, ale znalazła się pewne inna kobieta, która potrafiła wykorzystać okazję. Związek nr 1 uległ rozpadowi, a ona od razu zabrała mnie z "rynku". Sam byłem de facto może z 3 tygodnie, bo właśnie tyle zajęło nam umówienie się na pizze porozmawianie itd. Oczywiście nie była to kompletnie obca osoba, bo mieliśmy już wcześniej okazję porozmawiać, ale zrozpaczony starym związkiem postanowiłem, że w sumie przyda mi się normalna rozmowa z inną kobieta. Rozmowa rozmowa, ale hormony też już mi wtedy buzowały i widziałem w niej potencjalną partnerkę seksualna. Nie brałem jej z początku na poważnie, co w późniejszym czasie wyszło na jaw, ale z każdym dniem jaki z nią spędzałem była mi coraz bliższa. I chodź pierwszymi założeniami była tylko rozmowa i ewentualny seks to z czasem podejście zmieniło się i bardziej od seksu zaczęło zależeć mi na niej. Na rozmowach z nią, wspólnych spędzonych chwilach czy wypadach nad jezioro. Zacząłem się angażować w ten związek i w jej rodzinę. Nic nie sugerowało że kiedyś coś pójdzie nie tak. I chodź wiedziałem że inni uważają ja za przeciętna to dla mnie była piękna i cudowna. Miała swoje wady, ale i tak zawsze za nią tęskniłem jak widziałem jej 2-3 dni. Z czasem staliśmy się nierozłączni. 

Dwa razy w życiu w czasie szkoły, musiałem wyjechać za granicę z powodu różnych projektów. Pierwszy raz na kilka dni, ale żegnała się ze mną jakbym wyjeżdżał na lata. Drugi raz był podobny, wyjeżdżałem wtedy na ponad 3 tygodnie. Wyjeżdżałem w niedzielę, a w sobotę byłem z nią jeszcze na urodzinach. Pożegnaliśmy się, znów płakała, że wyjeżdżam i patrzyła na mnie jakby to miało być ostatnie nasze spotkanie. Ja zresztą też. Nie wiedziałem jednak, że to okaże się prawda. 

 

Wyjechałem na staż. Wszystko było w porządku, ale mimo wszystko nie miałem z kim specjalnie się trzymać. Było normalnie. W autobusie przypadło mi siedzieć z pewną dziewczyną. Była lekko zakręcona, ale mimo wszystko miła. Biorąc pod uwagę fakt, że przed nami było 10 h jazdy również i z nią zacząłem rozmawiać. Rozmowy były jak z normalna koleżanka, czyli coś o życiu, o samym wyjeździe itd.

 

Staż przewidywał również kilka wycieczek, więc również na nich "koleżanka" chętnie ze mną rozmawiała. Ja nie miałem na to specjalnego parcia, ale byłem miły i kontynuowałem rozmowę. Nie myślałem wtedy o tym jak to wygląda z boku. Co ludzie o tym myślą. Nie wpadłem na to. Oczywiście nie powiem, że koleżanka była jakoś mało atrakcyjna, bo co powinna mieć według mnie kobieta miała, ale ta moja była 1000 km dalej i mimo wszystko o niej pamiętałem. 

 

Koleżanka niejednokrotnie w "żartach" mnie zaczepiała i z perspektywy czasu dopiero teraz wiem, że robiła to tylko w moim kierunku i spędzała czas tylko ze mną. Wcześniej tego nie widziałem.

 

Koleżanka wraz z inną dziewczyna mieszkały niedaleko nas. Miały problem z internetem, więc z kolega pozwalaliśmy im przychodzić do nas żeby mogły skorzystać z komputera chociażby po to, aby zadzwonić na Skype do rodziny. Takich sytuacji było sporo i nigdy nic nie zwiastowały. Tylko jedna zakończyła się inaczej niż zwykle. 

 

Był to drugi tydzień wyjazdu. Z kolegom i innym chłopakiem z wymiany raczyliśmy się w piątkowy wieczór różnymi typami alkoholi przy tym palac nie tylko papierosy.

 

Rozmawialiśmy i śmialiśmy się na balkonie, a w tym czasie dziewczyny siedziały i korzystały z internetu. Tak jak zawsze. Zbliżał się późny wieczór jedna z dziewczyn postanowiła wracać już do domu, a druga (ta "moja") jeszcze została. W tym czasie alkohol dalej się lał, a my na nią nie zwracaliśmy uwagi. Zbliżał się środek nocy. Moi towarzysze poszli spać i zostałem tylko ja i "koleżanka". Ja dopiłem co miałem dopić, pogadałem sobie z nią chwilę i stwierdziłem, że to już pora na spanie. Koleżanka moim wypitym głosem została poinformowana, że jest już późno i ja idę spać. Jak tylko skończy korzystać z komputera wystarczy że zatrasnie drzwi. 

 

W nocy, wypity i upalony przebudziłem się, a w łóżku była ona (mieliśmy jeszcze jedno puste łóżko żeby nie było). Była plecami obrócona do mnie, a na niej moja ręka. Wypity nie połączyłem faktów i nie wiem, stwierdził że to moja dziewczyna czy coś i poszedłem spać dalej. Obudziłem się o 4.00, już przetrzeźwiały zrozumiałem co się wydarzyło. Szybko oddelegowałem ja do domu z nadzieją, że nikt się o tym nie dowie. Niestety prawda była inna. 

 

Jej dziewczyna z pokoju zauważyła, że nie wróciła na noc, a kolega w nocy widział nas w jednym łóżku. Jak to "gorący temat" szybko się rozniósł i w ciągu 2 dni o wszystkim wiedziała już moja dziewczyna. Oddzieleni o 1000 km nic nie mogłem zrobić. Zostawiła mnie przez skypa, a ja miałem ochotę już wracać za wszelką cenę. Jednak nie było to możliwe. Został mi jeszcze tydzień czekać na możliwość zrobienia czegokolwiek. Oczywiście cała sytuacje wyjaśniłem mojej kobiecie, ale na nic to się zdało. Koleżanka została poinformowana, że ma bez względny m zakaz zbliżania się do mnie, bo "zniszczyła mi życie". Ewidentnie nic sobie z tego nie robiła i dziwnym trafem zawsze musiała iść tam gdzie ja i jeść w tych samych miejscach co ja. Przez cały tydzień o całej sytuacji dowiedziała się cała szkoła, więc wracając do niej czułem na sobie wzrok wszystkich. 

 

Moja kobietę przepraszałem, robiłem wszystko co mogłem żeby mi wybaczyła. Opisałem cała sytuację i w między czasie dowiedziałem się, że koleżanka już od dawna ma swoje za uszami w relacjach damsko-męskich. 

 

Z moją rozstawaliśmy się i schodziliśmy kilka razy, ale ewidentnie nasza relacja już nie była ta sama. Po 1-2 mies takiego życia zostawiła mnie po raz ostatni, a kilka dni później poszła do kolegi, które szybko okazał się jej nowym chłopakiem a teraz już mężem. 

 

Sytuacja była patowa o tyle, że był to czas studniówki, na którą miałem iść z nią i przez to wszystko nie miałem już z kim iść. Wszystkie potencjalne partnerki były spalone. 

 

Po byciu 3 mies razem na ostatnią chwilę poznałem teraz już moja żonę. Postanowiłem z nią być, bo wydawała się rozsądna, inteligenta i wyjściowa. Nie było wstydu się z nią pokazać. Pytanie dlaczego być a nie po prostu iść? Powody były tak naprawdę dwa: 1. Chciałem pokazać swoje ex, że też potrafię sobie poradzić bez niej chodź prawda była inna a po 2. Ciężko było mi być samemu, tak po prostu (teraz rozumiem swój błąd) 

 

Studniówka minęła, a "związek" został. Korzyści z niego były, bo było z kim iść do kina albo łóżka (tak, wtedy w wieku 20 lat było to ważne dla mnie, głupi ja), ale często tęskniłem za swoją poprzednia kobieta. "Przypadkowo" przejeżdżałem koło jej domu, w nasze miejsca powspominać. Z moją aktualna partnerka nigdy nie łączyła mnie taka więź emocjonalna jak z poprzednia. Nie miałem ochoty, aż tak spędzać z nią czasu, ale fakt że była otwarta w innych sprawach sprawiło, że po prostu była. 

 

Przyszedł jednak moment, że ja zostawiłem. Stwierdziłem, że nie mogę być z kimś kogo nie kocham. Zniszczę przez to sobie życie i jej. Rozstałem się z nią. Nie odbyło się bez niecenzuralnych słów w moim kierunku, chodź byliśmy razem tylko 5-6 mies. Był to piątek, w sobotę pojechałem na imprezę i znów się zaczęło... Wpadłem pewnej pannie w oko i na bezczela podczas tańca wzięła mój telefon, wpisała swój numer i zadzwoniła do siebie. Od tego momentu już miała na mnie namiary. Z kolegami postanowiliśmy, spotkać się kilka razy na grilla, napić się itd, ale w pewnym momencie ilości alkoholu jakie się przelewały były ogromne, zbyt duża część naszych pieniędzy szła na ten cel. Spaliśmy poza domem zbyt często. Wpakowaliśmy się w pewnego rodzaju patologię. Gdy tylko jeszcze zauważyłem że szanowna koleżanka z imprezy zaczyna się angażować i mówić że moja mama będzie jej teściowa było to za dużo i czym prędzej się ewakuowałem. 

 

W międzyczasie od mojej ex (nr 3.) dostawałem różne rozalone wiadomość.  

 

Rozstając się z tamtą koleżanka umówiłem się z kolegami na piwo pogadać. Piwo skończyło się impreza w klubie, gdzie ostro podpity napisałem do mojej ex (nr. 3) że chyba miała rację, że będę żałował. I wtedy serio tak myślałem, bo wolałem ułożona, wykształconą kobietę, która może i nie kocham, ale nie musiałem się za nią wstydzić. Rano budząc się doszło do mnie co zrobiłem, ale już było za późno żeby coś zrobić i postanowiłem jej nie krzywdzić wycofując się po raz kolei i spotkałem się z nią. Rozpoczęło się od rozmowy, MC donald's a skończyło na seksie. I w tym momencie wszystko zaczęło się od nowa. Zacząłem być z kobietą, z którą więź emocjonalna mnie nie łączyła, ale za to łóżko, spokój i fakt, że doceniałem w niej to, że przez nią nie wpadnę w żadna patologię. Poza tym nie chciałem jej skrzywdzić i sprawić że znów będzie przeze mnie płakała. Jakby tego było mało poprzednie moje partnerki średnio były akceptowane przez moją rodzinę, ta jednak była uważana za dobrą kandydatkę. Fakt że zbliżały mi się 22 urodziny i wszystkie w około fajne dziewczyny zareczaly się stwierdziłem, że już jestem za stary na takie akcje i lepiej nie wybrzydzać, bo zawsze może być gorzej. Teraz wiem jaki błąd wtedy popełniłem.

 

Z nią nie było źle, była miła, uczynna i elegancka chodź stylem życia i charakterem różniliśmy się okropnie to zawsze pamiętałem słowa, że "przeciwieństwa się przyciągają, że nie ma idealnych związków, że facet potrzebuje takiej spokojnej kobiety żeby głupot nie robil". Mając to wszystko na uwadze mijały miesiące i jakoś to było. 

 

Nastał moment, w którym i moja poprzednia dziewczyna się zaręczyła, ta która tak naprawde nie przestałem kochać. Zdarzyło się to po 8 miesiącach od powrotu do mojej dziewczyny nr 3. Informacja o tamtych zaręczynach była gwoździem do trumny. Też chciałem pokazać, że potrafię sobie życie ułożyć. Poza tym naprawdę wtedy czułem, że nie ma co kombinować, że moja aktualna partnerka mnie przypilnuje w życiu, jest miła, strasznie mocno mnie kocha, pochodzi z dobrego domu, jest ustawiona życiowo (do tego stopnia że później dostała swoje mieszkanie) i że chodź jestesmy z dwóch różnych światów i warst społecznych to będę miał się dobrze i jakoś to będzie. Postanowiłem się oświadczyć mając 21 lat. Nie było to nic wyjątkowego, zwykłe wakacje nad polskim morzem, ale jednak było. 

