Skocz do zawartości
aniakow111

Trudna relacja z mamą

Polecane posty

Witam. Proszę mi doradzić co zrobić: przeszkadza mi bliska relacja z moją mamą. Mieszkamy w jednym domu ale w osobnych mieszkaniach, ja mam swoją rodzinę. Z mamą od  zawsze mieliśmy bliskie kontakty, pomaga nam pilnować dzieci, jest w naszym domu pod naszą nieobecność, ale ja zdałam sobie sprawę że przytłacza mnie ta zażyłość. Mama wie o wszystkim: z kim się spotykamy, co robimy. Wiem że to mama, że będzie coraz bardziej samotna i potrzebuje nas, ale taka codzienna zażyłość mnie przytłacza. Czuję że ona oczekiwałaby że częściej będę jej się zwierzać, angażować w moje życie - a ja tego nie chcę, Cieszę się że moje dzieci mają blisko babcie ale mi osobiście ta relacja ciąży. Jestem niezależna finansowo, ale ponieważ mieszkamy blisko, czuję ciągle oddech mojej mamy na plecach. Mama jest osobą która "dla naszego dobra" lubi wszytko kontrolować i pomaga nam nawet wtedy, gdy my tego nie potrzebujemy. Mimo że pracuję, mieszkam osobno, to czuję się przez nią kontrolowana i nie czuję się dorosła, nie mam prywatności mimo osobnego mieszkania - i to jest dla mnie przytłaczające bo mam przecież 40 lat. Jak zdobędę się czasem raz na kilka miesięcy że jej coś powiem stanowczo to potem mam wyrzuty sumienia.  Nie umiem się zdystansować od tego, a wiem że to niezdrowe myśleć ciągle jak żyć żeby mamy nie urazić i dbać o jej dobre samopoczucie. Proszę o poradę chociaż krótko. Czuję się jak dziecko mimo że mam pieniądze i sukcesy w pracy.

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Hej. Na myśl przychodzą mi dwie rzeczy. Pierwsza z nich to film "Starsza pani musi zniknąć". Liczę na to, że w tym poczuciu bycia jak dziecko masz też poczucie humoru. Druga rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to ta znana modlitwa, która leci mniej więcej tak: "Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego."

Możesz zmienić swoja mamę? Zastanów się, czy ktoś mógłby zmienić Ciebie wbrew Twojej woli tak, żeby jemu było to na rękę. No jakoś tam się chyba da; są techniki manipulacyjne, perswazyjne. Próbowałaś już stanowczo bronić swojego dobrego samopoczucia. Nie wiem czy po prostu żądałaś, żeby się odczepiła, czy jak to wyglądało, ale możesz porozmawiać z mamą od serca, wzbudzić w niej empatię, przedstawić jej swój punkt widzenia, swoje uczucia i liczyć na to, że zrozumie. Sama też powinnaś zrozumieć dlaczego mama tak się zachowuje, co kryje się pod tym "dla naszego dobra". Może np. ma niskie poczucie własnej wartości, a ta opiekuńczość jest sposobem na jej zwiększenie, bo czuje się wtedy potrzebna. Może ma taki rys charakteru, przez który czuje potrzebę dominacji, i po prostu najlepiej byłoby się oddalić, zmienić mieszkanie. 

Jeśli nie da się zmienić mamy albo mieszkania, to trzeba będzie zmienić siebie; przestać czuć się jak dziecko i wydorośleć, czyli ogólnie - zająć się samorozwojem.

Jeszcze przypomniała mi się bajeczka/żart, którą gdzieś słyszałem. Nie chce mi się pisać, ale znalazłem taką (ubogą, bo z jedną kozą zamiast całej trzody) wersję:

Przychodzi biedny Żyd do rabina i prosi o radę:
Oj, mądry Rebe, pomóż mi. To moje życie takie ciężkie: mieszkam w niewielkiej chatce z żoną, czwórką dzieci, babcią, dziadkiem i jeszcze teściową. Już się zupełnie nie mieścimy w tej małej izdebce. Oj pomóż, mądry Rebe...
Na to Rabin powiada:
Słyszałem, że masz w obórce kozę?...
- Tak Rebe, mam jedną kozę, co daje mleko, którym karmię dzieci.
- To ją teraz sprowadź do domu - mówi rabin.
Rebe, Rebe, co ty mówisz?... Ja, żona, czwórka dzieci, żona, teściowa i jeszcze koza?... To jak ja teraz będę mieszkał?...
Ale rabin był nieubłagany - musisz wprowadzić sobie kozę do domu!!
Za parę tygodni rabin spotyka tego Żyda i pyta się:
- A co tam Icek u ciebie?
Oj Rebe. Teraz to już zupełnie nie da się żyć w domu. Ja, żona, czwórka dzieci, żona, teściowa, dziadek i jeszcze teraz ta koza. To już nie jest życie.
Na to rabin powiada:
- To zabierz kozę z powrotem do obórki.
Za niedługo rabin jeszcze raz spotyka Żyda i pyta się go:
Jak tam Icek, w twoim domu?...
- Oj, Rebe. Jakiś ty mądry! Jak my teraz mamy w domu dużo miejsca. Świetnie mieścimy się w tej izdebce - ja, żona, czwórka dzieci, żona, teściowa i dziadek. Oj jakiś ty mądry, Rebe...

