Skocz do zawartości
valerry

Bardzo złożony problem

Polecane posty

Witam,

Chciałabym na tym forum opowiedzieć moją historię dotyczącą związku, ponieważ znalazłam się w podbramkowej sytuacji i nie daję sobie z tym rady. Prosiłabym, aby każdy kto miał podobną sytuację, albo tkwił lub tkwi w relacji toksycznej lub też ma jakieś konkretne zdanie w tej sprawie wypowiedział się, co sądzi o mojej sytuacji. Chciałabym poznać Wasze zdanie i odpowiedzi na kilka pytań, które zawarłam w dalszej części tekstu, ponieważ, nie ukrywam, trochę pogubiłam się w życiu i nie mam do kogo zwrócić się o pomoc w tej kwestii. Tylko proszę, bez hejtu.

Jestem w związku z partnerem od przeszło 8 lat. Na początku zauroczyło mnie w nim to, że różnił się od poprzednich moich partnerów, z którymi byłam przez jakiś krótki czas. Byłe relacje oceniam jako krótkie epizody w moim życiu, które zakańczały się z dość krzywdzącym rezultatem dla mnie. Mój obecny partner zaimponował mi przede wszystkim tym, że deklarował się jako wierny, kochający i troskliwy człowiek, z którym można budować wspólną, poważną przyszłość. Przez pierwsze dwa lata mieszkaliśmy oddzielnie, ja z moimi rodzicami, a on ze swoimi, jednak widywaliśmy się bardzo często. Jak zaczęłam z nim „chodzić” miałam 17 lat, a on 21. Można więc wywnioskować, że nie byłam osobą doświadczoną życiowo i poszukiwałam swojej własnej tożsamości. Partner na początku wydawał mi się przeciwieństwem mojego ojca, który krótko mówiąc nie jest dobrym człowiekiem. Chciałam uciec z toksycznego domu i miałam tendencje do częstego imprezowania. Krótko mówiąc – chciałam uciec od problemów domowych oraz mieć jak najwięcej znajomych żeby w razie czego móc się im zwierzyć. Jednak po jakimś czasie i kilkunastu przebytych kłótniach z partnerem odcięłam się od towarzystwa i przestałam pić alkohol w dużych ilościach dla dobra związku. Uważałam, że taki partner zasługiwał na to, by być wobec niego w porządku i nie ranić go tym, że za dużo uwagi poświęcam imprezom. Czar prysł, gdy okazało się, że partner poważnie mnie okłamał. Chodzi głównie o to, że deklarował się na człowieka poczciwego i rzetelnego, a także twardo stąpającego po ziemi popierając to fałszywymi, nie prawdziwymi historiami z jego życia. Okłamywał mnie m.in. w kwestii jego znajomych, których znałam tylko z social mediów. Stworzył fałszywe konta swoich znajomych, którzy jak się później okazało w ogóle nie istnieją. Nie miał żadnych takich znajomości, a pisał do mnie z kont tych znajomych właściwie nie wiem po co? Chyba po to, aby mnie sprawdzić czy jestem wobec niego szczera. Mój partner nie miał również zahamowań, by okłamać mnie, że jest w szpitalu i zaraz przejdzie poważną operację, oraz że prawie umiera. Ponad to stworzył historyjkę dotyczącą pewnej dziewczyny, która do mnie napisała (jak się później okazało to był on i pisał do mnie z fikcyjnego konta, które stworzył), że jest w ciąży z moim chłopakiem, jednak nie uwierzyłam w te brednie dyskutując z nim na ten temat. Zbliżała się pora mojej studniówki, on do wszystkiego się przyznał sam mówiąc, że już dalej nie mógł w to brnąć i chciał wyjawić mi, że te wszystkie historie to fikcja. Oczywiście przed samą studniówką mi to wyjawił i musiałam na szybko szukać sobie kogoś innego, bo się poważnie pokłóciliśmy o to. Po jakimś czasie wybaczyłam mu to mając na uwadze moje imprezy, przez które cierpiał. Przeprosił mnie i powiedział, że to się więcej nie powtórzy. Sądziłam wtedy, że jeżeli on dał mi drugą szansę, to ja mu również. Jednak po tych wydarzeniach przestałam mieć do niego zaufanie, zaczęłam podejrzewać go o zdradę praktycznie z każdą dziewczyną, z którą miał jakiś kontakt. Przestałam mu wierzyć w historie ze znajomymi, których nie znam osobiście. Po około dwóch latach związku wyjechałam na parę miesięcy za granicę. Okazało się, że podczas mojej nieobecności zakochała się w nim pewna dziewczyna, tutaj jednak udowodnił swoją wierność i o wszystkim mi powiedział, jednak ja dalej się zastanawiam, czy znowu nie była ona wyimaginowaną historią. Krótko mówiąc zaufanie siadło. Na jakiś czas przyjechał do mnie za granicę w celu odwiedzin. Wtedy wspólnie zastanawialiśmy się co dalej? Chciałam pójść na studia, co wiązało się z tym, żeby wrócić do Polski. On na to się zgodził. Jednak w okresie kiedy się nie widzieliśmy (on był w Polsce, a ja za granicą) było tragicznie z dogadywaniem się, ciągle wszczynałam awantury o jakieś laski, będąc o nie toksycznie zazdrosna. Po przyjeździe do Polski rozpoczęłam studia i zamieszkaliśmy razem wynajmując mieszkanie w mieście, w którym studiuję. Postanowiłam zrobić coś z moją toksyczną zazdrością, myśląc, że to przeze mnie rozpada się związek – i słusznie, bo to toksyczne i nie zdrowe dla każdej relacji. Chciałam uniknąć rozstania, które właściwie było przy każdej kłótni. Schemat wyglądał bardzo prosto, historia zataczała