 

Zaręczyliśmy się i ten stan według mnie powinien trwać zdecydowanie dłużej, ale szybko moja już wtedy narzeczona zaczęła żyć weselem. Zaczęła oglądać na instagramie i Facebooku różne strony poświęcone tej tematyce. Mnie to trochę przerażało, ale myślę "niech ogląda". Ciągle tylko słyszałem "patrz jakie ładne, a może tak zrobimy". Naprawdę tym żyła i była szczęśliwa na myśl o swoim ślubie, że będzie jeden wieczór "księżniczka tak jak zawsze chciała być i to będzie jej wieczór" (to są jej słowa). I teraz jak ja jej miałem zabrać to szczęście? Jak ja miałem wyhamować? Sugerowałem jej i mówiłem że "spokojnie, nie na akord" ale wciąż słyszałem, że "wiesz ile czeka się na salę? Przynajmniej 2 lata". Wyrwać jej telefonu nie mogłem i nie mogłem jej kazać się ogarnąć, bo jednak się z nią zaręczyłem czyli wyraziłem chęć wzięcia tego ślubu. Już wtedy czułem pewna presję na sobie i odpowiedzialność. 

 

Zaczęło się od sali. Szukała i chciała jeździć po różnych. Ogólnie planowanie ślubu polegało na tym, że ona miała swoje marzenia wobec niego a ja byłem odpowiedzialny za ich realizację. Tzn "jedźmy tam, zadzwoń tam, policz to" i tak to leciało. Znalazła swoją sale, mi się też podobało. Termin był za nieco ponad 2 lata, więc uznałem, że to wystarczająco dużo czasu żeby się wycofać jak coś. Zaliczka wynosiła tylko 500 zł, więc była akceptowalna jako potencjalna strata. 

 

Moje wymarzone wesele jak już miało być fajne, kameralne i przede wszystkim stosunkowo tanie. Każdy miał się bawić dobrze, być miło zaskoczony i tyle. Tutaj niestety rachunek rósł w oczach a nas nie było na to wszystko tak naprawdę stać. Informowałem przyszłą żonę, że trzeba wyhamować, ale ciągle było że "to tylko 1000 zł, tylko 2000 zł" i takim cudem nazbierało się 40 000 zł i z tego wszystkiego podpisałem jedna umowę na usługi foto-video-DJ gdzie kara za rozwiązanie umowy wynosiła całość usługi, czyli 10 000 zł. 40 000 zł... przerażająca kwota. 10 000 zł kary, jeszcze gorzej. Nie opłaca się teraz nawet wycofywać i co ma być to będzie. Najwyżej się rozwiedziemy, to wyjdzie taniej. Tak wtedy głupio myślałem. To był początek moje końca. 

 

1-1,5 roku przed ślubem zacząłem bardzo ostro pracować. Brałem wszystkie możliwe nadgodziny. Łapałem się każdej możliwej dodatkowej pracy, żeby chociaż się zbliżyć do tych 40 000 zł. Po 10 tys mieliśmy dostać od rodziców, więc wystarczyło "tylko" 20 000 zł. Jakby tego było mało na głowie były także studia. Ja je robiłem by robić, moja narzeczona inaczej, zajmowała się tylko studiami i weselem co tam jeszcze można wymyślić żeby było jeszcze bardziej bajecznie. Z czasem zaczęło mnie to denerwować i często się denerwowałem że znów coś dopisuje do "zamkniętej" listy kosztów, która dla mnie i tak już była przesadzona. Ona jednak twierdziła "że wie o tym, ale wesele ma się tylko raz w życiu". Ja zawsze wtedy odpowiadałem, że nie prawda i powoli mam tego dosyć, że wraz ślubem załatwię pozew rozwodowy. 

 

Już wtedy miałem chęć zostawić ja, bo dla mnie te wesele i ślub stracił sens. I ona o tym dobrze wiedziała, ale uspokajała mnie słowami "będzie lepiej, nie przesadzaj". A ja głupi w to wierzyłem i dalej robiłem swoje, a te "będzie lepiej" stało się moim przekleństwem. Ogólnie nasze rozmowy na poważne tematy polegały na tym, że ja coś mówiłem a do niej jakby docierało, ale nie chciała żeby dotarło. Udawała że rozumie i ewidentnie olewała to co do niej mówiłem. 

 

Niejednokrotnie mówiłem narzeczonej, że nie wiem czy to jest dobry pomysł żeby się teraz żenić, pieniędzy brakuje, zbyt dużo jest na głowie, ja też tego nie czuję, obawiam się czy to wgl ma jakikolwiek sens, a poza tym 24 lata to chyba zbyt wcześnie. Słyszałem wtedy "to normalne że się obawiasz i to wszystko jest teraz spowodowane stresem przed weselem. Każdy facet tak ma". Popytałem się kolegów którzy też się mieli w niedługim czasie się  żenić i potwierdzili, ale stwierdzili zarazem że mimo wszystko dalej jest normalnie. Uznałem to za normalne i dalej robiłem swoje. 

 

Kilka miesięcy przed weselem udało mi się porozmawiać sam na sam z mamą i babcia na temat tego wszystkiego. Udało, bo pierwszy raz w życiu nie było jej obok. Poinformowałem, że mam wątpliwości i najchętniej tym wszystkim rzucił i dał sobie spokój. Usłyszałem jednak wtedy "jak uważasz, nie chcesz nie żeń się jak masz wątpliwości, ale będziesz musiał sobie jakoś poradzić, bo musimy się stąd wyprowadzić i trzeba jak coś wymyślić co z tym zrobić, poza tym jest kara 10 tys złoty a z drugiej strony nie wiem do końca co jest na rzeczy, bo to dobra dziewczyna". Tak dobra, ale nie oznaczało to, że dla mnie. Mieliśmy inne priorytety, inny styl życia i nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać jak normalni ludzie. Nie tworzyliśmy związku tylko bardziej parę, która się od siebie uzależniła na wiele sposobów. Ja jej nie kochałem, ale tak naprawdę zbytnio nie miałem wyboru, bo nie wiedziałem jakbym sobie poradził bez niej, 10 tysięcy długu, musiałbym się usamodzielnić i co najgorsze wstyd że zostawiłem "biedna, dobra dziewczynę przed ołtarzem". 

 

Kilka miesięcy przed weselem rozpocząłem samodzielnie remont mieszkania, które należało do mojej narzeczonej i w którym my mieliśmy mieszkać. Chciałem, żeby w mieszkaniu mojej przyszłej żony spalo kilku gości żeby ograniczyc koszty. Także przed weselem pracowałem miesięcznie po 190 h, po pracy w każdego dnia jeździłem na remont w międzyczasie załatwiając wszystko co musiałem z weselem, często podczas jazdy samochodem z pracy na "budowę". W najgorszych momentach potrafiłem robić dzień w dzień śpiąc tylko 4 h dziennie. Byłem już tym wszystkim wykończony. W tym samym momencie starałem się być dobrym partnerem i pomimo zgrzytów nigdy nie chciałem żebyś ktoś widział nas inaczej niż dobrana parę (też mój błąd). Zabierałem ją do restauracji, kin, pubów, woziłem gdzie potrzebowała, kupowałem co chciała (i to okazało się błędem). Chciałem żeby miała się dobrze i żeby każdy uważał, że o nią dbam. Absurd prawda? Dbać o kogoś kogo tak naprawdę się nie kocha i równie dobrze mógłby zniknąć. W tym samym czasie ona dbała o swoje studia, swoją karierę i wymyślała co tu jeszcze zrobić żeby wesele było bajeczne. Jednocześnie bałem się cokolwiek mówić, bo tylko każdy mnie wokoło uspokajał i mówił, że to normalne. Tak zamknąłem się w sobie już na zawsze, aż do teraz. 

 

Najgorszy moment, który jaki był wydarzył się dzień przed ślubem. Na moją głowę spadło wszystko. Dzwoniłem do sali, szykowałem ściankę dla pary młodej, woziłem alkohol i wszystko na salę, szykowałem samochód... W tym czasie moja przyszła żona robiła stroiki na stół i baloniki na dom, a przyszli teściowie oglądali telewizor. Jej rodzina też nie zainteresowała się czy coś pomóc. Wkurzało mnie to i chodź to nie ich wesele to nie wytrzymałem i donosnie powiedziałem swojej kobiecie, że "ja to wszystko pie#$&le". Trzaskając drzwiami wsiadłem w samochód i odjechałem. Przyjechałem do swojego domu, siadłem, rozpłakałem się i powiedziałem że żadnego ślubu nie będzie. Mam dosyć. I znów mnie uspokoili. Kazali wziąć się w garść i cała moja rodzina jaka wtedy a dokładnie 7 osób postanowiła mi pomóc, szybko się zorganizowali i jadac 3 samochodami wszystko uratowali. W tym samym czasie teściowie nie zainteresowali się nawet faktem, że ktoś obcy chodzi im po placu. Ignorancja na totalnym poziomie, ale pamiętałem wtedy o słowach mojego taty który mówił, że z "z rodziną się nie żenisz". Teraz wiem że to nie prawda. Można się jeszcze zapytać gdzie był świadek, który miał pomagać? Nie wiem, szczerze mówiąc nie wiem. 

 

Dzień ślubu. Musiałem wcześnie rano wstać żeby wszystko ogarnąć i na szybko musiałem dopiąć ostatnie elementy i jak wreszcie przyszedł moment ślubu i wypowiadania przysięgi to chodź miałem wahania to tak naprawdę miałem już na tyle dosyć że jedyne co chciałem to powiedzieć swoje i iść się napić (zresztą już w samochodzie zacząłem pić szampana). Cieszyłem się. Nie z tego że mam żonę tylko że ten koszmar się skończył. Naprawdę, byłem mega zadowolony, że zaraz zjem obiad, napije się i to wszystko już się skończyło. Wesele przebiegło normalnie. Jedyne co było ciekawe to fakt że ja się bawiłem z kolegami a ona z koleżankami, dużo się rozdzielismy, ale dzięki temu nie było żadnych zgrzytów. Rano po weselu powiedziałem chyba coś żaden facet nie mówi w tych chwilach a mianowicie "pamiętaj że mam jeszcze 7 dni na anulowanie ślubu". Nie byłem w żaden sposób dumny że jestem teraz mężem. Naprawdę było mi to obojętne. Jedyne co zdałem sobie sprawę, że już tak łatwo nie odejdę Obrączkę jak tylko już każdy pooglądał schowałem i już nigdy nie ubrałem sam z siebie. 

 

Gdyby nie potencjalny wstyd, wysokie kary i fakt że szkoda mi jej było ślubu nigdy by nie było. 

 

Zamieszkaliśmy w jej rodzinnym domu tylko dlatego, że docelowe mieszkanie nie było jeszcze skończone. Tak więc zaraz po urlopie zabrałem się do pracy, czyli 5-6 dni w tygodniu na etacie i 6-7 dni w tygodniu po 6-8 h na remoncie. Nierzadko po remoncie jeszcze musiałem jechać z małżonką do sklepu na zakupy pomimo tego, że mówiłem, że nie mam sił. Stwierdziła wówczas że nie wie co kupić i muszę z nią jechać. Przez cały rok (bo tyle trwał remont) z którym się z jednej strony spieszyłem, bo nie chciałem mieszkać w domu w którym czułem się obco i nieswojo (czyli teściów) a z drugiej strony remont stał się moja odskocznia i azylem. Poza ciężka praca lubiłem sobie po prostu usiąść i odpocząć przede wszystkim nie słuchać że coś jeszcze trzeba (tzn musisz) załatwić. 