  • Jestem za to wdzięczny 1
Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Bardzo dziękuję za rady. Odniosę się może do drugiego akapitu, bo poczucie humoru już przerabiałam, i nie powiem, nawet uśmiechnęłam się gorzko czytając bajeczkę, powieka też mi nieznacznie zadrżała, faktycznie ten dystans z humorem to jest jakaś metoda na wariactwo. A skoro już się pośmialiśmy...

Nie chcę zmieniać mamy bo nie to jest moim celem. Ja chcę umieć radzić sobie z jej nadopiekuńczością, nauczyć się dystansu do tego, żeby myślenie o mamie i jej kontroli nie zdominowało mojego życia. Wiem z czego jej zachowanie wynika, bo już ze 100 razy przeanalizowałam to, i ją rozumiem, Chodzi o to że wcale mi to nie ułatwia tolerowania jej zachowania, wręcz obciąża psychicznie, bo ja na swoich plecach noszę jej życie i jej bagaż doświadczeń. Mam jest osobą po przejściach, chce się czuć potrzebna. Ne muszę jej uczyć empatii, bo mama ma jej aż nadto. Jest Samarytanką która zbawia świat, wie lepiej od innych co jest dla nich dobre. Przytula do serca wszystko, począwszy od kotów bezdomnych, poprzez samotne sąsiadki, po opiekę nad umierającymi chorymi krewnymi. I nie znaczy to że robi to z wielką radością - ona się poświęca, bo "tak trzeba", tak należy. Ta nadopiekuńczość przechodzi na mnie i moją rodzinę, bo jesteśmy blisko. Mama pomaga, dogląda, wyręcza, lubi wszystko kontrolować, wie lepiej od nas kiedy np. pilnować dzieci, bo z góry zakłada że danego dnia to my będziemy zmęczeni, zanim my zdążymy o tym pomyśleć.  Wszystko to czarujące, pod warunkiem że byłoby od czasu do czasu. Powoli uczymy się stawiać granice, sygnalizować że mamy swoją prywatność choć to niełatwe, bo mamie jest przykro. Ale to jeden problem, dla mnie większym problemem jest to, że mama oprócz nadopiekuńczości jest też osobą krytyczną, ocenia wszystkich, także obcych, czasem szydzi z innych w jej mniemaniu prostych ludzi, bo sama należy do tych mądrych którzy wiedzą, widzą i czują więcej. Zawsze wyraża swoje zdanie, poucza.  Czuję oddech  własnej matki na plecach 24 h na dobę i ciąży mi to. Nawet jeśli wprost moja mam mnie czy męża nie krytykuje, to ma zwyczaj "doradzać" w stylu " A może powinnaś, może wypadałoby, trzeba, należałoby coś zrobić" - i to są ulubione słowa mojej mamy. Delikatne popychanie za plecami, co ja powinnam zrobić, bo jej wydaje się że wie lepiej. Dostaję szału kiedy słyszę po raz kolejny "wiesz, może trzeba by to czy tamto..." Żebym była dobrze zrozumiana: ja nie pytam jak ją zmienić bo ona już taka będzie,. Ja mam problem z tym, co ja mam zrobić z własnym życiem - żeby matka nie miała na mnie tak dużego wpływu, a jej krytyka i ocenianie były mi obojętne. W tej chwili czuję się zblokowana. Zdałam sobie sprawę że ja nawet mieszkanie mam urządzone tak zachowawczo, żeby nie wzbudzać mamy pytań, oceny. Ono nie odzwierciedla mojej duszy, Już tłumaczę: Mam potrzebę zachować dla siebie jakąś cząstkę, do której mama nie ma dostępu. Skoro widzi wszystkich którzy mnie odwiedzają, wie co jem i nawet co robię w pracy, to przynajmniej niech nie wiem jakie obrazy mi się podobają, nie chcę jej pytań, ocen, inteligentnych mądrości. Nie chcę tego, Jeśli chodzi o pracę  mam pracę której efekty widać na zewnątrz, więc moja mama też komentuje te efekty, - a ja czuję tą ocenę na plecach, Jestem wyczulona  (może przewrażliwiona) na jej komentarze że coś zrobiłaby inaczej, coś poprawiła, albo rady "pamiętaj o tym i o tamtym". Łapię się na tym, że w wolny dzień siedzę w mieszkaniu jak na szpilkach, patrzę na drzwi, spodziewam się że ona zaraz wejdzie, zechce pomóc, wyręczać mojego męża, nadskakiwać a przy okazji będę wysłuchiwać jej głośno wyrażanego zdania na każdy temat, bo przecież ona ma zawsze rację. A nie należny do osób prostych, jest inteligentna i ma dużo do powiedzenia.