koło, czyli tydzień spokoju i dogadywania się, później kłótnia, rozstanie no i na końcu moje przepraszanie i wręcz niekiedy błaganie o to żeby on nie odchodził ode mnie, obiecywanie, że postaram się to zmienić. I zmieniłam. Dzięki mojej zawziętości w działaniu i temu, że zależało mi na związku skorzystałam z terapii. Od roku nie wszczynam żadnych awantur, staram się prowadzić rozmowy w sposób umiejętny, dojrzały, bez zawziętości i zazdrości. Staram się rozumieć wszystkie jego znajomości z innymi kobietami i nie jestem przy tym toksycznie zazdrosna. Uważam to za mój mały sukces, jednak czy ten związek ma sens? W tym momencie to on wszczyna awantury, bo dużo rzeczy mu się we mnie nie podoba np. to, że wyjeżdżam zbyt często do matki w odwiedziny, że nie ma mnie z nim w okresie wakacji (choć w każdym roku pracowałam w wakacje, tylko na ostatnim roku studiów chciałam na wakacje odpocząć i pojechać do matki). Zresztą umówiliśmy się, że będę co jakiś czas przyjeżdżać na mieszkanie (za które nie płacę na okres wakacyjny), ale zgodziłam się na kompromis, aby nie czuł się źle i samotnie. Mieliśmy też wyjechać na kilka dni na wycieczkę w moje urodziny, do której oczywiście nie dojdzie, bo wszczą awanturę o to, że mnie nie ma, że migam się od obowiązków i w ogóle nie szukam pracy, a on nie ma zamiaru mnie utrzymywać w przyszłości (w gwoli ścisłości on nigdy mnie nie utrzymywał i nie utrzymuje, a ja też jestem taką osobą, która nie chce być od kogoś zależna w kwestii finansowej). Kilka miesięcy temu przyjechała moja siostra z zagranicy, z którą nie widuję się często. Już na samą wiadomość miał nie tęgą minę. Później zrobił mi awanturę, że siedzę w domu rodzinnym z siostrą zamiast zająć się OBOWIĄZKAMI DOMOWYMI. Rok temu tydzień przed moimi urodzinami zerwaliśmy, ponieważ nie podobało mu się, że pojechałam do rodzeństwa, z którym nie widuję się często, a praktycznie raz na 2,3 lata. Fakt faktem w ten dzień, w którym pojechałam szykował dla mnie niespodziankę, jednak poprosiłam go o przełożenie. Później przeprosiłam i wytłumaczyłam, że chciałam się widzieć z rodzeństwem, bo się za nimi stęskniłam. Przyznaję tu był mój błąd, jednak on nie chciał mi tego wybaczyć przez 2 miesiące. I na dwa miesiące zerwaliśmy, by później się pogodzić. On nie chciał do mnie wrócić twierdząc, że bardzo się zawiódł i rozczarował moją postawą. Tylko, że w tym momencie te sytuacje się powtarzają. Nawet jak umówimy się na jakieś zasady podczas mojego wyjazdu, to on i tak jest zły i mówi, że mi na związku nie zależy, że mam gdzieś i podcina mi skrzydła, że nic w życiu nie osiągnę. Naśmiewa się, że mam już 24 lata i powinnam pracować, a nie być na łasce matki (przypominam mam studia na chwilę obecną, a nie stać mnie na wakacje się utrzymywać w mieście, w którym studiuję. No chyba, że pracuję, to wtedy da radę się utrzymać, jednak przez covid-19 nie zbytnio ofert pracy, a ja też chciałam mieć choć jedne wakacje wolne od pracy). Mówi też, że to nienormalne, że inni ludzie jak odwiedzają rodziny to siedzą max tydzień, a później wracają do obowiązków. Nie wiem, czy to jest jakaś karma, która do mnie wraca przez to , że byłam toksycznie zazdrosna? Czy może faktycznie ja źle postępuję? Czy problem tkwi raczej w partnerze? On mówi, że nie lubi się czuć samotnie, że nie ma z kim pogadać przy czym jest zły, wpędza mnie w poczucie winy. Tak jak wcześniej wspomniałam mieliśmy na te wakacje wyskoczyć na wycieczkę, jednak do niej nie dojdzie przez kłótnie. Wycieczka wypadała znowu w moje urodziny. Kolejne urodziny spędzę na smutno, to już drugie z rzędu przez problem z partnerem. Nie czuję się bezpiecznie, gdy tylko przychodzi do jakiegoś wyjazdu, doszło to do tego stopnia, że boję się mu mówić o jakichkolwiek wyjazdach. Jak jestem z nim w domu jest zupełnie inaczej – jest zadowolony, chętnie żartuje, mówi, że mnie kocha i robi wiele miłych rzeczy. Ale jak przyjdzie do mojego dłuższego wyjazdu, to zaczynają się schody. Nie pomaga nawet kompromis w postaci sporadycznego widzenia się, co dwa, trzy tygodnie czy nawet wspólnych wyjazdów, do których rzadko dochodzi przez kłótnie. Robię, co mogę by ratować ten związek, zawsze ja pełnie funkcję spoiwa i osoby, która inicjuje różnego rodzaju rozwiązania na korzyść związku aby tylko się nie kłócić. Przed wyjazdem mówiłam mu, że doceniam jego starania i wiele miłych słów, aby poczuł, że go kocham , a wyjazd nie oznacza, że mi na nim nie zależy. Jednak każdy wyjazd kończy się tak samo – agresją z jego strony, podcinaniem skrzydeł, uszczypliwościami. Dochodzi to do takiego stopnia, że i ja nie wytrzymuję i mówię za dużo. (Podkreślam, że od mojego miasta rodzinnego nie ma dużej odległości do miasta, w którym obecnie zamieszkuję z partnerem, więc zawsze można się spotkać – to nie jest problemem). Jak jestem na miejscu, to dobrze się dogadujemy, problem zaczyna się wtedy gdy mnie nie ma.