 

W między czasie starałem się być dobrym mężem i wywiązywać z swoich obowiązków czyli starałem się żeby mojej żonie niczego nie brakowało, ogarniałem wszystko co mogłem, opłacałem rachunki, załatwiałem różne "wspólne sprawy" do tego stopnia że sprzęty do mieszkania wyszukiwałem na parkingu podczas jazdy, to był właśnie ten poziom zarobienia. Po prostu chciałem żeby miała dobrze i miała o mnie i inni dobra opinie. Nie robiłem tego z miłości. Robiłem to z poczucia obowiązku bo uważałem że jako mąż mam obowiązek robić co tylko w mojej mocy żeby miała się dobrze. 

W tym samym czasie żona wzięła sobie dwie szkoły na głowę, chodź umowa była inna, po ślubie nie miało być żadnych szkół i pierw edukacja a później ślub. Nie mogłem jej jednak tego zabronić jak chciała się edukować i robić karierę . Chodź wiedziała, że mnie to irytowało, bo ciągle miała coś do zrobienia i to ona była niby ta "zapracowana". Oczywiście pracował także, ale to ja wyjeżdżałem o 6 rano i wracalem o 23 czy 00 gdzie często jeszcze musiałem jeszcze coś zjeść. 4 h snu i całosc od nowa. 

 

Remont to wymagająca sprawa, szczególnie gdy jest generalny i wszystko załatwia się samemu. Próbowałem wiele razy zlecać żonie pewne proste czynności takie jak np. przywiezienie czegoś ze sklepu, odebranie zamówionego towaru czy po prostu przejrzenie w internecie np mebli. Efekt był zawsze taki sam, czyli "nie wiem jak, nie potrafię, weź ty zobacz, ja tam nie dojadę". Denerwowałem się nie miłosiernie bo nawet z tym nie mogłem na nią liczyć i skończyło się tak że zawsze wszystko ostatecznie ja musiałem załatwiać niejednokrotnie na ostatnią chwilę. Pytajac się dlaczego nie zrobiła czegoś twierdzała, że nigdy jej nie dałem szansy. Dawałem szanse, ale niestety były czynności, które wymagały poświęcenia maksymalnie 2-3 h a nie dni. Poza tym nie ukrywałem, że chciałem chociaż raz usłyszeć "kochanie masz tu obiadek, zostań sobie w domu a ja pojadę odebrać to za ciebie". W domu oczywiście mogłem zostać, ale wtedy nic nie szło do przodu. Poza tym remont dawał mi spokój. Oczywiście do momentu, gdy nie dzwonił po raz n-ty telefon z pytaniem "gdzie jesteś i co robisz, bo ja się nudzę", a po powrocie do domu po kilkunastu godziny pracy było "może gdzieś pojedziemy w weekend?" gdzie? " nie wiem, wymyśl coś". Podobnie było zresztą z rocznica ślubu, o której stwierdziłem, że "jak dla mnie nie ma co świętować" i co do której też było sugerowane, żebym "coś wymyślił". Nawet padła sugestia, że "chętnie bym poleciała do Paryża". Mam 25 lat zarabiam dużo, ale bez przesady, jestem zarobiony po brzegi, robię remont sam, bo fachowcy są drodzy i nie mamy tyle pieniędzy żeby je wydać remont, a mam cie zabrać jeszcze do Paryża? Tragedia. Poprosiłem żeby wyjątkowo ona coś wymyślila, ale w granicach rozsądku (nie Paryz) i tym razem ona coś zrobiła od A do Z sama. Skończyło się tak, że na szybko ja ją brałem do restauracji. Kilka zdjęć na instagrama (norma) i po rocznicy, odhaczona. Następnego dnia znów remont, sklepy, zamówienia i wszystko się kręciło dalej tak jak zawsze. 

 

Wszystko sprawiło to, że chodź remont był ciężka praca lubiłem tam jeździć. Tam miałem czas dla siebie i nie było tam jej. Był to mój azyl i często nie wracałem do domu tłumacząc się, że się nie opłaca, a tak naprawdę chciałem pobyć sam dla siebie. Unikałem jej, irytowało mnie w niej coraz więcej rzeczy (że mówi, że chodzi tak wolno itp.) i coraz bardziej miałem dosyć tego całego małżeństwa, bo tak naprawdę nic z niego miałem. Nawet kanapek do pracy ( z czego szydzono ze mnie, że "mam żonę a do pracy chodzę bez śniadania". Mówiłem o tym żonie a ona stwierdziła "że nie chce jej się rano wstawać i robić mi śniadania".

 

Można prosto spytać "rozmawiałeś z nią?" Starałem się, ale zawsze był to mój monolog zakończony tylko jednym zdaniem z jej strony "będzie lepiej". Teraz wiem, że przez te "będzie lepiej" straciłem lata swojego życia i wiele pieniędzy. Naprawdę myślałem, że po ślubie będzie lepiej, po urlopie razem będzie lepiej, po zamieszkaniu razem (po ślubie dopiero zamieszkaliśmy razem), po remoncie będzie lepiej. Informowałem ja niejednokrotnie, że mam dosyć takiego życia, że czuję się jakbym żył w małżeństwie od 10 lat i nasz związek wygląda jak prowadzenie firmy. Jeden drugiego potrzebuje żeby nie umrzeć z głodu i mieć dach nad głową. Wielokrotnie także informowałem, że kiedyś nie wytrzymam i odejdę albo inna "panna" zawróci mi w głowie. Spotykało się to z ignorancja i braniem to jako żart, bo jak się później okazało żona uważała że "ma na mnie papier" 

 

Przyszedł pewnego dnia cudowny dzień, sierpniowy dzień. Okazało się wtedy, że jestem zarażony Covid. Zostałem wysłany na kwarantannę do prawie ukończonego mieszkania, sam. Byłem wtedy chyba jedyna osoba w Polsce, która cieszyła się z zamknięcia na 3 tygodnie. Odpoczywałem jak nigdy, nie musiałem chodzić na zakupy, moja żona została zmuszona do robienia tego wszystkiego sama, mogłem wreszcie obejrzeć na spokojnie telewizję, której nie widziałem od pół roku, mogłem się wyspać, ogólnie odpocząć. Strasznie się cieszyłem, że mam spokój. 

 

Przez te 3 tygodnie wydarzyło się coś jeszcze. Przez przypadek zacząłem pisać z koleżanką z pracy. Bardzo fajna dziewczyna, miła, zabawna, w pracy mieliśmy świetny kontakt i zawsze z tematów zawodowych nie wiadomo kiedy przechodziliśmy na tematy prywatne. Ona o sobie mówiła ja o sobie i nic na to nie wskazywało że coś się może wydarzyć. Oczywiście był moment, że myślałem "szkoda że jestem zajęty". 

 

Podczas kwarantanny również napisała w sprawie pracy i tak jak zawsze zaczęliśmy od tego i nie wiadomo kiedy zaczęliśmy rozmawiać o sprawach prywatnych, o życiu, śmiać, opowiadać sobie różne historie i wtedy uznawał dalej to jako przyjaźń. W między czasie z żoną także utrzymywałem kontakt, ale z czasem zauważyłem, że zdecydowanie bardziej wolę rozmawiać z koleżanką niż z nią. To przy koleżance uśmiech nie schodził mi z buzi, to ona mnie rozumiała, potrafiła ze mną rozmawiać i dawała mi to co zawsze chciałem w życiu mieć czyli szczęście. Wyszło to spontanicznie, bo żaden z nas nie pisał chcąc poderwać drugiego czy wpaść w sidła romansu.

 

W pewnym momencie jednak zauważyliśmy, że coś jest na rzeczy i trochę chyba za dobrze nam się rozmawia. Próbowaliśmy wielokrotnie zaprzestać kontaktu, ja próbowałem się ogarnąć i wrócić do szarej rzeczywistości, ale szybko wracałem do tam gdzie faktycznie chciałem być i rozmawiać z osobą, która chciałem rozmawiać. 

 

Po kwarantannie żona postanowiła się wprowadzić, ja jednak już nie chciałem z nią mieszkać. Przemyślałem sobie przez te 3 tygodnie wiele i stwierdziłem, że mam już dosyć. Kompletnie dosyć i koniec z "będzie lepiej". Powiadomiłem żonę, że chce rozwodu i koniec z tym wszystkim. Nie będę czekał na zmianę koniunktury wieczność. Oznajmiłem, że jej nie kocham i koniec tego bo kolejny krok to dzieci, a niewinne dzieci krzywdzic nie chce. 

 

Wyprowadziłem się do rodziny. Wszyscy oczywiście zdziwieni, bo "przecież mieszkanie robiłem" i "nic na to nie wskazywało". No nie wskazywało, bo głupi cały czas robiłem dobre imię do złej gry chodź każdy widział, że ja jej nie kocham i traktuje ją "bo jest". I tak rzeczywiście było, bo brałem ja ze sobą tylko, dlatego żeby była moja żona i nie wypada. Do pracy chodziłem, a że w pracy sporo prywatnych znajomych to i tam szybko informacja doszła. Ja swoje w emocjach też opowiadałem. Teraz już nic nie komentuje na ten temat. 

 

Z koleżanką rzecz jasna dalej utrzymywałem kontakt, chodź oboje uważaliśmy, że to nie jest dobre. Miałem wyrzuty sumienia, ale nie dlatego że szkoda było mi mojej żony, ale "co ludzie powiedzą". 

 

Z koleżanką miałem coraz lepszy kontakt i wiele razy nawet się spotkaliśmy chociażby po to żeby wszystko zakończyć bo "będą z tego problemy" i kończyliśmy, ale tak fajnie nam się rozmawiało podczas zrywania kontaktu ze rozmawialiśmy w drodze powrotnej. Zdawałem sobie sprawę z tego, że robię źle, że tak nie można, że ja w tej kobiecie zaczynam się zakochiwać, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Pierwszy raz w życiu zależało mi na kimś tylko dlatego że uwielbiam jego towarzystwo i rozmowy, a nie z powodu seksu. Nie zależało mi na tym żeby ją "zaliczyć", chciałem tylko rozmawiać i rozmawiać godzinami. 

 

Rodzinie nie podobało się, że wyprowadziłem się od żony. Szczególnie mamie i siostrze, które za wszelką cenę chciały mnie "zeswatać" z żoną. Pod naciskami uległem i wróciłem. Siedziałem, bo siedziałem, wymyślałem sobie to nowe zajęcia by jak najmniej w domu siedzieć. Niestety nie miałem już jak uciec na remont tam gdzie zawsze, by pobyć sam, więc uciekałem do pracy a jak nie do niej to wsiadałem w samochód i jechałem przed siebie. Robiłem wszystko by jak najmniej spędzać czasu w "domu". Szybko też wyszło na jaw, że mam "jakąś koleżankę" co oznaczało jedno "kochanka, to przez nią to wszystko, trzeba się jej pozbyć, a mój syn/brat/mąż niech wraca na swoje miejsce". I w ten sposób rozpoczęło się moje piekło. 

 

Z każdej strony hejt, dosłownie z każdej. Gdzie nie poszedłem słyszałem, że jestem idiota, że sobie sam nie poradzę, że co ja robie, że do końca zgłupiałem. Wyzwiska i epitety w moja stronę były codziennoscia. Wpadłem w kołowrotek z którego nie umiałem uciec, nie było miejsca na ziemi, w którym miałem spokój, bo byłem gnębiony wszędzie i zawsze, nawet przez telefon. Przez rodzinę, znajomych i przede wszystkim przez moją żonę. 