Samorozwój? Chciałbym umieć to zrobić, Czuć się wewnętrznie silna, samodzielna, mieć całkowicie w nosie gadanie mamy. Ludzie mnie w pracy taką właśnie postrzegają. A w życiu prywatnym czuję się bardzo malutka, niesamodzielna, zduszona, ograniczona. Zdaję sobie sprawę że te ograniczenia częściowo są we mnie. Ale nie wiem co z tym zrobić.  Widzę problem w zbyt bliskich kontaktach z rodzicami, z matką. Chciałbym znaleźć coś, co da mi siłę, i żeby moja matka w tym nie uczestniczyła. Nawet gdy chodziłam na zajęcia sportowe, to pojawiła się tam też moja matka, bo jest aktywna, bo się nudzi... Nie wiem czy ktoś mnie rozumie, jak bardzo przytłaczająca może być taka dominująca osoba, w dodatku własna mama która wszystko robi dla mojego dobra z wielkiej miłości. Duszę się od tego, a porady typu "zajmij się własnym życiem" są jak puste gadanie, bo właśnie ja nie wiem jak to zrobić, jak zająć się sobą,  skoro w moim życiu zawsze czuję się "córką".

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Dodam jeszcze, że ostatnio odkryłam że ulgę sprawia mi ucieczka w egoizm, dystansowanie się od ludzi, nawet od rodziny, która mnie drażni. Robię się coraz bardziej zamknięta, zimna, i ich sprawy szczerze, przestają mnie obchodzić. Z wyjątkiem moich dzieci i męża nie dzwonię, nie interesuję się innymi, telefon od siostry traktuję jak zło konieczne. Mam potrzebę zamknąć się w swoim świecie i nikogo poza w/w do niego nie dopuszczać,  a i to w ograniczonym stopniu. Nigdy takiego swojego świata sobie nie wywalczyłam, zawsze żyliśmy w dużej przymusowej zażyłości z rodziną siostry, rodzicami, szwagierką, Nauczona jestem obowiązku pomagania, bycia do dyspozycji innych, bycia spolegliwą, ugodową - coś we mnie pęka i robię się zamknięta na innych, bo za każdym razem wydaje mi się że jak ktoś do mnie dzwoni, przychodzi - to znowu zawłaszczy mi moją prywatność, moje własne życie. Aż dziwne że jeszcze przychodzą. Nie wiem w którą stronę to pójdzie ale coraz częściej mam potrzebę ucieczki, nie spełniania żadnych oczekiwań innych, i tylko dla dzieci znowu będę zaciskać zęby i robić im wigilię, która mnie stresuje i nie daje mi żadnej radości, bo nie mam żadnej mocy sprawczej - znowu mama będzie mnie chciała wyręczać, i męża traktować (u mnie w domu )jak dawniej swojego - czyli takiego którego we wszystkim trzeba wyręczać. Itd, itd. Jeśli kogoś dołuje moje pisanie to proszę nie czytać. Potrzebowałam to napisać, chyba to najodpowiedniejsze miejsce.

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Piszesz o sobie, ale zauważyłaś, że może to zdołować jakąś przypadkową osobę. Mnie akurat Twoje słowa nie dołują, bo mogę zrozumieć uczucia, które się za nimi kryją, ale nie muszę się z nimi identyfikować, nie muszę brać ich do siebie, czyli pozwalać, aby miały wpływ na moje samopoczucie. Nawet gdybyś z jakiegoś powodu mnie zwyzywała albo skrytykowała (np. tak jak babcia Twoich dzieci krytykuje Ciebie), to mógłbym ewentualnie przez chwilkę poczuć się gorzej, ale szybko i bez większego wysiłku wróciłbym do poprzedniego, optymalnego stanu. To jest jeden z efektów samorozwoju, czy jak kto woli rozwoju duchowego. 

Znasz i rozumiesz siebie, swoje emocje, wartości i dążenia. Skoro dobrze siebie znasz i rozumiesz - możesz być pewna siebie i nawet siebie pokochać. Troszczysz się o swoje uczucia, jesteś za nie odpowiedzialna i nie dajesz nikomu prawa do robienia w nich zamieszania. Jesteś spokojna, niezależna. nieustraszona. Nie łasisz się na czyjeś pochwały i akceptację, nie rusza Cię krytyka i odrzucenie, a zatem jesteś niewrażliwa na manipulacje i szantaże emocjonalne. Wiesz co masz zrobić i po prostu to robisz. Dbasz o innych, kochasz ich (a najlepiej cały świat), ale przede wszystkim kochasz i dbasz o siebie. Żyjesz jak królowa, a nie jak niewolnik. Taki stan jest możliwy do osiągnięcia, i choć może nie wystarczyć życia żeby tam dojść, to trzeba iść w tę stronę.