On chce ślubu jak najszybciej, a ja nie. Czuję, że to nie jest jeszcze moment dla mnie, poza tym przez tak nie trwałą relację coraz trudniej jest mi się otwierać przed nim, coraz gorzej znoszę jego awantury i podcinanie skrzydeł. Tym bardziej, że on zdaje sobie sprawę z tego, że w tym momencie toczę z ojcem spór w sądzie, co nie jest dla mnie łatwe.

Nie wiem, co w takiej sytuacji mam zrobić? Czy rozstanie to jedyne rozwiązanie, by nie wariować? Ja się nie zmienię, nie będę też robić czegoś wbrew sobie, jeśli chce mieć choć jedne wakacje wolne od pracy, to chcę, jednak on tego nie akceptuje, mu to przeszkadza. Wyraża to agresją i nie zadowoleniem. Wpędza mnie w poczucie winy. Czy ja robię coś złego? Czy może przez moją toksyczną zazdrość na tyle zniszczyłam ten związek, że teraz partner podświadomie go wypiera i realizuje podobne wzorce zachowań, co ja w przeszłości?

  • Podoba mi się to 1

Udostępnij ten post


Link to postu
Udostępnij na innych stronach

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Gość
Odpowiedz...

×   Wklejony jako tekst z formatowaniem.   Wklej jako zwykły tekst

  Maksymalna ilość emotikon wynosi 75.

×   Twój link będzie automatycznie osadzony.   Wyświetlać jako link

×   Twoja poprzednia zawartość została przywrócona.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz wkleić zdjęć bezpośrednio. Prześlij lub wstaw obrazy z adresu URL.




  • Ważna informacja

    Chcąc, by psycholog ustosunkował się na pytanie zadane na forum, należy na wstępie podać swój wiek oraz swoją płeć oraz spełnić warunki podane w instrukcji darmowej porady. Psycholodzy udzielają odpowiedzi w miarę możliwości czasowych. W razie doświadczania nasilonych myśli samobójczych należy skontaktować się z numerem 112 by uzyskać ratunek. Doświadczając złego samopoczucia lub innych problemów można rozważyć też kontakt z telefonami zaufania i pomocowymi - niektóre numery podane są tutaj.

Psycholog online

Psychoterapia przez Skype

Internetowa poradnia psychologiczna

Co wyróżnia nasz gabinet

×
×
  • Utwórz nowe...

Ważne informacje

Używając strony akceptuje się Warunki korzystania z serwisu, zwłaszcza wykorzystanie plików cookies.