 

Skończyło się to tak, że mój samochód stał się nie tylko samochodem, ale domem na kółkach, spędzałem w nim dziesiątki godzin tygodniowo. Miałem w nim ciuchy, kosmetyki, wszystko by w każdej chwili wyjechać i zniknąć. Wsiadałem, wyłączałem telefon by nikt do mnie nie dzwonił "gdzie ty ku#$& jesteś?". Moja żona dogadała się z moją mamą i siostra i jak tylko mogły mnie kontrolowały. Doprowadziło to do tego, że pewnego dnia po prostu się zdenerwowałem, wsiadłem w samochód, kupiłem tabletki na uspokojenie i wyjechałem przed siebie. Zrobiłem 200 km i trafiłem do pewnego dużego miasta, wynająłem hotel i wróciłem na drugi dzień. Uciekałem gdzie się da a na parkingach spędzałem godziny oglądając filmy, słuchając muzyki, czytając i po prostu się uspokajac. Nie zliczę ile razy po prostu płakałem w samotności nie wiedząc co zrobić, bo nie będąc szczęśliwym to jedno, ale ciągle w głowie mialem jeszcze inna kobietę, która próbowałem wyrzucić, ale nie potrafiłem. Ciągle tylko płakałem i powtarzałem, że niepotrzebnie się żeniłem. 

 

W domu słyszałem, że sam sobie nie poradzę i tak naprawdę nie mam gdzie iść. Zniszczyli mnie do końca. Miałem na szczęście koleżankę do której uciekałem aż uciekłem na dobre, na kilka miesięcy. Zaczęliśmy tak naprawdę razem żyć, gotować, rozmawiać, oglądać filmy, żyć jak para. Chodź było mi strasznie głupio z tego powodu podobało mi się to. Ma cudowna rodzinę, sama jest bardzo opiekuńcza i przyjacielska. Robiła to co zawsze chciałem od partnerki. Rano zawsze były dla mnie przygotowane kanapki do pracy, dbała o mnie jak nikt inny wcześniej, rozmawiała, słuchała i rozgryzgrala mnie za każdym razem. A ja zacząłem odwdzięczać się jej tym samym. Starałem się nią opiekować i dawać jej uśmiech na twarzy tak jak ona mi. Dogadywalismy sie niesamowicie dobrze Już wcześniej coś do niej czułem ale miałem problem przyznać się sam przed sobą, że niestety ale stało się to czego się obawiałeś, czyli zakochałem sie i to nie w własnej żonie. Z czasem przestałem ukrywać że tam mieszkam i jedynie co ty wyłączałem telefon żeby nie słuchać obelg w moim kierunku. 

 

Oczywiście byly moment w których próbowałem się zmusić do ogarnięcia i zmuszenia do powrotu do żony to chodź sam podrzucałem kłody pod nogi relacji jaka łączyła mnie i moją "nowa partnerkę" to za każdym razem ona przetrwała, bo tak naprawdę sami ja ratowaliśmy. Nie chcieliśmy żeby się skończyła. Ja sam tego nie chciałem. Wiedzialem, że robię źle, że to bardzo zle i miałem wyrzuty sumienia czasami do tego stopnia, że żonie kupywalem rzeczy do mieszkania by zaraz później wrócić do do swojego nowego domu. Po prostu chodź jej nigdy nie kochałem była moja żona i uważałem że moim obowiązkiem jest tak robić. Robiłem wszystko tylko by robić bo tak trzeba. Na dobrą sprawę nie musiałem się nawet wgl kontakowac. 

 

Inna sprawa była z relacja moja z moją żoną. Nie miała ona dla mnie żadnej wartości, chciałem żeby zniknęła ona z mojego życia. Ona jednak nie odpuszczala argumentując, że "nie po to się zenila żeby się rozwodzić" lub stwierdzając że "ma na mnie papier, ma do mnie prawa i to ona jest moja żona". Miała rację ale nie mogłem nic poradzić na to że sercem byłem przy innej. Tłumaczyłem, próbowałem przekonać, ale nie poddawała się powtarzała tylko w kółko, że "jest moja żona, a ja dupkiem bo zostawiłem ja i nie ma kto opłacać czynszu, rachunków i skręcić mebli". Sprawiło to że zrozumiałem jaka była moja rola w tym wszystkim. Ja miałem płacić i robić na wszystko. Dodam tylko tyle że mieszkanie było opłacone do przodu a ja wziąłem na siebie opłaty za raty za sprzęt i meble który wziąłem. Efekt był taki ze moja żona przy podobnych zarobkach do moich opłacała tylko czynsz za mieszkanie w którym mieszkała, a ja jej chciałem zostawić wszystko. Uważała mimo tego że ona na wszystko zapracowała i jej się należy. Nie chciała oddać moich prywatnych rzeczy, narzędzi i kłóciła się o każda śrubkę. Co mnie tylko denerowalo i próbowała mnie tym wyprowadzić z równowagi, bo uważałem że chce mnie okraść. Groziła mi że posadzi mnie o alimenty. Posadziła mnie nawet o włamanie. Wszystko to sprawiło, że z osoby której nie kochałem stała się osoba której nienawidzę. 

 

Ostatecznie wyprowadziłem się od "koleżanki" nie dlatego że chciałem czy ona chciała, ale musiałem. Tak dalej żyć się nie dało. Nie chciałem jej niszczyć, widziałem jak cierpi i chodź o tym nie wie tęsknie za nią strasznie. Nie chce żeby o tym wiedziała. Wolę żeby myślała że odszedłem, bo chciałem niż że zrobiłem to dla jej i swojego dobra. I wiem że kiedyś będę żałował że ja straciłem. Tak uważam teraz i będę uważał chyba do końca życia. 

 

Dla świętego spokoju, dlatego że nie chce już więcej awantur postanowiłem spróbować się przekonać do żony i po 3 tygodniach od wyprowadzki spędziłem z nią weekend. Czuję się przy niej jakbym był na nią skazany. Małżeństwo stało się więzieniem a ja już nie mam sił uciekać. Nie jest ona moja żona a pewnego rodzaju kątem celującym we mnie bronią i mówiącym "że jak tylko spróbujesz odejść to strzelę". Nie chcę spędzać z nią czasu, chce uciec i nie chce żeby mnie nawet dotykała. Nawet strata wkładu w mieszkanie (blisko 30 tys zł) się pogodziłem bo już nigdy tego nie odzyskam. To jest koszt za mój błąd. 

 

Problem jest jednak taki ze żona po tym wszystkim znów zaczęła się starać. Mówię znów bo zawsze tak reagowała jak wiedziała że pali się jej grunt pod nogami. Zaczęła gotować, sprzątać, szykować mi kanapki, ale mnie to już nic nie interesuje, nie chce tego, chciałem to wcześniej ale teraz już nic nie chce żeby robiła. Jest mi tylko jej szkoda jak patrzy się na mnie ze smutkiem bo chce żebym ja przytulił i był czuły a ja nie potrafię, bo wiem że popełnię błąd. Traktowałem ją jak współlokatora, obca dla mnie osobę. Nie pociągała mnie w żaden sposób i nie miałem ochoty nawet rozmawiać. Nie miałem nawet o czym. 

 

Teraz pytanie: co zrobić? Pogodzić się ze stratą pieniędzy, przygotować się na wstyd i odejść (ona już chyba sama tego chce ale nie chce tego ze względu na to co może stracić i jaki to będzie wstyd) i być szczęśliwy sam lub próbować kiedyś ratować to na czym mi zależało? Czy jednak machnąć ręka i dla świętego spokoju zostać, przyzwyczaić się i jakoś przeżyć te czas do momentu "aż śmierć nas nie rozłączy"? Para jesteśmy tak naprawdę z 5 lat a małżeństwem 1,5 roku z czego 6 mies nie żyliśmy razem. 

 

Najprościej było by wybrać opcję druga ale po wszystkim co się wydarzyło co usłyszałem po 1. Już nigdy nie będę tak na nią łożył tylko będę myślał o sobie i zrobię wszystko żeby już nigdy więcej nie mogła mi powiedzieć że cokolwiek mi zabierze, cokolwiek na co ciężko pracowałem po 2. Teraz juz napewno jej nie pokocham, nie mam ochoty nawet na nią patrzeć, rozmawiać z nią i przyłapuje się na wysłaniu jak najmniej spędzać z nią czasu 3. Być może skrzywdzę ja (ona o tym wie ale akceptuje ryzyko) po raz koleiny gdy będę miał okazję odejść a poza tym nie będzie miała 100% męża w domu tylko kogoś kto bez miłości pilnuje żeby miała co jeść, co ubrać i będzie starał się zrobić jej jak najlepsze warunki życiowe wynikające z obowiązku małżeńskiego. Wszystko właśnie się rozchodzi o rozwód. Gdyby była tylko moja narzeczona lub co lepsze dziewczyna odszedł bym już dawno, bo jie czuł bym tego obowiązku. 

 

Co czynić??

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Właśnie obejrzałem, nawet nie zdawałem sobie sprawy, że takie coś istnieje. Myślałem że moj przypadek jest dziwny i nielogiczny, ale jednak okazuje się że to się wydarza częściej niż myślałem. Faktycznie w coś takiego wpadłem już dawno (nr 1.) a o sytuacji nr 3 czytałem. 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Na początku dzięki za odpowiedź. Każda się liczy i takze daje do myślenia. 

Odnosząc się do "Wg mnie na tym polega właśnie miłość a nie na emocjach. Emocje można wywołać. Kto nie lubi jak się o niego/nią dba? Która kobieta nie lubi prezentów, kwiatów, perfum, romantycznych kolacji, wspólnego filmu itd? Ślubujemy w końcu miłość. " Masz rację, na tym właśnie polega miłość. Tylko według mnie również ważne jest to z jakich pobudek to robisz. Jeżeli zachowujesz się tak tylko, dlatego, że naprawdę chcesz żeby osoba z którą jesteś była szczęśliwa a jej życie wyglądało jak najlepiej myślę, że nie ma o czym rozmawiać. Inna sprawa jest, gdy robisz coś "bo tak trzeba, wypada, bo nie chcesz żeby inni mieli o tobie zła opinie", czyli w skrócie robisz coś, bo musisz, a nie ze chcesz. Obowiązki "męża" są jasno określone w prawie i społeczeństwie. A z tych obowiązków starałem się zawsze wywiązywać. Przykład głupich kwiatów. Super jeśli chcesz je wręczyć swojej ukochanej tylko po to żeby zobacz uśmiech na jej twarzy, a nie bo twoja kobieta Ci mówi "patrz, a chłopak/mąż Kaśki czy Baski kupił jej kwiaty od tak" i ty żeby nie być gorszym  i dla świętego spokojuteż to zrobisz. Chodź sam już zacząłem się w pewnym momencie zastanawiać czy ja może tak tylko myślę że to jest nie normalne, a tak naprawdę wszyscy tak robia. 

Tak już wtrącając, może źle uważam, ale chyba normalnym schematem jest to, że zarówno mężczyzna kobiecie jak i kobieta mezczyznie próbuje sprawić przyjemność różnymi zachowaniami. I każdy chyba dobrze wie, że nie trzeba tak naprawdę wiele. Mezczyznie wystarczy głupi obiad który wie że jego partnerka zrobiła dla niego najlepiej jak potrafi a nie na odwal się, a kobiecie ze facet dał jej ulubione czekoladki i tym samym pokazał że pamięta o niej i przede wszystkim ja zna i wie co lubi. 