Ja mogę sobie mówić, że nie przejąłbym się pojedynczym atakiem słownym nieznajomej osoby. Ale jak by to było, gdybym całe życie spędził z taką dokuczliwą osobą. Permanentnie prześladowany przez dyktatora, który jest nie do ruszenia, bo ma "immunitet rodzicielski". Przez lata będąc urabianym do roli uległej, bezradnej marionetki. Chyba dobrym słowem na opisanie takiej sytuacji byłoby - przeje*ane. Nic dziwnego, że szukasz wytchnienia dystansując się od tego fizycznie i emocjonalnie (jako ciekawostkę powiem, że w ciężkich przypadkach tak powstają zaburzenia psychotyczne - ktoś ucieka od nieprzyjaznego świata do wewnętrznego świata fantazji, który z czasem zaczyna się mieszać z rzeczywistym i nie da się odróżnić który jest który). Oczywistym jest, że uciekasz tylko na chwilę, żeby odpocząć i złapać oddech, ale co zrobić z tym problemem... Gdybym Cię poprosił, żebyś postawiła się w roli niezależnej obserwatorki i spróbowała na chłodno doradzić takiej Ani co powinna zrobić, to zapewne coś sensownego wpadłoby Ci do głowy. No ale. Łatwo nie jest, bo chodzi przecież o mamę, która naturalnie przez wiele lat miała emocjonalną przewagę nad swoją córką. Mamę trzeba było szanować, słuchać jej, nie wolno było się zbytnio przeciwstawiać i bronić swojego zdania, bo przecież mama była dorosła, mądrzejsza, miała więcej praw oraz pakiet kar do ich egzekwowania. Wszystko to chyba za bardzo utrwaliło się w Twojej psychice, bo nie miałaś okazji i wystarczająco dużo siły do wypracowania relacji na nowych, sprawiedliwych zasadach. Myślę, że będziesz potrzebowała silnego sojusznika - trenera, który pomoże przygotować się do walki o swoje życie. Kogoś, kto będzie dobrym oparciem; zrozumie to co czujesz i na trzeźwo się do tego odniesie, żebyś miała szerszą perspektywę. Rozwój osobisty nie polega na uczeniu się nowych rzeczy (no może troszkę), ale na oduczaniu się starych, ograniczających i szkodliwych. 

  • Jestem za to wdzięczny 1
Link to postu
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowany)

Co doradziłabym Ani?

Uciekaj jak najdalej, na drugi koniec Polski, żeby nic, kompletnie nic nie łączyło Cię z matką, poza miłymi kontaktami dwa razy w roku i wypiciem herbatki przy ciasteczku.

Aktualnie jestem na etapie rozluźniania kontaktów z moją mamą, rozmów uprzejmych ale służbowych, wymiany zdań dotyczących opieki nad dzieckiem, ale wyrzuty sumienia oczywiście we mnie są. Kiedy mieszka się blisko, matka z córką znają się bardzo dobrze, czasem mam wrażenie że znam ją lepiej niż ona sama siebie. Ona tyle razy przy mnie wyrażała swoje zdanie na wszelkie tematy małe i te życiowe, że sama wiem co ona myśli, wiem co zrobi i jak zareaguje, wiem co ją skrzywdzi, zdenerwuje, zaburzy jej poczucie bezpieczeństwa które sama sobie zbudowała po piciu ojca. Wiem co oznaczają jej spojrzenia. W dzieciństwie mama wydawała rozkazy, polecania, ale też miałam dużo wolności w młodości. Nigdy nas nie karała, raczej "wyrażała swoją" krytyczną opinię wobec jakiegoś zachowania, czasem lekceważenie, czasem obśmiewała coś inteligentnie. Wszystko było skomentowane. Mówiła czasem że się "zawiodła", bo myślała że jestem mąrdzejsza, dojrzalsza. (Dzisiaj moja rola to jest "bycie oparciem, na mnie można liczyć") Dzisiaj komentuje podobnie, ale nie nas (wszak jest inteligentna i wie, że czasem wypada się pohamować ) ale o sąsiadach, Polakach, zachowaniach innych, o poglądach innych,  i każdym kogo spotka, większość komentarzy to obśmianie i oburzenia w duchu "Boże, jacy ci ludzie to są ciemni". Jednocześnie pomaga samotnym, chorym, pożycza pieniądze - trudno to zrozumieć, dziwna mieszanka. Mama nigdy nie jest wyluzowana, (ja u siebie też to powoli zauważam, że już też coraz częściej robię się zgorzkniała i kontroluję siebie), bo nie wypada, bo za dużo przeszła, bo dowcipkujący to są ludzie prości, żart mu si być inteligentny, alkohol jest dla głupich i ograniczonych, jak rozrywka to z najwyższej półki,(chociaż z nich nie korzysta ale WIE co powinni inni) jak spacer to taki z którego przynosi się życiowe przemyślenia, Najwyższą cnotą jest zrezygnować z siebie i pomagać innym. Najwyższą wartością są córki, bo można na nie liczyć, najważniejszą powinnością to jest otoczyć opieką wszystkich w rodzinie i trzymać się razem, pomagać nawet dorosłym. Największa niewdzięczność to dorosłe dzieci które zostawiają rodziców samych w mieszkaniach i budują osobne domy ; bogactwo i powodzenie to wyraz płytkiego charakteru. W ogóle nawet dbanie o przestrzeń wokół siebie i zakupy to próżność.

Jak ja mam być normalna jak ona mi sączy taki przekaz od lat? Mam przyjaciół na kolacji, pijemy lampkę wina - podrywam się sprawdzić czy drzwi są zamknięte, i czy matka nie wejdzie (a ma taki zwyczaj), bo zobaczy wino na stole. I nic nie powie, absolutnie, będzie dyplomatycznie miła. Ale SPOJRZY. I w tym spojrzeniu jest wszystko, wszak picie alkoholu to oznaka słabości, prowadzi do alkoholizmu i "od lampki to się zaczyna" (to jej słowa).

A z jakiej racji ja mam do cholery na swoje życie przenosić jej lęki?! Czemu nie mogę wybrać sobie (jej zdaniem) własnego scenariusza, tylko mieć takie nawyki które jej zdaniem są dla mnie bezpieczne? Dlatego nie zapraszam znajomych, spotykamy się tylko z nimi poza domem, żeby było nie na oczach rodziców, którzy dodatkowo przyjdą, podpatrzą kto parkuje, czasem podpytają, skomentują... Mojemu mężowi też ta sytuacja nie odpowiada, ciągle o tym rozmawiamy i często się o to kłócimy.

Czasem myślę że to nie ojciec mi zrobił krzywdę piciem, tylko matka swoimi lękami. Wiem że miała ciężko. Ale czemu ja mam ponosić tego konsekwencje i  dźwigać jej życie?? A taki przecież mamy niepisany układ: ku radości mojej matki, 20 lat temu zgodziliśmy się na mieszkanie z rodzicami. Bo razem będzie łatwiej, "bo sami sobie nie poradzicie, bo jest ciężko, bo z pracą to nigdy nic nie wiadomo, oj, może wam być trudno, sami sobie nie poradzicie, sami sobie nie poradzicie. " I my to kupiliśmy. Tę cudowną opiekę rodziców, mit o cudownej rodzinie i domu wielopokoleniowym, opiekuńczość aż po grób. Tylko dopiero niedawno zdałam sobie sprawę że to nie nam miało być dobrze w tym układzie, tylko rodzicom. Tak sobie nas wychować na ich warunkach, żeby oni czuli się dobrze, bezpiecznie. Tak nas zagłaskać, żeby oni czasem nie zostali sami.

I teraz kim ja bym była, gdybym nagle wyprowadziła się ? Finanse to jedno, ale poczucie zdrady to drugi problem. Oni nam dali wszystko, pomagali, a ja teraz zostawiam ich i zajmuję się z niewdzięczności "tylko swoim życiem"? Już widzę jak moja matka chodzi po znajomych, sąsiadach i żali się, że też spotkała ją niestety ten los, że została samotna, mimo że tak bardzo się starała. Ba, ja jestem prawie pewna że ona już teraz się tak czuje, z powodu tego że ją odsuwam od naszych spraw, i nie spędzamy czasu razem, nie zwierzam się jej z mojego dnia, planów i wyjazdów.

"No całkiem dobrze ci poszło w pracy, naprawdę, tylko poprawić można by to i to...;  Zapraszacie gości? Wiesz może wypadałoby zaprosić tą i tą osobę, A zakupy zrobiłaś? Bo brakuje ci tych a tych produktów. Wywiadówka jest! Czy ty słyszałaś o tym? na pewno zapomniałaś! Bo ja słyszałam w sklepie. Zabrałam dzieci do siebie, bo na pewno będziecie zmęczeni. (ona wie lepiej) Zaprosiłam dla dzieci koleżankę. Że wy nic o tym nie wiecie?? No przecież ja jestem! To ja już wszystko załatwiłam, o co chodzi? Obiad już dałam dzieciom. Co, że mieli sobie wspólnie z tatusiem robić? Oj, tam, no i o której by ten obiad był?! Przecież musiałam je nakarmić bo by były głodne!!" 

 

Edytowano przez aniakow111
Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Mhm, czyli matka jest znerwicowana od wielu lat, może od młodości, a ojciec miał swoją nerwicę albo/i nie wytrzymywał neurotycznej osobowości matki i musiał się znieczulać alkoholem. Był/jest ofiarą jej zaburzonej osobowości - tak jak i Ty. Nie wiem przez co matka przechodziła, ale wygląda na to, że jej sposób na radzenie sobie z lękiem, winą, wstydem, smutkiem, żalem i niepewnością polega na graniu roli męczennicy, która ma moralną wyższość nad innymi. Tyle wycierpiała, tak ją los pokarał, taką dał nauczkę, że teraz chce uchronić przed tym innych, "miłościwie" dzieląc się swoją mądrością i poświęceniem. W ten sposób "kupuje" sobie lepsze samopoczucie. Rzuca tym swoim wiecznie głodnym demonom trochę intelektualnej satysfakcji, wydartej nierzadko na siłę, nawet od najbliższych, przykrywając to wszystko płaszczykiem "opiekuńczości". Znakomicie udało się jej zrobić pranie mózgu i zainstalować w Twojej głowie swoje zawirusowane programy, wykorzystujące Cię do spełniania jej samolubnych żądań. Każdy jest egoistą i to naturalne, że dba o siebie i swoją przyszłość, ale Twoja mamuśka chyba z deka przegina. Zostałaś "wytresowana" do bycia jej opiekunką, nawet do czytania w jej myślach, żebyś mogła działać automatycznie, bez nadzoru i upominania. Wyrzuty sumienia i poczucie zdrady, które pojawia się po tym jak ośmielisz się postawić matce i robisz coś po swojemu też są wyuczone. Ale dobrze Ci idzie - coraz lepiej widzisz w co jesteś wkręcona, odsuwasz matkę i bardziej żyjesz swoim życiem. Zgadza się?

Dnia 29.09.2020 o 13:13, aniakow111 napisał:

I teraz kim ja bym była, gdybym nagle wyprowadziła się ?

hmm... bohaterką? ...w swoim życiu, życiu męża i dzieci?