"Wydaje mi się, że często popełniamy błędy, bo traktujemy nasze żony jakby potrzebowały naszej opieki" 

Tutaj akurat Ci się nie wydaje, ale czym jest to spowodowane? Myślę, że w dużym stopniu samym podejściem kobiet do partnera życiowego. Pokazywanie mu na każdym kroku, tak jak u mnie, że do wszystkiego go potrzebuje chociaz w małym stopniu. Wychodzeniem z założenia, że to facet zrobi coś lepiej, szybciej, sprawniej i że to on jest od wychylania się na pierwszy front. Nigdy (aż do momentu gdy spotkałem "kochanke", ty mnie m.in. urzekła) nie znałem tego. Zawsze wychodziłem z założenia, że ja "jako facet" chodź bym miał paść na tzw. "mordę" powiniem coś zrobić i spełniać każde życzenie. Przykładowo: są rzeczy, które wiesz ze twoja partnerka jest w stanie załatwić, a udaje że nie potrafi. Z czasem w to wierzysz, np. W to że nie potrafi załatwić hotelu na wspólny weekend, że nie potrafi czegoś prostego zrobić w ms office (chodź mówisz że znalezienie na to odpowiedzi w Google trwa 2 min). I z czasem człowiek zaczyna się godzić ze swoją rola. Dopóki tak jak ja niestety dowie się ze można inaczej, że mega przyjemnością jest usłyszeć od kogoś "wiedziałam, że dzisiaj masz dużo na głowie i że była akurat przy okazji obok to załatwiłam coś tam gdzieś tam". Normalnie to moja żona by na mnie czekała aż przyjadę i pojedziemy "razem". Tlumaczono mi nawet że to normalne, bo "chce ze mną spędzić jak najwięcej czasu". Serio?

A co ja zrobiłem żeby ratować nasz związek (bo małżeństwo także jest związkiem)?

Po 1. Przed i w trakcie ślubu próbowałem rozmawiać. Zacząłem od sugerowania, efekt mizerny, przeszedłem do mówienia wprost co nie pasuje nad czym trzeba popracować, relacja typu "ok ok, rozpatrzymy twój wniosek". Z czasem zaczęło się unoszenie (nie jestem z tego dumny). Jedyne co działo, bo wtedy uznawała, że "robi się gorąco i on już się wkurzył". Efekt na 2 dni. Z czasem i to przestało działać. I to trwało już od 2-3 lat czyli przynajmniej 1,5 roku przed ślubem. Głupi byłem że chodź wiedziałem o tym to ludzilem się, że będzie lepiej i wreszcie "coś ruszy" 

Po 2. Informowanie, że nasz związek za niedługo się wykolei, bo z miesiąca na miesiąc coraz bardziej się od cb oddałam, coraz bardziej jest mi obojętne co czujesz itd przez to że na mnie takze się zwraca uwagi, a ja już wszystko robię mechanicznie. Efekt? "COŚ trzeba zrobić". Dochodziło do nawet takich tekstów jak "ja się czuje jakbym był z kobietą po 30-sce i już 10 lat w małżeństwie, normalnie mam już dosyć, to jest wszystko bez sensu. Informuje Cie, ze jak tak dalej będzie i będziemy tak sb żyli w dwóch różnych światach to się zdenerwuje i odejdę, albo co gorsza znajdzie się inna która mnie zrozumie (wykrakalem)"

Po 3. Jak już się pod tyłkiem paliło tak konkretnie i juz oznajmiłem, że ja te małżeństwo pi#$&le wybraliśmy się do terapeuty dla par. Tam za 250 zł mieliśmy dla siebie 50 minut. Ja nie owijalem w bawełnę i mówiłem wszystko jak leci stwierdzając że szkoda mojego czasu i pieniędzy na ukrywanie czegokolwiek, a żona w tym czasie patrzyła się na mnie jak na idote i próbowała mimo wszystko wybielić całą sytuację. Terapeuta stwierdził, że "trzeba ze soba rozmawiać, pielęgnować związek i znaleźć jakiś wspolny język" dodając "że on nas nie nakieruje na siebie jedynie możne wskazac drogę która możemy a która być może narazie nie widzimy". Spotkanie zakończył słowami że "trzeba poswiecic kilka/kilkanaście sesji po 250 zł każda". Stwierdziłem za to że ja takie coś mam gdzieś, bo mówienie mi rzeczy oczywistych za 250 zł za 50 minut to nie dla mnie. 

Po 3. W pewnym momencie stwierdziłem że to może ze mną cos jest nie tak, że przecież może tak to wygląda. Starsi ludzie żyją razem, co prawda często w dwóch różnych pokojach i jakoś żyją, może coś ze mną jest nie tak i po prostu wystarczy się przyzwyczaic. Tutaj także spróbowałem, nie wyszło kompletnie, każdego dnia do domu wracałem na siłę i szukałem tylko wymówek żeby nie wracać za szybko. Siedząc codziennie stwierdzałem że to wszystko bez sensu. Tylko marnowanie czasu. 

Gdy już było tragicznie do tego stopnia że nie wiedziałem co z sb zrobić i żyłem na granicy (zresztą dalej żyje) tego co chce i czuje a tego co POWINIENEM chcieć i czuć zadzwoniłem na telefon zaufania. Poswiecilem ponad godzinę tylko po żeby ktoś mógł spojrzeć na wszystko z innej strony, tej neutralnej. Pomogło? Pomogło w jakimś stopniu. Uświadomiłem sobie, że nie można wszystkiego ze sb łączyć i wrzucać do jednego wora, a problem należy analizować i rozwiązywać etapami, nie na gorąco, że "co nagle to po diable". 

Postanowiłem zatem zapisać się do prywatnego psychologa, który uznawany jest za naprawdę dobrego. Początkowo uznawałem, że nie jest mi, aż tak potrzebny głównie przez terminy jakie były obecne (2-3 mies). Uznałem że jakoś sam sb poradzę, teraz jednak doszedłem do wniosku, że nie. Muszę się umówić chodźby nie wiem co by nie podjąć złej i pochopnej decyzji. Co to da? Dowiem się za miesiac ale mam nadzieję że chociaż uspokoi to mój umysł. 

"Mówisz o rozwodzie. Rozmawiałeś z prawnikiem? Wiesz jak wygląda sytuacja w tym temacie?" 

Tak, byłem kilkukrotnie. Dla prawnika sprawa jest prosta, raz dwa i po problemie. Wyjaśnił mi jakie są kroki, koszty, jak to czasowo wygląda itd. Wówczas cała procedura i koszty mnie przeraziły. Uznałem, że jeszcze może zaczekać i zobaczy się. Teraz? Teraz jestem coraz bardziej skłonny przez to przejść dla własnego komfortu psychicznego. Byle już mnie własną żona nie zastraszała ze wszystko mi zabierze, że będzie robiła mi pod górkę na każdym kroku gdy będę chciał kiedykolwiek odejść. Serio. Już dla samego komfortu psychicznego, bo akt małżeństwa stał się aktem własności mnie. Tak się czuje, a moja żona stała się dla mnie nie osoba z którą chce być a okupantem i katem, który na każdym kroku próbuje Cie informowac że masz pecha i odejść tak łatwo nie da. Małzenstwo stało się więzieniem a nie ostoją. Chodź głupi byłem mylsac że da mi kiedykolwiek odjeść mając na mnie papier jak odejść mi nie dała gdy go nie miała. Dałem jej narzędzie władzy i tego sb wybaczyć nie mogę. 

I wiem, że powiniem doceniać, że ze mną jest pomimo mojego wyskoku, a ja powiniem żałować. Tylko problem jest taki że nie żałuję samego wyskoku lecz tego że zrobiłem to dając jej tym samym narzędzie do zastraszania mnie, bo sam jej o tym powiedziałem mając nadzieję że to ja skłoni do zgodzenia się na rozwod. Jednak i to nie poskutkowało. Teraz efekt jest taki, że denerwuje się, że jestem chodź mnie emocjonalnie mnie nie ma i nie czuję się kochana. Naprawdę chciałem żeby to ona złożyła ten pozew i naprawdę już było mi bez różnicy czy z mojej czy nie mojej winy. Byle tylko nasze drogi się rozeszły i już nigdy nic nas nie łączyło. Ona jednak stwierdzała na każdym etapie "że to tylko emocje i wie na co się pisze, ale da radę za nas dwóch" i "że wy faceci zawsze wracacie". Owszem wracają, ale jak chcą i żałują że odeszli. Problem jest taki że mi ani do powrotu ani tym bardziej do żałowania. Siedziec to ja mogę jak juz dla świętego spokoju i czekać aż "śmierć nas nie rozłączy", bo już serio uznałem, że nigdy się z tego nie wymiksuje. Wiem, okropny jestem ale nie mam już sił udawać że jest inaczej. Jedynie co, jak już mówiłem, żałuję że dałem jej dodatkowe narzędzie do zastraszania mnie. I przez to nie mogę spać obok niej, bo dla mnie wpewnym sensie stała się wrogiem i problemem. A nienawiść (bo inaczej tego nazwać nie potrafię) spowodowana tym że jestem jej więźniem i co bym nie zrobił to zawsze będzie źle sprawiła że jeszcze bardziej nie chce jej widzieć. 

 

 

 

 

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@nostromo Jakbym ja tylko wiedział o co chodzi, ale fakt: nie jesteś pierwszy, który na to zwrócił uwagę i faktycznie wygląda to jak misja "przeżyć małżeństwo". Głowiłem się nad soba wiele raz, rodzina już się mnie pytała nawet "w czym mi status męża przeszkadza jak chce odejść". Szczególnie że oni nie do końca pochwalają tego pomysłu. Związane jest to z tym, że u nas w rodzinie nigdy nie było takiej sytuacji a małżeństwa "trwają" pomimo setki znaków na niebie ze powinno to się zakończyć już dawno. Na wszystko zawsze było przymykane oko (i nie mówię tu o sprzeczkach) i zawsze mogło być okropnie w domu, mogli się próbować nawet i zabić, ale podstawa było żeby poza domem udawać najszczesliwsza parę na świecie. U mnie w rodzinie chyba wystąpiły już wszystkie powody z listy powodów rozpadu małżeństwa,  a mimo wszystko nadal to się kręci. Jakby najważniejsze było "przeżyć" za wszelką cenę :)

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Anonim1995 W tym trwaniu mimo przeszkód i problemów jest jeden wielki plus. Pewność, że druga osoba jest z nami we wspólnej inwestycji "rodzina" i daje nam przeżycie oraz zmniejsza do minimum dramat podziału majątku. Jeśli wspólnota majątkowa jest taka, że jedna osoba nie może wykupić drugiej to moim zdaniem zaczyna się niesamowity problem przetrwania (utraty wniesionego majątku), wtedy człowiek jest skłonny iść na wiele ustępstw, które są możliwe jeśli małżeństwo trwa. Natomiast sytuacja, że dosłownie cokolwiek może wywołać burzę, spakowanie się współ-małżonek i rozwód jest bardzo stresująca/niepewna. Raczej skłania do zachowania dużego dystansu w związku i ciągłe myślenie bardziej o sobie niż o "my", i robieniu backupu.

Podział majątku to chyba nie jest wasz problem, z tego co zrozumiałem jesteście dość niezależni finansowo. Więc ten trop jest raczej chybiony.

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

 Opisales sytuacje.dosc dokladnie.. Jak.dla.mnie to.dosc dziwny "uklad". Rozumiem, ze dbasz o zone, to dobrze.o Tobie swiadczy, ale uwazam, ze zwiazek dwoje osob jeszcze do tego.doroslych chcacych razem isc przez zycie, powinien zawierac udzial obydwojga, a nie tylko jednej strony. A przeczytalam Twoje.wpisy i odnosze wrazenie, ze Ty robisz wszystko, a Twoja zona nic. Jesli jeszcze chcesz probowac, idz do.psychologa. jesli natomiast czujesz, ze nie.dasz rady, skladaj.papiery o.rozwod, bo w koncu skonczysz z depresja albo bedziesz regularnie zdradzal zone. 

Bo jak w takim "ukladzie" stworzyc rodzine? Jak.wychowac dzieci? One beda braly z Was przyklad. A jesli nie ma tej milosci.miedzy Wami, wzajemnego szacunku, to.wybacz, ale dla.mnie to nie.ma sensu. Gorzej z tym wkladem finansowym, tu bedziesz stratny. 

Co do.rodziny.. Troszke wiem jak to wyglada, ale to.Twoje zycie. A ludzie zawsze beda gadac, po jakims czasie znajda sobie inny temat do omowienia. Jesli nie.rozumieja dlaczego chcesz sie rozstac z zona, to.im.spokojnie opowiedz co nie co na temat jak wyglada Wasze malzenstwo. 