  • Jestem za to wdzięczny 1
Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Wiem już, że mam TOKSYCZNĄ MATKĘ... Jak się z tego wyleczyć?

Miesiąc temu ostatni raz dłużej rozmawiałam z matką. Odcięłam się, ograniczyłam kontakty. Aż do wczoraj kiedy wypiłam kurtuazyjną kawę z powodu poczucia winy, z przyzwoitości. I po to tylko, żeby nasłuchać się że jestem nieodpowiedzialna, że dzieci moje są nieodpowiedzialne. Grzecznościowa kawa z matką, i rodziną mojego brata. Moja córka chwali się miłym dniem, swoimi sukcesami. A moja matka zaczyna swój monolog: "no, to dobrze byłoby jeszcze jakbyś tak posprzątała od czasu do czasu w tym domu, bo tak te kubki po śniadaniu to można by domyśleć i sprzątnąć, a nie ja muszę jak przychodzę to od sprzątania zaczynać, a nie tylko tak siedzieć i siedzieć i sobą się zajmować ..." Nie byłam przygotowana na taki wykład. Od razu duszno mi się zrobiło. Z uwagi na to że nie byłyśmy same, nie chciałam robić awantury, więc ironicznie skomentowałam "no tak, to przyszłam po to żeby posłuchać wykładu babci."  Na co moja matka: "No, ciekawa jestem jak by ten dom wyglądał, jak ja bym ci nie pomyła, gary zostawione, nawet po śniadaniu się nie domyślą (o o dzieciach moich) żeby powynosić tylko ja ten cały bałagan sprzątać muszę! JA: " No widzisz, jaka jesteś nie zastąpiona, świat się bez ciebie wali. Niczego nie musisz . Mamy zmywarkę, kubki mogą stać, ja je sobie sama posprzątam i nie chcę żebyś mi sprzątała". ONA: " No chyba jednak muszę posprzątać, skoro ci obiad robię to jak mam w tym bałaganie...? JA: "Ty nam obiadu nie robisz (??), Samo sobie robimy jak wracamy z pracy. ONA: "No... ale czasem to jednak te kartofle wstawiam! Można by się zainteresować i ogarnąć!!," Mój brat: "Ale po co to robisz? to ich mieszkanie" MATKA,  uwaga, zdanie petarda: "No ciekawa jestem, zero zainteresowania, ZERO ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA WŁASNE MIESZKANIE!!". (Ona przyprowadza moje dziecko ze szkoły- i robi tylko tą jedną rzecz! - ale dodatkowo ma zwyczaj pod naszą nieobecność opiekowania się moim mieszkaniem na swoją modłę i poświęcania się)

Musze pisać jak się czułam? Przez miesiąc się z niej leczyłam. Wystarczyło jedno pół godziny z nią, wyszłam z domu, zrobiło mi się duszno, boli mnie żołądek jeszcze dzisiaj, potem się poryczałam, ale kogo to obchodzi. I tak się czuję jak nieogarnięta gówniara, której matka znowu udowodniła, że nie ogarniam własnego życia, nie jestem wystarczająco odpowiedzialna, bo zakichany jeden kubeczek, albo przysłowiowy jeden talerz stoi nie tam gdzie trzeba, i jest powód żeby wytykać, że my sobie nie radzimy, chociaż radzimy lepiej od niej. Co z tego że ja to wiem, skoro nie umiem się uodpornić na jej zjadliwe gadanie i tyle emocji mnie to kosztuje. Znowu dzisiaj gadam do siebie cały dzień i tak się powstrzymuję żeby nie płakać. Byłam u psychologa. wydawało mi się że dużo rozumiem, i wiem że mam słuchać siebie-dorosłej, a nie wewnętrznego dziecka. Ale co z tego skoro każda wizyta z nią rozdziera rany i wszystko zaczyna się od początku. A ostatnie słowo zawsze należy do niej. Reszta rodziny też jej nic nie powie, bo "z mamą to trzeba uważać bo jest nerwowa i trzeba dbać o jej dobrostan bo ona tyle przeszła".

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Muszę to wszystko tutaj napisać, no bo gdzie.

Moja matka jest tak złożoną osobą, że tylko ja widzę jakim jest utrapieniem - dla obcych, zwłaszcza tych których nie widzi na co dzień tylko kontaktuje się z nimi telefonicznie albo na FB gdzie jest bardzo aktywna - dla nich jest uduchowioną, cudowną zabawną i pełną poczucia humoru starszą panią. Robi zdjęcia, wielce wrażliwa że słonko zachodzi a na ździebełku trawki robaczek siedzi. Wspomina historię, pamięta o wszystkich wzniosłych rocznicach i poucza innych że powinny pamiętać. A prywatnie jest zgorzkniała, pełna niewypowiedzianych pretensji do życia, do ludzi że są ciemni, głupi, prości. Zieje tym jadem, chociaż robi to w sposób "pełen poczucia humoru", rozmawia np. z jakąś osobą a potem mi sprzedaje wiadomość dnia, podśmiewa się w stylu "wiesz jaka ta sklepikarka ciemna, jak tabaka w rogu! Ja jej tłumaczę a ona nic nie rozumie!" Mdli mnie od tego. Matka oczekuje że ja podejmę rozmowę i będę się naśmiewać razem z nią. Bo skoro tego nie robię to wyczuwam, że ona myśli że ja jestem za mało inteligentna - to znaczy nie zauważam głupoty jakiejś osoby i nie podzielam jej zdania, jestem prosta, nie chwytam jej"inteligentnych żartów". Kiedyś zapomniała się i zaczęła tak piać wyśmiewać się przy mojej teściowej. A moja teściowa jest osobą do rany przyłóż - prostą, łagodną kobietą. I mi było głupio, bo teściowa chyba odczula że coś jest nie tak, że matka przekroczyła chyba jakąś granicę i zachowuje się podle, w końcu moja teściowa też jest bez wykształcenia jak ta sklepikarka, i to nie powód żeby się z tego naśmiewać.