Twoj "skok w bok" nie wyglada najlepiej, i szkoda, ze wszyscy o.tym wiedza, ale.jesli juz zerwales z ta dziewczyna i.minal jakis czas, to chyba nie powinno Ci to juz robic problemow? 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@nostromo Ogólnie do całej sytuacji staram się podchodzić bez emocji i rozsadkowo, patrząc na to jakby z boku, ale nie zawsze potrafię. Dlatego nie mam problemu z mówieniem jak się serio rzeczy mają, a nie robić jakąś przysłonę faktów jakie są.

Największym problem, z którym chyba juz sobie poradziłem to lawirowywanie między tym "co się powinno" a tym "co się chce". Potrafiłem jednego dnia mówić to co inni chcą usłyszeć zyskają wtedy sobie spokój, a drugiego dnia mówić to co serio chciałem powiedziec. Efekt był taki, że wszystko co powiedziałem było wykorzystywane przeciwko mnie. I faktycznie momentami podchodziło to pod depresje, bo człowiek wolał już nic nie mówić.

Z czasem nauczyłem się po prostu nie odpowiadać "tu i teraz" np na teksty typu "masz mi powiedzieć tu i teraz co masz zamiar" i nie dając się wyprowadzać z równowagi. 

Z tym backup'em masz święta rację. Człowiek zyjac z kimś uważa, że wszystko co robi i na co ciężko pracuje jest jego. W takiej sytuacji jak opisywana wychodzi, że jednak nie. Nic nie jest jego, a małżonka tak naprawdę może zabrać ci wszystko sprytnie kombinując. 

Siła rzeczy na ten moment ja nie myślę już "o nas", tylko ciągle (mimowolnie) myślę jak tu zrobić, żeby już nigdy nie usłyszeć, że cokolwiek mi zostanie zabrane. Skończyły się inwestycje, prowadzenie wspólnych finansów itd. Nie potrafię dalej robić jak robiłem wiedząc o tym, że w ciągu chwili można wszystko stracić. 

Co do majątku to fakt, nie ma nawet za bardzo co dzielic, bo w porównaniu z innymi w moim przypadku są to groszowe sprawy. Boli ewentuala strata, ale już się z nią pogodziłem. 

Żona zarabia podobnie do mnie ale różnica jest taka, że ona ma tylko połowę swojego zarobku na papierze a resztę pod tzw "stołem". Co też zaznaczyła. Poza tym przez mój "wybryk" było już sugerowane, że alimenty się będą należeć. Więc lekko nieprzyjemna sytuacja :)

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Marcin12345 Nie wiem czy to jest szantaż czy co, ale ja tak to po prostu odebrałem. Może sobie wmowilem ale serio zacząłem uważać, że to nie akt małżeństwa tylko akt własności. Przytoczę kilka cytatów jakie przez ostatnie miesiące usłyszałem:

- "Jestem twoja żona i mi się należy" 

- "Poszedłeś sobie w cholere a mi nie ma kto lustra zawiesić i czynsz jest do zapłaty (wcześniej wszystko ja opłacałem)" 

- "Tu jest twój dom i tutaj powinieneś być. Nie po to wychodziłam za mąż żeby teraz siedzieć sama" 

- "Gdzie ty masz pieniądze? Pamiętaj, że nie mamy rozdzielności i twoja wypłata jest także moja, a ukrywanie dochodów źle dla ciebie się skończy" 

-"Chcesz się rozwodzić? Proszę bardzo, idź, złóż pozew a ja będę w nieskończoność się odwoływać. Będzie to trwało miesiącami, ale jak chcesz. Jak wolisz to zamiast spróbować" normalnie" żyć to już twoja sprawa. Ja się z tobą nie będę cackala"

-"Patrz jakie są obowiązki i prawa w małżeństwie, więc mi się należy to i tamto" 

-"Jak wolisz odejść i wszystko zostawić, bo to twoje kredyty, ale rzeczy są już wspólne, to proszę bardzo. Jak jesteś taki głupi i wolisz iść zamiast normalnie żyć twoja sprawa" 

-"Oddawaj akt małżeństwa, zrób sobie odpis, bo ten jest mój" 

Żeby było smieszniej informowałem żonę, że nie tędy droga, bo przez te gadanie zaczynam traktować ją jak wroga i na cel obiorę sobie nie "normalne" życie tylko jak tu wygrać ta "wojnę" i pokazac że nie jestem jej własnością. 

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Kolezanka.@Kolezanka. 

Facet w związku ma jakieś obowiązki i chcąc nie chcą starałem się z nich wywiązywać. Zresztą nadal próbuje, chodz już mi to coraz gorzej wychodzi, a one tylko sugerują że coś jeszcze można uratować, bo "przecież się stara". A to wykonywanie tylko swoich obowiązków jakie mam wobec niej.

Oczywiscie skłamałbym jeśli powiedziałbym że byłem i jestem idelanym partnerem, bo opieka fizyczna to jedno, ale czasami były rzeczy których sam nie umiałem przeskoczyć i miałem już po prostu "wywalone" na ten zwiazek i tyle. 

Z żoną było, jest i będzie tak już chyba zawsze. Od zawsze jak się "pod pupa paliło" to był moment otrzeźwienia i myśl "ooo źle się dzieje". Jak już wszystko wracało na właściwe tory to znów stagnacja i "jakoś sobie tam leci". Jakby pchać wózek nazywany związkiem, ale w taki sposób, że raz popchasz, niech leci a dopiero jak się zaczyna zatrzymywać to reagujesz i pchasz go ponownie. Płynności nie było i nie będzie. Wiem o tym i w "wielka zmianę" nigdy nie uwierzę. 

Teraz jest podobnie: padło słowo "rozwod". Pierw płacz, lament itd a później rozpęd: robienie wszystkiego co powinno być do zrobienia. Nagle chęci do rozmowy, samodzielność, nagle wszystko potrafi sama zrobić (a ja głupi myślałem że nie potrafi) i tak będzie leciało aż się znów nie uspokoi.

Doświadczenie po prostu. Rodzina mówi "patrz, zmieniło się, stara się" a ja chodź bym chciał to w to nie uwierzę, wróci wszystko na stare śmieci jak będzie już spokojniej. Zresztą w dużej mierze jest to robione po to żeby mieć dodatkowy argument podczas ewentualnego rozwodu, bo będzie "nie wiem o co mu chodzi, przecież było dobrze". 

Ogólnie szlak mnie trafia z tym że jestem z nią związany aktem małżeństwa. Naprawdę. Jakby nie on to byłaby inna gadka, normalnie bez tego to chcesz ratować to ratujesz, nie to odchodzisz. Będąc małżeństwem twoim psim obowiązkiem jest próbować i nie jako pewne zachowania wymuszac na sobie. Nie odchodzisz jak człowiek tylko musisz sobie zrób i fundamenty pod to jak coś. W skrócie: uciekasz.

I tak naprawdę (zresztą żonie to samo powiedziałem) kompletnie inaczej by do tego podchodził wiedząc że żaden papier, sąd czy prawnik nie będzie mi mówił co zrobiłem dobrze, co złe, co muszę a czego nie, nie będzie mnie rozliczał ze wszystkiego. Pierwsze na ten moment jest prawo i ustawa o wychowaniu w rodzinie a nie fakt czy serio widzisz jakąś szanse na życie. 

Bo w sumie to można i zrobić dziecko, bo ustawa tak przewiduję że taki cel jest małżeństwa. A ja np na ten moment kategorycznie nie, chodz wiele osób już sugerowało mi że to czas. A ja postanowiłem że sam będę ustala kiedy co należy 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Marcin12345
 

Cytat

Co wy z tą misją? Jaka misja? To kobieta sama nie potrafi się ogarnąć?

Nie bez powodu używam słowa misja, bo wydaje się bardzo adekwatne. Chodzi o to, że na podstawie wieloletnich obserwacji doszedłem do wniosku, że niektóre osobniki mają plan jak za pomocą innej osoby osiągnąć własne cele. Przykładowym celem jest dziecko + pewne zasoby finansowe. Po osiągnięciu celu są w stanie "olać" partnera lub się go pozbyć i korzystać ze swojego dobrostanu. Znam przypadek, że kobiecie udało się uzyskać mieszkanie, dziecko i niezłe alimenty, a teraz walczy o zakaz widywania się ojca z dzieckiem. Po narodzinach dziecka pokazała swoje prawdziwe oblicze. Takich przykładów pewnie można by mnożyć. Być może przesadzam, bo idąc tą drogą człowiek zakłada prawdopodobną złą wolę drugiej osoby. A na tym to chyba się związku nie zbuduje? 😕

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Marcin12345 @Anonim1995

Jeśli chodzi o te cytaty to znam sprawę sądową (wygraną), która w większości była oparta o cytowanie co kto powiedział. Dzięki temu pokrzywdzony wyjaśnił szybko o co chodzi, jaki był przebieg konfliktu i decyzja sądu była szybka. Więc warto jednak dokumentować co się dzieje. A po tych cytatach to widać, że macie konflikt interesów tj. jawne dość bezczelne okazywanie, że jedna że stron będzie mocno stratna, bo druga wykorzysta swoje prawa a nawet uniemożliwi osobie pokrzywdzonej wyjście z tej sytuacji.

Przyznaję, że po przeczytaniu tych cytatów instytucja małżeństwa jawi się jako patologiczny stan prawny, narzędzie szantażu i życiowa pułapka. Podsumowując, zacytuje klasyka "no tak średnio bym powiedział".

 

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach
12 godzin temu, Anonim1995 napisał:

 

Facet w związku ma jakieś obowiązki i chcąc nie chcą starałem się z nich wywiązywać. Zresztą nadal próbuje, chodz już mi to coraz gorzej wychodzi, a one tylko sugerują że coś jeszcze można uratować, bo "przecież się stara". A to wykonywanie tylko swoich obowiązków jakie mam wobec niej.

@Anonim1995

Facet ma obowiazki, ale i kobieta ma.obowiazki.

Wczesniej pisales o terapii.malzenskiej. Jesli.sam pojdziesz do.psychologa, moze.sprobuj do jakiegos tanszego, pomoze.Ci a i w razie czego w sadzie bedziesz.mial.dowod, ze cos.sie dzialo.  

12 godzin temu, Anonim1995 napisał:

 

Ogólnie szlak mnie trafia z tym że jestem z nią związany aktem małżeństwa. Naprawdę. Jakby nie on to byłaby inna gadka, normalnie bez tego to chcesz ratować to ratujesz, nie to odchodzisz. Będąc małżeństwem twoim psim obowiązkiem jest próbować i nie jako pewne zachowania wymuszac na sobie. Nie odchodzisz jak człowiek tylko musisz sobie zrób i fundamenty pod to jak coś. W skrócie: uciekasz.

I tak naprawdę (zresztą żonie to samo powiedziałem) kompletnie inaczej by do tego podchodził wiedząc że żaden papier, sąd czy prawnik nie będzie mi mówił co zrobiłem dobrze, co złe, co muszę a czego nie, nie będzie mnie rozliczał ze wszystkiego. Pierwsze na ten moment jest prawo i ustawa o wychowaniu w rodzinie a nie fakt czy serio widzisz jakąś szanse na życie. 

Bo w sumie to można i zrobić dziecko, bo ustawa tak przewiduję że taki cel jest małżeństwa. A ja np na ten moment kategorycznie nie, chodz wiele osób już sugerowało mi że to czas. A ja postanowiłem że sam będę ustala kiedy co należy 

I tu widze, ze chyba faktycznie jest problem w tym "co chcesz" a tym "co.powinienes". Jesli juz chcesz ratowac to malzenstwo dla swietego spokoju i obowiazku, to moim zdaniem.albo sie poswiecasz dla tego.malzenstwa, wezmiesz to na barki i jakos bedziesz zyl z tym, albo jeszcze ratuje Was terapia, tylko jak wczesniej pisales, trzeba troche kasy i czasu poswiecic. 

Jesli chodzi.o.dziecko, tak.masz racje, malzentwo ma.na celu.splodzenie dzieci, ale ustawa sobie a ludzie sobie. I tu sie ludziom nie dziwie ani Tobie, ze nie chcesz. 

Wrocilam do Twojej pierwszej wypowiedzi, i widzisz tam opcje zycia z ta dziewczyna, ale pod pewnymi warunkami. Jesli.jestes gotow sie tak poswiecic, musisz jasno.postawic te warunki. Tak, aby zrozumiala i to do niej dotarlo. Obydwoje lozycie na to Wasze malzenstwo i zycie, skoro zarabiacie podobnie nie widze problemu w tym, albyscie sie dzielili obowiazkami finansowymi, a takze tymi.w domu. Ja rozumiem, ze prace ciezsze sa przeznaczone dla panow, ale ja sobie nie wyobrazam, ze moj maz pracuje jak.wol a ja.siedze i grzeje tylek. I.obawiam sie, ze jesli sie nie.postawisz to nic nie zyskasz na tym. Jesli.masz.mozliwosc gdzies sie wyprowadzic (tylko nie do zadnej kolezanki) to.smigaj, i do.psychologa. Albo sie uratuje, albo rozleci. 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach
7 godzin temu, nostromo napisał:

@Marcin12345
 

Nie bez powodu używam słowa misja, bo wydaje się bardzo adekwatne. Chodzi o to, że na podstawie wieloletnich obserwacji doszedłem do wniosku, że niektóre osobniki mają plan jak za pomocą innej osoby osiągnąć własne cele. Przykładowym celem jest dziecko + pewne zasoby finansowe. Po osiągnięciu celu są w stanie "olać" partnera lub się go pozbyć i korzystać ze swojego dobrostanu. Znam przypadek, że kobiecie udało się uzyskać mieszkanie, dziecko i niezłe alimenty, a teraz walczy o zakaz widywania się ojca z dzieckiem. Po narodzinach dziecka pokazała swoje prawdziwe oblicze. Takich przykładów pewnie można by mnożyć. Być może przesadzam, bo idąc tą drogą człowiek zakłada prawdopodobną złą wolę drugiej osoby. A na tym to chyba się związku nie zbuduje? 😕

 

@Marcin12345

Ja tez widzialam takie akcje, i sie bardzo dziwie, ze ludzie tak.potrafia postepowac., czesciej oczywiscie kobiety.  Zazwyczaj mierzymy innych swoja miara, i jak.czlowiek.jest szczery i uczciwy to mysli.ze ta druga polowka tez taka.jest. I tu sie.zastanawiam, czym.ludzie sa tak zaslepieni. I czy naprawde sie.nie poznali tak dobrze? 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Panie i Panowie, 

Decyzja została podjęta. Czy będę ją żałował czy nie czas pokaże. Zapewne i tutaj opiszę efekty tego wszystkiego. 

Chodź żona ogólnie na ten moment nie jest okropna kobieta, bo starała się żeby wszystko było teraz w porządku niestety przepaść emocjonalna jaką powstała między mną a nią (z mojej strony) jest zbyt duża by dalej w tym wszystkim tkwić.

Pewnych zachowań, rozmowy, zrozumienia i popatrzenia na mnie z innej perspektywy potrzebowałem kilka lat temu. Gdy po pierwszym rozstaniu z moja żona wróciliśmy do siebie był jeden warunek: gdy coś się będzie działo, gdy będziemy się od siebie oddalać mówimy sobie o tym, reagujemy a problemy rozwiązujemy na bieżąco. 

Ja osobiście uważam, że wywiązałem się z tej umowy. Reagowałem i informowałem, że "coś idzie nie w tym kierunku co trzeba i czuje się z tobą jak z obca osoba". Już wtedy związek zaczynał się sypac. Teraz zostało po nim tylko gruzowisko. A teraz to ja już nie mam najmniejszej ochoty rozmawiać, doceniać staran i próbować kochać, gdyż znam ja z innej strony, a na samym małżeństwie się zawiodłem.

Moja miłość do niej zaczęła się normalnie. Przygasala aż zgasła całkowicie. Stało się to jalowa powtarzalnoscia pewnych czynności i robieniem dobrej miny do złej gry. 

Tydzień przemieszkałem z żoną, chodz zdawało się być normalnie to jednak jakbyśmy byli osobno. Próbowałem się zaangażować, rozmawiać, śmiać się. Graliśmy nawet w gry planszowe, ale myśl że jestem tu tylko dlatego że w sumie nie mam wyboru sprawiała ze żyliśmy obok siebie. 

Były normalne rozmowy na tematy światowe by za 5 minut przejść do kłótni o to że dogryza mi z powody tamtej drugiej czy że względu na to że przebywałem u rodziny zamiast od razu wracać do "domu". Próbowała mnie wyprowadzać z równowagi by na sam koniec powiedzieć "proszę, niech cie sąsiedzi slysza to będę miała świadków że się awanturujesz". 

Próbowałem normalnie rozmawiać i tłumaczyć, że nic chyba z tego nie będzie. Zakanczalo się to agresja słowna w moim kierunku, więc milczałem. Później próbowałem ponownie, nawet do tego stopnia, że chciałem po prosto siąść, dogadać sie, powiedzieć że wszystko co tutaj jest spłacę i zostawię a do winy się przyznam tylko nie szarpmy się już o ten związek bo jest tylko gorzej. Powiedziała że "nie i koniec. Nie odpuści sobie tego i jak ma być rozwod to z podziałem majątku, orzekaniem o winie, świadkami i będzie się ciągnął miesiącami". Tlumaczylem że to bez sensu, szkoda nerwów, czasu i przede wszystkim pieniędzy na adwokatów, że nie jest to warte tego wszystkiego, a jesteśmy jeszcze młodzi i również ona znajdzie sobie kogoś kto będzie ja doceniał i kochał, a tak napewno będzie jak będzie o niego dbała. Powiedziała nie i koniec. 

Temat odszedł i jakby nigdy nic wszystko wróciło do normy, bo spokój był zawsze dopóki ja siedziałem. Próba odejścia kończyła się awantura. 

I naprawdę ja już może głupi jestem czy co, ale: jaki sens jest walczyć o związek w którym tylko jedna strona kocha, angażuje się i chce trwać a druga po prostu jest. Przecież to tylko niepotrzebne robienie sobie krzywdy i odwlekanie wszystkiego w czasie. 

Zresztą nawet sam jej powiedziałem, że ja będąc z nią niesiwaodmie będe ja krzywdził bo nie dam jej tego co powinna dostawać kobieta od mężczyzny, a gdy nabiorę znów sił i nadąży się okazja znów będę próbował uciec ale przygotuję się do tego o wiele lepiej. Zero reakcji. 

Dzisiaj ponownie odbyła się burzliwa rozmowa gdzie w najlepszym momencie gdy miałem wyjść drzwi zostały mi zablokowane. Uslyszalem mimo tego że mam już dzisiaj nie wracać. Zatem pojechałem do rodziny co nie do konca spodobalo się mojej żonie. Zadzwoniła do mnie po kilku godzinach ze spokojnym głosem z pytaniem kiedy będę. Gdy odpowiedziałem delikatnie że dzisiaj nie przyjadę bo nie chce wstąpił w nią jakiś demon. Zaczęła krzyczeć że nic nie dostanę, że drzwi są zamknięte a wszystkie moje rzeczy (w tym do pracy) odda mi jak uzna to za stosowne i to koniec, że jestem ch*#3m bo ona dała mi szanse a ja z niej nie korzystam i że pożałuję swojego zachowania. Wyprowadziła mnie z równowagi do tego stopnia, że własną rodzina zaczęła się mnie bać i chcieli dzwonic na pogotowie, bo nie umiałem się uspokoic. Zacząłem się dusić jednocześnie płaczac. 

Moja siostra zadzwoniła do mojej żony żeby się uspokoiła i dała mi moje prywatne rzeczy, szczególnie te do pracy. Została za to wyzwana i poinformowana ze ma się nie wtrącać. 

Dostałem wiadomość że ciuchy są do odebrania u moich teściów. Nie pojechałem po nie, bo wiem że to cwane zagranie i jakbym pojechał skończyło by się to próba wyprowadzenia mnie z równowagi i zwabieniem mnie na posesję by później zadzwonić na policję i zgłosić wtargnięcie i awanture rodzinna. Teściowie i żona próbowala mnie już kiedyś zgłosić na policję że "włamałem się im do domu" gdy oficjalnie przyszedlem po kilka swoich prywatnych rzeczy. 

Po tym wszystkim stwierdziłem, że to już definitywny koniec. Nie mogę być z kimś z litości i strachu zarazem. Nie mogę. Nie mogę być z kimś kto z aktu małżeństwa robi akt własności, kimś kto mnie zastrasza, próbuje wyprowadzać z równowagi by "jakby co" miec na mnie haka. Być z kimś kto chce słyszeć tylko to co chce usłyszeć a niewygodna prawda kończy się awantura badz płaczem który ma wzbudzić we mnie litość. 

Jest mi jej szkoda, bo zapewne nie chciała żeby tak się to zakończyło, chciała normalnego życia, ale myślę że ona mnie nie kocha tylko ma swego rodzaju jakiś fanatyzm na moim punkcie. Już inaczej nie mogę sb tego wytłumaczyć. Jestem tym wszystkim zmęczony. 

Jeszcze jakby tego było mało nie dużo później dowiedzialem się ze "koleżanka" która, wszystko na to wskazuje, "kocham" i do dziś nie umiem się pogodzić z myślą, że to nie ona jest moja żona za 4,5 h wylatuje za granicę by zapomnieć o mnie, relacji jaka nas łączyła i "zacząć nowe życie" co oznacza tylko jedno... Już nigdy jej nie zobaczę, kontakt się urwie na zawsze, a ja zostanę z wyrzutami sumienia że dałem jej odejść. 

Czas leci a ja w głowie mam tylko głupie myśli, by mimo wszystko nie dać jej odlecieć, ale pomimo tego że coś do niej czuje a ona do mnie, nie chce by przeze mnie cierpiała, przez tą całą sytuację. Pragnę dla niej świętego spokoju i chce żeby była szczęśliwa, czy ze mną czy beze mnie. Z drugiej jednak strony wiem że będę sobie pluł w brodę do końca życia, że dałem jej odejść. 

Ogólnie dzisiejszy dzień był bardzo dynamiczny i wszystko wskazuje na to, że jeszcze się nie kończy :( bo chodź walcze teraz z sobą, próbuje się uspokoic i myśleć racjonalnie to nie wiem czy głupi (lub nie) nie wsiądę w samochód i nie pojadę na te lotnisko... Chociażby po to żeby zobaczyć jak odlatuje i emocjonalnie się pożegnać... 

Najlepsze jest w tym wszystkim, że wszystkie te historie jakie opisuje, jakie mam dylematy, momentami "rozdwojenie jaźni", wybieranie między dobrem a złem, między tym co trzeba a tym co się chce kiedyś uważałem za nierealne. 

Facetów którzy postanawiali odejść i jeszcze nie daj co wprowadzić się do innej uważałem za idiotow, że do zdrad emocjonalnych, odejść dochodzi od tak z dnia na dzień, a facetom nagle coś bije do łba i uważają, że "nie kochają żon".

Teraz sam jestem w tej sytuacji i wiem, że to proces, że o związek trzeba dbać na codzień. Przegapiając cokolwiek ryzykujesz. Druga osoba nie odpływa od CB z dnia na dzień. Odpływa powoli a ty nie trzymając ją za rękę ryzykujesz że odpłynie już za daleko. Dzieje sie tak nawet wtedy, gdy w twoich oczach wszystko jest ok, nie dostrzegasz pewnych faktów. Trzeba rozmawiać ze sobą, dbać o siebie, wspierać, śmiać i czasami rozumieć bez słów, bo nie zawsze druga strona potrafi wszystko powiedzieć wprost, a jej smutek zobaczysz tylko w jej oczach. Partnert to nie tylko ktoś z kim idzie się na kolację, do kina, trzyma za rączkę o wrzuca zdjęcia na instagrama. Partner to osoba do której ty, jako druga połowa związku, powinnaś z czasem mieć instrukcje i znać go pod każdym względem. Nie tylko co lubi jeść albo jaki jest jej/jego ulubiony film, ale jak się zachowuje gdy np cos go trapi, gdy jest zły, jak go pocieszyć czy jak rozmawiać. 