Ale to tylko moje zdanie, moje widzimisię, Oprócz mnie i męża nikt aż na taką skalę tego nie zauważa. Siostra podlizuje się mamie, nadskakuje, kupuje prezenciki, kupuje miłość matki, mimo że za plecami moja matka ją obgaduje "ma dwie lewe ręce i jest niewydolna społecznie", i do niedawna matka dawała jej pieniądze, siostra jest tego nauczona i chyba nie umie się sprzeciwić, a teraz to jest dla niej zwyczajnie wygodne. Ojciec się wycofał, dla świętego spokoju wychodzi sobie z domu. Siostra nadal skacze nad mamą, jest w takim ocenianiu innych podobna do matki - one się w tym czasem jednoczą.  Daje się też łapać na jej utyskiwania, no bo mama taka biedna, tyle przeszła. Jak przy stole padnie temat który jest dla matki niewygodny i ona podnosi głos i zaczyna innym "tłumaczyć" jak to jest, to dobrze jest przytakiwać i jeszcze popodziwiać jaką to ona ma wiedzę dużą. Jak krytykuje to na całego, strach mieć inne zdanie bo natychmiast wytknie mi moją ciemnotę. Jak my jemy inne potrawy, to przy wspólnym stole jest niepisana zasada żeby się z tym nie afiszować, bo matce np ryba śmierdzi, robi się specjalne potrawy dla matki. Np. bycie zawodowym kucharzem jest prymitywne wg. niej - dlatego moje córki tylko mi się zwierzyły że chciałyby w przyszłości wymyślać potrawy - bo baci nie wypada tego mówić. wg. babci inteligentny człowiek zajmuje się tylko poezją i ambitnymi sprawami, a kucharzy trzeba wyśmiewać.. Bez komentarza...

A z ostatnim krytykowaniem (z posta powyżej) mojej córki to już przeszła samą siebie. Dziecko dzieli się swoimi udanym dniem, mówi o czymś co jest dla niej miłe, a matka natychmiast przechodzi do krytyki: "nieodpowiedzialna, nie posprzątała" - niedorzeczne to, chore. Jakby moja córka nie miała prawa się cieszyć. Idzie moja córka babci pokazać rysunek, a tamta zamiast zachwycić się, - mówi owszem że ładny, ale "wiesz, tu te cienie to jakbyś poprawiła trochę, a pisaczków nie masz? Bardziej kolorowo by było." A potem do mnie: Byś dzieciakowi jakieś pisaki kupiła bo rysować nie mam czym, ja kupiłam jej malowankę dzisiaj jak byłam w sklepie bo widzę że nie ma!!!" - wyrzut prosto w oczy. Jezu, czy naprawdę to jest powód do takiego jazgotu, wyrzutów że wszystko jest źle? Mamy mieszkanie czyste i ładne, aż dziw że ja się z tego muszę tłumaczyć. Moje dzieci mają swoje zainteresowania, potrafią coraz bardziej o siebie zadbać. Ale i tak syna, który coraz lepiej radzi sobie w sprawach informatycznych, pomaga kolegom i jest bystry - komentuje pod nosem albo wręcz rzuca oskarżenie w jego stronę że mózg mu zgnije, że się uwsteczni i uwaga do nas jako rodziców, że za mało zwracamy uwagę na niego. (a sama siedzi na FB po kilka godzin)

Matka szuka punktu zaczepienia ze mną, kontaktu, zaczepki - a ja się odsuwam. Ona nie może tego znieść wiec atakuje. Już obgadała mnie przy sąsiadkach, koleżankach, osoby dawniej dla mnie życzliwe już zauważyłam że traktują mnie na dystans np. w sklepie. Szok. Nie kłócę się z mamą, nie dogryzam. Po prostu chcę żyć swoim życiem i nie zdawać jej relacji z tego co u nas się dzieje, bo ona się z nami nie cieszy tym tylko komentuje, poprawia, krytykuje, strofuje!!  Punktem zapalnym jest wszystko: od mieszkania (j/w), ale też to że mój mąż ma czelność np. drzemać po pracy (wstaje o 4 rano), a ona ma inną wizję - pewnie powinien być bardziej odpowiedzialny, więcej pracować - tak jak ona całe życie pięć srok za ogon, utyrana, umordowana.