Seks czy rzeczy materialne jakie się zyskuje dzięki związkowi są tylko pozorne, a jedynym gwarantem udanego związku i tego że facet/kobieta nie odejdzie a tym bardziej do innej jest miłość, która przeradza się w przyjaźń... Przyjazn o tak. Właśnie to, gdy daży się druga osobę miłością i przyjaźnią to nawet w twoich oczach będzie bardziej atrakcyjna niż jest w rzeczywistości. 

A małżeństwo? To jest tylko dowód chęci życia dalej, a nie dokument który sklepia dwie osoby już na zawsze. Związek to związek a akt małżeństwa to akt małżeństwa. Jedno nie generuje drugiego. 

I szczerze mówiąc cieszę się że tu wszystko napisałem, bo w prawdziwym życiu wolę swój ból i cierpnie zamykać w sobie, walczyć sam z sobą, bo szczególnie w tych okolicznościach mówiąc cokolwiek z automatu wystawiam się na hasła typu "jesteś idiota, o co ci chodzi, tamta zapewne ci dupy dała i ci odwaliło, to ty chcesz zostawić żonę a z siebie robisz ofiarę, wiesz co? Śmieszny jesteś, będziesz żałować, a ty myslales że jak życie wygląda? Jesteś dupkiem i dnem, nie poradzisz sobie sam, jesteś żałosny i głupi" 

Dlatego lepiej nic nie mówić, lata tak dawałem radę i próbowałem teraz również, ale już nie potrafię i długo mi zajęło pogodzenie się z Ww. hasłami, zrozumienie że być może tak jest, ale nie uniknę ich w żaden sposób. Lepiej jest zagryzc zęby i jakoś przez to przejść. 

Najgorsze jest to, że te teksty leciały w moim kierunku ze strony znajomych, żony, rodziców, siostry, obcych ludzi i przez to straciłem do nich zaufanie, wolę im mówić to co chca usłyszeć niż wystawiać się na to wszystko. 

Zostało ze mną tylko dwóch przyjaciół, którzy zawsze byli ze mną i na bieżąco przedstawiali mi wszystko z wielu różnych stron, doradzali albo pocieszali. A jedyna osoba, której w 100% ufam, nie boję się powiedzieć cokolwiek, wiem że mnie zrozumie, zawsze wie kiedy coś ukrywam, czyta ze mnie jak z otwartej książki i powie mi nawet najgorsza prawdę czy coś co jest niekorzystne dla niej jest ta panna, która za niedługo mi odleci na zawsze... 

 

  • Jestem za to wdzięczny 1
Link to postu
Udostępnij na innych stronach

@Anonim1995

Widze, ze decyzja podjeta, tak wiec zycze Ci powodzenia i szczescia w zyciu, obys przeszedl czas rozwodu (mam nadzieje, ze szybkiego) na spokojnie. Nie.macie dzieci, dlugo.po.slubie tez nie jestescie, wiec tylko.o jakis.majatek sie bedziecie "bic" . 

Wczorajsza sytuacja chyba Cie dobila, ale przynajmniej wiesz z kim masz doczynienia. Po.swoje rzeczy jedz, ale kiedy sis uspokoisz Ty i Twoja zona. Z jakiego.powodu niby masz tam wszystko zostawiac . 

I odnosnie Twojej przykaciolki, jesli jestescie ku sobie, nie.zostawiaj tego ot tak, bo potem bedziesz zalowal cale zycie, a jesli sie kochacie, to.albo skrzywdzicie kolejne osoby z ktorymi.sie.zwiazecie, albo samych siebie. Moze zechce na Ciebie poczekac tam za granica az sie rozwiedziesz? Ponoc warto walczyc o milosc. 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

 @Anonim1995

Tak, są szczęśliwe związki. Nawet znam takie. Jednak po tym co ostatnio opisałeś to mój entuzjazm mocno opadł.

Oceniając z zewnątrz to mało roztropnie postąpiła Twoja żona. Miałą Cię "na widelcu", mogła zmienić kilka rzeczy i pewnie by dała radę skutecznie Cię przy sobie trzymać. Jednak wybrała chyba najgorszą formę - szantaż. Po czymś takim to może być tylko jedna decyzja, ta którą wcielasz w życie. W sumie to ułatwiła Ci życie i pomogła odpowiedzieć na pytanie które zadałeś w tytule wątku, w pewnym sensie możesz być jej wdzięczny.

Teraz jeszcze wyprostować sprawy z drugą kobietą, ale to już temat na nowy wątek.

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Prawda jest taka, że jeszcze kilka miesięcy temu, gdy padł temat rozwodu, rozejścia itd było to na na środku między "zostać" a "odjeść". Wiedzialem szanse na to, że może będzie to w jakiś sposób otrzepujac, że może ja się muszę przekonać, że wcale "aż tak źle nie jest", ze bez z niej jest jeszcze gorzej. Ze warto spróbować może od siebie chwilę odpocząć, przemyśleć i zadecydować co dalej. Jednakze przez ten czas poza moimi głupimi decyzjami z których de facto nie jestem dumny i nigdy nie będę wydarzyły się pewne inne rzeczy.

Szantaz, wyśmiewanie mnie ze sobie nie poradzę, próba nastawiania wszystkich przeciwko mnie by "mnie znaleźli i przemówili do rozsądku, że mam tu wrócić" i każda moja próba w jakiś sposób przekonania się do wszystkiego, która kończyła się blokada samego siebie na wszystko sprawiło że z każdym kolejnym tygodniem coraz bardziej przybliżalem się do decyzji o" odejściu". Nie ukrywam że w tym samym czasie gdy tam działo się pielko koleżanka potrafiła ze mną rozmawiać, nie mówiła co mam robić, gdzie iść ale jak się zachować, na co zwrócić uwagę i ogólnie o mnie dbała. 

Zastanawiałem się co ja bym zrobił na miejscu mojej żony. I pomyślałem że kochac to kochać, ale bez sensu jest trzymanie kogoś na siłę "bo ja cie kocham". Starałbym się pokazać co straciła a każda próba rozmowy z nią nie była by sprecyzowana na "Dobra, wreszcie jesteś, chodz do domu" tylko brałbym pod uwagę każda opcja, bo rozstanie nie zawsze jest najgorsze. A przede wszystkim, majątek itd to odrębna sprawa dla mnie niż związek. 

Chciałbym mieć pewność że druga osoba chce być że mną a nie z rzeczami które będzie miała dzięki byciu że mną. Żona uważała ze "wystarczy się zaangażować, przestawić i będzie dobrze". To tak nie działa. Podała mi przykład przyjaciela który przekonał się do swojej kobiety z czasem, ale jak ja to podsumowałem "to nie on się przekonał do niej tylko ona przekonała go do siebie". 

Związek jest jak dom, musi mieć solidne fundamenty i nami go budować razem by był ładny i solidny, ale jak o niego nie dbasz "bo przecież jest dobrze" to z czasem zacznie przeciekać i niszczeć. Gdy nie zareagujesz w odpowiednim czasie, niszczeje na potęgę. Gdy później przychodzi moment że trzeba go rozebrać bo zagraża życiu nie można już powiedzieć "ej, a może go wyremontujemy". To tak nie działa. Ewentualnie można na tych fundamentach wybudować go na nowo... 

  • Jestem za to wdzięczny 1
Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Powiedzcie mi tylko jedno, bo z tym chyba nie umiem sobie poradzić najbardziej i to mnie najbardziej wykańcza... 

Czy jest możliwe zakochac się w kimś tak naprawdę będąc żonatym? Bo nie potrafię przelkanac myśli że tak jest, że moja żona "będąc ta jedyna i na zawsze się nią nie okazała". Czy jest możliwe, że można być z kimś tyło żeby być i nawet się ożenić z myślą że jakoś to będzie i w sumie nie ma na co narzekać, az w pewnym momencie może przyjść moment w którym to wszystko straci sens a uczucie którym powinno się dazyc żonę dąży się kogoś innego. 

Z tym nie potrafię sobie poradzić, że powinienem kochac żonę a tak nie jest, a na domiar złego potwierdził to fakt że kocham inna i z nią czuje więź emocjonalna na poziomie, który wcześniej nigdy nie osiągnąłem. 

Żona... To kobieta w życiu mężczyzny, która powinna być najwazniejsza. To ja powinien kochać, wspierać, słuchać, dbać o nią bo po prostu chce. Co wtedy gdy tak nie jest? Gdy tak jak nie potrafi się zrozumieć dlaczego tak nie jest? 

Nie ukrywam że przez to dostalem do głowy totalnie. Zapisałem się wreszcie do psychologa by może on to mi wytłumaczył i mnie skierował w odpowiednią storne. Bo sam już nie dam rady tego zrozumieć, a nie mogę umrzeć nie znając odpowiedzi na to pytanie

Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 31.03.2021 o 15:53, Anonim1995 napisał:

Po byciu 3 mies razem na ostatnią chwilę poznałem teraz już moja żonę. Postanowiłem z nią być, bo wydawała się rozsądna, inteligenta i wyjściowa. Nie było wstydu się z nią pokazać. Pytanie dlaczego być a nie po prostu iść? Powody były tak naprawdę dwa: 1. Chciałem pokazać swoje ex, że też potrafię sobie poradzić bez niej chodź prawda była inna a po 2. Ciężko było mi być samemu, tak po prostu (teraz rozumiem swój błąd) 

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Dnia 31.03.2021 o 15:53, Anonim1995 napisał:

Też chciałem pokazać, że potrafię sobie życie ułożyć. Poza tym naprawdę wtedy czułem, że nie ma co kombinować, że moja aktualna partnerka mnie przypilnuje w życiu, jest miła, strasznie mocno mnie kocha, pochodzi z dobrego domu, jest ustawiona życiowo (do tego stopnia że później dostała swoje mieszkanie) i że chodź jestesmy z dwóch różnych światów i warst społecznych to będę miał się dobrze i jakoś to będzie. Postanowiłem się oświadczyć mając 21 lat. Nie było to nic wyjątkowego, zwykłe wakacje nad polskim morzem, ale jednak było

Te dwa cytaty z Twojej pierwszej wypowiedzi... One tu wszystko mowia. 

Moze jednak.slub nie byl dobrym.pomyslem, a tak.naprawde nigdy nie kochales swojej zony? I tak, da sie zakochac majac zone. Jesli do.swojej zony nie palalaes nigdy tym prawdziwym uczuciem. 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Gość
Odpowiedz...

×   Wklejony jako tekst z formatowaniem.   Wklej jako zwykły tekst

  Maksymalna ilość emotikon wynosi 75.

×   Twój link będzie automatycznie osadzony.   Wyświetlać jako link

×   Twoja poprzednia zawartość została przywrócona.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz wkleić zdjęć bezpośrednio. Prześlij lub wstaw obrazy z adresu URL.




  • Ważna informacja

    Chcąc, by psycholog ustosunkował się na pytanie zadane na forum, należy na wstępie podać swój wiek oraz swoją płeć oraz spełnić warunki podane w instrukcji darmowej porady. Psycholodzy udzielają odpowiedzi w miarę możliwości czasowych. W razie doświadczania nasilonych myśli samobójczych należy skontaktować się z numerem 112 by uzyskać ratunek. Doświadczając złego samopoczucia lub innych problemów można rozważyć też kontakt z telefonami zaufania i pomocowymi - niektóre numery podane są tutaj.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.