To ja jestem teraz tą złą. Muszę to jakoś przepracować, muszę jakoś dać sobie radę i opisać to. To nie jest takie proste, żeby zająć się sobą, i nie próbować jej zmieniać, tylko skupić się na sobie. No skupiam się., na rodzinie, naszym życiu. I co? - i jestem jej coraz większym wrogiem, bo nie pozwalam jej na to, żeby nasz kontakt był wg. jej wizji. Nie zgadzam się na krytykę, ona aż cała buzuje, nie widzi we mnie "wsparcia" - a wparcie rozumiałaby jako córkę która jest na wyciągnięcie ręki, przyjmuję wszystkie jej krytyczne uwagi, i jeszcze jestem worek bez dna do zwierzania mi się: jacy to inni głupi a jaka to ona jaśnie oświecona.

To co jest dla mnie lepszym złem? Odsunąć się całkowicie i będzie tak jak teraz, że jej znajomi, ludzie z ulicy mają nas za niewdzięcznych egoistów którzy odsunęli od siebie wspaniałą matkę, czy może powinnam dla świętego spokoju udawać ze żyję z nią dobrze, żeby nie narażać się na ostracyzm społeczny ze strony sąsiadów?

Chore jest to że presja społeczna na rodziny wielopokoleniowe i gloryfikowanie matki jest tak wielka. Matka Polka, matka z piosenek, wszystko jej zawdzięczamy, tak tak. Gówno prawda. Ja swojej oprócz miłych rzeczy i śpiewania kolęd zawdzięczam też to że nigdy nie byłam dość doskonała, cały czas byłam wobec siebie tak bardzo krytyczna jak ona była! Dopiero niedawno odpuściłam, że nie tędy droga. I odpuściłabym też dzieciństwo, szkoda czasu na rozpamiętywanie - pod warunkiem, że dzisiaj matka byłaby już spokojna, normalna, wspierająca. A jest odwrotnie, Jej się to nasila. Jak parę lat temu ze mną trajkotała w kolejce do lekarza - to nadawała na moją siostrę, że jest niewydolna i nie daje sobie rady. I to ja musiałam jej tłumaczyć że zostaw ją, daj je żyć, nie układaj jej życia. A dzisiaj jest odwrotnie. To ja chcę żyć własnym życiem, ale to jest mój życiowy błąd bo matka tego nie zaplanowała i nie zgadza się z tym. Wyrodna córka. Wiem że taką łatkę mam przypiętą - bo wiem jak to funkcjonuje w małej miejscowości, na wsiach! Grzechem jest próbować żyć osobno jak się mieszka w jednym domu. Nie wolno. I byłoby wszystko fajnie - gdyby matka była życzliwa i patrzyła na nas jak na dorosłych ludzi a nie dzieci które ciągle poprawia!!!! Co to znaczy żyć osobo mimo mieszkania w jednym domu? Do oznacza że ja z mężem podejmujemy decyzje co do płotu, bram, ogródka, obejścia itd. a matka niczego nie krytykuje. A jest tak, że matka w DOBREJ WIERZE pyta mnie po pięć razy czy mi nie pomóc, a co planujecie, co robię w ogródku, a dlaczego tak, dlaczego nie inne roślinki itd. A ja mówię: nie, nie potrzebuję pomocy, nie chcę, zrobimy to sami - i ona się czuje ODRZUCONA. Bo nie rozumie tego że to byłoby normalne że po prostu niech zajmie się sobą, czymś innym - zwłaszcza że ona do doradzania jest pierwsza, ale do robienia już nie, bo ją plecy bolą. No to co, ja mam robić wszystko wg. jej wizji, pokazać projekt, zapytać o zgodę (parę lat temu naprawdę myślałam że tak powinnam i tak wypada robić ). Teraz się buntuję, duszę się i dotarło do mnie że takie grzecznościowe zdawanie relacji rodzicom z naszych polanów jest NIENORMALNE.

Tylko jak żyć z tą opuszczoną, skrzywdzoną, odrzuconą matką w jednym domu?

Nikt tego nie widzi. Matka jest władcza, dominująca, wygadana, dowcipna, łatwo zaczepia ludzi i nawiązuje kontakt, chodzi na ploty do ludzi, zachwala ogródki (bo jej córka to nieodpowiedzialna i takiego nie ma) . A ja mam podcięte skrzydła. Nic mi się nie chce robić NIC! A ni ogródka, ani czegokolwiek co ona zobaczy.

Nikt tego nie widzi, to ja jestem tą złą.

 

Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Gość
Odpowiedz...

×   Wklejony jako tekst z formatowaniem.   Wklej jako zwykły tekst

  Maksymalna ilość emotikon wynosi 75.

×   Twój link będzie automatycznie osadzony.   Wyświetlać jako link

×   Twoja poprzednia zawartość została przywrócona.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz wkleić zdjęć bezpośrednio. Prześlij lub wstaw obrazy z adresu URL.




  • Ważna informacja

    Chcąc, by psycholog ustosunkował się na pytanie zadane na forum, należy na wstępie podać swój wiek oraz swoją płeć oraz spełnić warunki podane w instrukcji darmowej porady. Psycholodzy udzielają odpowiedzi w miarę możliwości czasowych. W razie doświadczania nasilonych myśli samobójczych należy skontaktować się z numerem 112 by uzyskać ratunek. Doświadczając złego samopoczucia lub innych problemów można rozważyć też kontakt z telefonami zaufania i pomocowymi - niektóre numery podane są tutaj.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.